Gasnące Słońce. Trylogia Dnia i Nocy tom 1 - Agata Konefał - ebook + audiobook

Gasnące Słońce. Trylogia Dnia i Nocy tom 1 ebook

Konefał Agata

4,2
29,99 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Słońce i Księżyc dzielą to samo niebo, a ich dzieci – tę samą ziemię.

Kiroho to świat, gdzie ludzkość podzieliła się na dwa walczące ze sobą plemiona, Słońca i Księżyca. Sonya – córka wodza – zbliża się do szesnastych urodzin. Jeśli nie zbudzą się w niej duchy, czeka ją wygnanie. A tego boi się najbardziej, gdyż świat, w którym się urodziła, nie należy do najbezpieczniejszych. Co czeka ją, gdy pewnego dnia trafi do wrogiego obozu?

Levone to następca tronu i niezłomny wojownik. W życiu liczy się dla niego tylko jedno – bezpieczeństwo poddanych. Gdy Dzicy atakują jego ziemie, bezzwłocznie wyrusza do boju, aby zapewnić swemu ludowi ochronę. Jak zareaguje, gdy stanie przed nim przedstawicielka cudzego klanu?

Kim Sonya i Levone będą dla siebie, gdy ich drogi się skrzyżują? Jakie przeznaczenie jest im pisane?

Pierwsza część Trylogii Dnia i Nocy – gratka dla fanów książek Sarah J. Maas.

Agata Konefał – wielbicielka fantastyki od baśni po horrory. Tworzy i czyta historie w tym właśnie gatunku. Autorka Trylogii Dnia i Nocy, Dylogii Róży oraz Sagi Niebios i Otchłani. Od kilku lat pasjonuje się walką wręcz i łucznictwem. Amatorka ziołolecznictwa oraz kolekcjonowania minerałów.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 353

Oceny
4,2 (97 ocen)
49
30
9
8
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Inka7419

Z braku laku…

Książka jest czasami tak infantylna, aż trudno uwierzyć, że pisała ją starsza osoba.
10
Jasminka78

Nie oderwiesz się od lektury

Super, polecam!
00
Tysiulec87

Całkiem niezła

Przeczytałam, ale wiem, że dość szybko zapomnę o tej książce. Jest pisana bardzo prostym językiem, powiedziałabym nawet że dziecinnym. Sam pomysł fajny, ale bohaterowie wydają się płascy, nijacy, tak naprawdę żadnego z nich nie poznajemy na tyle, aby móc go polubić lub znienawidzić. Taka typowa mlodziezowka.
00
MonikaZ72

Dobrze spędzony czas

Sięgnęłam po tą książkę, bo spodobał mi się opis, pomimo, że recenzje były średnie. Ale o dziwo, pierwsza część okazała się dość ciekawa, choć jest to literatura raczej mocno młodzieżowa i trochę naiwna. Dobra jako odskocznia od cięższych tematów.
00
Ewcia1995

Nie oderwiesz się od lektury

Polecam
00



Agata Konefał

Gasnące Słońce

Saga

Gasnące Słońce. Trylogia Dnia i Nocy tom 1

Mapa: Marta Rodzeń

Korekta i redakcja: Iga Choromańska, Dorota Gryka

Copyright ©2022, 2025 Agata Konefał i Saga Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788727229362

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Żadna część niniejszej publikacji nie może być powielana, przechowywana w systemie wyszukiwania danych lub przekazywana w jakiejkolwiek formie lub w jakikolwiek sposób bez uprzedniej pisemnej zgody wydawcy, ani rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie oprawy lub z okładką inną niż ta, z którą została opublikowana i bez nałożenia podobnego warunku na kolejnego nabywcę. Zabrania się eksploracji tekstu i danych (TDM) niniejszej publikacji, w tym eksploracji w celu szkolenia technologii AI, bez uprzedniej pisemnej zgody wydawcy.

www.sagaegmont.com

Saga jest częścią Grupy Egmont. Egmont to największa duńska grupa medialna, należąca do Fundacji Egmont, która każdego roku wspiera dzieci z trudnych środowisk kwotą prawie 13,4 miliona euro.

Vognmagergade 11, 2, 1120 København K, Dania

Dla Pauliny, która żyje losembohaterów równie mocno, jak ja

Rozdział 1

Sonya

TOTEM. Strażnik i przyjaciel swego mistrza, którego nie opuszcza i nie zawodzi aż do śmierci. Postać duchowa, kryjąca się w formie zwierzęcia, która odzwierciedla potęgę jego pana. Objawia się we śnie jako złoty płomień. Iskra duchowej mocy, którą posiada człowiek. To prorocze objawienie jest sygnałem, że mistrz powinien przywołać swego sługę.

Sonya wyczekiwała takiego dnia z utęsknieniem. Była coraz starsza, zbliżały się jej szesnaste urodziny. Choć wywodziła się z rodziny, w której totemy były piękne i potężne, ona sama nie objawiała duchowego talentu. Jej rówieśnicy już przed laty przechadzali się po ulicach w towarzystwie swoich obrońców. Nawet młodsi od niej mogli wielokrotnie się pochwalić wspaniałymi życiowymi towarzyszami.

A ona? Miała zaledwie kilka ostatnich tygodni na spełnienie swoich nadziei i uniknięcie zawodu w oczach rodziców. Tym bardziej że była trzecim dzieckiem wodza.

Dziewczyna westchnęła ciężko, splatając złociste włosy w gruby warkocz, a później założyła opaskę z rzemieni. Przy jej skroniach kołysały się sznureczki ozdobione koralikami i barwnymi piórkami. Z grymasem założyła kołnierz z czarnych, połyskujących zielenią piór, którego twarde naramienniki drażniły złociście opaloną skórę. Wstała z taboretu, pozwalając prostej, białej sukni spłynąć do ziemi. Sonya nie lubiła się tak ubierać, gdyż utrudniało to sprawne ruchy, jednak wiedziała, że jako córka wodza, budzącego respekt Heliosa, nie miała szansy założyć czegoś skromniejszego. Tupnęła sandałkiem o podłogę, żeby wygodniej ułożył się na jej drobnej stopie. Jeszcze raz spojrzała w lustro.

Wyglądała ładnie i niezbyt wyniośle. Ozdoby we włosach dobrze dopasowały się do jej owalnej, zwężającej się przy brodzie twarzy i dużych, brązowych oczu. Miała mały, zgrabny nos oraz kształtne, naturalnie ciemnoróżowe usta. Nie oszałamiała urodą, ale nie jeden raz czuła na sobie pochlebne spojrzenia chłopców.

Sonya sięgnęła po świecę i zapaliła od niej kaganek. Wyszła ze swojego pokoju, który znajdował się pod ziemią, w starannie wydrążonej skale. Stropy i mury tej części domu były podtrzymywane przez masywne, drewniane belki. Korytarze pozostawały zimne i ciemne, ale nigdzie indziej nie czuła się bezpieczniej. Dziewczyna uniosła kaganek nieco wyżej i ruszyła przed siebie. Ostrożnie wspięła się po schodach, a gdy znalazła się na piętrze, od razu spotkała się z surowym spojrzeniem matki.

– Sonyu… – Kobieta zaczęła ostrym tonem, na co córka natychmiast skurczyła się w ramionach.

Hiru była nieco tęgą, mocno opaloną kobietą o ziemistych, chłodnych oczach. Jej blond włosy o złocistym odcieniu zwijały się w fale, które córka odziedziczyła. Jako żona wodza, Hiru reprezentowała mocny charakter i wychowywała dzieci twardą ręką. Nigdy żadnego z nich nie uderzyła, jednak nieraz używała ostrego, karcącego tonu. Nie znosiła sprzeciwów, a na dodatek szybko traciła cierpliwość.

– Dziś pierwszy raz wybierasz się z ojcem na naradę. – Hiru powiedziała nieco spokojniej, na co Sonya odetchnęła z ulgą w duchu. – Musisz pamiętać, aby nie narobić sobie wstydu. Pod żadnym pozorem się nie odzywaj, choćby nie wiem, jakie myśli zaprzątnęły ci głowę. Masz jedynie się przysłuchiwać i patrzeć na k a ż d e g o, kto zabierze głos – zaznaczyła stanowczo. – Rozumiesz, córko?

– Tak, mamo. – Dziewczyna pokornie pokiwała głową i dygnęła.

– Dobrze. – Matka nieco się rozpromieniła. – Idź już. Ojciec czeka na ciebie.

Sonya niepewnie ucałowała Hiru w policzek, po czym czmychnęła na zewnątrz. Nie czuła się komfortowo, kiedy przychodziło okazywać czułość rodzicom. Zaś, gdy stała w towarzystwie swojego ojca, odnosiła wrażenie, że znalazła się na jeszcze krótszej smyczy.

Helios był uosobieniem wojownika. Obrazem mężnego dowódcy, który miał pod swoją opieką ponad trzystu mieszkańców osady, Ogniska, oraz dwustu bezwzględnie oddanych mu podwładnych. Wysoki na niemal dwa metry, o szerokich ramionach i muskularnym torsie mężczyzna wręcz przytłaczał swoją obecnością. Miał gęstą rudą brodę i równie płomienne włosy. Spod krzaczastych brwi rzucał gromy brązowymi oczyma. Choć Sonya musiała się wystroić na to spotkanie, ojciec miał na sobie tylko skórzane spodnie, a przez ramię przerzucony pas z mieczem. Nie zareagował na obecność córki choćby uśmiechem. Po prostu się odwrócił i ruszył w kierunku miejsca spotkania.

Mimo iż Sonya wiedziała, że tak to będzie wyglądać, czuła się przez to zraniona. Nigdy nie zaznała szczególnej uwagi ze strony rodziców. Zdawała sobie sprawę, że w głębi siebie byli nią rozczarowani. Jej bracia bliźniacy — Sonn i Sooraj — posiadali totemy, które przywołali jako dwunastoletni chłopcy. Sonn szczycił się pięknym dzikiem, który miał groźne kły i wspaniałą, brązową sierść. Sooraj natomiast przywołał do siebie dwa bliźniacze lisy, których zadbane, puszyste futro przywodziło na myśl czerwone płomienie.

Tymczasem ona… wciąż nie wykazała się żadną duchową mocą. Zaczynała wątpić, iż tę moc posiada. A może była kompletnym beztalenciem, słabeuszem, którego duchy nie chciały zamieszkać? Bała się, że to prawda.

Szła za ojcem w pokorze, mimo że tak trudno było dotrzymać mu kroku. Była niska i drobna, całkiem niepozorna. Nie miała szans na długotrwałe utrzymanie takiego tempa. Czuła, że słabnie z każdą chwilą, ale starała się o tym nie myśleć. Skupiała wzrok na mijanych domostwach i mieszkańcach wioski.

Wszyscy ludzie z Plemienia Słońca mieli brązowe, występujące w najróżniejszych odcieniach oczy; rude, jasnobrązowe lub blond włosy i skórę odznaczoną mniej lub bardziej opalenizną. Liczni szczycili się piegami, których Sonya po cichu zazdrościła, bo któż nie cieszyłby się z pocałunków samego Słońca?

Westchnęła, omiatając wzrokiem kilka budynków. Były bardzo proste, budowane z kamienia o piaskowej barwie, z drewnianymi wykończeniami. Przy domach rosły sucholubne rośliny lub drzewa cytrusowe, a co jakiś czas, między nimi, pojawiała się nieduża studnia. Ludność w wiosce hodowała kozy, kury i gęsi, których było coraz mniej ze względu na głód, który przyniosła ze sobą susza.

Sonya już dyszała pod nosem ze zmęczenia, gdy w końcu dotarli przed budynek, gdzie co tydzień odbywały się narady starszyzny. Zazwyczaj to bliźniacy towarzyszyli ojcu, lecz obecnie przebywali poza palisadą, która otaczała osadę. Dlatego Sonya była zmuszona ich zastąpić. Żołądek zacisnął jej się ze stresu. Wejście do kamiennego, zbyt masywnego budynku było równie przesadzone. Helios nie pchnął drzwi. Musieli to zrobić oczekujący na niego wartownicy. Dalej znajdowało się krótkie przejście i sala obrad.

Pomieszczenie zaskoczyło Sonyę bogactwem i jasnością. W centrum stał okrągły stół, a przy nim dwanaście krzeseł. Niemalże wszystkie były zajęte przez siwych, brodatych starców. Wokół stołu piętrzyły się grube, kamienne filary, na których tkwiły pochodnie. Strop został złożony z nakładających się na siebie belek, skąd zwisał drewniany świecznik. Sonya dostrzegła ozdoby z oszlifowanych rubinów i bursztynów oraz tajemnicze, szczelnie zamknięte skrzynie.

Helios podszedł do wolnego miejsca, a córka pośpiesznie do niego dołączyła. Usiadła po jego prawicy i wbiła wzrok w blat. Chwilę później uprzytomniła sobie, że powinna patrzeć na starszyznę. Tylko to zrobiła, a natychmiast pomyślała, że znalazła się w nieodpowiednim dla niej miejscu.

– Zaczynajmy. – Głęboki głos Heliosa odbił się od ścian sali. – Dzisiejsze posiedzenie dotyczy głównie jednego człowieka oraz obaw ludzi całego Plemienia Słońca, które w nich zasiewa. – Uciął, badając emocje na twarzach zebranych. – Mowa o Levonem, księciu Plemienia Księżyca.

Sonya zadrżała na samo wspomnienie o tym człowieku. Już co nieco podsłuchała na jego temat od braci. Teraz miała się dowiedzieć, jak przerażający był naprawdę. Jeszcze bardziej zapragnęła opuścić to miejsce.

Ojciec zerknął na nią przelotnie, a za nim kilku członków obrad. Wyprostowała się pod dziwną presją ich spojrzeń. Nie umiała odgadnąć, o czym pomyśleli.

– Książę Levone jest jeszcze smarkaczem. Ma zaledwie osiemnaście lat, więc jest niewiele starszy od mojej córki, Sonyi. – Wódz wskazał na wymienioną dziewczynę, przez co wszyscy skupili na niej wzrok. – Mimo to ma siłę stu wojowników, a jego ostrze wiecznie spływa krwią ofiar. Jest potężnym wrogiem. W naszych szeregach nie ma równie niebezpiecznego mężczyzny.

Starcy zgodnie pokiwali głowami, Sonya zaś próbowała odgonić obraz, który pojawił się w jej głowie. Wyobraźnia podsunęła domniemany wizerunek księcia Levonego. Był górą mięsa, miał dzikie spojrzenie, a jego broń ociekała szkarłatną posoką. Ujrzała jego szyderczy uśmiech, przerażającą, brzydką twarz i srebrzyste włosy, tak szczególne dla ludzi z Plemienia Księżyca. Mimowolnie zadrżała, po czym spróbowała odegnać ten obraz od siebie.

– Levone tworzy nie lada problem… – podjął mowę jeden ze starszych. Był łysy, miał brodawki na nosie, a jego głos nękała chrypka. – Ilekroć pojawia się na polu bitwy, sprawa po naszej stronie jest przegrana. Zaprawdę przerażający mężczyzna.

– Wszak jest następcą tronu nocnych pędraków – wtrącił kolejny z zebranych. Na złośliwe określenie Plemienia Księżyca niektórzy się uśmiechnęli.

– Nie powinniśmy dać mu żyć. Gdy tylko spotkamy go następnym razem, twoi synowie, Heliosie, powinni sobie z nim poradzić. We dwóch przerosną jego siłę i pozbawią życia.

– Byłbym uszczęśliwiony, gdyby to było możliwe – wódz skinął głową – jednakże siła cielesna Levonego nie jest jedynym problemem. Przytłacza także siłą duchową. Jego totem… a właściwie totemy, to wataha rozwścieczonych wilków – wyjawił gorzkim tonem. – Jest pierwszym człowiekiem w historii naszego świata, który ma do dyspozycji więcej niż dwa totemy. Jego wataha liczy siedem osobników.

Zaszokowani starsi zaczęli pomrukiwać między sobą. Sonya o mało co nie przestała oddychać. Te wieści niepokoiły ją coraz bardziej.

– Wiemy – ponad inne wzniósł się głos Heliosa – że wataha jest obleczona czernią, a ich ślepia są lodowatoniebieskie. – Posłał gromy wzrokiem, uciszając coraz bardziej poruszonych członków obrad. – Wilki są zajadłe i chronią swego mistrza, choćby groziło im to rozpłynięciem. Nie sposób zaatakować plecy księcia.

– Boję się pomyśleć, co to będzie, gdy ten bezwzględny potwór nas zaatakuje – powiedział mężczyzna siedzący po lewej stronie wodza. – Czy nasza osada, tak blisko leżąca ziem Plemienia Księżyca, da radę się obronić?

– Plemię Słońca musi być silne. – Wtrącił inny starzec. – Stanowimy jedność, a za dnia pilnuje nas nasz stwórca, Słońce. Choć książę nocnych pędraków jest tak potężny, nie sądzę, aby w świetle dnia był w stanie wykrzesać z siebie całą swą moc.

– Plotki mówią, że nawet dzień go nie osłabia – rzekł kolejny członek zebrania. – Ponadto świetnie włada mieczem, włócznią i oszczepem. Przerażający mężczyzna… Powinien zginąć po narodzinach, aby nam nie zagrażać.

Dalszej dyskusji Sonya już po prostu nie chciała słuchać. Ogarnął ją strach o nią i rodzinę, o znajomych i krewnych, którzy byli zagrożeni przez żądnego krwi księcia.

Obrady skończyły się w kilka chwil później i dziewczyna z ulgą opuściła budynek. Grzecznie, w milczeniu, pożegnała się ze starszyzną i ruszyła z ojcem ku domostwu. Korciło ją, żeby podjąć z Heliosem jakąś rozmowę, ale obawiała się, że ją zignoruje. Dlatego tylko patrzyła pod nogi, podciągając sukienkę tak, żeby nie przeszkadzała w chodzeniu.

– Sonyu. – Nagle ojciec pochwycił blondynkę za ramię i zmusił, aby na niego spojrzała. – Zaczynam się martwić faktem, że wciąż nie przywołałaś totemu. To ostatni moment na to, byś wzburzyła tkwiące w tobie duchy.

– Wiem, ojcze. – Spuściła wzrok, by mężczyzna nie dostrzegł jej smutku. – Robię co w mej mocy, ale sen nadal mnie nie nawiedził. Jestem pewna, że to tylko kwestia czasu…

– Taką mam nadzieję. – Helios szybko odsunął się od córki i przybrał marsowy wyraz twarzy. – Nie chcę, abyś przyniosła wstyd rodzinie. W naszej linii krwi nie ma miejsca dla ineptusów. Zaś i ty nim być nie możesz.

Ineptus. Określenie osoby gorszej od robactwa. Kogoś, kto nie miał w sobie duchów, więc nie mógł przywołać totemu. Dawniej ineptusi rodzili się w Plemieniu Słońca zaledwie raz na kilkadziesiąt lat, lecz obecnie było ich coraz więcej.

Sonya wiedziała, co by oznaczało pojawienie się ineptusa w jej rodzinie, dlatego spojrzała w oczy Heliosa i powiedziała spokojnie:

– Tak, ojcze.

Wódz skinął głową z zadowoleniem. Ruszył żwawiej do domu. Sonya dreptała za nim, czując, jak zalewa ją żal. Bała się losu, który spotykał ineptusów i wiedziała, że z nią mogło stać się coś o wiele gorszego. Jeśli okaże się ineptuską, zostanie pobita, przypalona i wygnana… Była tego pewna.

Co miałaby wtedy począć? Dołączyć do Dzikich?

Zadrżała, przygryzając wargę, i powtarzała w myślach jak mantrę, że wszystko będzie dobrze.