Za wszelką cenę - Tessa Radley - ebook
Opis

Brand Noble, znawca sztuki starożytnej, wyjeżdża w tajnej misji na Bliski Wschód i przepada bez wieści. Po czterech latach niespodziewanie wraca do Nowego Jorku i odkrywa, że jego żona Clea jest w ciąży. Brand zamierza odzyskać Cleę – i to Za wszelką cenę...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 153

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tessa Radley

Za wszelką cenę

Tłumaczenie:

ROZDZIAŁ PIERWSZY

O jego pierwszych krokach po przylocie do Nowego Jorku przesądziło zdjęcie.

Jeszcze na lotnisku Kennedy’ego Brand Noble kupił gazetę, a w niej znalazł artykuł o planowanym na dziś uroczystym otwarciu wystawy w muzeum. Na widok fotografii zatrzymał się jak wryty. Przy kamiennym tygrysie stała Clea, jego piękna żona. Nie widział jej od czterech lat. Jej ciemne włosy i duże zielone oczy przykuwały wzrok.

Pojawi się na otwarciu, nie powstrzyma go brak zaproszenia. Zrobi jej niespodziankę. Długo czekał na tę chwilę. Teraz, zaledwie dwie godziny później, trzasnął drzwiami żółto-czarnej taksówki, która dowiozła go na Piątą Aleję do dzielnicy muzeów. Przepychając się wśród przechodniów, skierował się prosto do ogromnego budynku Muzeum Sztuki Starożytnej.

W środku jest Clea…

Strażnik w mundurze, wielkie chłopisko o szerokich barach, blokował wejście. Na jego widok Brand uświadomił sobie, że co prawda wypożyczył po drodze smoking, ale nie zdążył go jeszcze włożyć. Skrzywił się ironicznie. Ciekawe, co by sobie pomyślał strażnik, gdyby wkroczył tam w swoich sfatygowanych spodniach moro, których prawie nie zdejmował przez ostatnie cztery lata. Pod koniec przypominały śmierdzący łach.

Teraz był o krok od spotkania z Cleą, więc prawie drżał z niecierpliwości.

Przyspieszył kroku, po drodze wkładając marynarkę. Wygładził satynowe klapy palcami pełnymi blizn i odcisków. Strażnik sprawdzał właśnie zaproszenia większej grupy gości i dał znak wszystkim, by wchodzili do środka. Brand przemknął się wśród nich.

Pierwsza przeszkoda pokonana.

Teraz tylko znaleźć Cleę.

Brand byłby zachwycony tygrysem. Clea zawsze z tą samą myślą przystawała przy kamiennej figurze. Zapomniała o gwarze i delikatnym pobrzękiwaniu kieliszków do szampana, gdy przyglądała się imponującemu drapieżnikowi. Kilka tysięcy lat temu wykuł go sumeryjski artysta, utrwalając w rzeźbie nieposkromioną siłę wielkiego kota. Hipnotyzował ją ten posąg i w niepojęty sposób przypominał jej męża.

Tak, Brand wpadłby w zachwyt na widok kamiennej bestii. To była jej pierwsza myśl, gdy półtora roku temu wypatrzyła rzeźbę na wykopaliskach i uznała, że muzeum musi ją mieć. Sporo czasu i wysiłku zajęło jej przekonanie kuratora, Alana Daleya, a potem całej komisji nadzorującej zakupy, gdyż oznaczało to pokaźny wydatek. Jednak opłaciło się, bo sumeryjski tygrys okazał się magnesem dla publiczności. A dla niej upamiętniał Branda bardziej niż płyta nagrobna.

– Clea?

Głos, który zadźwięczał jej nad uchem, był łagodniejszy niż zachrypnięty męski głos Branda. To Harry…

Brand nie żyje. Jego szczątki leżą gdzieś w masowym grobie w gorących piaskach irackiej pustyni. Jej rozpaczliwe modlitwy, uporczywe interwencje i huśtawka między wyczekiwaniem a rozpaczą skończyły się dziewięć miesięcy temu. Niestety, nadzieja umarła.

Clea przysięgła sobie, że nie pozwoli, aby umarła też pamięć o mężu. Westchnęła, jakby to mogło odpędzić obłok melancholii, i odwróciła się do swego przyjaciela z dzieciństwa, który ostatnio stał się ulubionym biznesowym partnerem ojca.

– Tak, Harry?

– Tak? Oto słowo, na które od dawna czekałem. – Harry Hall-Lewis dotknął jej ramienia i spojrzał w oczy.

Słysząc tę żartobliwą zaczepkę, przewróciła oczami. Mógłby wreszcie darować sobie te przytyki do małżeństwa, które ich ojcowie zaplanowali przed dwudziestoma laty, gdy dzieci ledwo wyszły z pieluch. Dzwonek komórki przerwał dalszą wymianę zdań.

– Ojciec – wyjaśniła, patrząc na numer, który wyświetlił się na ekranie. Donald Tomlinson jako przewodniczący rady powierniczej oprowadzał po wystawach potencjalnych sponsorów. – Skończył na dzisiaj – wyjaśniła po krótkiej rozmowie. – Wraca z tarczą. Zapewnił nam kolejne subwencje. Chce, żebyśmy do niego dołączyli.

– Zmieniasz temat. – Ręce Harry’ego zacisnęły się na jej ramionach. Uświadomiła sobie, jak wiele odsłania wieczorowa suknia, i poczuła się naga. Ale przyjaciel szybko uwolnił ją z objęć. – Kiedyś przekonam cię, że powinnaś zostać moją żoną. Dopiero wtedy sama ocenisz, ile straciłaś przez te lata.

– Och, Harry. Ten dowcip już dawno przestał być śmieszny – westchnęła, odruchowo cofając się o krok.

– Dlaczego się wzdragasz na myśl o małżeństwie ze mną? – Spoważniał.

Jego mina zbitego psa zawsze wywoływała w niej wyrzuty sumienia. Razem dorastali. Ich ojcowie przyjaźnili się przez całe życie. Traktowała Harry’ego jak brata, którego nigdy nie miała. Dlaczego na siłę próbował zmienić ich bezpieczną relację na małżeństwo, które byłoby spełnieniem marzeń rodziców?

– Harry, jesteś moim najlepszym przyjacielem i kocham cię z całego serca…

– Czuję, że dodasz „ale”, i skończy się mniej przyjemnie.

Światło z kryształowych kandelabrów odbijało się w oczach mężczyzny, sprawiając wrażenie, jakby się iskrzyły. Harry zawsze był spostrzegawczy i miał intuicję. Fakt. Istnieje wielkie „ale” – ma ciemne włosy, pochmurną urodę i obecne jest tylko w jej wspomnieniach. Brand.

Miłość jej życia, człowiek, którego nie da się zastąpić innym. Wraz z jego śmiercią w jej duszy powstała czarna dziura, wysysająca z niej całą radość.

– Nie jestem gotowa na ponowne małżeństwo – oznajmiła. Ten temat zawsze będzie budził ból i żal.

– Chyba nie sądzisz, że on jednak żyje?

Pytanie przyjaciela było jak dotknięcie ropiejącej rany. Nauczyła się udawać, że ona nie istnieje, ale czasami czuła dotkliwy ból. Clea zapragnęła znaleźć się u siebie, w sypialni, w której stało ich małżeńskie łoże.

– To nie jest dobry moment na tę rozmowę – westchnęła i objęła się ramionami.

– Cleo – przytrzymał ją Harry – od dziewięciu miesięcy, kiedy to otrzymałaś potwierdzenie śmierci Branda, ucinasz każdą rozmowę na jego temat.

Clea wzdrygnęła się na myśl o tamtym dniu.

– Zrobiłaś wszystko, żeby go odnaleźć. Nie traciłaś wiary, że żyje. Teraz wiemy, że zginął. Prawdopodobnie nie żyje od czterech lat. Nic tego nie zmieni. Musisz to wreszcie przyjąć do wiadomości.

– Ja wiem, że Brand nie żyje.

Harry wyglądał na zszokowanego jej stwierdzeniem, podobnie jak ona, że powiedziała to na głos. Przygarbiła się, jakby ją przytłoczył wielki ciężar, a lazurowa sukienka – w kolorze oczu Branda – zwisała smętnie. Clea zadrżała z zimna, mimo ciepłego wieczoru.

Pierwszy raz przyznała głośno, że śmierć męża jest faktem. Długo się przed tym broniła. Modliła się, podtrzymywała płomyk nadziei tlący się w sercu – ono nadal należało do Branda. Przekonywała samą siebie, że jeśli uzna męża za zmarłego, wraz z nim straci część własnej duszy, więc miesiąc po miesiącu i rok po roku uparcie karmiła się złudzeniami. Puszczała mimo uszu perswazje ojca i przyjaciół, że nie ma najmniejszej szansy, by ocalał.

– Cóż, przyjęcie faktów do wiadomości jest pierwszym krokiem do ich akceptacji.

– Harry…

– Wiem, że to był bardzo trudny okres. Najpierw brak wiadomości. Potem odkrycie, że Brand wyjechał do Bagdadu z kobietą.

– Mogłam się mylić w sprawie jego śmierci – powiedziała – ale jednego jestem pewna: nie miał romansu z Anitą Freeman. I nie dbam, co na ten temat mówią detektywi. Mają robaczywe myśli.

– Twój ojciec…

– Nie dbam również o to, co o tej sprawie sądzi tatuś. Nigdy nie lubił Branda. Daj spokój. – Zawahała się. – Brand i Anita kolegowali się.

– Ładni mi koledzy – prychnął Harry ironicznie.

– Przez pewien czas się spotykali, ale to było, zanim Brand mnie poznał. – Clea rozzłościła się. Miłość, jaka ich łączyła, ludzie starają się unurzać w błocie.

– Mydlił ci oczy. Detektywi znaleźli dowody, że Brand przed poznaniem ciebie mieszkał przez rok z Anitą w Londynie. Cleo, przecież to dłużej, niż trwało wasze małżeństwo. Dlaczego ci o tym nie wspomniał? Twój mąż zginął w katastrofie samochodowej w Iraku razem ze swoją flamą. Nie oszukuj sama siebie!

– Nie mieszkali razem – syknęła Clea, upewniając się, że nikt nie może ich podsłuchać. – Brand by mi o tym powiedział. Ich znajomość miała czysto zawodowy charakter. Anita była archeolożką, a Brand uznanym ekspertem w sprawie starożytnych wykopalisk. Obracali się w tych samych kręgach.

– Jaką masz pewność? Przecież ci nie powiedział o tej wyprawie do Iraku.

– Nie mam ochoty się w tym grzebać – burknęła, bo trudno jej było wskazać lukę w wywodach Harry’ego.

Nie wskrzesi męża. Wystarczająco wiele ją kosztowało uporczywe trzymanie się myśli, że Brand jest gdzieś uwięziony albo błąka się, nie pamiętając, kim jest. Znajomi z politowaniem kiwali głowami. Wszyscy poza nią przyjęli jego śmierć za najbardziej prawdopodobne wyjaśnienie przedłużającej się nieobecności. Potem na pustyni znaleziono spalone szczątki samochodu, który Brand wynajął, a mieszkańcy pobliskiej wioski potwierdzili, że pochowali znalezione tam szczątki dwóch osób, mężczyzny i kobiety, w zbiorowym grobie. Pewnie piasek zasypał wszelkie ślady po nim.

Detektywi zapewniali, że Brand zginął na pustyni, ale Clea domagała się dowodu. A jeśli pochowano jakiegoś anonimowego kierowcę czy przewodnika? Nic nie było w stanie jej przekonać – ani to, że przez cztery lata nikt go nie widział, ani to, że jego konta bankowe pozostały nienaruszone. Jednak dziewięć miesięcy temu Clea otrzymała swój niechciany dowód.

Dostarczono jej obrączkę Branda. Grabarze ściągnęli ją trupowi z palca, a potem sprzedali miejscowemu złotnikowi. Brand nigdy by jej nie zdjął dobrowolnie. Clea nie miała wyjścia, musiała uznać, że mąż nie żyje. Nie wróci do niej ze swojej tajemniczej misji.

Ukochany mężczyzna odszedł na zawsze.

Musiała dopełnić formalności. Sąd zaakceptował to, co jej ojciec, jego prawnicy i zatrudniona do poszukiwań agencja nazywali „niezbitymi faktami” i uznał Branda za zmarłego. Wydano świadectwo zgonu.

W dniu, kiedy dostała je do ręki, miała wrażenie, że jej serce rozsypało się na milion kawałeczków. Łzy napłynęły jej do oczu i przesłoniły twarz Harry’ego. A jednak w ostatnich miesiącach zdołała się pozbierać mimo smutku i samotności.

– Zdenerwowałem cię – wyszeptał Harry wyraźnie zawstydzony. – Naprawdę nie chciałem.

– To nie twoja wina.

Jak ma wyjaśnić mężczyźnie, że teraz byle głupstwo doprowadza ją do płaczu?

– Obiecuję, że się nie rozkleję. – Uśmiechnęła się do przyjaciela.

– Zawsze służę ramieniem, jeśli będziesz się chciała wypłakać – zapewnił ją z galanterią.

– Wylałam morze łez i na razie wystarczy. Teraz chcę wierzyć, że wszystko się ułoży. – Jeśli będzie to sobie często powtarzała, któregoś dnia uwierzy w swoje kłamstwa. – Mam po co żyć.

– Cleo, pamiętaj, że zawsze możesz na mnie liczyć.

Mimo kindersztuby Harry wydawał się przerażony perspektywą, że przyjaciółka dostanie ataku histerii przed nowojorską elitą zgromadzoną w muzeum. Clea uśmiechnęła się.

– Dziękuję, Harry. Jesteś niezawodny.

– Po to są przyjaciele – odparł z wyraźną ulgą.

W foyer Muzeum Sztuki Starożytnej Brand zwolnił i rozejrzał się. Wszystko było niby znajome, a jednak inne.

Wiekowe czarno-białe kafelki na podłodze ustąpiły miejsca lśniącemu białemu marmurowi. Marmurowe schody z ozdobną balustradą z mosiądzu zastąpiły skrzypiące drewniane stopnie przykryte musztardową wykładziną z połowy XX wieku. Na prawo od schodów na postumencie królowała potężna figura z brązu, uosabiająca którąś z przedchrześcijańskich bogiń. Wieniec z gwiazd na jej głowie ułatwił Brandowi rozpoznanie Isztar, czyli Inanny, starożytnej mezopotamskiej bogini miłości, płodności i wojny.

Ciemny staromodny hol stał się otwartą przestrzenią, zaaranżowaną w sposób nowoczesny i wyrafinowany, zapraszającą do zwiedzania zakamarków muzeum. Brand przypomniał sobie, jak Clea szkicowała i pokazywała mu projekty. Na dworze zapadał zimowy wieczór, a oni siedzieli przy ogniu płonącym w kominku i snuli plany na przyszłość. Clea opowiadała o swoim marzeniu, by przekształcić archaiczne muzeum w miejsce przyciągające setki zwiedzających, aktywnie popularyzujące wiedzę o starożytnych cywilizacjach.

Brand powoli ruszył przed siebie.

Czuł dumę. Jego żona najwyraźniej zrealizowała swoje plany. Muzeum przestało być chaotyczną dziewiętnastowieczną kolekcją starożytności, a stało się miejscem żywym i atrakcyjnym dla nowojorczyków.

U stóp schodów stała grupa kobiet w szpilkach i kreacjach od modnych projektantów. Kelner w białej marynarce podawał im różowe koktajle. Towarzystwo rozprawiało o czymś z ożywieniem.

Brand rozejrzał się, ale nigdzie nie dojrzał Clei. Za elegantkami stały kolejne grupy gości. Białe koszule, czarne smokingi, sami mężczyźni.

Gdzie jest jego żona? Z bijącym sercem przeciskał się przez gwarny tłum. Światło kryształowych żyrandoli mieszało się ze światłem z dworu wpadającym przez przeszkloną kopułę nad głowami. Skierował się na schody. Może znajdzie Cleę w którejś z sal wystawowych na piętrze? Za chwilę zobaczy, jak jej zielone oczy rozświetlają się radością, i zagarnie ukochaną w objęcia. Marzył o tym.

Jego żona. Jego kochanka. Jego gwiazda przewodnia. Rozłąka omal go nie zabiła.

Na górze zatrzymał się, niepewny. Galerie także były wypełnione ludźmi. Błyszczały klejnoty, różnymi barwami mieniły się wieczorowe suknie. Źle się czuł w tłumie. Powinien był zadzwonić i uprzedzić żonę…

Po długiej i niebezpiecznej przeprawie przez góry na północy Iraku chciał jak najprędzej dostać się do Stanów. Wciąż istniało ryzyko, że zostanie aresztowany za legitymowanie się podrabianym paszportem. A gdzieś podświadomie bał się, że niewinny telefon do Clei ściągnie na niego poważne zagrożenie.

Wśród przeszklonych gablot, w których wyeksponowano skarby sztuki starożytnej, ustawiono stoliki z kanapkami i przekąskami. Clei nigdzie nie dostrzegł. Stanął obok trzech starszych kobiet, uważnie obserwujących całe zgromadzenie i wymieniających sarkastyczne komentarze, po których parskały złośliwym śmiechem. Skinął głową. Kiedyś zignorowałby je, teraz nawet ich chichot przypominający szczekanie hien wydawał mu się przyjemnym dźwiękiem.

Jedna z kobiet zmierzyła go badawczym spojrzeniem i zamarła. Marcia Mercer, przypomniał sobie. Pisywała złośliwe felietony, pełne jadowitych plotek na temat nowojorskiej socjety. Może nadal się tym para.

– Brand… Brand Noble?

Skinął głową i ruszył dalej. Słyszał za sobą szmer przyciszonych komentarzy i okrzyki niedowierzania.

I wreszcie ją zobaczył. Zaschło mu w ustach. Nagle przestał widzieć cokolwiek poza nią.

Clea stała w oddali. Uśmiechała się. Miała piękną długą suknię podkreślającą krągłość piersi i odsłaniającą nagie ramiona. Nie nosiła biżuterii poza szeroką złotą bransoletą… i ślubną obrączką na lewej dłoni.

Brand zaczerpnął powietrza. Przez chwilę myślał, że na krótko obcięła swoje piękne włosy, ale odwróciła się profilem i wtedy dostrzegł długie pasma misternie upięte i puszczone luźno na plecy. Odetchnął głośno. Clea była pełna życia i niezwykle piękna. Tęsknota wróciła z całą mocą, aż go zabolało w piersi.

Wyciągnęła rękę i dotknęła ramienia swego towarzysza. Na widok mężczyzny oczy Branda zwęziły się niebezpiecznie. A więc Harry Hall-Lewis wciąż jest na tapecie. Gdy Clea uśmiechnęła się do niego promiennie, Brand miał ochotę się na niego rzucić.

Jest moja, tylko moja.

– Szampana, proszę pana?

Kelner wyrósł jak spod ziemi. Brand wziął z tacy kieliszek i wychylił musujący trunek jednym haustem.

Odzyskał życie… i nie zamierza tracić ani chwili. Wspomnienie uśmiechu Clei było jedynym światłem w wielomiesięcznej ciemności. Jednak kiedy odstawił kieliszek i spojrzał na miejsce, gdzie stała żona, jej już tam nie było.

Po napiętej wymianie zdań z ojcem Clea schowała się za kolumną, a Harry’ego wysłała po coś do picia. Oparła się o chłodny marmur i przymknęła oczy. Nie miała nastroju na ojcowskie marudzenie, że powinna poważniej traktować obowiązki reprezentacyjne, wmieszać się w tłum, rozmawiać z gośćmi, udzielać wywiadów. Wydęła wargi z niechęcią. Oczywiście, ojciec miał rację, ale ona potrzebuje paru minut dla siebie. Miała wrażenie, że ludzie szepczą za jej plecami.

– Cleo…

Ten głos. To omam. Gwałtownie podskoczyła i nagle zabrakło jej tchu. To niemożliwe!

– Brand?

Wykluczone. Przecież Brand nie żyje.

Ale mężczyzna, który stanął przed nią, był wysoki, ciemnowłosy i nie wyglądał na zjawę.

Duch z przeszłości. Oblał ją żar, potem zlodowaciała. Jej mąż wstał z grobu. Co za okrutny żart. Brand odszedł na wieki. Czy nie spędziła blisko czterech lat na poszukiwaniach, rozpaczając i chwytając się każdej ulotnej szansy, a ostatnich dziewięciu miesięcy na opłakiwaniu miłości swego życia?

Nagle zakręciło jej się w głowie i zabrakło powietrza. Ojciec nie daruje jej, jeśli zwymiotuje na marmurową posadzkę i utrwalą to kamery.

– Cleo!

Przytrzymały ją mocne ręce. Ich dotyk był intymnie znajomy, a jednocześnie boleśnie obcy. Nie, nie, kręciła głową. On nie żyje. Ale ręce mężczyzny były ciepłe i silne. To nie iluzja.

To nie jest gość z zaświatów. Człowiek z krwi i kości, do tego dobrze jej znany.

– Tylko mi tu nie zemdlej – ostrzegł swoim niskim chropawym głosem.

– Nie zemdleję. – Nigdy jej się to nie zdarzyło. – Przecież umarłeś – jęknęła. – A jednak wróciłeś.

Clea! Pożądanie gwałtowne i bolesne, jego baśń tysiąca i jednej nocy. Przyciągnął ją do siebie, wdychając jej zapach, miodowo-jaśminową mieszankę. Tak dobrze jest się zanurzyć w jej niepowtarzalnym aromacie, poczuć ciepło kruchego ciała. Ramiona Clei wydawały się szczuplejsze, wystawały jej kości obojczyków, ale skóra była po dawnemu aksamitnie gładka.

– Schudłaś – mruknął.

– Możliwe. – Była spięta.

Schował twarz w zagłębieniu między szyją a ramieniem. Emocje aż go rozsadzały.

– Tęskniłem za tobą – szepnął. – Nie masz pojęcia, jak bardzo. – Przez tyle miesięcy czuł próżnię w miejscu serca. Tama puściła i popłynęły nieskładne zaklęcia, wyznania, wspomnienia.

– Brand, zupełnie cię nie słyszę. Jest za głośno. – Clea odsunęła się trochę. – Poszukajmy spokojnego miejsca. – Wyśliznęła się z jego objęć. – Chodź. – Pociągnęła go za sobą.

Splótł palce z jej palcami. Delikatna nić, tak łatwa do zerwania, a jednak mocna jak stal.

Przeciskali się między ludźmi, ignorując ciekawskie spojrzenia, aż znaleźli się w korytarzu przegrodzonym szklaną ścianą. Clea wyjęła z torebki kartę magnetyczną, drzwi otworzyły się bezszelestnie. Znaleźli się w recepcji, a za nią był kolejny korytarz.

– Tu jest mój gabinet – wyjaśniła.

– Miałaś pokój w suterenie – zdziwił się.

Zadarła głowę dumnym ruchem. Cała Clea, wszędzie by ją poznał po tym geście.

– Świat nie stał w miejscu. Awansowałam.

Przycisnęła włącznik światła. W jej długich ciemnych włosach zalśniły ogniste refleksy, przypominając mu, że w tej delikatnej kobiecie kryje się prawdziwy ogień.

Kolejna fala pożądania. Tak strasznie za nią tęsknił. Brakowało mu jej głosu. Jej dotyku. Ale nade wszystko brakowało mu kochania się z nią. Jego Clea.

Błyskawicznie pokonał dzielącą ich odległość. Musiał jej bezustannie dotykać, by mieć pewność, że tu jest i mu nie zniknie wraz ze wschodem słońca. Pocałował ją drapieżnie. Westchnęła zaskoczona, ale zaraz rozpłynęła się w jego objęciach.

Smakowała równie słodko, jak pachniała. Wodził palcami po szczupłych plecach, wplatał je w gęstwinę jedwabistych włosów. Opierała się piersiami o jego tors. Mimo szczupłości wydawały się teraz pełniejsze i twardsze, niż pamiętał. Clea zawsze narzekała, że jest płaska jak deska, ale teraz rozkwitła. Kolejna zmiana.

Zamierzał się nią nacieszyć…

Przesunął rękami po apetycznych krągłościach. Dotknął brzucha. Wydawał się zaokrąglony. Przy tych ostro zarysowanych kościach policzkowych i wystających obojczykach spodziewał się wklęsłości, ale napotkał wzgórek. I nagle zamarł.

W uszach łomotał mu przyspieszony puls. Nie pojmował, na co natrafiła jego ręka.

Nie! Pierwszą reakcją było zaprzeczenie świadectwu zmysłów. Ale nawet jeśli jego mózg się zatrzymał, dłonie nadal przesuwały się po ciele kobiety i przesyłały jedną informację. Nie mógł udawać, że niczego nie zauważa.

– Jesteś w ciąży! – zwołał z gniewem.

Tytuł oryginału: Reclaiming His Pregnant Widow

Pierwsze wydanie: Harlequin Desire, 2011

Redaktor serii: Ewa Godycka

Korekta: Urszula Gołębiewska

© 2011 by Tessa Radley

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa 2013, 2017

Wydanie niniejsze zostało opublikowane na licencji Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne.

Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Harlequin i Harlequin Gorący Romans są zastrzeżonymi znakami należącymi do Harlequin Enterprises Limited i zostały użyte na jego licencji.

HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-516 Warszawa, ul. Starościńska 1B, lokal 24-25

www.harlequin.pl

ISBN: 978-83-276-3037-7

Konwersja do formatu EPUB: Legimi Sp. z o.o.