Wyrodna - Justyna Stasio-Siga - ebook
NOWOŚĆ

Wyrodna ebook

Stasio-Siga Justyna

0,0

24 osoby interesują się tą książką

Opis

Historia kobiety, która walczy o przebaczenie i utraconą przed laty relację…

Łódź 1967. W oczach tych, którzy znają Zenobię, jest ona kochającą matką, przykładną żoną i wspaniałą szefową. Czy to możliwe, że kiedyś jej otoczenie miało o niej jak najgorszą opinię?

Nowy, młody współpracownik w fabryce włókienniczej wydaje się Zenobii znajomy, lecz kobieta nie potrafi sobie przypomnieć, gdzie i kiedy mogła go poznać. Gdy wreszcie uświadamia sobie, kim jest mężczyzna, nie pozostaje jej nic innego, jak skonfrontować się z trudną i skomplikowaną przeszłością. Musi zawalczyć o przebaczenie, bez którego nie może zaznać spokoju, i o relację, której brak od lat nie pozwala jej na radość życia.

„Wyrodna” to intrygujący dramat rodzinny, osadzony w łódzkiej rzeczywistości lat 60. Jego zrozumienie wymaga spojrzenia wstecz, aż do lat 30. oraz czasów wojny, i ujawnienia tragicznych wydarzeń oraz tajemnic, które miały na zawsze pozostać w ukryciu.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 352

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Lira Publishing Sp. z o.o.

Wydanie pierwsze

Warszawa 2026

ISBN 978-83-68577-91-4

Pamięci mojego dziadka, Cezariusza Wawrzyniaka,

którego historia rodzinna zainspirowała mnie

do napisania tej książki

1. NOWY KIEROWNIK

SIERPIEŃ 1967

Nazywam się Zenobia Wójcik. Wcześniej byłam Zenobią Majchrzak. A na samym początku Zenobią Łukomską. Zmieniłam się tak bardzo, że Zenobia Łukomska i Zenobia Majchrzak zdają mi się kimś bardzo odległym. Niemal obcym.

Najbardziej lubię siebie teraz. Nigdy nie byłam szczęśliwsza, a moje życie — bardziej bezpieczne i przewidywalne. Mamy z Marianem, moim mężem, domek przy Inflanckiej w Łodzi. Bliźniak. Z ogródkiem — maleńkim, ale zasadziłam tam jabłoń i krzew bzu przy drzwiach. I dużo kwiatów, tak żeby cały czas coś kwitło — tulipany i szafirki wiosną, potem peonie, róże całe lato, niektóre aż do jesieni. Lubię, żeby przed domem było kolorowo i pachniało. I lubię piec dla męża i syna. I do pracy, żeby było coś do kawy dla wszystkich.

Georg, nasz syn, jest drugi rok w wojsku. Dziwnie bez niego w domu. Codziennie wchodzę do jego pokoju przewietrzyć. Wszystko leży na swoim miejscu, jak w muzeum. Byliśmy na wczasach nad morzem, drugi rok bez niego. I pierwszy raz samochodem. Odłożyliśmy na Syrenkę. Marian dawno ma prawo jazdy, ale dopiero teraz udało nam się tyle zaoszczędzić.

Pracujemy oboje z Marianem w Zakładach Przemysłu Bawełnianego im. Obrońców Pokoju „Uniontex”. On jest mechanikiem. Ja kierowniczką laboratorium włókienniczego.

Dobrze mi w tym prostym, małym życiu.

Jedziemy do fabryki pierwszy raz po urlopie. Założyłam sukienkę w kwiaty, jedną z kilku, które krawcowa uszyła mi na wyjazd. Moja skóra jest opalona na złoto. Wyglądam przez uchylone okno, a powiew chłodnego porannego powietrza owiewa mi twarz i sprawia, że czarne, pofalowane włosy sięgające za ucho tańczą na wietrze. Czuję się trochę tak, jakby wciąż były wakacje. Mijamy tramwaj, którym przez lata jeździliśmy do pracy. Nasze auto go wyprzedza, gdy tramwaj zatrzymuje się na przystanku.

— Ciekawe, jak tam Georg — zagaduję. — Dawno nie pisał.

— Pewnie dobrze. — Marian nerwowo zaciska dłonie na kierownicy i pochyla się mocno do przodu.

Nie odzywam się więcej, żeby go nie rozpraszać. Wkrótce przejeżdżamy przez bramę fabryki i zatrzymujemy się na parkingu. Udaję, że nie widzę, gdy mąż, wysiadając z auta, wyciera spocone dłonie o spodnie. Podchodzę do niego i całuję go krótko w usta.

— Musisz mnie nauczyć jeździć — mówię.

— Jak sam się nauczę. — Mąż macha ręką i podaje mi wyciągniętą z auta blachę ciasta przykrytą wykrochmaloną ściereczką. — Wpadnę na kawę — rzuca, odchodząc w stronę przędzalni.

Z blachą ciasta przed sobą idę w stronę budynku, w którym mieści się laboratorium.

— Pani Zeniu! — woła za mną dziewczęcy głos.

— Dzień dobry! — rozlega się drugi.

Odwracam się i czekam, aż podejdą do mnie Irka i Wacia, dwie młode kobiety, które ze mną pracują.

— Cześć, dziewczynki. — Uśmiecham się do nich.

— Śliczna sukienka, pani Zeniu — chwali Irka.

Irka ma w sobie dużo radości życia. Ciągle się śmieje i nie może usiedzieć na miejscu. Ma duży apetyt na jedzenie, zabawę i mężczyzn. Nieraz poprawia makijaż i włosy, wychodzi z pokoju pod jakimś pretekstem i wraca pół godziny później z pomarszczoną spódnicą i rozognionymi policzkami. Ma męża i ośmioletniego synka.

Wacia, młodsza z nich, mężatką jest od niedawna. Jest taka dobra i naiwna — w moich oczach to jeszcze dziecko. Jej mąż, inżynier, jest jednym z kierowników zmian odpowiedzialnych za ciągłość produkcji. Oboje pochodzą z podłódzkiej wsi. Wacia uwielbia Łódź i wychwala życie w mieście, ceni je ponad to na wsi.

Podchodzimy do wejścia do naszego budynku, gdzie pod drzwiami pali papierosa Maryśka, trzecia z moich współpracownic. Ma chłopięcą sylwetkę i nie nosi makijażu. Jest trochę po trzydziestce i nie ma męża ani z nikim się nie spotyka, lecz nigdy nie słyszałam, by na to narzekała.

— Co tam nad morzem, pani Zeniu? — pyta Wacia.

— Woda, piasek — żartuje Irka. — Lepiej my opowiedzmy, co się działo tutaj!

— Irka ma nowy obiekt westchnień. — Maryśka rzuca niedopałek na ziemię i gasi go butem.

— Przyjemnie, odpoczęliśmy — odpowiadam, uśmiechając się do Waci. — A tu? — przenoszę wzrok na Irkę.

— Na przędzalni pracuje nowy kierownik zmiany — odzywa się Irka. — Bardzo przystojny, ciemny, pachnący…

— Żonaty — dodaje z przekąsem Maryśka.

— I co to komu przeszkadza? — odgryza się jej Irka. — Pan Cezary. Ale wszyscy mówią mu Czarek…

Irka może opowiadać o nowo poznanym mężczyźnie godzinami, więc uprzedzam ją.

— Chodźcie do środka — poganiam je. — Już po siódmej.

Większość dni w laboratorium włókienniczym wygląda tak samo. Co godzinę któraś z nas idzie po próbki bawełnianej przędzy, czasem przynoszą ją nam mechanicy. Każdą nić musimy zamontować na specjalnym urządzeniu, dynamometrze włókienniczym. Mierzymy siłę potrzebną do zerwania pojedynczej nitki przędzy. Jeśli średniej grubości bawełniana nić wytrzyma do trzech czy nawet pięciu niutonów, oznacza to, że jest dobrej jakości i nadaje się do produkcji tkanin. Zapisujemy informację w raporcie. Jeśli nić zerwie się przy niewielkim naprężeniu, informujemy przędzalnię. Lecz to zdarza się rzadko. Co godzinę przez kilkadziesiąt minut nie mamy co robić. Stąd kawa i ciasto bez żadnej okazji, stos magazynów na parapecie, talia kart w szufladzie biurka, odbiornik radiowy.

Mój pierwszy dzień po urlopie mija leniwie. Mamy pootwierane okna i włączone radio. Za nami już pięć partii próbek, które przeszły testy pomyślnie. Popijamy we czwórkę kawę i jemy przyniesione przeze mnie ciasto drożdżowe. Irka czyta nam z czasopisma horoskopy.

— Ustawienie Wenus wskazuje na to, że czeka cię burzliwy romans. — Irka kieruje czytane słowa do Maryśki.

— Dajże spokój — irytuje się kobieta.

— Będziesz zaskoczona, z kim połączy cię los.

— Idę na przędzalnię. — Maryśka wstaje i rusza do drzwi, ale Irka odkłada czasopismo i wyprzedza ją.

Zamykają się za nią drzwi.

— Do tego Czarka się przymilać poleciała! — mówi Wacia. — Ja nie wiem, jak ona tak może?!

Maryśka temperuje ołówek.

— Pani myśli, że jej mąż o tym wie? — Wacia patrzy na mnie zatroskana. — Przecież Irka jest zamężna, a ten pan Cezary nosi obrączkę. Co ona zamierza?

— To nie nasza sprawa — kończę temat.

Po kilku minutach Irka wraca i kładzie próbki przede mną, sama zaś bierze na powrót czasopismo.

— Teraz kolej na horoskop pani Zeni.

— Niech będzie. — Nawlekam pierwszą próbkę.

— Za sprawą układu gwiazd spotkasz dawną bratnią duszę. — Irka uśmiecha się. — Otwórz się na to spotkanie. Masz szansę na prawdziwą miłość.

— Ciekawe, co na to pan Marian. — Wacia uśmiecha się do mnie.

Naciągnięta przędza pęka.

— Cholera! — denerwuję się.

Irka odkłada czasopismo. Wszystkie trzy patrzą na mnie, miny im zrzedły. Biorę kolejną próbkę i ponawiam test. Przędza zrywa się. Trzecia próbka też.

— Już nie jesteś chętna, żeby iść na przędzalnię? — Maryśka docina Irce.

Maryśka wychodzi. Ja zapisuję w raporcie godzinę i informację o niepowodzeniu. Każda minuta to są straty dla zakładu, duże pieniądze.

— Zrobicie mi kawę? — Marian pyta od drzwi.

— Nie teraz. — Odwracam się do niego. — Przędza się rwie przy jednym niutonie.

— Co ty mówisz? — Marian bierze sobie z blachy kawałek drożdżowego.

Z korytarza słychać zbliżające się głosy: Maryśki i męski. Widzę, jak mężczyzna przepuszcza Maryśkę w drzwiach. To musi być ten Cezary, nowy kierownik zmiany.

— To jest pan Czarek, pani kierownik — przedstawia go Maryśka.

— Moja żona. — Marian prezentuje mnie, wskazując na mnie ręką.

— Miło mi. — Pan Czarek bierze moją dłoń i schyla się, by ją pocałować.

Jest świeżo po trzydziestce. Szczupły, wysportowana sylwetka. Czarne włosy zaczesane do tyłu. Orli nos. Wyprasowana koszula, pachnie perfumami. Widzę, jak Irka pożera go wzrokiem.

— Mnie również — odpowiadam i od razu przechodzę do rzeczy. — Wszystkie się porwały.

— Mogę spróbować?

Robię mu miejsce przy swoim biurku. Siada na moim krześle i zakłada przyniesiony kawałek przędzy na urządzenie. Patrzę na jego dłonie. Paznokcie ma obcięte tak krótko, jak tylko się da, czyste. Skórę dłoni — gładką i nawilżoną. Nie wyglądają na dłonie mechanika. Skądś go znam. Gdzieś już widziałam tę twarz i te dłonie. Z kimś mi się kojarzy.

Nić napręża się i pęka.

— Cholera — rzuca mężczyzna. — Chodźmy, panie Wójcik.

Wstaje od biurka, obrzucając niechętnym spojrzeniem nasze czasopisma, filiżanki po kawie i blachę z resztką ciasta. Idą z Marianem do drzwi. Patrzymy na siebie z mężem porozumiewawczo. Nie pracujemy tu od dziś. Oboje wiemy, że do domu wrócimy późno. Gdy wychodzą, zmniejsza się napięcie w pomieszczeniu.

— Co on taki nadyndany? — oburza się Maryśka. — Przecież to oni na przędzalni coś schrzanili, nie my!

— Każdy, jak zobaczy, jakie tu mamy Bahamy, to go szlak trafia — śmieje się Irka, dojadając ciasto. — Ładny, co?

Przytakuję jej skinieniem głowy.

— Czasem się zastanawiam, po co aż cztery tu jesteśmy — mówi Wacia. — Jak u siebie na wsi opowiadam, jak tu się pracuje, to koleżanki mi nie wierzą.

— Jesteśmy cztery, żeby bezrobocia nie było. — Maryśka zapala papierosa.

Siadam na krześle, na którym wcześniej siedział ten nowy kierownik zmiany. Wypijam ostatni łyk kawy z mojej filiżanki.

— Pani Zeniu, co pani tak posmutniała? — pyta Wacia.

— Nie, nie — zaprzeczam. — Zamyśliłam się. Zdaje mi się, jakbym gdzieś już widziała tego pana Czarka. Tylko nie wiem, gdzie.

— On wcześniej na tkalni robił, jako mechanik — podpowiada Maryśka. — To pewno nie raz gdzieś się pani z nim minęła.

— Zagadka wyjaśniona — odpowiadam.

Ale tak naprawdę wciąż mnie męczy, gdzie już widziałam tego mężczyznę. Dlaczego wydaje mi się znajomy?

2. OBRĄCZKA

SIERPIEŃ 1967

Tak jak podejrzewałam, zostajemy w laboratorium dłużej. Dziewczyny biegają do przędzalni nie co godzinę, a co piętnaście minut. Jest przestój. Ludzie się denerwują. Są straty. Nie można znaleźć przyczyny. Nowe partie przędzy rwą się. Moje dziewczyny czegoś takiego jeszcze nie widziały.

Po dwudziestej przychodzi po mnie Marian.

— Kierownik mówi, żebyśmy szli i wy też, dziewczyny. Jest już nowa zmiana, a testy on potrafi robić. Wy jesteście potrzebne od rana.

Kiedy zajeżdżamy pod dom, jest już dawno po zachodzie słońca, ale nadal trochę jasno. Marian wysiada, żeby otworzyć bramę. Nagle zza domu wyłania się męska sylwetka, a ja otwieram drzwi i krzyczę do Mariana:

— Za tobą!

Marian odwraca się i zamiast bronić się przed napastnikiem, pada mu w ramiona. To Georg. Moje przerażenie zmienia się w radość. Wysiadam z auta i podbiegam do niego. Zatapiam palce w jego jasnych włosach i całuję go mocno w oba policzki i w czoło. Czuję znajomą woń jego skóry zmieszaną z zapachem dymu podłych papierosów. Potem odsuwam się i patrzę w jego niebieskie oczy. Twarz ma mocno opaloną. Muszę patrzeć w górę, bo przerósł mnie o głowę. Wygląda jak Marian wtedy, gdy go poznałam.

— Nie pisałeś, że będziesz miał przepustkę — mówię.

— Nie wiedziałem, czy dostanę. — Syn wzrusza ramionami i idzie zamknąć bramę za ojcem, który wjechał na podjazd.

Wkrótce siedzimy przy stole, jedząc racuchy z jabłkami. Choć Georg to dorosły mężczyzna, jako matka nadal lubię patrzeć, jak je, pije, śpi. Zaspokaja podstawowe, podtrzymujące przy życiu potrzeby.

— Ostrzyżesz mnie jutro, mama? — pyta Georg i wypija ze szklanki łyk gorącej herbaty.

— Ostrzygę, ale ładniej ci w takich — odpowiadam.

— Zenia, w wojsku nie chodzi o to, jak mu jest ładniej — strofuje mnie Marian.

— Oj, wiem przecież.

Kiedy Georg sięga po ostatni placuszek, wstaję od stołu:

— Dorobię ciasta. — I zwracam się do męża: — Zerwij jeszcze parę jabłek.

— Wystarczy. — Georg mówi z pełnymi ustami.

Zbieram puste talerze i sztućce, po czym odkładam je do zlewu. Chcę zacząć zmywać.

— Siadaj, mama, muszę wam coś powiedzieć.

Wracam na swoje miejsce przy stole, przestraszona, że coś mu jest. Wyobrażam sobie, że mieli w wojsku badania i coś mu wykryli: wadę serca, raka.

— Chcę się ożenić! — Georg rozpromienia się.

Mój strach o syna przeradza się w zdziwienie.

— Poznałeś dziewczynę? — wypalam.

Marian z Georgiem wybuchają śmiechem. Czuję w sercu ukłucie zazdrości, że nasz syn jest bliżej z ojcem niż ze mną. Marian zawsze wiedział więcej o Georgu, lepiej rozumiał nasze dziecko. Nie potrafię cieszyć się tym, jak dobrym jest ojcem, skupiam się na tym, że czuję się nieudolna w roli matki.

— Co was tak śmieszy? — pytam, siląc się na lekki ton.

— Bo ty też ją znasz — odpowiada Marian.

Moja konsternacja jest jeszcze większa, co sprawia, że mąż z synem znów parskają śmiechem.

— Ilonce się oświadczę — mówi syn.

Ilonka to nasza sąsiadka przez ścianę z drugiego bliźniaka. Znają się z Georgiem od zawsze. Jako dzieci bawili się razem, a jako nastolatki przestali spędzać wspólnie czas. Nie domyśliłabym się, że syn się w niej zakochał.

— Chcesz się ożenić z Ilonką? — dopytuję, choć przecież w jego stwierdzeniu nie było niczego niejasnego.

— Przestań, mama, bo umrę ze śmiechu! — Georg znów wybucha salwą śmiechu, a mąż mu wtóruje.

Zakładam u Georga w pokoju świeże poszwy na pościel. Rozkładam na łóżku wykrochmalone prześcieradło.

— Mama, ty mi mówiłaś, że mogę wziąć twój pierścionek.

Georg stoi za mną. Prosto z kąpieli, w samej bieliźnie.

— Oczywiście, nie wiem tylko, czy się Ilonce spodoba — odpowiadam. — Zaraz ci przyniosę.

Chwilę później wracam z porcelanowym puzderkiem, w którym trzymam biżuterię. Lata temu, gdy byłam Zenobią Majchrzak, dostałam je od szwagierki podczas wspólnego wypoczynku w Busku-Zdroju. Jest okrągłe, z granatową obwódką. Pośrodku z bujnej zieleni wyłania się budynek zakładu zdrojowego, przed którym stoją ławeczki i tryskająca wodą fontanna.

— Tu go mam. — Otwieram metalowe zapięcie.

Siadamy z Georgiem na łóżku i zaglądamy do środka. Zanurzam palce w plątaninie srebrnych łańcuszków. Wyciągam medalik, złote kolczyki z koralami, które założyłam w dniu ślubu z Marianem, guzik od płaszcza, którego już nie mam, i w końcu mój pierścionek zaręczynowy. Złoty z niewielkim rubinem i okalającymi go diamencikami.

— Proszę. — Podaję go synowi.

Na jego dużej dłoni pierścionek wydaje się bardzo mały. Georg z trudem zakłada go sobie na mały palec i przygląda się, jak kamienie błyszczą w świetle żarówki.

— Dziękuję. — Georg całuje mnie w policzek. — Ciekawe, czy będzie na nią dobry.

— Najwyżej pójdziecie do jubilera dopasować rozmiar.

— Gorzej, jakby się u jubilera okazało, że to tylko kolorowe szkiełka — żartuje Georg.

— Ojca spytaj, gdzie kupił. — Uśmiecham się. — Synku, a jak to się stało, że zakochałeś się w Ilonce? Jak byłeś w domu, to nie widziałam, żebyś z nią spędzał czas…

— Jak wysyłałem do ciebie życzenia na Dzień Kobiet, to posłałem też kartki do Ilonki i jej mamy. Ilonka mi odpisała. Na kilka stron. I tak pisaliśmy do siebie o wszystkim. I już sobie bez tych jej listów życia nie wyobrażam… — Georg urywa, zawstydzony swoją otwartością.

Siedzimy chwilę w milczeniu. Czekam, że może podzieli się ze mną czymś jeszcze. Georg przegląda zawartość puzderka.

— Dlaczego tego nie nosisz? — Spogląda na mnie.

— To rzeczy na specjalne okazje, a nie ma ich zbyt wiele — odpowiadam.

— A to co? — Syn wyciąga z pojemniczka złotą obrączkę.

Zerka na moją prawą dłoń, żeby sprawdzić, czy mam założoną swoją. Jest na miejscu. Nie zdejmuję jej od dnia ślubu z Marianem. Widzę na twarzy syna, jak dochodzi do niego, że to z mojego pierwszego małżeństwa.

— Dasz mi dla Ilonki? — pyta. — Nie będzie trzeba kupować.

— Wszystko w swoim czasie — odpowiadam wymijająco. — Jeszcze nie poprosiłeś jej o rękę.

Georg obraca w palcach złoty krążek. Patrzy na wygrawerowaną od wewnątrz datę ślubu: 17 IV 1932.

— Nie chcesz mi jej dać? — Patrzy na mnie, a ja uciekam spojrzeniem.

— Jeszcze wam przyniesie nieszczęście.

— Mamo, to tylko kawałek metalu — irytuje się na mnie Georg.

— Dam ci pieniądze na nowe obrączki. — Wstaję, nie chcąc kontynuować tej rozmowy.

Georg ustępuje. Wrzuca moją starą obrączkę do puzderka, a ja odnoszę je do kredensu, gdzie stoi wraz z nieużywanym serwisem do kawy ze złotym brzeżkiem.

Przed snem, już w koszuli nocnej, postanawiam jeszcze zajrzeć do syna. Sprawdzić, czy jest na mnie zły. Uchylam drzwi. Georg usnął przy świetle. Na kołdrze leży mój zaręczynowy pierścionek, który oglądał, nim zasnął. Przez dłuższą chwilę przyglądam się, jak podnosi się i opada klatka piersiowa mojego dziecka. Głaszczę jego jasne, pofalowane włosy.

W nocy nie mogę zasnąć. Mam natłok myśli. Gadanina moich laborantek miesza się ze słowami Georga, że chce się ożenić. Kiedy zaczynam zasypiać, widzę zadbane dłonie nowego kierownika zmiany bawiące się obrączką, której nie zgodziłam się dać synowi. Budzę się w środku nocy i nie mogę już spać. Pierwszy raz od dawna mój spokój został zaburzony — myślę o moim pierwszym małżeństwie. O tym, jak zaczęło się moje dorosłe życie, które doprowadziło mnie do momentu, w którym jestem teraz.

3. TAŃCE

LUTY 1932

Budzi mnie gwizd syreny z fabryki Scheiblera. Rodzice są już na nogach, ubrani. Ojciec gotuje melzupę1 na piecu, który stoi tuż przy moim rozłożonym w kuchni łóżku. A matka, w jedynym pokoju, układa sobie włosy w kok.

Mój ojciec, Adam Łukomski, choć ma dopiero czterdzieści lat, już nie pracuje. Robił w fabryce od dzieciaka, Księży Młyn i przędzalnia to całe jego życie. Był taki dumny, kiedy został kierownikiem zmiany i przewodził zespołowi mechaników. Awans sprawił, że z drewniaków dla robotników przeprowadziliśmy się do mieszkania na Księżym Młynie, należącym do fabryki osiedlu dla wyżej wykwalifikowanych pracowników. Nagle mieliśmy wśród sąsiadów: lekarza, weterynarza, komendanta straży pożarnej i kierowników różnych działów fabryki. Ojciec czuł się z tego powodu niezwykle wdzięczny kierownictwu i wciąż mi powtarzał:

— Mieszkać na Księżym Młynie to nie byle co, Zenia. Nigdy mi się nie śniły takie zaszczyty.

Ale rok temu maszyna wciągnęła i zmiażdżyła mu stopę. Jest na rencie. I już nigdy do fabryki nie wróci.

Moja matka, Maria Łukomska, pracuje w pasmanterii przy Piotrkowskiej w okolicy Świętego Andrzeja. Ma tę pracę, odkąd była nastoletnią dziewczyną. W fabryce pracowała krótko. A przejście z przędzalni do pasmanterii uważa za awans społeczny.

Matka chciałaby, żebym pracowała z nią przy Piotrkowskiej, ale jej szefowa nie utrzymałaby jeszcze jednej pracownicy. Pracuję więc od roku w fabryce. Niby wcześniej chodziłam do szkoły na Księżym Młynie, gdzie przygotowywałam się do zawodu, wiedziałam więc, co mnie czeka, ale trudno mi sobie wyobrazić, że będę tu pracować już zawsze. Że to w jakimś sensie koniec i nie czeka mnie nic więcej. Mam dopiero siedemnaście lat.

— Co ty, Zenia, do pracy się nie wybierasz? — Ojciec stawia talerz melzupy na stole i wraca o kuli po drugi.

— Tylko zjedz przed wyjściem. — Matka zakłada płaszcz i kapelusz.

— Mówi ta, co nic nie zjadła. — Ojciec śmieje się z mamy.

Wstaję, przemywam twarz nad miską, rozczesuję włosy. Schowana za piec, ubieram się w codzienną sukienkę. Siadam z ojcem i w milczeniu jemy melzupę.

Słychać pukanie w okno. To Hanka, moja przyjaciółka ze szkoły, a teraz z fabryki. Jej ojciec jest weterynarzem i zajmuje się końmi wykorzystywanymi w fabryce do transportu bawełny od wagonów na wewnętrznej stacji kolejowej do magazynu. To kwestia czasu, ile jeszcze będziemy tu razem, bo Hanka jako córka weterynarza prędko awansuje, może nawet do laboratorium włókienniczego, a jeszcze pewniej dobrze wyjdzie za mąż i nie będzie musiała pracować w ogóle. Cieszę się każdym dniem z nią i nie wiem, co pocznę bez niej w fabryce. Zmiany bez przyjaciółki będą ciągnąć się w nieskończoność. Zrywam się od stołu. Ojciec rzuca mi pełne wyrzutu spojrzenie, więc siadam z powrotem i szybko dokańczam ostatnie łyżki zupy mlecznej.

Wychodzę na zewnątrz w skromnym, za cienkim na ten mróz palcie, odkupionym od sąsiadki po jej córce, i dołączam do Hanki. W powietrzu unosi się dym z kominów. Między rzędami identycznych, ceglanych famuł rozlega się huk pracującej pełną parą fabryki Scheiblera. Odbija się echem od sczerniałych zabudowań osiedla robotniczego. Drzewa straszą nagimi, czarnymi konarami. Ruszam po oblodzonych kocich łbach, starając się nie wywrócić.

— Masz sok? — pyta Hanka konspiracyjnie.

Pokazuję jej butelkę soku malinowego, którą trzymam pod pazuchą.

— A ty nóż? — dopytuję.

Przyjaciółka potwierdza skinieniem głowy i pokazuje na trzonek owiniętego w szmatkę nożyka kuchennego, wystający z kieszeni jej płaszcza.

— Ale będzie heca — mówię.

W przerwie wracamy do przędzalni przed czasem. Kładę się na posadzce. Hanka odkręca butelkę, polewa mi szyję sokiem malinowym i robi dużą plamę na podłodze przy mnie.

— Nie pobrudź mi sukienki — instruuję przyjaciółkę.

— Teraz się o sukienkę martwisz? — kpi ze mnie Hanka.

Rozlega się oznaczający koniec przerwy gwizd.

— Szybko, schowaj się, zaraz przyjdą — pospieszam ją.

Hanka rzuca obok mnie umoczony w soku malinowym nóż. Chowa się za filar. Ja zamykam oczy i staram się oddychać tak, żeby moja klatka piersiowa ledwo się unosiła. Wkrótce słychać gwar rozmów i kroki zbliżających się koleżanek, wracających z przerwy.

— Aaaaaa! — rozlega się wrzask pierwszej z dziewczyn, która zobaczyła mnie na podłodze.

— Matko Boska! — rozbrzmiewa krzyk drugiej.

Nie wytrzymuję i zaczynam dusić się ze śmiechu. Musi to wyglądać jak przedśmiertne drgawki, bo znów ktoś krzyczy:

— O Boże!

Otwieram oczy i siadam na podłodze. Zaśmiewająca się Hanka wychodzi zza filaru.

— Jedna głupsza od drugiej. — Jedna ze starszych prządek komentuje nasz żart. — Lepiej to uprzątnijcie, bo się kto poślizgnie i naprawdę zabije.

— Robi się! — woła Hanka, idąc już z wiadrem i szmatą.

Zaraz maszyny idą w ruch. A my z Hanką mamy powód do śmiechu na kolejnych sześć godzin zmiany. Co na siebie popatrzymy, to nam się śmiać chce.

— Dziś są tańce w kantynie, idziecie? — pyta nas młodsza o rok od nas dziewczyna, która pracuje tu od niedawna.

— Jak są, to idziemy, nie, Zenia? — Hanka przekrzykuje przędzarkę.

— Idziemy! — krzyczę.

Po zmianie wracam do domu i zjadam zrobione przez ojca placki ziemniaczane.

— Idę zobaczyć, co tam w fabryce — mówi ojciec.

— Nie byłeś jeszcze dzisiaj? — Dziwię się.

— Byłem, ale co tu mam robić? — Ojciec wzrusza ramionami. — Potrzeba ci czegoś z konsumu?

— Nie, tato.

Ojciec wychodzi. Słyszę, jak jego kula uderza o posadzkę na korytarzu, a potem widzę go przez okno, jak sprawnie idzie w kierunku fabryki. Co dzień chodzi pod przędzalnię Scheiblera. Stoi za ogrodzeniem, słuchając huku maszyn. Zagada z kimś znajomym. Chętnie tłumaczy, gdy ktoś prosi go o poradę, jak naprawić jakąś maszynę. Wracając, wchodzi do konsumu, gdzie bony, w których ma wypłacaną część renty, wymienia na paczkę papierosów i miętówki.

Przelewam sobie nagrzaną na piecu wodę do dzbanka i myję się nad miską. Myję końcówki włosów pozlepiane sokiem malinowym. Potem zakładam halkę, pończochy i najlepszą sukienkę. Słyszę przekręcanie klucza w zamku. Do mieszkania wchodzi matka. Rozgląda się i widzi, że jestem sama.

— Zenia, gdzie ojciec?

— Do konsumu poszedł — mówię.

— Nie ma go, jak mam coś ważnego. — Matka oburza się, ściągając podniszczony płaszcz, który nosi, odkąd pamiętam.

Rozczesuję włosy i staram się zrobić równy przedziałek na boku głowy.

— Dokąd się tak stroisz? — Matka obrzuca mnie krytycznym spojrzeniem.

— Na tańce w kantynie.

Drzwi otwierają się i ojciec wchodzi, stukając o podłogę kulami.

— Nareszcie — mówi matka, zniecierpliwiona. — Usiądźcie i słuchajcie.

Czeka, aż oboje zajmiemy miejsca przy stole. Sama zaś z podekscytowania nie byłaby w stanie usiedzieć, więc stoi przed nami.

— Była dziś w pasmanterii Józefa Majchrzakowa — zaczyna matka. — Nasza najlepsza klientka. Zawsze kupuje najdroższe nici, kordonki, włóczki…

— Też mi nowina. — Ojciec macha ręką, zawiedziony, i zapala papierosa.

— Przyszła Majchrzakowa i opowiada, że jej syn, kawaler, na żadną pannę nie chce spojrzeć — kontynuuje matka. — Że ona zaprasza na obiady różne wytworne panie z córkami, wnuczkami. A on się z żadną nie chce ożenić.

Patrzę na matkę zaskoczona. Już wiem, do czego zdąża ta opowieść.

— Zaraz jej powiedziałam, że mam córkę, młodą, zdrową, skromną i pracowitą. A ona zaprosiła nas jutro na dwunastą do siebie.

— Skromną i pracowitą? — śmieje się ojciec.

— Co ja ci zrobiłam, że chcesz mnie prezentować jak konia na targu?! — oburzam się.

— Chcę, żebyś miała lepsze życie niż to, które czeka cię tutaj — odparowuje matka.

— Chcesz się mnie pozbyć! — krzyczę. — A mnie jest tu dobrze! Mam siedemnaście lat, nie chcę wychodzić za mąż!

— Jeszcze parę lat na przędzalni i będziesz głucha jak pień — ostrzega mnie matka. — Za męża będziesz miała robotnika. I z dziećmi będziecie mieszkać na kupie w tym dymie i biedzie.

— Ty nie pracowałaś długo na przędzalni — mówię nieco spokojniej. — Może i ja nie będę musiała.

— Miałam wielkie szczęście, bo mnie moja matka zaprowadziła do pasmanterii i zaprezentowała jak konia mojej szefowej — odgryza mi się matka.

Rozlega się pukanie do drzwi. Podlatuję do nich i otwieram. Na korytarzu stoi Hanka. Oczy ma podkreślone kredką.

— Gotowa, Zenia?

— Już idę. — Zakładam płaszcz z przykrótkimi rękawami, z którego zdążyłam wyrosnąć.

— Lepiej, żebyś nie szła, bo jutro nas czeka ważna wizyta — oponuje matka.

— Nie powiedziałam, że pójdę. — Zakładam kozaki.

— Sukienki nie pobrudź, bo co jutro włożysz? — woła za mną.

Wybiegam z mieszkania, żeby matka mnie nie zatrzymała.

Kilka minut później stoimy z Hanką pod ścianą w głośnej, pełnej tańczących par sali. Bawią się tu zarówno robotnicy z drewniaków, jak i mieszkańcy Księżego Młyna — jak ja i Hanka. Zaraz znajduje się chłopak, który prosi moją koleżankę do tańca, i zostaję sama. Ja nie mam powodzenia u mężczyzn. Jestem jedną z tych dziewczyn wybieranych na samym końcu. Może usta mam za wąskie, może nos za orli. Jak ktoś mnie prosi do tańca, to wiem, że z braku wyboru. Po alkoholu mężczyźni stają się mniej wybredni.

Mam już ochotę wyjść, gdy widzę, że w moim kierunku idzie krępy robotnik.

— Zatańczysz? — pyta, czuję z jego ust zapach wódki i śledzia.

Kiwam potakująco głową. On łapie mnie za rękę i ciągnie między tańczące pary. Teraz mogę mu się lepiej przyjrzeć. Jest ode mnie znacznie starszy, może ma nawet trzydzieści lat. Twarz pokryta bliznami po trądziku, koszula przepocona, pod za długimi paznokciami smar. Aż tak źle na tańcach dawno nie trafiłam.

Mężczyzna wyciąga z tylnej kieszeni spodni piersiówkę. Odkręca i podaje mi, żebym się napiła. Brzydzę się, ale nie chcę go urazić. Wypijam łyk wódki. On pije po mnie.

Przy pierwszej piosence trzyma moją dłoń w jednej ręce, a drugą na moich plecach. Przy drugiej piosence jego ręka wędruje na moją pupę. Przyciska mnie do siebie coraz bardziej i czuję, jak twardnieje jego członek. Chcę mu się wyrwać, zrobić scenę, żeby sobie nie pozwalał. Ale jestem jak sparaliżowana. Boję się też, że jak go zwyzywam przy wszystkich, to już żaden chłopak nie zechce nigdy ze mną zatańczyć w obawie, że go oskarżę o niemoralne zachowanie. Postanawiam przetańczyć do końca piosenki i odejść.

Rozpoczyna się kolejny utwór. Wymuszam uśmiech i chcę odejść, ale on nie puszcza mojej ręki. Już nie tańczy, tylko ciągnie mnie na siłę w kierunku wyjścia.

Chwilę później jestem z nim na zewnątrz, na mrozie. Ciągnie mnie za budynek. Przygniata mnie swoim ciałem do ceglanego muru i wpycha mi swój język do ust. Coraz mocniej napiera na mnie stwardniałym członkiem. Nie mogę drgnąć. Odsuwa w końcu twarz od mojej.

— Daj mi dupy — sapie mi w ucho.

— Puść mnie! — Próbuję mu się wyrwać.

— Na pewno już dawałaś innym, to czemu mnie nie dasz? — Z jego ust wydobywa się obłok pary. — Za brzydki dla ciebie jestem?

— Pozwól mi iść do domu — szepczę ze łzami w oczach.

— Jak za brzydki jestem, to się odwróć. — Jednym ruchem obraca mnie twarzą do muru.

Podnosi mi spódnicę i zrywa majtki. Słyszę, jak rozpina pasek od spodni.

— Ratunku! — krzyczę na całe gardło, a śmierdząca smarem ręka zakrywa mi usta.

Słyszę kroki. Podbiega do nas dwóch mężczyzn, którzy palili papierosy przed wejściem.

— Zostaw ją — krzyczy jeden z nich.

— Nie twoja sprawa — sapie robotnik.

— To córka kierownika Łukomskiego, zostaw — mówi drugi. — Lepiej chodź się napić.

Puszcza mnie. Na kocie łby rzuca moje podarte majtki, które wciąż trzymał w ręce. Jeden z kolegów poczęstował go papierosem. Zapala i rusza z nimi w stronę wejścia do kantyny. Przystaje i odwraca się do mnie.

— Jak coś piśniesz, to rozpowiem, żeś sama chciała — woła. — I że cię wyobracałem na wszystkie strony!

Czuję, jak po nodze spływa mi gorący mocz. Kucam, żeby nie pomoczyć sukienki. Ruszam ostrożnie wzdłuż budynku, wciąż obawiając się, że będzie czekał na mnie za rogiem. Ale nie, nie ma go. Już chcę pobiec do domu, gdy nagle przypominam sobie, że palto zostało w kantynie. Ze strachu nie czułam mrozu, teraz zaczynam się trząść.

Wchodzę do środka. Muzyka huczy, pary kręcą się na parkiecie. On tam stoi i na mój widok śmieje się bezczelnie. Znajduję swoje palto wśród kilkudziesięciu podobnych na wieszakach przy wejściu. Zakładam je szybko i wychodzę.

Serce łomocze mi w piersi, stopy uderzają o chodnik z kocich łbów. Dobiegam do bramy osiedla na Księżym Młynie. Strażnik zastawia mi drogę.

— Przepustka.

Drżącą ręką wyciągam dokument z wewnętrznej kieszeni płaszcza i okazuję go strażnikowi. Idę szybko główną aleją między rzędami budynków. Skręcam do swojego domu, gdzie mieszkamy na parterze. Świeci się u nas w oknach.

— Coś tak wcześnie wróciła? — W ciemności rozlega się głos ojca.

Wzdrygam się, wystraszona. Ojciec siedzi na ławeczce przy wejściu.

— Nie miałam z kim tańczyć — kłamię i chcę wejść do środka.

— Usiądź ze mną — prosi ojciec.

Nogi wciąż trzęsą mi się ze strachu. Oddech mam nierówny po szalonym biegu. Siadam na drugim końcu ławeczki, żeby ojciec nie poczuł ode mnie zapachu moczu i wódki.

— Co tak tu siedzisz? — Staram się przekierować rozmowę na niego.

— W czterech ścianach to idzie zwariować — mówi ojciec.

Zapada między nami milczenie, ale czuję, że jeszcze nie wolno mi wstać i wejść do środka.

— Matka chce dla ciebie dobrze — zaczyna ojciec. — Tamta kobieta jest zamożna. Ma dom z ogrodem. Jej mąż jest sędzią, a ona ma lokatorów i prowadzi skład węgla.

— A ten syn? — pytam.

— Syn to nie wiem — przyznaje ojciec. — Ale pieniędzy tam nie brakuje. Głodna byś nie chodziła.

— Nie chodzę głodna! — oburzam się.

— Bo zapychasz brzuch kartoflami — mówi ojciec. — Przynajmniej pójdź tam z matką i zobacz, kto to.

— Dobrze.

Ojciec chyba nie może uwierzyć, że tak prędko mnie przekonał.

— Jak mu się nie spodobasz, to będzie problem z głowy.

— Albo on mnie. — Uśmiecham się lekko do ojca. — Dobranoc.

Wchodzę do budynku i korytarzykiem do naszego mieszkania. Matka śpi już. Gotuję sobie wodę na piecu kaflowym i zmywam z siebie smród robotnika, który mnie napadł, mocz z nóg. Sprawdzam, czy nie posikałam sukienki, ale na szczęście jest sucha. Kładę się na swoim posłaniu w kuchni.

4. NIEDZIELNY OBIAD

LUTY 1932

W niedzielę jedziemy z matką tramwajem do Rynku Bałuckiego. Podobno stamtąd do tej Majchrzakowej blisko.

— Zaprasza nas na herbatę czy na obiad? — podpytuję.

— Nie śmiałam pytać — odpowiada. — Blada jesteś, rumieńce ci zrobię.

Otwiera torebkę i po chwili wyciąga z niej pomadkę.

— Czemuś się ubrała jak sierotka Marysia? — Matka robi mi na kościach policzkowych po koralowej kresce.

— Opisałaś mnie jako skromną — bronię się. — Zresztą wiesz, że nic lepszego nie mam.

Matka chowa szminkę i palcem rozciera kreski na moich policzkach.

— Mogłaś założyć moją bluzkę z falbankami — mówi. — Byłoby wrażenie, że masz większy biust.

— Trzeba mi było powiedzieć w domu, nie w tramwaju — odcinam się.

Przez chwilę jedziemy w milczeniu. Czuję, jak żołądek mi się ściska. Po tym, jak wczoraj zostałam napadnięta przez „kolegę” z pracy, boję się wrócić do fabryki. Boję się, że będzie na mnie czyhał. Że znów mnie napadnie. Jak nie on, to inny. Widocznie wkraczam w ten wiek, że mężczyźni zaczynają zwracać na mnie uwagę. Nawet jeśli nie jestem dość ładna. Gdybym wyszła za mąż i wyniosła się z Księżego Młyna, nie musiałabym się obawiać, że ktoś znów mnie napadnie na zabawie, w pracy czy gdy wracam po ciemku do domu.

— A jak mu się nie spodobam? — wybucham nagle.

— Jesteś bystra i masz dobre serce — mówi matka z powagą. — Jest głupcem, jeśli nie zechce takiej żony.

Wysiadamy przy Rynku Bałuckim. Matka pyta kobietę sprzedającą z wozu jajka i mleko, gdzie jest ulica Brajera. Ta nie wie. Ale jedna z klientek wskazuje nam drogę. Dobiega już dwunasta, a my nie możemy znaleźć podanego przez Majchrzakową adresu.

Ulicą biegnie trzech chłopców, kopiąc piłkę. Zziajani, spoceni, roześmiani.

— Wiecie, gdzie jest ulica Brajera? — pytam.

Niechętnie się zatrzymują.

— Tam. — Najwyższy z nich wskazuje kierunek.

— A numer siedemnasty będzie w którą stronę ulicy? — dopytuje matka.

— On mieszka pod siedemnastym. — Najwyższy wskazuje jednego ze swych towarzyszy.

— Zaprowadzicie nas? — pytam, bo już jesteśmy spóźnione.

Chłopcy patrzą po sobie niechętnie, nie wiedząc, jak nam odmówić.

— To sprawa honoru — dodaję.

— Czyjego? — zatrważa się najmniejszy.

— Mojej mamy. — Matka przewraca oczami, zniecierpliwiona.

— Za mną! — Rusza najstarszy.

Chłopcy biegną za piłką, w innym niż wcześniej kierunku. Co jakiś czas przystają, żebyśmy mogły za nimi nadążyć. Po kilku minutach stoimy z nimi przed długim, wysokim ogrodzeniem z poszarzałych ze starości desek. Ogrodzenie jest tak wysokie i szczelne, że nic przez nie nie widzę.

— Na pewno tu jest numer siedemnasty? — dopytuje matka.

— Tutaj — mówi najstarszy z chłopców i po chwili już ich nie ma.

— Skromne to ogrodzenie. — Matka nie ukrywa przede mną rozczarowania.

— Wejdźmy. — Podchodzę do furtki i naciskam klamkę.

Nagle znika piękny ogród z mojej wyobraźni, znika majestatyczny murowany dom, niemal willa fabrykancka, które urosły w moim umyśle po rozmowie z ojcem. W rzeczywistości Majchrzakowa ma piętrowy, wielorodzinny drewniak. Dom zdążył poszarzeć od słońca i wody, tak samo jak ogrodzenie. Stoi na wielkim podwórzu. To klepisko z górą węgla w rogu działki i praniem suszącym się na sznurkach. Być może urok ma krzew bzu, pod którym stoi ławeczka, ale teraz to tylko rachityczne gałązki bez liści.

Spoglądam na matkę. Ma nietęgą minę. Uśmiecham się do niej, żeby dodać jej otuchy. Wydeptaną w śniegu ścieżką dochodzimy pod dom. Wchodzimy po dwóch schodkach pod ozdobne, rzeźbione drzwi.

Matka puka. Jednak nikt nie podchodzi, by nam otworzyć. Widzę coraz większe zakłopotanie na jej twarzy. Nagle drzwi się otwierają i staje w nich starsza kobieta z miską, pewnie wychodzi zebrać pranie.

— Dzień dobry, pani Majchrzakowa. — Dygam.

— Do Majchrzakowej to pierwsze drzwi po lewej — śmieje się kobieta i rusza na podwórko, zostawiwszy drzwi za sobą otwarte.

Patrzymy na siebie z matką, a potem na pusty, ciemny korytarz. Wchodzę do środka, a matka za mną. Matka wyprzedza mnie i puka do drzwi po lewej. A gdy nie ma odpowiedzi, delikatnie naciska na klamkę. Drzwi uchylają się.

— Przepraszam, pani Majchrzakowa. — Matka mówi cicho i uniżenie. — Najmocniej przepraszam za nasze spóźnienie. Dzień dobry.

— Herbatę piję o dwunastej — rozlega się kobiecy głos z głębi mieszkania.

Podążamy za tym głosem do kuchni. Widzę Majchrzakową zza pleców matki. Kobieta nie podniosła nawet na nas wzroku znad stołu, przy którym sprawnie lepi uszka z mięsnym farszem. Ją, tak jak i dom, też inaczej sobie wyobrażałam — jako dystyngowaną, kruchą damę w eleganckiej sukni. Tymczasem stoi przed nami krzepka kobieta przed siedemdziesiątką w prostej, czarnej sukni i w śnieżnobiałym, wykrochmalonym fartuchu. Mimo że jej uczesane w prosty kok włosy są siwe, a na rękach ma starcze plamy, wigor ją odmładza. Lepi ostatni pierożek, wyciera dłonie z mąki o ścierkę i podnosi na nas ciemne, żywe oczy.

— Zenobia Łukomska. — Dygam.

— Józefa Majchrzak — przedstawia się kobieta. — Umyjcie dobrze ręce. Pomożecie mi z obiadem, to się lepiej poznamy.

Patrzymy na siebie z matką zdziwione, ale nie śmiemy się sprzeciwić. Myjemy ręce.

— Pani niech obiera ziemniaki, pani Łukomska — zarządza Majchrzakowa. — A ty obierz renety, pokrój na cienkie plasterki i rozłóż tu na cieście.

Wszystkie trzy zabieramy się do pracy. Boję się odezwać. Zerkam znacząco na matkę, żeby przerwała krępującą ciszę.

— Czy pani syn jest w domu? — pyta matka nieśmiało. — Miałyśmy nadzieję go poznać.

— Emil w niedziele poluje. — Józefa wrzuca uszka na wrzątek. — Poznacie go na obiedzie. I moją córkę z mężem. Przyjedzie też sędzia.

Dziwne wydaje mi się nazywanie własnego męża sędzią; to tak, jakby moja matka mówiła o ojcu „mechanik”. Uśmiecham się pod nosem.

— Cóż cię bawi? — Majchrzakowa wbija we mnie wzrok.

— Nic, proszę pani. — Jestem coraz bardziej speszona.

Skupiam się na dokładnym obieraniu jabłek.

— Czy można wiedzieć, kim syn jest z zawodu? — pyta matka.

— Księgowym — odpowiada Józefa. — U Kona.

Znów milczymy. Nie takiego spotkania się spodziewałam. Myślałam, że będziemy popijać herbatę i jeść ciasto w ślicznym saloniku, a nie robić je w kuchni. Myślałam, że Majchrzakowa zasypie mnie gradem pytań o wykształcenie, charakter i chęć założenia rodziny. Józefa jednak o nic nie pyta, tylko bacznie mnie obserwuje.

— Mąż pani wraca z podróży? — uprzejmie zagaduje matka.

— Jest przewodniczącym składu sędziowskiego w Poddębicach — mówi Józefa. — Wyjeżdża w poniedziałek rano, a wraca w niedzielne popołudnie. Dawniej mieszkaliśmy tam wszyscy, ale chciałam, żeby dzieci poszły do dobrych szkół, w Łodzi.

Układam plasterki jabłka na kruchym spodzie w równe rzędy. Najstaranniej, jak potrafię.

— Czy mogę zrobić coś jeszcze? — pytam Majchrzakową.

— Rozłóż talerze i sztućce — zarządza. — Są w kredensie w salonie, zaraz przy stole.

Wychodzę z kuchni z ulgą, że choć przez chwilę nie będę obserwowana. Salon stwarza wrażenie, jakby Majchrzakowie skumulowali w nim całe swoje bogactwo i klasę. Pośrodku stoi długi stół na rzeźbionych nogach, przykryty obrusem z haftem richelieu. Masywne krzesła mają siedziska tapicerowane wiśniowym aksamitem, takim samym jak stojąca w drugiej części pokoju sofa udekorowana haftowanymi w kwiaty poduszkami. Na stoliku z gramofonem zauważam kilka fotografii w misternie rzeźbionych ramkach.

Podchodzę do zdjęć z nadzieją, że zobaczę, jak wygląda Emil, nim spotkam go na żywo. Na pierwszym zdjęciu jest ciemnowłosa dziewczynka z ręką położoną na książce, zrobiono je na podwórku na tle wysokiego płotu. Mała, zapewne córka Józefy, stoi prosto przy niewielkim, przykrytym serwetką stoliku, na którym widnieje wazonik z kwiatkiem i owa książka. Obok fotografii dziewczynki stoi zdjęcie młodego mężczyzny na tle krzewu bzu. Ubrany jest w ciemny garnitur, białą koszulę ze stójką, krawat, a na nogach ma sztyblety. Włosy — krótko obcięte. Na zdjęciu robi wrażenie spokojnego i przyjemnego. Jest przystojny, choć średniego wzrostu, i wolałabym, żeby był trochę wyższy. Oddycham z ulgą, że matka nie chce mnie wydać za jakiegoś brzydala.

Zegar wybija połowę godziny, jest trzynasta trzydzieści. Podchodzę wreszcie do kredensu, żeby zająć się tym, po co tu przyszłam. Nigdy nie widziałam tak pięknej porcelany. Do wyboru mam trzy serwisy obiadowe. Najbardziej zdobny ze złotymi brzegami i różami na czarnych medalionach pochodzi zapewne sprzed kilkudziesięciu lat. Dwa pozostałe są bardziej współczesne — jeden biały w delikatne fiołki, drugi w ozdobne błękitne wieńce z kwiatów ze srebrnym brzegiem. Mam ochotę wrócić do Majchrzakowej i zapytać, którą zastawę wybrać. Ale zaraz potem stwierdzam, że to test. Jeśli wybiorę najbardziej zdobny, wyjdę na materialistkę. Wybieram ten w fiołki, bo wydaje mi się najbardziej skromny, choć wdzięczny. Liczę w myślach, ile nas będzie: Majchrzakowa i sędzia, ich córka z mężem, syn i ja z mamą. Nakrywam na siedem osób, dokładam sztućce. Odsuwam się, by ocenić efekt. Nigdy nie jadłam przy tak pięknie nakrytym stole.

Na korytarzu rozlega się ujadanie. Słyszę drapanie, drzwi otwierają się i do pokoju wpada pies, duży jak cielę, ubłocony. Szczeka i podskakuje, chcąc mnie polizać. Drugi, identyczny szary wyżeł stoi w drzwiach i szczeka, jakby na powitanie.

Ktoś z korytarza gwiżdże.

— Do nogi — rozlega się męski głos.

Wyżły wybiegają z mieszkania równie szybko, jak do niego wleciały. Podchodzę do drzwi, by je zamknąć. Wyglądam na korytarz. Na schodach widzę mężczyznę, za którym pobiegły psy. Nie zdążam zobaczyć twarzy Emila. Widzę tylko krępą sylwetkę, zielone spodnie i marynarkę, jeździeckie buty, przewieszoną przez ramię strzelbę. Jego dłoń na poręczy jest brudna od krwi. Wzdrygam się. Zamykam drzwi. Przez otwarte okno słychać silnik samochodu.

— Już są! — woła Józefa, nie kryjąc podekscytowania. — Chodźcie panie ze mną.

Majchrzakowa ściągnęła fartuch i mimo mrozu prowadzi nas na podwórze. Przez bramę wjechał właśnie kremowo-czarny Daimler. Po chwili wysiadł z niego kierowca, przystojny, elegancki mężczyzna około czterdziestki z uśmiechem czającym się w kącikach ust. Obszedł auto i otworzył drzwi swojej filigranowej żonie w rozpiętym futrze ze srebrnych lisów, w której mimo upływu lat rozpoznaję dziewczynkę z fotografii. Natychmiast poczułam do obojga sympatię. Para, trzymając się za ręce, podchodzi pod dom i wita się z Józefą. Następnie Majchrzakowa prezentuje nam swoją rodzinę i przedstawia wszystkich.

— Moja córka, Kazimiera, i jej mąż, Józef.

— Kazia. — Filigranowa dama ściska rękę mojej matki i moją.

— Kosiński. — Mężczyzna całuje dłoń mojej matki, a potem moją. — W tej rodzinie same Józie, teść też Józef.

Uśmiecham się na jego żart. Twarz Majchrzakowej pozostaje niewzruszona.

— Jeszcze nigdy nie poznałam kogoś, kto by miał samochód — wypalam spontanicznie, po czym czuję, jak moje policzki płoną od rumieńców.

— Z chęcią odwiozę panie po obiedzie do domu — deklaruje Kosiński.

— To pani Maria Łukomska z córką Zenobią. — Józefa kontynuuje prezentację. — Zaprosiłam panie, aby obejrzały twoje hafty, Kaziu. Pani Maria pracuje w pasmanterii, której jestem klientką. Jest prawdziwą specjalistką.

Wszyscy odwracamy się w kierunku bramy, przez którą wjeżdża powóz zaprzężony w dwa konie.

— To sędzia — objaśnia Józefa z uśmiechem.

Powóz zatrzymuje się przed domem. Woźnica zeskakuje z kozła, kłania się nam, ustawia schodek przed drzwiami i otwiera je. Najpierw pojawia się męska upierścieniona dłoń z elegancką laseczką, potem cała postać sędziego Józefa Majchrzaka w czarnym garniturze i białej koszuli ze stójką. Prostuję się odruchowo, a z mojej twarzy schodzi uśmiech. Mężczyzna ma poważny, srogi wygląd. To chyba zacięte usta i kształt ciemnych brwi tworzą tę złowrogą aurę. Sędzia jest łysy i ma ogromne wąsy, idealnie zakręcone. Rusza w naszą stronę. Widzę, że nie tylko ja, lecz wszyscy są wyprostowani jak struny. Stoimy przed wejściem niczym służba witająca pana wracającego z długiej podróży. Sędzia całuje w dłonie żonę, córkę, moją mamę i mnie, a Józefa przedstawia nas tak samo jak wcześniej Kosińskim.

Sędzia dłoń ma miękką, jakby nigdy nie pracował. Pachnie cytrusowymi perfumami, tak świeżo, jakby wyszedł prosto z wanny, a nie z powozu po podróży. Patrzy na mnie bez zainteresowania, niewidzącym wzrokiem, po czym podaje rękę zięciowi.

— Gdzie Emil? — pyta, wyraźnie niezadowolony z nieobecności syna w komitecie powitalnym.

— Dopiero co wrócił z polowania, przebiera się. — Józefa spieszy z usprawiedliwieniem. — Spójrz, proszę, jaką sarnę ustrzelił.

Dopiero teraz dostrzegam leżącą na prawo od wejścia martwą sarnę. Sędzia idzie obejrzeć zwierzę, a wszyscy podążają za nim. Patrzymy w milczeniu. Sarna wygląda, jakby spała. Jej śmierć zdradza jedynie dziura po kuli na pięknej szyi. Oczy ma otwarte, nieruchome. Wszyscy milczymy, jakby czekając na to, co powie sędzia.

— Piękna zwierzyna — chwali Majchrzak w końcu.

— Będą dobre sznycle. — Józefa uśmiecha się.

— A mnie tam jej żal — mówi Kazia.

— A za tydzień zjesz. — Mąż całuje ją w czoło. — Lubią panie sarninę? — zwraca się do mamy i do mnie.

— Nigdy nie miałam okazji spróbować. — Matka się peszy.

— Nadrobi się. — Kosiński mruga do nas porozumiewawczo.

Wchodzimy do środka. Zajmujemy miejsca przy stole.

— Jak ty ten stół nakryłaś?! — Józefa teatralnie łapie się za głowę. — To zastawa na powszednie dni, nie na niedzielę.

— Nie wiedziałam, proszę pani. — Spuszczam wzrok.

— Pomóż mi — rozkazuje, wskazując na puste półmiski.

Józefa bierze wazę, ja pozostałe naczynia i zabieramy je do kuchni. Majchrzakowa polewa wazę wrzątkiem, by ją ogrzać, a potem nalewa do niej czerwonego barszczu. Ja przekładam uszka na półmisek. Wracamy do pokoju.

Emil Majchrzak już tu jest. Siedzi przy stole i rozmawia cicho z ojcem. Nie widzę jego twarzy. Nie zauważa mojego wejścia. Kazia z Józiem zabawiają moją matkę.

— Nakładaj uszka, a ja będę nalewać barszcz — zarządza Majchrzakowa.

Mężczyzna odwraca się raptownie w naszym kierunku. Nie przypomina już ubłoconego i brudnego od krwi myśliwego, którego widziałam na korytarzu. Zdążył się umyć i założyć garnitur. Nie przypomina już młodzieńca z fotografii. Tamta podobizna musiała być zrobiona kilkanaście lat temu. Jego twarz nie jest już tak chłopięca i szczupła, tylko męska i szeroka. Ma widoczne zakola. Jestem zaskoczona jego wiekiem.

Emil wstaje i kiwa głową:

— Dzień dobry. Miło panią poznać.