Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
64 osoby interesują się tą książką
Tylko on wie, co wydarzyło się tej nocy.
Dom w opuszczonej włoskiej wiosce. Marzenie o nowym początku, które szybko zamienia się w koszmar.
Kiedy niemiecka architektka Tilda za symboliczne jedno euro kupuje zrujnowaną willę na Sardynii, widzi w tym szansę, by raz na zawsze odciąć się od przeszłości. Z zapałem rzuca się w wir pracy, by wyremontować budynek.
Tymczasem ciszę tej zapomnianej przez świat wsi co niedzielę przerywa dźwięk dzwonów, choć w tamtejszym kościele od lat nie ma już wiernych. Nieznajomi ostrzegają przed klątwą, która ciąży nad domem Tildy. A jedyny człowiek, który zna historię wioski – stary Silvio – uparcie odmawia wyjaśnień.
Z pomocą Enza, dociekliwego dziennikarza, Tilda zaczyna odkrywać mroczne sekrety tego miejsca. Ale przeszłość nie daje o sobie zapomnieć. Gdy niespodziewanie pojawia się jej młodszy brat Nino, wracają wspomnienia.
A potem Nino znika bez śladu.
Napędzani desperackimi poszukiwaniami, Tilda i Enzo odkrywają coraz więcej – nie tylko dzikie surowe zakątki wyspy, lecz także prawdę, która okazuje się bardziej przerażająca niż jakakolwiek legenda.
Bo to nie duchy są tu największym zagrożeniem. Tylko ludzie… i to, co próbują ukryć.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 416
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Original Title: Der dunkle Sommer
Copyright © 2025 by Rowohlt Verlag GmbH, Hamburg Copyright © 2026 for the Polish edition by Grupa Wydawnicza Literatura Inspiruje Sp. z o.o. Copyright © for the Polish translation by Magdalena Kaczmarek
Wszelkie prawa zastrzeżone
All rights reserved
Książka ani żadna jej część nie mogą być publikowane ani w jakikolwiek inny sposób powielane w formie elektronicznej oraz mechanicznej bez zgody wydawcy.
Redakcja: Sylwia Drożdżyk-Reszka
Korekta: Beata Mazur
Projekt graficzny okładki: Izabela Surdykowska-Jurek
Grafiki na okładce: Magnific AI Image Generator
DTP: Justyna Jakubczyk
ISBN 978-83-68249-34-7
Warszawa 2026
Wydawnictwo [email protected] www.literaturainspiruje.pl
Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.
Powietrze drży w słońcu. Woda pod łodzią jest ociężała, niemalże oleista. Wyciągam dłoń, by ją w niej zanurzyć. Mam wrażenie, że wkładam palce do ciepłej zupy.
Podkoszulek klei mi się do spoconych pleców. Nawet tutaj, nad morzem, trudno uciec od tego skwaru. Prześlizguję się wzrokiem po turkusowej, wpadającej w błękit powierzchni. Mewa leniwie rozkłada skrzydła i niechętnie wzbija się ponad wodę. W pewnej odległości, w tej zwykle pustej zatoczce, przesuwa się druga łódź. Niczym ruchomy element wycinanki z papieru kontrastuje z oślepiającym słońcem. Coś przykuwa moją uwagę w tej łodzi, czy może raczej w nieznajomym, który się w niej znajduje. Spoglądam w jego kierunku, po chwili raz jeszcze. Moją dłoń, którą trzymam ster, przenika dreszcz.
Przez moment myślę, że to upał płata mi figla. Że to tylko złudzenie optyczne. Migotanie powietrza ponad lustrem wody. Ale to nie jest złudzenie. Rozpoznaję go. Ten widok w okamgnieniu odbiera mi oddech. Moje palce zaciskają się na sterze. Wspomnienia zalewają mnie niczym wzburzona fala. Wszystko do mnie wraca: krzyki, przerażenie, późniejszy ból. Wiele nocy, nieprzespanych i przepłakanych. Z poczucia strachu, który już nigdy mnie nie opuścił. Tak samo, jak twarz tamtego człowieka. Wżarła się nieodwracalnie w moją pamięć. Rozpoznam ją wszędzie. Tak jak właśnie tu i teraz. To ta sama twarz, ten sam mężczyzna. Nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości. Jak nigdy dotychczas. Zupełnie jakby czas się cofnął, dając mi możliwość, by tym razem postąpić właściwie. By tym razem wziąć odwet. Z mojego wnętrza rozlewają się lęk i wściekłość, podnoszą się wprost do mojego gardła. Delikatne kołysanie fal przyprawia mnie o nagłe mdłości. Zaraz zwymiotuję.
Mężczyzna w tamtej łódce mnie nie zauważa. Nie rozpoznaje mnie. Nie może mnie rozpoznać.
Mężczyzna w tamtej łódce nie żyje.
Słuchawki są przyklejone do moich uszu taśmą, by zagłuszyć wszelkie odgłosy z zewnątrz. Ujadanie psów. Warkot helikopterów krążących ponad jamą, w której mnie ukryto. Nie wolno mi usłyszeć absolutnie niczego, co mogłoby mi zdradzić, gdzie się znajduję. Choć tak naprawdę już to wiem: jestem w piekle.
Jest ciemno i zimno. Upchnięto mnie w drewnianej skrzyni. W skrzyni umieszczonej w dziurze w ziemi. Dodatkowo nałożono mi worek na głowę i wetknięto w usta zwiniętą szmatę. Knebel utrudnia mi oddychanie i przełykanie. Po co ktoś mnie tu trzyma, z zasłoniętymi oczami, zatkanymi uszami, bez możliwości wydania z siebie jakiegokolwiek dźwięku? Moje zmysły są niemalże kompletnie wyłączone. Czuję jeszcze tylko moje ciało. Jest poranione i całe swędzi.
I słyszę muzykę. Dudni w moich uszach. Dzień i noc. Wypełnia moje przewody słuchowe. Moją głowę. Osadza się w moim ciele. To chyba ta muzyka jest z tego wszystkiego najgorsza.
Czasami przychodzi któryś z tych ludzi, przynosi mi jedzenie i picie, wymienia baterie w walkmanie. To jedyne chwile, w których wychodzę ze skrzyni i są mi zdejmowane słuchawki. W uszach piszczy mi wtedy tak, jak gdyby broniły się przed tą nagłą ciszą.
Mężczyźni, gdy ściągają mi worek z głowy, mają na twarzach pończochy. Dają mi wodę, chleb, niekiedy jabłko. Jak koniowi. Dziś jest też zupa.
Przez knebel mam naderwane kąciki ust. Zupa piecze w rany, choć jest raczej zimna. Droga od kuchni, na której ją ugotowano, do miejsca, gdzie przebywam, musi być długa. Jama, skrzynia i ja znajdujemy się w jakimś bliżej nieokreślonym miejscu. To z pewnością jest powód, dla którego wciąż mnie nie odnaleziono. Bo przecież chyba ktoś mnie szuka, prawda? Nasłuchuję, ale niczego nie słyszę. Tylko piszczenie w moich uszach.
Zupa ma blaszany posmak. Wycieram twarz brudnym rękawem i patrzę na człowieka, który obserwuje mnie spod swojej maski. Jak czarny duch. Wygląda przerażająco.
Wiem, że kiedy skończę, muszę wracać do mojego więzienia. Powoli rozdrabniam łyżką kawałek ziemniaka i skrobię nią po dnie blaszanej puszki. Chcę zyskać na czasie. Skrzynia jest koszmarem. Bezruch w niej jest koszmarem. Nie mogę jednak przeciągać tej chwili w nieskończoność. Nieskończony jest tylko czas w tej jamie. Ciemność. Muzyka. Strach.
Z powrotem do worka, z powrotem do skrzyni. Jak gdyby dziura w ziemi, której nikt nie jest w stanie znaleźć, nie wystarczała, by mnie skutecznie ukryć. Stworzono dla mnie więzienie w więzieniu. Jak w drewnianej matrioszce, w której ukryte są kolejne, coraz mniejsze laleczki. Ja jestem tą najbardziej wewnętrzną z nich, najmniejszą. Gładkim pomalowanym kawałkiem drewna, którego już nie da się otworzyć. Który nie skrywa żadnej tajemnicy. A przynajmniej nie takiej, której nie da się wydobyć bez piły i choć odrobiny przemocy.
Puszka po zupie jest pusta. Zaciskam powieki, gdy wieko ponad mną znów się zamyka. Oddycham gwałtownie z kneblem w ustach. Nie mam pojęcia, dlaczego mnie tu trzymają. Dlaczego wybrali właśnie mnie. Naprawdę nie znam żadnej tajemnicy, którą mogliby wyrwać ze mnie ci ludzie. Nawet przemocą.
Domy z oddali przypominały kości powleczone skórą. Rozległe cmentarzysko opuszczonych budynków na szczycie góry w dzikiej Barbagii, kraju barbarzyńców. Cóż za ironia, że to właśnie ja chcę tu przybyć i napełnić nowym życiem jedno z tych trucheł.
Podążając za agentką nieruchomości wąskimi wijącymi się uliczkami, depczę po opadłych dachówkach i kamieniach. Dom, przed którym przystajemy, jest ostatnim na ulicy. Ma numer piętnaście, dwie kondygnacje i jest większy od pozostałych. Stoi krzywo wciśnięty pomiędzy sąsiednie domki, którym zresztą również brakuje kątów prostych. Poza wąskimi balkonami przed oknami na piętrze właściwie nie wykazuje ani jednej linii prostej. Jakby zaprojektowało go małe dziecko.
Agentka, żwawa kobieta z włosami ciasno związanymi z tyłu głowy, wyciąga pęk kluczy, pokaźny jak u pałacowego klucznika albo strażnika więziennego. Wtyka kolejno jeden po drugim do zamka, aż w końcu znajduje ten właściwy. Drzwi otwierają się ze skrzypieniem.
Mimo aktualnej pory roku w domu panuje chłód. Tapety są poblakłe, ich krawędzie poodchodziły od ścian. Prostokątne przebarwienia porozmieszczane od podłogi aż pod niski sufit wskazują na niegdysiejszą obecność ramek z fotografiami, które musiały tu wisieć przez całe lata.
Z lewej strony mamy kuchnię o ceglanych ścianach. Patelnie i garnki wiszą na grubych żelaznych ćwiekach, wystających spomiędzy cegieł. Kafle z pieca poodpadały i leżą porozrzucane na podłodze. W murowanym zlewie piętrzą się kolejne garnki, pokryte kurzem i rdzą.
– Ma to swój urok, nieprawdaż? – Próbuje ratować sytuację agentka. – Meble są oczywiście zawarte w cenie.
Zapewne mówi o niewielkim drewnianym stoliku i czterech krzesłach. O trzech i pół krzesła, poprawiam się, przekraczając czwarte, które leży połamane na podłodze. Chcę wyjrzeć przez przeszklone drzwi na podwórze za domem. Jest kompletnie zdziczałe, a kamienne schodki całkowicie zarośnięte zielskiem. Dzikość gór, które można stąd dojrzeć, już dawno rozlała się na to miejsce.
Kontynuujemy oględziny. Za kuchnią znajduje się niewielkie, pozbawione okna pomieszczonko, w którym stoi sedes, a tynk kruszy się ze ścian. Zapyziałe lustro wisi nad umywalką sięgającą mi zaledwie do uda. Odkręcam kran. Piszczy i rzegocze, ale mimo największego wysiłku nie udaje mu się wypluć nawet kropli wody.
Agentka marszczy czoło, po czym uderza kilka razy w kran z otwartej ręki, niczym upartego osła. W odpowiedzi na to kran wykasłuje z siebie parę rdzawych kleksów, po czym zaczyna płynąć z niego woda.
– Ecco! – mówi. – Gotowe!
Z zadowoleniem przyciska teczkę do piersi i prowadzi mnie do ostatniego pomieszczenia na parterze – salonu o ścianach, których spękania przypominają zmarszczki na skórze starego człowieka. Tutaj również znajdują się jakieś meble, wszystkie przykryte białymi narzutami. Nawet nie zadaję sobie trudu podniesienia którejś z nich. W oczy rzucają mi się ciemne plamy na podłodze. Próbuję zetrzeć jedną z nich butem. Są wszędzie. Czy to plamy po wodzie? Albo pleśń? Mają nietypowy ciemnobrązowy odcień. Rozglądam się i dochodzę do wniosku, że podobne plamy znajdują się także na ścianach. Jakby coś rozbryzgano. I dziury. Czy to... otwory po kulach? Odwracam się do agentki, która stoi w drzwiach ze swoją teczką i przygląda mi się z wymuszonym uśmiechem.
– Kto tu mieszkał wcześniej? – pytam.
– Rodzina – opowiada dość ogólnikowo.
– Wiadomo, dlaczego się wyprowadzili?
Z twarzy agentki znika uśmiech. Palce z wypielęgnowanymi paznokciami zaciskają się mocniej na teczce.
– Z tego samego powodu, co wszyscy pozostali mieszkańcy. W tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym drugim roku miejscowość całkowicie opustoszała. Od tamtej pory nikt tu nie mieszkał.
Potakuję i odpuszczam temat. I tak więcej się od niej nie dowiem. Drewnianymi schodami wchodzimy na piętro. Dwie sypialnie. W jednej z nich znajduje się duże łóżko i stara szafa, w drugiej zaś węższe łóżko i komoda. Również i tutaj wszystko nakryte jest prześcieradłami. W łazience zastajemy obraz jak po armagedonie. Okno jest rozbite, a odłamki szkła walają się nie tylko po podłodze, ale również leżą w starej, częściowo zawalonej wannie.
Tym razem agentka milczy. Nawet nie wspomina o prezentacji strychu, po czym wnoszę, że straciła nadzieję na sprzedaż domu. I dobrze. To skróci całą procedurę.
– Chciałaby pani zobaczyć inne obiekty w tej miejscowości? – pyta bez przekonania. Wiem, że byłoby co oglądać, bo uprzednio przestudiowałam katalog ogłoszeń. Na sprzedaż jest cała wioska.
– Nie, dziękuję – odpowiadam. Agentka potakuje ze zrozumieniem. Wychodzimy z budynku i wracamy do samochodów, które zostawiłyśmy na brukowanej uliczce przy wjeździe do miejscowości. Botigalli nie zostało zbudowane dla samochodów. Uliczki mogą pomieścić na szerokość co najwyżej wózek ciągnięty przez osła. Nawet ze złożonymi lusterkami nie przecisnęłabym się do zaułka, w którym stoi dom.
Przed nami rozpościera się górzysty krajobraz Sardynii. Dojazd tutaj tymi szalonymi serpentynami zajął mi prawie godzinę. Odwracam się jeszcze raz za siebie i spoglądam na wioskę. Domy ciągną się wzdłuż grani niczym plaster miodu. Niektóre z nich wyglądają, jakby góra zaraz miała je połknąć. Za nimi wznoszą się ku niebu strome skały. A na samej górze, na szczycie grani, króluje kościół. Co za widok.
Agentka przynosi z bagażnika samochodu stos teczek.
– Mamy oczywiście obiekty na sprzedaż także w innych wsiach. Na przykład w Bonnaro, kilka kilometrów stąd na północny zachód. Zachwycające miejsce. – Wskazuje gdzieś w dal, na górzysty krajobraz o rzadkich drzewach. – Albo w moim ulubionym Osilo, niedaleko miasta Sassari. W tym wypadku musiałaby się pani jednak pospieszyć, większość tamtejszych domów już bowiem wykupiono. Gmina przeżywa aktualnie okres rozkwitu dzięki nowo przybyłym mieszkańcom. Otwarto tam teraz nawet sklepy i restauracje. Jeśli mam być szczera, to raczej nie widzę takiej możliwości dla Botigalli, przynajmniej nie w najbliższym czasie. Nie przy ciążącej na tym miejscu reputacji.
Potrzebuję chwili, by pojąć, o jakiej reputacji mówi. Wprawdzie czytałam trochę na ten temat w internecie, szukając informacji o wiosce, jednak nie znalazłam niczego szczególnego. W końcu przy zakupie starego domu prawdopodobieństwo trafienia na taki, w którym ktoś umarł, jest akurat dosyć spore – i to mnie nie odstraszało. Jeśli miałabym się bać duchów, to wyłącznie tych, które przywiozłabym tu ze sobą.
– Byłaby tu pani kompletnie sama. I to w takim ustronnym miejscu, w dodatku jako kobieta.
Ta baba naprawdę minęła się z powołaniem.
– Wezmę go – mówię, zanim ta sytuacja stanie się dla nas obu jeszcze bardziej niekomfortowa.
– Słucham?
– Chciałabym kupić ten dom.
Wgapia się we mnie przez chwilę, jakby oczekiwała, że zaraz przyznam, że to żart. A gdy tego nie robię, odwraca się gwałtownie i zupełnie niepotrzebnie wyrównuje stos teczek, zanim je wszystkie znowu odłoży do bagażnika.
– Przepraszam, ale to doprawdy zaskakujące! Ale... no cóż, wobec tego gratuluję!
– Dziękuję – wymuszam na sobie niezobowiązujący uśmiech.
– To naprawdę dom z potencjałem.
– Zdecydowanie tak.
– I to za cenę jednego euro. Trudno popełnić błąd, prawda?
Nie przestaję się uśmiechać. Ona zaś wciąż wygląda na zakłopotaną.
– Oczywiście musi się jeszcze odbyć oficjalny przetarg, ale jak już zapewne się pani zorientowała, obecnie jest pani jedyną zainteresowaną, więc nie powinno być problemu. Potem jeszcze tylko sprawdzenie pani zdolności finansowej na cele renowacji. Sprawy urzędowe we Włoszech toczą się bardzo powoli, będzie pani musiała nieco uzbroić się w cierpliwość...
– Oczywiście.
– Jeśli jednak naprawdę jest pani zdecydowana... – Obrzuca spojrzeniem miejscowość, jakby wciąż mi nie dowierzała. – Dysponuję listą fachowców, których możemy polecić. Znalezienie wiarygodnych ludzi w tym rejonie nie jest łatwe, dlatego bardzo zachęcałabym do skorzystania z naszego polecenia. Mamy także dobre doświadczenia z architektem, który odnawiał większość domów w Osilo. Czy chciałaby pani kontakt do niego?
Uśmiecham się jeszcze szerzej.
– Byłoby bardzo miło – odpowiadam. Ta kobieta naprawdę nie ma pojęcia, kim jestem. I niech tak pozostanie.
Dom na Sardynii za jedno euro. Początkowo brzmiało to jak dowcip, jednak im bardziej się tym tematem zajmowałam, tym bardziej wyglądało to na znak od losu. Choć przecież nie jestem ani trochę zabobonna. Nie czytam horoskopów i nie chodzę do wróżki na tarota. Kurs jogi to definitywnie najbardziej uduchowiona sprawa, w jakiej wzięłam udział. I nawet to odpuściłam po trzech tygodniach. Za dużo zachodu, za mało cierpliwości.
Jednak artykuł w gazecie, którą znalazłam w biurze ojca po jego śmierci, wydał mi się ostatnią wskazówką od niego. Jak zwrócony we właściwym kierunku palec. Nagłówek brzmiał: „Domy za bezcen na sardyńskim pustkowiu”. Poniżej znajdowało się zdjęcie Botigalli z lotu ptaka. Spektakularne pasmo górskie, opuszczone domy, malowniczy kościółek. Marzenie każdego architekta, który interesuje się renowacją budynków. A tym bardziej architektki z włoskimi korzeniami, którą jestem. Nie mogłam nie uznać, że ojciec wyciął ten artykuł z gazety specjalnie dla mnie, tylko po prostu nie zdążył mi go przekazać. Odszedł tak nagle, że nawet po upływie roku jego śmierć wciąż jest dla mnie szokiem.
Oczywiście doszukiwałam się w tym haczyka. Na pewno musiał gdzieś tkwić. Przecież nikt nie sprzedaje domu za jedno euro, a cała wioska nie może kosztować tyle, co rodzinna pizza. Ale choć szukałam dogłębnie, nie znalazłam niczego, na co mogłabym się nabrać.
Wręcz przeciwnie – im dłużej szukałam, tym więcej znajdowałam w tym sensu: poprzez projekt „dom za jedno euro” chciano uchronić wymarłe włoskie wioski przed całkowitym zniszczeniem. Ich powrót do świetności pozwoli stworzyć miejsca pracy, nie tylko w branży budowlanej, ale i w restauracjach. Liczono, że powstaną nowe hotele i pensjonaty. W całych Włoszech widać przykłady, że to naprawdę działa. Obecnie istnieje wiele dawnych „miejscowości za jedno euro”, które dziś są tak popularne, że przyjeżdżają tam autokary pełne turystów. Im bardziej zagłębiałam się w ten temat, tym lepiej rozumiałam, dlaczego ten plan mógł być korzystny dla wszystkich stron. Nawet dla mnie.
Jedyne, co musiałam zrobić jako nabywczyni, to przedłożyć w gminie plan finansowania renowacji. Wedle założeń, prace budowlane powinny rozpocząć się najpóźniej za rok, a zakończyć w ciągu trzech lat – przy czym już się dowiedziałam, że ten termin – jak to we Włoszech – bez problemu może zostać przedłużony. Realizacja planu jest zatem wykonalna dla każdego, nie tylko dla osób pracujących w branży budowlanej, do których zresztą sama należę.
Na mapie online można zobaczyć ponad czterdzieści wsi, które są aktualnie na sprzedaż. Trochę poklikałam w zdjęcia, ale i tak raz po raz wracałam do miejscowości opisywanej w artykule: do położonego na wschodnim wybrzeżu Sardynii Botigalli. Około pięćdziesięciu domów przy jednej jedynej ulicy, zakręconej niczym muszla ślimaka i wiodącej pod górę, do małego kościółka. Maleńka wymarła miejscowość. Prawie jak gniazdo duchów. I – jak się zdążyłam dowiedzieć z kolejnego artykułu w internecie – bez ani jednego potencjalnego kupca.
Częściowo winna jest temu być może historia tego miejsca. Z pewnością jednak odgrywa również rolę odległe położenie. Godzina jazdy samochodem do najbliższej plaży czy sklepu i kompletny brak gastronomii w okolicy żadną miarą nie odpowiadają wyobrażeniu bella Italia. Ale ja nie chcę żadnych pięknych Włoch. Chcę po prostu mieć święty spokój.
W Botigalli nie ma ulicznych latarni. Ani nawet nazwy ulicy. Oficjalnie najmniejszą miejscowością na Sardynii jest zamieszkałe przez siedemdziesiąt osób Baradili. Jednak w statystykach figurują jedynie lokalizacje, w których nadal żyją ludzie. A Botigalli jest martwe. Wspaniale martwe i samotne. Żadnego zainteresowania prasy. Żadnych dziennikarzy. Żadnych spekulacji. Będę wiodła pustelnicze życie. Ta myśl jest moim motorem napędowym, kiedy w kolejnych tygodniach po oględzinach z agentką gromadzę wszystkie niezbędne dokumenty, sporządzam plany renowacji i dokonuję symbolicznej opłaty w wysokości jednego euro. Mój palec na chwilę zawisa nad klawiaturą, zanim zrealizuję przelew. Śmieszne jedno euro. Nieruchomość w cenie włoskiego espresso. To jakieś szaleństwo. A potem wciskam enter – i dom we Włoszech oficjalnie należy do mnie.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Powieści obyczajowe, kryminały, thrilleryWciągające i niebanalneZaczytaj się!
www.prozami.pl
Księgarnia wysyłkowawww.literaturainspiruje.pl
Szesnastoletnia Rebekka ginie bez śladu. Tuż po niej znika również miejscowa nauczycielka, Laura. To nie pierwsze kobiety, które zaginęły w regionie górskiej wioski Jakobsleiter. Mieszkańcy tej osady oddzielonej od współczesnego świata od dawna budzą podejrzliwość wśród ludzi z doliny. Dziennikarka Smilla dostrzega podobieństwa między ostatnimi wydarzeniami a zniknięciem przed laty jej przyjaciółki Juli. Postanawia zgłębić temat. Stare rany otwierają się na nowo, kiedy zaniedbana dziewczynka, która jest uderzająco podobna do dawnej koleżanki, wbiega przed jej samochód. W Smilli narasta nadzieja, że wreszcie odkryje, co stało się z Juli.
Szukali Idylli. Odnaleźli piekło.
Henrik i Nora wybierają się z pięcioletnim synkiem Fynnem do malowniczego Västernorrlandu w Szwecji, licząc na beztroski odpoczynek. Sielanka szybko zamienia się jednak w koszmar. Gdy w lesie zostaje odkryty szkielet dziecka, a wkrótce potem znika Fynn, rozpoczyna się rozpaczliwa walka o prawdę.
Śledcza Rosa Lundqvist obdarzona niezwykłym darem wyczuwania śmierci, staje przed zagadką, w której teraźniejszość splata się z mroczną przeszłością.
Czy zniknięcie chłopca ma związek z tragiczną historią sprzed lat?
I jakie sekrety kryje domek schowany w koronie starego jesionu?
Czy ktoś wciąż w nim na coś czeka?
