Z Bogiem na Ty - Michał Sobczak - ebook + książka

Z Bogiem na Ty ebook

Michał Sobczak

4,5

Opis

Co byś zrobił, gdyby pewnego dnia odwiedziła cię dusza zmarłej osoby? Czy zgodziłbyś się, gdyby Bóg zaproponował ci przejście na „ty”? I co tak naprawdę oznacza świętych obcowanie?

Z tymi pytaniami będzie musiał zmierzyć się Tomek, dla którego przypadkowe spotkanie z tajemniczym mężczyzną będzie impulsem do zmiany sposobu myślenia o otaczającym świecie i o sobie samym. Bohater wkrótce przekona się, że rzeczywistość jest dużo bardziej złożona, niż kiedykolwiek mógł to sobie wyobrazić, a istoty z zaświatów towarzyszą mu na każdym kroku. Nie wszystkie jednak mają dobre zamiary...

Mężczyzna po prostu zniknął i pozostawił w mojej głowie mnóstwo pytań, a na odpowiedź musiałem czekać do rana. Co ciekawe, po tej rozmowie uleciał ze mnie strach. Sprawa wciąż jest bardzo tajemnicza, a jednocześnie nie jestem pewien, czy chcę poznać rozwiązanie…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 155

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




1

(Nie)człowiek

 

Małe psy

Dopadały mnie po drodze,

Każdy z nich

Chciał dla siebie urwać kęs.

Choć czasami

Miałem tego dosyć,

Trzeba było się

Tą drogą wlec.

 

Masz do skrzydeł przywiązaną złotą rybę,

Jeśli ty odfruniesz,

Serce jej przestanie bić.

Słuchaj, ptaku,

W klatce nie jest ci najgorzej,

Źle jest wtedy,

Kiedy nie chce się już żyć.

 

Gdy pukałem,

Zamykano wszystkie bramy,

Gdy waliłem,

Ryglowano wszystkie drzwi.

I mówili:

Nie powinien między nami,

Nie powinien między nami

Taki człowiek żyć.

 

Wiele razy

Dopadałem bramy piekieł

I niebieskie

Mnie kusiły często drzwi.

W głowie pustka,

Wszystko dawno się skończyło,

Puste miejsca,

Pozostały tylko sny.

 

Marek Dyjak

 

 

Zimny, mokry, jesienny poranek. Wysiadam z autobusu po ośmiogodzinnej zmianie w pracy. Dzisiaj wyjątkowo wybrałem inny przystanek. Rzadko tu bywam. Miejsce to z nieznanych mi powodów nazywa się Wisielec. Dookoła jest ciemno, ludzie nie wiadomo gdzie się rozeszli. Zostaliśmy tylko ja i jakaś postać w oddali. Zbliżam się do niej. Po paru minutach się mijamy. Okazuje się, że to zwyczajny mężczyzna – niski, krępawy. To, co mnie zaskakuje, to puste oczy, które nie wyrażają żadnych uczuć prócz lęku. Kiedy się minęliśmy, jego kroki ucichły. Uznaję, że zatrzymał się, żeby odpalić papierosa, więc idę dalej. Ciekawość nie daje mi jednak spokoju. Odwracam się. Okazuje się, że znowu jestem sam, mężczyzna jakby rozpłynął się w powietrzu. W okolicy nie było gdzie się schować, byliśmy na otwartym placu. Poczułem niepokój. Cały czas mam przed sobą widok tych oczu. Idę dalej. Mam jeszcze trochę drogi przed sobą, a jestem bardzo zmęczony.

Po paru minutach zapominam o tej sytuacji. Dochodzę do małego parku, który znajduje się tuż przed moim domem. Jeszcze sto pięćdziesiąt metrów i będę w domu. Moją uwagę przykuwa postać, która siedzi na ławce. To ten sam mężczyzna, którego niedawno widziałem na Wisielcu – albo przynajmniej tak mi się wydawało. Gdy się do niego zbliżam, jestem już pewien, że to ten sam człowiek. Moją uwagę znowu przyciągają te puste, czarne oczy. Nasze spojrzenia się krzyżują. Milczymy. W jednej chwili jego wzrok jakby przeszywa mnie na wylot. Mam wrażenie, że coś dziwnego dzieje się w mojej głowie, a serce mi staje albo pęka na pół. Zastygam w bezruchu naprzeciw mężczyzny. Jestem sparaliżowany. Przypomina mi się, że w kieszeni kurtki mam różaniec. Ściskam go z całej siły, skupiam na nim wszystkie swoje myśli. Jest niekompletny, w niektórych częściach ma po osiem paciorków.

Nagle strach mija, wszystko wraca do normalności, odchodzę jak zahipnotyzowany. Coś się zmieniło. Ogarnia mnie spokój. Jak gdyby nic się nie stało, wchodzę do domu. Mieszkam sam ze swoim psem. Wychodzimy na spacer. Przypominam sobie, że nie zamknąłem drzwi od mieszkania.

Co może się stać? Mieszkam w kamienicy, wśród sąsiadów, którzy zawsze muszą wszystko wiedzieć i dlatego bardziej pilnują cudzego dobra niż swojego, myślę.

Coś jednak nie daje mi spokoju. W salonie jest jasno. Patrzę z zewnątrz, czy ktoś nie kręci się po mieszkaniu.

Wracamy, postanawiam.

Wchodzę do domu. Niepewnie zapalam wszędzie światła. Za oknem jeszcze ciemno. Po przejrzeniu mieszkania i stwierdzeniu, że nikogo tu nie ma, oddycham z ulgą. Idę pod prysznic. Wszystko jest normalnie, jak zawsze. Wychodzę, jem małe śniadanie i w końcu kładę się spać. Nie mogę zasnąć. Myślę o zdarzeniu z parku i z Wisielca. O co chodziło z tym mężczyzną?

Za oknem świta. Dopada mnie bezsenność. Zwykle nie mogę zasnąć z innych powodów – a to ktoś kosi trawę, dziecko sąsiadki płacze, jakiś facet nie może odpalić swojego rzęcha pod moimi oknami, a teraz… Cisza. Przeszywająca, wolna przestrzeń dla moich myśli. W dodatku to dziwne wrażenie, że nie jestem tutaj sam. Czuję się, jakby ktoś stał obok łóżka i mi się przyglądał. Patrzę na zegarek. Stanął o dziewiątej, a przecież na pewno jest wcześniej. Wczoraj wychodziłem z domu po dwudziestej pierwszej i z zegarkiem wszystko było w porządku. Nieważne, może uda mi się zasnąć…

Budzę się po paru godzinach. Przecieram oczy. Idę się umyć, jem coś, z przyzwyczajenia spoglądam na zegarek. Wskazuje siedem po dwunastej. Zaraz, zaraz, przecież rano nie działał! Podejrzana sprawa. Nie przejmuję się jednak tym zanadto. Mam dzisiaj dużo do zrobienia, ale mimo to pójdę do znajomego księdza i opowiem mu o swoim porannym spotkaniu.

Po załatwieniu kilku spraw, w końcu do niego ruszam. Jego parafia jest niedaleko mojej miejscowości. Wsiadam do samochodu i próbuję odpalić, ale coś jest nie tak. Silnik odmawia współpracy. Wpadam na pomysł, że pojadę rowerem. Pogoda świetna, świeci słońce, a trochę ruchu dobrze mi zrobi. W drodze próbuję sobie przypomnieć wszystko ze szczegółami, ale nie mogę się skupić. Dojeżdżam na miejsce, okazuje się jednak, że księdza Michała nie ma na plebanii. Idę sprawdzić w kościele. Okazuje się, że jest zamknięty, w dodatku ksiądz nie odbiera telefonu.

Że też nie pomyślałem, żeby zadzwonić wcześniej, myślę, zły sam na siebie. Poczekam chwilę, może wróci.

Po paru minutach zniecierpliwiony wsiadam na rower i wracam do domu. Włączam komputer i wkładam słuchawki. Odcinam się od świata, zamykam oczy. Nagle czuję pod stopami, że panele się uginają – a przecież nie chodzę, tylko siedzę. Podłoga się rusza. Otwieram oczy i rozglądam się nerwowo, ale nikogo nie ma. Pies śpi, a ja znowu mam to uczucie, że ktoś jest ze mną w mieszkaniu. Biorę do ręki Pismo Święte, otwieram na chybił trafił i czytam:

„Synu mój, nie zapomnij mych nauk, twoje serce niech strzeże nakazów, bo wiele dni i lat życia i pełnię ci szczęścia przyniosą: niech miłość i wierność cię strzeże; przymocuj je sobie do szyi, na tablicy serca je zapisz, a znajdziesz życzliwość i łaskę w oczach Boga i ludzi. Z całego serca Bogu zaufaj, nie polegaj na swoim rozsądku”*.

Jest już późno, pora szykować się do pracy. I tak już dzisiaj nic nie wskóram. Słyszę dźwięk SMS-a… Wibracja wyrywa mnie z zamyślenia. Treść wiadomości:

 

Widzieliśmy się dzisiaj, myślę o Tobie, do zobaczenia.

 

Numer nieznany. Kto to? Co to znaczy?

Wychodzę do pracy. Jest piątek, mało ludzi jedzie do pracy na noc, więc autobus jest prawie pusty – tylko ja, kierowca i ktoś jeszcze. Na przystanku wsiada jedna osoba i siada obok mnie. Milczy przez dłuższą chwilę, po czym odzywa się:

– Mówiłem, że się spotkamy.

Odwracam wzrok. Okazuje się, że to ten sam mężczyzna, którego widziałem rano.

– Kim jesteś i o co tu chodzi?

– Boisz się? Mam wrażenie, że się trzęsiesz.

Rozejrzałem się po autobusie. Nikogo nie było, tylko ja i on. Za oknami ciemno, nic nie widać.

– Kim jesteś?! – wyrywa mi się okrzyk. Nie panuję nad emocjami.

– Nikim, kogo mógłbyś się bać. Znamy się bardzo dobrze, ja ci nic nie zrobię, bez obaw – mówi mężczyzna bardzo spokojnym głosem.

– Jak to: „znamy się bardzo dobrze”?

– Dziwi mnie, że wy, ludzie, zawsze spodziewacie się złego.

– Co to znaczy: „wy, ludzie”? To kim ty jesteś?!

– Jestem tobą i wszystkimi innymi.

Pomyślałem, że obok mnie siedzi Bóg, ale nie powiedziałem tego na głos.

– Nadal nie wiem, kim jesteś…

– Nie jestem Bogiem, przynajmniej nie twoim.

Skąd on zna moje myśli? – przemyka mi przez głowę, ale pytam:

– Więc kim?

– Tomek, nie znam twoich myśli, po prostu spodziewałem się tego, że tak uznasz.

– Ale skoro nie jesteś człowiekiem, a jesteś mną i nie tylko, to w końcu kim?

– Przyjdę po ciebie rano na przystanek, porozmawiamy na spokojnie. Do zobaczenia.

Wszystko wróciło do normy. Mężczyzna po prostu zniknął i pozostawił w mojej głowie mnóstwo pytań, a na odpowiedź musiałem czekać do rana. Co ciekawe, po tej rozmowie uleciał ze mnie strach. Sprawa wciąż jest bardzo tajemnicza, a jednocześnie nie jestem pewien, czy chcę poznać rozwiązanie.

Nikomu o tym nie mówię. Postanawiam poczekać do rana i dowiedzieć się wszystkiego od niego. W kieszeni cały czas mam niekompletny różaniec.

Zmiana w pracy dobiega końca, a we mnie rośnie niepokój przed spotkaniem z tajemniczym mężczyzną. Kiedy jadę autobusem, odmawiam różaniec i proszę o wsparcie. Dojeżdżamy na przystanek. Wysiadam, rozglądam się, ale mężczyzny nie widać. Ruszam w stronę domu. Nagle ktoś dołącza. Nie muszę nawet patrzeć, żeby wiedzieć, kto to – a jednocześnie paradoksalnie wcale nie wiem, kim jest ta osoba.

– Może usiądziemy? – pyta mężczyzna.

– Dobrze, byle to nie trwało za długo. W domu czeka na mnie pies.

– Spokojnie, już u niego byłem – odpowiada.

– Więc to twoją obecność czułem, tak? – pytam ze spokojem.

– Tak, byłem dziś u ciebie, potem unieruchomiłem twój samochód i sprawiłem, że nie spotkałeś się z księdzem.

– Dlaczego? Po co to wszystko?

– Żebyś nie musiał się zbytnio martwić. Ksiądz mógłby mnie nazwać demonem i chcieć odprawiać egzorcyzmy, a ty mógłbyś się przestraszyć. To tutaj nie będzie potrzebne.

– Przestraszyć się? A co ja czułem przez cały dzień, jeśli nie strach?

– Nazwałbym to niepokojem. Nie znasz jeszcze prawdziwego strachu… Często dużo gorsza od niego jest wizja wykreowana przez was samych, ludzi.

– Powiesz mi wreszcie, kim jesteś?!

– Dobrze, nie denerwuj się, na początku chciałbym, żebyś wiedział, że nie ma czego się bać, chociaż moja historia może cię zaskoczyć. – Mężczyzna zrobił krótką przerwę i po chwili odezwał się znowu: – Ławka, na której siedzimy, jest dla mnie bardzo ważna. Umarłem na niej.

Dopadło mnie przerażenie. A miałem się nie bać…

– Więc jesteś duchem?

– Wy, ludzie, tak na nas mówicie. Jestem duszą. Ale wróćmy do historii o ławce. Dla ciebie dawno temu, dla mnie czas już nie gra roli, byłem taki jak ty: młody, pracowałem, miałem pieniądze, piękną kobietę, żyło mi się dobrze… „żyło” – lubię to słowo, bo kładziecie tak duży nacisk na jego znaczenie, a tak naprawdę wcale nie wiecie, co ono znaczy. – Zamilkł na chwilę. – W każdym razie, jak już wspominałem, żyło mi się dobrze, to były dużo łatwiejsze czasy, łatwiej było się przyznać do Boga. Teraz panuje moda na religie niekonwencjonalne, wydaje wam się, że to, co nowe, jest lepsze, nie lubicie ograniczeń, nakazów, przykazań. Wygodniej wam się żyje bez wiary, bo nic was nie ogranicza. Ale dosyć tych morałów. Nie po to się spotykamy. Widzimy się dlatego, że dzisiaj, dzięki tobie, spotyka się życie ze śmiercią. Ona jest potężna, nie mierz się z nią, nie prowokuj jej, bo nie masz szans. Znam ją, to moja dobra koleżanka. Nie zmienisz świata. Nie uratujesz go. Nie po to ci to wszystko mówię. Mówię ci to, bo kiedyś też spotkałem duszę. Byłem wtedy jeszcze młody. Dowiedziałem się, że wartości tego świata są niczym, a mimo to stawiałem je na pierwszym miejscu. Po paru latach od spotkania z Dawidem, bo tak miała na imię ta dusza, zapomniałem o tym, co mi powiedział i zacząłem żyć po swojemu. Wdałem się w złe towarzystwo… Było naprawdę złe, może dlatego, że były to demony. Miały nade mną władzę absolutną, mówiły mi, co mam robić, kazały mi kraść, zabijać. Zaoferowały przyjaźń, prosty świat, proste życie. Bardzo szybko robiłem karierę, znalazłem się na szczycie i wtedy zorientowałem się, że to nie ja na nim byłem, tylko one. Kolejne życie zaprzepaszczone. Uciekłem w alkohol, kolejna udręka. Następna butelka pęka i tak dalej… Potem było tylko gorzej. Demony poznały smak heroiny, kokainy i innych, ale reszta to gówno… Moje dwie kobiety, partnerki mojego życia, dla nich zabijałem i okradałem. Karmiłem moich przyjaciół. „Hera” – tak chciałem dać na imię mojej córce, ale nie zdążyła się urodzić. Wtedy nawet się cieszyłem, to znaczy one się cieszyły, demony. Zawładnęły moim światem i uporządkowały go według własnych wartości. Pamiętam, jak na moich oczach, właściwie za moim pośrednictwem, umierał młody ćpun. To było moje pierwsze morderstwo, bo tak trzeba to nazwać. Chłopak był w twoim wieku. Podałem mu strychninę, bo sypiał z czternastoletnią dziewczynką i wciągał ją w to gówno, heroinę. Potem to ja zabiłem Dejzi, bo tak na nią mówili, tym samym sposobem, co wcześniej jej partnera. Ja żyłem pełnią życia, a demony świetnie się przy tym bawiły. Pewnego dnia przyszła do mnie matka z dzieckiem i chciała działkę heroiny. Dałem jej, bo nie miała pieniędzy. Następnego dnia znalazłem ją na klatce. To był złoty strzał. Dziecko umarło z wyziębienia… było całe sine, wyglądało strasznie, ale nie robiło to wtedy na mnie wrażenia. Kobieta okazała się moją siostrą.

W Jarocinie poznałem księdza Michała, który grał w jednej z kapel na bębnach. Na początku nie wiedziałem, że to ksiądz. Próbował mnie z tego wszystkiego wyciągnąć, ale demony nie dawały za wygraną. Wściekle się broniły, nie chciały oddać takiego ciała, jak moje. Było dla nich idealne. Pod pretekstem próby ksiądz ściągnął mnie do garażu na terenie plebanii. Tam odprawiali egzorcyzm. Nie pamiętam z tego okresu nic, wiem tylko, że trwało to pięć miesięcy. Pewnego ranka po prostu obudziłem się w nie swoim łóżku, czując dziwną lekkość, i dowiedziałem się od Michała, że egzorcyzmy się udały i wszystko jest w porządku, jedyne, co po nich zostało, to oczy.

Niestety nie było tak pięknie, jak mogłoby się wydawać. Demony odeszły, ale nie zostawiły mi nic. Mieszkałem w schroniskach dla bezdomnych i szpitalach, w których próbowano doprowadzić mój organizm do porządku po spustoszeniu, jakie wyrządziła heroina i kokaina. Ostatecznie kiedy miałem 33 lata, umarłem z głodu, przemarznięcia i wyniszczenia. Stało się to tu, na tej ławce. To tyle o mnie.

– Więc teraz jesteś pomiędzy piekłem a niebem? – pytam.

– Nie, pomiędzy niebem a piekłem, w czyśćcu. Niebo zawsze powinno być na pierwszym miejscu.

– Więc dusza nie umiera?

– Dusza żyje wiecznie. Moja była tłamszona przez demony przez wiele lat.

– Więc teraz naprawiasz swoje błędy.

– Tak, ostatnio spotkałem się z moją córką. Jest cudowna. A żona wszystko mi przebaczyła. Obie są w niebie.

– A co z siostrą?

– Siostra stoi tam, popatrz. – Wskazuje palcem okno starego, opustoszałego mieszkania. Dostrzegam piękną kobietę.

– Czyli tylko ja was widzę?

– Widzą nas ci, których wybierzemy.

– Więc dlaczego ja?

– Wychodziłeś z autobusu i się minęliśmy. To chyba oczywiste? A poza tym masz w kieszeni mój różaniec.

– Jak to: twój różaniec?

– Przypomnij sobie, skąd go masz.

– Dostałem go od księdza Michała… Mam jeszcze jedno pytanie. Dlaczego powiedziałeś, że jesteś mną i wszystkimi innymi, skoro nic nas nie łączy?

– Mylisz się, łączy nas wiele. Wszyscy jesteśmy Chrystusami, upadamy, cierpimy i wszyscy zmartwychwstajemy. Każdy ma szanse na życie wieczne… nawet ja.

– A jak masz na imię, duszo?

– Rysiek…

* Biblia Tysiąclecia, Prz 3, 1–5

2

Ksiądz Michał

 

Wierzyć to znaczy ufać, kiedy cudów nie ma.

ks. Jan Twardowski

 

 

Sobota, piękny, słoneczny dzień, szkoda byłoby go zmarnować na siedzenie w domu. Postanawiam spotkać się z Michałem… to znaczy z księdzem Michałem. Dzwonię do niego i umawiamy się na spacer. Chcę mu opowiedzieć o spotkaniu z Ryśkiem i dowiedzieć się, co o tym wszystkim sądzi. Przedtem muszę jeszcze załatwić na mieście kilka spraw związanych z mieszkaniem. Przechodzę przez plac na Wisielcu i orientuję się, że budynek, w którym dziś rano widziałem siostrę Ryśka, jest w dobrym stanie. Poza tym jest tam biuro, w którym muszę dokonać kilku wpłat.

Z niepokojem wchodzę do środka i zatrzymuję się przy tym oknie, w którym dziś rano stała kobieta. Czuję ten sam rodzaj obecności, co wtedy w domu. Uświadamiam sobie, że prawdopodobnie spotkam się jeszcze z Ryśkiem. Teraz pewnie czuję obecność jego siostry. Pytam kobietę w biurze, czy wie, co wcześniej znajdowało się w tym budynku, ale właściwie nie mam pojęcia, o jaki okres pytam. Kobieta odpowiada, że była to kamienica mieszkalna. Właściwie nic nadzwyczajnego. Może to tu żył Rysiek.

Z Michałem, to znaczy z księdzem Michałem, jesteśmy umówieni na szesnastą. Mam jeszcze trochę czasu, więc przejdę się na jakieś małe zakupy, a potem pójdę do domu.

Przyjeżdża Michał. Podczas spaceru zaczynam:

– Poznałem pewną osobę, Ryśka… właściwie „osoba” to nie najlepsze określenie. Naszemu spotkaniu towarzyszyły niecodzienne okoliczności. Rysiek powiedział mi, że jest duszą…

Chciałem opowiadać dalej, ale Michał mi przerwał:

– Tomek, a wierzysz w świętych obcowanie?

– No pewnie, że wierzę, co to za pytanie?

– No to masz namacalny dowód. – Ton głosu Michała sugerował, że to oczywiste.

– Ale nie uważasz, że to wszystko jest trochę dziwne?

– Tak, nawet bardzo. Nigdy mi się nic takiego nie przytrafiło. Opowiadali nam o takich przypadkach, ale nigdy czegoś takiego nie doświadczyłem… Ale wiem jedno. To nie jest przypadek, że to właśnie ty możesz się z nim widywać. Dam ci dobrą radę: uważaj na siebie i najlepiej wyspowiadaj się przed następnym spotkaniem.

– Rysiek mi opowiadał, że był opętany. Mówił, co w tym czasie zrobił… bardzo dużo okropnych rzeczy. Po egzorcyzmach szybko umarł. Czy to możliwe, że jest teraz w czyśćcu?

– Tak. Skoro był opętany, to te wszystkie rzeczy działy się wprawdzie za jego pośrednictwem, ale nie zależały od niego bezpośrednio, to nie były jego winy, tylko winy demonów.

– Rysiek powiedział mi to samo. – Umilkłem. Po chwili podjąłem rozmowę: – Zastanawiają mnie tylko jego oczy. Są przeraźliwie czarne i puste, budzą w człowieku lęk… Dlaczego tak jest?

– Nie wiem, Tomek, ale uważaj na siebie…

– Rysiek mówił mi o Bogu, o niebie, opowiadał, że chce się tam dostać, żeby połączyć się z żoną i córką, ale musi jeszcze wiele naprawić.

– On na pewno cię potrzebuje, chce, żebyś mu pomógł. Pewnie ma tutaj jakieś niezałatwione sprawy, być może chce cię wykorzystać, aby nawiązać kontakt z innymi żywymi osobami, albo po prostu skądś cię zna…

– Michał, jest jeszcze jedna kwestia, która nie daje mi spokoju. Skąd miałeś ten różaniec, który mi dałeś?

– Ten stary, z brakującymi paciorkami?

Przytaknąłem.

– Dostałem go kiedyś od jednego księdza wykładowcy w seminarium. Mówił mi, że ten różaniec działa cuda. To dzięki niemu teraz jestem takim silnym człowiekiem. Dałem ci go, bo wierzę, że ty też go dobrze wykorzystasz. A dlaczego pytasz?

– Rysiek powiedział, że wcześniej należał do niego. Twierdzi też, że dostał go od księdza Michała po egzorcyzmach.

– Ale to nie byłem ja, nigdy nie znałem żadnego Ryśka…

– Dziwne… A jak się nazywał ksiądz, od którego dostałeś ten różaniec?

– Stanisław, nazwiska nie pamiętam.

– Dobra, nieważne – ucinam. Mam wrażenie, że coś przede mną ukrywa, więc nie drążę tematu. Mam nadzieję, że niedługo samo się to wyjaśni.

Reszta spotkania upływa na wspominaniu. W końcu, o dość późnej porze, wracam do domu. Jestem nieco rozczarowany – myślałem, że Michał bardziej mi pomoże i dowiem się czegoś więcej, a on całą tę historię potraktował jak coś zupełnie normalnego. Nie opuszcza mnie jednak wrażenie, że nie powiedział mi wszystkiego. Ta rozmowa napełniła mnie spokojem, ale jednocześnie zrodziła wiele pytań, na które odpowiedzieć mógł mi już tylko Rysiek. Tak rozmyślając, idę spać. Jutro niedziela – trzeba ją godnie przeżyć.

3

Dzień Pański