Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
10 osób interesuje się tą książką
Śmierć to dopiero początek…
Edynburg, Szkocja, 1828 rok. Naiwny, lecz zdeterminowany James Willoughby porzucił luksusowe, bezpieczne życie w Oksfordzie, by spełnić marzenie o studiowaniu chirurgii w Edynburgu. Ten miejski uniwersytet, będący istnym symbolem odkryć medycznych w epoce Nowego Oświecenia, oferuje Jamesowi wszystko, czego pragnie – z wyjątkiem możliwości pracy na ludzkich zwłokach.
Aby to zrobić, musi zapisać się do jednej z prywatnych szkół na Surgeon’s Square, za cenę, na którą go nie stać. W desperacji zawiera układ z Aneurinem „Nye” MacKinnonem, przystojnym młodzieńcem z artystycznym zmysłem do anatomii i bezgraniczną pasją do wiedzy. Nye obiecuje pomóc mu zdobyć upragnione doświadczenie chirurgiczne – ale James szybko zdaje sobie sprawę, że zawarł pakt z diabłem… Nye jest złodziejem zwłok. A James nieświadomie stał się jego wspólnikiem. Uzależniony od Nye'a i jego szlachetnej misji, James szybko wkracza w szeregi podziemnych Zmartwychwstańców – złodziei zwłok, znanych z kradzieży świeżych zwłok z cmentarzy, wykorzystywanych jako preparaty anatomiczne.
Zanim się obejrzy, James zostaje wciągnięty w intrygę na śmierć i życie, w której rywalizujące gangi złodziei toczą ze sobą makabryczny wyścig o władzę i prestiż…
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 368
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Jeśli wierzyć opowieściom mojej matki, mój ojciec zmarł przedwcześnie ze wstydu, którym się okrył ze względu na moją decyzję o porzuceniu studiów w Oksfordzie. Według jej narracji to właśnie mój lekkomyślny akt buntu, a nie jego picie, zamiłowanie do hazardu i długi, ostatecznie wpędził go do grobu.
Być może więc lepiej, że nie dożył chwili, gdy pół roku później o mały włos uniknąłem aresztowania za przemycanie nagiego trupa w taczce na Chambers Street tuż przed północą. Jednakże wolałbym nie wybiegać zbyt daleko naprzód. Chciałem powiedzieć, że wstyd, który rzekomo przyniosłem ojcu, doprowadził go do śmierci z upokorzenia, czyniąc mnie wyłącznie winnym, jeśli chodzi o wydarzenia, które rozegrały się po jego odejściu.
Gwoli sprawiedliwości trzeba przyznać, że ojciec nigdy nie miał wobec mnie wysokich oczekiwań, więc fakt, że zdołałem go tak dogłębnie rozczarować, był w istocie niemałym osiągnięciem. Jako trzeciemu synowi skromnie uposażonej rodziny od wczesnych lat wbijano mi do głowy, że będę musiał zapewnić sobie środki do życia, i to nie byle jakie, lecz stosowne do pozycji, jaką powinien zajmować mężczyzna mojego stanu. Kiedy byłem mały, ojciec zakładał, że pójdę w ślady wuja i wybiorę karierę wojskową, ale szybko stało się jasne, że ani zdolności przywódcze, ani odwaga nie należą do moich najmocniejszych stron. Zajmowałem się wyłącznie zajęciami odpowiednimi dla osób o znacznie łagodniejszym charakterze. Wszyscy pamiętają, że stroniłem od ryzykownych wyczynów moich braci i dzikich harców po terenie rodzinnej posiadłości, by ukrywać się w bibliotece z książką, bardziej zadowolony z towarzystwa słów niż rodzeństwa. Co więcej, moja drobna postura sprawiała, że nieustannie doznawałem upokorzeń we współzawodnictwie sportowym, które uznałem za sprzeczne z moją naturą i którego unikałem, kiedy tylko się dało, ku rozczarowaniu ojca.
W związku z powyższym zdecydowano, że powinienem zostać duchownym. Karierę w Kościele uznawano za jedną z najlepszych szans na to, by nieposiadający majątku dżentelmen mógł się wybić w społeczeństwie. Poczyniono przygotowania do mojego wyjazdu do Oksfordu, gdzie miałem zdobyć dyplom, jednocześnie torując sobie drogę do jednej z niepoślednich parafii. Ojciec nakazał mi to swoim nieomylnym, monotonnym głosem znad mahoniowego blatu biurka trzy dni przed moim wyjazdem na uniwersytet latem 1828 roku. Przedstawił mi także szczegółowe zestawienie moich tygodniowych zasobów finansowych oraz listę nazwisk i tytułów rówieśników odpowiedniego stanu, z którymi, według ojcowskiego polecenia, powinienem się zadawać.
Niedługo później zrozumiałem, że nie jestem stworzony do życia w strukturach kościelnych. Choć nie nadawałem się na przywódcę, było oczywiste, że jestem jeszcze gorszym podwładnym i wyznawcą. Zarówno monotonię codzienności duchowieństwa, jak i tradycję Kościoła uważałem za wyjątkowo odpychające. Klasyka mnie nudziła, retoryka wprawiała w zakłopotanie, a nieliczne wykłady z teologii, na które uczęszczałem, nie wzbudzały we mnie zachwytu. Uświadomiłem sobie, że tak samo, jak nie potrafiłem chwycić za broń i dowodzić batalionem, nie mogłem też zajmować się legendami i mitami. Manewry wojskowe i dylematy kościelne bladły w porównaniu z pasją, którą czułem, czytając o biologii. Zaczęło do mnie nieodparcie docierać, że w głębi duszy jestem człowiekiem Nauki.
I to nie byle jakiej nauki, lecz nauki o samym człowieku, jego ciele, ścięgnach i kościach, humorach i krwi. Esencja życia, czyli organy, dzięki którym istniejemy, zdawała mi się prawdziwym cudem! Odkrywać tajemnice istoty ludzkiej znaczyło bezpośrednio przyglądać się arcydziełu Boga, i właśnie to po raz pierwszy rozpaliło we mnie wewnętrzny ogień. Kiedy przerzucałem pełne fascynujących treści strony kolejnych tomów znakomitej uniwersyteckiej kolekcji podręczników anatomii, nie miałem wątpliwości, że moim powołaniem jest zostać lekarzem.
Dla każdego nowoczesnego człowieka oznaczało to nieuchronny wyjazd do Edynburga, wiodącego ośrodka odkryć medycznych, miasta Hume’a i Nowego Oświecenia, miejsca, któremu w dążeniu do naukowego postępu nie dorównywały żadne uczelnie kontynentalne. Jeśli ktoś chciał być prawdziwie współczesnym lekarzem epoki, nie było dyplomu lepszego niż ten z tamtejszego uniwersytetu.
Gdy więc nadciągnął przenikliwy chłód jesieni, ponownie spakowałem kufry, uregulowałem długi i wróciłem do rodzinnego domu, kipiąc zapałem i pękając z dumy, by z całą bezmyślną gwałtownością szalonego młodzieńca oznajmić, że obrałem inną życiową drogę. Ku mojemu rozgoryczeniu zamiary te spotkały się z nieprzejednanym sprzeciwem wszystkich zainteresowanych. Byłem nieustępliwy. Od popołudniowej herbaty aż po kolację moja determinacja była poddawana najsurowszym próbom, ale nie pozwoliłem, by poniosły mnie emocje, z zachowaniem uprzejmości nakazując, by bezwzględne przesłuchanie ustało. Reszta wieczoru upłynęła w przewidywalnie ponurej, przytłaczającej ciszy, podczas gdy ja trwałem niewzruszenie przy swoim.
Tamtej nocy mój ojciec zmarł we śnie. Można więc powiedzieć, że lekko niesprawiedliwe obarczenie mnie winą przez matkę nie było całkiem pozbawione podstaw, choć osobiście uważam, że nie było to najgorsze wyjście z sytuacji. Odczuwam ulgę, myśląc, że ojciec nigdy nie dowiedział się o moich występkach, z których wspomniany już trup w taczce był ledwie najmniejszym. Nie wiedziałem jeszcze, że ten fizyczny kontakt ze śmiercią będzie pierwszym z wielu. Nie zdawałem sobie sprawy, że w tamtej chwili jej bliskość całkowicie mną zawładnęła i popchnęła mnie ku działaniu w sposób, w jaki potrafi to uczynić tylko pierwsze zderzenie ze śmiertelnością.
A jednak muszę podkreślić, że ostatecznie nie jest to opowieść o Śmierci, lecz raczej o Życiu, a nawet o Miłości. To historia tego, jak wyrwałem się ze szponów rozsypującego się dziedzictwa dawnych epok i wkroczyłem w nowoczesną epokę Rozumu i Nauki. To opowieść o tym, jak uciekłem z więzienia archaicznych przesądów ku wolności oświecenia, jak z nawet najbardziej krwawej gleby może wyrosnąć róża, jak z cienia może wyłonić się światło i jak z rozpaczy może narodzić się miłość.
To, drogi czytelniku, jest historia mojego Zmartwychwstania.
Moje przybycie do Edynburga zostało, całkiem stosownie, obwieszczone prawdziwą ulewą. Było mi z tego powodu wstyd, ale przenikliwy chłód bardzo mnie zaskoczył. Tak daleko na północ zapuszczałem się wcześniej tylko dwa razy i oba przypadły na skąpane w słońcu lato. Niestety doświadczenia te wypełniły mój umysł romantycznymi wyobrażeniami o Szkocji, opartymi na mglistych wspomnieniach beztroskich dni spędzonych na nasłonecznionych wrzosowiskach, z umiarkowanymi wiatrami surowych Highlands targającymi włosy, z wrzosem i ostem pod stopami.
Prawdziwy Edynburg nie tylko nie przystawał do miłych wspomnień dzikiej przyrody, lecz także obnażył, że tak naprawdę nie doświadczyłem wcześniej życia miejskiego. W porównaniu z marzycielskimi więziami Oksfordu zbitki osmalonych sadzą cegieł, tworzące poszarpane czarne kąty na tle nieba, jawiły się mojemu wybrednemu oku jako prymitywne, nie mówiąc już o węglowej mazi wyściełającej brukowane ulice. Przybyłem do miasta w pierwszym tygodniu listopada, na samym początku semestru zimowego, i szybko zrozumiałem, że chytre uśmieszki, którymi moi znajomi wymieniali się na wieść o moim zamiarze wyruszenia na Północ o tej porze roku, nie były całkiem bezpodstawne. Jeszcze zanim wyszedłem z powozu, dobrze wiedziałem, że tweedowy płaszcz nie zapewni mi dostatecznej ochrony.
Postanowiłem wynająć pokój z ogłoszenia wywieszonego w holu Królewskiego Towarzystwa Medycznego, które było moim pierwszym przystankiem po przyjeździe. Z pewnością przejęłoby to moją matkę zgrozą, bo w przeciwieństwie do Oksfordu tutejszy uniwersytet nie zapewniał ani tragarzy, ani sprzątaczek, więc sam miałem dbać o swoje lokum. Szczęście jednak zdawało się mi sprzyjać, gdyż na liście widniało wiele wolnych miejsc do wynajęcia, których właściciele zachwalali położenie w okolicy sal wykładowych oraz stałą cenę śniadań i herbaty. Kazałem woźnicy udać się do pierwszego zajazdu z wykazu.
W innych okolicznościach musiałbym określić gospodę Hope & Anchor mianem najzwyczajniej obrzydliwej. Okna były oblepione kilkoma warstwami brudu, klamka niepokojąco śliska w dotyku, wnętrze zaś ciemne i zadymione. Po niekończącej się podróży z Bath, połączonej z dezorientacją obcego w nieznanym mieście i przygnębiająco nieprzyjazną pogodą, wydała się jednak moim zmęczonym oczom najprzytulniejszym i najbardziej uroczym zajazdem, jaki można sobie wyobrazić. Barman był ujmująco szorstki, dokładnie taki, jakim wyobrażałem sobie każdego rodowitego Szkota, a perspektywa życia pośród miejscowej ludności napawała mnie radością. Poprosiłem więc o pokój i niezwłocznie wróciłem do powozu, by czekać na tragarza.
Szybko okazało się jednak, że Hope & Anchor nie świadczy takich usług. Co więcej, woźnica odmówił jakiejkolwiek pomocy poza bezceremonialnym zrzuceniem mojego kufra i torby na przemoczoną deszczem ulicę i oddaleniem się w zapadającą noc. Pożegnał się ze mną zaledwie muśnięciem kapelusza. I tak oto, siłą własnych rąk i z determinacją człowieka przepełnionego nowo zdobytą niezależnością, dokonałem swojego pierwszego oficjalnego wejścia do gospody jako jej mieszkaniec.
Nie było to, prawdę mówiąc, wejście pełne gracji. Nie zdołałem w całości unieść kufra z powodu jego nieporęcznego kształtu, więc ciągnąłem go za sobą, podczas gdy mosiężne ćwieki mocujące spód skrzyni piszczały w proteście na drewnianej podłodze. Uchwyt mojej torby był śliski od deszczu i nie mniej niż trzy razy wypuściłem ją z rąk, torując sobie drogę między gęsto ustawionymi stołami, przy których lustrujący mnie goście pochylali się nad kuflami ciemnego piwa. Miałem wrażenie, że podąża za mną niepokojąca cisza. Postanowiłem ją zignorować i ruszyłem ku wewnętrznym schodom, po czym zacząłem się na nie wspinać.
Cóż, bardziej próbowałem to robić. Jak się okazało, pokonywanie stromych stopni z bagażem w rękach było znacznie trudniejsze, niż myślałem kiedyś, gdy obserwowałem tragarzy przy pracy. Z wielkim wysiłkiem pokonałem połowę drogi, po czym kufer wymknął mi się z rąk. Odwróciłem się z przerażeniem, by patrzeć, jak z łoskotem spada w dół, wydając przy tym ogłuszający, kakofoniczny huk. Mój strach dodatkowo spotęgował fakt, że bagaż wpadł prosto w wyciągnięte ramiona młodego, kędzierzawego nieznajomego, który miał pecha skręcić w klatkę schodową w najmniej dogodnym z możliwych momentów.
Z okrzykiem zaskoczenia zdołał w ostatniej chwili zaprzeć się nogami i zatrzymać kufer zawieszony pod niebezpiecznym kątem i grożący dalszym zsuwaniem się. Patrzyłem, jak napiera na niego nieporęczny ciężar. Muszę jednak zauważyć, że w mgnieniu oka odzyskał panowanie nad sobą. Wyglądał na rozbawionego, gdy rzucił spojrzenie w górę schodów w moją stronę.
– Chyba coś panu upadło? – Na jego wargach błąkał się cień uśmiechu, lecz jego nonszalancki stosunek do faktu, że prawie zszedł z tego świata pod ciężarem staczającego się bagażu, tylko nieznacznie pomógł stłumić rozpalający moje policzki rumieniec upokorzenia.
– Przepraszam, bardzo przepraszam, po stokroć przepraszam. – W pośpiechu znów wypuściłem torbę z rąk, schodząc po schodach, by wyratować młodego mężczyznę z kłopotliwej sytuacji. Poczułem ulgę, ale też trochę się obraziłem, gdy się roześmiał.
– Spokojnie, dam radę. Proszę zostawić torbę na szczycie schodów, a potem wrócić tutaj. Razem wniesiemy tę bestię.
– Och, eee, tak, oczywiście, ma pan rację.
Pospiesznie zastosowałem się do jego polecenia i wkrótce pracowaliśmy w duecie, prowadząc krnąbrną bestię po schodach, co okazało się znacznie łatwiejsze niż manewrowanie nią w pojedynkę. Nieznajomy bez wahania wydawał mi instrukcje, gdy niezgrabnie cofałem się po stopniach, a ja w zamian skrzętnie ukrywałem zakłopotanie wywołane jego ciągłym chichotaniem nad moją niezdarnością.
Na mocy niewypowiedzianej dżentelmeńskiej umowy zdobyliśmy szczyt schodów, po czym wydaliśmy okrzyk triumfu i wykonaliśmy ostatni wysiłek, popychając bestię w kierunku sypialni. Na koniec, wycieńczeni, niezręcznie opadliśmy po obu jej stronach.
Nieznajomy wciąż się uśmiechał, a wysiłek najwyraźniej nie stłumił jego rozbawienia. Jego reakcja okazała się zaraźliwa, więc uśmiechnąłem się w odpowiedzi.
On pierwszy odzyskał oddech.
– A więc wnioskuję, że jest pan nowy w mieście i nie targa pan tego tylko dla rozrywki miejscowych gapiów? – Poklepał kufer z dobroduszną miną.
Odetchnąłem głęboko i wytarłem pot z czoła grzbietem dłoni, tylko po to, by odkryć, że zmieszał się z deszczówką, co nadało mu mało estetyczny, słony połysk.
– Właśnie przyjechałem z Bath. Zaczynam w tym tygodniu szkołę medyczną.
Mój rozmówca uśmiechnął się jeszcze szerzej.
– Pan też? Wspaniale. Jest tu cała grupa chłopaków z nowego rocznika, właśnie pijemy piwo na dole. Powinien pan do nas dołączyć.
Przenosząc pot z ręki na skośny splot moich spodni, pokręciłem smętnie głową.
– Proszę na mnie spojrzeć. Nie mogę się tak pokazać w towarzystwie. Nie jestem odpowiednio ubrany na kolację, nie mówiąc już o…
Ku mojemu zaskoczeniu nieznajomy wybuchnął śmiechem.
– Słuchaj, kolego. Nie wiem, jak to wyglądało w pubach w Bath, ale tutaj zwykle podchodzimy do spraw nieco swobodniej.
Przyjrzałem mu się uważnie, próbując wydedukować jego pochodzenie z kilku szczegółów rozświetlonych skąpym światłem lampy w korytarzu. Mówił z cywilizowanym akcentem, londyńskim albo przynajmniej z tamtych okolic, buty miał porządnie podzelowane, a koszulę starannie skrojoną. Był jednak bez marynarki i kamizelki, krawat miał luźno zawiązany pod szyją, a rękawy podwinięte powyżej nadgarstków. Po miesiącach noszenia obowiązkowych czapek i tog w Oksfordzie jego sposób pojmowania ogłady wydawał mi się niepoważny, a część mnie chciała wątpić w jego pozornie szczere intencje.
A jednak w jego oczach nie było złośliwości, w tonie osądu ani w mowie wahania. Doszedłem do wniosku, że nie miał powodu, aby narażać mnie na większą jeszcze kompromitację niż ta, której doświadczyłem na skutek własnej fizycznej nieporadności i nieudolności przy czymś tak prostym jak dźwiganie własnej torby. W końcu byłem w tym mieście obcy, a moje pochodzenie i tradycje rodzinne nie miały tu żadnego znaczenia. Byłem wreszcie wolny od sztywnych obyczajów, których musiałem się trzymać w domu. Nagle zrozumiałem, że powinienem pozwolić sobie na zasłużony kufel piwa z nowymi towarzyszami.
Skinąwszy krótko głową na znak zgody, wyciągnąłem rękę.
– W takim razie z przyjemnością do was dołączę. James. – Uznałem, że sytuacja nie wymaga używania tytułu.
Uścisnął moją dłoń i, ku mojemu zdumieniu, zerwał się na nogi, pociągając mnie za sobą.
– Charlie. A teraz zanieśmy bestię do twojego pokoju i wracajmy na dół, zanim ominie nas cała zabawa.
Szybko uporaliśmy się z wniesieniem kufra do zaciemnionej izby, której numer odpowiadał temu na moim świeżo zdobytym kluczu. Przyznaję, że nie zadałem sobie trudu, by przyjrzeć się nowemu lokum, bo Charlie najwyraźniej palił się do powrotu do pubowych rozrywek, a ja nie chciałem go dłużej zatrzymywać. Zaledwie chwilę później prowadził mnie z powrotem w zadymiony gwar, z rumieńcem podniecenia na policzkach, który zresztą odbijał się także na moich.
To właśnie tutaj miało się rozpocząć moje nowe życie niezależnego mężczyzny, pełne osobistych odkryć, hałaśliwych barów i świeżo zawartych przyjaźni, poluzowanych krawatów i podwiniętych rękawów, ciemnego piwa i zabrudzonych szklanek oraz lepkich podłóg, wzniosłych idei, przyziemnych plotek i wszystkiego, co się z tym wiąże. Choć to myśl o wspaniałościach związanych z tym, czego można doświadczyć na sali operacyjnej, przywołała mnie na Północ, w tamtej chwili zrozumiałem, że był to tylko podstawowy aspekt tego, co miało mi pokazać życie, które po raz pierwszy było całkowicie moje. Zamierzałem zrobić wszystko, by przeżyć je w pełni.
Zbliżyliśmy się do loży, w której tłoczyło się trzech dżentelmenów w moim wieku. Pochylali się nad jakimś nie do końca rozpoznawalnym przedmiotem leżącym na powierzchni ciemnego dębowego stołu. Najwyższy z nich, z burzą rudych włosów i ubrany w jaskrawozielony płaszcz, szturchał ową rzecz widelcem, podczas gdy pozostali dwaj niemal piszczeli z zachwytu.
– Ej, chłopaki!
Trzy głowy jednocześnie zwróciły się w naszą stronę. Spojrzeli na nas z poczuciem winy, lecz gdy zauważyli, że nadchodzi Charlie, natychmiast wrócili do konspiracyjnej radości.
– Charlie, gdzieś ty był? – zawołał gorączkowo rudowłosy. – Hamish przyniósł ucho!
– Cicho. Chryste, znowu nas przez ciebie wyrzucą – warknął chłopak z ptasim nosem po jego lewej stronie, który przy bliższym spojrzeniu wyglądał na znacznie młodszego od pozostałych, choć ponury wyraz twarzy dodawał mu przedwczesnej dojrzałości.
Rudowłosy dżentelmen, a może raczej chłopak, biorąc pod uwagę jego wyraźnie niedżentelmeńskie zachowanie, przewrócił oczami i kontynuował teatralnym szeptem:
– Nadal ma ślimak.
Z obrzydzeniem zwróciłem się ku Charliemu, który ku mojemu zaskoczeniu wyglądał na zachwyconego tą perspektywą.
– Naprawdę? Trzyma się?
– Owszem.
– Znakomicie. – Przepchnął się do przodu i wyrwał widelec z ręki Rudowłosego, po czym pochylił się nad stołem, by samemu obejrzeć okaz, zostawiając mnie w niezręcznym zawieszeniu. Mojej obecności nie przeoczył Ptasi Nos, który rzucił mi spojrzenie pełne niedowierzania.
– A ty to kto? – Miał tak silny szkocki akcent, że ledwo go rozumiałem.
– Och, to James – mruknął Charlie, nie podnosząc wzroku znad miejsca, w którym dłubał w niepokojącym splocie bladych włóknistych strzępów wystających z ucha. – Dopiero co przyjechał z Bath, zaczyna z nami semestr zimowy w tym tygodniu.
Rudowłosy uniósł brwi.
– Ach, kolejny aspirujący medyk, co?
Bezradnie wzruszyłem ramionami.
– Mam nadzieję.
– Obyś lepiej sobie radził ze skalpelem niż z bagażem – wtrącił Ptasi Nos. Rudowłosy szturchnął go przyjaźnie łokciem. Poczułem, jak na policzki znów wypływa mi rumieniec. Najwyraźniej moje mało dostojne wejście nie umknęło uwadze tych bywalców.
– Nie przejmuj się nim, jest po prostu złośliwy – ciągnął Rudowłosy z uśmiechem. – Jestem Phillip, a to Hamish, nasz człowiek z branży, który przynosi nam różne urocze zabawki.
Przełknąłem niepewnie ślinę.
– Zabawki?
Hamish kokieteryjne wzruszył ramionami i odchylił się na oparcie.
– Różne drobiazgi ze szkoły, w której pracuję. Chcesz pobawić się uchem? Mamy zapasowy widelec. – Uniósł go i z wyraźną sugestią zamachał nim w moją stronę.
– Eee, nie teraz, dziękuję. – Gorączkowo szukałem sensownej wymówki, lecz na szczęście przerwał mi krępy, jasnowłosy mężczyzna siedzący po prawej stronie Hamisha.
– Luke – powiedział pogodnie. – A skoro już stoisz, to wypada, żebyś postawił następną kolejkę.
– Z przyjemnością. – Ucieszony z pretekstu, by się pozbierać, odwróciłem się i ruszyłem w stronę baru po piwo, z głową wirującą od myśli.
A więc to byli owi studenci medycyny, którzy mieli mi towarzyszyć w pogoni za najwyższym poziomem wiedzy, jaki kiedykolwiek osiągnął człowiek. Zgromadzeni wokół obskurnego stolika w pubie, szturchający ludzkie ucho widelcem. Na samą myśl poczułem ucisk w żołądku.
Oczywiście wiedziałem, że w trakcie edukacji medycznej zetknę się z ciałami zmarłych, ale w mojej wyobraźni zawsze odbywało się to w sposób wysoce cywilizowany, w uświęconych murach sali operacyjnej, pod czujnym okiem mistrza sztuki lekarskiej, który z nabożną powagą demonstrował właściwą technikę. Myśl o obcowaniu z odciętą częścią ciała przy piwie w miejscowej spelunie, bez poszanowania jakichkolwiek obyczajów, była dla mnie w najwyższym stopniu odrażająca.
A jednak tak właśnie się stało.
Ci ludzie, na dobre i na złe, mieli stać się moimi towarzyszami. Od dawna wiedziałem, że Uniwersytet w Edynburgu różni się od Oksfordu i Cambridge nie tylko znacznie bardziej zróżnicowanym pochodzeniem studentów, lecz także pragmatyczną filozofią nauczania. Przybyli tu w tym samym celu co ja, by poszerzać wiedzę o ludzkim ciele, by zastąpić uprzedzenia i przesądy prawdziwą wiedzą, by nauczyć się leczyć i uzdrawiać ku dobru ludzkości. To miała być nasza wspólna misja. A ja, jako nowicjusz na rozwijającej się scenie akademickiej, nie miałem prawa wyznaczać granic przyzwoitości w szybko zmieniającym się świecie nauk medycznych.
Z nowo nabytą determinacją ustawiłem kufle na tacy i przecisnąłem się z powrotem do loży, gdzie powitała mnie salwa hałaśliwych okrzyków. Ten prosty gest koleżeństwa dodał mi animuszu. Z westchnieniem ulgi wsunąłem się na wolne miejsce obok Charliego, po czym wznieśliśmy toast za moje przybycie. Spoglądając na ich rozentuzjazmowane twarze, z łatwością zignorowałem odcięte ucho, które stanowiło makabryczne centrum tego wesołego obrazka.
– No więc – zaczął Charlie, stukając do połowy opróżnionym kuflem o blat i zwracając się do mnie – co cię tu sprowadziło, Jamesie?
Upiłem łyk gorzkiego i niemal niepokojąco gęstego piwa, zmusiłem się, by je przełknąć, i przybrałem pozór swobodnej obojętności.
– Chcę zostać lekarzem. Wcześniej studiowałem w Oksfordzie – celowo zignorowałem dość niegrzeczną reakcję w postaci pomruku Hamisha – ale wiedziałem, że jeśli chcę uprawiać medycynę we właściwy sposób, w duchu Nowego Oświecenia, to Edynburg jest jedynym miejscem dla mnie. Więc opuściłem Oksford i oto jestem.
– To wiele wyjaśnia – mruknął Hamish do swojego kufla i mimo całej mojej dobrej woli poczułem, że zaczyna mnie irytować jego upór.
– Co dokładnie masz na myśli?
Hamish wychylił kolejny łyk piwa i otarł usta grzbietem dłoni.
– Nic takiego, mój drogi. Tylko że wydajesz się za wielkim panem jak na te okolice. Nie jesteś z tych, co to, jak by to ująć, potrafią ubrudzić sobie ręce. – Pochylił się i groźnie pstryknął w moją stronę płatek ucha.
– Ej, Hamish, daj spokój, on tylko…
– Nie, Charlie, wszystko w porządku. – Pomimo mojego pochodzenia i głębokiego szacunku dla etykiety nigdy nie należałem do osób, które wycofują się z werbalnej potyczki, i z pewnością nie zamierzałem zacząć dziś, pierwszej nocy mojego nowego życia. – Właściwie to właśnie dlatego opuściłem Oksford. Uczyliśmy się tylko teorii i hipotez, a mnie brakowało działania i wniosków. To była zabawa, a nie praca. Używaliśmy mózgu, ale zapominaliśmy o rękach. Tutaj chciałbym używać i tego, i tego.
– Ach, czyli będziesz też chodził na wykłady z chirurgii? – zapytał z entuzjazmem Luke.
Wykłady z chirurgii? Czy to było coś innego niż szkolenie lekarskie? Powoli zaczęło do mnie docierać, że być może powinienem był lepiej zapoznać się z programem studiów przed przyjazdem.
Było jednak za późno, by się wycofać. Koledzy wpatrywali się we mnie uważnie, a poprawna odpowiedź zdawała się aż nadto oczywista.
– Naturalnie. Wykłady z chirurgii. Jak najbardziej.
– Świetnie – podchwycił Charlie. – A Hamish załatwi nam wejście do jednej z najlepszych prywatnych szkół w mieście.
– Prywatnych szkół? – Byłem kompletnie zdezorientowany. Czy nie mieliśmy się uczyć na uniwersytecie?
Moje zakłopotanie zostało jednak natychmiast zagłuszone przez Hamisha, który machał rękami i cmokał językiem.
– Ach, przykro mi, że muszę was rozczarować, ale u Knoxa już wszystko zajęte na ten semestr. Radźcie sobie sami.
Rozległ się chór jęków, co na szczęście dało mi okazję, by po cichu zadać Charliemu pytanie:
– Co to za Knox? – Z każdą chwilą coraz bardziej niepokoiła mnie własna niewiedza.
Charlie najwyraźniej nie wyczuł delikatności sytuacji i odpowiedział wystarczająco głośno, by wszyscy usłyszeli:
– Doktor Knox prowadzi jedną z prywatnych szkół chirurgicznych w mieście. Hamish pracuje tam jako asystent laboratoryjny i stamtąd bierze te wszystkie urocze ciekawostki. – Machnął od niechcenia w stronę ucha.
– Wybaczcie pytanie, ale czy przypadkiem nie studiujecie na uniwersytecie? Po co wam prywatna szkoła chirurgii, skoro już jesteście zapisani na wszystkie wykłady potrzebne do uzyskania dyplomu?
Wybuchł śmiech, lecz ku mojej uldze nie był ani złośliwy, ani pogardliwy, lecz raczej szczery.
Phillip odezwał się pierwszy.
– Byłeś kiedyś na wykładzie z anatomii? Mam na myśli tutaj, na uniwersytecie.
Pokręciłem głową.
– Nie.
– Cóż, są trochę… bezużyteczne – ciągnął dyplomatycznie. – Stu dwudziestu studentów na sali, wszyscy wyciągają szyje ponad tłumem, żeby w ogóle coś zobaczyć. Jestem teraz na trzecim roku i na terenie uniwersytetu nie zbliżyłem się do ciała bardziej niż na dziewięć metrów.
Zmarszczyłem brwi, bo ta informacja stała w sprzeczności z tym, co dotąd wiedziałem o medycznym kształceniu w Edynburgu. Miasto miało być sercem praktyki chirurgicznej. Jak to możliwe, że student trzeciego roku miał tak ograniczony dostęp do niezbędnych zajęć?
– A więc w prywatnych szkołach jest inaczej? – zapytałem niepewnie.
Hamish prychnął nad kuflem.
– Można tak powiedzieć – mruknął.
Stanowczo go zignorowałem i znów zwróciłem się do Phillipa:
– Inaczej, ale w jaki sposób?
Phillip splótł palce, położył dłonie przed sobą, a jego oczy błysnęły figlarnie.
– Słyszałeś kiedyś o paryskiej metodzie sekcji? – rzucił, a gdy po raz kolejny pokręciłem głową, wyjaśnił: – Chodzi o to, że każdy student anatomii dostaje osobne ciało do preparowania.
To była oszałamiająca myśl.
– Osobne ciało? Dla każdego studenta?
Charlie skinął głową, z oczami rozświetlonymi entuzjazmem.
– Dokładnie tak. Zdobywasz praktyczne doświadczenie z anatomii, sekcji, diagnostyki, zanim pierwszy pacjent stanie na twojej drodze. Tak robi się na kontynencie, a Edynburg jest jedynym miastem na Wyspach, które to podchwyciło. To właśnie czyni je wyjątkowym. To dlatego jest prawdziwą kolebką nauki. To dlatego tu przyjechaliśmy. – Wskazał na kiwające się głowy wokół stołu.
Świat wokół mnie zawirował.
– Więc jak dostaniemy się do prywatnej szkoły?
Hamish znów się wtrącił, tym razem, ku mojej uldze, z dużo mniejszą dozą drwiny.
– U Knoxa już komplet na ten semestr, ale sporo innych szkół organizuje w tym tygodniu dni otwarte dla kandydatów. Słyszałem, że Malstrom chce przyjąć dwudziestu, więc najlepiej spróbować tam. W czwartek jest pokaz.
– Doskonale. – Charlie uniósł w moją stronę brwi. – No to co, Jamesie… Jesteś gotowy ubrudzić te pańskie rączki?
Przez pierwsze dwa tygodnie mojej edynburskiej edukacji nie wydarzyło się nic godnego odnotowania. Na wykładach zdobywałem niezbędną wiedzę, nowi koledzy wykazywali się życzliwością, miejscowi byli ujmujący, a moje lokum w miarę znośne. Choć Hope & Anchor zachwalano jako miejsce zapewniające komfort nieporównywalny z innymi gospodami, okazało się ono wygodne wyłącznie ze względu na bliskość uniwersytetu. Reszta pozostawiała wiele do życzenia. Szybko musiałem przyznać, że mimo zadowolenia z lokalizacji sam pokój był co najmniej niewystarczający – brak ciepłej wody, pościel zużyta ponad wszelką rozsądną miarę, drewniana podłoga lodowata z wyjątkiem małego fragmentu przykrytego wytartym dywanikiem, a na śniadanie suchy chleb, rozgotowane jajka i letnia herbata. Mimo to trzymałem język za zębami i nie komentowałem tego na głos, bo najwyraźniej warunki te uchodziły za godziwe nie tylko w oczach Charliego, lecz także niezliczonych innych studentów, którzy tam mieszkali. Szybko się przekonałem, że nie mogę się wypowiadać na ten temat, jeśli nie chcę słuchać, jak Hamish mamrocze pod nosem słowo „paniczyk” za każdym razem, gdy mnie widzi.
Jedyną obserwacją, na którą odważyłem się publicznie, była reakcja na dość zaskakujący widok z okna pokoju, który zajmowałem. Rankiem po pierwszej nocy spędzonej w pubie obudziłem się i mrugając, spojrzałem przez szybę o nierównej powierzchni, by z przerażeniem ujrzeć cmentarz przykościelny tuż pod moim parapetem.
– Ponuro, co? – Charlie uśmiechnął się do mnie znad popielatego żółtka rozgotowanego jajka, gdy jedliśmy razem śniadanie. – Powstał około tysiąc pięćset sześćdziesiątego roku. Jest tak stary, że musi być nawiedzony. – Puścił do mnie figlarnie oko.
Poczułem się wyraźnie zaniepokojony tą perspektywą.
– Czy… czy widziałeś tam jakieś duchy? – Serce zabiło mi szybciej na samą myśl. Jako człowiek Nauki oczywiście odrzucałem wszelkie nadprzyrodzone i okultystyczne zjawiska, ale w poszarpanych nagrobkach, wznoszących się jak drapieżne zęby spod oszronionej ziemi, było coś wyjątkowo złowieszczego.
– Nie, ja nie – odparł Charlie z ustami pełnymi jajka. – Ale zapytaj Lawrence’a z jedenastki. Jego okno wychodzi na mauzoleum MacKenziech. Przysięga, że widział tam postacie krążące w tę i z powrotem o każdej porze nocy.
Z premedytacją nie wspomniałem o tym Lawrence’owi ani słowem.
Doba miała tylko dwadzieścia cztery godziny, a do przyswojenia, przeczytania, przemyślenia i poznania było tak wiele. Nigdy wcześniej nie byłem bardziej pewien, że podjąłem właściwą decyzję, opuszczając Oksford. Z każdym dniem nabierałem przekonania, że realizuję swoje powołanie, przeznaczenie, przed którym nie mogłem uciec. Owszem, na zajęciach czuliśmy się anonimowi i było tłoczno. Według moich obliczeń na sali bywało czasem ponad stu czterdziestu studentów, ale mieliśmy nieograniczony dostęp do najwybitniejszych umysłów w dziedzinie medycyny i najnowszych czasopism. Był to przywilej w najprawdziwszym znaczeniu tego słowa, ale…
– Niczego się nie dowiecie, dopóki nie zobaczycie prawdziwej sekcji w porządnej szkole – chełpił się Hamish znad swojego kufla w noc poprzedzającą wykład otwarty w galerii Malstroma.
Pozostali słuchali go z uwagą, która od pewnego czasu wywoływała we mnie irytację. Od początku było jasne, że Hamish nie pała do mnie sympatią, a ja odwzajemniałem to uczucie z nawiązką. Był zarozumiały, przemądrzały i puszył się niczym paw, dumny ze swojej pozycji w szkole Knoxa. Dominował nad towarzystwem w sposób, który doprowadzał mnie do wściekłości.
– Nie pijcie dziś za dużo, bo jutro czeka was pokaz niczym z prawdziwego koszmaru. Jestem pewien, że zrobi się wam niedobrze.
Z ust oczarowanych kolegów wyrwały się chichoty podniecenia. Wykorzystałem wszystkie pokłady silnej woli, by nie przewrócić oczami. W końcu już w pierwszym tygodniu w sali wykładowej przyglądaliśmy się sekcji, choć z dość dużej odległości. Wykładowca demonstrował tylko usunięcie kończyny zajętej gangreną, ale przecież to chyba też powinno się liczyć w bilansie naszej drogi ku medycznej dorosłości.
– No, paniczyku. – Hamish zwrócił wzrok w moją stronę. Ze względu na haczykowaty nos przypominał mi do złudzenia wielkiego niezdarnego ptaka drapieżnego. – Widziałeś kiedyś trupa?
Odchrząknąłem i poprawiłem krawat, dyplomatycznie pomijając oczywisty przykład tego, którego widziałem w sali wykładowej zaledwie sześć dni wcześniej, oraz ciała mojego ojca wystawionego w trumnie.
– Niezupełnie, nie, ale w dzieciństwie miałem przywilej towarzyszyć naszemu lekarzowi rodzinnemu w kilku wizytach domowych.
– Widziałeś coś dobrego? – naciskał Hamish ze złośliwym błyskiem w oku.
Upiłem łyk piwa.
– Zależy, co rozumiesz przez dobre. – Oczywiście doskonale wiedziałem, co Hamish miał na myśli, lecz prawda była taka, że moje doświadczenie polegało jedynie na przejażdżce powozem do sąsiedniej posiadłości, w której czekała pani domu cierpiąca na wyniszczające bóle głowy. Szybko jednak stało się dla mnie jasne, że język aluzji i drobne przejaskrawienia służą do budowania prestiżu wśród moich towarzyszy.
Phillip, stojący obok mnie, szturchnął mnie żartobliwie łokciem.
– No wiesz. Widziałeś coś… niepokojącego?
Wszystkie twarze przy stole zwróciły się ku mnie, zastygłe w pełnym napięcia skupieniu, i po raz chyba setny w tamtym tygodniu poczułem się urażony ich osobliwym, a zarazem tak powszechnym zamiłowaniem do makabry. Zapadła wymowna cisza, po czym odparłem z powściągliwością:
– Dobrze wychowany lekarz nie zdradza tajemnic swoich pacjentów.
Wybuchła salwa okrzyków rozczarowania, ktoś zamówił więcej piwa i szybko przeszliśmy do bardziej przyziemnych tematów. Nie potrafiłem jednak pozbyć się wrażenia, że Hamish wciąż mi się przygląda. Pozostali snuli domysły o cudownych okropnościach, jakie miały nas czekać w sanktuarium prywatnego teatru anatomicznego.
Następnego ranka zjedliśmy śniadanie wcześnie, by dotrzeć pod Surgeon’s Square 14 na dobre pół godziny przed planowanym rozpoczęciem pokazu. Ku mojemu zdziwieniu, zastaliśmy tworzącą się kolejkę. Z westchnieniami rezygnacji zajęliśmy miejsca na jej końcu, rzucając nerwowe spojrzenia ku ciężkiemu, szaremu niebu, które groziło kolejną ulewą.
– Myślisz, że uda nam się wejść? – zapytał nerwowo Phillip, szczelniej otulając się płaszczem. Powietrze było bezlitośnie zimne i czułem, że drętwieją mi palce u stóp.
Charlie wykorzystał swój wzrost i wyciągnął szyję, by ocenić sytuację.
– Myślę, że tak. Przed nami tylko dwadzieścia parę osób.
Stłoczyliśmy się, chroniąc się przed zimnem. Dmuchaliśmy w rękawiczki, wsłuchując się we wszechobecne szepty podniecenia.
– Słyszałem, że wczoraj Knox zrobił pełną dekapitację…
– U Malstroma zdarzało się, że jakiś ochotnik trzymał jelita… – Trzech studentów zemdlało już przy samym upuszczaniu krwi… – Portfel ze skóry… – Świeca z tłuszczu…
Zmusiłem się, by zagłuszyć te okrzyki. Nie mogłem pozwolić, by moja łagodna natura wzięła nade mną górę. Nie przybyłem przecież aż do Edynburga po to, by zostać kolejnym twardogłowym lekarzem, zagubionym w gąszczu teorii, podręcznikach i mglistych farmaceutycznych recepturach. Przyjechałem tu dla nauki, dla zachwytu nad nią. Pragnąłem ujrzeć cud ludzkiego ciała na własne oczy.
W tłumie rozległ się podniecony szmer, gdy kolejka zaczęła się poruszać. Zdecydowanie posuwaliśmy się naprzód i wkrótce stanęliśmy przed ciężkimi dębowymi drzwiami. Obok nich stał młody mężczyzna o wychudłej bladej twarzy i dzikiej czuprynie kruczoczarnych włosów, trzymając w rękach drewnianą skrzynkę, którą wyciągnął w naszą stronę.
– Po koronie, chłopcy – mruknął z tak silnym akcentem, że ledwie go zrozumiałem, potrząsając zawartością skrzynki, w której brzęczały monety.
Wrzuciłem do niej wymaganą kwotę, która jak z przykrością zauważyłem, stanowiła niemal połowę mojego tygodniowego uposażenia, i wreszcie przekroczyliśmy próg tej legendarnej świątyni.
Przeszliśmy przez przedsionek do dużego, zaskakująco jasnego pomieszczenia, z wysokimi sufitami i smukłymi oknami wznoszącymi się w łagodnych łukach aż do bogato zdobionych listew gzymsowych. Ściany pomalowano na blady szarawobiały kolor, a dziesiątki lamp rozświetlały przestrzeń. Miejsce to zdawało się uderzająco, wręcz szokująco wesołe. Co zaskakujące, nie wypełniał go zapach chemikaliów, którego obawiałem się najbardziej.
Przy framudze drzwi utworzył się mały ścisk. Podniecenie szybko wyparowało w zderzeniu z rzeczywistością, a moim współtowarzyszom nagle zabrakło śmiałości. Zupełnie nie przystawało to do przechwałek, które słyszałem w kolejce zaledwie kilka minut wcześniej.
– Proszę, proszę wchodzić, śmiało. – Mój wzrok padł na wysokiego, postawnego mężczyznę z długą białą brodą, ubranego w granatową marynarkę w pepitkę znakomitej jakości, który teatralnymi gestami zapraszał nas do środka. Mówił z wyraźnym francuskim akcentem, lecz jego strój i zaraźliwy entuzjazm nie odpowiadały moim dotychczasowym wyobrażeniom o Francuzach. Zdeterminowany, wystąpiłem naprzód z udawaną pewnością siebie, ale to wystarczyło, by zadowolić owego mężczyznę. – Tak, proszę pana, dalej, właśnie tak. Prosto do przodu, nie czas na skromność – ciągnął, puszczając do mnie oko. – Stopy jakby same niosły mnie przed siebie w stronę tego intrygującego człowieka, który patrzył na mnie jak dawno niewidziany wuj. – Właśnie tak, chłopcze. Widzę po twojej twarzy, że jesteś doskonale przygotowany na cuda, które czekają cię tutaj, w tym najświętszym z atelier. – Z tymi słowami objął mnie ramieniem, teatralnie obrócił mnie w miejscu i odsunął cienkie białe prześcieradło, którego do tamtej chwili mój otumaniony umysł nawet nie zarejestrował.
A tam, ledwie stopę przede mną, spoczywało najprawdziwsze ludzkie ciało, wyciągnięte na wielkiej marmurowej płycie.
Świat zdawał się na chwilę stanąć. Na szczęście nie cofnąłem się ani nie zemdlałem. Zamiast tego całe moje jestestwo zesztywniało w pełnym oszołomienia bezruchu, a oczy rozszerzyły się na widok tego, co leżało przede mną.
– Ach, dzielny chłopcze. Odgadłem po twoim spojrzeniu, że jesteś jednym z najśmielszych. To ta dobroć w twojej twarzy, prawda? Niektórzy widzą w niej słabość, ale nie, non, to znak uzdrowiciela, oui, prawdziwego ducha nauki.
Oparłem się pokusie, by odeprzeć komplement. Kiedy byłem dzieckiem, matka opisywała moje blond włosy i jasną karnację jako anielskie każdemu, kto był w zasięgu słuchu, co moi starsi bracia z lubością wykorzystywali, żeby mi ubliżać. Nie pozwoliłem jednak, by przeszłość mnie powstrzymała, wyprostowałem się i przytaknąłem. On uśmiechnął się jeszcze szerzej.
– Podejdź bliżej, miły panie. Wy wszyscy też. Dalej, dalej, nie czas na nieśmiałość.
Poczułem, jak współtowarzysze tłoczą się za moimi plecami. Przepychali się i kłócili, a każdy próbował dostać się jak najbliżej miejsca, w którym miał odbyć się pokaz. Zaryzykowałem szybkie spojrzenie przez ramię tylko po to, by odkryć, że zupełnie straciłem z oczu Luke’a, Phillipa i Charliego. Byłem całkiem sam.
– Bien, bien. – Dwoma szybkimi klaśnięciami mężczyzna o szerokich barkach poprosił zgromadzonych o ciszę. – Witajcie, panowie, w Szkole Chirurgicznej Malstroma. Przed wami wasz nauczyciel i właściciel tego przybytku, doktor Louis Malstrom, à votre service. Dziś zaprezentuję wam, czego możecie się spodziewać, jeśli zdecydujecie się zapisać na mój kurs. Jak zapewne wiecie, uczę według czcigodnej Méthode Parisienne i jeśli wybierzecie moją szkołę, gwarantuję każdemu z was prawdziwy ludzki obiekt, na którym będziecie doskonalić swoje umiejętności.
Wśród zgromadzonych przebiegł szmer ekscytacji.
– A teraz zaczynamy. – Kolejnym klaśnięciem Malstrom wskazał tył sali, skąd nagle wynurzył się wychudzony młody mężczyzna, który wcześniej pobrał od nas opłatę przy drzwiach. Przemaszerował przez rozstępujący się tłum, niosąc tacę z narzędziami, którą złożył obok ciała z nabożnym ukłonem, po czym się wycofał.
– Merci, MacKinnon. No dobrze, zobaczmy. Drogi panie, jak się pan nazywa? – Wpatrywał się prosto we mnie. Poczułem, jak krew napływa mi do twarzy, tworząc gorący rumieniec. Znów znalazłem się w centrum uwagi.
Odchrząknąłem i zebrałem się na odwagę.
– Willoughby, proszę pana. James Willoughby.
– Znakomicie, znakomicie. Panie Willoughby, czy zechciałby pan wyświadczyć mi zaszczyt i pomóc przy dzisiejszym pokazie?
W myślach zwróciłem się do Boga i wszystkiego, co święte, aby plotka o trzymaniu jelit okazała się nieprawdą. Jednocześnie zmusiłem się do spokojnej, zdecydowanej odpowiedzi, godnej człowieka medycyny.
– Z przyjemnością, proszę pana.
– Wspaniale. A teraz proszę podejść bliżej, młodzieńcze, i stanąć po mojej prawej stronie. Doskonale, doskonale, właśnie tak.
Z determinacją nie spojrzałem w dół na ciało rozłożone przede mną. Niefortunnym skutkiem tej decyzji było to, że patrzyłem prosto w tłum zahipnotyzowanych twarzy, co zdecydowanie nie koiło moich nerwów.
– Panie Willoughby, oceniłem po pana postawie, że nie jest pan jednym z tych sprośnych gapiów, którzy przychodzą na moje pokazy z moralnie wątpliwych powodów. Czy mogę uznać, że mam rację?
– T-t-tak, proszę pana. – Ku mojej grozie głos lekko mi zadrżał.
– W takim razie wezmę pana za słowo. – Z rozmachem wyjął z tacy skalpel i wyciągnął go w moją stronę. – Chciałbym, aby wykonał pan nacięcie od dolnego odcinka tętnicy ramiennej, pomiędzy tętnicą promieniową a tylną międzykostną, kończąc na nadgarstku. Zrozumiano?
Przez chwilę mój umysł był tak pusty jak łupkowoszare niebo nad Edynburgiem, a wewnątrz mnie wezbrała fala wywołującego mdłości przerażenia. Twarze w tłumie zdawały się nagle szyderczo na mnie patrzeć, jakby prowokując mnie do przyznania się do niewiedzy.
Ale nie, nie byłem ignorantem. Nie w tej kwestii. Studiowałem układ naczyniowy przedramienia w jednym z nielicznych podręczników medycznych, które znalazłem w bibliotece ojca, odwzorowany w upiornie bladawych czerwieniach i błękitach. Jako dziecko byłem nim zafascynowany, a jako dorosły onieśmielony. Znałem łacinę. Znałem mapę ludzkiego ciała jak własną kieszeń.
Odetchnąłem głęboko i z poważnym skinieniem głowy ująłem trupa za nadgarstek, by obrócić jego przedramię ku górze. Potem powoli, delikatnie przyłożyłem ostrze do zgięcia łokcia i nacisnąłem tak lekko, jak tylko potrafiłem.
To wrażenie było… oszałamiające. Nie potrafiłem opisać tego inaczej. Spodziewałem się, że chirurgia, z jej niezachęcającymi skojarzeniami, będzie trudna, brudna i toporna. Tymczasem ostrze przecięło naskórek jak papier, sunąc w eleganckiej linii, gdy prowadziłem je pomiędzy dwiema równoległymi tętnicami w powolnym, metodycznym ruchu. Pozwoliłem, by mój wzrok na chwilę przesunął się ku nadgarstkowi, mojemu punktowi końcowemu, i nieugięcie skierowałem ku niemu rękę. Ku własnemu zdumieniu palce mi nie drżały.
Dokończyłem nacięcie i uniosłem ostrze, wypuszczając z płuc powietrze, które bezwiednie wstrzymywałem, po czym odwróciłem się w poszukiwaniu aprobaty Malstroma.
Wyglądał na wyraźnie zadowolonego i poczułem, że kąciki moich ust pragną wygiąć się w ledwie uchwytnym, zadowolonym uśmiechu, lecz stłumiłem tę chęć. W końcu przed chwilą przeciąłem ludzkie ciało. Z pewnością dominującym uczuciem w tak poważnym momencie nie powinna być radość.
– Bien, très bien, niezwykle imponujące, panie Willoughby. A teraz, proszę, dwa kolejne nacięcia, prostopadle do pierwszego. Na samej górze i na samym dole.
Ostrożnie opuściłem skalpel na ciało i wykonałem żądane cięcia.
– Parfait. Znakomicie. Muszę zapytać, czy pański ojciec był chirurgiem?
– Nie, doktorze.
– Może weterynarzem?
– Nie.
– Rzeźnikiem?
Wśród widzów rozległ się śmiech.
– Nie, proszę pana.
– Muszę przyznać, że pańska technika wskazuje na naturalny talent. A teraz następny etap. Otwieramy przedramię do obserwacji, odsuwając naskórek.
Tę część wykonał już sam, za co byłem mu ogromnie wdzięczny. Uczucie odurzenia, wywołane faktem, że dokonałem pierwszego samodzielnego nacięcia, szybko słabło, a surowa świadomość, że patrzę na wnętrze ludzkiego ciała, narastała z każdą sekundą, gdy doktor odciągał skórę i przymocowywał ją do deski pod spodem. Wnętrzności lśniły groteskowo w świetle lamp i przez moment myślałem, że zemdleję.
Lecz raz jeszcze Malstrom wyrwał mnie z tego stanu ogłuszającym klaśnięciem tuż przy moim uchu.
– Panie MacKinnon. Wosk, tout de suite, proszę.
Jakby znikąd pojawił się ponownie blady asystent, tym razem ostrożnie niosąc miseczkę z, jak się zdawało, roztopionym czarnym woskiem, kołyszącą się w uchwycie nad płonącą świecą. Pochylił się, by postawić ją na tacy z narzędziami, a jego smukłe palce poruszały się z delikatnością muzyka w migotliwym świetle. Ledwie jednak miska dotknęła powierzchni, zniknął znów, pozostawiając po sobie delikatny zapach wełny i dymu drzewnego.
– A teraz prawdziwa próba, panie Willoughby. – Oczy Malstroma błyszczały zachwytem, a ja słyszałem, jak przełykam ślinę. – Weźmie pan tę strzykawkę i wstrzyknie wosk do tętnicy ramiennej. Będziemy obserwować jego drogę przez tętnice przedramienia, a następnie, przy drugim wstrzyknięciu do żyły odpromieniowej, prześledzimy jego podróż w przeciwnym kierunku. Oui? – Z tymi słowy zanurzył niemal komicznie dużą strzykawkę, która w moim spanikowanym umyśle bardziej przypominała kuchenną gruszkę naszej kucharki niż narzędzie medyczne, w roztopionym wosku, napełnił ją i podał mnie.
Przyjąłem ją bez wahania, czując żar gorącego wosku przez grube szkło. Spojrzałem w dół na odsłonięte ramię i głęboko odetchnąłem, by się uspokoić.
– Szybko, szybko, panie Willoughby. Jeśli wosk ostygnie przed wstrzyknięciem, nie osiągniemy pożądanego rezultatu.
Nie dając sobie ani chwili więcej na wahanie, przebiłem wskazaną tętnicę i wtłoczyłem wosk do środka.
Poczułem, jak z zachwytu zapiera mi dech w piersiach.
Dzięki głębokiej czerni zabarwionego wosku rzeczywiście mogłem zaobserwować drogę płynu przez złożoną sieć kanałów ukrytych pomiędzy kością a ścięgnem. Widziałem, jak spływa w dół przedramienia, mija nadgarstek i wnika w każdy pojedynczy palec. Ilustracje z podręcznika mojego ojca nagle ożyły wraz ze wszystkimi olśniewającymi, oszałamiającymi detalami. Był to cud przekraczający moje najśmielsze wyobrażenia. Nie mogłem uwierzyć, że obserwuję coś tak uświęconego jak wędrówka krwi przez ludzkie ciało, ścieżkę tego nośnika życia.
Zgodnie z poleceniem powtórzyłem proces w żyle i z podwójnym zachwytem śledziłem drogę powrotną płynu od nadgarstka ku górnej części ramienia. Wokół mnie tłum szeptał z podziwem, a niektórzy z widzów z tyłu podskakiwali, byle tylko coś zobaczyć. Jakże byłem szczęśliwy, że to ja trzymam strzykawkę.
– Dziękuję, panie Willoughby. Niezwykle imponujący pokaz, mój chłopcze. Będzie pan prawdziwym atutem dla tej szkoły, jeśli zdecyduje się pan do nas dołączyć. – Z kolejnym promiennym mrugnięciem zabrał mi strzykawkę i klepnął mnie serdecznie po ramieniu. – Ale, panowie, to jeszcze nie koniec. Bo teraz, zanim wosk stwardnieje, nadchodzi prawdziwa chluba dzisiejszego eksperymentu. – Mówiąc to, sięgnął w dół, wsunął palce pod sczerniałe żyły i powoli, delikatnie pociągnął.
Niczym przywołane z głębin niepojętej otchłani zaklęciem potężnego czarnoksiężnika, żyły oddzieliły się od otaczających je tkanek i pozwoliły się wyciągnąć z ciała całe i połączone. Z osobliwym mlaśnięciem ekstrakcja dobiegła końca, a Malstrom ułożył tę misterną sieć na płycie, by wszyscy mogli ją zobaczyć.
– A teraz, panowie, wosk zastygnie i będziemy mieli przed sobą pełną, funkcjonalną rekonstrukcję naczyń przedramienia do dalszych badań dla dobra całej ludzkości.
Zapadła cisza, którą szybko przerwała burza oklasków. Malstrom ukłonił się teatralnie, uśmiechając się i obracając nadgarstkami jak magik po wykonaniu finałowej sztuczki. Tak, to, co zrobił, przypominało akt prawdziwej magii.
– Malheureusement, na dziś to wszystko. Jeśli chcecie zapisać się na ten semestr, pan MacKinnon przyjmie was w moim biurze. Możecie się tam zarejestrować i opłacić czesne, zaledwie dwadzieścia cztery funty za pełną sesję. – Wskazał otwarte drzwi z tyłu sali. – To najniższa cena w mieście, panowie, lepszej nie znajdziecie. Merci za wasz dzisiejszy czas. Mam szczerą nadzieję, że uznaliście go za wartościowy. – Po czym, z ostatnim skinieniem głowy, obrócił się na pięcie i wycofał w stronę wejścia, zostawiając za sobą oszołomiony tłum.
Ku mojemu zaskoczeniu ponad połowa obecnych dżentelmenów poszła jego śladem ku wyjściu, a ten masowy exodus pozwolił mi dostrzec Phillipa, Luke’a i Charliego, którzy kierowali się ku drzwiom biura, by zapewnić sobie miejsce na kursie. Przyspieszyłem kroku, by do nich dołączyć.
Charlie odwrócił się i promiennie do mnie uśmiechnął, obejmując mnie ramieniem.
– James, stary, to było niesamowite, wręcz niewiarygodne. Pierwszy raz trzymałeś w dłoni skalpel?
– Eee, tak, ale… Dokąd idą wszyscy ci kandydaci? – Byłem całkowicie skupiony na fakcie, że połowa widzów najwyraźniej nie jest zainteresowana zapisaniem się do szkoły, mimo wspaniałego pokazu, który właśnie zobaczyliśmy.
– Och, to tylko gapie. Nawet nie studenci medycyny – odparł Charlie rzeczowo.
– Co? – Byłem przerażony.
– Tak – potwierdził Luke. – Hamish mówi, że u Knoxa na pokazach otwartych też ich pełno. Płacą za rozrywkę, za dobrą historyjkę do opowiedzenia w pubie.
Przełknąłem ślinę z obrzydzeniem.
– Ale to… to jest okropne. To nie jest rozrywka, lecz nauka.
– Oj, daj spokój, Jamesie. – Charlie poklepał mnie serdecznie po ramieniu. – Nie ma sensu się tym zadręczać. Poza tym to znaczy, że będzie dla nas mnóstwo miejsc. Idziemy zapłacić czesne, panowie?
Na jego słowa w żołądku utworzył mi się dołek zupełnie innego rodzaju. W chwili gdy usłyszałem pełną kwotę czesnego i to, że należy ją uiścić natychmiast, zdałem sobie sprawę, że moja beztroska deklaracja, iż dołączę do przyjaciół, mogła być przedwczesna. Pomimo że wychowałem się w zamożnej rodzinie, po śmierci ojca nie miałem na zbyciu dwudziestu czterech funtów, wbrew ciągłym insynuacjom Hamisha.
Przez minione dwa tygodnie naszej znajomości coraz lepiej poznawałem zaplecze finansowe moich nowych przyjaciół. Jeszcze przed przyjazdem wiedziałem, że Uniwersytet w Edynburgu dopuszcza studentów z klasy średniej i że do przyjęcia nie jest nawet wymagany egzamin wstępny z łaciny. Moje założenie, że Phillip, Luke i Charlie nie pochodzą z rodzin ziemiańskich, było więc całkowicie rozsądne. Okazało się jednak, że choć faktycznie wszyscy są z klasy średniej, to wciąż dysponują sporymi majątkami. Ojciec Charliego był właścicielem firmy żeglugowej w Londynie, Phillip odziedziczył pokaźną sumę po dalekim wuju, o którego istnieniu nawet nie wiedział aż do jego śmierci, a ojciec Luke’a zajmował całkiem znaczącą pozycję w Kościele. Nie byli ziemianami, ale z pewnością nie byli też biedni.
Dla kontrastu, tygodnie po śmierci mojego ojca upłynęły pod znakiem serii ponurych odkryć finansowych, których dokonał mój najstarszy brat. Hazardowe długi ojca okazały się znacznie większe, niż myśleliśmy, a nasza domniemana fortuna została poważnie nadszarpnięta. Brat oznajmił, że zostaliśmy zmuszeni, by żyć oszczędnie, dopóki nie zdąży uporządkować spraw, co jak sądziłem, oznaczało w praktyce, że moja siostra Edith policzy wszystko, bo zawsze była ukrytym mózgiem rodziny. Do odwołania jednak moje uposażenie zostało ustalone na skromną stałą kwotę i nie było mowy o żadnych nadzwyczajnych wydatkach, co sprawiało, że wpłata dodatkowych dwudziestu czterech funtów czesnego była absolutnie niemożliwa.
Ale jak mógłbym zrezygnować z tej szansy? Nie chodziło przecież tylko o zachowanie twarzy przed przyjaciółmi. Jeszcze wyraźniej niż kiedykolwiek rozumiałem, że zapisanie się do prywatnej szkoły chirurgicznej jest jedyną drogą do zdobycia właściwego wykształcenia, a Malstrom twierdził, że jego ceny są najlepsze w mieście. Nie było innego wyjścia.
Te myśli wirowały mi w głowie, gdy zajęliśmy miejsce w krótkiej kolejce. W mojej wyobraźni krążyły tysiące nierozsądnych fantazji. Sprzedać cały dobytek. Zrezygnować z pokoju i zamieszkać w przytułku. Porzucić uniwersytet i myśl o formalnym dyplomie na rzecz prywatnej szkoły. Ze zdumieniem poczułem, jak moje palce odruchowo zaciskają się na zegarku kieszonkowym bezpiecznie ukrytym w fałdzie kamizelki. Był to mój jedyny materialny spadek po ojcu, przedmiot godny prawdziwego dżentelmena, z litego złota, z wygrawerowanym herbem naszej rodziny. Był to ostatni przedmiot, który mnie z nim łączył, i z przerażeniem odkryłem, że mój umysł dokonuje nieprzyzwoitej kalkulacji jego wartości. Czy starczyłoby na czesne za jeden semestr? A może nawet na więcej?
Stłumiłem tę pokusę równie szybko, jak się pojawiła. Nie mogłem zastosować żadnego z moich szalonych rozwiązań, ponieważ niemal na pewno doprowadziłyby one do wydziedziczenia i utraty tego, co jeszcze mi zostało. Gdyby Hamish znał moją prawdziwą sytuację, być może zamknąłby wreszcie swoją pyskatą gębę i przestał ględzić o moich pańskich korzeniach.
Właśnie wtedy wpadłem jednak na wspaniały pomysł. Przecież Hamish pracował w szkole Knoxa zamiast opłacać czesne! Może podobna możliwość istniała także tutaj, w placówce Malstroma? W końcu wyraźnie przypadłem mu do gustu i byłem przekonany, że jeśli tylko zdołam mu zadać to pytanie, zgodzi się.
Oczywiście samego Malstroma już nie było. Został jedynie jego asystent, MacKinnon, i nie miałem pojęcia, czy rozmowa z nim przebiegnie po mojej myśli. Cóż, musiałem spróbować. Celowo przesunąłem się na koniec kolejki, za moimi trzema kolegami. Gdy ostatni z nich, Charlie, wyszedł z biura Malstroma z papierami przyjęcia w ręku, przybrałem maskę sztucznej swobody.
– Może wrócicie beze mnie? Mam parę spraw do omówienia z panem MacKinnonem na osobności.
Charlie spojrzał na mnie z zaciekawieniem.
– A może po prostu poczekamy na ciebie na zewnątrz?
– Jak chcesz – odparłem ze wzruszeniem ramion, po czym wszedłem do biura, starając się dyskretnie zamknąć za sobą drzwi.
MacKinnon siedział za okazałym biurkiem, którego blat zawalony był szeregiem intrygujących mosiężnych narzędzi. Przed nim leżała księga, w której skrupulatnie coś zapisywał piórem, a obok stała jego nieodłączna drewniana skrzynka, zapewne z opłaconym czesnym moich kolegów. Gdy usłyszał szczęk zamykanych drzwi, podniósł wzrok, a jego oczy zwęziły się drapieżnie w świetle lampy.
Przez chwilę stałem jak wryty. W czasie pokazu właściwie na niego nie patrzyłem. Nie przyglądałem się mu także, gdy brał od nas pieniądze, i dopiero teraz pierwsze prawdziwe spojrzenie na jego twarz odebrało mi mowę. Bo o ile mimochodem zauważyłem nocną czerń jego włosów i porcelanową bladość skóry, nie dostrzegłem jego oczu, które miały kolor najbledszej szarości, jaką kiedykolwiek widziałem, upiornie intensywnej, bezdennej i głębokiej. Otaczała je delikatna sieć kruczoczarnych rzęs, spod których patrzył na mnie z wyrazem głębokiego niezadowolenia. Bladoróżowe usta układały się w znudzony grymas. Jego eteryczny wygląd mnie onieśmielił i odebrał mi zdolność mówienia.
– W czym mogę pomóc? – Jego głos był zaskakująco miękki w zestawieniu z surowością rysów. Byłem pewien, że jako człowiek z południa jeszcze kilka tygodni wcześniej nie zrozumiałbym pełnego naleciałości języka, którym się posługiwał, lecz spędziłem dość czasu w towarzystwie Hamisha, by nie musieć prosić o powtórzenie.
– Czy… eee, czy mógłbym porozmawiać z panem na osobności? – wyjąkałem.
Spojrzał ku drzwiom, które jak sobie teraz uświadomiłem, sam wcześniej zamknąłem.
– Wygląda na to, że nie mam wyboru – odparł z westchnieniem, odkładając pióro do kałamarza. Splótł chude palce pod brodą i pochylił twarz pod takim kątem, że lampa rzuciła upiorny cień na jego ostre kości policzkowe. Nagle wyglądał bardziej jak zjawa niż człowiek i zadrżałem pod intensywnością jego spojrzenia.
– Ja… eee, chciałem zapytać… o… o możliwość… pracy jako asystent doktora Malstroma. W zamian… w zamian za… być może… obniżenie czesnego.
MacKinnon prychnął niegrzecznie i odchylił się na krześle, stanowczo kręcąc głową.
– Żadnych zniżek. Żadnych stypendiów. Żadnych wyjątków.
Zebrałem się w sobie pomimo tej stanowczej odmowy. W końcu w grę wchodziła moja przyszłość. Czy nie widział, jak Malstrom chwalił moje umiejętności podczas pokazu?
– Gdybym tylko mógł porozmawiać z samym doktorem Malstromem…
– Jak się pan nazywa?
To pytanie mnie zaskoczyło, lecz poczułem dziwną przyjemność, że mogłem na nie odpowiedzieć bez wahania.
– James.
– Cóż, panie James, doktor Malstrom jest bardzo zajęty i w tej chwili nie przyjmuje nikogo na rozmowy. – Z tymi słowami pochylił się do przodu, wyjął pióro z podstawki i wrócił do skrobania w księdze.
Postanowiłem podejść do sprawy z jeszcze większą determinacją.
– Panie MacKinnon, za pozwoleniem. Uważam, że zaprezentowałem dziś wystarczająco moje zdolności chirurgiczne, które doktor Malstrom mógłby wykorzystać.
W odpowiedzi mój rozmówca trzasnął piórem o blat z taką siłą, że aż podskoczyłem.
– Proszę pana, z całym szacunkiem, jestem osobistym sekretarzem doktora Malstroma, wykonuję sekcje i preparuję ciała. Nie ma tu dla pana miejsca.
– Preparuje pan ciała? – Znów ciekawość wzięła nade mną górę. – Co to znaczy?
MacKinnon uniósł brwi w wyrazie ostrego zniecierpliwienia.
– Składam szkielety rozczłonkowanych zwłok, żebyśmy mogli sprzedawać je innym szkołom medycznym w regionie. Przynosi to niezły zysk.
– Och. – Nie wiedziałem, że taki zawód w ogóle istnieje. – Widzę, proszę pana, że muszę się jeszcze wiele nauczyć.
– I nauczy się pan. Za dwadzieścia cztery funty.
– Ale gdyby pan tylko…
Moje błaganie przerwały trzy szybkie stuknięcia do drzwi. Odwróciłem się gwałtownie, gdy się otworzyły i ze zdumieniem zobaczyłem głowę Charliego wsuwającą się do środka. Chciałem zapaść się pod ziemię. Czyż nie prosiłem o prywatność?
– James, stary, pospiesz się. Poznaliśmy nowych chłopaków na wykładzie. Chcą nam postawić parę piw w H&A.
– Już, tylko chwila – odparłem możliwie najbardziej obojętnym tonem, mimo że posyłałem mu spojrzenie pełne furii.
Charlie wyglądał na zdezorientowanego moją oschłością.
– Jak uważasz. – W końcu się wycofał, a ja powoli odwróciłem się z powrotem do MacKinnona, czując, że policzki palą mnie ze wstydu.
Ku mojemu zdumieniu mój rozmówca zaczął zachowywać się zupełnie inaczej. Przyglądał mi się uważnie, a wszelkie ślady złośliwości zniknęły z jego twarzy.
– Czy pański kolega powiedział coś o H&A?
Byłem zupełnie zbity z tropu. Co to miało wspólnego z czymkolwiek? Ale jeśli lokalne gospody były tym, co wzbudzało ciekawość MacKinnona, kimże byłem, by mu tego odmawiać? Może należał do ludzi, którzy miękną po kilku kuflach.
– Eee, tak. Słyszał pan o Hope & Anchor na Candlemaker Row? Kilku z nas tam mieszka, w tym ja.
MacKinnon spojrzał na mnie z wyraźnym zainteresowaniem.
– Doprawdy? W pokojach tuż nad nią?
– Tak?
– Interesujące, bardzo interesujące.
– Tak?
– W tych szczególnych okolicznościach jak najbardziej. Proszę posłuchać, panie James, muszę najpierw omówić kilka szczegółów z doktorem Malstromem na osobności, ale czy byłby pan skłonny wrócić tu jutro wieczorem? Myślę, że być może uda nam się dogadać w sprawie pana czesnego.
Ta nagła zmiana tonu tak mnie zbiła z tropu, że znów zacząłem się jąkać.
– Och. T-t-tak, oczywiście, dziękuję, to bardzo miłe.
MacKinnon posłał mi wyrachowany uśmiech, którego nie odzwierciedlał jego wzrok.
– Ależ oczywiście, panie James. Zawsze chętnie pomagam ludziom nauki. Widzimy się tu jutro, powiedzmy o piątej?
– Tak, tak, oczywiście, będę, stokrotne dzięki. – Ruszyłem do przodu i wyciągnąłem rękę. Ku mojej ogromnej uldze MacKinnon wstał i uścisnął ją, a jego chwyt był znacznie silniejszy, niż sugerowały jego delikatne palce, za to dłoń miał szorstką i zgrubiałą.
Odwróciłem się, by wyjść, lecz ręka zawisła mi na klamce. Obejrzałem się przez ramię w stronę MacKinnona, który już zajął się znów pracą.
– Jeszcze… jeszcze jedna rzecz.
Podniósł wzrok, by spojrzeć mi w oczy.
– James, to… to moje imię. Nie nazwisko. Po prostu… skoro mamy być współpracownikami, pomyślałem, że powinien pan o tym wiedzieć. Żeby uniknąć… przyszłych nieporozumień.
Na jego ustach znów pojawił się uśmiech. Tym razem mój upór rozświetlił jego morskoszare oczy.
– Wybacz, Jamesie. W takim razie możesz mi mówić Aneurin.
Zawahałem się.
– A… ni… przepraszam?
Ku mojej uldze nawet się zaśmiał.
– Spokojnie, nie jesteś pierwszym Anglikiem, który się na tym potyka. A-NAJ-ryn. Aneurin.
Powtórzyłem po nim melodyjne sylaby obce mojemu językowi, ale musiałem się poprawić, bo skinął krótko głową.
– Dużo lepiej. Do jutra, Jamesie.
– Do jutra, Aneurinie.
I z tymi słowami wyszedłem z sercem lżejszym niż przez kilka poprzednich tygodni.
Tytuł oryginału:
The Resurrectionist
Copyright © 2024 by A. Rae Dunlap
First published by Kensington Publishing Corp. All rights reserved
Polish edition copyright © 2026 Agencja Wydawniczo-Reklamowa
Skarpa Warszawska Sp. z o. o.
Polish translation copyright © 2026 Anna Bergiel
Tłumaczenie
Anna Bergiel
Redakcja
Monika Orłowska
Korekta
Joanna Rodkiewicz
Projekt graficzny okładki
Joanna & Grzegorz Japoł – LUNA Design Studio
Skład i łamanie wersji do druku
Marcin Labus
Wydanie pierwsze
ISBN: 9788384303085
Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w Internecie.
WYDAWCA
Agencja Wydawniczo-Reklamowa
Skarpa Warszawska Sp. z o.o.
ul. K.K. Baczyńskiego 1 lok. 2
00-036 Warszawa
tel. 22 416 15 81
www.skarpawarszawska.pl
@skarpawarszawska
Przygotowanie wersji elektronicznej
Okładka
Strona tytułowa
Wprowadzenie
I. Zaproszenie
II. Obserwacja
Strona redakcyjna
Spis treści
