Wybrana - Naomi Novik - ebook + książka

Wybrana ebook

Naomi Novik

4,2

Opis

„W Wybranej jest wszystko, co uwielbiam w pisarstwie Naomi Novik, z dodatkiem stylizowanej magii i klimatu mrocznej baśni” - Patrick Rothfuss, autor „Kronik królobójcy”.

Naomi Novik, wychowywana na polskich bajkach i baśniach, wplata poznanych w nich bohaterów do swojej najnowszej powieści.

Agnieszka kocha swój dom w dolinie, swoją cichą wioskę położoną na peryferiach królestwa Polnii, niedaleko granicy z sąsiednią Rusją. Uwielbia okoliczne lasy i lśniącą błękitną rzekę. Niestety, w pobliżu rozpościera się także złowrogi i tajemniczy Bór, pełen złych mocy i drapieżnych stworów. Mieszkańcy doliny mogą liczyć tylko na to, że żyjący w odosobnieniu czarodziej zwany Smokiem nie dopuści do rozprzestrzeniania się zła. Jego pomoc oparta jest jednak na okropnym warunku – co dziesięć lat zabiera on z doliny jedną siedemnastolatkę, która będzie mu usługiwać w jego wieży.

Zbliża się dzień kolejnego wyboru. Agnieszka jest w grupie kandydatek i martwi się tym, że – zgodnie z przypuszczeniami mieszkańców – Smok zabierze jej przyjaciółkę Kasię, najpiękniejszą i najzdolniejszą z dziewczyn. Czarodziej jednak podejmuje inną decyzję…

Magia w Wybranej (…) jest tak obrazowa i wiarygodna, że czujesz, że sam możesz rzucać zaklęcia. Ale książka cię w tym wyręcza. - Ursula K. Le Guin, autorka cyklu „Ziemiomorze”

Szalona, pasjonująca, mroczna i głęboko magiczna. - Lev Grossman, autor trylogii „Czarodzieje”

Wybrana to jedna z tych opowieści, do których nieustannie się wraca, bo jest po prostu czarowna. Przygodowa fabuła odznacza się takim napięciem, że pod koniec zerkasz na tekst przez rozcapierzone palce, licząc na to, że wszystko będzie dobrze. - Kevin Hearne, autor „Kronik Żelaznego Druida”

W Wybranej jest wszystko, co uwielbiam w pisarstwie Naomi Novik, z dodatkiem stylizowanej magii i klimatu mrocznej baśni. - Patrick Rothfuss, autor „Kronik królobójcy”

Wybrana ma w sobie wszystko, co kocham: wspaniałą bohaterkę, nowe podejście do starych mitów i legend i zaskakujące zwroty akcji. - Cassandra Clare, autorka serii „Dary Anioła”

Wybrana Naomi Novik jest urokliwa w każdym znaczeniu tego pięknego i starego słowa. - Robin Hobb, autorka trylogii „Skrytobójca”.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 586

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,2 (252 oceny)
121
80
42
5
4
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
MonikaZ72

Dobrze spędzony czas

Autorka ujęła i oczarowała mnie tą książką i opisanym w niej bardzo ciekawym magicznym, bajkowym światem. Jedynie trochę przeszkadzały mi przydługie opisy i rzadkie dialogi, ale to chyba taki styl autorki.
00
szafszaf1

Nie oderwiesz się od lektury

Uwielbiam tę książkę
00
Somnarek

Nie polecam

Książka opisuje historię dziewczyny, która trafia pod opiekę Smoka. Mamy tutaj czary, historię złowieszczego Boru, okrutna Rusje. Generalnie sam zamysł może i byłby ciekawy ale książka jest po prostu okrutnie nudna. Sądziłam, że będzie nawiązywać do słowianskich wierzeń ale tego tu nie ma. Postacie są drętwe, główna bohaterka jest niezdara i fleją co jest często podkreślane, imiona wszystkich bohaterów bardziej pasują do małej miejscowości z czasów współczesnych niż słowiańskiej wioski w stylu fantasy x mags i potworami w tle ( Kasia, Marek, Zygmunt...). Mamy mnostwo zapomnianych starych imion, które świetnie by pasowały. Magia w tej książce to jakiś żart. Wiadomo, że magii nie ma ciężko doszukiwać się logiki ale na ogół ten cały system magiczny się spina w całość. Tu tego nie ma. Raz śpiewa, raz recytuje, raz zapomina całego słowa. To nie ma kompletnie sensu. Nie polecam bardziej wymagającym czytelnikom. Na plus nie ma wulgaryzmów, ostrych scen. No i tyle.
00
MiriHa

Z braku laku…

"Scholomance" znacznie lepsza. Tu częściowo inna wariacja na temat "Pięknej i bestii", zło w formie najpierw nieuchwytnej, potem w zasadzie usprawiedliwionej. Jak zwykle ludzie sami sobie winni. Mnóstwo dłużyzn nic nie wnoszących do akcji, jakby autorka pisała na liczbę stron. Momentami nieprzemyślane i nielogiczne, trochę jak scenariusze na Netflixie.
00
kashucha

Nie oderwiesz się od lektury

Podobała mi się 😍
00

Popularność




Rozdział 1

asz Smok nie pożera dziew­cząt, które zabiera, nie­ważne, jakie histo­rie opo­wia­dają poza naszą doliną. Sły­szymy je cza­sem od prze­jeż­dża­ją­cych tędy podróż­nych. Mówią o tym tak, jak­by­śmy skła­dali ofiary z ludzi, a on był praw­dzi­wym smo­kiem. Oczy­wi­ście to nie­prawda: może sobie być nie­śmier­tel­nym cza­ro­dzie­jem, ale na­dal jest czło­wie­kiem i nasi ojco­wie skrzyk­nę­liby się i zabili go, gdyby chciał co dzie­sięć lat zja­dać jedną z nas. On broni nas przed Borem, a my jeste­śmy mu wdzięczni, ale nie do tego stop­nia.

Wcale ich nie pożera; tylko tak się mówi. Zabiera dziew­czynę do swo­jej wieży, a po dzie­się­ciu latach ją wypusz­cza, choć już jako inną osobę. Ma ona wtedy zbyt ładne stroje, mówi jak dwórka i skoro przez dzie­sięć lat miesz­kała sama z męż­czy­zną, oczy­wi­ście jej repu­ta­cja jest zszar­gana, cho­ciaż dziew­częta twier­dzą, że on ni­gdy żad­nej nie tknął. A co innego mają mówić? I to nie jest w tym naj­gor­sze – w końcu Smok daje każ­dej sakiewkę sre­bra za usługi, kiedy ją wypusz­cza, więc każdy byłby szczę­śliwy, gdyby mógł się z taką oże­nić, ze zszar­ganą repu­ta­cją czy nie.

Jed­nak one nie chcą za nikogo wycho­dzić. Wcale nie chcą tutaj zostać.

– Zapo­mi­nają, jak tu żyć – nie­spo­dzie­wa­nie powie­dział mi kie­dyś ojciec.

Jecha­łam obok niego na koźle wiel­kiego pustego wozu, wra­ca­jąc do domu po dostar­cze­niu tygo­dnio­wego zapasu drewna opa­ło­wego. Miesz­ka­li­śmy w Dwier­niku, który nie jest naj­więk­szą ani naj­mniej­szą wio­ską w doli­nie i nie leży naj­bli­żej Boru, tylko sie­dem mil od niego. Droga wio­dła przez wyso­kie wzgó­rze, z któ­rego w pogodny dzień widać całą rzekę aż po jasno­szary pas wypa­lo­nej ziemi na samym skraju, a za nim litą ciemną ścianę drzew. Wieża Smoka znaj­do­wała się spory kawa­łek dalej w prze­ciwną stronę, niczym uło­mek bia­łej kredy tkwiący w pod­nóżu zachod­nich gór.

Byłam jesz­cze bar­dzo mała – chyba nie mia­łam wię­cej niż pięć lat. Jed­nak już wie­dzia­łam, że nie roz­ma­wia się o Smoku ani o dziew­czy­nach, które zabiera, więc zapa­mię­ta­łam to, że mój ojciec zła­mał tę nie­pi­saną zasadę.

– Pamię­tają, że tu muszą się bać – dodał ojciec.

Nic wię­cej nie dodał. Cmok­nął na konie, a on pocią­gnęły żwa­wiej, w dół zbo­cza i z powro­tem mię­dzy drzewa.

Nie widzia­łam w tym żad­nego sensu. Wszy­scy bali­śmy się Boru. Jed­nak ta dolina była naszym domem. Jak można opu­ścić dom? Mimo to te dziew­czyny ni­gdy tu nie zosta­wały. Smok wypusz­czał je z wieży, a one na krótki czas wra­cały do swo­ich rodzin – na tydzień lub cza­sem mie­siąc, ni­gdy na dłu­żej. Potem zabie­rały swoje sre­bro i odcho­dziły. Prze­waż­nie do Kra­lii i na uni­wer­sy­tet. Rów­nie czę­sto wycho­dziły za jakie­goś miesz­cza­nina albo zosta­wały uczo­nymi lub skle­pi­kar­kami, cho­ciaż nie­któ­rzy ludzie szep­tali, że Jadwiga Bach, która została wzięta przed sześć­dzie­się­cioma laty, została kur­ty­zaną i kochanką barona oraz księ­cia. Gdy jed­nak ja przy­szłam na świat, ona była już tylko bogatą sta­ruszką, która przy­sy­łała wspa­niałe pre­zenty swoim wnucz­kom i sio­strze­ni­com, ale ni­gdy nie przy­jeż­dżała w odwie­dziny.

Tak więc nie można nazwać tego odda­wa­niem córki na pożar­cie, ale też i nie wzbu­dza to rado­ści. W doli­nie nie ma aż tylu wio­sek, żeby zagro­że­nie było nie­wiel­kie, ponie­waż on wybiera tylko sie­dem­na­sto­let­nie dziew­czyny uro­dzone po pierw­szym paź­dzier­nika. Z mojego rocz­nika było takich jede­na­ście, tak więc praw­do­po­do­bień­stwo wyboru było nieco mniej­sze niż przy rzu­cie kostką. Wszy­scy mówią, że zro­dzoną dla Smoka dziew­czynę z wie­kiem kocha się bar­dziej, wie­dząc, że tak łatwo można ją stra­cić. To jed­nak nie doty­czyło mnie i moich rodzi­ców. Zanim uro­słam na tyle, żeby zro­zu­mieć, że mogę być wybrana, wszy­scy wie­dzie­li­śmy, że on weź­mie Kasię.

Tylko podróżni, któ­rzy nic nie wie­dzieli, gra­tu­lo­wali rodzi­com Kasi lub mówili im, jaka ich córka jest piękna, mądra i miła. Smok nie zawsze wybie­rał naj­ład­niej­szą dziew­czynę, ale zawsze pod jakimś wzglę­dem nie­zwy­kłą: jeśli była jakaś bez wąt­pie­nia naj­ślicz­niej­sza lub naj­mą­drzej­sza, naj­le­piej tań­cząca albo naj­mil­sza, jakoś zawsze potra­fił taką zabrać, cho­ciaż rzadko zamie­niał z nią choć słowo, zanim doko­nał wyboru.

A Kasia miała wszyst­kie te zalety. Miała gęste i jasne jak psze­nica włosy, które nosiła sple­cione w war­kocz do pasa, pełne cie­pła piwne oczy i śmiech jak pio­senka, którą chce się wspól­nie śpie­wać. Wymy­ślała naj­lep­sze zabawy, potra­fiła ukła­dać opo­wie­ści i nowe figury taneczne, goto­wać jak na ucztę, a kiedy przę­dła wełnę z owiec swo­jego ojca, nić scho­dziła z kro­sna gładka i równa, bez jed­nego węzełka czy pętelki.

Wiem, że opi­suję ją tak, jakby nie nale­żała do tej opo­wie­ści. Jed­nak było wprost prze­ciw­nie. Kiedy matka opo­wia­dała mi bajki o księż­niczce prządce, dziel­nej gęsia­reczce lub rusałce, wyobra­ża­łam je sobie jako tro­chę podobne do Kasi; tak wła­śnie o niej myśla­łam. Byłam jesz­cze młoda i nie­roz­tropna, więc kocha­łam ją bar­dziej, a nie mniej, ponie­waż wie­dzia­łam, że wkrótce zosta­nie wybrana.

Mówiła, że się tym nie przej­muje. Była rów­nież nie­ustra­szona; jej matka Wensa o to zadbała. Pamię­tam, że kie­dyś powie­działa do mojej matki: „Będzie musiała być dzielna”, skła­nia­jąc oporną Kasię, żeby wspięła się na drzewo, a mama tuliła ją wtedy ze łzami w oczach.

Miesz­ka­li­śmy tylko trzy domy od sie­bie, a ja nie mia­łam sio­stry, tylko trzech star­szych braci. Kasia była moją naj­lep­szą przy­ja­ciółką. Od koły­ski bawi­ły­śmy się razem, naj­pierw w kuch­niach, sta­ra­jąc się nie plą­tać mat­kom pod nogami, a potem na ulicy przed domem, dopóki nie były­śmy dosta­tecz­nie duże, żeby bawić się w lesie. Jeśli tylko mogłam, to zamiast sie­dzieć w domu, zawsze wola­łam bie­gać mię­dzy drze­wami, trzy­ma­jąc Kasię za rękę. Wyobra­ża­łam sobie, że drzewa zgi­nają konary, żeby nas osło­nić. Nie wie­dzia­łam, jak to zniosę, kiedy Smok ją zabie­rze.

Moi rodzice nie­spe­cjal­nie oba­wia­liby się, że mnie stracą, nawet gdyby nie było Kasi. Jako sie­dem­na­sto­latka wciąż byłam chu­der­la­wym i nie­zgrab­nym źre­ba­kiem o zmierz­wio­nych spło­wia­łych wło­sach, a moim jedy­nym talen­tem – jeśli można go tak nazwać – była zdol­ność do dar­cia, pla­mie­nia lub gubie­nia w jeden dzień wszyst­kiego, w co mnie ubrano. Zanim ukoń­czy­łam dwa­na­ście lat, zre­zy­gno­wana matka pozwa­lała mi bie­gać w rze­czach po star­szych bra­ciach z wyjąt­kiem świąt, kiedy musia­łam prze­bie­rać się nie wcze­śniej niż dwa­dzie­ścia minut przed wyj­ściem z domu, a potem sie­dzieć na ławce przed domem, dopóki nie poszli­śmy do kościoła. Pomimo to były nie­wiel­kie szanse na to, że dotrę na bło­nia, nie zawa­dziw­szy o jakąś gałąź i nie opry­skaw­szy się bło­tem.

– Będziesz musiała wyjść za krawca, moja mała Agnieszko – mawiał ze śmie­chem mój ojciec, kiedy wie­czo­rem wra­cał z lasu, a ja wybie­ga­łam mu na spo­tka­nie z umo­ru­saną buzią, co naj­mniej jedną dziurą w ubra­niu i bez sza­lika. Pomimo to pod­no­sił mnie i cało­wał, a matka tylko cicho wzdy­chała: który rodzic mar­twiłby się kil­koma takimi wadami u dziew­czyny uro­dzo­nej w smo­czych mie­sią­cach?

Ostat­nie lato przed wybo­rem było dłu­gie, cie­płe i pełne łez. Kasia nie pła­kała, ale ja tak. Sie­dzia­ły­śmy do późna w lesie, usi­łu­jąc roz­cią­gać cudowne godziny dnia, a potem wra­ca­łam do domu głodna i zmę­czona, żeby od razu pójść do łóżka i leżeć w ciem­no­ściach. Matka przy­cho­dziła i gła­skała mnie po gło­wie, cicho śpie­wa­jąc, gdy zasy­pia­łam zapła­kana. Zosta­wiała przy moim łóżku talerz z jedze­niem, żebym miała co jeść, kiedy obu­dzę się głodna w środku nocy. Nie pró­bo­wała mnie pocie­szać, no bo jak? Obie wie­dzia­ły­śmy, że obo­jęt­nie, jak bar­dzo kocha Kasię i jej matkę Wensę, mimo woli czuje w głębi serca ulgę – Smok nie weź­mie mojej córki, nie mojej jedy­nej. I oczy­wi­ście nie chcia­ła­bym, żeby czuła co innego.

Przez pra­wie całe tamto lato były­śmy tylko my dwie, Kasia i ja. Tak było od dawna. W dzie­ciń­stwie bawi­ły­śmy się z innymi dziećmi z wio­ski, ale kiedy pod­ro­sły­śmy i Kasia wypięk­niała, jej matka powie­działa: „Lepiej nie poka­zuj się chłop­com, to będzie naj­od­po­wied­niej­sze dla cie­bie i dla nich”. Ja jed­nak trzy­ma­łam się jej, a moja matka naprawdę kochała Kasię i Wensę, więc nie pró­bo­wała nas roz­dzie­lić, cho­ciaż wie­działa, że przez to w końcu będę bar­dziej cier­pieć.

Ostat­niego dnia zna­la­złam dla nas polankę w lesie, gdzie drzewa wciąż miały liście, złote i ogni­sto­czer­wone, które sze­le­ściły nam nad gło­wami, a wszę­dzie na ziemi leżały doj­rzałe kasz­tany. Roz­pa­li­ły­śmy ogni­sko z gałą­zek i suchych liści, żeby upiec w nim garstkę. Naza­jutrz był pierw­szy paź­dzier­nika i miał się odbyć wielki festyn dla uho­no­ro­wa­nia naszego patrona i pana. Jutro przy­bę­dzie Smok.

– Miło byłoby być tru­ba­du­rem – oznaj­miła Kasia, leżąc na ple­cach z zamknię­tymi oczami. Nuciła cicho; wędrowny min­strel przy­był na festyn i tego ranka ćwi­czył pio­senki na bło­niu. Wozy z daniną przy­jeż­dżały cały tydzień. – Prze­je­chać całą Polnię i śpie­wać dla króla.

Powie­działa to w zadu­mie, nie jak roz­ma­rzone dziecko, lecz jak ktoś, kto naprawdę myśli o opusz­cze­niu doliny i wyjeź­dzie na zawsze. Wycią­gnę­łam rękę i uści­snę­łam jej dłoń.

– I przy­jeż­dża­ła­byś do domu w każde zimowe święta – powie­dzia­łam – i śpie­wa­ła­byś nam te wszyst­kie pio­senki, któ­rych się nauczy­łaś.

Mocno ści­ska­ły­śmy sobie dło­nie i sta­ra­łam się nie pamię­tać o tym, że dziew­częta zabrane przez Smoka ni­gdy nie chciały wró­cić.

Oczy­wi­ście w tym momen­cie żar­li­wie go nie­na­wi­dzi­łam. Nie był jed­nak złym panem. Po dru­giej stro­nie pół­noc­nych gór baron z Żół­tych Mocza­rów miał pię­cio­ty­sięczną armię wal­czącą w woj­nach pro­wa­dzo­nych przez Polnię, zamek z czte­rema wie­żami i żonę, która nosiła klej­noty koloru krwi i futro z bia­łych lisów, a wszystko to z lenna nie bogat­szego od naszej doliny. Ludzie musieli przez jeden dzień w tygo­dniu pra­co­wać na polach barona, który miał naj­lep­sze zie­mie i zabie­rał ich synów do woj­ska, a przy tylu krę­cą­cych się wokół żoł­nier­zach doro­słe dziew­częta musiały sie­dzieć w domach lub cho­dzić pod eskortą. A nawet on nie był złym panem.

Smok miał tylko jedną wieżę i ani jed­nego zbroj­nego czy choćby sługi poza dziew­czyną, którą zabie­rał. Nie musiał trzy­mać armii: był winien kró­lowi tylko swoje usługi, swoją magię. Cza­sem musiał udać się na dwór, żeby odno­wić przy­sięgę wier­no­ści, i zapewne król mógł wezwać go na wojnę, lecz prze­waż­nie musiał przede wszyst­kim być tutaj, pil­no­wać Boru i bro­nić króla przed jego zło­wro­gim wpły­wem.

Jego jedyną eks­tra­wa­gan­cją były książki. Wszy­scy byli­śmy oczy­tani jak na wie­śnia­ków, ponie­waż pła­cił zło­tem za każdy zdo­byty tom, tak więc han­dla­rze cią­gnęli tu zewsząd, cho­ciaż nasza wieś znaj­do­wała się na samym krańcu Polnii. A dopóki przy­jeż­dżali, napeł­niali juki swo­ich mułów wszel­kimi uży­wa­nymi lub tanimi książ­kami, jakie mieli, i sprze­da­wali je nam za gro­sze. Tylko naprawdę ubogi dom w doli­nie nie miał co naj­mniej dwóch lub trzech ksią­żek dum­nie sto­ją­cych na półce.

Komuś, kto nie miesz­kał dosta­tecz­nie bli­sko Boru, mogłoby się to wyda­wać try­wialne i nie­istotne, na pewno nie skła­nia­łoby do odda­wa­nia córki. Ja jed­nak prze­ży­łam Zie­lone Lato, gdy gorący wiatr przy­no­sił pyłki z zachod­niej czę­ści Boru aż w dolinę, na nasze pola i ogrody. Wszystko rosło buj­nie, ale było dziwne i zde­for­mo­wane. Każdy, kto zjadł te plony, wpa­dał w szał, ata­ko­wał bli­skich, a w końcu ucie­kał do Boru i zni­kał, jeżeli go nie zwią­zano.

Mia­łam wtedy sześć lat. Rodzice pró­bo­wali mnie chro­nić, naj­le­piej jak mogli, ale mimo to dosko­nale pamię­tam nastrój zgrozy, ogólny strach i ni­gdy nie­koń­czące się gło­dowe skur­cze żołądka. Do lata zje­dli­śmy wszyst­kie zapasy z poprzed­niego roku, licząc na to, że odno­wimy je wio­sną. Jeden z naszych sąsia­dów, ogłu­piały z głodu, zjadł tro­chę zie­lo­nego groszku. Pamię­tam, że tam­tej nocy sły­sza­łam krzyki dobie­ga­jące z jego domu, a przez okno zoba­czy­łam, jak mój ojciec bie­gnie z pomocą i chwyta widły oparte o ścianę sto­doły.

Pew­nego dnia tam­tego lata, za mała, żeby w pełni zro­zu­mieć nie­bez­pie­czeń­stwo, wymknę­łam się spod opieki zmę­czo­nej, chu­dej matki i pobie­głam do lasu. W dolince osło­nię­tej od wia­tru zna­la­złam kępę na wpół uschnię­tych jeżyn. Przedar­łam się przez twarde suche pną­cza do chro­nio­nego przez nie środka i zerwa­łam garść cudow­nych jeżyn, zupeł­nie nie­zde­for­mo­wa­nych, całych, soczy­stych i dosko­na­łych. Każda była eks­plo­zją smaku w ustach. Zja­dłam dwie gar­ście i napeł­ni­łam podo­łek, po czym z sukienką prze­sią­ka­jącą i popla­mioną na fio­le­towo ich sokiem pospie­szy­łam do domu, gdzie matka załkała ze zgrozy na widok mojej usma­ro­wa­nej twa­rzy. Nie zacho­ro­wa­łam: jeżyny jakoś unik­nęły prze­kleń­stwa Boru i ich owoce były dobre. Łzy matki jed­nak bar­dzo mnie prze­stra­szyły i póź­niej przez kilka lat nie zbie­ra­łam jeżyn.

Tam­tego roku Smok został wezwany na dwór. Wró­cił wcze­śnie, od razu poje­chał na pola i wezwał cza­ro­dziej­ski ogień, któ­rym spa­lił wszyst­kie ska­żone uprawy i zatrute plony. To był jego obo­wią­zek, ale póź­niej odwie­dził każdy dom, w któ­rym ktoś zacho­ro­wał, i dał cho­rym napić się magicz­nego elik­siru przy­wra­ca­ją­cego im rozum. Wydał roz­kaz, żeby leżące dalej na zachód wio­ski, które omi­nęła plaga, podzie­liły się z nami zbio­rami, i nawet cał­ko­wi­cie zre­zy­gno­wał w tam­tym roku ze swo­jej daniny, żeby nikt z nas nie gło­do­wał. Następ­nej wio­sny tuż przed sie­wami ponow­nie wyszedł na pola i spa­lił nie­liczne pozo­stałe ska­żone rośliny, zanim zdą­żyły się na nowo zako­rze­nić.

Cho­ciaż nas ura­to­wał, nie kocha­li­śmy go. Ni­gdy nie wycho­dził ze swej wieży, żeby wysta­wić napoje dla ludzi w porze żniw, tak jak robił to baron z Żół­tych Mocza­rów, ani nie kupił żad­nego dro­bia­zgu na odpu­ście, jak to czę­sto robiły baro­nowa i jej córki. Cza­sem wędrowne trupy aktor­skie dawały przed­sta­wie­nia lub min­strele prze­cho­dzili przez prze­łęcz z Rusji. Ni­gdy nie przy­cho­dził posłu­chać. Kiedy len­nicy przy­wo­zili mu daninę, drzwi wieży same się otwie­rały i zosta­wiali wszystko w piw­nicy, nawet się z nim nie spo­tkaw­szy. Ni­gdy nie zamie­nił wię­cej niż kilka słów z soł­ty­sem naszej wio­ski ani nawet bur­mi­strzem Olszanki, naj­więk­szej miej­sco­wo­ści w doli­nie, leżą­cej bar­dzo bli­sko jego wieży. Wcale nie pró­bo­wał zdo­być naszej miło­ści; nikt z nas go nie znał.

I oczy­wi­ście był też mistrzem czar­nej magii. W pogodne noce jego wieżę oświe­tlały bły­ska­wice, nawet zimą. Białe pasma, które wypusz­czał z okien, uno­siły się nocami nad dro­gami i rzeką, zmie­rza­jąc w kie­runku Boru, żeby go pil­no­wać. I cza­sem, kiedy Bór kogoś schwy­tał – pasterkę, która ze swoim sta­dem pode­szła za bli­sko jego skraju, myśli­wego, który napił się z nie­wła­ści­wego stru­mie­nia, pecho­wego podróż­nego, który prze­szedł gór­ską prze­łęcz, nucąc ury­wek pio­senki zapa­da­ją­cej w pamięć – no cóż, Smok i dla nich scho­dził z wieży, a ci, któ­rych rato­wał, też ni­gdy nie wra­cali.

Nie był zły, ale chłodny i straszny. I miał zabrać Kasię, więc nie­na­wi­dzi­łam go przez dłu­gie lata.

Tam­tej ostat­niej nocy moje uczu­cia się nie zmie­niły. Zja­dły­śmy z Kasią resztę kasz­ta­nów. Słońce zaszło, a nasze ogni­sko przy­ga­sło, ale zosta­ły­śmy na polance, dopóki się żarzyło. Rano nie cze­kała nas daleka droga. Dożynki zwy­kle odby­wały się w Olszance, ale w roku wyboru zawsze urzą­dzano je w wio­sce, w któ­rej miesz­kała przy­naj­mniej jedna z dziew­cząt, żeby rodziny nie musiały daleko jechać. A w naszej wio­sce była Kasia.

Nie­na­wi­dzi­łam Smoka jesz­cze bar­dziej, gdy następ­nego dnia wkła­da­łam zie­loną szatę. Mojej matce drżały ręce, gdy zapla­tała mi war­kocz. Wie­dzia­ły­śmy, że to będzie Kasia, ale to nie ozna­czało, że wcale się nie bały­śmy. Unio­słam jed­nak kraj sukienki i weszłam na wóz, naj­ostroż­niej jak mogłam, uwa­ża­jąc na drza­zgi i pozwa­la­jąc, żeby ojciec mi pomógł. Posta­no­wi­łam szcze­gól­nie się posta­rać. Wie­dzia­łam, że to nic nie da, ale chcia­łam, by Kasia wie­działa, że kocham ją tak bar­dzo, że dam jej szansę. Nie zamie­rza­łam zro­bić z sie­bie czu­pi­ra­dła, zezo­wa­tej czy gar­ba­tej, jak to cza­sem robiły dziew­czyny.

Zebra­ły­śmy się na bło­niu. Wszyst­kie jede­na­ście sta­nę­ły­śmy w sze­regu.

Stoły bie­siadne były usta­wione w czwo­ro­bok i prze­ła­do­wane, ponie­waż nie były na tyle duże, żeby mie­ściły daninę całej doliny. Miesz­kańcy zebrali się za nimi. Worki z psze­nicą i owsem pię­trzyły się na tra­wie, uło­żone w pira­midy. Tylko my sta­ły­śmy na tra­wie z naszymi rodzi­nami i soł­ty­ską Danką, która ner­wowo prze­cha­dzała się przed sze­re­giem i bez­gło­śnie poru­szała war­gami, ćwi­cząc prze­mó­wie­nie powi­talne.

Słabo zna­łam pozo­stałe dziew­czyny. Nie były z Dwier­nika. Wszyst­kie były­śmy mil­czące i sztywne, w naj­lep­szych ubra­niach i z zaple­cio­nymi war­ko­czami, obser­wo­wa­ły­śmy drogę. Jesz­cze nie było na niej widać Smoka. Naj­dzik­sze myśli przy­cho­dziły mi do głowy. Wyobra­ża­łam sobie, że kiedy przy­bę­dzie, zasło­nię sobą Kasię i powiem, żeby zamiast niej zabrał mnie, albo oznaj­mię, że ona nie chce z nim iść. Wie­dzia­łam jed­nak, że nie jestem na tyle odważna, żeby zro­bić coś takiego.

A on przy­był nagle, nie­ocze­ki­wa­nie. Wcale nie przy­szedł drogą, po pro­stu nagle się zja­wił. Aku­rat patrzy­łam w tym kie­runku: naj­pierw w powie­trzu poja­wiły się palce, potem ręka i noga, a póź­niej pół czło­wieka, co było tak nie­wia­ry­godne i nie­wła­ściwe, że nie mogłam ode­rwać od tego oczu, choć skrę­ciło mnie na ten widok. Inni mieli wię­cej szczę­ścia. Zauwa­żyli go dopiero wtedy, gdy zro­bił pierw­szy krok w naszą stronę, i wszy­scy wokół sta­rali się nie oka­zy­wać zdzi­wie­nia.

Smok był nie­po­dobny do żad­nego męż­czy­zny z naszej wio­ski. Powi­nien być stary, zgar­biony i siwy, bo miesz­kał w tej wieży od stu lat, ale w rze­czy­wi­sto­ści był wysoki, trzy­mał się pro­sto, nie nosił brody i miał gładką skórę. Gdy­bym minęła go na ulicy, wzię­ła­bym go za mło­dego czło­wieka, tylko tro­chę star­szego ode mnie, kogoś, do kogo mogła­bym uśmie­chać się nad bie­siad­nym sto­łem i kto mógłby popro­sić mnie do tańca. Jego twarz wyglą­dała jed­nak nieco nie­na­tu­ral­nie: miał sia­teczkę zmarsz­czek wokół oczu, jakby czas nie mógł go dotknąć, ale zmę­cze­nie i ow­szem. Pomimo wszystko nie była to brzydka twarz, tylko chłodny wyraz czy­nił ją nie­przy­jemną; wszystko w nim mówiło: „Nie jestem ani nie chcę być jed­nym z was”.

Oczy­wi­ście nosił dro­gie szaty: za bro­kat jego żupana cała rodzina mia­łaby co jeść przez rok, nawet bez zło­tych guzi­ków. Był jed­nak chudy niczym czło­wiek, który na każde cztery lata ma trzy nie­uro­dzajne. Choć sztywny, try­skał ner­wową ener­gią jak ogar, jakby niczego bar­dziej nie pra­gnął, niż wynieść się stąd jak naj­szyb­ciej. Dla nas był to naj­gor­szy dzień w życiu, lecz on nie miał do nas cier­pli­wo­ści. Gdy nasza soł­ty­ska Danka skło­niła się i powie­działa: „Panie, pozwól, że przed­sta­wię ci te…”, on prze­rwał jej:

– Tak, zała­twmy to.

Na ramie­niu czu­łam cie­płą dłoń sto­ją­cego obok ojca, który się skło­nił, a dłoń matki mocno uści­snęła moją z dru­giej strony. Nie­chęt­nie cof­nęli się razem z innymi rodzi­cami. Instynk­tow­nie wszyst­kie jede­na­ście przy­su­nę­ły­śmy się do sie­bie. Kasia i ja sta­ły­śmy pra­wie na końcu sze­regu. Nie odwa­ży­łam się wziąć jej za rękę, ale sta­łam tak bli­sko, że doty­ka­ły­śmy się ramio­nami. Obser­wo­wa­łam Smoka i nie­na­wi­dzi­łam go, nie­na­wi­dzi­łam, gdy szedł wzdłuż sze­regu i kła­dąc palec pod brodę, lekko uno­sił twarz każ­dej dziew­czyny, żeby się jej przyj­rzeć.

Nie roz­ma­wiał ze wszyst­kimi. Nie ode­zwał się sło­wem do dziew­czyny sto­ją­cej obok mnie, tej z Olszanki, cho­ciaż jej ojciec Borys był naj­lep­szym hodowcą koni w doli­nie, a ona miała weł­nianą suk­nię ufar­bo­waną na jasno­czer­wono i dłu­gie czarne włosy zaple­cione w piękne war­ko­cze prze­ty­kane czer­wo­nymi wstąż­kami. Gdy przy­szła moja kolej, ze zmarsz­czo­nymi brwiami spoj­rzał na mnie – zim­nymi czar­nymi oczami, wydy­ma­jąc blade usta – po czym rzekł:

– Jak masz na imię, dziew­czyno?

– Agnieszka – powie­dzia­łam, albo spró­bo­wa­łam powie­dzieć; odkry­łam, że zaschło mi w ustach. Prze­łknę­łam ślinę. – Agnieszka – powtó­rzy­łam szep­tem. – Panie.

Pie­kła mnie twarz. Spu­ści­łam oczy. Zauwa­ży­łam, że cho­ciaż uwa­ża­łam, na mojej spód­nicy są trzy duże plamy błota peł­znące od rąbka w górę.

Smok poszedł dalej. Nagle przy­sta­nął, patrząc na Kasię, choć wcze­śniej nie zatrzy­mał się przy żad­nej z nas. Stał tak, trzy­ma­jąc palce pod jej brodą, z nikłym uśmie­chem zado­wo­le­nia wygi­na­ją­cym jego cien­kie okrutne wargi, a Kasia patrzyła na niego odważ­nie i nawet nie drgnęła. Kiedy zadał jej pyta­nie, nie pró­bo­wała mówić chra­pli­wie lub piskli­wie, lecz spo­koj­nie i melo­dyj­nie odpo­wie­działa:

– Kasia, panie.

Uśmiech­nął się do niej znowu, nie miło, lecz jak zado­wo­lony kot. Tylko z obo­wiązku dotarł do końca sze­regu, led­wie zer­ka­jąc na dwie dziew­czyny, które stały za nią. Za ple­cami usły­sza­łam gło­śny oddech Wensy, bar­dziej przy­po­mi­na­jący szloch, gdy Smok zawró­cił i pod­szedł ponow­nie do Kasi, wciąż z tym uśmie­chem zado­wo­le­nia. Nagle znów zmarsz­czył brwi, obró­cił głowę i spoj­rzał na mnie.

Zapo­mnia­łam się i jed­nak wzię­łam Kasię za rękę. Ści­ska­łam ją z całej siły, a ona moją. Po chwili puściła mnie, a ja splo­tłam dło­nie przed sobą, zaru­mie­niona i prze­stra­szona. On tylko jesz­cze przez chwilę patrzył na mnie, mru­żąc oczy. Potem pod­niósł rękę i w jego pal­cach poja­wiła się kula błę­kitno-bia­łego pło­mie­nia.

– Ona nie chciała – powie­działa Kasia, po trzy­kroć dzielna, nie tak jak ja w jej obro­nie. Jej głos był drżący, lecz wyraźny, a ja zasty­głam jak prze­ra­żony kró­lik, wpa­tru­jąc się w tę kulę. – Pro­szę, panie…

– Milcz, dziew­czyno – rzekł Smok i wycią­gnął do mnie rękę. – Weź ją.

– Mam… co? – ode­zwa­łam się, bar­dziej zasko­czona, niż gdyby rzu­cił mi ją w twarz.

– Nie stój jak idiotka – powie­dział. – No, weź ją.

Ręka mi drżała, więc kiedy ją pod­nio­słam, mimo­wol­nie musnę­łam jego palce, usi­łu­jąc wyjąć z nich kulę. Nie spodo­bało mi się to; jego skóra była nie­na­tu­ral­nie gorąca. Ogni­sta kula była jed­nak zimna jak mar­mur i nic mnie nie zabo­lało, gdy ją dotknę­łam. Przy­jem­nie zasko­czona, trzy­ma­łam ją w pal­cach, gapiąc się na nią. On spoj­rzał na mnie ze ziry­to­waną miną.

– Cóż – powie­dział z nie­za­do­wo­le­niem – zatem to chyba ty. – Wyjął kulę z mojej ręki i na moment zaci­snął pięść; kula zni­kła rów­nie nagle, jak się poja­wiła. Obró­cił się i powie­dział do Danki: – Przy­ślij­cie daninę, kiedy będzie­cie mogli.

Na­dal nic nie rozu­mia­łam. Chyba nikt nie zro­zu­miał, nawet moi rodzice; wszystko poto­czyło się tak szybko i byłam zaszo­ko­wana tym, że w ogóle zwró­cił na mnie uwagę. Nie zdą­ży­łam nawet się odwró­cić i poże­gnać, zanim się obró­cił i chwy­cił moją rękę w prze­gu­bie. Tylko Kasia się poru­szyła: obej­rza­łam się i zoba­czy­łam, że pró­buje mnie zła­pać, żeby zapro­te­sto­wać, ale Smok nie­cier­pli­wym i gwał­tow­nym szarp­nię­ciem pocią­gnął mnie za sobą i znik­nę­li­śmy.

Kiedy znów się poja­wi­li­śmy, przy­ci­ska­łam wolną rękę do ust, krztu­sząc się. Gdy mnie puścił, opa­dłam na kolana i zwy­mio­to­wa­łam, nawet nie patrząc, gdzie się znaj­duję. Wydał nie­ar­ty­ku­ło­wany pomruk obrzy­dze­nia, bo opry­ska­łam długi szpic jego ele­ganc­kiego skó­rza­nego buta.

– Bez­u­ży­teczna – mruk­nął. – Prze­stań dyszeć, dziew­czyno, i sprząt­nij to.

Odszedł, stu­ka­jąc obca­sami o kamienne płyty posadzki.

Pozo­sta­łam tam drżąca, aż nabra­łam pew­no­ści, że już nic się nie zda­rzy, a wtedy otar­łam usta wierz­chem dłoni i unio­słam głowę, żeby się rozej­rzeć. Klę­cza­łam na kamien­nej posadzce, nie z byle jakiego kamie­nia, ale z bia­łego mar­muru prze­ty­ka­nego zie­lo­nymi żył­kami. Kom­nata była mała i owalna, z wąskimi oknami, umiesz­czo­nymi zbyt wysoko, żeby przez nie wyj­rzeć, lecz strop nad moją głową był mocno wygięty. Znaj­do­wa­łam się na samym szczy­cie wieży.

W kom­na­cie nie było żad­nych mebli ani niczego, czym mogła­bym wytrzeć pod­łogę. W końcu uży­łam mojej spód­nicy – i tak już była brudna. Potem, posie­dziaw­szy tam chwilę, coraz bar­dziej prze­ra­żona, kiedy nic się nie zda­rzyło, wsta­łam i ostroż­nie wyszłam na kory­tarz. Wybra­ła­bym każdą drogą, byle nie tę, którą on wybrał – gdyby było stam­tąd jakieś inne wyj­ście. Nie było.

Jego jed­nak też już nie było. Krótki kory­tarz był pusty. Pod nogami mia­łam ten sam zimny twardy mar­mur, oświe­tlony nie­przy­ja­znym bla­dym świa­tłem tkwią­cych pod sufi­tem lamp. Wła­ści­wie to nie były lampy, tylko wiel­kie bryły jasnego pole­ro­wa­nego i jarzą­cego się kamie­nia. Zoba­czy­łam zale­d­wie jedne drzwi, a na końcu kory­tarza łuko­wate przej­ście pro­wa­dzące na schody.

Pchnę­łam drzwi i ner­wowo zaj­rza­łam do środka, ponie­waż to było lep­sze, niż przejść obok, nie wie­dząc, co tam jest. Za nimi jed­nak był tylko pusty pokoik z wąskim łóż­kiem i umy­walką. Naprze­ciw było duże okno, przez które zoba­czy­łam niebo. Pod­bie­głam tam i wychy­li­łam się.

Wieża Smoka wzno­siła się u pod­nóża gór na zachod­nim krańcu jego ziem. Cała nasza długa dolina z jej wio­skami i zagro­dami roz­po­ście­rała się na wschód od niej i z tego okna widzia­łam sre­brzy­sto-błę­kitną wstęgę Wrze­ciona, pły­ną­cego jej środ­kiem, a obok niej ciem­no­brą­zową nitkę drogi. Ta droga i rzeka bie­gły razem aż na drugi koniec ziem Smoka, zanu­rza­jąc się w lesie i ponow­nie wycho­dząc zeń w wio­skach, aż droga koń­czyła się w oddali tuż przez wiel­kim i ciem­nym gąsz­czem Boru. Rzeka pły­nęła dalej sama i zni­kała w głębi lasu, z któ­rego już nie wypły­wała.

Była tam Olszanka, mia­steczko znaj­du­jące się naj­bli­żej wieży, w któ­rym w nie­dziele był wielki targ, na który ojciec dwu­krot­nie mnie zabrał. Poniec i Radom­sko obej­mo­wały brzegi nie­du­żego jeziora, a dalej był mój Dwier­nik z roz­le­głym zie­lo­nym pla­cem. Widzia­łam nawet duże białe stoły roz­sta­wione do bie­siady, na któ­rej Smok nie chciał zostać. Osu­nę­łam się na kolana, opar­łam czoło o para­pet i zapła­ka­łam jak dziecko.

Matka jed­nak nie przy­szła, żeby pogła­dzić mnie po gło­wie; ojciec nie pod­niósł mnie i nie roz­śmie­szył. Szlo­cha­łam, aż głowa roz­bo­lała mnie tak, że nie mogłam dłu­żej pła­kać, a potem byłam zzięb­nięta i zesztyw­niała od klę­cze­nia na tej twar­dej posadzce, cie­kło mi z nosa i nie mia­łam czym go wytrzeć.

Zro­bi­łam to suchym kawał­kiem spód­nicy i usia­dłam na łóżku, pró­bu­jąc wymy­ślić, co robić. Pokój był pusty, ale wywie­trzony i czy­sty, jakby dopiero zwol­niony. Zapewne tak było. Jakaś inna dziew­czyna miesz­kała tu dzie­sięć lat, zupeł­nie sama, spo­glą­da­jąc na dolinę. Teraz poszła do domu, żeby się poże­gnać z rodziną, i pokój był mój.

Na ścia­nie naprze­ciw łóżka wisiał obraz w wiel­kiej zło­co­nej ramie. Wyglą­dał bez­sen­sow­nie, zbyt oka­zały do takiego małego pomiesz­cze­nia, i wła­ści­wie nie był obra­zem: zwy­kły kawał bla­do­zie­lo­nego płótna, sza­ro­brą­zo­wego na brze­gach, z jedną lśniącą błę­kitno-sre­brzy­stą linią wijącą się przez śro­dek łagod­nymi skrę­tami i węż­szymi liniami wycho­dzą­cymi jej na spo­tka­nie od brze­gów. Patrzy­łam nań i zasta­na­wia­łam się, czy on też jest zacza­ro­wany. Ni­gdy nie widzia­łam cze­goś takiego.

Jed­nak w róż­nych miej­scach wzdłuż tej srebr­nej linii były nama­lo­wane kółeczka w zna­jo­mych odle­gło­ściach i po chwili zro­zu­mia­łam, że to malo­wi­dło przed­sta­wia dolinę, tylko w taki spo­sób, w jaki mógłby ją widzieć lecący wysoko ptak. Tą srebrną linią było Wrze­ciono pły­nące z gór do Boru, a kółeczka były wio­skami. Kolory były żywe, a płótno lśniące i pofa­lo­wane w maleń­kie gór­skie szczyty. Nie­mal widzia­łam fale na rzece i słońce odbi­ja­jące się w wodzie. Obraz przy­ku­wał wzrok, tak że chcia­łam patrzeć na niego bez końca. A jed­no­cze­śnie nie podo­bał mi się. Był jak ramka nakre­ślona wokół żyją­cej doliny i zamy­ka­jąca ją, więc kiedy na niego patrzy­łam, też czu­łam się zamknięta.

Ode­rwa­łam od niego wzrok. I tak nie mogłam zostać w tej kom­na­cie. Nie zja­dłam ani kęsa pod­czas śnia­da­nia i kola­cji poprzed­niego wie­czoru; wszystko sma­ko­wało mi jak popiół. Teraz tym bar­dziej nie powin­nam mieć ape­tytu, skoro przy­da­rzyło mi się coś gor­szego, niż sobie wyobra­ża­łam, a jed­nak byłam okrop­nie głodna i w wieży nie było służby, więc nikt nie mógł mi podać obiadu. Potem przy­szła mi do głowy nie­przy­jemna myśl: a jeśli Smok spo­dziewa się, że ja mu ugo­tuję?

A potem jesz­cze gor­sza: co po obie­dzie? Kasia zawsze mówiła, że wie­rzyła wra­ca­ją­cym kobie­tom, które mówiły, że Smok żad­nej z nich nie tknął.

– Zabiera dziew­częta już od stu lat – powta­rzała sta­now­czo. – Któ­raś z nich powie­dzia­łaby, gdyby to robił, i wieść by się roze­szła.

Kilka tygo­dni temu jed­nak w tajem­nicy popro­siła moją matkę, żeby powie­działa jej, co się dzieje, kiedy dziew­czyna wycho­dzi za mąż – aby powie­działa jej to, co matki mówią swoim cór­kom przed ślu­bem. Usły­sza­łam ich roz­mowę przez okno, ponie­waż aku­rat wra­ca­łam z lasu, i wysłu­cha­łam tego ze łzami spły­wa­ją­cymi po twa­rzy, roz­gnie­wana, tak bar­dzo roz­gnie­wana losem Kasi.

Teraz to miało przy­da­rzyć się mnie. A ja nie byłam dzielna – nie sądzi­łam, że potra­fię głę­boko oddy­chać i roz­luź­nić się, jak moja matka radziła Kasi, żeby nie bolało. Przez jeden okropny moment wyobra­ża­łam sobie twarz Smoka tak bli­sko mojej, jesz­cze bli­żej niż wtedy, kiedy oglą­dał mnie, doko­nu­jąc wyboru – jego czarne oczy zimne i lśniące jak kamień, te twarde jak z żelaza i dziw­nie cie­płe palce ścią­ga­jące ze mnie ubra­nie, a wszystko to z tym nikłym uśmie­chem satys­fak­cji. A jeśli cały był taki roz­pa­lony jak w gorączce, że poczu­ła­bym go jak roz­ża­rzone węgle na moim ciele, gdy ległby na mnie i…

Zadrża­łam, otrzą­sa­jąc się z tych myśli, i wsta­łam. Popa­trzy­łam na łóżko, na cały ten pokoik, w któ­rym nie było się gdzie ukryć, po czym pospiesz­nie wyszłam z powro­tem na kory­tarz. Na jego końcu były schody, które opa­dały cia­sną spi­ralą, więc nie widzia­łam, co jest za ich zakrę­tem. Wydaje się to głu­pie, bać się zejść po scho­dach, ale byłam prze­ra­żona. Już chcia­łam wró­cić do mojego pokoju. W końcu jed­nak zaczę­łam powoli scho­dzić, przy­trzy­mu­jąc się jedną ręką gład­kiej kamien­nej ściany, sta­jąc na każ­dym stop­niu i nasłu­chu­jąc, zanim zeszłam na następny.

Kiedy w ten spo­sób minę­łam pierw­szy zakręt i nic na mnie nie sko­czyło, poczu­łam się jak idiotka i zaczę­łam scho­dzić szyb­ciej. Potem jed­nak minę­łam kolejny zakręt i jesz­cze jeden, a tam na­dal nie było pode­stu i znów zaczę­łam się bać, że te schody są zacza­ro­wane i będę tak szła całe wieki, aż… no cóż. Szłam coraz szyb­ciej, aż prze­sko­czy­łam trzy stop­nie, wylą­do­wa­łam na pode­ście i wpa­dłam pro­sto na Smoka.

Byłam chuda, ale mój ojciec był naj­wyż­szym męż­czy­zną w wio­sce, a ja się­ga­łam mu do ramie­nia, Smok zaś nie był duży. O mało razem nie sto­czy­li­śmy się ze scho­dów. Jedną ręką bły­ska­wicz­nie zła­pał poręcz, a drugą moje ramię i jakoś zdo­łał uchro­nić nas przed upad­kiem. Uwie­si­łam się na nim, chwy­ta­jąc za okry­cie i patrząc z bli­ska w jego zdzi­wioną twarz. Przez moment był zbyt zdu­miony, żeby trzeźwo myśleć, i wyglą­dał jak zwy­kły czło­wiek zasko­czony zde­rze­niem z drugą osobą, z tro­chę głu­pawą miną, z roz­chy­lo­nymi ustami i wytrzesz­czo­nymi oczami.

Ja byłam tak zasko­czona, że znie­ru­cho­mia­łam i tylko gapi­łam się na niego bez­rad­nie. Szybko doszedł do sie­bie, ze zło­ścią szorstko ode­rwał mnie od sie­bie, sta­wia­jąc na nogi. Wtedy uświa­do­mi­łam sobie, co zro­bi­łam.

– Szu­kam kuchni! – wypa­li­łam w panice, zanim zdą­żył coś powie­dzieć.

– Naprawdę? – wyce­dził.

Jego twarz nie była już łagodna, ale stę­żała i gniewna, i nie puścił mojego ramie­nia. Jego uścisk był mocny, bole­sny; czu­łam jego cie­pło przez rękaw koszuli. Szarp­nię­ciem przy­cią­gnął mnie – myślę, że chciał groź­nie się nade mną pochy­lić, a ponie­waż nie zdo­łał, roz­gnie­wał się jesz­cze bar­dziej. Gdy­bym miała czas pomy­śleć, odchy­li­ła­bym się i sku­liła, ale byłam zbyt zmę­czona i prze­stra­szona. Tak więc jego twarz zna­la­zła się tuż przy mojej, tak bli­sko, że czu­łam jego oddech na war­gach i tyleż poczu­łam, co usły­sza­łam, jego zimny zja­dliwy szept:

– Może lepiej cię tam zapro­wa­dzę.

– Mogę… mogę… – pró­bo­wa­łam powie­dzieć, drżąc i usi­łu­jąc się odsu­nąć.

Odwró­cił się na pię­cie i pocią­gnął mnie za sobą po scho­dach. Krę­ci­li­śmy się w kółko i dopiero po pię­ciu takich skrę­tach dotar­li­śmy do następ­nego pode­stu, a potem zato­czy­li­śmy jesz­cze trzy i robiło się coraz ciem­niej, zanim w końcu wypro­wa­dził mnie na par­ter wieży, do dużej i pustej kom­naty o kamien­nych ścia­nach i z ogrom­nym komin­kiem w kształ­cie obró­co­nych w dół ust, peł­nym sza­leń­czo tań­czą­cych pło­mieni.

Powlókł mnie ku niemu i z prze­ra­że­niem poję­łam, że zamie­rza mnie tam wrzu­cić. Był silny, o wiele sil­niej­szy, niż na to wyglą­dał, i bez trudu cią­gnął mnie za sobą po scho­dach. Nie zamie­rzałam mu jed­nak pozwo­lić na to, żeby wrzu­cił mnie w ogień. Nie byłam cichą i wychu­chaną panienką; przez całe życie bie­ga­łam po lesie, wspi­na­łam się na drzewa i prze­dzie­ra­łam przez chasz­cze, a strach dodał mi sił. Kiedy zacią­gnął mnie bli­żej, wrza­snę­łam, a potem zaczę­łam się wić, szar­pać go i dra­pać, tak że tym razem naprawdę go prze­wró­ci­łam.

Upa­dłam razem z nim. Oboje ude­rzy­li­śmy gło­wami o posadzkę i przez moment leże­li­śmy nie­ru­chomo, zaplą­tani. Pło­mie­nie ska­kały i trza­skały obok nas, i gdy tro­chę ochło­nę­łam, zauwa­ży­łam w ścia­nie przy kominku żela­zne drzwiczki pie­kar­nika, obok nich rożen do pie­cze­nia, a nad nimi sze­roką półkę z garn­kami. To była tylko kuch­nia.

– Jesteś wariatką? – zapy­tał mnie po chwili nie­mal z zacie­ka­wie­niem.

– Myśla­łam, że zamie­rzasz wrzu­cić mnie do pieca – powie­dzia­łam, wciąż oszo­ło­miona, a potem zaczę­łam się śmiać.

To wła­ści­wie nie był śmiech, bo byłam bli­ska histe­rii, wymę­czona i głodna, z kost­kami i kola­nami posi­nia­czo­nymi na scho­dach, a głowa bolała mnie tak, jak­bym miała pęk­niętą czaszkę, ale nie mogłam się powstrzy­mać.

On jed­nak tego nie wie­dział. Wie­dział tylko, że jakaś głu­pia wiej­ska dzie­wu­cha, którą wybrał, śmieje się z niego. Smoka, naj­więk­szego cza­ro­dzieja w kró­le­stwie, jej pana i władcy. Nie sądzę, żeby ktoś śmiał się z niego w ciągu ostat­nich stu lat. Pod­niósł się, odry­wa­jąc swoje nogi od moich, a potem spoj­rzał na mnie, zje­żony jak kot. Ja roze­śmia­łam się jesz­cze gło­śniej, a wtedy gwał­tow­nie się odwró­cił i odszedł, zosta­wia­jąc mnie na posadzce, jakby nie miał poję­cia, co ze mną zro­bić.

Kiedy sobie poszedł, powoli prze­sta­łam chi­cho­tać i poczu­łam się nieco mniej odrę­twiała i prze­stra­szona. W końcu nie wrzu­cił mnie do pieca ani nawet nie spo­licz­ko­wał. Wsta­łam i rozej­rza­łam się wokół: trudno było coś zoba­czyć, ponie­waż ogień pło­nął tak jasno i nie było innego źró­dła świa­tła, ale kiedy sta­nę­łam ple­cami do kominka, zaczę­łam dostrze­gać szcze­góły. To wiel­kie pomiesz­cze­nie jed­nak było podzie­lone na wnęki i czę­ści niskimi ścian­kami oraz sto­ja­kami peł­nymi błysz­czą­cych szkla­nych bute­lek – zapewne z winem. Mój wujek przy­niósł kie­dyś butelkę do domu mojej babki, na święta.

Wszę­dzie były zapasy: beczki z jabł­kami zapa­ko­wa­nymi w siano, worki z ziem­nia­kami, mar­chewką i paster­na­kiem, dłu­gie wianki cebuli. Na stole pośrodku sali zna­la­złam książkę obok nie­za­pa­lo­nej świeczki, kała­ma­rza i gęsiego pióra, a kiedy ją otwo­rzy­łam, odkry­łam, że to księga inwen­ta­rzowa ze spi­sem wszyst­kich zapa­sów, pro­wa­dzona zde­cy­do­wa­nym cha­rak­te­rem pisma. Na dole pierw­szej strony była notatka napi­sana bar­dzo małymi liter­kami; kiedy zapa­li­łam świeczkę, nachy­li­łam się i wytę­ży­łam wzrok, led­wie zdo­ła­łam ją odczy­tać.

Śnia­da­nie o ósmej, obiad o pierw­szej, kola­cja o siód­mej. Zostaw posi­łek na stole w biblio­tece, pięć minut wcze­śniej, a nie będziesz musiała go widzieć – nie trzeba mi było wyja­śniać kogo – przez cały dzień. Odwagi!

Bez­cenna rada, a ten dopi­sek „Odwagi!” był jak dotyk przy­ja­ciel­skiej dłoni. Przy­ci­snę­łam książkę do piersi, czu­jąc się mniej osa­mot­niona niż wcze­śniej. Wyglą­dało na to, że zbliża się połu­dnie, a Smok nic nie zjadł w naszej wio­sce, więc zabra­łam się do przy­go­to­wy­wa­nia obiadu. Nie byłam dobrą kucharką, ale matka dopil­no­wała, żebym umiała przy­go­to­wać zno­śny posi­łek, i robi­łam to przy wszyst­kich rodzin­nych oka­zjach, więc potra­fi­łam odróż­nić świeże od zepsu­tego i doj­rzałe owoce od kwa­śnych. Ni­gdy nie mia­łam aż tylu pro­duk­tów do dys­po­zy­cji; były tu nawet szu­flady z przy­pra­wami pach­ną­cymi jak świą­teczne cia­sto oraz beczka pełna drob­nej sza­rej soli.

Na końcu pomiesz­cze­nia było dziw­nie zimne miej­sce, gdzie zna­la­złam zawie­szone mięso, całą sarnę i dwa duże zające, oraz wyło­żoną sia­nem skrzynkę z jaj­kami. Obok pieca leżał świeżo upie­czony boche­nek chleba zawi­nięty w lnianą ser­wetę, a obok niego odkry­łam gar­nek z potrawką z kró­lika z kaszą gry­czaną i zie­lo­nym grosz­kiem. Skosz­to­wa­łam: potrawa była godna dzi­siej­szej bie­siady, słona, a zara­zem słodka, roz­pły­wa­jąca się w ustach. Następny pre­zent od ano­ni­mo­wej autorki notatki w książce.

Nie umia­łam goto­wać takich przy­sma­ków i prze­ra­żała mnie myśl, że Smok będzie tego ocze­ki­wał. Pomimo to cie­szy­łam się, że mam tę przy­go­to­waną potrawkę. Odsta­wi­łam ją z powro­tem na półkę nad komin­kiem, żeby ją pod­grzać – przy czym ochla­pa­łam sobie sukienkę – wło­ży­łam do pie­kar­nika gar­nek z dwoma jaj­kami, a potem zna­la­złam tacę, głę­boki i płytki talerz oraz łyżkę. Kiedy potrawka była gotowa, posta­wi­łam ją na tacy i odkro­iłam kawa­łek chleba – musia­łam to zro­bić, ponie­waż urwa­łam piętkę i zja­dłam, cze­ka­jąc, aż gulasz się pod­grzeje – a obok posta­wi­łam masło. Nawet upie­kłam jabłko z cyna­mo­nem; matka nauczyła mnie to robić na nie­dzielne obiady w zimie, a ponie­waż tutaj było tyle pie­kar­ni­ków, mogłam pod­grze­wać w innym potrawkę. Kiedy wszystko już było usta­wione na tacy, poczu­łam się dumna z sie­bie: to wyglą­dało jak waka­cyjna uczta, cho­ciaż nieco dziwna i tylko dla jed­nej osoby.

Ostroż­nie zaczę­łam nieść to po scho­dach, ale za późno uświa­do­mi­łam sobie, że nie wiem, gdzie jest biblio­teka. Gdy­bym zasta­no­wiła się chwilę, może wpa­dła­bym na to, że nie będzie się znaj­do­wała na naj­niż­szej kon­dy­gna­cji, i istot­nie jej tam nie było, ale odkry­łam to, dopiero prze­szedł­szy z tacą przez ogromną owalną salę z zasło­nię­tymi oknami i wiel­kim, podob­nym do tronu fote­lem na końcu. Na samym końcu sali były następne drzwi i kiedy je otwo­rzy­łam, zoba­czy­łam tylko sień oraz wielką bramę wieży, trzy­krot­nie wyż­szą ode mnie i zary­glo­waną grubą drew­nianą belką w żela­znych obej­mach.

Zawró­ci­łam i poszłam z powro­tem przez salę do scho­dów, weszłam na następne pię­tro i zna­la­złam tam mar­mu­rową posadzkę nakrytą mięk­kim jak futro mate­ria­łem. Ni­gdy wcze­śniej nie widzia­łam dywanu. Dla­tego nie sły­sza­łam kro­ków Smoka. Z lękiem prze­kra­dłam się przez tę salę i uchy­li­łam pierw­sze drzwi. Pospiesz­nie cof­nę­łam się: w tej kom­na­cie było mnó­stwo dłu­gich sto­łów, dziw­nych butli, bul­go­czą­cych wywa­rów oraz przedziw­nych kolo­ro­wych pło­mieni, które nie buchały z pale­ni­ska; nie chcia­łam spę­dzić tu ani chwili dłu­żej. Pomimo to zdą­ży­łam zacze­pić suk­nią o drzwi i roze­drzeć ją.

W końcu za następ­nymi drzwiami po dru­giej stro­nie sali natknę­łam się na pokój pełen ksią­żek; drew­niane półki wzno­szące się od pod­łogi po sufit były nimi zapchane. W pomiesz­cze­niu uno­sił się zapach kurzu, a nie­liczne wąskie okienka wpusz­czały nie­wiele świa­tła. Tak się ucie­szy­łam, że zna­la­złam biblio­tekę, że w pierw­szej chwili nie zauwa­ży­łam, że Smok tam jest; sie­dział w masyw­nym fotelu z jakąś księgą roz­ło­żoną na pul­pi­cie, który trzy­mał na kola­nach, tak wielką, że każda kartka miała sze­ro­kość mojego przed­ra­mie­nia, a z jej otwar­tej okładki zwi­sała wielka złota kłódka.

Zasty­głam, patrząc na niego, i poczu­łam się tak, jakby autorka rady mnie zdra­dziła. Nie wie­dzieć czemu zało­ży­łam, że Smok będzie uprzej­mie trzy­mał się ode mnie z daleka, dopóki nie zosta­wię mu posiłku. Nie pod­niósł głowy, żeby na mnie spoj­rzeć, ale zamiast spo­koj­nie podejść z tacą do stołu na środku pokoju, posta­wić ją tam i uciec, powie­dzia­łam w progu:

– Przy…przy­nio­słam obiad.

Nie chcia­łam odcho­dzić, dopóki mi nie każe.

– Naprawdę? – spy­tał zja­dli­wie. – Nie wpa­dłaś po dro­dze w jakieś bagno? Jestem zdu­miony. – Dopiero wtedy spoj­rzał na mnie i zmarsz­czył brwi. – A może jed­nak wpa­dłaś?

Popa­trzy­łam na sie­bie. Na spód­nicy mia­łam wielką plamę wymio­cin, którą w kuchni wytar­łam, jak mogłam naj­le­piej, ale wcale nie zeszła – i drugą w miej­scu, w które wytar­łam nos. Były też trzy czy cztery zacieki po potrawce oraz mokre ślady powstałe pod­czas wycie­ra­nia naczyń. Rąbek ubło­ci­łam jesz­cze rano, a kilka dziur wydar­łam, nawet tego nie zauwa­ża­jąc. Matka rano roz­cze­sała mi włosy, zaplo­tła je w war­kocz i upięła, ale pra­wie zsu­nął mi się z głowy i zmie­nił w wielki splą­tany węzeł zwi­sa­jący pra­wie na kark.

Nie zauwa­ży­łam tego, gdyż nie było to dla mnie niczym nie­zwy­kłym, jeśli nie liczyć tego, że pod tym wszyst­kim mia­łam ładną sukienkę.

– Ja… goto­wa­łam i czy­ści­łam… – pró­bo­wa­łam wyja­śnić.

– Naj­brud­niej­sza w tej wieży jesteś ty – powie­dział, słusz­nie, ale nie­uprzej­mie.

Zaczer­wie­ni­łam się i ze spusz­czoną głową pode­szłam do stołu. Roz­sta­wi­łam naczy­nia, popa­trzy­łam na nie i nagle z przy­gnę­bie­niem uświa­do­mi­łam sobie, że pod­czas mojej dłu­giej wędrówki wszystko wysty­gło, poza masłem, które zmie­niło się w masel­nicy w papkę. Nawet moje ład­nie upie­czone jabłko stward­niało.

Gapi­łam się na to stro­piona, nie wie­dząc, co robić; zabrać wszystko z powro­tem na dół? A może nie prze­szka­dza mu to, że wszystko wysty­gło? Odwró­ci­łam się, żeby na niego spoj­rzeć, i o mało nie wrza­snę­łam – stał tuż za mną, patrząc mi przez ramię na jedze­nie.

– Teraz rozu­miem, dla­czego się bałaś, że mogę cię upiec – powie­dział, nachy­la­jąc się, żeby nabrać łyżkę potrawki. Przedarł się przez war­stwę zasty­głego tłusz­czu na powierzchni i zre­zy­gno­wał. – Była­byś lep­szym daniem niż to.

– Nie jestem wspa­niałą kucharką, ale… – zaczę­łam, chcąc wyja­śnić, że nie jestem taka okropna, tylko nie wie­dzia­łam, gdzie jest biblio­teka, ale prych­nął, prze­ry­wa­jąc mi.

– Czy coś w ogóle umiesz robić? – spy­tał drwiąco.

Gdyby nauczono mnie lepiej słu­żyć, gdy­bym przy­pusz­czała, że mogę być wybrana, i lepiej się przy­go­to­wała na taką ewen­tu­al­ność, gdy­bym nie była taka przy­gnę­biona i zmę­czona, a wcze­śniej tro­chę dumna z sie­bie w kuchni, gdyby nie wyśmie­wał mojej podar­tej sukni zło­śli­wie zamiast czule, jak robili to wszy­scy, któ­rzy mnie kochali – gdyby nie to i gdy­bym nie wpa­dła na niego na scho­dach i nie odkryła, że jed­nak nie zamie­rza wrzu­cić mnie w ogień, zapewne tylko zaczer­wie­ni­ła­bym się i ucie­kła.

Zamiast tego gniew­nie rzu­ci­łam tacę na stół i zawo­ła­łam:

– Zatem dla­czego mnie wzią­łeś? Dla­czego nie wybra­łeś Kasi?

Zaraz jak to powie­dzia­łam, ugry­złam się w język, zawsty­dzona i prze­ra­żona. Już mia­łam otwo­rzyć usta i pospiesz­nie odwo­łać te słowa, powie­dzieć mu, że prze­pra­szam, że nie chcia­łam tak powie­dzieć, wcale nie uwa­żam, że powi­nien był zamiast mnie wziąć Kasię, że pójdę i przy­go­tuję mu drugą tacę…

– Kogo? – zapy­tał ze znie­cier­pli­wie­niem.

Roz­dzia­wi­łam usta.

– Kasi! – powie­dzia­łam. On tylko popa­trzył na mnie, jak­bym dała mu kolejny dowód mojego zidio­ce­nia, i zbita z tropu zapo­mnia­łam o moich szla­chet­nych inten­cjach. – Mia­łeś zabrać ją! Ona… ona jest mądra, odważna, wspa­niale gotuje i…

Z każdą chwilą był bar­dziej zagnie­wany.

– Tak – rzu­cił, prze­ry­wa­jąc mi. – Przy­po­mi­nam sobie tę dziew­czynę. Nie miała koń­skiej twa­rzy, nie była nie­chlujna i zapewne nie wrzesz­cza­łaby na mnie teraz. Dość tego. Wy, wiej­skie dziew­czyny, wszyst­kie z początku jeste­ście bar­dziej lub mniej męczące, ale ty sta­no­wisz naprawdę nad­zwy­czajny przy­kład nie­udol­no­ści.

– Zatem nie musisz mnie tu trzy­mać! – wypa­li­łam, zła i zra­niona, bo ta uwaga o koń­skiej twa­rzy mnie ubo­dła.

– Ku mojemu ogrom­nemu ubo­le­wa­niu – rzekł – tu się mylisz.

Zła­pał mnie za prze­gub i okrę­cił, po czym sta­nął tuż za mną i wycią­gnął moją rękę nad roz­ło­żo­nym na stole jedze­niem.

– Lirin­ta­lem – powie­dział, a to obce słowo gładko wypły­nęło z jego ust i gło­śno zadźwię­czało w moich uszach. – Powtórz za mną.

– Co? – powie­dzia­łam.

Ni­gdy nie sły­sza­łam tego słowa. On jed­nak przy­ci­snął mnie moc­niej, przy­ło­żył wargi do mojego ucha i szep­nął groź­nie:

– Mów!

Zadrża­łam i pra­gnąc tylko tego, żeby mnie puścił, powtó­rzy­łam za nim, gdy on wciąż trzy­mał moją rękę nad jedze­niem.

– Lirin­ta­lem.

Powie­trze nad sto­łem zafa­lo­wało, okropny widok, jakby cały świat był sta­wem, do któ­rego może wrzu­cać kamyki. Kiedy się uspo­ko­iło, jedze­nie zupeł­nie się zmie­niło. W miej­scu jajek na twardo poja­wił się pie­czony kur­czak, zamiast potrawki z kró­lika sterta mło­dej wio­sen­nej fasolki, cho­ciaż sezon na nią skoń­czył się sie­dem mie­sięcy temu, a zamiast pie­czo­nego jabłka był pla­cek z cien­kimi jak papier pla­ster­kami jabłka, nadzie­wany rodzyn­kami i gla­zu­ro­wany mio­dem.

Puścił mnie. Zato­czy­łam się, pozba­wiona opar­cia, i zła­pa­łam kra­wę­dzi stołu, bez tchu, jakby ktoś usiadł mi na klatce pier­sio­wej; czu­łam się jak wyci­śnięta cytryna. Gwiazdy zawi­ro­wały mi w oczach i pochy­li­łam się, na pół omdlała. Led­wie widzia­łam, jak spo­gląda na tacę z dziw­nym gry­ma­sem na twa­rzy, jakby jed­no­cze­śnie zasko­czony i roz­gnie­wany.

– Co mi zro­bi­łeś? – wyszep­ta­łam, kiedy znów zła­pa­łam oddech.

– Prze­stań jęczeć – zbył mnie. – To zwy­kły urok, nic wię­cej. – Jeśli naprawdę był zdzi­wiony, to już mu prze­szło; mach­nię­ciem ręki wska­zał mi drzwi, sia­da­jąc przy stole do obiadu. – No dobrze, wynoś się. Widzę, że będziesz mar­no­wać ogromną ilość mojego czasu, ale na dziś mam już tego dość.

W końcu chęt­nie go posłu­cha­łam. Nie pró­bo­wa­łam zabrać tacy, tylko powoli wymknę­łam się z biblio­teki, przy­ci­ska­jąc rękę do piersi. Nogi wciąż się pode mną ugi­nały. Potrze­bo­wa­łam pra­wie pół godziny, żeby wejść po tych wszyst­kich scho­dach na sam szczyt wieży, a potem poszłam do tego poko­iku, zamknę­łam drzwi, zasta­wi­łam je komodą i upa­dłam na łóżko. Jeśli Smok pró­bo­wał otwo­rzyć drzwi, kiedy spa­łam, ja nic nie sły­sza­łam.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Tytuł ory­gi­nału: Upro­oted

Copy­ri­ght © 2015 by Teme­ra­ire LLC

All rights rese­rved inc­lu­ding the right of repro­duc­tion in whole or in part in any form.

This edi­tion publi­shed by arran­ge­ment with Del Rey, an imprint of Ran­dom House, a divi­sion of Pen­guin Ran­dom House LLC

All rights rese­rved

Copy­ri­ght © for the Polish e-book edi­tion by REBIS Publi­shing House Ltd., Poznań 2015, 2022

Infor­ma­cja o zabez­pie­cze­niach

W celu ochrony autor­skich praw mająt­ko­wych przed praw­nie nie­do­zwo­lo­nym utrwa­la­niem, zwie­lo­krot­nia­niem i roz­po­wszech­nia­niem każdy egzem­plarz książki został cyfrowo zabez­pie­czony. Usu­wa­nie lub zmiana zabez­pie­czeń sta­nowi naru­sze­nie prawa.

Redak­tor: Krzysz­tof Tro­piło

Pro­jekt okładki: David G. Ste­ven­son

Ilu­stra­cja na okładce

© Scott McKo­wen

Opra­co­wa­nie gra­ficzne pol­skiej wer­sji okładki: Jacek Pie­trzyń­ski

Wyda­nie II e-book (opra­co­wane na pod­sta­wie wyda­nia książ­ko­wego: Wybrana, wyd. I, dodruk, Poznań 2015)

ISBN 978-83-7818-930-5

Dom Wydaw­ni­czy REBIS Sp. z o.o.

ul. Żmi­grodzka 41/49, 60-171 Poznań

tel. 61 867 81 40, 61 867 47 08

e-mail: [email protected]

www.rebis.com.pl

Kon­wer­sję do wer­sji elek­tro­nicz­nej wyko­nano w sys­te­mie Zecer