Wybuchowa dwójka - Wnuk Justyna - ebook
NOWOŚĆ

Wybuchowa dwójka ebook

Wnuk Justyna

0,0

115 osób interesuje się tą książką

Opis

SPIN-OFF DYLOGII „SABATII”.

On – meksykański przystojniak, posiadający ego i IQ wielkości Ameryki. Spadkobierca fortuny, artysta, który po swojej matce nie tylko odziedziczył talent do malowania. Bo przecież sztuka to nie tylko obrazy, lecz także rozbryzgane mózgi wrogów, którymi on zdobi ściany niczym kunsztowne malowidła.

Ona – włoska mieszanka próżności, szaleństwa i zabójczego piękna. Na co dzień łamaczka męskich serc i… kości. Miłość to słabość, a jak sama twierdzi, jedyne, co wedrze się do jej serca, to pocisk.

Oboje pragną władzy. Nie potrafią przegrywać. Ciemniejsza strona bardziej ich kręci. Oboje kochają adrenalinę i życie na krawędzi. W końcu zostali wyszkoleni przez samych mistrzów złotego interesu.

Tobias Rejes i Nilay Amerigo? A może Upór i Maniakalna Nieustępliwość?

Czy dwa niemalże identyczne charaktery nauczą się ze sobą współpracować, gdy przyjdzie im się zmierzyć ze wspólnym wrogiem?

Jaką cenę przyjdzie im za to zapłacić?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 567

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Co­py­ri­ght © by JU­STY­NA WNUK Co­py­ri­ght © by Moje Wy­daw­nic­two All ri­ghts re­se­rved · Wszyst­kie pra­wa za­strze­żo­ne Re­dak­cja: Agniesz­ka Li­szow­skaKo­rek­ta: Agniesz­ka Li­szow­ska Opra­co­wa­nie okład­ki: K&K De­si­gner Skład i ła­ma­nie tek­stu: K&K De­si­gner Po­my­sł na okład­kę: MOJE WY­DAW­NIC­TWO ISBN Pa­pier: 978-83-68837-33-9 ISBN Ebo­ok: 978-83-68837-34-6

Moje Wy­daw­nic­two

Stro­na: www.mo­je­wy­daw­nic­two.plEma­il: wspol­pra­ca@mo­je­wy­daw­nic­two.plIn­sta­gram: mo­je­wy­daw­nic­twoX: mo­je­wy­daw­nic­twoTik­Tok: moje.wy­daw­nic­twoFa­ce­bo­ok: mo­je­wy­daw­nic­two

Spis Treści

Od Au­tor­kiTo­biasTo­biasNi­lay

Od Autorki

Dro­giCzy­tel­ni­ku,

Ta po­wie­ść jest spin-of­fem se­rii „Sa­ba­tii”. Przed­sta­wia losy dzie­ci bo­ha­te­rów zna­nych z po­przed­nich to­mów. Mo­żna ją czy­tać jako sa­mo­dziel­ną hi­sto­rię, jed­nak zna­jo­mo­ść wcze­śniej­szej se­rii po­zwo­li le­piej wy­chwy­cić na­wi­ąza­nia i re­la­cje mi­ędzy po­sta­cia­mi.

Tobias

Trzy­na­ście lat wcze­śniej

Wier­ci­łemsięnie­spo­koj­niena krze­śle, co chwi­lę zer­ka­jąc na ze­ga­rek wi­szący nad wiel­ką, czar­ną ta­bli­cą na wprost mnie. Od­li­cza­łem mi­nu­ty do dzwon­ka i ko­ńca lek­cji. Wy­da­wa­ło mi się, że mi­nął już cały dzień, a wska­zów­ki ze­ga­ra w ogó­le się nie prze­miesz­cza­ły. By­łem pod­eks­cy­to­wa­ny, bo wie­dzia­łem, że ze szko­ły od­bie­rze mnie tata, a po­tem za­bie­rze na far­mę. Je­ździ­li­śmy tam co ty­dzień, w ka­żdy pi­ątek, na na­sze męskie strze­lan­ki. To na­sza mała ta­jem­ni­ca, któ­rą ukry­wa­li­śmy przed mat­ką.

– To­bias, czy sko­ńczy­łeś już wszyst­kie za­da­nia? – za­py­ta­ła na­uczy­ciel­ka ma­te­ma­ty­ki. Była nowa, pra­co­wa­ła w na­szej szko­le od ja­kie­goś ty­go­dnia.

Na moje nie­szczęście zo­sta­łem usa­dzo­ny w ław­ce z jej sy­nem, któ­ry de­ner­wo­wał mnie od pierw­sze­go dnia.

Kie­dy rok temu prze­nio­słem się do tej szko­ły, ka­żdy, co do jed­ne­go, był dla mnie prze­sad­nie miły, na­wet na­uczy­cie­le. Wie­dzia­łem, że mat­ka do­fi­nan­so­wy­wa­ła po­przed­nią pla­ców­kę, bo na ka­żdym ape­lu czy ze­bra­niu cała rada pe­da­go­gicz­na prak­tycz­nie ca­ło­wa­ła ją po sto­pach, a mi wręcza­li za to dy­plo­my i wcho­dzi­li w ty­łek.

– Tak. – Chwy­ci­łem za gór­ny róg kart­ki i po­ma­cha­łem nią w po­wie­trzu.

Na ten ruch Sa­mu­el sap­nął coś pod no­sem, ale nie usły­sza­łem co. Choć mia­łem ocho­tę zdzie­lić chło­pa­ka łok­ciem, zi­gno­ro­wa­łem go.

– Na­praw­dę? – za­py­ta­ła za­sko­czo­na i za­częła kie­ro­wać się w stro­nę na­szej ław­ki.

Już w po­przed­niej szko­le by­łem wzo­ro­wym uczniem i mia­łem naj­wy­ższą śred­nią. Kie­dy kla­sa za­czy­na­ła dru­gie za­da­nie, ja ko­ńczy­łem ostat­nie. Wiem, że wy­cho­waw­czy­ni roz­ma­wia­ła z moją mat­ką, by prze­nie­ść mnie do wy­ższej kla­sy. Przez wi­ęk­szo­ść lek­cji nu­dzi­łem się i cze­ka­łem, aż wszy­scy sko­ńczą. Tak jak te­raz, a nudę za­bi­ja­łem szki­co­wa­niem. Od­wzo­ro­wy­wa­łem wła­śnie mia­sto Ma­jów Uxmal oraz słyn­ną Pi­ra­mi­dę Cza­row­ni­ka, któ­ra le­ża­ła na pó­łwy­spie Ju­ka­tan.

– Dla­te­go ma­lu­je te­raz te swo­je bo­ho­ma­zy – ode­zwał się jej głu­pi sy­na­lek i si­ęgnął po moją kart­kę.

Mo­ich rze­czy się nie do­ty­ka.

Nim się zo­rien­to­wa­łem, ołó­wek, któ­ry trzy­ma­łem, był wbi­ty w śro­dek jego dło­ni.

Głu­pek darł się jak nie­nor­mal­ny, a po twa­rzy po­pły­nęły mu łzy.

Mógł się trzy razy za­sta­no­wić, za­nim coś zro­bił, a nie te­raz be­czeć.

– To­bias, coś ty zro­bił?! Do dy­rek­to­ra, na­tych­miast!

Całe dwie mi­nu­ty, kro­cząc sze­ro­kim ko­ry­ta­rzem szkol­nym, na­uczy­ciel­ka ma­te­ma­ty­ki gło­śno wy­ra­ża­ła swo­ją nie­po­chleb­ną opi­nię na te­mat mo­je­go za­cho­wa­nia. Pro­du­ko­wa­ła się, ale jej nie słu­cha­łem. Uwa­ża­łem, że nie mia­ła ra­cji. Po­win­na zwró­cić uwa­gę Sa­mu­elo­wi, lecz oczy­wi­ście tego nie zro­bi­ła, bo swo­je­go syna trak­to­wa­ła ina­czej niż resz­tę kla­sy.

To miał być mój pierw­szy raz na dy­wa­ni­ku. Spo­dzie­wa­łem się, że do­sta­nę ochrzan od dy­rek­to­ra i mnie wy­pu­ści, bo co niby in­ne­go? Bar­dziej się za­sta­na­wia­łem, czy oj­ciec się wku­rzy i zre­zy­gnu­je z na­szych pla­nów na ten dzień.

Gdy tyl­ko dy­rek­tor Ra­mi­rez do­strze­gł mnie w pro­gu swo­je­go ga­bi­ne­tu, cała krew od­pły­nęła z jego twa­rzy. Był bla­dy jak ścia­na za nim.

– Ten chło­pak… – Na­uczy­ciel­ka nie zdąży­ła sko­ńczyć, bo mężczy­zna chwy­cił ją za przed­ra­mię i za­czął szep­tać coś do ucha.

Nie mia­łem po­jęcia co, ale z ka­żdą se­kun­dą jej oczy ro­bi­ły się wi­ęk­sze, a dło­nie drża­ły moc­niej.

– Bar­dzo prze­pra­sza­my, To­bias. Do­szło do nie­po­ro­zu­mie­nia. Pani Mar­ti­nez nie zna jesz­cze do­brze za­sad pa­nu­jących w na­szej szko­le, bo jak wiesz, pra­cu­je u nas do­pie­ro od ty­go­dnia. Bar­dzo ża­łu­je, że w ogó­le cię tu przy­pro­wa­dzi­ła.

Ona na­wet nie po­wie­dzia­ła, co się sta­ło…

Na­uczy­ciel­ka na jed­nym wde­chu wy­rzu­ci­ła swo­je prze­pro­si­ny. Za­pew­ni­ła mnie, że za­raz po po­wro­cie do kla­sy jej syn zro­bi to samo.

Skrzy­wi­łem się, bo nie mia­łem po­jęcia, co się wła­ści­wie dzie­je. Ta na­gła zmia­na za­cho­wa­nia była dziw­na.

– Mam na­dzie­ję, że ta sy­tu­acja zo­sta­nie mi­ędzy nami – ode­zwał się ner­wo­wo dy­rek­tor i prze­ta­rł kro­pel­ki potu, któ­re ze­bra­ły się na jego czo­le.

– To zna­czy? – Unio­słem brew, za­cie­ka­wio­ny.

– My­ślę, że nie mu­sisz wspo­mi­nać o tym swo­im ro­dzi­com. – Od razu wy­chwy­ci­łem drże­nie w jego gło­sie. – Na­praw­dę nic się nie sta­ło. Je­steś naj­lep­szym uczniem w na­szej szko­le i na pew­no pani Mar­ti­nez źle coś zro­zu­mia­ła i bar­dzo tego ża­łu­je. – Dy­rek­tor po­pa­trzył gniew­nie na moją na­uczy­ciel­kę, któ­ra tak moc­no ki­wa­ła gło­wą, jak­by za­miast szyi mia­ła ga­la­ret­kę.

Śmie­szy­ło mnie ich za­cho­wa­nie i za­cząłem na­bie­rać co­raz to wi­ęk­szych po­dej­rzeń. Wie­dzia­łem, że ro­dzi­ce byli bar­dzo bo­ga­ci, przy­ja­źni­li się z dy­rek­to­rem biu­ra fe­de­ral­ne­go, a lu­dzie ich sza­no­wa­li. W po­przed­nim mie­ście dzia­ło się tak samo, ale to… To mi się po­do­ba­ło.

Przy­po­mnia­ła mi się roz­mo­wa ro­dzi­ców, któ­rą pod­słu­cha­łem wczo­raj. Wspo­mi­na­li o wy­rwa­niu chwa­stów, eli­mi­na­cji prze­ciw­ni­ków i o ja­kiś za­sa­dach. Na­sza ochro­na, za­wsze ma­jąca przy so­bie broń, a ta­kże lu­dzie dla nas pra­cu­jący cho­dzi­li przy nas jak na szpil­kach. Nie ro­zu­mia­łem, z cze­go to do­kład­nie wy­ni­ka­ło, ale je­den wzrok mat­ki czy ojca i wszy­scy cho­wa­li gło­wy w piach.

– Dla­cze­go mia­łbym o tym nie wspo­mnieć? – za­py­ta­łem z lek­kim uśmiesz­kiem.

Na moje sło­wa Ra­mi­rez chwy­cił się kra­wędzi biur­ka, by nie stra­cić rów­no­wa­gi. Wy­glądał, jak­by miał za­raz do­stać za­wa­łu.

Pra­wie się ro­ze­śmia­łem.

– To się wi­ęcej nie po­wtó­rzy, To­bias. Bar­dzo prze­pra­sza­my.

***

Oj­ciec jed­ną ręką pro­wa­dził sa­mo­chód, a w dru­giej trzy­mał te­le­fon przy uchu. Krzy­czał na ko­goś po wło­sku. Po­mi­mo że uczy­łem się tego języ­ka do­pie­ro od dwóch mie­si­ęcy, już bar­dzo wie­le po­tra­fi­łem prze­tłu­ma­czyć. I je­śli do­brze zro­zu­mia­łem, mó­wił coś o oso­bi­stej spra­wie, szyb­kiej śmier­ci, że resz­tą zaj­mie się mat­ka, bo dzi­siaj jest jego dzień ojca z sy­nem. Pó­źniej coś jesz­cze, ale te sło­wa aku­rat były mi obce. Wie­dzia­łem, że mu­szę jesz­cze bar­dziej przy­ło­żyć się do na­uki, choć uczy­łem się jed­no­cze­śnie trzech języ­ków. Ro­dzi­ce po­słu­gi­wa­li się kil­ko­ma i ja też mia­łem taki za­miar.

Przy­gląda­łem mu się przez chwi­lę, lecz nie za­da­wa­łem py­tań. Oj­ciec wy­da­wał się prze­ko­na­ny, że nie zro­zu­mia­łem nic z jego słów. Po­sta­no­wi­łem też nie wspo­mi­nać o sy­tu­acji w szko­le. Wró­ci­łem do czy­ta­nia ksi­ążki Bu­szu­jący w zbo­żu.

– Za­ła­twię coś szyb­ko w ho­te­lu, a Rol­ko, Char­lie i Ian z tobą zo­sta­ną. A po­tem, tak jak za­wsze, po­je­dzie­my po­strze­lać – ode­zwał się oj­ciec i po­czo­chrał mi wło­sy, jak ja­kie­muś ma­łe­mu dziec­ku, a prze­cież mia­łem już pra­wie trzy­na­ście lat i po­tra­fi­łem po­słu­gi­wać się bro­nią.

Tak na­praw­dę czu­łem się już mężczy­zną. Chcia­łem być taki jak on, by lu­dzie na mój wi­dok tak samo re­ago­wa­li i mnie sza­no­wa­li.

Wi­dząc moją skwa­szo­ną minę, za­śmiał się gar­dło­wo.

– O ja­kiej szyb­kiej śmier­ci mó­wi­łeś, tato?

Wy­ba­łu­szył oczy. Tym ra­zem to on za­czął mi się przy­glądać. Tak jak my­śla­łem, sądził, że nic nie zro­zu­mia­łem.

– Ci­ągle za­po­mi­nam o tym, ja­kim je­steś mądrym, ma­łym mężczy­zną. Po­roz­ma­wia­my, gdy wró­cę, synu.

Pod­je­cha­li­śmy przed ho­tel, któ­ry był na­szą wła­sno­ścią. Oj­ciec za­czął kie­ro­wać się w stro­nę głów­ne­go we­jścia, a ja cze­ka­łem przed au­tem z trze­ma ochro­nia­rza­mi.

– Czym tak na­praw­dę zaj­mu­ją się ro­dzi­ce, Roko? – za­py­ta­łem, kie­dy on ob­ser­wo­wał oto­cze­nie jak ja­kiś ja­strząb, go­to­wy w ka­żdej chwi­li rzu­cić się na swo­ją ofia­rę.

Całą szy­ję miał po­kry­tą ta­tu­aża­mi. Już sam jego wy­gląd od­stra­szał. Na do­da­tek był bar­dzo wy­so­ki. Mia­łem już metr sie­dem­dzie­si­ąt wzro­stu, a on chy­ba po­nad dwa. Mu­sia­łem za­dzie­rać gło­wę, by spoj­rzeć mu w oczy.

Nie zdążył od­po­wie­dzieć, bo z le­wej stro­ny nad­je­chał czar­ny Jeep, a po­tem wy­sko­czy­ło z nie­go kil­ku mężczyzn. Roko za­sło­nił mnie wła­snym cia­łem, wy­ci­ągnął z ma­ry­nar­ki broń, a za­raz po­tem pa­dła se­ria strza­łów. Char­lie i Ian krzy­cze­li coś nie­zro­zu­mia­le i tak samo jak Roko otwo­rzy­li ogień.

– Scho­waj się za sa­mo­chód, To­bias! – krzy­czał Roko.

Sły­sza­łem wszyst­ko jak przez mgłę. Ka­żdy ko­lej­ny huk mnie ogłu­szał. Ser­ce wa­li­ło mi jak mło­tem, ale po­słu­cha­łem go, osła­nia­jąc ręka­mi gło­wę. Na zgi­ętych no­gach rzu­ci­łem się w stro­nę ba­ga­żni­ka, by unik­nąć kul.

Wrza­wa, pa­ni­ka lu­dzi, nie­zro­zu­mia­łe krzy­ki, to wszyst­ko przy­po­mi­na­ło sen.

Na­gle Roko osu­nął się na zie­mię, a broń wy­pa­dła mu z ręki. Jego ko­szu­la była cała we krwi. Za­ci­ska­łem moc­no dło­nie w pi­ęści i mo­głem tyl­ko pa­trzeć, jak mój ochro­niarz umie­ra na jezd­ni. Wal­czył o od­dech, kil­ka razy za­trze­po­tał po­wie­ka­mi, a po­tem za­mknął oczy na do­bre.

Pierw­szy raz w ży­ciu wi­dzia­łem nie­bosz­czy­ka. I wte­dy od razu po­my­śla­łem o ojcu. Wie­dzia­łem, że też gdzieś tam był. Na samą myśl, że może sko­ńczyć jak Roko, pra­wie zwy­mio­to­wa­łem.

Nie wie­dzia­łem, co so­bie w ogó­le my­śla­łem, ale to był im­puls. Prze­czo­łga­łem się po zie­mi jak żo­łnierz i drżącą dło­nią si­ęgnąłem po splu­wę, któ­rą wy­pu­ścił mar­twy ochro­niarz.

Po­tra­fisz to zro­bić, po­tra­fisz to zro­bić, po­wta­rza­łem w gło­wie.

Po­de­rwa­łem się na nogi i za­ci­snąłem w dło­niach pi­sto­let, a po­wie­trze znów prze­ci­ęły po­ci­ski. Wte­dy zo­ba­czy­łem ojca dzie­rżące­go dwie splu­wy. Naj­pierw strze­lił jed­ne­mu nie­zna­jo­me­mu w śro­dek gło­wy, za­raz po­tem ko­lej­ne­mu. Od­da­wał strza­ły bez za­wa­ha­nia, jak­by ro­bił to ka­żde­go dnia.

Moje oczy pew­nie przy­po­mi­na­ły sta­re mo­ne­ty pi­ęćdzie­si­ąt peso.

Wi­dzia­łem już, jak strze­la, ale ni­g­dy do lu­dzi. W tym mo­men­cie wy­glądał jak dia­beł, nie jak mój tata. Kie­dy mnie do­strze­gł, za­czął krzy­czeć, że mam się scho­wać, ale prze­sta­łem go słu­chać, gdy za­uwa­ży­łem, że zza Je­epa wy­ło­nił się mężczy­zna, któ­ry ce­lo­wał w ple­cy Char­lie­go.

Char­lie był dla mnie jak ro­dzi­na.

Ni­g­dy nie czu­łem po­dob­nej de­ter­mi­na­cji. Jak­by wszyst­ko się za­trzy­ma­ło. Czu­łem w ka­żdym ka­wa­łku cia­ła, jak biło mi ser­ce.

Unio­słem broń, wy­mie­rzy­łem ją w stro­nę wro­ga, tak jak na­uczył mnie oj­ciec, i po pro­stu na­ci­snąłem na spust.

Bum!

Za­szu­mia­ło mi w uszach, siła wy­strza­łu od­rzu­ci­ła mnie do tyłu. Mężczy­zna, do któ­re­go ce­lo­wa­łem, osu­nął się na ko­la­na, trzy­ma­jąc za klat­kę pier­sio­wą, a po­tem jego twarz zde­rzy­ła się z be­to­nem.

Za­bi­łem czło­wie­ka. Za­bi­łem go.

Z od­da­li wi­dzia­łem ojca bie­gnące­go w moją stro­nę.

I wte­dy zro­zu­mia­łem, że ten mężczy­zna nie był ostat­nim, któ­re­go za­bi­ję…

Tobias

Obec­nie

–Shawn–zwró­ci­łem się do kel­ne­ra. – Sex on the be­ach dla tej pani. – Po­pa­trzy­łem na nowo po­zna­ną to­wa­rzysz­kę.

– Coś jesz­cze? – za­py­tał mężczy­zna, zbie­ra­jąc ze sto­łu pu­ste kie­lisz­ki.

– Tak, dla mnie jesz­cze raz czy­stą te­qu­ilę. – Wy­ci­ągnąłem kciuk w górę.

– Oczy­wi­ście, sze­fie. Już się robi.

W eks­pre­so­wym tem­pie ru­szył w stro­nę baru.

– Sek­sow­ny… – mruk­nęła blon­dy­na, zwra­ca­jąc na mnie swo­ją uwa­gę.

Może by­łem już lek­ko na rau­szu, ale na­dal po­tra­fi­łem do­ce­nić so­czy­ste usta i do­bre cyc­ki. Nie grze­szy­ła in­te­lek­tem, ale prze­cież nie chcia­łem się z nią że­nić.

– Świ­ętu­jesz coś? – Ob­li­za­ła sek­sow­nie krwi­sto­czer­wo­ne war­gi i prze­je­cha­ła dło­nią po moim udzie. Zde­cy­do­wa­nie pra­gnęła mo­je­go fiu­ta.

Gdy­bym te­raz uklęk­nął na lewe ko­la­no, z miej­sca przy­jęła­by moje oświad­czy­ny. Pa­zer­na suka już pew­nie w my­ślach li­czy­ła wszyst­kie moje mi­liar­dy i opra­co­wy­wa­ła ide­al­ny plan, jak zo­stać pa­nią Re­jes. Prze­ra­bia­łem to już set­ki razy. Za­wsze ko­ńczy­ło się tak samo. Mo­głem prze­bie­rać w pa­nien­kach jak w skle­pie z ciast­ka­mi. Kar­mel, wa­ni­lia, cze­ko­la­da, z po­le­wą, z na­dzie­niem lub do­dat­ko­wą po­syp­ką. Żyć, kur­wa, nie umie­rać. Może mia­łem już albo do­pie­ro, dwa­dzie­ścia sze­ść lat, ale czu­łem się za­do­wo­lo­ny ze swo­je­go sty­lu ży­cia. By­łem mi­liar­de­rem oraz spad­ko­bier­cą for­tu­ny, o któ­rej świat na­wet nie sły­szał. Sy­nem kró­lo­wej i kró­la nar­ko­ty­ko­we­go świat­ka. Suma pie­ni­ędzy, jaką dys­po­no­wa­li ro­dzi­ce, zda­wa­ła się nie­wy­obra­żal­na. Jeff Bez­os i Elon Musk ra­zem wzi­ęci ze­szcza­li­by się z za­zdro­ści. A za kil­ka lat przej­mę cały ich biz­nes. No, chy­ba że do tego cza­su za­pi­ję się na śmie­rć.

Mu­sia­łem za­ko­ńczyć ten ma­ra­ton, bo tro­chę mnie po­nio­sło.

– Uro­dzi­ny. – Pu­ści­łem jej oczko i rów­nież prze­je­cha­łem opusz­ka­mi pal­ców po jej ko­la­nie.

Przy­gry­zła war­gę i chwy­ci­ła za szklan­kę, któ­rą wręczył jej mój bar­man.

Od kie­dy sko­ńczy­łem trzy­na­ście lat i do­wie­dzia­łem się, czym zaj­mu­ją się ro­dzi­ce, chcia­łem zo­stać częścią ich biz­ne­su. Na po­cząt­ku mie­li ogrom­ne oba­wy, ale z bie­giem lat wszyst­ko się zmie­ni­ło. A do­kład­nie w mo­men­cie, w któ­rym pierw­szy raz zo­sta­łem po­strze­lo­ny. Wi­dzia­łem już na­praw­dę wie­le, ale dzi­ęki temu uzbro­iłem się w pan­cerz. W ko­ńcu zo­sta­łem wy­szko­lo­ny przez sa­mych mi­strzów zło­te­go in­te­re­su. Obec­nie rządzę Pó­łnoc­ną Ame­ry­ką oraz ró­żne­go ro­dza­ju le­gal­ny­mi in­we­sty­cja­mi. Ci­ężką pra­cą mu­sia­łem za­słu­żyć so­bie na to sta­no­wi­sko, ale to była moja do­bro­wol­na de­cy­zja. Ta ciem­niej­sza stro­na jed­nak bar­dziej mnie kręci. Lu­bię ad­re­na­li­nę i ży­cie na kra­wędzi. Już samo moje na­zwi­sko bu­dzi strach. I to uczu­cie, kie­dy świat leży u two­ich stóp, a ty masz nad wszyst­kim wła­dzę. To chy­ba już za­wsze zo­sta­je we krwi.

– Masz dzi­siaj uro­dzi­ny? – za­py­ta­ła blon­di z uda­wa­nym za­sko­cze­niem, wy­ry­wa­jąc mnie z roz­my­ślań. Jej dłoń zna­la­zła się bli­sko mo­je­go kro­cza.

Ide­al­na ak­tor­ka. Pew­nie w to­reb­ce trzy­ma­ła całą moją me­try­kę, a w jej po­ko­ju stał ołta­rzyk z moim zdjęciem i z gów­nia­ny­mi ser­dusz­ka­mi wo­kół.

Ech. By­łem ulu­bie­ńcem pi­sma­ków. Moje zdjęcia pu­bli­ko­wa­no prak­tycz­nie w ka­żdej ga­ze­cie. Do­brze, że opi­sy­wa­li mnie jako nie­by­wa­le mądre­go i przy­stoj­ne­go fi­lan­tro­pa. Co oczy­wi­ście było praw­dą.

– Mo­żna tak po­wie­dzieć. Od ze­szłe­go ty­go­dnia nie sko­ńczy­łem jesz­cze świ­ęto­wać. – Po­sła­łem jej krzy­wy uśmie­szek.

Kil­ku zna­jo­mych, w tym przy­ja­ciel Rafa, sie­dzący po le­wej stro­nie, ro­ze­śmia­ło się na ja­kiś głu­pi tekst, któ­ry opo­wia­da­ła kom­pan­ka mo­jej dzi­siej­szej zdo­by­czy. On też miał dziś za­li­czyć. Z przy­kro­ścią jed­nak mu­sia­łem stwier­dzić, że tra­fi­ła mu się ta gor­sza przy­ja­ció­łka, ale on ni­g­dy nie na­rze­kał. Po­zo­sta­wał do bólu lo­jal­ny, tak samo jak jego oj­ciec.

Było o rok młod­szy, a z nas dwóch wy­da­wał się roz­sąd­niej­szy. Za­wsze mo­głem na nie­go li­czyć. Tak na­praw­dę oprócz mo­jej ro­dzi­ny ufa­łem tyl­ko jemu. Po­tra­fił usta­wić mnie do pio­nu i spra­wić, by ca­łko­wi­cie mi nie od­bi­ło. Po­sia­da­jąc tak wie­le, cza­sa­mi się o tym za­po­mi­na. Przy­ja­źni­li­śmy się od pra­wie pi­ęt­na­stu lat. Ra­zem się wy­cho­wy­wa­li­śmy i był dla mnie jak brat, a moi ro­dzi­ce trak­to­wa­li go jak syna. Jego oj­ciec, An­se­lo Al­fa­ro, pra­co­wał nie­gdyś jako wier­ny czło­wiek mo­je­go dziad­ka, a pó­źniej mat­ki. Ro­dzi­ce za­opie­ko­wa­li się Rafą i jego star­szym o sie­dem lat bra­tem, kie­dy mój pie­przo­ny wu­ja­szek Jor­ge ode­brał ży­cie ich ojcu, bo mie­li tyl­ko jego. Mat­ka zma­rła w trak­cie po­ro­du Rafy. Cho­ciaż tyle mo­gli zro­bić, by za­pew­nić im do­god­ne i luk­su­so­we wa­run­ki do ko­ńca ich dni.

– Chcia­ła­bym ofia­ro­wać ci pre­zent. Będziesz mógł go od­pa­ko­wać, ale nie tu­taj – wy­szep­ta­ła mi do ucha Bar­bie, po czym ści­snęła mo­je­go fiu­ta przez ma­te­riał spodni.

No i tyle mi wy­star­czy­ło.

– To twój szczęśli­wy dzień, dzie­cin­ko. – Wy­szcze­rzy­łem do niej zęby i pu­ści­łem jej oczko, na co pra­wie ze­mdla­ła. Klep­nąłem przy­ja­cie­la w ple­cy, by prze­nió­sł na mnie uwa­gę. – Mo­że­cie się ba­wić do sa­me­go rana. Wszyst­ko na mój koszt. – Wsta­łem i na­wet nie zdąży­łem chwy­cić blon­dy­ny za dłoń, a ona już wi­sia­ła na mo­jej szyi i uśmie­cha­ła się sze­ro­ko.

Kie­dyś będę mu­siał się ustat­ko­wać, ale jesz­cze nie te­raz…

Mia­łem za­miar za­brać ją do naj­bli­ższe­go apar­ta­men­tu, w któ­rym pie­przy­łem wszyst­kie nowo po­zna­ne dziew­czy­ny. Na drew­nia­nym we­zgło­wiu za­czy­na­ło bra­ko­wać pu­ste­go miej­sca na ko­lej­ne kre­ski. Mu­sia­łem po­my­śleć o ta­bli­cy kor­ko­wej i kon­kret­nym sche­ma­cie. Po­nie­dzia­łki – bru­net­ki. Wto­rek – sza­tyn­ki. Śro­da, dzień loda – rude. Zde­cy­do­wa­nie te ostat­nie ci­ągnęły naj­le­piej. Czwar­tek – blon­dyn­ki. Pi­ątek – pa­sem­ka. So­bo­ta – som­bre, czy inne tam chuj­stwo. Nie­dzie­la – dzień świ­ęty.

– Baw się do­brze, pró­żny skur­czy­by­ku. – Rafa rzu­cił mi zu­chwa­ły uśmiech, po czym z po­wro­tem prze­nió­sł wzrok na nogi bru­net­ki.

Gdy­by ktoś inny ode­zwał się do mnie w ten spo­sób, to w naj­lep­szym wy­pad­ku zbie­ra­łby wszyst­kie zęby z podło­gi.

Ru­szy­li­śmy w stro­nę drzwi, a za­raz za nami mo­ich czte­rech ochro­nia­rzy. A ra­czej dwóch pra­cu­jących dla mo­jej cu­dow­nej ma­mu­ni oraz dwóch dla mnie. W miej­scach pu­blicz­nych nie ru­sza­łem się bez nich. Choć to po­staw­ni, wiel­cy fa­ce­ci, po­ru­sza­li się ni­czym cie­nie. Po cza­sie prak­tycz­nie o nich za­po­mi­na­łem, ale za­wsze trzy­ma­li się bli­sko. Jako na­sto­la­tek uwa­ża­łem to za prze­sa­dę i naj­wi­ęk­szą bzdu­rę, ale po któ­ry­mś z ko­lei za­ma­chu na moje ży­cie zmie­ni­łem zda­nie. I pla­no­wa­ły to nie ja­kieś wy­so­ko po­sta­wio­ne per­so­ny.

Gdy mia­łem czter­na­ście lat, od­de­chu chcie­li mnie po­zba­wić ja­cyś pod­rzęd­ni di­le­rzy zCu­lia­cán, strze­la­jąc z ka­żdej stro­ny, w mój, na szczęście, ku­lo­od­por­ny sa­mo­chód. Tak, bo już wte­dy, dzi­ęki ojcu, po­tra­fi­łem pro­wa­dzić eks­klu­zyw­ne fury. Wów­czas zro­zu­mia­łem, że w po­je­dyn­kę mogę szyb­ko opu­ścić ten ziem­ski pa­dół. Za bar­dzo lu­bi­łem swo­je luk­su­so­we ży­cie, by zgi­nąć w taki spo­sób. Je­śli mia­łem kie­dyś opu­ścić ten świat, to w gło­śnym sty­lu.

Wy­szli­śmy przed eks­klu­zyw­ny klub znaj­du­jący się w cen­trum Los An­ge­les. Ochro­na zro­bi­ła nam prze­jście, by­śmy bez prze­szkód mo­gli do­stać się do mo­jej wier­nej ko­chan­ki – Lam­bor­ghi­ni Ve­ne­no. Sam mu­sia­łem po­wstrzy­mać się przed roz­ma­rzo­nym wes­tchnie­niem, gdy na nią pa­trzy­łem.

Mmm… Moja pi­ęk­na.

Im­pre­zo­wi­cze sto­jący przed we­jściem i cze­ka­jący na swo­ją ko­lej­kę, by do­stać się do klu­bu, z uzna­niem przy­pa­try­wa­li się mo­jej mi­ło­ści i pstry­ka­li jej fot­ki. Mowa tu oczy­wi­ście o moim su­per­sek­sow­nym au­tku. Blon­dy­na na wi­dok sa­mo­cho­du za­częła sa­pać jak mały pie­sek, a kie­dy we­szli­śmy do środ­ka i moje dziec­ko wy­da­ło ide­al­ny ryk sil­ni­ka, prak­tycz­nie po­si­ka­ła się na sza­ry, skó­rza­ny, ro­bio­ny na za­mó­wie­nie, fo­tel pa­sa­że­ra.

– Wow! – pi­snęła gło­śno, gdy kwa­drans pó­źniej prze­kro­czy­li­śmy próg mo­je­go pen­tho­use’a z wi­do­kiem na me­tro­po­lię.

Nie mia­łem cza­su ani ocho­ty na re­ko­ne­sans swo­jej to­wa­rzysz­ki. Chwy­ci­łem ją za kark i po­pro­wa­dzi­łem pro­sto do sy­pial­ni. Po dro­dze ka­za­łem jej zrzu­cić z sie­bie ten skra­wek ma­te­ria­łu słu­żący jako su­kien­ka.

Wy­gląda­ła nie­źle, ale bez sza­łu. Albo po pro­stu by­łem już zbyt wy­bred­ny.

– Na czwo­ra­ka – roz­ka­za­łem.

Blon­dyn­ka od razu spe­łni­ła po­le­ce­nie. Za­częła wal­czyć z moim pa­skiem w spodniach, a po chwi­li mia­ła mnie już w swo­ich ustach. Ssa­ła moc­no i szyb­ko, tak jak lu­bi­łem.

– Ci­ągniesz jak od­ku­rzać, dzie­cin­ko – rzu­ci­łem przez za­ci­śni­ęte szczęki.

Sza­nu­jąca się dziew­czy­na pew­nie po­czu­ła­by się po­ni­żo­na, ale ta wy­szcze­rzy­ła zęby i ci­ągnęła jesz­cze moc­niej. By­łem skur­czy­by­kiem, lecz za­wsze bra­łem to, co mi ofia­ro­wa­no. Prze­cież sama tego pra­gnęła. Do ni­cze­go nie zo­sta­ła zmu­szo­na. Na­wet nie chcia­ła mnie po­znać. Pra­gnęła tyl­ko jed­ne­go, więc jej to da­wa­łem. Uwa­ża­łem, że to i tak ogrom­ny prze­jaw mo­jej wspa­nia­ło­my­śl­no­ści. Wbrew temu, jaką mia­łem opi­nię, to one wy­ko­rzy­sty­wa­ły mnie, nie ja je.

Po kil­ku mi­nu­tach chwy­ci­łem ją w ta­lii i rzu­ci­łem na łó­żko. Ob­ró­ci­łem ją na brzuch, by nie wi­dzieć jej fa­cja­ty.

Moja zło­ta za­sa­da brzmia­ła – wszyst­kie bierz od tyłu i ni­g­dy nie patrz im w oczy, bo wte­dy za dużo so­bie wy­obra­ża­ją.

Po se­kun­dzie mój fiut, ubra­ny we frak, był już za­ko­pa­ny głębo­ko w niej. Za­cząłem pie­przyć ją od tyłu, moc­no i szyb­ko. Okrop­nie iry­to­wa­ły mnie te pi­skli­we jęki. Mu­sia­łem to jak naj­szyb­ciej za­ko­ńczyć i wca­le nie mia­łem ocho­ty jej za­do­wa­lać, jed­nak moja sam­cza duma mi na to nie po­zwo­li­ła. Do­pro­wa­dzi­łem ją do moc­ne­go or­ga­zmu, po czym po kil­ku mi­nu­tach do­sze­dłem w niej bez ja­kie­go­kol­wiek jęku. Bez sza­łu, bez fa­jer­wer­ków. Było co naj­mniej do­brze. Czte­ry na dzie­si­ęć, po­wie­dzia­łbym.

Wy­jąłem sprzęt, zdjąłem pre­zer­wa­ty­wę i wy­rzu­ci­łem ją do ko­sza sto­jące­go obok łó­żka, a po­tem, zmęczo­ny ty­go­dnio­wym ma­ra­to­nem, na­wet nie wiem, kie­dy od­pły­nąłem w głębo­ki sen.

Ta pio­sen­ka. Ta je­ba­na pio­sen­ka…

Po­czu­łem szarp­ni­ęcie, a za­raz po­tem usły­sza­łem ko­bie­cy głos.

– To­bias. To­bias – po­wta­rza­ła.

Prze­ta­rłem oczy, unio­słem po­wie­kę i za­uwa­ży­łem, że na dwo­rze już świ­ta. A co naj­gor­sze, blon­dy­na, któ­rą wczo­raj przy­pro­wa­dzi­łem, na­dal le­ża­ła naga w moim łó­żku.

Kur­wa, chy­ba na­praw­dę by­łem zmęczo­ny.

– Ko­cha­nie, twój te­le­fon ci­ągle dzwo­ni – po­wie­dzia­ła słod­kim gło­sem.

Ko­cha­nie? Po­stra­szy­ło ją do resz­ty?

Pró­bo­wa­łem wzro­kiem zlo­ka­li­zo­wać źró­dło tego okrop­ne­go ha­ła­su. Bar­bie była pierw­sza i chwy­ci­ła za moją ko­mór­kę ze sto­li­ka noc­ne­go.

– Od­da­waj – wark­nąłem.

Od razu wło­ży­ła mi ją do ręki, a na jej twa­rzy po­ja­wił się pło­chli­wy uśmiech.

Spoj­rza­łem na wy­świe­tlacz i wes­tchnąłem z iry­ta­cją.

Ode­bra­łem.

– Cze­go? – za­py­ta­łem po hisz­pa­ńsku.

– Sze­fo­wa Sa­ba­tia pró­bu­je się do cie­bie do­dzwo­nić od ja­kie­jś go­dzi­ny – ode­zwał się je­den z ochro­nia­rzy mo­jej mat­ki, któ­ry pew­nie stał pod drzwia­mi.

– Do­pie­ro się obu­dzi­łem. Mam je­ba­ne­go kaca i w moim łó­żku na­dal jest blon­dy­na, któ­rą wczo­raj pie­przy­łem. Więc daj mi chwi­lę, bo jesz­cze nie wszyst­ko ogar­niam.

– Chcia­łem tyl­ko prze­ka­zać, że twoi ro­dzi­ce będą u cie­bie za ja­kieś pięć mi­nut.

Ze­rwa­łem się gwa­łtow­nie na rów­ne nogi, na co dziew­czy­na wy­da­ła z sie­bie gło­śny pisk.

– Co się sta­ło? – Zła­pa­ła się za ser­ce.

Za­mknij się!

– Jak to za chwi­lę będą u mnie?

I jak na za­wo­ła­nie usły­sza­łem dzwo­nek do drzwi.

– Chy­ba pie­przo­ne pięć se­kund! – po­wie­dzia­łem wście­kle i rzu­ci­łem te­le­fon na łó­żko.

– Ubie­raj się, na­tych­miast! – roz­ka­za­łem blon­dy­nie.

– Sy­necz­ku mój, masz do­słow­nie se­kun­dę, żeby otwo­rzyć te drzwi, ina­czej je wy­wa­ży­my, a ja nie będę miła! – krzy­cza­ła mat­ka.

Ona ni­g­dy nie pusz­cza­ła słów na wiatr.

W eks­pre­so­wym tem­pie wło­ży­łem na sie­bie tyl­ko dre­so­we spodnie. Blon­dy­nie ka­za­łem za­cze­kać w sy­pial­ni, a sam ru­szy­łem w stro­nę ko­ry­ta­rza.

– Mamo? Tato? – za­py­ta­łem, kie­dy otwo­rzy­łem sze­ro­ko drzwi.

– Patrz go. Na­wet nie za­pro­si nas do środ­ka – rzu­ci­ła mat­ka.

Sztur­cha­jąc mnie w bark, prze­szła przez próg. Jak za­wsze wy­gląda­ła nie­na­gan­nie. Wy­stro­iła się w błękit­ną, opi­na­jącą cia­ło su­kien­kę przed ko­la­no i wy­so­kie, be­żo­we szpil­ki. Mie­li­śmy na­praw­dę do­bre geny, bo ci­ągle wy­gląda­ła jak na­sto­lat­ka.

Oj­ciec za­mknął mnie w nie­dźwie­dzim uści­sku i szcze­rzył zęby, za to ma­mu­nia wy­gląda­ła na wście­kłą. Żad­na no­wo­ść.

– Mam ci prze­wier­cić ten pie­przo­ny te­le­fon do ucha, że­byś za­czął go od­bie­rać?! – rzu­ci­ła wście­kle i ob­rzu­ci­ła mnie oce­nia­jącym spoj­rze­niem. Mla­snęła z nie­sma­kiem i po­de­szła do sto­li­ka, na któ­rym le­ża­ło pu­ste opa­ko­wa­nie po chi­ńsz­czy­źnie i bu­tel­ki.

– Ale masz tu syf. – Kręci­ła gło­wą z dez­apro­ba­tą i prze­świe­tla­ła ka­żdy kąt. Mia­ła ob­se­sje na punk­cie czy­sto­ści.

Miesz­ka­łem prak­tycz­nie wszędzie, gdzie ro­bi­łem in­te­re­sy. W ka­żdym mie­ście mia­łem swo­je apar­ta­men­ty i wła­sne ho­te­le.

– Sprzątacz­ka przy­cho­dzi do­pie­ro ju­tro. Zresz­tą, rzad­ko tu prze­by­wam – tłu­ma­czy­łem się jej, jak­bym miał na­dal pięć lat. Było w mat­ce coś ta­kie­go, że ro­bi­łem to au­to­ma­tycz­nie. To sza­cu­nek, ale i też mi­ło­ść.

Ko­cha­łem w ży­ciu trzy ko­bie­ty: mat­kę i dwie małe dia­bli­ce, czy­li moje sio­stry.

– Cze­mu za­wdzi­ęczam wa­szą wi­zy­tę? – Unio­słem brew.

– Od razu wi­dać, że to twój syn, Re­jes – rzu­ci­ła do ojca i na­dal kręci­ła gło­wą.

Wa­li­ła po na­zwi­skach, to zna­czy, że była zła.

– Ko­cha­nie – po­wie­dział ostrze­gaw­czo, ale wy­da­wał się roz­ba­wio­ny.

– To już na­wet nie mo­że­my od­wie­dzić Ksi­ęciu­nia? – sy­cza­ła. – My­śla­łam, że nie po­trze­bu­ję za­pro­sze­nia, żeby od­wie­dzić wła­sne­go syna?!

Oj­ciec za­śmiał się do­no­śnie.

– Oczy­wi­ście, że nie, ale je­stem tro­chę zdzi­wio­ny. Nie mó­wi­li­ście, że przy­la­tu­je­cie.

Ro­ze­śmia­ła się zło­wiesz­czo, po czym od razu spo­wa­żnia­ła.

– Oczy­wi­ście, że za­po­mniał. Od ty­go­dnia im­pre­zu­je. Wy­ślę go na cho­ler­ny od­wyk – war­cza­ła pod no­sem, kie­ru­jąc sło­wa do ojca. Cho­dzi­ła tam i z po­wro­tem, ob­rzu­ca­jąc wzro­kiem ka­żdy kąt. Za­cho­wy­wa­ła się, jak­by mnie tu nie było.

Od­kąd wy­lądo­wa­łem w tam­tą so­bo­tę w LA, po­sze­dłem w gru­be tan­go, ale prze­cież tyl­ko raz w roku ma się uro­dzi­ny. Na ogół tyle nie piję. Mam mnó­stwo rze­czy na gło­wie, więc cho­ciaż raz mo­głem po­rząd­nie za­sza­leć, a mat­ka za­cho­wu­je się co naj­mniej tak, jak­bym był al­ko­ho­li­kiem.

– Mam na­dzie­ję, że je­steś spa­ko­wa­ny? – za­py­tał tym ra­zem oj­ciec, igno­ru­jąc sło­wa żony.

Coś mnie omi­nęło? Co ona zno­wu wy­my­śli­ła?

– Spa­ko­wa­ny, na co?

– No, cho­le­ra, trzy­maj­cie mnie! Za­raz sko­pię mu ten umi­ęśnio­ny ty­łek! – wrza­snęła dia­bo­licz­na ro­dzi­ciel­ka. – Prze­cież w śro­dę jesz­cze mu przy­po­mi­na­łam. Nie mam za­mia­ru kon­tak­to­wać się z moim pier­wo­rod­nym przez pie­przo­ną se­kre­tar­kę.

Śro­da dzień loda, ma­mu­niu.

– Za dwie go­dzi­ny wy­la­tu­je­my do Włoch, za­po­mnia­łeś? – Oj­ciec zro­bił minę, któ­ra mó­wi­ła, że nie po­wi­nie­nem przy­zna­wać, iż miał ra­cję.

Dla­cze­go Rafa mi o tym nie przy­po­mniał?

No tak, zna­łem od­po­wie­dź na to py­ta­nie. Oba­wiał się o wła­sne ży­cie i wie­dział, że będę wkur­wio­ny, dla­te­go pew­nie wo­lał, że­bym do­wie­dział się o tym na trzy se­kun­dy przed.

– Szlag! – Prze­cze­sa­łem pal­ca­mi wło­sy. Ro­dzi­ce zna­li mnie aż za do­brze.

Ślub Es­ter Ame­ri­go – naj­star­szej cór­ki naj­lep­sze­go przy­ja­cie­la mo­ich ro­dzi­ców. Mi­che­le Ame­ri­go, ich wspól­nik, rządził z nimi całą cho­ler­ną pla­ne­tą, a poza tym był pi­ęćdzie­si­ęcio­let­nim eme­ry­to­wa­nym dy­rek­to­rem fe­de­ral­ne­go biu­ra śled­cze­go.

– Pani Za­ha­ra Re­jes?! Pan To­bias Re­jes?! – Na­gle usły­sze­li­śmy pi­skli­wy głos blon­dy­ny.

Mat­ka, krzy­wi­ąc się, pa­trzy­ła na oso­bę za mo­imi ple­ca­mi.

Kur­wa!

Mia­ła nie wy­cho­dzić z po­ko­ju. Do­brze, że cho­ciaż się ubra­ła. O ile mo­żna było na­zwać to ubra­niem.

Szła pro­sto w pasz­czę lwa. Prak­tycz­nie rzu­ci­ła się na moją mat­kę jak ja­kaś stuk­ni­ęta psy­cho­fan­ka.

– Boże, jaka pani jest pi­ęk­na. Jesz­cze pi­ęk­niej­sza niż na zdjęciach. – Za­częła po­trząsać ener­gicz­nie dło­nią mo­jej wku­rzo­nej ma­mu­ni. – Tak bar­dzo mi miło. Wi­dzia­łam wszyst­kie pani pra­ce. Ma pani taki ta­lent.

A wczo­raj twier­dzi­ła, że w ogó­le mnie nie zna. Wiecz­nie to samo…

Pra­wie par­sk­nąłem śmie­chem, wi­dząc minę kró­lo­wej koki. Za­raz po­tem chwy­ci­ła mo­je­go ojca za dłoń.

– I pan To­bias se­nior. – Ob­rzu­ci­ła go po­żądli­wym wzro­kiem od stóp do głów. – Ma pan ta­kie duże, sek­sow­ne dło­nie. Wy­gląda pan jak jego brat bli­źniak. – Na mo­ment prze­nio­sła spoj­rze­nie na mnie, po czym zno­wu na twarz ojca.

Czy ona wła­śnie pod­ry­wa­ła mo­je­go pie­przo­ne­go tatę?

– Mega go­rący. – Ob­li­za­ła usta, któ­ry­mi wczo­raj ro­bi­ła mi loda.

Oj­ciec za­śmiał się pod no­sem, ale w ogó­le nie sko­men­to­wał jej pier­do­le­nia. Za to moja mat­ka wy­gląda­ła, jak­by mia­ła za­raz chwy­cić ją za ku­dły i wal­nąć jej gło­wą o zie­mię. I być może za­raz to na­stąpi.

– Co to jest za okrop­ne dzie­wu­szy­sko? – sark­nęła, szty­le­tu­jąc mnie wzro­kiem.

Pu­sty mó­żdżek.

– Na­zy­wam się Ha­iley Fin­ney, pro­szę pani – od­po­wie­dzia­ła jej we­so­ło Bar­bie. Uśmie­cha­ła się sze­ro­ko do mo­jej mat­ki, nie ro­bi­ąc so­bie nic z jej ja­do­wi­tych słów.

No i się oka­za­ło, że mia­ła jed­nak imię.

Mat­ka tak moc­no prze­wró­ci­ła ocza­mi, że uj­rza­łem jej bia­łka. Nie mia­łem wąt­pli­wo­ści, że już do­brze wie­dzia­ła, kim była.

Blon­di na­wet nie zda­wa­ła so­bie spra­wy, że stoi przed naj­gro­źniej­szy­mi lu­dźmi na świe­cie, któ­rzy trze­pa­li do­słow­nie wszyst­kim.

– Na­praw­dę, Bi? Po­wie­dź mi tyl­ko, że to nie jest two­ja oso­ba to­wa­rzy­sząca? – za­py­ta­ła mat­ka, zmie­nia­jąc język na hisz­pa­ński, by­śmy tyl­ko ja i oj­ciec ją zro­zu­mie­li.

Po­ta­rłem bro­dę, za­sta­na­wia­jąc się.

Kró­lo­wa za­ci­snęła po­wie­ki i wy­pu­ści­ła gło­śno po­wie­trze. Za­raz po­tem prze­nio­sła kon­spi­ra­cyj­ny wzrok na ojca.

Wła­ści­wie nie mia­łem w tej chwi­li in­nych opcji. Wie­dzia­łem, że będę tego ża­ło­wać, ale cóż…

Mat­ka nie lu­bi­ła mo­ich po­przed­nich ko­biet i nie­ste­ty mu­sia­łem przy­znać, że ni­g­dy do żad­nej się nie my­li­ła. Wszyst­kie je­dy­nie pra­gnęły mo­jej for­tu­ny i fiu­ta.

– Masz ocho­tę na wy­ciecz­kę pry­wat­nym od­rzu­tow­cem do Eu­ro­py? – za­py­ta­łem tę całą Ha­iley.

Za­częła pisz­czeć tak gło­śno, że pra­wie eks­plo­do­wa­ły mi bęben­ki.

Mat­ka za­sło­ni­ła dło­nią oczy. Wy­gląda­ła, jak­by mia­ła za­raz osza­leć.

Może to będzie ostat­nia wy­ciecz­ka Ha­iley, ale przy­naj­mniej zwie­dzi Po­si­ta­no. Oczy­wi­ście, je­śli ro­dzi­ce nie za­bi­ją jej w trak­cie tej dłu­giej pod­ró­ży.

– Tak, tak, tak! – krzy­cza­ła i pod­ska­ki­wa­ła jak mała dziew­czyn­ka.

Kró­lo­wa za­częła prze­kli­nać gło­śno w języ­ku ro­syj­skim i ma­chać ręka­mi w stro­nę ojca.

– Czy to język nie­miec­ki? – za­py­ta­ła blon­dy­na.

Co jed­na to głup­sza.

Oj­ciec wy­buch­nął śmie­chem, a ja do nie­go do­łączy­łem. Ma­mu­śka na­to­miast wy­gląda­ła na zi­ry­to­wa­ną do kwa­dra­tu.

– Zo­staw nas sa­mych. Mu­szę roz­mó­wić się z sy­nem – roz­ka­za­ła mat­ka to­nem zim­nej, wy­ra­cho­wa­nej suki.

– Oczy­wi­ście, Pani Re­jes – po­wie­dzia­ła blon­di i z sze­ro­kim uśmie­chem na ustach skie­ro­wa­ła kro­ki do mo­jej sy­pial­ni.

Kie­dy za­mknęły się za nią drzwi, ma­mu­nia za­częła wy­plu­wać sło­wa po hisz­pa­ńsku z pręd­ko­ścią ka­ra­bi­nu ma­szy­no­we­go.

– Wiesz, czyj to jest ślub?! Mamy za­trzy­mać się w po­sia­dło­ści Mi­che­le! Tam będą wszy­scy nasi pod­wład­ni. Twój oj­ciec zor­ga­ni­zo­wał ze­bra­nie Eu­ro­pej­czy­ków! Co ty, do ja­snej cho­le­ry, od­sta­wiasz, synu?! Tyl­ko na coś ta­kie­go cię stać? – Wska­za­ła pal­cem na drzwi sy­pial­ni.

Wes­tchnąłem gło­śno.

– Prze­cież się z nią nie że­nię! Ma tyl­ko le­cieć ze mną na ślub.

– Ci­ągle to samo – war­cza­ła pod no­sem.

Nie­ste­ty…

Przez chwi­lę stu­dio­wa­ła moją twarz i wy­gląda­ła, jak­by nad czy­mś in­ten­syw­nie my­śla­ła.

– Na­praw­dę się o cie­bie mar­twię. – Tym ra­zem wy­chwy­ci­łem tro­skę w jej gło­sie.

Och, ta moja ma­mu­śka z pie­kła ro­dem.

– Nie­po­trzeb­nie. Za­ba­lo­wa­łem, ale to już ko­niec. Znam prio­ry­te­ty. Wszyst­ko kon­tro­lu­ję.

Wes­tchnęła.

– Cza­sa­mi mi się wy­da­ję, że o nich za­po­mi­nasz. Wiesz, że ni­g­dy tego nie pra­gnęłam. Ko­cham cię cho­ler­nie moc­no, Bi. Do ko­ńca swo­ich dni nie prze­sta­nę się o cie­bie mar­twić. Obo­jęt­nie, ile będziesz miał lat i mi­ęśni. Zro­zu­miesz to, jak w ko­ńcu do­cze­kasz się swo­ich dzie­ci.

Żeby je mieć, trze­ba zna­le­źć part­ner­kę, któ­ra ze­chce być z tobą nie tyl­ko dla two­jej kasy. Nie mia­łem tyle szczęścia, co moi ro­dzi­ce. Po­mi­mo że prze­ży­li pie­kło, da­rzy­li się głębo­ką mi­ło­ścią. Na­wet te­raz oj­ciec wpa­try­wał się w żonę jak w ob­ra­zek. Jak­by była po­ło­wą jego ser­ca.

– Wiem. No cho­dź tu do mnie. – Roz­ło­ży­łem sze­ro­ko ręce, bo chcia­łem ją przy­tu­lić.

Mruk­nęła pod no­sem, że prze­ze mnie osi­wie­je szyb­ciej, niż po­win­na, ale po chwi­li ob­jęła mnie moc­no.

– Już? – za­py­ta­łem z głu­pim uśmie­chem, bo nie chcia­ła mnie pu­ścić i pra­wie du­si­ła.

– Jesz­cze chwi­la. Do­pó­ki nie po­wiesz, że jej nie za­bie­ra­my.

Ro­ze­śmia­łem się.

– Nie, leci z nami. Po­trze­bu­ję part­ner­ki.

Za­sta­na­wia­łem się, jak mat­ka to znie­sie, kie­dy przej­mę wszyst­kie ste­ry. Po­trze­bo­wa­ła kon­tro­lo­wać wszyst­ko i wszyst­kich. Wie­dzia­łem, że chcia­ła dla mnie do­brze, ale…

– Spraw­dzi­łeś ją? – za­py­ta­ła, choć pew­nie po­zna­ła całą me­try­kę blon­dy­ny, gdy ta tyl­ko usia­dła wczo­raj w moim bok­sie. Ochro­na na bie­żąco ją o wszyst­kim in­for­mo­wa­ła.

– Nie – przy­zna­łem. Nie uwa­ża­łem pierw­szej lep­szej la­ski za za­gro­że­nie. – Ale ty już pew­nie to zro­bi­łaś.

Uśmiech­nęła się zu­chwa­le i zer­k­nęła na swo­je ide­al­nie po­ma­lo­wa­ne pa­znok­cie. To była jej od­po­wie­dź.

– Cze­go cię uczy­łam? – Unio­sła wy­nio­śle brew.

– Już się boję. – Za­śmia­łem się i uda­wa­łem kom­plet­nie prze­ra­żo­ne­go.

– Ni­g­dy ni­ko­go nie igno­ruj, chłop­cze.

Ode­bra­łbym ży­cie głu­piej blon­di jed­nym pal­cem, i to na do­da­tek ma­łym.

– Tak, tak – przy­tak­nąłem, żeby mieć świ­ęty spo­kój.

Te ich gad­ki na te­mat bez­pie­cze­ństwa wy­cho­dzi­ły mi już dupą. By­łem do­ro­słym mężczy­zną, rządzi­łem or­ga­ni­za­cją prze­stęp­czą, i to na nie­wy­obra­żal­ną ska­lę, a oni ci­ągle to samo. Jak­by sami nie sie­dzie­li w tym po uszy od wie­ków.

Ro­dzi­ce wy­mie­ni­li mi­ędzy sobą dziw­ne spoj­rze­nia.

– Le­piej to do­brze prze­my­śl – po­wie­dział oj­ciec.

Moja mat­ka nie krzyw­dzi­ła nie­win­nych, a przy­naj­mniej ni­g­dy jej się to nie zda­rzy­ło.

Za­wsze jed­nak może być ten pierw­szy raz.

Nie będę roz­pa­czać.

– Prze­cież po­znasz tam pe­łno pi­ęk­nych Wło­szek, a ty chcesz za­bie­rać drze­wo do lasu.

Wła­ści­wie po­ja­wi się tam jed­na wy­jąt­ko­wa dziew­czy­na, któ­rej wo­la­łbym, żeby nie było. Dla­te­go mu­szę mieć swój dwu­dzie­stocz­te­ro­go­dzin­ny roz­pra­szacz my­śli.

– Leci – po­wie­dzia­łem krót­ko.

Mat­ka od­su­nęła się ode mnie i uśmiech­nęła zu­chwa­le, jak­by do­kład­nie wie­dzia­ła, o czym te­raz my­śla­łem. Chy­ba na­ogląda­ła się za dużo Zmierz­chu. Prze­cież nie umia­ła czy­tać w my­ślach jak pie­przo­ny Edward. Albo zna­ła mnie już na tyle, że fak­tycz­nie to po­tra­fi­ła?

Idio­to, ta ko­bie­ta po­tra­fi wszyst­ko!

– Le­piej jej pil­nuj, bo ostat­nio na­praw­dę mam sła­be ner­wy. Daję wam go­dzi­nę, że­by­ście się przy­go­to­wa­li. Le­piej się nie spó­źnij­cie. Ad­rien będzie na was cze­kał punkt ósma przed głów­nym we­jściem. My spo­tka­my się na lot­ni­sku. – Chwy­ci­ła ojca za rękę, zno­wu rzu­ci­ła mu kon­spi­ra­cyj­ne spoj­rze­nie i za­częła ci­ągnąć go do wy­jścia, nie da­jąc mi do­jść do sło­wa.

***

– O mat­ko! – pi­snęła Ha­iley, kie­dy wje­cha­li­śmy na pły­tę i zbli­ża­li­śmy się do jed­ne­go z na­szych pry­wat­nych od­rzu­tow­ców. Kla­ska­ła w dło­nie tak gło­śno, że na­wet kie­row­ca się skrzy­wił.

Przez szy­bę sa­mo­cho­du wi­dzia­łem ro­dzi­ców wy­cho­dzących z Rolls Roy­ce’a. Za­raz za nimi szły moje sio­stry, w ob­sta­wie sze­ściu ochro­nia­rzy. Dwóch z przo­du, dwóch z tyłu, pi­ąty po ich le­wej stro­nie, a szó­sty po pra­wej. Bez­pie­cze­ństwo po­nad wszyst­ko. Nie­da­le­ko za­trzy­mał się Mer­ce­des wuja, wio­zący go i całą jego ro­dzin­kę. Ciot­ka Car­la oraz ku­zy­ni Ser­gio i San­chez. Na sa­mym ko­ńcu do­łączył wy­stro­jo­ny w gar­niak Rafa, trzy­ma­jący w ręku wa­liz­kę.

– Twój wu­jek też jest go­rący. – Bar­bie zro­bi­ła taką minę, aż mu­sia­łem za­mru­gać. – Wszy­scy je­ste­ście tacy pi­ęk­ni. Też chcę ten elik­sir wiecz­nej mło­do­ści.

Ja pier­do­lę.

Słu­chaj mat­ki, mó­wi­li. Będziesz mądry, mó­wi­li. Ale jak zwy­kle nie po­słu­cha­łem. Na do­miar złe­go mu­sia­łem je­chać z blon­di do skle­pu po ubra­nia, za któ­re oczy­wi­ście też za­pła­ci­łem swo­ją zło­tą kar­tą.

Wku­rzo­ny wy­sze­dłem z sa­mo­cho­du, prze­cze­su­jąc pal­ca­mi grzyw­kę, któ­rą roz­wiał po­dmuch wia­tru. Ru­szy­łem w stro­nę Rafy, nie zwa­ża­jąc na Ha­iley, któ­ra le­d­wo za mną nadąża­ła w tych cho­ler­nie wy­so­kich i dro­gich szpil­kach, któ­re ka­za­ła so­bie ku­pić.

Mo­gła­by przy­naj­mniej na­uczyć się w nich cho­dzić.

– Dzi­ęki za przy­po­mnie­nie – wark­nąłem do Al­fa­ro, kie­dy się z nim zrów­na­łem.

Wy­glądał na wy­po­częte­go i za­do­wo­lo­ne­go. Naj­wy­ra­źniej bru­net­ka oka­za­ła się lep­sza od swo­jej przy­ja­ció­łki.

– Je­stem two­im przy­ja­cie­lem, a nie pie­przo­nym ka­len­da­rzem. – Uśmiech­nął się sze­ro­ko i zer­k­nął na moją głu­piut­ką to­wa­rzysz­kę.

Taaa…

Nie­mo za­da­wał mi py­ta­nie: „Co ona tu, do kur­wy, robi? Na­praw­dę ona?”.

Za ka­żdym ra­zem, kie­dy mie­li­śmy le­cieć na spo­tka­nie z ro­dzi­ną Ame­ri­go, za­bie­ra­łem ja­kąś dziew­czy­nę. Naj­częściej to­wa­rzy­szy­ła mi spraw­dzo­na blon­dy­na albo ru­dzie­lec, ale dzi­siaj nie mia­łem zbyt wiel­kie­go wy­bo­ru. A mo­głem po­dzi­ęko­wać za to tyl­ko so­bie…

Po szyb­kim przy­wi­ta­niu się ze wszyst­ki­mi zna­le­źli­śmy się w sa­mo­lo­cie. Mat­ka ci­ągle kręci­ła gło­wą z dez­apro­ba­tą, za to oj­ciec, Mar­kos i Rafa pęka­li ze śmie­chu. Dziew­czyn­ki na szczęście były zmęczo­ne wcze­śniej­szą pod­ró­żą, więc za­snęły, gdy tyl­ko we­szły na po­kład.

Blon­di ci­ągle pa­pla­ła. Non stop za­da­wa­ła wszyst­kim py­ta­nia, czym za­częła już na­praw­dę ostro iry­to­wać ta­kże mnie.

Pi­lot wy­mie­nił wszyst­kie wspó­łrzęd­ne, za­ło­ga z prze­sad­nym uśmie­chem wcho­dzi­ła nam w dupę, wręcza­jąc ka­żde­mu za­mó­wio­ne wcze­śniej drin­ki, po czym po kil­ku mi­nu­tach sa­mo­lot wy­star­to­wał i by­li­śmy już wy­so­ko w chmu­rach. Cze­ka­ło nas pra­wie trzy­na­ście go­dzin lotu z tą pie­przo­ną ga­du­łą. Albo by­łem wczo­raj tak pi­ja­ny, albo nie za­uwa­ży­łem, że tyle pa­pla­ła.

– Za­raz wra­cam – rzu­ci­łem do blon­di, kie­dy mo­gli­śmy od­pi­ąć pasy bez­pie­cze­ństwa.

– Oczy­wi­ście, ko­cha­nie.

– Już ci mó­wi­łem, że masz się tak do mnie nie zwra­cać. Nie je­stem żad­nym two­im ko­cha­niem, zro­zu­mia­łaś? – wark­nąłem wku­rzo­ny.

Po mo­jej mi­nie do­brze wy­wnio­sko­wa­ła, że nie żar­tu­ję.

– Do­brze. Prze­pra­szam, koo… – Nie do­ko­ńczy­ła.

Kur­wa!

Po­sła­łem jej gro­źne spoj­rze­nie.

– Nie będę. Prze­pra­szam jesz­cze raz. – Zro­bi­ła skru­szo­ną minę.

Le­piej, żeby się opa­mi­ęta­ła, bo wy­ko­pię ją z tego sa­mo­lo­tu.

Za­uwa­ży­łem, że mat­ka szep­ta­ła coś na ucho ste­war­de­sie. Gdy ta ode­szła, na twa­rzy ro­dzi­ciel­ki zo­ba­czy­łem prze­bie­gły uśmiech. Coś kom­bi­no­wa­ła. Wie­dzia­łem to.

– Nie żyje? – za­py­ta­łem, kie­dy wy­sze­dłem z ki­bla i za­uwa­ży­łem swo­ją to­wa­rzysz­kę, któ­ra le­ża­ła roz­wa­lo­na na fo­te­lu, z za­mkni­ęty­mi ocza­mi i moc­no roz­chy­lo­ny­mi usta­mi. Wy­gląda­ła, jak­by prze­je­chał ją sa­mo­chód. Prak­tycz­nie zaj­mo­wa­ła dwa sie­dze­nia, w tym jesz­cze na moim trzy­ma­ła nogi. Sztucz­na pie­rś wy­cho­dzi­ła jej spod su­kien­ki.

Tra­ge­dia na kó­łkach.

– Nie­ste­ty żyje, ale mam na­dzie­ję, że obu­dzi się do­pie­ro, gdy wy­lądu­je­my we Wło­szech. – Mat­ka wy­szcze­rzy­ła zęby. Była cho­ler­nie z sie­bie za­do­wo­lo­na.

– Co jej po­da­łaś, ma­mu­niu? – Za­re­cho­ta­łem.

– To nie­istot­ne, sy­necz­ku. Wa­żne, że cho­ler­stwo do­brze dzia­ła. Po tym będzie ją bo­leć gło­wa. I to moc­no. – Uśmiech­nęła się zu­chwa­le, po czym pu­ści­ła mi oczko.

W su­mie to po­wi­nie­nem jej po­dzi­ęko­wać za ra­tu­nek. Ura­to­wa­ła mnie przed mi­gre­ną. Za­wsze o mnie dba­ła. I jak tu nie ko­chać tej ko­bie­ty?

– Na­wet ład­na. Cie­ka­we czy jej ma­mu­sia też tak wy­gląda – rzu­cił z roz­ba­wie­niem oj­ciec, wpa­tru­jąc się w blon­dy­nę.

Kie­dy od­wró­cił gło­wę w stro­nę żony, ta już przy­kła­da­ła mu lufę do czo­ła.

Na wi­dok jej z bro­nią uśmiech­nął się jesz­cze sze­rzej.

Mat­ka wa­riat­ka.

Prędzej za­bi­ła­by sie­bie, niż skrzyw­dzi­ła­by jego.

– Po­wtórz to, co po­wie­dzia­łeś, mój uko­cha­ny mężu – roz­ka­za­ła, zni­ża­jąc nie­bez­piecz­nie głos.

– Tak samo jak ty nie lu­bię się po­wta­rzać. – Po­słał jej nie­wi­dzial­ne­go bu­zia­ka. – Chy­ba nie je­steś za­zdro­sna, ko­cha­nie? – Wy­szcze­rzył do niej zło­śli­wie zęby.

– Za­wsze je­stem, ko­cha­nie – od­po­wie­dzia­ła i wła­do­wa­ła się na ko­la­na męża, ci­ągle mie­rząc w jego gło­wę. – Bo je­steś tyl­ko mój… – wy­chry­pia­ła, a po­tem po­ca­ło­wa­ła go w kącik ust.

Na mo­ment za­sło­ni­łem oczy. To wy­da­wa­ło mi się cho­ler­nie nie na miej­scu.

– Je­stem. – Przy­tak­nął gło­wą i po­gła­dził ją dło­nią po po­licz­ku. Zbli­żył usta do jej ucha i po­wie­dział coś tak, by tyl­ko ona go usły­sza­ła.

Mat­ka ob­li­za­ła pro­wo­ka­cyj­nie dol­ną war­gę, a po­tem tak moc­no się uśmiech­nęła, że oj­ciec wy­rzu­cił oczy ku nie­bu.

Ja pier­do­lę. Wła­śnie wy­obra­zi­łem so­bie to, co jej po­wie­dział. Szko­da, że nie mo­głem tej wi­zji od­zo­ba­czyć.

– Ko­cham cię naj­bar­dziej na świe­cie, ko­cha­nie, ale i tak tego po­ża­łu­jesz. Gwa­ran­tu­ję ci to – obie­ca­ła mu gło­śno i scho­wa­ła pi­sto­let do ka­bu­ry, któ­rą mia­ła za­pi­ętą na udzie. Ni­g­dy nie roz­sta­wa­ła się z bro­nią. Zresz­tą nikt z nas tego nie ro­bił.

Oj­ciec zno­wu po­kręcił gło­wą z głu­pim uśmie­chem, ale wie­dział, że nie żar­to­wa­ła. Już snu­ła ide­al­ną ze­mstę i by­łem pe­wien, że to oka­za­ło­by się coś gru­be­go.

– Je­steś naj­pi­ęk­niej­szą, naj­sek­sow­niej­szą, naj­mądrzej­szą ko­bie­tą na tej zie­mi, żono moja i wy­łącz­nie moja. Pa­trzę tyl­ko na cie­bie. Od za­wsze i na za­wsze. Po grób. – I na­praw­dę tak sądził. Pa­trzył na nią z taką mi­ło­ścią, że cho­ler­nie w tym mo­men­cie im tego za­zdro­ści­łem.

Moja mat­ka była pi­ęk­na, i to nie tyl­ko z wy­glądu. Dla nas mia­ła ogrom­nie pi­ęk­ne i wiel­kie ser­ce.

– Mo­gli­by­ście da­ro­wać nam ten po­kaz uczuć? Ka­żdy wie, że się ko­cha­cie i je­ste­ście wiecz­nie na sie­bie na­pa­le­ni! – krzyk­nął wu­jek Mar­kos, któ­ry wła­śnie wy­cho­dził z ka­bi­ny pi­lo­tów.

Ca­łko­wi­cie go zi­gno­ro­wa­li.

Jęk­nąłem prze­ci­ągle i ude­rzy­łem otwar­tą dło­nią w czo­ło.

– Masz cho­ler­ne szczęście, mój i tyl­ko mój przy­stoj­ny mężu. Gdy­by kie­dyś przy­szło ci coś głu­pie­go do gło­wy, mo­gła­bym nie­chcący po­zba­wić ko­goś ży­cia. – Po­ca­ło­wa­ła go de­li­kat­nie w usta i ze­szła z jego ko­lan. Po tym oj­ciec po­pra­wił spodnie w kro­ku.

Kur­wa! Te­raz to już na­praw­dę chcia­łem wy­ma­zać to z pa­mi­ęci.

– Przez was się na­pa­li­łam – rzu­ci­ła ciot­ka Car­la, na co wszy­scy wy­buch­nęli gło­śnym śmie­chem.

– Sło­ńce moje, tyl­ko jed­no sło­wo, a będę go­to­wy – od­po­wie­dział jej wuj, szcze­rząc kły.

Je­zus, pie­przo­ne, Ma­ria.

Ża­ło­wa­łem, że rów­nież nie do­sta­łem tych prosz­ków na­sen­nych. Na­dal mia­łem kaca i cho­ciaż na chwi­lę chcia­łem za­mknąć oczy, a tu się od­pier­da­la­ło ja­kieś ro­dzin­ne por­no.

– Bi. Chcia­łbym, że­byś się z tym za­zna­jo­mił, bo nie wszyst­kich mia­łeś oka­zję po­znać – ode­zwał się do mnie oj­ciec, tym ra­zem już z po­wa­żną miną, po czym roz­ka­zał na­sze­mu ochro­nia­rzo­wi, by po­dał mi ta­blet. Ma­rio wręczył mi go w mgnie­niu oka.

Plik do­ku­men­tów plus ja­kieś dwa­na­ście stron na­zwisk i ad­re­sów. Też mi coś.

Po ja­ki­chś dwóch mi­nu­tach odło­ży­łem urządze­nie na sto­lik.

– Mia­łeś się z tym za­po­znać, Bi, a nie tyl­ko prze­czy­tać – rzu­ci­ła mat­ka, marsz­cząc nos.

To pra­wie jak znie­wa­ga, chy­ba za­po­mnia­ła, jak in­te­li­gent­ne­go ma syna. Cie­szy­łem się na­praw­dę do­brą pa­mi­ęcią fo­to­gra­ficz­ną. To była jed­na z wie­lu mo­ich fan­ta­stycz­nych za­let.

Uśmiech­nąłem się zu­chwa­le i po chwi­li za­cząłem wy­plu­wać sło­wa. Wy­re­cy­to­wa­łem no­tat­ki na te­mat ka­żdej oso­by, któ­ra mia­ła zna­le­źć się na ze­bra­niu sze­fów. Czy­li mniej wi­ęcej dwu­na­stu osób.

– A, i jesz­cze ten Po­la­czek, Jan Ty­bur­ski. Głów­na sie­dzi­ba War­sza­wa, Bie­la­ny. Kod pocz­to­wy 01 – 934 Opa­lin 5 – do­da­łem szyb­ko. – Coś jesz­cze, mamo? – Po­ka­za­łem jej język.

– Tak, to zde­cy­do­wa­nie mój nie­by­wa­le mądry sy­ne­czek. – Uśmiech­nęła się do mnie sze­ro­ko. – Moja duma.

– Ach, tak. Te­raz jest już twój, ko­cha­nie? Mój jest tyl­ko wte­dy, kie­dy nie słu­cha cie­bie? – ode­zwał się oj­ciec, uno­sząc z roz­ba­wie­niem brew, na­stęp­nie po­ło­żył rękę na jej od­kry­tym udzie.

– Och, za­mknij się. – Dała mu szyb­kie­go ca­łu­sa w usta. – Jest nasz i kie­dyś zo­sta­nie ide­al­nym kró­lem – mó­wi­ła do nie­go, jak­by mnie tu wca­le nie było.

– Oczy­wi­ście, bo to mój syn. – Oj­ciec po­pa­trzył na mnie z dumą.

Zre­zy­gno­wa­ny po­kręci­łem gło­wą.

– Sko­ro już do­szli­ście w ko­ńcu do tego, czy­im je­stem dziec­kiem, mogę na chwi­lę za­mknąć po­wie­ki i li­czyć na to, że nikt mi już nie będzie prze­szka­dzał? – iro­ni­zo­wa­łem.

– Tak, zde­cy­do­wa­nie jest twój, mój mężu.

Prze­wró­ci­łem ocza­mi.

– Do­bra­noc.

Mia­łem tyl­ko na­dzie­ję, że prosz­ki ma­mu­śki na­praw­dę są moc­ne…

Nilay

Vic­tor: Za­wsze je­stem na Cie­bie go­to­wy, pi­ęk­na.

Uśmiech­nęłamsięnatę wia­do­mo­ść.

I o to mi wła­śnie cho­dzi­ło. Przy­naj­mniej mo­głam li­czyć na jego ca­łkiem nie­złą tech­ni­kę do­pro­wa­dza­nia mnie do or­ga­zmu.

– Ni­lay? Halo? Mó­wię do cie­bie. Od­kąd przy­le­cia­łaś, ci­ągle sie­dzisz w te­le­fo­nie. Zno­wu in­te­re­sy? Mo­gła­byś cho­ciaż na chwi­lę uda­wać, że in­te­re­su­je cię to, co do cie­bie mó­wię?

Unio­słam wzrok i po­pa­trzy­łam na moją star­szą sio­strę, któ­ra od go­dzi­ny ci­ągle ględzi­ła o swo­im ślu­bie. Już po­ma­łu za­czy­na­ło wy­cho­dzić mi to bo­kiem. Cała na­sza ro­dzi­na żyła tym od pie­przo­nych trzech mie­si­ęcy. Wczo­raj pro­sto z No­we­go Jor­ku przy­le­cia­łam do Włoch, gdzie oni prze­by­wa­li już od ja­kie­goś ty­go­dnia.

Też mi coś.

Prędzej pie­kło za­mar­z­nie, niż wyj­dę za mąż. Do ko­ńca ży­cia będę no­si­ła na­zwi­sko Ame­ri­go. A ze sty­lem ży­cia, jaki pro­wa­dzę, może nie po­trwa to aż tak dłu­go. Mam wie­lu wro­gów i bar­dzo dużo chęt­nych kan­dy­da­tów na moje miej­sce.

Dla­te­go za­mie­rzam ko­rzy­stać z ży­cia.

– No prze­cież ci­ągle cię słu­cham. Jesz jak świ­nia. Masz na­wet cze­ko­la­dę na czo­le. Jak tak da­lej pój­dzie, nie za­pniesz się w suk­nię – rzu­ci­łam roz­ba­wio­na.

Chcia­łam ją wku­rzyć. Tak na­praw­dę mia­ła cia­ło mo­del­ki Vic­to­ria’s Se­cret. Od za­wsze dba­ła o fi­gu­rę, ale te­raz naj­wy­ra­źniej za­ja­da­ła stres. Ja ni­g­dy nie przy­wi­ązy­wa­łam do tego wi­ęk­szej wagi. Po pro­stu ko­cha­łam jeść, i to w du­żych ilo­ściach. Na szczęście ktoś wci­ąż nade mną czu­wał, bo na­dal no­si­łam naj­mniej­sze mo­żli­we roz­mia­ry. Je­dy­nie sta­ni­ki mie­rzy­łam na gło­wę.

– No wła­śnie! – spa­ni­ko­wa­ła jesz­cze bar­dziej. Jej prze­ra­żo­na mina była bez­cen­na. Po­ta­rła czo­ło, roz­ma­zu­jąc cze­ko­la­dę ta­kże na brwiach i no­sie.

– Żar­to­wa­łam, wa­riat­ko! Od kie­dy tak pa­ni­ku­jesz? Nikt jesz­cze nie umie­ra. Prze­stań hi­ste­ry­zo­wać. Wy­glądasz pi­ęk­nie. Będziesz naj­pi­ęk­niej­szą pan­ną mło­dą.

– Tak my­ślisz? – Na­dal nie wy­gląda­ła, jak­by mi wie­rzy­ła.

– Tak, tak wła­śnie my­ślę. Je­steś moją sio­strą, mu­sisz być pi­ęk­na. Nie masz in­ne­go wy­jścia. – Pu­ści­łam jej oczko. Mó­wi­łam szcze­rze.

Lek­ko się uśmiech­nęła.

– Przy­naj­mniej mi po­wiedz, z kim tak in­ten­syw­nie pi­szesz? – Chwy­ci­ła za dół bluz­ki i wy­ta­rła nią całą twarz.

To aku­rat było mało sub­tel­ne.

Wy­stu­ka­łam w te­le­fo­nie krót­ką od­po­wie­dź.

Ja: Nie mogę się do­cze­kać.

– Z Vic­to­rem – od­po­wie­dzia­łam, blo­ku­jąc ekran iPho­ne’a.

– Z tym Vic­to­rem, Vic­to­rem? – Po­pa­trzy­ła na mnie zszo­ko­wa­na. – A Ja­red? Za­czy­nam się gu­bić.

– Tak, z tym. Co cię tak dzi­wi? Sama wy­my­śli­łaś ślub we Wło­szech, więc ko­rzy­stam z oka­zji. Ja­red to po pro­stu Ja­red. Ame­ry­ka­nie już mi się znu­dzi­li. Mu­szę być ela­stycz­na. – Po­ru­szy­łam su­ge­styw­nie brwia­mi, na co zmarsz­czy­ła nos.

– Na­dal spo­ty­ka­cie się na przy­ja­ciel­skie bzy­kan­ko? Mi­nęły trzy lata. Nie wie­rzę, że wci­ąż z ni­kim się nie spo­ty­ka na po­wa­żnie. – Kręci­ła gło­wą na boki. Ten przy­tyk rów­nież był kie­ro­wa­ny we mnie.

Wo­la­łam mieć spraw­dzo­ne­go go­ścia w łó­żku niż brać nie­prze­te­sto­wa­ny to­war. To tak, jak ku­po­wać pro­chy bez ja­kiej­kol­wiek ana­li­zy i osza­co­wa­nych przy­jem­no­ści. Mają da­wać od­jazd, a Vic­tor mi go da­wał. Już go te­sto­wa­łam, i to wie­lo­krot­nie. Za ka­żdym ra­zem dzia­łał tak samo – do­brze i bez za­rzu­tu. No i za­wsze był pod te­le­fo­nem.

– Kom­plet­nie w du­pie mam to, czy się z kimś spo­ty­ka. Prze­cież nie chcę brać udzia­łu w trój­kącie. Chcę się po pro­stu pie­przyć. A do przy­ja­źni to nam tak da­le­ko, jak stąd do pie­przo­ne­go Mek­sy­ku. My­lisz przy­ja­źń z do­brym je­ban­kiem. A prze­pra­szam, ko­cha­na sio­strzycz­ko, ty mia­łaś tyl­ko jed­ne­go fiu­ta w so­bie, więc co ty mo­żesz na ten te­mat wie­dzieć. – Po­ka­za­łam jej język.

Szklan­ka, któ­rą chwy­ci­ła ze sto­łu, pra­wie wy­śli­zgnęła się jej z rąk. Es­ter wy­gląda­ła na prze­ra­żo­ną.

– Je­steś nie­nor­mal­na! My­ślisz cip­ką. – Na­wet sło­wo cip­ka le­d­wie prze­cho­dzi­ło jej przez gar­dło. – Czas się ogar­nąć.

– A co jest złe­go w do­brym je­ban­ku? – Unio­słam brew. – Wiesz, że to sło­wo jest za­pi­sa­ne w słow­ni­ku, któ­ry ci­ągle tak in­ten­syw­nie mo­le­stu­jesz.

– Chry­ste, Ni­lay! – jęcza­ła.

Uwiel­bia­łam ją za­wsty­dzać. Była słod­ka jak miód.

– Je­ban­ko, je­ban­ko. Na­praw­dę do­bre je­ban­ko! Je­ban­ko, sio­strzycz­ko. – po­wta­rza­łam i za­no­si­łam się śmie­chem na wi­dok jej czer­wo­nej twa­rzy.

– Ni­lay!

– Och, sio­strzycz­ko, je­steś taka pru­de­ryj­na. – Chwy­ci­łam za po­dusz­kę i rzu­ci­łam nią pro­sto w tę jej ślicz­ną bu­źkę.

Była star­sza ode mnie o je­de­na­ście mie­si­ęcy, ale kom­plet­nie się od sie­bie ró­żni­ły­śmy, i to nie tyl­ko wy­glądem. Ja dzia­ła­łam jak hu­ra­gan, za­wsze wbrew wszyst­kie­mu i wszyst­kim. Im­pul­syw­na, sza­lo­na, gniew­na. Ona za to sta­no­wi­ła oazę spo­ko­ju. Miła, tro­skli­wa, po­ukła­da­na i słod­ka. Cza­sa­mi tym swo­im ide­al­nym za­cho­wa­niem do­pro­wa­dza­ła mnie do fu­rii. Ró­żni­ły­śmy się jak anioł i dia­beł. Ona blon­dyn­ka, jej wło­sy wy­da­wa­ły się prak­tycz­nie bia­łe, jak u na­szej mat­ki, a ja czar­na jak cho­ler­ny węgiel. Przy­po­mi­na­ła na­szą ro­dzi­ciel­kę – ten sam aniel­ski cha­rak­ter. A ja na­sze­go ojca – sza­ta­na.

Mój ko­cha­ny Ta­tuś…

Je­dy­nie obie mia­ły­śmy te same oczy w ko­lo­rze ja­sne­go błęki­tu. Ten gen aku­rat odzie­dzi­czy­ły­śmy po na­szej już nie­ży­jącej bab­ci.

– Ty za­wsze na ła­twi­znę. Może czas w ko­ńcu pod­nie­ść po­przecz­kę, a nie tyl­ko pa­trzeć w ka­te­go­riach „ma pe­ni­sa i ewen­tu­al­nie od­dy­cha” – rzu­ci­ła z re­zy­gna­cją.

Pe­ni­sa…

Za­re­cho­ta­łam, kręcąc gło­wą.

– Nie­praw­da, nie tyl­ko musi mieć fiu­ta­aa – prze­ci­ąga­łam spe­cjal­nie ostat­nie sło­wo. – Mały, ale wa­riat nie wcho­dzi w ra­chu­bę. Musi być duży. – Od­mie­rzy­łam ręka­mi ja­kiś metr i wy­szcze­rzy­łam się jak Jo­ker. – Więc wy­cho­dzi na to, że tak na­praw­dę je­stem wy­bred­na.

Jęk­nęła prze­ci­ągle i za­kry­ła twarz dło­ńmi.

– No do­bra, może kie­dyś się taki znaj­dzie, któ­ry spe­łni moje wszyst­kie stan­dar­dy i ocze­ki­wa­nia. Wte­dy będę chcia­ła za­trzy­mać go na dłu­żej.

– Wi­dzisz. – Wy­ce­lo­wa­ła we mnie pal­cem. – Czy­li wca­le tak nie my­ślisz. Więc jest dla cie­bie cho­ler­na na­dzie­ja! – Kla­snęła moc­no w dło­nie i po­pa­trzy­ła na mnie wy­mow­nie. Nie po­do­ba­ło mi się to. Wie­dzia­łam, co su­ge­ro­wa­ła. – Nie mu­sia­ła­byś uda­wać ko­goś, kim nie je­steś.

Niech le­piej nie za­czy­na tego te­ma­tu.

– Es­ter. – Zła­pa­łam się za twarz i zro­bi­łam zszo­ko­wa­ną minę. – Masz ra­cję – po­wie­dzia­łam, jak­bym do­sta­ła ob­ja­wie­nia.

– Wie­dzia­łam. – Pod­sko­czy­ła na łó­żku.

– Jest dla cie­bie pie­przo­na na­dzie­ja. Kur­wa, na­praw­dę prze­klęłaś.

Ude­rzy­ła się otwar­tą ręką w czo­ło.

– Od­wo­łu­ję to – wy­plu­ła szyb­ko, po czym mru­cza­ła coś pod no­sem o świ­ęco­nej wo­dzie.

Nie ma dla mnie ra­tun­ku!

– A wra­ca­jąc do Mek­sy­ku – po­wie­dzia­ła z prze­bie­głym uśmiesz­kiem. – Wiesz, kto ju­tro rano przy­la­tu­je do na­sze­go zam­ku, Ksi­ężnicz­ko? – Na te sło­wa jej oczy za­pa­li­ły się jak cho­ler­na la­tar­nia mor­ska. – Twój Mek­sy­ka­ński Ksi­ążę!

Mu­sia­ła, cho­le­ra, mu­sia­ła.

Wie­dzia­łam, aż za do­brze.

I jaki mój?!

Tym ra­zem ja za­kry­łam twarz.

Już mi wy­star­cza­ło, że spędza­li­śmy wspól­nie co dru­gie świ­ęta, ka­żde uro­dzi­ny, ró­żne­go ro­dza­ju ban­kie­ty i wa­ka­cje od po­nad czter­na­stu lat. Na do­da­tek mam obo­wi­ązek co chwi­lę się z nim kon­tak­to­wać i oma­wiać ró­żne spra­wy zwi­ąza­ne z biz­ne­sem. To zna­czy, ja to ro­bię, on nie­zu­pe­łnie.

– Wiem i co z tego?

– Vic­to­ro­we roz­pra­sza­cze – mruk­nęła pod no­sem z tym ra­do­snym uśmiesz­kiem, któ­ry chcia­łam ze­trzeć jej z twa­rzy.

Prze­wró­ci­łam ocza­mi.

– Co z tego? – za­py­ta­ła i unio­sła wy­nio­śle brew. – To z tego, że przy­je­żdża do nas nie­by­wa­le przy­stoj­ny i wład­czy mężczy­zna, za któ­rym ty, sio­strzycz­ko, sza­le­jesz.

– Od­bi­ło ci? Pff – prych­nęłam. – Co do­da­łaś do tych cia­stek, sio­stro? – za­py­ta­łam, kom­plet­nie igno­ru­jąc jej sło­wa.

Była ostat­nią oso­bą, któ­ra si­ęgnęła­by po nar­ko­ty­ki. Ko­cha­ła na­szą ro­dzi­nę, ale nie do ko­ńca po­pie­ra­ła to, czym się zaj­mo­wa­li­śmy. W prze­ci­wie­ństwie do mnie ni­g­dy nie chcia­ła w tym uczest­ni­czyć i mój oj­ciec sza­no­wał jej de­cy­zję. Ona, tak samo, jak mat­ka, nie an­ga­żo­wa­ła się w na­sze nie­le­gal­ne in­te­re­sy, ale wi­dzia­ła na­praw­dę wie­le brzyd­kich rze­czy, z któ­ry­mi na­uczy­ła się już żyć.

Za­wsze chcia­ła zo­stać le­ka­rzem i spe­łni­ła swo­je ma­rze­nia. Pra­gnęła po­ma­gać i ra­to­wać ludz­kie ży­cia, kie­dy ja je od­bie­ra­łam. Jej przy­szły mąż pra­co­wał dla nas. Po­zna­ła go, a mo­żna po­wie­dzieć, że ura­to­wa­ła mu ży­cie, kie­dy zo­stał po­strze­lo­ny. Pi­ęk­na hi­sto­ria anio­ła i nie­bez­piecz­ne­go mężczy­zny, któ­ry z zim­ne­go dra­nia prze­mie­nił się dla niej w pan­to­fla­rza. Sama sło­dycz. Rzy­gam tęczą. Nie prze­pa­da­łam za nim i mu nie ufa­łam, ale to w ko­ńcu nie ja za nie­go wy­cho­dzi­łam. Jak ni­ko­mu na świe­cie, ży­czy­łam sio­strze szczęścia. Je­śli Cri­stia­no kie­dy­kol­wiek ją zra­ni, prze­ro­bię go na pie­przo­ne mie­lo­ne, a jego fiu­tem na­kar­mię sępy.

Ja, tak jak oj­ciec, uko­ńczy­łam aka­de­mię po­li­cyj­ną. Przez ostat­nie trzy lata wi­ęk­szo­ść swo­je­go cza­su spędzi­łam we Fran­cji, pra­cu­jąc dla In­ter­po­lu, a wła­ści­wie mo­żna po­wie­dzieć, że to In­ter­pol pra­co­wał dla mnie. By­łam tak usta­wio­na, że na­wet w ży­ciu po­śmiert­nym nie mu­sia­ła­bym nic ro­bić. Te­raz pra­gnęłam zo­stać sze­fo­wą wszyst­kich sze­fów. Z dumą mia­łam prze­jąć wła­dzę po ojcu i praw­do­po­dob­nie na za­wsze ska­zać się na Ksi­ęciu­nia, To­bia­sa Re­je­sa, któ­re­mu ten za­szczyt, nie­ste­ty, też się na­le­żał. Obec­nie rządzi­łam całą Po­łu­dnio­wą Ame­ry­ką, a Ksi­ęciu­nio Ame­ry­ką Pó­łnoc­ną. Tak zde­cy­do­wa­li nasi ro­dzi­cie­le. Oj­ciec po­wie­rzył całe Wło­chy mo­je­mu ku­zy­no­wi Fran­ce­sco, a jego pra­wą ręką zo­stał przy­szły ma­łżo­nek mo­jej sio­stry.

Gdy przej­mę ca­łko­wi­tą wła­dzę, będę rządzić nimi wszyst­ki­mi, co do jed­ne­go. Nikt już nie będzie stał po­nad mną.

Pod­nie­ca­jąca myśl.

– Je­śli tak do­brze dzia­ła­ją, też chcę. – Si­ęgnęłam po jed­no ciast­ko, a pó­źniej we­pchnęłam je szyb­ko do ust.

Uśmiech sio­stry jesz­cze bar­dziej się po­sze­rzył.

– Po­nad metr dzie­wi­ęćdzie­si­ąt wzro­stu, same mi­ęśnie, cu­dow­ne, szma­rag­do­we oczy. I te rzęsy. A uśmiech? Och. – Wzdy­cha­ła prze­sad­nie i pa­trzy­ła z roz­ma­rze­niem w punkt na ścia­nie. Wy­gląda­ła na pod­nie­co­ną i jak­by prze­nio­sła się do ja­kie­goś in­ne­go miej­sca.

I wku­rza­ło mnie to, że wie­dzia­łam, do ja­kie­go, bo do­kład­nie o tym sa­mym po­my­śla­łam. Ale to tyl­ko sko­ru­pa, nic wi­ęcej. Ład­ny wy­gląd.

Jaki ład­ny? Co ja pie­przę? Mega cia­cho! To­tal­nie w moim ty­pie.

Gęste, czar­ne wło­sy, spoj­rze­nie, któ­rym mó­głby za­pład­niać ko­bie­ty, cia­ło Ado­ni­sa, sze­ro­kie ple­cy, wąska ta­lia, jędr­ny ty­łek i uda, któ­ry­mi pew­nie łu­pał orze­chy na pod­wie­czo­rek. Umi­ęśnio­ny, ale nie prze­sad­nie. Z opo­wia­dań wszyst­kich jego dup wy­ni­ka­ło, że miał spo­ro w roz­por­ku. I miał rządzić ra­zem ze mną ca­lut­kim nar­ko­ty­ko­wym im­pe­rium. Jego ro­dzi­ce od lat go do tego przy­go­to­wy­wa­li, tak samo jak moi mnie.

A poza tym to go nie zno­si­łam.

– Nie tęsk­nisz? Ostat­ni raz wi­dzia­łaś go po­nad trzy mie­si­ące temu.

Całe szczęście. Wte­dy był z nim ten pie­przo­ny ru­dzie­lec.

– Es­ter? Sko­ńczy­łaś? – za­py­ta­łam, żeby prze­rwać te jej cho­re fan­ta­zje. Za­częła mnie na­praw­dę wku­rzać.

Na­dal była jak w tran­sie. Ga­da­ła jak ka­ta­ryn­ka, wy­mie­nia­jąc wszyst­kie jego za­le­ty.

– Zna sztu­ki wal­ki, jest nie­by­wa­le in­te­li­gent­ny, ma bar­dzo wy­so­kie IQ, sko­ńczył z wy­ró­żnie­niem Ha­rvard, mówi bie­gle w sze­ściu języ­kach, ma­lu­je, jak Le­onar­do da Vin­ci, Mo­net i Pi­cas­so w jed­nym. Do­dat­ko­wo nasi ro­dzi­ce go uwiel­bia­ją. Ge­ne­ral­nie on nie ma żad­nych wad, oprócz tego, że za chwi­lę przej­mie nar­ko­ty­ko­we im­pe­rium i sy­pia z wszyst­kim, co po­pad­nie, ale to tak samo jak ty. – Po­trząsnęła gło­wą i od­no­si­łam wra­że­nie, że do­pie­ro wte­dy wró­ci­ła na zie­mię.

Moi ro­dzi­ce po pro­stu uwiel­bia­li Re­je­sów, i to z wza­jem­no­ścią. Ży­li­śmy jak jed­na, wiel­ka, ko­cha­jąca się wło­sko-mek­sy­ka­ńska nar­ko­ro­dzin­ka. Mój oj­ciec i Sa­ba­tia byli bar­dzo do sie­bie po­dob­ni i obo­je prze­ży­li pie­kło. Ich cha­rak­ter i dzia­ła­nia, ja­kie po­dej­mo­wa­li, ukszta­łto­wa­ło ży­cie, na­to­miast ja sama tego pra­gnęłam.

Mój już nie­ży­jący dzia­dek rządził wło­skim im­pe­rium, któ­re odzie­dzi­czył rów­nież po swo­im ojcu. Ko­lej­nym do tro­nu był star­szy o czte­ry lata brat mo­je­go ojca, ale nie­ste­ty tego nie do­cze­kał. Mój sta­ru­szek od za­wsze chciał zo­stać po­li­cjan­tem, ale wszyst­ko się zmie­ni­ło, kie­dy wróg dziad­ka za­ata­ko­wał i do­szło do eks­plo­zji, a jego dom z ro­dzi­ną w środ­ku sta­nął w pło­mie­niach. Ni­ko­mu nie uda­ło się wy­jść z tego cało. Oj­ciec prze­żył, po­nie­waż wcze­śnie rano wy­je­chał na obóz. Przez dłu­gi czas nie po­tra­fił po­go­dzić się ze stra­tą. Obie­cał, że po­mści ro­dzi­nę, i choć tego nie chciał, prze­jął ste­ry, za­czął wspó­łpra­cę z bra­tem dziad­ka, wu­jem Er­ne­stem.

Po­sta­no­wił zła­pać byka za rogi i wy­je­chał do Sta­nów. Chciał po­sze­rzyć swo­ją wła­dzę na nie­wy­obra­żal­ną ska­lę i do­ko­nał tego. Mo­żna po­wie­dzieć, że za­rządzał in­te­re­sem za po­mo­cą te­le­fo­nu, jed­no­cze­śnie stu­diu­jąc w No­wym Jor­ku. Tam szcze­bel po szcze­blu wspi­ął się na sam szczyt i do­ta­rł na naj­wy­ższy sto­łek głów­ne­go sze­fa FBI. Prze­nió­sł się do Wa­szyng­to­nu, za­przy­ja­źnił się z cho­ler­nym pre­zy­den­tem i tam ta­kże po­znał moją mat­kę, w któ­rej za­ko­chał się na za­bój. Po kil­ku mie­si­ącach zna­jo­mo­ści oka­za­ło się, że Dia­na za­szła w ci­ążę, i tak przy­szła na świat Es­ter. Ro­dzi­ce nie pró­żno­wa­li, bo po nie­spe­łna je­de­na­stu mie­si­ącach po­ja­wi­łam się ja. Sio­stra uro­dzi­ła się Wa­szyng­to­nie, a ja na Sy­cy­lii, jed­nak wi­ęk­szo­ść swo­je­go ży­cia obie spędzi­ły­śmy w Sta­nach Zjed­no­czo­nych.

Na­to­miast samą Za­ha­rę oj­ciec po­znał w No­wym Or­le­anie, na jed­nym z ban­kie­tów, na któ­ry za­pro­sił go jej były mąż, nie­gdyś bur­mistrz wła­śnie tego mia­sta. Pseu­do­bur­mistrz, po­nie­waż oka­zał się cho­rym psy­chicz­nie skur­wy­sy­nem. Czas prze­szły, bo od kil­ku­na­stu lat gry­zł piach.

I tak oj­ciec i Re­je­so­wie rządzi­li całą kulą ziem­ską. Kon­tro­lo­wa­li prak­tycz­nie cały świa­to­wy ry­nek, a ich pro­chy ro­ze­szły się po kon­ty­nen­tach. Wszędzie mie­li ukła­dy i ukła­dzi­ki. Rząd, słu­żby, gwiaz­dor­ski świa­tek – ka­żdy sie­dzi w ich kie­sze­ni. Tych, któ­rych uwa­ża­li za po­ten­cjal­ne za­gro­że­nie, eli­mi­no­wa­li.

Przez całe ży­cie pa­trzy­łam, jak wy­so­ko po­sta­wio­ne per­so­ny ca­łu­ją mo­je­go ojca po sto­pach i wcho­dzą mu w dupę. A za kil­ka lat to wszyst­ko mia­ło na­le­żeć do mnie i Ksi­ęciu­nia. Choć i te­raz nie mo­głam na­rze­kać na brak sza­cun­ku. Nie sza­nu­je mnie je­den osob­nik i tyl­ko dla­te­go, że je­stem ko­bie­tą. Co jest hi­po­kry­zją roku, po­nie­waż jego mat­ka jest kró­lo­wą i prze­ta­rła dla nie­go ście­żki.

– Na pew­no chcesz wy­jść za mąż za Cri­stia­no? – Unio­słam wy­so­ko brwi. – Je­śli tak bar­dzo za­chwy­casz się To­bia­sem, to może prze­my­śl to ma­łże­ństwo, do­pó­ki nie jest za pó­źno, sio­stro.

Wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

– Zo­sta­wi­łam go dla cie­bie… – Skrzy­wi­ła się, a za­raz po tym po­smut­nia­ła.

Za­sło­ni­łam ręką usta. Zro­zu­mia­łam.

Kur­wa!

– Na­praw­dę jesz­cze wszyst­ko mo­że­my od­kręcić, Es­ter. Zresz­tą, za­raz we­zmę pi­sto­let i mogę szyb­ko po­zbyć się prob… – Nie do­ko­ńczy­łam, bo na moje sło­wa wy­buch­nęła gło­śnym śmie­chem. Tak moc­no się śmia­ła, że po jej twa­rzy za­częły pły­nąć łzy.

Zno­wu to zro­bi­ła.

Wrrr!

Chwy­ci­łam za ko­lej­ną po­dusz­kę, zro­bi­łam za­mach i wal­nęłam sio­strę w gło­wę.

– Ty głu­pia cipo! Za ka­żdym ra­zem się na to na­bie­ram.

– I tak wiem, że ci się po­do­ba! – Śmia­ła się hi­ste­rycz­nie.

– Nie cier­pię tego pie­przo­ne­go dup­ka! – krzyk­nęłam odro­bi­nę za gło­śno.

– Ja­sne, ja­sne. Za­wsze tak mó­wisz. – Prze­wró­ci­ła ocza­mi.

– Bo tak jest! My­śli, że może kon­tro­lo­wać wszyst­ko i wszyst­kich!

– Iry­tu­je cię, bo jest taki sam jak ty, ale le­cisz na nie­go!

– Es­ter – fuk­nęłam i ob­rzu­ci­łam ją nie­na­wist­nym spoj­rze­niem.

Nic so­bie z tego nie ro­bi­ła. Wi­ęk­szo­ść osób bała się mnie, ale nie ona. Wie­dzia­ła, że ni­g­dy bym jej nie skrzyw­dzi­ła. Na pew­no nie­fi­zycz­nie. By­ły­śmy sio­stra­mi, ale ta­kże naj­lep­szy­mi przy­ja­ció­łka­mi.

– Kie­dy ze­rwał z Ma­di­son?

Su­per­mo­del­ka, tycz­ko­wa­ta blon­dy­na z wiel­ki­mi cyc­ka­mi, któ­ra przez kil­ka mie­si­ęcy wy­ko­rzy­sty­wa­ła Ksi­ęciu­nia. Le­cia­ła tyl­ko na jego bank­no­ty, a bie­da­czy­na chy­ba na­praw­dę się w niej za­ko­chał. Gdy­bym ży­wi­ła do nie­go ja­kie­kol­wiek uczu­cia, to na­wet by­ło­by mi go żal. ALE NIE BYŁO!

– Trze­cie­go pa­ździer­ni­ka.

– W któ­rym roku?

– Ja­koś pięć lat temu – od­po­wie­dzia­łam au­to­ma­tycz­nie.

Zno­wu wy­buch­nęła śmie­chem i zła­pa­ła się za brzuch.

Nie­na­wi­dzę jej!

– Prze­cież ta in­for­ma­cja była w ka­żdej ga­ze­cie i mó­wi­li o tym wszy­scy!

Przez to mia­łam ocho­tę po­ćwiar­to­wać wszyst­kie te­le­wi­zo­ry w domu, bo wci­ąż mó­wio­no o na­szych ro­dzi­nach. Lu­dzie nas ko­cha­li, na­zy­wa­li fi­lan­tro­pa­mi. By­li­śmy hoj­ni, do­fi­nan­so­wy­wa­li­śmy ró­żne­go ro­dza­ju pla­ców­ki i ra­to­wa­li­śmy zie­mię przed wy­nisz­cze­niem. Ochro­na ży­cia, śro­do­wi­ska i inna gów­nia­na hi­po­kry­zja. Po­nad­to po­sia­da­li­śmy pry­wat­ne szko­ły, ga­le­rie, kli­ni­ki, szpi­ta­le, a na­wet wi­ęzie­nia. O wy­spach na­zwa­nych na­szy­mi imio­na­mi nie wspom­nę.

W wia­do­mo­ściach ci­ągle sły­sza­łam: „Dwu­dzie­stocz­te­ro­let­nia mi­liar­der­ka na­dal wol­na, bla, bla, bla”. Żeby jesz­cze te te­le­wi­zyj­ne hie­ny ro­bi­ły ja­kieś ko­rzyst­ne fot­ki. Za­wsze wy­gląda­łam na nich jak sy­czący wąż.

– Nie, w su­mie fak­tycz­nie, wca­le na nie­go nie le­cisz. Wca­le a wca­le. – Kręci­ła gło­wą i śmia­ła się hi­ste­rycz­nie.

– Prze­gi­nasz! – Wy­ce­lo­wa­łam w nią pal­cem.

– Rafa też przy­je­żdża. – Za­gry­zła war­gę, roz­ma­rzo­na.

– Co to te­raz mia­ło być? – Zmru­ży­łam oczy.

– Nic, po pro­stu mó­wię, że też będzie – po­wie­dzia­ła szyb­ko, ner­wo­wo po­cie­ra­jąc ko­la­no.

Cie­ka­we…

– Prze­cież wiem. – Roz­ło­ży­łam sze­ro­ko ręce.

Za­wsze był. Gdy sko­ńczył dzie­si­ęć lat, jego ro­dzi­ca­mi ad­op­cyj­ny­mi zo­sta­li Re­je­so­wie. Trak­to­wa­li go jak syna, a Ksi­ążę miał go za bra­ta. Tak na­praw­dę cała na­sza czwór­ka wy­cho­wy­wa­ła się ra­zem.

Es­ter z gło­śnym wes­tchnie­niem opa­dła na fo­tel.

– Cri­stia­no mnie ko­cha. Jest wier­ny i do­brze mi z nim. Do two­je­go ser­ca też ktoś kie­dyś się prze­drze. Wie­rzę w to.

Na­dzie­ja mat­ką głu­pich.

– Masz ra­cję. Zde­cy­do­wa­nie się prze­drze, ale nie do ser­ca, tyl­ko do cip­ki. – Chwy­ci­łam za te­le­fon i wsta­łam na rów­ne nogi. – Jadę do Vic­to­ra – rzu­ci­łam z zu­chwa­łym uśmie­chem.

– Mam na­dzie­ję, że nie do­sta­niesz rze­żącz­ki! – krzy­cza­ła za mną. – Nie proś mnie pó­źniej o po­moc!

Uśmiech­nęłam się pod no­sem, za­my­ka­jąc za sobą drzwi.

***

Prze­kręci­łam lek­ko gło­wę, bo pach­nący kawą od­dech owiał moją skó­rę tuż przy uchu.

– Je­steś taka ślicz­na – wy­mru­czał Vic­tor. Ku­li­sty­mi ru­cha­mi ma­so­wał moją nagą pie­rś.

Prze­ta­rłam za­spa­ne oczy i spoj­rza­łam na nie­go.

Zde­cy­do­wa­nie ko­ciak.

Jego wło­sy były wil­got­ne, bo pew­nie wzi­ął prysz­nic, a na so­bie miał tyl­ko bia­łe bok­ser­ki od Ca­lvi­na Kle­ina. No i ten per­wer­syj­ny uśmie­szek.

– Zna­my się tyle lat, a tak mało o to­bie wiem… – wy­chry­piał, wpa­tru­jąc się w moją twarz. Nie po­do­ba­ło mi się to jego ckli­we spoj­rze­nie. – Chcia­łbym do­wie­dzieć się wi­ęcej.

Pie­prze­nie, nic wi­ęcej. Żad­nych szcze­gó­łów. Do ni­cze­go by się to nie przy­słu­ży­ło.

– Gdy­bym ci po­wie­dzia­ła, mu­sia­ła­bym cię po­tem za­bić. – Pu­ści­łam mu oczko.

Ro­ze­śmiał się, bo my­ślał, że żar­to­wa­łam, ale mó­wi­łam po­wa­żnie. Może nie­ko­niecz­nie ja bym go za­bi­ła, ale osta­tecz­nie sko­ńczy­łby mar­twy.

Wie­dział do­kład­nie tyle, ile po­wi­nien. Gdy­by miał świa­do­mo­ść, że na­wet nie po­tra­fi­łam zli­czyć, ilu lu­dzi za­bi­łam w trak­cie swo­je­go krót­kie­go ży­cia, ucie­ka­łby stąd w pod­sko­kach. Da­łam mu się po­znać jako po­rząd­na biz­ne­swo­man, pro­wa­dząca sie­ci le­gal­nych in­we­sty­cji, tak samo, jak moi ro­dzi­ce mi­liar­de­rzy. Li­nie lot­ni­cze, sa­mo­cho­dy, nie­ru­cho­mo­ści i tak da­lej. On sam nie na­le­żał do bied­nych, ale nie mógł kon­ku­ro­wać z moim obrzy­dli­wie ol­brzy­mim ma­jąt­kiem.

– Je­steś słod­ka jak kar­mel.

Pra­wie par­sk­nęłam śmie­chem.

Sło­dycz? Kar­mel? Do­bre so­bie. Je­stem pie­przo­ną pa­prycz­ką chi­li!

Ko­niec tych smętów. To po­szło w złą stro­nę.

– Któ­ra go­dzi­na? – Prze­ci­ągnęłam się, wy­pi­na­jąc do przo­du pier­si.

– Dzie­si­ąta dwa­dzie­ścia.

– Co?! – Ze­rwa­łam się wście­kle na rów­ne nogi.

Mia­łam omó­wić z oj­cem jesz­cze kil­ka szcze­gó­łów przed przy­jaz­dem Re­je­sów.

Za­bi­je mnie!

Pró­bo­wa­łam wzro­kiem zlo­ka­li­zo­wać swo­ją ko­mór­kę. Oka­za­ło się, że le­ża­ła na podło­dze, za­pląta­na w moje strin­gi.

Ład­nie nas po­nio­sło.

Mia­łam je­dy­nie czter­dzie­ści pięć nie­ode­bra­nych po­łączeń od Es­ter, mat­ki i ojca.

– Ja pier­do­lę! Mam prze­sra­ne! – krzyk­nęłam po ro­syj­sku.

– Co po­wie­dzia­łaś?

Do­brze, że oj­ciec na­le­gał na na­ukę języ­ków ob­cych, dzi­ęki temu oprócz wło­skie­go mó­wi­łam bie­gle w języ­ku an­giel­skim, fran­cu­skim, hisz­pa­ńskim i ro­syj­skim. Mu­sia­łam przy­znać, że to dużo uła­twia­ło, kie­dy co chwi­lę ne­go­cjo­wa­łam ró­żne trans­ak­cje z ob­co­kra­jow­ca­mi, któ­rzy nie byli aż tak bar­dzo am­bit­ni. Albo wła­śnie w ta­kiej chwi­li.

– Nic!

W eks­pre­so­wym tem­pie za­częłam na­ci­ągać na sie­bie leg­gin­sy i nie kło­po­ta­łam się z wkła­da­niem sta­ni­ka, tyl­ko prze­ci­ągnęłam przez gło­wę bia­ły, krót­ki top. Prze­świ­ty­wa­ły mi przez nie­go sut­ki, ale cóż…

– Ubie­raj się! Je­dziesz ze mną! Szyb­ko!

– Do­kąd? – za­py­tał za­sko­czo­ny.

– Do mnie! Już! – roz­ka­za­łam.

– Okej! – Chwy­cił za swo­je ubra­nia. – Mu­szę przy­naj­mniej po­pra­wić wło­sy.

Wło­si i ich pier­do­lo­ne wło­sy. Już wiem, cze­mu wolę Ame­ry­ka­nów.

– Nie ma cza­su na two­je cho­ler­ne wło­sy! Je­steś przy­stoj­ny i bez nich! – Mó­wi­ąc to, wsu­wa­łam lewą sto­pę w Adi­da­sa.

Uśmiech­nął się sze­ro­ko na ten nie­spo­dzie­wa­ny kom­ple­ment.

Ja­kieś pięć mi­nut pó­źniej sie­dzie­li­śmy w moim czar­nym Ran­ge Ro­ve­rze. Ochro­niarz, któ­ry przez całą noc mu­siał słu­chać na­szych jęków, rzu­cał mi roz­ba­wio­ne spoj­rze­nia we wstecz­nym lu­ster­ku. Uwiel­bia­łam tego go­ścia. Leo nie tyl­ko był moim ochro­nia­rzem, lecz ta­kże przy­ja­cie­lem. Trak­to­wa­łam go jak star­sze­go bra­ta, któ­re­go ni­g­dy nie mia­łam. Gdy za­czął pra­co­wać dla mo­je­go ojca, mia­łam ja­kieś dzie­wi­ęć lat. Kie­dyś na­wet się w nim pod­ko­chi­wa­łam. Na­dal był przy­stoj­ny, choć miał już czter­dziest­kę na kar­ku.

Dwa­dzie­ścia mi­nut za­jęło nam do­tar­cie do for­te­cy mo­ich ro­dzi­ców. Prze­kro­czy­li­śmy wy­so­kie, że­la­zne bra­my, a po­tem dłu­gi na co naj­mniej trzy ki­lo­me­try, za­wi­ły pod­jazd, aż w ko­ńcu do­tar­li­śmy do głów­ne­go we­jścia re­zy­den­cji, przed któ­rym sta­ła ogrom­na fon­tan­na i cho­ler­nie dużo czar­nych, luk­su­so­wych Mer­ce­de­sów. To ozna­cza­ło tyl­ko jed­no – Ro­dzi­na Re­je­sów do­ta­rła.

Cie­szy­łam się, że zo­ba­czę Za­ha­rę. Ko­cha­łam tę ko­bie­tę. W jed­nej chwi­li go­to­wa­ła obiad, a w dru­giej wy­dłu­by­wa­ła ko­muś ły­żką oko. Im­po­no­wa­ła mi do­słow­nie wszyst­kim. Pi­ęk­nym wy­glądem, cha­rak­te­rem, prze­bie­gło­ścią, in­te­lek­tem, a ta­kże wy­bo­rem męża. Chcia­łam być wła­śnie taka jak ona. No poza tym, że nie chcia­łam wy­cho­dzić za mąż.

– Kim są ci lu­dzie? – za­py­tał Vic­tor. Wska­zał dło­nią na wy­sia­da­jących z auta Mar­ko­sa Pe­de­ra­zę, jego żonę i dwóch sy­nów.

Już z da­le­ka wi­dzia­łam kry­tycz­ny wzrok mo­je­go ojca i cho­ler­ne­go pana pi­ęk­ne­go, a u jego boku ja­kąś wy­wło­kę.

– Czy to nie przy­pad­kiem słyn­ni Re­je­so­wie? – Wy­glądał na zszo­ko­wa­ne­go.

Za­po­mnia­łam, że kie­dy mnie nie pie­przył, strasz­nie dużo kła­pał tą nie­wy­pa­rzo­ną ja­dacz­ką.

– Po­słu­chaj mnie. – Chwy­ci­łam go moc­no za bro­dę i zmu­si­łam, by po­pa­trzył mi w oczy. – Zero py­tań. Masz ro­bić, co ci mó­wię i pie­przyć mnie wte­dy, kie­dy ci po­wiem, nic wi­ęcej, zro­zu­mia­łeś?

Wy­ba­łu­szył oczy i prze­łk­nął ner­wo­wo śli­nę.

– Ni­lay, za­raz zmia­żdżysz mi szczękę – wy­char­czał.

Kur­wa! Po­nio­sło mnie.

Od razu go pu­ści­łam.

– Osza­la­łaś? – za­py­tał zszo­ko­wa­ny i zła­pał się za twarz. Przez kil­ka se­kund po­cie­rał szczękę, na któ­rej zo­sta­ły czer­wo­ne śla­dy po mo­ich pal­cach.

To był zły po­my­sł, by go tu­taj za­bie­rać.

– Po pro­stu nie za­da­waj py­tań i się nie od­zy­waj. Idzie­my się przy­wi­tać z mo­imi przy­ja­ció­łmi.

Mia­łam na­dzie­ję, że mnie po­słu­cha…