Za cenę milczenia - Marzenia Niewiadomska - ebook

Za cenę milczenia ebook

Marzenia Niewiadomska

1,0

Opis

Życie Vivian Sterling przypomina namalowany ciepłymi kolorami obrazek. Każdy kolejny dzień przynosi jej radość i poczucie spełnienia. Jest szczęśliwą mamą dwóch córek, Ruby i Molly, oraz żoną przedsiębiorczego męża, Simona. Dzieci są mądre i urocze, a kochający partner z przyjemnością angażuje się w sprawy rodziny.


Sama Vivian chętnie pomaga potrzebującym, dla każdego znajduje dobre słowo. Cieszy się sympatią mieszkańców miasteczka. Wydaje się, że taka osoba jak ona nie może mieć wrogów. A jednak pewnego dnia przydarza jej się coś bardzo złego…
Za cenę milczenia to emocjonująca opowieść o kobiecie, która musi się zmierzyć ze swoją traumą i odnaleźć prawdę w świecie pełnym pozorów i niedopowiedzeń.
Czy Vivian zdoła odzyskać kontrolę nad życiem, które zostało naznaczone cierpieniem i strachem? Komu może zaufać?

Przygotuj się na elektryzującą lekturę!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
lub macOS

Liczba stron: 142

Rok wydania: 2024

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
1,0 (2 oceny)
0
0
0
0
2
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
lei83

Nie polecam

Czytałam to arcydzieło jeszcze w oryginale pod tytułem "Przerwana doskonałość". Roiło się tam od błędów wszelkiego rodzaju, nawet logicznych. Dobrze, że ktoś poprawił bo czytać się nie dalo. Styl autorki pozostawia wiele do życzenia. Nie znalazłam w książce budowania postaci. Postacie nijakie. Zasób słów ograniczony. Więcej szumu wokół samej promocji a raczej wokół autorki niż treści w samej książce. Legimi....jestem z wami od lat... dlaczego zaniżacie poziom promując coś takiego...
10



Co­py­ri­ght © Ma­rze­na Nie­wia­dom­ska, 2025

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne

All ri­ghts re­se­rved

Książ­ka ani żad­na jej część nie może być pu­bli­ko­wa­na

w ja­kiej­kol­wiek for­mie bez wcze­śniej­szej pi­sem­nej zgo­dy au­tor­ki.

Do­ty­czy to rów­nież fo­to­ko­pii i mi­kro­fil­mów

oraz roz­po­wszech­nia­nia za po­mo­cą no­śni­ków elek­tro­nicz­nych.

Nie­do­zwo­lo­ne jest tak­że od­czy­ty­wa­nie książ­ki w środ­kach

pu­blicz­ne­go prze­ka­zu bez pi­sem­nej zgo­dy au­tor­ki.

Pro­jekt okład­ki: Do­mi­ni­ka Cad­dick

Re­dak­cja: Ada John­son

Ko­rek­ta: Ka­ta­rzy­na Dań­ska

Skład i ła­ma­nie: Ga­briel Wy­glę­dacz – Stu­dio Aka­pit

isbn: 978-83-68343-08-3

Wy­da­nie I, 2025

Fir­ma Wy­daw­ni­cza DC Bo­oks

Sza­nuj pra­cę au­to­rów, tłu­ma­czy, re­dak­to­rów,

ko­rek­to­rów i wy­daw­ców.

Ko­rzy­staj tyl­ko z le­gal­nych źró­deł.

1

Vi­vian Ster­ling prze­cią­gnę­ła się z za­do­wo­le­niem. Przez za­sło­ny są­czy­ło się cie­płe świa­tło, pod pal­ca­mi czu­ła mięk­ką po­ściel. Jesz­cze za­nim otwo­rzy­ła oczy, wie­dzia­ła, że cze­ka ją ko­lej­ny ide­al­ny dzień w jej ma­łym świe­cie.

Już w je­dwab­nym szla­fro­ku sta­nę­ła na chwi­lę u szczy­tu scho­dów, by po­słu­chać przy­jem­nych dźwię­ków do­cho­dzą­cych z kuch­ni: po­brzę­ki­wa­nia na­czyń, pyr­ko­ta­nia eks­pre­su do kawy i szcze­bio­ta­nia Mol­ly, któ­ra mia­ła w zwy­cza­ju krę­cić się przy ojcu, gdy ten ro­bił śnia­da­nie. Czuj­ny pies szczek­nął ra­do­śnie na wi­dok swo­jej pani, gdy scho­dzi­ła na dół.

– Kawa go­to­wa! – rzu­cił Si­mon, spo­glą­da­jąc z uśmie­chem przez ra­mię.

– Ide­al­ny po­czą­tek piąt­ku – od­po­wie­dzia­ła Vi­vian, z roz­ko­szą za­cią­ga­jąc się za­pa­chem świe­żo upie­czo­nych cro­is­san­tów.

Mol­ly, za­wsze spra­gnio­na ma­mi­nej czu­ło­ści, rzu­ci­ła się w jej ra­mio­na, a Si­mon cmok­nął ją prze­lot­nie w po­li­czek. Tyl­ko Ruby, jak na na­sto­lat­kę przy­sta­ło, wciąż była wpa­trzo­na w ekran swo­je­go te­le­fo­nu. Ubra­na w szkol­ny mun­du­rek, sie­dzia­ła przy ku­chen­nym sto­le, ocze­ku­jąc na śnia­da­nie. Gdy Vi­vian, wciąż z Mol­ly w ra­mio­nach, na­chy­li­ła się nad star­szą cór­ką, by się z nią przy­wi­tać, Ruby uśmiech­nę­ła się lek­ko.

– Hej, mamo – rzu­ci­ła, nie od­ry­wa­jąc wzro­ku od ekra­nu, jed­nak w jej gło­sie za­brzmia­ła cie­pła nuta.

Vi­vian nie mo­gła po­wstrzy­mać uśmie­chu. Ich dom tęt­nił ży­ciem. Czuć było ro­dzin­ną mi­łość i ko­ją­ce cie­pło. I tak było każ­de­go dnia. Czę­sto ła­pa­ła się na my­śle­niu, że jej co­dzien­ność to nie­mal baj­ka. Mia­ła wszyst­ko: pięk­ny dom, ko­cha­ją­ce­go męża, dwie cu­dow­ne cór­ki – uro­czą przy­le­pę Mol­ly i za­dzior­ną, peł­ną uro­ku Ruby. Sie­lan­ko­we­go ob­ra­zu do­peł­niał bia­ły la­bra­dor o imie­niu Whi­te.

Śnia­da­nie w wy­ko­na­niu Si­mo­na było w ich domu ry­tu­ałem. Roz­mo­wy pły­nę­ły swo­bod­nie, tak jak mu­zy­ka w tle. Vi­vian czę­sto słu­cha­ła na­rze­ka­nia ko­le­ża­nek, któ­re za­rzu­ca­ły swo­im part­ne­rom, że nie in­te­re­su­ją się do­mem i dzieć­mi. Si­mon był inny. Za­wsze cie­ka­wi­ło go, co dzie­je się w ży­ciu ich có­rek. Mo­ty­wo­wał je, wspie­rał, a kie­dy było trze­ba – po­cie­szał. Zda­wa­ło się, że te wspól­ne po­ran­ki ła­do­wa­ły mu aku­mu­la­to­ry na cały dzień. Dziś zwra­cał szcze­gól­ną uwa­gę na Ruby, któ­ra tego dnia mia­ła pi­sać waż­ny spraw­dzian.

– Pa­mię­taj, uważ­nie czy­taj py­ta­nia i nie spiesz się z od­po­wie­dzia­mi – do­ra­dził, po­da­jąc jej świe­żo przy­rzą­dzo­ny tost z dże­mem.

Dziew­czy­na prze­wró­ci­ła ocza­mi, niby znie­cier­pli­wio­na, ale w głę­bi du­szy za­do­wo­lo­na z uwa­gi ojca. Rze­czy­wi­ście mia­ła z tym pro­blem na pi­sem­nych te­stach: nie do­czy­ty­wa­ła po­le­ce­nia do koń­ca, przez co od­po­wia­da­ła nie na te­mat i tra­ci­ła cen­ne punk­ty, choć za­zwy­czaj do­sko­na­le zna­ła pra­wi­dło­wą od­po­wiedź.

– Zo­bacz, tato! – za­wo­ła­ła Mol­ly, pró­bu­jąc prze­ła­mać mo­no­pol Ruby na oj­cow­ską uwa­gę. Za­ma­cha­ła sto­pą w po­wie­trzu. – Sama za­wią­za­łam sznu­rów­ki!

Si­mon po­chy­lił się, by oce­nić jej dzie­ło. Spraw­dził, czy pę­tel­ki nie są zwią­za­ne zbyt luź­no, i uniósł kciuk.

– Świet­na ro­bo­ta, ko­cha­nie – po­chwa­lił dziew­czyn­kę z uśmie­chem.

Za­zwy­czaj to on za­wo­ził cór­ki do szko­ły i przed­szko­la. Tak było i tym ra­zem. Uśmie­chał się, gdy dziew­czy­ny na chwil­kę od­wra­ca­ły się i ma­cha­ły mu na po­że­gna­nie. Do­pie­ro wte­dy od­jeż­dżał w kie­run­ku mo­der­ni­stycz­ne­go bu­dyn­ku ze sta­li i szkła, sie­dzi­by jego fir­my.

Si­mon kie­ro­wał pręż­nie roz­wi­ja­ją­cym się przed­się­bior­stwem in­for­ma­tycz­nym, co wy­ma­ga­ło od nie­go spo­re­go za­an­ga­żo­wa­nia. Dbał jed­nak, by sfe­ra za­wo­do­wa nie zdo­mi­no­wa­ła ży­cia ro­dzin­ne­go. Nie zmie­nia­ło to fak­tu, że kie­dy prze­kra­czał próg swo­je­go no­wo­cze­śnie urzą­dzo­ne­go biu­ra, prze­kształ­cał się w wy­so­kiej kla­sy pro­fe­sjo­na­li­stę.

Na ten po­ra­nek za­pla­no­wa­ne było ze­bra­nie za­rzą­du.

*

Vi­vian szyb­ko upo­ra­ła się z po­rząd­ka­mi i pra­so­wa­niem. Mu­sia­ła jesz­cze ode­brać pacz­kę, ale po­sta­no­wi­ła wstą­pić na pocz­tę do­pie­ro po lun­chu z Si­mo­nem.

Stwier­dzi­ła, że ma do­syć cza­su na to, by po­bie­gać. Prze­bra­ła się w swój ulu­bio­ny strój do jog­gin­gu, a po­tem chwy­ci­ła smycz Whi­te’a, by po­łą­czyć przy­jem­ne z po­ży­tecz­nym.

Za­wsze prze­mie­rza­ła tę samą tra­sę. Ich dom po­ło­żo­ny był mię­dzy par­kiem a roz­le­głym pa­stwi­skiem, gdzie ko­nie le­ni­wie sku­ba­ły tra­wę. Vi­vian bie­gła ścież­ką wzdłuż par­ku, po­ko­ny­wa­ła mo­stek, pod któ­rym ci­chut­ko szem­ra­ła lo­kal­na rzecz­ka, a na­stęp­nie prze­my­ka­ła pod wia­duk­tem, czę­sto sły­sząc nad gło­wą prze­jeż­dża­ją­cy po­ciąg.

Park był jed­nym z ulu­bio­nych miejsc spo­tkań miesz­kań­ców mia­stecz­ka. Lu­dzie spa­ce­ro­wa­li tu ze swo­imi psa­mi, le­że­li wprost na tra­wie z książ­ką lub lap­to­pem albo urzą­dza­li so­bie pik­nik, cie­sząc się bli­sko­ścią na­tu­ry.

Vi­vian czę­sto wy­mie­nia­ła uśmie­chy i po­zdro­wie­nia, a Whi­te en­tu­zja­stycz­nie ob­szcze­ki­wał no­wych i sta­rych zna­jo­mych.

– Cześć, Vi­vian! – za­wo­łał za nią Eddy, miej­sco­wy pi­ja­czek.

Sta­no­wił sta­ły ele­ment lo­kal­ne­go kra­jo­bra­zu, tak samo jak fon­tan­na czy van z lo­da­mi. Wy­glą­dał dość eks­cen­trycz­nie, śmier­dział al­ko­ho­lem i pa­pie­ro­sa­mi, któ­re sam skrę­cał, ale był nie­szko­dli­wy.

– Cześć, Eddy – od­po­wie­dzia­ła, zwal­nia­jąc lek­ko.

– Może zna­la­zła­byś parę fun­tów? – za­py­tał chry­pli­wie, a po­tem do­dał żar­tem: – Na kawę?

– Sor­ry, dziś nic nie mam przy so­bie. – Vi­vian roz­ło­ży­ła ręce. – Z wy­jąt­kiem psa! – za­śmia­ła się. – Ale za­py­taj mnie w po­nie­dzia­łek! Wte­dy na pew­no będę coś dla cie­bie mia­ła!

– Dzię­ki! Je­steś naj­lep­sza! – za­wo­łał za­do­wo­lo­ny, bo wie­dział, że za­wsze do­trzy­my­wa­ła sło­wa. – Uwa­żaj na sie­bie!

Wła­śnie dla­te­go Vi­vian lu­bi­ła to mia­stecz­ko. Zna­ła lu­dzi ze swo­je­go osie­dla, wie­le osób ko­ja­rzy­ła z wi­dze­nia, bo bra­ła udział w róż­nych ini­cja­ty­wach wspie­ra­ją­cych lo­kal­ne or­ga­ni­za­cje cha­ry­ta­tyw­ne. Cie­szy­ło ją, że może po­ma­gać, choć­by w ma­łym stop­niu. Czu­ła się czę­ścią tej spo­łecz­no­ści. Była prze­ko­na­na, że wła­śnie tu­taj jest jej miej­sce.

Po­ło­wę tra­sy wy­zna­czał punkt na skra­ju par­ku, przy któ­rym mie­ści­ły się lo­ka­le ga­stro­no­micz­ne, a wśród nich Star­bucks i McDo­nald.

Vi­vian z Whi­te’em za­to­czy­li pę­tlę i po­bie­gli w stro­nę domu.

*

Si­mon spraw­nie mo­de­ro­wał ży­wio­ło­we dys­ku­sje pod­czas ze­bra­nia za­rzą­du. Był za­do­wo­lo­ny z wy­ni­ków spo­tka­nia, więc tym chęt­niej wy­szedł na lunch.

Za­wsze uma­wia­li się z Vi­vian w ka­wiar­ni po­ło­żo­nej nie­da­le­ko bu­dyn­ku, w któ­rym mie­ści­ła się jego fir­ma.

Vi­vian tra­dy­cyj­nie prze­rzu­ci­ła wzro­kiem menu, ale wy­bra­ła to samo, co za­wsze: sa­łat­kę Ce­zar i zie­lo­ną her­ba­tę.

– Lu­bię te na­sze rand­ki w środ­ku dnia – po­wie­dział Si­mon, się­ga­jąc po jej dłoń.

– Małe uciecz­ki od co­dzien­no­ści. – Uśmiech­nę­ła się.

Przy je­dze­niu omó­wi­li szcze­gó­ły przy­ję­cia uro­dzi­no­we­go dla Mol­ly – mia­ło się od­być na­stęp­ne­go dnia. Ich mała có­recz­ka koń­czy­ła pięć lat. Po po­sił­ku i szyb­kiej ka­wie po­że­gna­li się czu­łym ca­łu­sem i ro­ze­szli do swo­ich za­jęć.

*

Mol­ly uwiel­bia­ła swo­je przed­szko­le. Wręcz nie mo­gła się do­cze­kać, by z sze­ro­kim uśmie­chem po­wi­tać swo­ją ulu­bio­ną wy­cho­waw­czy­nię, pan­nę El­lie. No­si­ła ona za­wsze ja­skra­we, ko­lo­ro­we su­kien­ki, tak do­brze kom­po­nu­ją­ce się z jej po­god­nym i ży­wio­ło­wym uspo­so­bie­niem.

– Ja­kie dzi­siaj mamy pla­ny, Mol­ly? – za­py­ta­ła pan­na El­lie w pro­gu.

– Chcę ma­lo­wać! I ba­wić się na pla­cu za­baw! – od­po­wie­dzia­ła dziew­czyn­ka bez wa­ha­nia, już prze­ży­wa­jąc w wy­ob­raź­ni nowe przy­go­dy.

Gdy dzie­ci ze­bra­ły się w ką­ci­ku ar­ty­stycz­nym, Mol­ly z za­pa­łem chwy­ci­ła za pędz­le i far­by. Two­rzy­ła ob­raz­ki, któ­re w jej oczach były praw­dzi­wy­mi dzie­ła­mi sztu­ki – peł­ny­mi ży­wych ko­lo­rów i fan­ta­stycz­nych kształ­tów. Po skoń­czo­nej pra­cy dum­nie za­pre­zen­to­wa­ła swo­je dzie­ło pan­nie El­lie, ocze­ku­jąc na­leż­nych słów za­chwy­tu i uzna­nia.

– Pięk­nie! Wspa­nia­le do­bra­łaś ko­lo­ry! – po­chwa­li­ła wy­cho­waw­czy­ni, co spra­wi­ło, że dziew­czyn­ka po­czu­ła się jak praw­dzi­wa ar­tyst­ka.

Kie­dy przy­szła pora na plac za­baw, Mol­ly od razu po­bie­gła na zjeż­dżal­nie. Ko­cha­ła też huś­taw­ki – lu­bi­ła, gdy wiatr roz­wie­wał jej wło­sy, a ona uno­si­ła się i opa­da­ła, jak­by po­tra­fi­ła la­tać.

Pod­czas obia­du usia­dła obok swo­je­go naj­lep­sze­go przy­ja­cie­la, Ja­mie­go, któ­ry za­wsze opo­wia­dał śmiesz­ne hi­sto­rie. Je­dze­nie, za­ba­wa i śmiech – to było to, co dziew­czyn­ka uwiel­bia­ła.

Po obie­dzie nad­szedł czas na re­laks i wy­ci­sze­nie. Mol­ly z uwa­gą słu­cha­ła pan­ny El­lie, któ­ra czy­ta­ła hi­sto­rie o da­le­kich kra­in­ach i ma­gicz­nych przy­go­dach. Ma­rzy­ła, że i ona pew­ne­go dnia bę­dzie mo­gła prze­żyć coś rów­nie eks­cy­tu­ją­ce­go.

*

Dzień na­sto­let­niej Ruby wy­glą­dał cał­kiem ina­czej. Za­czę­ło się od przed­eg­za­mi­na­cyj­ne­go stre­su, któ­ry za­le­gał w jej żo­łąd­ku ni­czym cięż­kie ka­mie­nie. Po­mi­mo in­ten­syw­nej na­uki wciąż czu­ła, że nie jest do­sta­tecz­nie przy­go­to­wa­na. Wspo­mnie­nie roz­mo­wy z ro­dzi­ca­mi, któ­rzy jesz­cze w domu sta­ra­li się do­dać jej otu­chy sło­wa­mi: „Dasz radę! Wie­rzy­my w cie­bie!”, po­wra­ca­ło ni­czym ko­ją­cy re­fren, ale nie roz­pra­sza­ło obaw.

W szko­le Ruby na­tknę­ła się na Oli­ve­ra, chło­pa­ka, któ­ry od dłuż­sze­go cza­su za­przą­tał jej my­śli. W jego obec­no­ści zwy­kle po­tra­fi­ła opa­no­wać emo­cje, na­wet od­zy­wa­ła się skład­nie, ale dziś, gdy za­py­tał, jak się czu­je przed spraw­dzia­nem, wy­buch­nę­ła nie­za­mie­rzo­nym śmie­chem. Za chwi­lę do­da­ła:

– Czu­ję się, jak­bym mia­ła sta­nąć przed smo­kiem bez żad­nej zbroi.

Oli­ver się za­śmiał, a w jego oczach po­ja­wi­ły się fi­glar­ne iskier­ki.

– Nie martw się. Wiem, że dasz radę. Je­steś jed­ną z naj­by­strzej­szych osób, ja­kie znam – po­wie­dział z uśmie­chem, któ­ry spra­wił, że ser­ce Ruby za­bi­ło szyb­ciej.

O dzi­wo, po­czu­ła się nie­co pew­niej. We­szła do sali lek­cyj­nej z pod­nie­sio­ną gło­wą. Może nie bę­dzie tak źle, po­my­śla­ła. Sko­ro na­wet Oli­ver w nią wie­rzył… Była go­to­wa sta­wić czo­ła wy­zwa­niu.

*

Gdy Mol­ly zo­ba­czy­ła Ruby w holu przed­szko­la, jej twarz roz­ja­śni­ła się sze­ro­kim uśmie­chem. Za­czę­ła opo­wia­dać star­szej sio­strze o wszyst­kich swo­ich ma­lar­skich do­ko­na­niach, a była przy tym tak ży­wio­ło­wa, że nie spo­sób było się nie za­ra­zić jej nie­kła­ma­nym en­tu­zja­zmem.

– Na­ma­lo­wa­łam dziś tę­czę! I sło­nia! – wy­krzy­ki­wa­ła, dum­nie ma­cha­jąc swo­imi ko­lo­ro­wy­mi pra­ca­mi.

– To brzmi nie­sa­mo­wi­cie! Chodź, usią­dzie­my na ław­ce i mi po­ka­żesz – za­chę­ca­ła Ruby, roz­glą­da­jąc się za sa­mo­cho­dem mamy.

Pew­nie utknę­ła w kor­ku. O tej po­rze wą­skie ulicz­ki ich mia­stecz­ka były za­tło­czo­ne do gra­nic moż­li­wo­ści. Star­sza cór­ka wie­dzia­ła, że mama mu­sia­ła za­ła­twić kil­ka spraw przed ju­trzej­szym przy­ję­ciem uro­dzi­no­wym.

Gdy po kil­ku­na­stu mi­nu­tach za­uwa­ży­ły zna­jo­me auto, Mol­ly pod­sko­czy­ła z ra­do­ści.

– Mama! – za­wo­ła­ła, ma­cha­jąc ręką.

– Jak się mają moje ko­cha­ne dziew­czy­ny? – za­py­ta­ła Vi­vian, opu­ściw­szy szy­bę. – Go­to­we na po­wrót do domu? W ta­kim ra­zie wska­kuj­cie!

Obie cór­ki wgra­mo­li­ły się na tyl­ne sie­dze­nie, opo­wia­da­jąc jed­na przez dru­gą, jak po­to­czył się ich dzień. Mol­ly już pla­no­wa­ła ko­lej­ne pro­jek­ty ma­lar­skie, a Ruby na­rze­ka­ła, że le­d­wo po­de­szła do jed­ne­go spraw­dzia­nu, a już musi się uczyć do te­stu z bio­lo­gii.

Mie­li w zwy­cza­ju sia­dać do ko­la­cji całą ro­dzi­ną. Vi­vian na ogół za­czy­na­ła go­to­wać sama, ale po po­wro­cie męża z pra­cy po­si­łek przy­go­to­wy­wa­li już ra­zem. Śmia­ła się, że Si­mon lubi mie­szać w garn­kach. Te­raz też stał przy ku­chen­ce, a Vi­vian kro­iła wa­rzy­wa na sa­łat­kę. Mol­ly i Ruby roz­kła­da­ły plan­szę do gry Mo­no­po­ly na sto­li­ku ka­wo­wym. Dro­gą gło­so­wa­nia wła­śnie tym mie­li się za­jąć po obie­dzie.

– Czy mogę być ban­kie­rem? – za­py­ta­ła Mol­ly, pa­trząc na star­szą sio­strę z na­dzie­ją w oczach.

– O ile nie bę­dziesz oszu­ki­wać! – od­po­wie­dzia­ła Ruby z fi­glar­nym uśmie­chem.

– Obie­cu­ję! – Dziew­czyn­ka ski­nę­ła gło­wą z po­wa­gą.

– Kto chce kur­cza­ka, a kto we­ge­ta­riań­skie? – za­wo­łał Si­mon z kuch­ni.

– Wege dla mnie! – od­po­wie­dzia­ła na­sto­lat­ka, sta­wia­jąc pion­ki na plan­szy.

– I dla mnie! – do­rzu­ci­ła Vi­vian.

– A dla mnie kurr­r­cza­ka! Dużo! – za­wo­ła­ła Mol­ly z za­pa­łem, czym roz­śmie­szy­ła wszyst­kich.

Ko­la­cję zje­dli w mi­łej at­mos­fe­rze. Si­mon wy­py­ty­wał o spraw­dzian Ruby, a ona od­po­wie­dzia­ła, że chy­ba po­szło jej cał­kiem nie­źle. Wciąż ro­bi­ło jej się cie­pło na du­szy, gdy wspo­mi­na­ła sło­wa Oli­ve­ra.

– A jak w na­szym par­ku? – Si­mon zwró­cił się do żony. – Coś no­we­go?

– A że­byś wie­dział! – za­śmia­ła się. – Eddy jak zwy­kle za­cze­pił mnie, bym dała mu ja­kieś pie­nią­dze, ale tym ra­zem chciał je po­noć prze­zna­czyć na kawę!

Si­mon po­krę­cił gło­wą z roz­ba­wie­niem.

– Eddy to jest gość. Bez nie­go nasz park nie był­by taki sam.

Po ko­la­cji za­sie­dli do gry. Lu­bi­li Mo­no­po­ly, choć czę­sto roz­gryw­ka wzbu­dza­ła spo­ro emo­cji. Szcze­gól­nie u Mol­ly, któ­ra iry­to­wa­ła się, gdy ko­muś szło le­piej od niej.

– Ruby, nie mo­żesz tak po pro­stu prze­jąć wszyst­kich sta­cji ko­le­jo­wych! – pro­te­sto­wa­ła, marsz­cząc brwi.

– Ależ mogę! I wła­śnie to ro­bię! – Na­sto­lat­ka wy­szcze­rzy­ła zęby w trium­fal­nym uśmie­chu.

– Spo­koj­nie, dziew­czy­ny – in­ter­we­nio­wał Si­mon, ła­go­dząc na­stro­je. – Pa­mię­taj­cie, że cho­dzi o do­brą za­ba­wę, nie tyl­ko o wy­gry­wa­nie.

Skoń­czy­li wie­czór na ka­na­pie, oglą­da­jąc fa­mi­lij­ny film. Każ­dy sie­dział na swo­im ulu­bio­nym miej­scu, a na ko­la­nach dziew­czy­nek spo­czy­wa­ły mi­secz­ki z prze­ką­ska­mi.

– Uwiel­biam na­sze wspól­ne wie­czo­ry – szep­nę­ła Vi­vian do męża. – To coś, o co za­wsze będę wal­czyć. I ni­g­dy nie od­pusz­czę.

Si­mon uniósł brwi i się uśmiech­nął. Od­gar­nął jej wło­sy i szep­nął wprost do ucha:

– Im­po­nu­je mi two­ja sta­now­czość, ko­cha­nie.

W jego gło­sie sły­chać było in­tym­ną nutę. Wy­glą­da­ło, jak­by nie mógł się do­cze­kać chwi­li, gdy dziew­czyn­ki pój­dą spać, a on bę­dzie mógł się za­jąć swo­ją pięk­ną żoną.

Nie­ste­ty, cór­ki prze­dłu­ża­ły wie­czor­ną to­a­le­tę.

– Dla­cze­go pa­sta Mol­ly jest ró­żo­wa? – za­py­ta­ła Ruby nie­wy­raź­nie, ze szczo­tecz­ką w ustach.

– Żeby za­chę­ca­ła małe dziew­czyn­ki do my­cia zę­bów – wy­ja­śni­ła Vi­vian.

– Sma­ku­je jak guma do żu­cia – po­wie­dzia­ła z za­do­wo­le­niem Mol­ly.

– To ja też chcę taką! – za­żą­da­ła na­sto­lat­ka.

– Kto szyb­ciej wy­szczot­ku­je zęby, ten wy­bie­ra baj­kę na do­bra­noc! – za­pro­po­no­wał chy­trze Si­mon, wie­dząc, że młod­sza cór­ka ni­ko­mu nie po­zwo­li się prze­go­nić.

– A kto umy­je zęby naj­do­kład­niej, bę­dzie mógł zde­cy­do­wać, co rano zje­my na śnia­da­nie – do­da­ła Vi­vian, włą­cza­jąc się do za­ba­wy.

Mol­ly za­zwy­czaj gło­so­wa­ła na na­le­śni­ki, a Ruby na omlet.

– Czy mogę spać dziś z mi­siem, któ­re­go do­sta­łam od cio­ci He­len? – za­py­ta­ła pię­cio­lat­ka już w łóż­ku, wska­zu­jąc pal­cem na pół­kę, na któ­rej sie­dział uko­cha­ny plu­szak, pre­zent od sio­stry Si­mo­na.

– Oczy­wi­ście, ko­cha­nie – od­po­wie­dzia­ła Vi­vian, po­da­jąc jej ma­skot­kę.

– On też bę­dzie ju­tro świę­to­wał – oznaj­mi­ła dziew­czyn­ka z po­wa­gą.

Do­brze wie­dzia­ła, że cio­cia ofia­ro­wa­ła jej mi­sia na pierw­sze uro­dzi­ny.

Vi­vian sta­ran­nie na­kry­ła có­recz­kę koł­drą, dba­jąc, by i miś­ko­wi było cie­pło. Po­tem we­szła jesz­cze do po­ko­ju Ruby, chcąc ży­czyć jej do­brej nocy. Na­sto­lat­ka za­mie­rza­ła spać z książ­ką od bio­lo­gii pod po­dusz­ką, żeby ma­gicz­nym spo­so­bem wie­dza prze­do­sta­ła się do jej gło­wy.

– My­ślę, że tra­dy­cyj­na me­to­da spraw­dzi­ła­by się le­piej – rze­kła jej mama ze śmie­chem – ale do­ce­niam kre­atyw­ność.

Vi­vian ze­szła na dół i do­łą­czy­ła do Si­mo­na, któ­ry zmy­wał na­czy­nia.

Sta­nę­ła za nim i przy­tu­li­ła się do jego ple­ców. Czu­ła cie­pło prze­ni­ka­ją­ce przez cien­ką tka­ni­nę ko­szu­li. Prze­su­nę­ła dłoń­mi po twar­dym brzu­chu, a po­tem su­ge­styw­nie zje­cha­ła w dół.

– Chy­ba skoń­czę ju­tro rano – wy­mru­czał, od­wra­ca­jąc się do niej.

De­li­kat­nie po­gła­dził jej po­li­czek, a po­tem po­ca­ło­wał ją na­mięt­nie. Vi­vian od­po­wie­dzia­ła z rów­ną in­ten­syw­no­ścią.

Już w sy­pial­ni, w bla­sku świec, któ­re Vi­vian za­pa­li­ła, za­nim ze­szła do kuch­ni, po­zwo­li­li so­bie na peł­ne od­da­nie i mał­żeń­ską in­tym­ność. To było ich sank­tu­arium, w któ­rym ce­le­bro­wa­li swo­ją mi­łość. Każ­dy czu­ły do­tyk, każ­dy przy­spie­szo­ny od­dech wią­zał ich ze sobą jesz­cze bar­dziej i przy­po­mi­nał, jak bar­dzo są so­bie po­trzeb­ni.

2

Na­stęp­ne­go ran­ka Si­mon i Vi­vian wsta­li bar­dzo wcze­śnie. Obo­je byli peł­ni ener­gii i en­tu­zja­zmu po­mi­mo sza­leń­stwa po­przed­niej nocy i krót­kie­go snu. Ten dzień był wy­jąt­ko­wy – ich młod­sza cór­ka ob­cho­dzi­ła pią­te uro­dzi­ny.

Na pal­cach mi­nę­li po­ko­je dziew­cząt, a po­tem ze­szli po scho­dach na sam dół, do ga­ra­żu, gdzie trzy­ma­li uro­dzi­no­we de­ko­ra­cje, ukry­te za na­rzę­dzia­mi ogro­do­wy­mi. Były tam ko­lo­ro­we ba­lo­ny, gir­lan­dy, pa­pie­ro­we lam­pio­ny i duży, efek­tow­ny ba­ner z na­pi­sem „Wszyst­kie­go naj­lep­sze­go, Mol­ly!”. Z tru­dem ze­bra­li ca­łość i za­nie­śli do sa­lo­nu.

– My­ślisz, że jej się spodo­ba? – za­py­tał Si­mon, wy­cią­ga­jąc z pu­deł­ka ró­żo­we ba­lo­ny w kształ­cie serc.

– Oczy­wi­ście, że tak. Wiesz, jak na­sza cór­ka ko­cha ró­żo­wy – od­po­wie­dzia­ła Vi­vian z uśmie­chem, bio­rąc w ręce szpul­kę ze wstąż­ką, któ­rą za­mie­rza­ła zwią­zać ba­lo­ni­ki.

Pra­co­wa­li spraw­nie i ci­cho, za­mie­nia­jąc prze­strzen­ny sa­lon w ko­lo­ro­we uro­dzi­no­we kró­le­stwo. Wszyst­kie de­ko­ra­cje za­wie­ra­ły baj­ko­wy mo­tyw. Mol­ly uwiel­bia­ła księż­nicz­ki. Na ob­ru­sie, ku­becz­kach i ta­le­rzy­kach wid­nia­ły po­sta­cie z ulu­bio­ne­go fil­mu so­le­ni­zant­ki. Ro­dzi­ce za­wie­si­li gir­lan­dy i ba­ne­ry z cy­frą pięć. Kil­ka ko­lo­ro­wych ba­lo­ni­ków przy­stro­iło ga­nek.

Whi­te po­rwał ka­wa­łek wstąż­ki i ba­wił się nią w ogro­dzie.

– Jak są­dzisz, po­win­ni­śmy przy­go­to­wać ba­lo­ny z he­lem już te­raz czy do­pie­ro póź­niej, na po­po­łu­dnio­we przy­ję­cie? – za­py­tał Si­mon.

– Zrób­my to od razu – od­po­wie­dzia­ła Vi­vian, uśmie­cha­jąc się na myśl o cór­ce. – Mol­ly osza­le­je z za­chwy­tu!

Gdy ba­lo­ny uno­si­ły się już pod su­fi­tem, two­rząc ko­lo­ro­wy bal­da­chim, Si­mon i Vi­vian po­pa­trzy­li z za­do­wo­le­niem na swo­je dzie­ło. Sa­lon wy­glą­dał spek­ta­ku­lar­nie, a oni byli go­to­wi na ra­do­sne „wow!”.

Si­mon ob­jął Vi­vian, a ona opar­ła gło­wę na jego ra­mie­niu.

– Nie mogę się do­cze­kać, aby zo­ba­czyć jej re­ak­cję – po­wie­dział z sa­tys­fak­cją męż­czy­zna.

– Bę­dzie za­chwy­co­na.

Pili kawę, kie­dy usły­sze­li tu­pot na scho­dach. Mol­ly aż otwo­rzy­ła bu­zię na wi­dok wy­stro­jo­ne­go świą­tecz­nie sa­lo­nu.

– Wow! To wszyst­ko dla mnie?! – za­wo­ła­ła, pod­ska­ku­jąc z ra­do­ści.

– Oczy­wi­ście, skar­bie! – od­po­wie­dzia­ła Vi­vian i wy­cią­gnę­ła ręce w kie­run­ku swej pod­eks­cy­to­wa­nej cór­ki. – Wszyst­kie­go naj­lep­sze­go z oka­zji uro­dzin!

So­le­ni­zant­ka z ra­do­ścią dała się wy­ści­skać ma­mie, ta­cie i sio­strze.

– Mam dla cie­bie coś spe­cjal­ne­go – po­wie­dzia­ła ta­jem­ni­czo Ruby, wrę­cza­jąc dużą pacz­kę.

Mol­ly szyb­ko ro­ze­rwa­ła pa­pier, a jej twarz roz­ja­śni­ła się, gdy zo­ba­czy­ła ze­staw do ma­lo­wa­nia.

– Dzię­ku­ję, Ruby! – wy­krzyk­nę­ła. – Je­steś naj­lep­sza!

Dziew­czyn­ka naj­pierw przy­tu­li­ła do sie­bie pre­zent, a po­tem przy­lgnę­ła do sio­stry.

Si­mon i Vi­vian wy­mie­ni­li spoj­rze­nia peł­ne czu­ło­ści.

– My też coś dla cie­bie mamy – rzekł Si­mon, wska­zu­jąc na dwa pu­deł­ka, do­tąd ukry­te pod sto­łem.

Mol­ly z en­tu­zja­zmem otwo­rzy­ła pierw­sze z nich. Jej oczy się za­świe­ci­ły, gdy zo­ba­czy­ła strój księż­nicz­ki Elsy z fil­mu Kra­ina lodu.

– To moja ulu­bio­na księż­nicz­ka! – wy­krzyk­nę­ła.

Bez na­my­słu wło­ży­ła su­kien­kę wprost na pi­ża­mę i się­gnę­ła po dru­gi pa­ku­nek. W środ­ku zna­la­zła ze­staw do ro­bie­nia bi­żu­te­rii. Od daw­na ma­rzy­ła o two­rze­niu ko­lo­ro­wych bran­so­le­tek i na­szyj­ni­ków, więc jej za­chwy­tom nie było koń­ca.

– A to jesz­cze nie wszyst­ko, ko­cha­nie. Po po­łu­dniu urzą­dza­my przy­ję­cie dla na­szej księż­nicz­ki – rzekł Si­mon.

– Na­praw­dę? I przyj­dą go­ście? – Mol­ly nie kry­ła pod­eks­cy­to­wa­nia.

– Oczy­wi­ście! Wśród nich wszy­scy twoi przy­ja­cie­le – po­twier­dził tata. – Za­pla­no­wa­li­śmy tort, gry i dużo za­ba­wy.

– To będą naj­lep­sze uro­dzi­ny na świe­cie!

Mol­ly bie­ga­ła w pod­sko­kach po sa­lo­nie. Wszy­scy się śmia­li, pa­trząc na jej ta­niec ra­do­ści. Whi­te też świet­nie się ba­wił, bo ukradł kar­ton od ze­sta­wu ma­lar­skie­go i przy­mie­rzał się do tego, by go po­szar­pać zę­ba­mi na małe ka­wa­łecz­ki. Gdy jego pani chcia­ła mu ode­brać za­baw­kę, uciekł do kuch­ni.

– O nie, Whi­te! Zo­staw to! – wo­ła­ła Vi­vian, pró­bu­jąc schwy­tać psa.

Sio­stry wy­buch­nę­ły śmie­chem, pa­trząc, jak ich mama bie­ga za Whi­te’em, któ­ry wy­raź­nie uznał to za do­brą za­ba­wę i nie po­zwo­lił się zła­pać. Wte­dy do ak­cji wkro­czył jego pan, co wy­glą­da­ło jesz­cze ko­micz­niej.

– To nasz do­mo­wy zbieg! – chi­cho­ta­ła Ruby, oczy­wi­ście ki­bi­cu­jąc psu.

W koń­cu, po kil­ku peł­nych śmie­chu mi­nu­tach, ta­cie uda­ło się zła­pać Whi­te’a i wy­rwać mu kar­ton z py­ska.

– No do­bra, czas na śnia­da­nie – rzekł na­stęp­nie z lek­ką za­dysz­ką. – Na co ma dziś ocho­tę na­sza so­le­ni­zant­ka?

*

– Czy na pew­no za­pro­si­li­śmy wszyst­kich przy­ja­ciół Mol­ly? – za­sta­na­wiał się Si­mon, prze­glą­da­jąc li­stę na swo­im te­le­fo­nie.

– Tak! Skon­tak­to­wa­łam się wczo­raj z ich ro­dzi­ca­mi – od­po­wie­dzia­ła Vi­vian, sta­wia­jąc na sto­le ko­lo­ro­we ta­le­rze z przy­sma­ka­mi. – Wszy­scy po­twier­dzi­li, że ich dzie­ci po­ja­wią się na przy­ję­ciu.

– Świet­nie. Bro­oke z Mar­kiem? – Si­mon pod­niósł wzrok, szu­ka­jąc po­twier­dze­nia u Vi­vian.

– Będą! Bro­oke na­pi­sa­ła, że nie mogą się do­cze­kać.

Vi­vian uśmiech­nę­ła się, przy­po­mi­na­jąc so­bie en­tu­zjazm swo­jej przy­ja­ciół­ki. Cie­szy­ło ją to, bo Bro­oke nie­szcze­gól­nie lu­bi­ła się z Si­mo­nem. Vi­vian są­dzi­ła, że to przez pra­cę, jako że zaj­mo­wa­li w fir­mie kon­ku­ren­cyj­ne sta­no­wi­ska.

– A Gra­ce? He­len z chło­pa­ka­mi? – do­py­ty­wał Si­mon, upew­nia­jąc się, że nikt nie zo­stał po­mi­nię­ty, a kie­dy od­ha­czy­li wszyst­kich z li­sty, ode­tchnął z ulgą. – Dzię­ki Bogu, mamy to pod kon­tro­lą. Czy coś jesz­cze trze­ba zro­bić przed przy­ję­ciem?

– My­ślę, że wszyst­ko jest go­to­we. No, chy­ba że przy­go­tu­je­my wię­cej prze­ką­sek. Wiesz, jak to jest, na wszel­ki wy­pa­dek.

– Do­brze, zaj­mę się tym. – Si­mon ski­nął gło­wą i po­szedł do kuch­ni.

Miał wpra­wę w urzą­dza­niu róż­nych im­prez fir­mo­wych. Wszyst­ko za­wsze świet­nie się uda­wa­ło, głów­nie dzię­ki jego zdol­no­ściom or­ga­ni­za­cyj­nym i wro­dzo­nej skru­pu­lat­no­ści.