Wschodzący Księżyc. Trylogia Dnia i Nocy tom 2 - Agata Konefał - ebook

Wschodzący Księżyc. Trylogia Dnia i Nocy tom 2 ebook

Konefał Agata

4,1
34,99 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Losy obu klanów spoczywają na wróżbie.

Po zdemaskowaniu Cristal, Levone postawił przed sobą trzy cele: ocalić Sonyę, znaleźć lekarstwo dla ojca i pojmać zdrajczynię. Wszystko jednak wskazuje na to, że czeka go długa droga, zanim osiągnie choćby jedną z tych rzeczy.

Dni Sonyi wypełnia oczekiwanie na przesłuchania i kolejne okrucieństwa, jakie przyszykowało dla niej Plemię Słońca. Zachowując milczenie, chroni Plemię Księżyca przed najazdem, lecz nie ma pewności, czy jej wysiłki nie pójdą na marne.

Los podsuwa bohaterom nowe możliwości. Zaś wraz z nimi ogromne ryzyko. Czy będą w stanie przechytrzyć swojego najgroźniejszego przeciwnika, którym jest czas?

Druga część Trylogii Dnia i Nocy – gratka dla fanów książek Sarah J. Maas.

Agata Konefał – wielbicielka fantastyki od baśni po horrory. Tworzy i czyta historie w tym właśnie gatunku. Autorka Trylogii Dnia i Nocy, Dylogii Róży oraz Sagi Niebios i Otchłani. Od kilku lat pasjonuje się walką wręcz i łucznictwem. Amatorka ziołolecznictwa oraz kolekcjonowania minerałów.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 407

Oceny
4,1 (64 oceny)
29
21
8
6
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Tysiulec87

Z braku laku…

Pierwszy tom mnie raczej nie zachęcił do sięgnięcia po drugi, ale zaryzykowałam. Chyba żałuję :) jestem już straszą grupą czytelników i ta książka zdecydowanie nie jest dla mnie :) typowa młodzieżówka, ale taka na dodatek strasznie naiwna, po drugim tomie odpuszczam. Szkoda mi czasu.
00
MonikaZ72

Całkiem niezła

Z przykrością muszę przyznać, iż mam wrażenie, że autorkę dopadło fatum drugiego tomu. Nie kleiła mi się ta opowieść, droga, którą przebywali bohaterowie była nudna, nie chcę spojoerować, ale inny miał być finał podróży a inaczej się odbył, taki trochę brak konsekwencji. Dużo scen naiwnych do bólu, a sama bohaterka wylukrowana jak paczek na Tłusty Czwartek, aż chwilami do mdłości. Wiem, że to książka dla młodzieży, jednak sceny walk, w całej zresztą trylogii są beznadziejne opisane, autorka powinna nieco nad nimi popracować.
00
Angela1975

Nie oderwiesz się od lektury

Polecam!
00
aswitalska

Nie oderwiesz się od lektury

Rośnie dobra jak część pierwsza.Pplecam
00
Marlena151793

Nie oderwiesz się od lektury

Świetna, tak samo jak pierwszy tom. A.
00



Agata Konefał

Wschodzący Księżyc

Saga

Wschodzący Księżyc. Trylogia Dnia i Nocy tom 2

Korekta i redakcja: Dorota Gryka

Mapa: Marta Rodzeń

Copyright ©2022, 2025 Agata Konefał i Saga Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788727229379

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Żadna część niniejszej publikacji nie może być powielana, przechowywana w systemie wyszukiwania danych lub przekazywana w jakiejkolwiek formie lub w jakikolwiek sposób bez uprzedniej pisemnej zgody wydawcy, ani rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie oprawy lub z okładką inną niż ta, z którą została opublikowana i bez nałożenia podobnego warunku na kolejnego nabywcę. Zabrania się eksploracji tekstu i danych (TDM) niniejszej publikacji, w tym eksploracji w celu szkolenia technologii AI, bez uprzedniej pisemnej zgody wydawcy.

www.sagaegmont.com

Saga jest częścią Grupy Egmont. Egmont to największa duńska grupa medialna, należąca do Fundacji Egmont, która każdego roku wspiera dzieci z trudnych środowisk kwotą prawie 13,4 miliona euro.

Vognmagergade 11, 2, 1120 København K, Dania

Rozdział 1

Levone

CISZA nie działała kojąco. Z każdą kolejną sekundą robiła się wręcz coraz bardziej irytująca. Towarzyszyły jej ponura atmosfera oraz modlitwy w kaplicach i świątyniach. Levone miał tego dość.

Stał pośrodku sali tronowej, do której wpadały ostatnie promienie słońca. Niebo przemalowało się od ognistego pomarańczu po krwistą czerwień, nadając pomieszczeniu delikatnie upiornego wyglądu. Przychodził tu codziennie przed zapadnięciem zmroku, zastanawiając się co dalej. Minęły cztery doby, a on nadal nie był pewien, co powinien zrobić.

Wiedział, czego chciał. Dorwać Cristal i zmusić ją, żeby wzięła odpowiedzialność za swoje czyny. Ale pozostawały też inne, równie ważne kwestie.

Pierwszą z nich był stan zdrowia króla. Lalin w krótkim czasie stał się cieniem silnego, tryskającego pogodą ducha człowieka. Leżał w łóżku pod okiem uzdrowicielek i kapłanek, przesypiając większość doby. Był na tyle słaby, że nie mógł ustać na nogach, a co dopiero postawić kroku. Służący uwijali się przy nim jak w ukropie, zapewniając namiastkę wygody w ciepłych kąpielach.

Levone długo wpatrywał się w pusty tron, osłonięty granatowym całunem. Musiał coś zrobić. C o k o l w i e k. Nie mógł pozwolić, żeby kolor zmienił się na czarny.

Westchnął głęboko i potarł pierścień na swoim środkowym palcu. Insygnium książęce, którego nie nosił od… jak dawna? Przymknął oczy, nie zważając na troskliwe trącanie przez wilki. Musiał zebrać siły. Zdobyć się na odwagę i pójść zobaczyć się z królem. Odwiedził go tylko raz, co zaowocowało multum czarnych myśli i obaw.

Nie tylko on zmagał się z ciemnymi chmurami w swojej głowie. Wszyscy na dworze szeptali, kiedy wydawało im się, że książę nie słyszy. Każdy rozprawiał o sukcesji i niechybnych przygotowaniach do koronacji nowego króla. Wielu nagle wydawało się, że następcy tronu było to na rękę i że pragnął jak najszybciej przejąć władzę.

Jedynie Mound wspierał Levonego w wierze, że Lalin wróci do zdrowia. Strażnik spędził przy boku księcia tyle czasu, iż wiedział, że jemu nie zależało na prędkiej zmianie tytułu na królewski.

Zaczerpnął głębszego tchu, odsuwając tę sprawę na bok. Musiał pozostawać dobrej myśli. Stracił już matkę, nie zdążywszy nawet jej poznać. Nie zamierzał stracić też ojca.

– Znalazłeś jakieś odpowiedzi? – Usłyszał za plecami.

Pokręcił głową, nie oglądając się na Mounda. Po śmierci Condry stracił odwagę, żeby patrzeć mu w oczy. Wystawił plecy do ataku jak laik, zbyt pewny siebie, i znowu kosztowało go to więcej, niż był gotów zapłacić.

Niewiele pamiętał z pogrzebu stratega. Patrzył wtedy w pustkę, wracając myślami do beztroskiego dzieciństwa, kiedy najwięcej emocji zapewniało włamywanie się do nadwornego archiwum i przeglądanie starych kronik bitewnych.

W tamtym czasie, jako małemu chłopcu, wydawało mu się, że przyjaciele zostaną przy nim na zawsze. Nigdy nie przyszło mu do głowy, że któryś z nich odda za niego życie.

– Levone, wiem, że to nienajlepszy czas, ale musisz zdecydować, jakie działania podejmiemy. – Strażnik przyboczny ponownie zabrał głos. – Cristal uciekła, Condra nie żyje, a król zapadł na ciężką chorobę. Wszystkie konsekwencje i decyzje spadają na ciebie.

– Dziękuję, że mi to tak pięknie podsumowałeś – prychnął rozdrażniony. – Jednak zapomniałeś o jednej rzeczy.

– Jakiej?

– Plemię Słońca porwało Sonyę.

Mound zamilkł i długo nie udzielał odpowiedzi, więc książę odwrócił się do niego bokiem. Przyjaciel miał kwaśną minę, jego oczy zaś utraciły część światła.

– Po prostu zabrali jedną ze swoich – oznajmił sucho. – Ineptuska czy nie, ta dziewczyna jest słoneczną. Nic temu nie zaprzeczy.

– Klan i rodzina się jej wyrzekły – upierał się książę. – Być może tam się urodziła, ale już nie należy do tego miejsca. Ona chciała… zostać jedną z nas.

– Nawet jeśli to niemożliwe?

Tym razem to Levone nie odpowiedział. Jeszcze zanim poznał Sonyę, na myśl o Plemieniu Słońca dostawał mdłości. Widział w nich jedynie barbarzyńców, którzy fala za falą atakowali jego królestwo i krzywdzili poddanych. Sądził, że niczym się od siebie nie różnili, a skoro bóstwo karało ich suszą, widocznie na to zasługiwali.

Nigdy nie przyszło mu do głowy, że gdzieś tam żyła tak delikatna i miła dziewczyna. I że być może nie była jedyną.

– Zobowiązałem się zapewnić jej bezpieczeństwo – oświadczył ostatecznie. – Nie jestem pewien, czy chcę zaryzykować gniew mieszkańców lasu.

– To niestety prawda – mruknął Mound i zerknął po przeszklonym suficie. – Wreszcie nastała noc.

Levone przytaknął słabo. Mijała kolejna doba, a on tkwił w jednym punkcie, analizując przeszłość i nie dochodząc do żadnych nowych wniosków. W ten sposób nie mógł niczego zmienić. Nikogo nie ocali.

Wściekł się na siebie. Odwrócił się i ruszył żwawym krokiem do wyjścia z sali. Kiedy wyminął strażnika, ten zawołał za nim zdziwiony:

– Dokąd idziesz?

– Pora zwołać zebranie Rady Nocnego Kręgu.

Przemierzył korytarze, ignorując spojrzenia i szepty, które pojawiały się za jego plecami. Mogli sobie gderać. On zamierzał zrobić swoje.

– Idziesz z taką pewnością siebie, jakbyś miał jakiś plan – powiedział Mound, który podążał krok w krok za księciem.

– Prawdę mówiąc, chodziło mi to po głowie jeszcze zanim przybyliśmy do Ilargii – oznajmił półgłosem tamten. – Nie spodoba ci się to, co zamierzam.

– Skoro tak twierdzisz, to bezsprzecznie tak właśnie się stanie – westchnął cicho. – Nie przeciwstawię się, o ile przedstawisz mocne argumenty.

– O to się nie martw.

– Tego się obawiam.

Zmierzając do Sali Nocnego Kręgu, Levone zaczepił kilka osób i kazał posłać po członków Rady. Miał przy tym taki wyraz twarzy, że nikt nie śmiał choćby się zająknąć. Wszyscy ruszyli w te pędy przekazać wezwanie, porzuciwszy dotychczasowe obowiązki.

Oczekiwał na pozostałych członków posiedzenia blisko godzinę. Marama zjawił się jako ostatni. Przystanął na swoim miejscu, a potem zerknął z posępną miną na sąsiedni półksiężyc. Pusty po śmierci Condry. Weteran odwrócił głowę z wyrytym na twarzy bólem po stracie.

Ten widok poruszył czułą strunę w duszy Levonego, jednak nie mógł po sobie tego pokazać. Nie chciał, żeby pozostali członkowie narady pomyśleli, że kierował się indywidualnymi pobudkami. Choć było to w jakiejś mierze prawdą. Po tym, co wydarzyło się tamtej niefortunnej nocy w sali tronowej, pojmanie zdrajczyni — Cristal — nie stanowiło priorytetu wyłącznie dla dobra królestwa. To była także sprawa osobista.

Spojrzał po pozostałych członkach Rady Nocnego Kręgu. Alqamar, najwyższy akolita Zakonu Zmierzchu, stał po prawej na sierpowatym księżycu. Na wprost niego był Bulan — przedstawiciel kupców — a obok Stelo, który mimo młodego wieku reprezentował rzemieślników.

Oprócz miejsc, które zajmowali, było jeszcze jedno, oznaczone jako nów. Należało do króla Lalina i także było puste.

Obrady najczęściej odbywały się przy wielu świadkach, gdyż rzadko Plemię Księżyca znajdowało się w tak kryzysowej sytuacji. Sala była pusta. Levone westchnął i przeczesał włosy palcami. Zerknął na Mounda, który przystanął na półksiężycu zbliżającym się do pełni. Jako zwierzchnik gwardii królewskiej miał zapewnione miejsce w Radzie, mimo iż pełnił też rolę strażnika przybocznego księcia.

Condra był głównym strategiem. Marama — doradcą i najstarszym weteranem. A on, następca tronu, dowodził armią. Każdy miał swoją rolę i wpływ na przebieg obrad. W tej chwili, gdy brakowało dwóch osób, swoista równowaga tych spotkań została zachwiana.

– Posłałem po was, ponieważ musimy koniecznie podjąć działania, dzięki którym zażegnamy kryzys – przemówił formalnym tonem książę. – Jak już wiecie, król od niedawna cierpi na nieznaną nam chorobę, córka najwyższej kapłanki zaś okazała się zdrajczynią. Te dwie sprawy się ze sobą łączą, a co gorsza, mają jeszcze głębsze dno.

– Do czego zmierzasz, Wasza Wysokość? – zapytał Alqamar. Wyraz jego twarzy i ton głosu nie ujawniały niczego.

– Cristal nie tylko zdradziła swój klan, ale okazała się szamanką. Mamy pewność, że w jakiś sposób sprawuje kontrolę nad Dzikimi. To z powodu jej intrygi przez niemalże pół roku ataki na osady spędzały nam sen z powiek.

Jedynie na twarzy Stelo odbiło się zdumienie. Pozostali mężczyźni zachowali kamienne oblicza, jakby spodziewali się to usłyszeć od dawna.

– A więc priorytetem jest pojmanie Cristal i wymierzenie jej sprawiedliwości – stwierdził Marama. Nie pytał, nawet nie wyglądał, jakby zamierzał. Widocznie chciał jak najszybciej pomścić Condrę.

– Tak, jednakże nie możemy działać pochopnie, napędzani gniewem – oznajmił Levone, choć czuł, że te słowa dziwnie zabrzmiały w jego ustach. – Zanim zaczniemy tropić Cristal, musimy załatwić dwie sprawy. Pierwszą z nich jest zdrowie króla. Jeszcze nie wiemy, co mu dolega ani czy istnieje na to lekarstwo. – Kiedy powiedział to głośno, ścisnęło go w dołku. – Mimo to trzeba zrobić wszystko, co konieczne, by zapobiec pogorszeniu jego stanu lub śmierci.

– Co zatem powinniśmy uczynić, aby temu zaradzić? – zabrał głos Stelo.

– Sądzę, że najlepszym rozwiązaniem byłoby ściągnięcie wszystkich najzdolniejszych uzdrowicieli z całego królestwa – zaproponował Bulan, gładząc swoją kozią bródkę. – Wspólnymi siłami lub z osobna mogliby odkryć przyczynę choroby króla i spróbować ją zwalczyć.

– To rozsądna propozycja – uznał Levone. – Kto jest za, a kto jest przeciw?

Członkowie Rady jednogłośnie się zgodzili. Książę tego właśnie się spodziewał. Nie umiał tylko przewidzieć, jak zareagują na kolejną sprawę. Wiedział, że mógł liczyć na poparcie Mounda, a Marama przynajmniej rozważy jego słowa.

Ale co zrobią pozostali? Czy chociaż wysłuchają go do końca?

– Co jeszcze chciałeś omówić, Wasza Wysokość? – zapytał przedstawiciel kupców, patrząc na niego w skupieniu lazurowymi oczyma.

Levone nie od razu podjął mowę. Przez krótką chwilę szukał odpowiednich słów, zerkając po marmurowej makiecie królestwa.

– Jak wiecie, przed dwoma miesiącami pojmaliśmy dziewczynę z Plemienia Słońca, której, przez wzgląd na zasługi, przyznaliśmy status gościa – powiedział, wciąż badając emocje na twarzach słuchaczy. – Sonya okazała się cennym sprzymierzeńcem, a także przyczyniła się do odkrycia tożsamości zdrajczyni…

– Jeśli mamy w ogóle pewność, że to nie z jej przyczyny do tego wszystkiego doszło – burknął Stelo.

– Co sugerujesz? – Książę zmrużył oczy.

– Wasza Wysokość, nie wiemy, czy ta dziewczyna mówiła prawdę. Być może była szpiegiem, mającym na celu wkupić się w nasze łaski, a później nas zwieść i przekazać niezbędne informacje swoim ziomkom? – Wykonał teatralny gest i spojrzał po pozostałych, szukając poparcia. – Od dawna wiadomo, że ogniogłowi to podstępni barbarzyńcy. Posuną się do wszystkiego, byleby zagarnąć ziemie, a nas złożyć w ofierze swemu bóstwu.

– Czy to wszystko, co chciałeś powiedzieć? – zapytał Levone, kiedy rzemieślnik zamilkł. – Jeśli tak – dodał, nie uzyskawszy odpowiedzi – to nie wchodź mi drugi raz w słowo.

– O-oczywiście, Wasza Wysokość. – Spuścił wzrok.

– Historię Sonyi przedstawiono wam podczas jednego zebrania. Argumentowanie, że mogłaby mieć coś wspólnego z Cristal, jest niedorzeczne. – Zacisnął na moment szczękę i kontynuował: – Dzięki niej uzyskaliśmy pomoc mieszkańców Obrzeży, kiedy Naneli było oblegane przez słonecznych. I mielibyśmy szansę otrzymać większe wsparcie w walce z Dzikimi, lecz ją utraciliśmy.

– Z jakiego powodu, nasz panie? – zapytał nieco zdumiony Alqamar.

– Wróżki i leśne skrzaty uznają Sonyę za swoją królową – wyjawił z powagą. – A my pozwoliliśmy, aby zabrało ją Plemię Słońca. Znalazła się w niebezpieczeństwie, głównie przez moją nierozwagę, ale nie można tak tego zostawić. Jeżeli coś jej się stanie, zyskamy kolejnego wroga. Tym razem takiego, z którym nie chcielibyśmy walczyć. Nie możemy sobie na to pozwolić, dlatego musimy uratować Sonyę.

– Chcesz ją odbić? – zdziwił się Mound. – To… To szalone! Ogniogłowi zabrali ją na swoje ziemie. Tereny poza Obrzeżami, jakich nie znamy. Nasza wiedza nie wykracza poza pasmo graniczne! – Wskazał sugestywnie niewielką przestrzeń między lasem a krawędzią makiety. – Jak mielibyśmy ją tam znaleźć?

– Sonya pochodzi z Ogniska, wioski leżącej w pobliżu Obrzeży – odparł spokojnie książę.

– To nie znaczy, że jest tam przetrzymywana!

– Wziąłem tę opcję pod uwagę.

– Nie mówisz poważnie! – Wbił w niego wzrok, przybierając zawzięty wyraz twarzy. Jego oblicze jednak szybko złagodniało i odetchnął głęboko. – Czyli to miało mi się nie spodobać… Rzeczywiście, nie jestem zachwycony. – Pokręcił lekko głową. – Niemniej pod kilkoma względami masz rację. Jeśli to tak zostawimy, zostaniemy zgnieceni z trzech stron.

– Wasza Wysokość – wtrącił Bulan – proszę mi wybaczyć zuchwałość, ale w tym przypadku bezpieczniej byłoby się ufortyfikować. Ogniogłowi mogli już dowiedzieć się wszystkiego, co chcieli, i zabić tę dziewczynę. – Przybrał przygnębiony wyraz twarzy, lecz z pewnością nie przez wzgląd na Sonyę. – Mogą zaatakować w każdej chwili, ale sądzę, że zdążylibyśmy postawić ostrokoły wzdłuż granic.

– I co by to zmieniło? – prychnął Marama. – Słoneczni potrafią rozpalić ogień nawet w najbardziej niesprzyjających warunkach. Po prostu wypaliliby sobie przejście.

– Nie jestem wojownikiem, jednak nadal uważam, że byśmy na tym zyskali. Jeśli posłużyliby się ogniem, natychmiast zdradziliby swoją pozycję.

Dyskusja ciągnęła się dalej i już po chwili kupiec i rzemieślnik wymieniali kolejne pomysły, w jakich wzajemnie się popierali. Levone wsparł się o ramę makiety, czekając, aż się uciszą. Nie wierzył, że obrady przybrały taki obrót, a ci, którzy nigdy nie stanęli na polu bitwy, mieli najwięcej do powiedzenia.

Nie rozumieli realności ani skali zagrożenia. Myśleli jedynie o sobie i swoich interesach.

Odetchnął cicho, żeby się opanować. Musiał pamiętać, że w przyszłości, gdy zostanie królem, będzie musiał usidlić tych ludzi. Nie, już teraz powinien zamknąć im jadaczki, inaczej zawsze będą próbować wejść mu na głowę. A to oznaczałoby katastrofę.

– Doceniam waszą troskę i rady – powiedział głośno i wyraźnie, dobitnie dając do zrozumienia, że prosi o ciszę. – Jednak, jak mówiłem wcześniej, istnieją powody, dla których odzyskanie Sonyi jest takie ważne. Wolę, abyście to zrozumieli.

– Oczywiście, że to rozumiemy, Wasza Wysokość – odpowiedział nieco skruszony Bulan. – Wydaje nam się tylko, że ta sprawa ma zbyt wiele niewiadomych. Nie wspominając już o tym, że ogniogłowym nie należy ufać…

– Zapewniam was, że Sonya jest godna zaufania. Udowodniła to wiele razy. – Ledwo się powstrzymał od wycedzenia tych słów przez zęby. – I nie myślcie, że chcę nas rzucić w paszczę wilka. Postąpimy rozważnie, bez walki i konieczności ponoszenia ofiar – dodał spokojniej. – A teraz będziemy głosować w tej sprawie. Kto jest za, a kto jest przeciw?

Mound i Marama poparli księcia. Pozostali członkowie Rady się sprzeciwili. Trzy do trzech głosów. A to oznaczało…

Levone przymknął oczy, biorąc głębszy wdech. Właśnie dlatego irytowała go obecność ludzi spoza armii w Radzie. Wiedział, że tak musiało być i tak było od wielu pokoleń, ale te osoby nie potrafiły strategicznie spojrzeć na mnóstwo kwestii. Boleśnie odczuwał brak Condry na tym posiedzeniu.

Nie mógł odraczać sprawy Sonyi do następnego zebrania, zwłaszcza że wedle protokołu mogło się ono odbyć najszybciej za siedem nocy. Musiał znaleźć inny sposób na osiągnięcie celu… i takowy istniał, chociaż niezbyt chętnie miał zamiar z niego skorzystać.

Opuścił Salę Nocnego Kręgu, pożegnawszy się krótko, i natychmiast ruszył do komnat królewskich. Jeśli coś było ważniejsze od postanowień Rady, to tylko słowo władcy. Zacisnął pięści, przyśpieszając kroku. Po drodze obserwował twarze gwardzistów i służby. Kojarzył większość z nich, co napełniało go ulgą. Mound zadbał o to, żeby bardziej zaufani ludzie znaleźli się na zamku, a zwłaszcza w północnym i zachodnim skrzydle. Ci zaś, którzy wydawali się podejrzani, wylądowali jak najdalej od komnat członków rodziny królewskiej i byli pod stałą obserwacją.

Wilki wyprzedziły swego mistrza i zakotłowały się koło wejścia. Przy tym popatrywały nieufnie na totemy strażników, które warowały przy ich nogach. Jednak kiedy Levone zbliżył się do drzwi, a potem przekroczył próg, szybko straciły zainteresowanie.

Na uzdrowicielki natknął się już w salonie, z całych sił unikając ich spojrzeń. Przemknął się do sypialni, gdzie Lalin leżał wsparty na poduszkach, przykryty po pachy. Twarz króla rozjaśnił słaby uśmiech, gdy zauważył swego dziedzica.

Masina odstąpiła od władcy i dygnęła z szacunkiem. Zachowywała się przy tym sztywno, nie podniosła wzroku. Wyszła z pomieszczenia i zamknęła za sobą drzwi.

– Już się martwiłem, że znów gdzieś wyjechałeś – powiedział słabym głosem król.

– Nie… – wydusił Levone i się zawahał. Złapał za wygodne krzesło, postawił obok łoża i usiadł. – Przepraszam, że nie odwiedzałem cię codziennie. Z powodu tego wszystkiego powstało ogromne zamieszanie.

– Zapewne. – Skinął niemrawo głową. – Przykro mi, że to spadło na twoje barki. Chciałbym cię wesprzeć, lecz ciało odmawia mi posłuszeństwa.

– Nie mam ci tego za złe, ojcze. Radzę sobie. Przez połowę życia przygotowywano mnie do takich chwil.

Lalin przytaknął, ale w jego jasnych oczach widniał smutek.

– Prawdę mówiąc, czułem się winny, gdy patrzyłem, jak szybko dorastałeś. Zasługujesz na to, aby cieszyć się życiem. – Uśmiechnął się niewyraźnie. – Dopiero niedawno zrozumiałem, że tak właśnie jest. Każdą ze swoich decyzji podejmowałeś świadomie i nawet jeśli czegoś pożałowałeś, wyciągnąłeś z tego wnioski.

Książę przytaknął lekkim ruchem głowy. Kąciki ust mu drgnęły, lecz powstrzymał się od uśmiechu. Radość lub wzruszenie były ostatnim, czego w tym momencie potrzebował.

– Levone, to zabrzmi samolubnie, ale pragnę, byś wystąpił z armii – dodał władca, patrząc z powagą na syna. – To królestwo nie może cię stracić.

– Ale…

Król uniósł delikatnie dłoń, nakazując mu milczenie.

– Nie ożeniłem się powtórnie po śmierci twojej matki, choć wiele razy mnie do tego namawiano – oznajmił i skrzywił się lekko. – Estrella to miłość mojego życia, a myśl, że miałbym poślubić inną kobietę, do tej pory przyprawia mnie o mdłości. To jednak wiąże się z tym, że jesteś moim jedynym dziedzicem. Zasiądziesz na tronie, kiedy ja odejdę do gwiazd. Nikt nie może cię zastąpić.

– Ojcze, mam tego świadomość, ale teraz nie mogę się wycofać. Zwłaszcza gdy czasy są takie trudne – powiedział łagodnie. – Jest coś, co powinienem zrobić, i co wydaje się nieuniknione, ale by podjąć przygotowania, muszę mieć twoją zgodę i błogosławieństwo.

Lalin przyglądał się jego twarzy, a cisza się przeciągała. Levone odniósł wrażenie, że król wiedział, co usłyszy. Niemalże odetchnął z ulgą, kiedy ojciec skinął głową, i wtedy zaczął mówić. Streszczać powoli i wyraźnie szczegóły planu. Planu tak ryzykownego, iż sam nie wierzył, że chce go zrealizować.

Gdy skończył, znów zapadło milczenie. Książę zaciskał usta, bawiąc się srebrnym pierścieniem. Jeśli ojciec odmówi…

– Synu – powiedział słabym, lekko zachrypniętym głosem – powtórzę to jeszcze raz. Jesteś następcą tronu. Cokolwiek teraz zrobisz, wpłynie na twoje przyszłe rządy. Musisz postępować mądrze. Jeśli masz pewność, że nie przyjdzie ci tego pożałować, nie mam prawa cię powstrzymywać.

– Dziękuję. – Ścisnął słabą, kościstą dłoń króla.

Lalin marniał w oczach. Nie wyglądał, jakby zmagał się z chorobą od kilku nocy. Raczej miesięcy.

Mimo to Levone nie mógł powiedzieć ojcu, że robił to też dla niego. Obawiał się, że wypowiedzenie tego na głos odbierze mu nadzieję.