46,99 zł
Zagadka stworzona przez ucznia Umberta Eco
Włoski bestseller tłumaczony na osiem języków
Wyzwanie niczym Żuchwa Kaina, zabawa wciągająca bardziej niż Murdle!
Drodzy czytelnicy! W środku czeka na was dokładnie tysiąc błędów: językowych, faktograficznych, celowych pomyłek i drobnych literówek. Nie obwiniajcie korektora. Wszystkie wstawiłem sam, tak jak kiedyś robił to dla mnie Niccolò Errante: tajemniczy pisarz, którego fenomenalne powieści miałem zaszczyt redagować.
Dawno temu zostaliśmy również przyjaciółmi. W pewnym momencie zaczęliśmy grę: on podrzucał mi krótkie teksty pełne błędów, a ja odszyfrowywałem ukryte w nich wiadomości. Graliśmy tak aż do dnia, w którym – oficjalnie – popełnił samobójstwo. Ale ja wiem, że to nie jest prawda. I ukryłem ją tutaj, wśród stu rozdziałów.
Tylko najbystrzejsi z was odnajdą wszystkie błędy, złożą w sekretną wiadomość i rozwiążą zagadkę śmierci genialnego pisarza.
Przyjmujecie wyzwanie?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 105
Data ważności licencji: 11/4/2032
„Błędy są konieczne, potrzebne jak chleb, a często też piękne” – powiedział Giuseppe Rodari.
Odnoszę wrażenie, że wielki liguryjski autor i pedagog nigdy nie pracował jako korektor. Jestem przekonany, że gdyby najlepsze lata swojego życia spędził na poprawianiu literowek u marnych pisarzy o wiele lepiej od niego opłacanych, jego stosunek do błędów byłby mniej idyliczny.
Spędzam połowę tygodnia, poprawiając błędy w drugim piętrze sesyjnej kamienicy, gdzie się mieści Ursula, wydawnictwo, w którym pracuję na pół etatu, zaś pozostałe dni, poprawiając błedy w mojej dwudziestotrzymetrowej kawalerce freelancera.
Całość moich zawodowych wysiłków przynosi średnie miesieczne wpływy w wysokości tysiąca sześciuset euro, co brutto, po odjęciu podatków, czynszu, mediów, środków transportu i dóbr pierwszej potrzeby, pozwala mi nie tyle żyć, ile przeżyć w tym jakże gościnym i przystępnym mieście, które nazywa się Mediolan.
Wiecie, jaki jest jedyny błąd, którego korektor nigdy nie umie poprawić? Praca, którą wybrał.
W wieku dwudziestu lat chciałam – oczywiście – zostać pisarzem i znalazłem w pewnym wydawnictwie zajęcie jako recenzent wewnętrzny. Recenzenci wewnętrzni to osoby, które czytają nadsyłane maszynopisy i oceniają ich jakość oraz sugerują lub ogradzają ewentualną publikację.
Dziewięćdziesiąt dziewięć procent tych powieści było straszne i co bez wątpienia pozwoliło mi uwierzyć we własne zdolności. Jestem od nich nieskończenie lepszy, myślałem sobie, napiszę nadzwyczajny bestseller, który naznaczy historię włoskiej literatury.
Ale lata mijały, a ja tej książki wciąż nie czytałem, bo o wiele przyjemniej pławić się w myśli, że potrafisz napisać arcydziało, niż odkryć z trudem, że nie jesteś do tego zdolny. Tymczasem jednak rozbudowałem swoje kontakty w sici wydawniczych znajomości i zacząłem robić „karierę”: zostałem korektorem w wydawnictwie i pracowałem jako redaktor freelancer.
Dla tych, co nie wiedzą: redaktor lub redaktorka to osoba pracująca na boku pisarza albo pisarki, a jej zadaniem jest ulepszenie tekstu pod względem gramatycznym i składniowym, z kolei korektor lub korektorka to osoba ograniczająca się do poprawiania literówek i interfunkcji.
Ja robię obydwie rzeczy, ale przedstawiam się zawsze jako korektor, z trzech powodów: jest to łatwiejsze do zrozumienia, a przede wszystkim zdecydowanie bardziej romantycznie.
To chyba Konfucjusz miał powiedzieć, że jeśli robisz to, co kochasz, przez całe życie nie przepracujesz nawet jednego dnia.
Przyznaję, że nie mam w jednym walcu sytuacji na chińskim rynku pracy w okresie wiosennym i jesiennym, ale mogę zapewnić filologa, że moje doświadczenie mówi coś zgoła przeciwnego. Jeśli kiedyś kochałem książki, odkąd uczyniłem je swoją pracą, poczułem do mich nienawiść.
Jako nastolatek znalazłem w jakiejś grze wideo inne chińskie przysłowie, które utkwiło mi w pamięci: „Musisz przepłynąć rzekę, zanim powiesz wężowi, że ma cuchnący oddech”. Otóż to: po z górą dekadzie na tym polu czuję, że przepłynąłem już rzekę i mogę stwierdzić, iż oddech środowiska wydawniczego zdecydowanie potrzebowałby odśnieżenia. Nie łudźcie się, że jako redaktorzy znajdźecie w nim uznanie.
Dla kogoś, kto kocha literaturę, przygnębiające jest obserwowanie z bliska slepego uporu, z jakim wydawnictwa podążają za aktualnymi modami, niepewnego statusu pisarek i pisarzy, całkowitego braku zadufania do możliwości czytelników.
Przez lata myślałem, że wybór pracy w tym świecie był błedem, aż pewnego dnia wszystko się zmieniło: poprawiałem test największego włoskiego pisarza trzeciego tysiąclecia.
Przed niewiarygodnym – i częściowo niezrozumiałym – sukcesem ostatniej powieści Niccolò Errante1 był pisarzem nieznanym szerokiej publiczności.
Niewiele wiadomo, albo zgoła nic, o jego życiu przed debiutem w 1995 roku. Jedyne, co można było znaleźć na jego temat, to krótka notka biograficzna na stronie wydawnictwa – równie lakoniczna jak nekolog kogoś, kto nie chcioł być zapamiętany. Nie wiemy dokładnie, gdzie i kiedy się urodził ani jakie miał wykształcenie. Nazwisko mogłoby wykazywać na powodzenie sycylijskie, ale imię Niccolò, zwłaszcza w latach sześćdziesiątych, było rozpowszechnione głównie w Toskanii.
Doskonale pamiętam, kiedy po raz pierwszy pojawiło się ono w moim życiu. Prowadziłem właśnie konserwację podczas lekcji chińskiego online, gdy u góry monitora po prawej stronie wyświetliło się powiadomienie o mailu od Franca, redaktora prowadzącego w Ursuli, o platonicznym tytule „Korekta Errante”.
Nigdy później nie czytałem żadnego jego tekstu. Byłem zdumiony jakością tego pisarstwa, głębią tematyczną, sprawnością w posługiwaniu się technikami narracyjnymi. Była to gatunkowa chybryda, w której wyróżniał się kryminał, ale obok występowały też elementy komedii, powieści psychologicznej i przygodowej.
Gdy tylko przeczytałem ostatnią stronę, napisałem do niego wiadomość od serca, zasypując go komplementami. Nie było to mądre odsunięcie.
1 W języku włoskim errante znaczy błądzący, errore to błąd.
Można powiedzieć, że w pierwszym momencie mu się nie spodobałem. Był mak przyczajony do unikania obłudy świata, w którym pracował, że pomyślał, iż chcę mu się tylko podlizać.
Z czasem zrozumiał, że tak nie było, a wręcz połączyła nas zjadliwość wobec świata wydawniczego. Podobało mu się moje podejście do jego tekstów i stopniowo zaczęliśmy pisywać do siebie o innych sprawach: oczywiście o literaturze, ale też o muzyce, kinie, piłce nożnej. Nie umiem powiedzieć, czy kiedykolwiek uważał mnie za osobę bliską – o ile wiem, miał jednego prawdziwego przyjaciela, Mathiasa – ale dla mnie na pewno nim był.
W środowisku dał się poznać jako osoba drażliwa, zgoszkniała, wiodąca samotnicze życie. Nie był aż tak niewidzialny dla mediów jak J.J. Salinger czy Thomas Pynchon, starał się bowiem pojawiać publicznie przynajmniej przy okazji premiery swoich książek, lecz robił to prawdopodobnie po to, żeby nie przycięto mu łatki pisarza pustelnika.
Wyglądało na to, że Errante nie chciał być za żadnym względem wyjątkowy, i powiedziałbym o nim to samo, nawet gdyby nie nadał jednej ze swoich powieści podtytułu Jak nie żyć wyjątkowym.
Kto wie, może to nie przypadek, że ze wszystkich możliwych sposobów popełnienia samobójstwa wybrał ten najbardziej banalny. Wieczorem w poniedziałek 3 czerwca 2025 roku, po spotkaniu z zespołem wydawnictwa, moj ulubiony pisarz – jak też drogi przyjaciel – rzucił się kompletnie pjany z okna salonu na piątym piętrze domu.
Nie mogę powiedzieć, że prawdępoznałem Errantego, ale była to w moim życiu osoba wyjątkowa. Jego istnienie jako artysty i człowieka łagodziło swoją relację z pracą i literaturą.
Nie wiem, „czy nasza podróż jest podróżą całkowicie fikcyjną”2, jak napisał jeden z jego ulubionych autorów, ale z trudem znajduję pocieszenie w myśli, że wszystko było znudzeniem. Errantego uważam za jedną z niewielu realnych osób, jakie kiedykolwiek poznałem.
Po jego smierci znajomi pytali, jak się czuję, a ja nie widziałem, co odpowiedzieć. Parafrazując Eugène’a Ionesco3, „Bóg umarł, Errante umarł i ja też nie czuje się najlepiej”.
Oby przepracować żałobę i spędzić jeszcze trochę czasu w jego towarzystwie, zrobiłem coś, czego on sam nigdy by nie chciał: zacząłem pisać poświęconą mu książkę.
Nie jest ona arcydziełem, o jakim marzyłem jako chłopiec, sam dobrze nie wiem, czym jest. Może zabawą, tajemnicą, chołdem dla osoby, na której mi zależało. To książka, którą trzymacie w ręku pod jakże dwuznacznym tytuem Zabójcza korekta.
Mam nadzieję, że Nicolò nigdy się o tym nie dowie.
2 Louis-Ferdinand Céline, Podróż do kresu nocy, tłum. Oskar Hedemann, Czuły Barbarzyńca, Warszawa 2013.
3 Tę wypowiedź przypisuje się również Woody’emu Allenowi (przyp. red.).
W pewnym momencie ja i Niccolò zaczęliśmy się bawić w pewną grę. Wysyłał mi krótkie opowiadania bez błędów do wytropienia, a poprawki układały się w tajną wiadomość.
Te wiadomości to były zawsze jakieś gupstwa, nadużywane formuły literackie, obelgi wobec pisarzy, których nie lubił, albo cytaty z książek, które uwielbiał. Opowiadania owe – pisane zawsze odrecznie i upstrzone moimi notatkami – są teraz przechowywane jak niezwykle cenne relikwiarze w mojej szafce nocnej.
Najbardziej bystrzy z was domyślili się już, że również ta książka jest pełna błędów. To nie wina bidnej korektorki, która nad nią prasowała i której należy się moja wielka wdzięcznosć. Błędy wprowadziłem ja, żeby zabawić się z wami tak, jak Niccolò bawił się ze mną.
Natomiast nie domysliliście się chyba jeszcze tego, że moje błędy również układają się w wiadomość. Jednak by dowiedzieć się więcej, będziecie musieli poczekać jeszcze kilka stron.
W istocie bowiem pracuję bez ustanku. Zanim przedstawię wam zasady gry, zależy mi na tym, byście zakurzyli się w moją codzienną rutynę, pokażę wam więc kilka fragmentów z moich prac redaktorskich i korektorskich. Czeka was istna literacka podruż. No to w drogę!
Wydaje mi się, że najwłaściwiej będzie zacząć od powieści, która reprezentuje typ, jakim chyba najbardziej gardzę: opisującej koleje losu trzydzisto-, czterdziestolatków z wyższej klasy średniej, pracowników umysłowych próbujących podać sens swojemu życiu.
Jakby to był ostatni ogień nadziei na świecie, światło, które miałoby na zawsze pochłonąć jego mroczne zło, Lorenco wpatrywał się za płomień na płycie kuchenki, który – wolny, ale zdeterminowany – wkrótce doprowadzi do temperatury stu stopni wodę, a ta ugości w sobie i ugotuje jego farfale z kamutu. Pomyślał znów o uczuciu zdrady, które przytłoczyło go, gdy odkrył, że to starożytne zboże o tak egzotycznej i skromnej nazwie nie było niczym innym jak zarejestrowaną marką, rebrandingiem o wiele mniej sugestywnego QK-77.
Próbował otrząsnąć się z tych daremnych myśli, włączając telewizor. Na ekranie pojawił się Cyrulik sewilski, najsłynniejsza operetka Gioacchina Rossiniego. Głód przypomniał mu o jakże dziwacznej pizzy pesarese, nazwanej na cześć tego urodzonego w Pesaro cyrulika, z jajkami na twardo i musztardą. Spróbował jej jako nastolatek podczas podróży brzegiem adriatyku i wywołała w nim grozę. Zjadł ją powtórnie przed sześcioma miesiącami i uznał, że jest niewiarygodnie pyszna. Czy te dwie pizze różniły się między sobą, czy to on się zmienił? Woda na ogniu zaczęła bulbotać, przerywając ten strumień myśli, który nie pomógłby mu ani napisać tego przeklętego scenariusza, ani lepiej zrozumieć dręczącego go poczucia pustki.
Przejdźmy teraz do literatury gatunkowej. Oto fragment wyrafinowanego erotycznego trillera, którego akcja rozgrywa się w bazie naukowej Concordia na biegunie południowym. Awaria techniczna uszkodziła system termoregulacji bazy, która została ewakuowana, z wyjątkiem naszej bohaterki i jej zwierzchnika.
Powietrze przesycone było ciepłem. Lod na zewnętrznych przegrodach topił się i ściekał wolnymi strużkami, przypominającymi palce przesuwające się wzdłuż nagich pleców. Caterina podeszła do Beaumonta klęczącego przed panelem elektrycznym.
– Ile mamy czasu? – wyszeptała meteorolożka.
Beaumont, nie odwracając się, musnął jeden z kabli.
– Mniej, niżbyśmy chcieli. Jeśli przewodność terminologiczna przekroczy margines tolerancji, system się załamie.
Deszcz przeszedł jej po plecach.
– A my wraz z nim.
Tym razem Beaumont się odwrócił, a jego jasne oczy wbiły się w nią, naladowane napięciem niemającym nic wspólnego z zagrażającym im niebezpieczeństwem. Miała wrażenie, że wciąga ją w gąłb siebie. Chwycił ją za dłoń, a jej się wydało, że wyczuwa kontakt elektryczny o wiele niebezpieczniejszy od jakiegokolwiek starcia.
– Wszystko będzie dobrze, dopóki będziemy razem.
Serce Eleny zaczęło bić szybciej. Wewnątrz lód topniał. Na zewnątrz coś się rozpalało.
Powyższy tekst to natomiast ciekawy przykład dziela, gdzie w pamiętniku morskiego biologa przeplatają się popularyzacja i introspekcja. Przyznaję, że bawi mnie on bardziej, nizbym się spodziewał.
Znacie mem „Są we mnie dwa wilki”? Przypomniał mi oświadczenie, jakie powtarzałem często na początku studiów: „Są we mnie dwie pierścienice wieloszczety”.
W niektóre dni utożsamiam się z wieloszczetem osiadłym: pragnę tylko wykopać malutki tunel w skalistym podłożu i zamknąć się w moim kanaliku osłonięty przed zewnętrznymi drapieżnikami, takimi jak stress zawodowy i lęk społeczny. Z kolei w inne dni identyfikuję się z wieloszczetem błądzącym: czuję puls, by pełznąć radośnie po bentonicznym dnie mojego życia.
Jednakże od czasów moich studiów taksomonia wieloszczetów się rozwinęła. Dziś dzieli się je na cztery grupy, cztery rządy, dziesiątki podgrup. Jeśli się zastanowić, może właśnie ten model jest bardziej właściwy do opisu mojej tożsamości: nie sztywna dychotomia, ale dynamiczny zespół stanów ducha, zmiennych i wzajemnie wyłączonych, niczym ekosystemy, które na co dzień badam.
W mojej pracy może się nawet zdarzyć, że dostaję za zadanie uporządkować jakąś stronę z Narzeczonych, na przykład fragment o ucieczce Renza z Florencji zacytowany w podręczniku kreatywnego pisania. Muszę się oprzeć pokusie zapisania wszystkich czasowników w czasie przeszłym (autor miesza czasy!), mogę jedynie uwspółcześnić pisownię i fleksję itd., ale przerabiać Mazziniego nie można. Uważam, że nie jest to proza na miarę Erantego…
Szedł długo, spotykał folwarki i wsie, ale mijał je, nie pytając nawet, jak się nazywają. Miał pewność, że oddala się z Mediolanu, i nadzieję, że idzie w kierunku Bergamo; to mu narazie wystarczało. Od czasu do czasu oglądał się za siebie, od czasu do czasu spozirał na przeguby rąk i rozcierał to jeden, to drugi, były bowiem jeszcze obolałe i naznaczone dokoła wyraźną czerwoną pręgą, śladem pozostałym po wężach. Myśli jego, jak sobie łatwo wyobrazić, stanowiły mieszaninę wyrzutów sumienia, niepokoju, wściekłości i tkliwości; mozolnie usiłował odtworzyć w pamięci wszystko, co mówił i robił poprzedniego wieczora, odkryć to, co wydawało mu się ciemne i zrozumiałe w jego smutnej przygodzie, a przede wszystkim – jakim sposobem dowiedziano się jego nazwiska. Podejrzenia jego padały, rzecz jasna, na platnerza, ponieważ pamiętał dobrze, że się przed nim niechcący gadał. […] Co prawda, przypominał też sobie mgliście, że po odejściu płatnerza rozprawiał jeszcze w dalszym ciągu. Z kim? Bóg to raczy wiedzieć! O czym? Tego nie umiałby powiedzieć, choć wysilał pamięć na wszelkie sposoby. Jedno, co wiedział na pewno, to że w owym czasie nie wkładał sobą4.
4 Alessandro Manzoni, Narzeczeni, tłum. Barbara Sieroszewska, PIW, Warszawa 2023, s. 289–290.
To natomiast powieść dla młodzieży z podgatunku horror science fiction, tak zwany weird, autorstwa psiarza, na którego nazwisko spuszczę wymowną zasłonę milczenia. Ponad dwadziścia cztery godziny temu zniknęła Lia, najlepsza przyjaciółka głównego bohatera, syna strażnika w bliżej nieokreślonym włoskim ogrodzie.
Brakowało kilku minut do ciszy nocnej, ale Guido uparł się, że nie wróci do domu, dopóki jej nie odnajdzie. Jakieś pierwotne przyciąganie pchało go w stronę polany, gdzie w dzieciństwie bawili się odsłonięci przed spojrzeniami dorosłych. Czuł, że nie jest jedyny, że jest jednym z wielu, których wzywa ta niewidzialna siła.
Gdy dotarł na polanę, jego mózg potrzebował kilku sekund, żeby zrozumieć scenę, jaka pojawiła się przed jego oczami. Buk, symbol ich dzieciństwa, nie był już tylko krzewem. Stał się zmiennokształtnym, pulsującym organizmem. Jego pierwotna sylwetka była jeszcze rozpoznawalna, ale wzdłuż pnia, na gałęziach i kiściach poruszały się zwierzęta wszelkich gatunków, jakby stopione z drzewem. Chrzaszcze i motyle, pająki i dżdżownice, ale też ptaki, lisy, sarny. I wtedy je zobaczył: plecy Lii, które uwpuklały się jak góz na powierzchni potężnego pnia.
Dalszy marsz w stronę dębu nie był jego wyborem. Mniej niż metr od tej istoty, zarazem znajomej i obcej, Guido wyciągnął do przodu jedną rękę. Jego palce zanurzyły się w korze, jakby były z budyniu. W ten właśnie sposób spotkał Pisarza.
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej
Tytuł oryginałuBozze non corrette © 2025 Mondadori Libri S.p.A. , Milano
Projekt okładki i stron tytułowych Michał Jakubik
Ilustracja na okładce Jannoon028 / Freepik
Krzyżówka Roman Głowacki
Redaktor inicjujący Marcin Baniak
Redaktorka prowadząca Justyna Skalska
Opieka redakcyjna Katarzyna Mach
PromocjaMarlena Miśkowiec
Korekta Barbara Gąsiorowska Marta Tyczyńka-Lewicka
Copyright © for the translation by Anna Osmólska-Mętrak © Copyright for this edition by SIW Znak sp. z o.o., 2026 ISBN 978-83-8427-314-2
Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl
Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl
Społeczny Instytut Wydawniczy Znak
ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków
Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: [email protected]
Wydanie I, Kraków 2026
Plik przygotował Woblink
woblink.com
Okładka
Karta tytułowa
1
2
3
4
5
6
7
8
9
10
11
12
Karta redakcyjna
Okładka
Strona tytułowa
Prawa autorskie
