Strażnik Rafaela - Krzysztof P. Czyżewski - ebook + książka
NOWOŚĆ

Strażnik Rafaela ebook

Krzysztof P. Czyżewski

4,2
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.

42 osoby interesują się tą książką

Opis

Kiedy pracująca w toruńskim antykwariacie Łucja dostaje zlecenie na ustalenie pochodzenia zabytkowego zegarka kieszonkowego, wpada na trop zaginionej kolekcji księżnej Czartoryskiej. A co, jeśli ten artefakt potrafi wskazać drogę do skarbu jeszcze cenniejszego niż sama Szkatuła Królewska?

Łucja wraz z grupą przyjaciół postanawia jako pierwsza dotrzeć do prawdy. Ruszają tropem zagadki, która od dziesięcioleci rozpala wyobraźnię historyków i poszukiwaczy dzieł sztuki. Kolejne dramatyczne wydarzenia prowadzą ich przez całą Europę i mroczne sekrety z czasów II wojny światowej.

Jednak pokusa zdobycia fortuny i zapisania się na kartach historii wystawia ich przyjaźń na wielką próbę. Gdy odnalezienie skarbu wydaje się być na wyciągnięcie ręki, rozdzwaniają się telefony w tajemniczej kancelarii prawnej na wysokim piętrze Rockefeller Center w Nowym Jorku. A ci, którzy mogą znać odpowiedzi na pytania Łucji, prowadzą własną grę albo znikają w niewyjaśnionych okolicznościach…

Emocjonujące śledztwo prowadzące przez historię, sztukę i mroczne czasy wojny.

Elżbieta Cherezińska

Arcyciekawa intryga, detektywistyczna przygoda i wspaniała rozrywka. Polecam!

Robert Małecki

Fascynująca podróż po ścieżkach tajemnic z wytrawnym przewodnikiem, który potrafi opowiadać.

Maciej Siembieda

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 413

Oceny
4,2 (16 ocen)
6
7
3
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
fiolka88

Dobrze spędzony czas

Łucja w ledwo zipiącym finansowo antykwariacie otrzymuje do wyceny zegarek kieszonkowy. Zarówno ona jak i jej współpracownicy są bardzo ciekawi historii tego przedmiotu. Jak po nitce do kłębka, trafiają na trop zaginionej, drogocennej Szkatuły Królewskiej, należącej do księżnej Czartoryskiej. Ten trop natomiast jest początkiem drogi do odnalezienia jeszcze jednego, zawieruszonego w wojennej pożodze dzieła. Portret Rafaela - to o nim mowa. Pożądany przez samego wodza ówczesnych lat i ukryty przed oczami tłumów. Kto pierwszy zdoła odnaleźć prawdziwy obraz i co chęć posiadania potrafi zrobić z trwałymi - do tej pory - relacjami. Toruń, lata współczesne i wojenne. Należący kiedyś do Niemiec, które przywłaszczyły sobie nawet Mikołaja Kopernika, jak zresztą wielu innych Wielkich Polskich uczonych. To tutaj skrywane od lat tajemnice chcą ujrzeć światło dnia. Chcą zostać odkryte, a drogocenne przedmioty ponownie "chcą" być podziwianie - któż by nie chciał. Autor wprowadza nas w sekrety, tak...
00



Copy­ri­ght © by Krzysz­tof P. Czy­żew­ski Copy­ri­ght © 2026 for the Polish edi­tion by Wydaw­nic­two Czarna Owca

All rights rese­rved

Redak­cja: Anna Pła­skoń-Soko­łow­ska Korekta: Beata Wój­cik, Maciej Kor­ba­siń­ski Pro­jekt okładki i gra­fik: Klara Gry­glicka Redak­tor pro­wa­dzący: Kata­rzyna Monika Słup­ska Wer­sję elek­tro­niczną w sys­te­mie Zecer przy­go­to­wała Róża Rozaxa

Wszel­kie prawa zastrze­żone. Niniej­szy plik jest objęty ochroną prawa autor­skiego i zabez­pie­czony zna­kiem wod­nym (water­mark). Uzy­skany dostęp upo­waż­nia wyłącz­nie do pry­wat­nego użytku. Roz­po­wszech­nia­nie cało­ści lub frag­mentu niniej­szej publi­ka­cji w jakiej­kol­wiek postaci bez zgody wła­ści­ciela praw jest zabro­nione.

Wyda­nie pierw­sze ISBN: 978-83-8382-992-0 War­szawa 2026

Prolog

Kraków, 19 września 1938, poniedziałek

Kra­kau to naj­ja­śniej­sza perła Rze­szy na wscho­dzie! – Dono­śny głos odbił się echem od murów i roz­niósł po pustej o tej porze ulicy Pijar­skiej.

Komor­nicki drgnął. Tylko jeden znany mu czło­wiek miał taki gar­dłowy i jed­no­cze­śnie świsz­czący tembr.

Nie, to nie­moż­liwe… – pomy­ślał.

Na chwilę kustosz zamarł w bez­ru­chu, wsłu­chu­jąc się w roz­mowę na ulicy. Odło­żył na bok trzy­many w ręku apa­rat Exakta, po czym pospiesz­nie pod­szedł do uchy­lo­nego okna i kry­jąc się za zasłoną, dys­kret­nie spoj­rzał w dół.

Słuch go nie mamił. W pla­mie cie­nia, tuż pod roz­cią­ga­ją­cym się w poprzek ulicy most­kiem, w towa­rzy­stwie dwóch męż­czyzn stał pro­fe­sor Dago­bert Frey, ulu­biony eks­pert Hitlera i naj­bar­dziej hołu­biony w Trze­ciej Rze­szy histo­ryk sztuki.

Choć był już grubo po pięć­dzie­siątce, zacho­wy­wał urodę che­ru­bina, żyw­cem wycią­gnię­tego z obra­zów Rafa­ela. Ze swo­imi lekko krę­co­nymi siwymi lokami, pucu­ło­watą, rumianą buzią i nie­od­łączną muchą w gro­chy, uwią­zaną przy śnież­no­bia­łej koszuli, spra­wiał wra­że­nie wiecz­nie zado­wo­lo­nego z życia sza­lo­nego naukowca.

Drugi z męż­czyzn stał tyłem do okna. Komor­nicki bez trudu roz­po­znał w nim swego pryn­cy­pała. Ten kor­pu­lentny, przy­gar­biony czło­wiek w gra­na­to­wym, zbyt mocno paso­wa­nym gar­ni­tu­rze poka­zy­wał coś pro­fe­so­rowi w trzy­ma­nym w ręku kata­logu.

Ale kim była trze­cia postać?

Kustosz nad­sta­wił ucha i udało mu się wyła­pać kolejny strzęp roz­mowy.

– Wit Stwosz, albo jak pan woli Veit Stoß, to rze­czy­wi­ście wybitny norym­ber­ski arty­sta, ale nie można prze­cież zaprze­czyć, że Kra­ków to kolebka tutej­szych Sło­wian. – Słowa te wypo­wie­dział trzeci z męż­czyzn. Jego głos był cichy, spo­kojny, ale sta­now­czy.

Kustosz zbyt dobrze znał swo­jego prze­ło­żo­nego. Ten na byle kogo nie patrzyłby z taką aten­cją i sza­cun­kiem, jakimi wła­śnie obda­rzał towa­rzy­sza pro­fe­sora. Zresztą w oczach dyrek­tora Komor­nicki wyczuł coś wię­cej niż tylko sza­cu­nek. Zoba­czył w nich strach.

– Oj, brat nie byłby z cie­bie zado­wo­lony, ty moja sło­wiań­ska duszo! To tylko legenda, mój drogi Alber­cie. I to legenda nie­udol­nie przez nich uszyta. – Pro­fe­sor pokle­pał towa­rzy­sza po ramie­niu. – Ta mizerna pogań­ska osada zaczęła się roz­wi­jać wła­ści­wie dopiero za cza­sów pocho­dzą­cego z Turyn­gii biskupa Pop­pona.

Sły­sząc to, Komor­nicki zaci­snął pię­ści. Znał dosko­nale te rów­nie roman­tyczne, co nie­do­rzeczne opo­wie­ści o ger­mań­skiej kolo­ni­za­cji wschodu.

A może to Albert Speer, główny archi­tekt Hitlera? – pomy­ślał, mru­żąc oczy.

Zdał sobie jed­nak sprawę, że ni­gdy Spe­era nie widział. Znał tylko kilka jego pro­jek­tów zwią­za­nych z prze­bu­dową Ber­lina.

Ale gdyby nawet to był on, co miałby robić aku­rat tu, w Kra­ko­wie?

Kustosz stra­cił gości z pola widze­nia, jed­nak za chwilę usły­szał ich cięż­kie kroki na kamien­nych scho­dach pro­wa­dzą­cych na górę.

Pod­wi­nął rękawy koszuli i wró­cił do pracy.

Z otwar­tej szkla­nej gabloty wycią­gnął kolejny eks­po­nat – złoty kubek zdo­biony czer­wo­nym bursz­ty­nem – i poło­żył go na środku dużego sto­lar­skiego stołu, przy­kry­tego czarną mate­rią. Przy­giął klosz meta­lo­wej lampy, oświe­tlił przed­miot, chwy­cił apa­rat w dłoń, zajął pozy­cję i naci­snął migawkę.

W tej samej chwili drew­niana pod­łoga zło­wiesz­czo skrzyp­nęła pod cięż­kimi butami gości. Pierw­szy w sali poja­wił się Frey. Naj­wy­raź­niej ocze­ki­wał, że całe muzeum będzie tylko do jego dys­po­zy­cji, bo spo­strze­gł­szy Komor­nic­kiego, zatrzy­mał się u szczytu scho­dów i syk­nął coś do podą­ża­ją­cego za nim dyrek­tora. Ten, niczym uczniak zru­gany przez bel­fra, wbił wzrok w pod­łogę i przy­ci­szo­nym gło­sem zaczął się gęsto tłu­ma­czyć.

– Nie­do­god­ność? – wyce­dził przez zęby Dago­bert, na tyle jed­nak gło­śno, by jego słowa dotarły do uszu kusto­sza. Chwy­cił dyrek­tora pod rękę i wypro­wa­dził go do bocz­nej sali, zatrza­sku­jąc za sobą drzwi.

Trzeci z męż­czyzn uśmiech­nął się cie­pło do Komor­nic­kiego i roz­ło­żył ręce, jakby chciał prze­pro­sić za zamie­sza­nie. Wsa­dził dło­nie w kie­sze­nie mary­narki i ze szczerą cie­ka­wo­ścią przy­glą­dał się wiszą­cym na ścia­nie por­tre­tom.

Po chwili wró­cił pro­fe­sor. Bez dyrek­tora. Zado­wo­lony, szep­nął coś do kolegi, sta­nął na środku sali, wycią­gnął z teczki srebrny auto­ma­tyczny ołó­wek i zaczął nim szki­co­wać w gru­bym note­sie, opraw­nym w brą­zową skórę.

Komor­nicki, nie prze­ry­wa­jąc pracy, obser­wo­wał go kątem oka.

Frey po muze­al­nych salach poru­szał się pew­nie i według planu, choć abso­lut­nie nie tego wyni­ka­ją­cego z suge­ro­wa­nego kie­runku zwie­dza­nia. Przez gale­rię por­tre­tów prze­mknął, nie zatrzy­mu­jąc się ani na moment. Zigno­ro­wał też kolek­cję kobier­ców, jak i obrazy o tema­tyce reli­gij­nej. Przy­sta­nął dopiero przy serii minia­tur zdo­bią­cych jedną ze ścian. Pochy­lił się i przyj­rzał jed­nej z nich, tej wiszą­cej naj­wy­żej. Wydął wargi, prze­wer­to­wał notes i znów coś w nim zapi­sał.

Czyżby zacie­ka­wił go aku­rat por­tret Koper­nika? – zasta­na­wiał się kustosz.

Komor­nicki naci­snął spust migawki, wyzwa­la­jąc błysk lampy. Cały czas miał jed­nak pro­fe­sora na oku.

Ten zatrzy­mał się jesz­cze przy dwóch innych gablo­tach, za każ­dym razem coś pil­nie notu­jąc, aż w końcu sta­nął przy stole, na któ­rym roz­ło­żone były foto­gra­fo­wane eks­po­naty.

Odło­żył notes i chwy­cił w dłoń złoty kubek, po czym obró­cił go w pal­cach.

– Piękna nie­miecka robota. Wie pan, że nale­żał kie­dyś do naszego cesa­rza? – Łyp­nął na Komor­nic­kiego, wycze­ku­jąc jego reak­cji.

– Zaku­piony przez naszą patronkę na aukcji w Paryżu w tysiąc sie­dem­set dzie­więć­dzie­sią­tym szó­stym, razem z tym oto pier­ście­niem. – Kustosz wska­zał pal­cem na leżący na dol­nej półce gabloty złoty pier­ścio­nek z czer­wo­nym okiem.

Tym­cza­sem nad­biegł dyrek­tor, nio­sąc dwa, wyście­łane czer­wo­nym aksa­mi­tem, cięż­kie drew­niane krze­sła.

Korzy­sta­jąc z zamie­sza­nia, kustosz zer­k­nął do notesu odło­żo­nego przez Freya na stół. Wystar­czyło jedno spoj­rze­nie, rzu­ce­nie okiem na dwa umiesz­czone tam przez Dago­berta szkice i towa­rzy­szące im notatki, by Komor­nicki zro­zu­miał rze­czy­wi­sty cel wizyty pro­fe­sora w muzeum.

– Pro­szę! – Dyrek­tor z ulgą posta­wił krze­sła na pod­ło­dze. – O wiele lepiej kon­tem­pluje się sztukę z tej per­spek­tywy. – Klep­nął dło­nią w mięk­kie sie­dzi­sko. Dopiero wtedy jego roz­bie­gane oczy zatrzy­mały się na postaci kusto­sza. – A pan…? – Męż­czy­zna spoj­rzał srogo na zdarte czubki i nabite ćwie­kami pode­szwy butów pod­wład­nego. – Nie będziemy tu prze­szka­dzać sza­now­nym gościom, prawda, panie Komor­nicki?

– Ale… – Kustosz roz­ło­żył ręce. – Widział pan…? – Wska­zał pal­cem na otwarty notes pro­fe­sora.

Dago­bert momen­tal­nie się­gnął po swoją wła­sność i scho­wał ją do teczki.

– Zapra­szam panów do mnie na kawę, a pan kustosz zaraz to wszystko uprząt­nie. – Dyrek­tor ukło­nił się i poka­zał na schody.

– Idź­cie, idź­cie. Ja was zaraz dogo­nię. Coś tu jesz­cze tylko spraw­dzę. – Pro­fe­sor przy­siadł na krze­śle i zaczął szu­kać cze­goś w teczce.

Dyrek­tor ski­nął głową, wziął Alberta pod rękę i groź­nie łyp­nął na pod­wład­nego, który, ku jego ucie­sze, posłu­chał jego pole­ce­nia i zaczął zbie­rać sprzęt foto­gra­ficzny.

Po chwili kustosz zauwa­żył, że Frey w końcu musiał zna­leźć to, czego szu­kał, bo zamknął teczkę, wstał i ruszył w kie­runku scho­dów. Zanim jed­nak do nich dotarł, skrę­cił w lewo, zni­ka­jąc za drzwiami pro­wa­dzą­cymi do jed­nej z bocz­nych sal.

Komor­nicki chciał nawet za nim krzyk­nąć, upo­mnieć go, że pomy­lił drogę, ale w mig zro­zu­miał, że pro­fe­sor zbyt dobrze znał muzeum, by można tu było mówić o pomyłce. Scho­wał apa­rat do pokrowca i na pal­cach ruszył w ślad za Freyem.

Umiesz­czone przez pro­fe­sora w note­sie dokładne plany pomiesz­czeń muze­al­nych, z wry­so­wa­nymi w nie gablo­tami i ozna­czo­nymi na nich naj­cen­niej­szymi eks­po­na­tami, któ­rym Dago­bert przy­pi­sał kon­kretne numery, nie pozo­sta­wiały wąt­pli­wo­ści co do jego rze­czy­wi­stych zamia­rów.

Komor­nicki dotąd cały czas wma­wiał sobie, że to, co o wizy­tach nie­miec­kiego histo­ryka sztuki w pol­skich muze­ach opo­wia­dali jego przy­ja­ciele z Kielc, Tar­no­pola, Lwowa czy Toru­nia, było zwy­kłym kłam­stwem, a w naj­lep­szym razie – nie­wy­bredną plotką. Tłu­ma­czył to roz­ple­nioną w śro­do­wi­sku nauko­wym zawi­ścią, a w osta­tecz­no­ści prze­kra­cza­jącą wszel­kie gra­nice roz­sądku endecką nie­uf­no­ścią wobec zachod­niego sąsiada.

Teraz zro­zu­miał, jak bar­dzo się mylił. Cel pro­fe­sora, cel Ber­lina, za któ­rego pie­nią­dze Frey odby­wał swoje podróże, był oczy­wi­sty. W tej chwili pyta­nie brzmiało nie czy, ale kiedy i o które dzieła wytwo­rzone przez nie­miec­kich arty­stów i rze­mieśl­ni­ków Rze­sza upo­mni się naj­pierw.

Hol, w który skrę­cił pro­fe­sor, był pusty, tak jak i kolejna z sal oraz jesz­cze następna, w któ­rej urzą­dzono małą zbro­jow­nię.

Kustosz usły­szał w oddali szmer, a chwilę potem skrzyp­nęły drzwi na samym końcu kory­ta­rza.

Tylko nie to! Zaci­snął pie­ści. On nie jest nie­miecki!

Bez­sze­lest­nie prze­mie­rzył długą salę. Widoczny w szpa­rze pod drzwiami cień potwier­dził, że Dago­bert był w środku.

Komor­nicki zaj­rzał do wnę­trza przez dziurkę od klu­cza.

W tym nie­wiel­kim kwa­dra­to­wym pokoju znaj­do­wał się tylko jeden eks­po­nat. I to przed nim wła­śnie stał pro­fe­sor.

Kustosz dosko­nale widział twarz Freya, oświe­tloną przez świa­tło zwi­sa­ją­cej z góry lampy, każdy gry­mas, każdy mię­sień, każde mru­gnię­cie i ten prze­ra­ża­jący błysk w oczach – niczym u myśli­wego, który w końcu dopadł swoją ofiarę.

Dago­bert wcią­gnął powie­trze nosem, tak jakby chciał poczuć zapach znaj­du­ją­cego się przed nim arcy­dzieła. Zmru­żył oczy i wstrzy­mał oddech. Prawą dłoń wycią­gnął przed sie­bie, po czym zbli­żył ją na mili­me­try do gór­nej kra­wę­dzi cudow­nego obiektu. Zda­wało się, że chce go pogła­skać.

– Naj­droż­szy! Nasz Führer, Goeb­bels, a nawet ten pro­stak Göring mieli rację! – Oczy Freya zabły­snęły jesz­cze moc­niej. – Obie­cuję… To już nie­długo. Uwol­nię cię jako pierw­szego – wyszep­tał.

Komor­nicki zro­zu­miał, że jeśli chce ura­to­wać perłę kolek­cji Czar­to­ry­skiej, Por­tret mło­dzieńca pędzla Rafa­ela San­tiego, musi dzia­łać szybko.

Rozdział 1

Toruń, 22 czerwca 2024, sobota

Toporna drew­niana skrzynka na cytrusy wciąż tam była. Spo­czy­wała na środku wiśnio­wego sto­lika kawo­wego, który Mirek Cio­łek trak­to­wał nie­mal jak ołtarz. I nie, nikt nie porzu­cił jej tam przez przy­pa­dek. Tkwiła dokład­nie na jego środku, z mili­me­trową dokład­no­ścią, typową dla Ciołka, otu­lona gru­bym weł­nia­nym kocem w kolo­rze głę­bo­kiego bur­gunda.

To się nie dzieje naprawdę! Nie! Łucja Rokosz potrzą­snęła głową i wymow­nie spoj­rzała na męż­czy­znę. Ten jed­nak nie pod­niósł wzroku znad papie­rów. Wypeł­niał for­mu­la­rze, któ­rych pokaźny stos zale­gał na jego biurku, i wyda­wał się nie sły­szeć nie­mego pyta­nia, które wła­śnie wykrzy­czała w jego stronę. Albo jedy­nie się z nią draż­nił.

Pyta­nie szczek­nię­ciem powtó­rzył Sza­kal, któ­rego dziś wzięła ze sobą do anty­kwa­riatu.

Bez skutku.

Z Miro­sła­wem Cioł­kiem pra­co­wała już ponad rok. Dosko­nale pamię­tała, jak poja­wiła się w anty­kwa­ria­cie po raz pierw­szy – tuż po śmierci Zyg­munta, zaraz po swo­ich czter­dzie­stych czwar­tych uro­dzi­nach. Tam­tego dnia przy­nio­sła kilka duble­tów z biblio­teki męża. Do dziś śmiała się z tego, że choć nie­po­radny anty­kwa­riusz sku­tecz­nie odwiódł ją od sfi­na­li­zo­wa­nia tej trans­ak­cji, musiał coś w sobie mieć, że zde­cy­do­wała się u niego zatrud­nić. On opo­wia­dał potem, że zro­biła to z lito­ści, ale to nie była prawda. Po pro­stu spodo­bało jej się to miej­sce – pełne sta­rych ksią­żek i przed­mio­tów z duszą. A w tym czę­sto zagu­bio­nym w nowo­cze­snym świe­cie męż­czyź­nie po pięć­dzie­siątce odna­la­zła pokrewną duszę – duszę pasjo­nata.

Przez ten czas zdą­żyła już się nauczyć, jak obsłu­gi­wać szefa. Wystar­czyło jej jedno spoj­rze­nie, by dostroić poziom dow­cipu do obec­nego nastroju Mirka, tak by unik­nąć strat w ludziach.

Nalała psu wody do miski, a potem swoim zwy­cza­jem usia­dła na bla­cie biurka naprze­ciwko anty­kwa­riu­sza i wbiła w niego wzrok, licząc na to, że męż­czy­zna ode­zwie się pierw­szy.

Tym razem jed­nak moc hip­no­tycz­nego spoj­rze­nia nie dzia­łała.

Miro­sław Cio­łek miał wiele pasji i marzeń, ale jedno było pewne: nie nale­żało do nich bycie jed­no­oso­bo­wym przed­się­biorcą. Dla­czego zatem zało­żył anty­kwa­riat? Mówił, że marzyło mu się życie mar­szanda, kolek­cjo­nera, chciał obra­cać się wśród pięk­nych przed­mio­tów i ludzi, któ­rzy ich pożą­dają. Zamiast tego jed­nak obgry­zał koń­cówki ołów­ków, bie­dząc się nad wyli­cza­niem skła­dek, podat­ków i pro­wa­dząc księgi rachun­kowe. Na zatrud­nie­nie księ­go­wej, jak twier­dził, nie było go stać, ale prawda była taka, że nie chciał przy­znać się przed sobą, a tym bar­dziej przed pod­władną, że z czymś sobie nie radzi.

– Podatki? – zagad­nęła w końcu.

Mirek pokrę­cił głową.

– To by było zbyt pro­ste. Dota­cja dla małych przed­się­biorstw. Ter­min upływa w ponie­dzia­łek, a instruk­cja brzmi tak, jakby była napi­sana w sta­ro­ger­mań­skim. A jesz­cze nawet nie zaj­rza­łem do załącz­ni­ków. Mów lepiej, jak tam festyn na Dybo­wie.

– Dosko­nale – skła­mała. – A wto­rek będzie jesz­cze lep­szy, zoba­czysz.

– Czyli ile?

– Nie pod­li­czy­li­śmy jesz­cze.

– Mniej niż trzy tysiące? – Mirek wstał i się­gnął do wiszą­cej nad biur­kiem półki po sko­ro­szyt.

– Oj, daj spo­kój. We wto­rek na pewno będzie lepiej. – Kobieta zesko­czyła z blatu, pode­szła do szafki i wydo­była stam­tąd puszkę z her­batą. – Też chcesz?

Chciał.

Rokosz nalała do czaj­nika wody i cze­kała, aż ta się zago­tuje.

– A nie mówi­łem, tak? To chciał­byś powie­dzieć? Spółkę Ostra­kon trzeba było już dawno zamknąć, prawda?

Nie odpo­wie­dział. Wró­cił do wypeł­nia­nia doku­men­tów.

– To powiesz w końcu co to? – Łucja wska­zała brodą na skrzy­nię.

– Aaa… to! – Męż­czy­zna nie­udol­nie udał zasko­cze­nie. – To… Moja droga, to szansa na to, by zaro­bić parę zło­tych. – Cio­łek wsa­dził ołó­wek za ucho, splótł palce, zakrę­cił nimi młynka i spoj­rzał na Łucję spode łba.

Tak, teraz była tego pewna. Wie­dział, że umiera z cie­ka­wo­ści i tylko się z nią dro­czył.

Czaj­nik sap­nął jak paro­wóz. Kobieta zalała her­batę.

Pode­szła do stołu i dotknęła wieka skrzynki. Się­gnęła po pierw­szy przed­miot – apa­rat foto­gra­ficzny. Przy­ło­żyła wizjer do oka.

– To praw­dziwy rary­tas. Już go spraw­dzi­łem.

Opu­ściła apa­rat i przyj­rzała mu się dokład­nie.

Jego pro­sto­kątny, nie­zbyt gruby kor­pus podzie­lony był na trzy czę­ści. Śro­dek wyko­nano zapewne z alu­mi­nium, bo apa­rat nie był ciężki, a błysz­czał jak kanka na mleko w połu­dnie. Boki pokryte były chro­po­wa­tym, ziar­ni­stym czar­nym pla­sti­kiem. Obiek­tyw do kor­pusu przy­mo­co­wany został śru­bami o dużych pół­okrą­głych łeb­kach. Wyglą­dał jak skom­pli­ko­wany mecha­nizm zamknię­cia szafy pan­cer­nej. Na fron­cie przy­rządu, tuż pod wizje­rem, wyryto słowo „Exakta”, pod nią „Iha­gee”, a jesz­cze niżej – „Dres­den”.

– Myślisz, że na­dal działa? – Palce Łucji prze­śli­zgnęły się po dwóch kołach zęba­tych umiesz­czo­nych na górze apa­ratu.

Mirek pokrę­cił głową.

– Ten model był popu­larny w latach czter­dzie­stych, ale pierw­sze…

– Serio? Wygląda na now­szy. – Rokosz naci­snęła spust migawki.

Apa­rat jed­nak nie zare­ago­wał.

– Pierw­sze modele tego cacka poja­wiły się w tysiąc dzie­więć­set trzy­dzie­stym ósmym. Nie wiem jed­nak, czy to jeden z nich.

– No tak. Za apa­rat sprzed wojny mogli­by­śmy dostać bar­dzo dobrą cenę. Może nawet z dwa tysiące… Gdyby miał pokro­wiec…

Mirek pokrę­cił smutno głową.

– Dobre i to! – Łucja ponow­nie zanu­rzyła dłoń w skrzynce.

Wycią­gała kolejne zna­le­zi­ska, każde sta­ran­nie opa­ko­wane sta­rymi gaze­tami, przy­glą­dała się im i odkła­dała je na bok.

Jej uwagę zwró­ciła czer­wono-złota bla­szana puszka z wize­run­kiem Mozarta. Mozart­ku­gel – ulu­bione sło­dy­cze jej naj­lep­szej przy­ja­ciółki, Halinki. Każdy, kto wra­cał z Wied­nia i ośmie­liłby się nie przy­wieźć jej choćby jed­nego pudełka tego przy­smaku, był w poważ­nych tara­pa­tach. Łucja potrzą­snęła opa­ko­wa­niem, ale zamiast sze­le­stu cukier­ków usły­szała dźwięk, jaki zwy­kle wydo­by­wał się ze skar­bonki, którą wstrzą­sała dawno temu, ile­kroć matka wrzu­ciła do wnę­trza por­ce­la­no­wej świnki monetę. Potrzą­snęła puszką jesz­cze raz.

– Na tym też można zaro­bić parę zło­tych – zawy­ro­ko­wał Mirek. – Głów­nie przed­wo­jenne marki, ale w cał­kiem dobrym sta­nie.

Łucja odło­żyła puszkę i ponow­nie zanu­rzyła rękę w skrzynce.

Wycią­gnęła stam­tąd jesz­cze kilka sta­rych nie­miec­kich ksią­żek i dwa mocno sfa­ty­go­wane lich­ta­rze. Kolej­nym zna­le­zi­skiem oka­zało się nie­bie­skie kar­to­nowe pudełko, w któ­rym znaj­do­wały się dwie fili­żanki ze spodecz­kami – cał­kiem ład­nymi i o dziwo, w dobrym sta­nie. Zacie­ka­wiona, spraw­dziła nawet sym­bol pro­du­centa, licząc na to, że znaj­dzie tam dwie skrzy­żo­wane sza­ble – znak naj­star­szej na świe­cie manu­fak­tury por­ce­lany z Miśni. Jed­nak wid­nie­jący tam sym­bol nic jej nie mówił.

– No to w zasa­dzie tyle. – Mirek roz­ło­żył ręce i spoj­rzał na Łucję, wycze­ku­jąc jej reak­cji.

Rokosz jed­nak nie zamie­rzała się pod­dać. Wyma­cała dło­nią dno skrzyni, wyście­łane grubą war­stwą gazet. Pod pal­cami poczuła coś twar­dego. Wytarła spo­cone ręce w dżinsy i się­gnęła po zawi­niątko.

– To chyba jakieś jajko? – Przed­miot przy­jem­nie cią­żył na jej dłoni, ledwo się w niej miesz­cząc.

Mirek chwy­cił zawi­niątko i zaczął obdzie­rać je z opa­ko­wa­nia.

– Może to jedno z zagi­nio­nych jaj Fabergé? Ale by było, co?

Łucja wstrzy­mała oddech, skro­nie zaczęły jej pul­so­wać, a myśli wiro­wały z szyb­ko­ścią świa­tła.

O ile dobrze pamię­tała, w pra­cowni Petera Carla Fabergégo w Peters­burgu powstały nie wię­cej niż pięć­dzie­siąt cztery inkru­sto­wane dro­go­cen­nymi kamie­niami jaja. Na aukcjach osią­gały one nie­bo­tyczne ceny, nawet kil­ka­dzie­siąt milio­nów dola­rów za sztukę.

Odgar­nęła kosmyk wło­sów z czoła.

Mirek w końcu wyswo­bo­dził tajem­ni­czy przed­miot z wszyst­kich warstw sza­rego od kurzu papieru.

– Zega­rek? – zapy­tał raczej, niż stwier­dził.

Przed­miot, który trzy­mał w dłoni, był jajem, ale nie tym, o któ­rym Łucja zdą­żyła wła­śnie zama­rzyć. Był to elip­tyczny zega­rek kie­szon­kowy. Zato­piony w grubo cio­sa­nym krysz­tale, opra­wio­nym w złoto, z lśniącą, ozdo­bioną ema­lio­wa­nymi deko­ra­cjami tar­czą i lekko wygiętą wska­zówką. Całość przy­kry­wało brudne, miej­scami zary­so­wane szkiełko.

– A wygląda na minę prze­ciw­pie­chotną? – Łucję ziry­to­wało pełne roz­cza­ro­wa­nia spoj­rze­nie, z jakim męż­czy­zna przy­wi­tał jej odkry­cie. Prze­jęła cza­so­mierz. – Pew­nie, że zega­rek.

– Nawet ładny – mruk­nął zre­zy­gno­wany anty­kwa­riusz. – Spe­cem nie jestem, ale wygląda mi to na osiem­na­sto­wieczną robotę.

– Jest star­szy. Spójrz na tar­czę. – Rokosz paznok­ciem pod­wa­żyła szklane wieko i ostroż­nie je pod­nio­sła.

– Fiu, fiu, nie wie­dzia­łem, że tak dobrze znasz się na zegar­kach. – Mirek wziął się pod boki.

Król anty­ków mógł być tylko jeden. Łucja cza­sami o tym zapo­mi­nała.

– Obsta­wiam pierw­szą połowę sie­dem­na­stego wieku. – Posta­wiła kropkę nad i.

Mirek popra­wił oku­lary na nosie i pochy­lił się nad obiek­tem trzy­ma­nym teraz przez jego pra­cow­nicę na wypro­sto­wa­nej dłoni.

– No dobra! Masz mnie. Jestem cie­kaw, skąd to wiesz. – Uśmiech­nął się i stuk­nął pal­cem w nad­gar­stek kobiety.

Mogłaby pew­nie jesz­cze chwilę podą­sać się za pod­wa­ża­nie jej kom­pe­ten­cji, ale – niczym jej ulu­bie­niec Sher­lock Hol­mes – wolała popi­sać się przed sze­fem zdol­no­ściami deduk­cji i doko­na­nymi usta­le­niami.

Ski­nęła dło­nią, by jej Wat­son usiadł, po czym zajęła miej­sce naprze­ciwko.

– Pierw­sze zegarki kie­szon­kowe, choć wtedy, ze względu na swoje pokaźne roz­miary, do żad­nej kie­szeni by się jesz­cze nie zmie­ściły, poja­wiły się już pod koniec pięt­na­stego wieku, naj­pierw we Wło­szech, a potem w Niem­czech. Miały dość pro­stą budowę. – Mały palec pra­wej dłoni kobiety wska­zał na tar­czę. – Tar­cza i wska­zówka, jedna, bo na drugą, poka­zu­jącą minuty, trzeba było jesz­cze tro­chę pocze­kać. Wszystko pako­wano do puszki o jajo­wa­tym kształ­cie.

– W tam­tych cza­sach nikomu nie prze­szka­dzało, że te urzą­dze­nia kiep­sko odmie­rzały czas – dodał swoje trzy gro­sze Mirek.

– Za to jak wyglą­dały! Ktoś szybko wpadł na pomysł, by mecha­nizm zegarka ukryć w biżu­te­rii. I tak tyka­jące krzy­żyki oraz wisiory sztur­mem zawo­jo­wały serca boga­czy w całej Euro­pie.

– No ale zaraz! To wszystko prze­cież pasuje do szes­na­stego wieku, tar­cza, jajo­wata puszka, wska­zówka. Czemu twier­dzisz, że pocho­dzi z sie­dem­na­stego?

Łucja tylko cze­kała na to pyta­nie. Roz­pro­mie­niła się w uśmie­chu.

– Szkiełko i ema­lia! – zawo­łała. – Te ele­menty poja­wiły się dopiero póź­niej. Zresztą… – Wycią­gnęła tele­fon z kie­szeni spodni, szybko coś wyszu­kała i po chwili poka­zała Mir­kowi ekran. – Zobacz! Kształt jest nieco inny, ale są i szkło krysz­ta­łowe, i ema­lio­wane zdo­bie­nia. Genialna nie­miecka robota z tysiąc sześć­set trzy­dzie­stego roku.

Męż­czy­zna prze­jął tele­fon, odda­lił go od oczu i w końcu, z nie­chę­cią, przy­znał kobie­cie rację.

– Ale zaraz… Skąd go masz? I skąd jest ta okropna skrzy­nia? – Łucja świ­dro­wała szefa wzro­kiem.

– Wczo­raj ktoś ją do nas przy­niósł. Zastę­po­wała mnie wtedy ciotka. Ten czło­wiek powie­dział, że chce te rze­czy szybko sprze­dać. Likwi­duje miesz­ka­nie po matce. Popro­sił o wycenę.

– Facet, tak? Jak się nazy­wał? – Rokosz chwy­ciła go za ramię.

– Hej! Może od razu zamknij mnie w Guan­ta­namo, co? Namiary mam zapi­sane, bez obaw. A skąd ma? Prze­cież i tak nie powie ci prawdy, zwłasz­cza jeśli sprawa jest szem­rana. Mało to takich przy­pad­ków mie­li­śmy… – Anty­kwa­riusz roz­ło­żył ramiona.

– Mie­li­śmy? Czyżby?

– Podobno gość nie jest stąd, dla­tego chce sprze­dać i wra­cać do sie­bie.

Mirek chwy­cił zega­rek, owi­nął go z powro­tem gazetą i odło­żył do skrzyni.

– Wiesz, czym to pach­nie? – zapy­tała Łucja, bęb­niąc pal­cami o blat sto­lika. – A jeśli to jest strata wojenna? Musimy dowie­dzieć się wszyst­kiego o tym zegarku. Naj­ła­twiej byłoby zapy­tać kogoś z muzeum.

– Jasne. Może od razu chodźmy na poli­cję. Jeśli naprawdę chcesz się cze­goś o tym dowie­dzieć, to… Dosko­nale wiesz, że znamy tylko jedną osobę, która jest w sta­nie nam coś o tym cacku powie­dzieć… – Męż­czy­zna zało­żył ręce na piersi i bacz­nie wpa­try­wał się w kole­żankę.

– O nie! O nie, mój drogi. – Ta pokrę­ciła gwał­tow­nie głową.

– Tak.

– Nie!

– Łucja, do cho­lery, to nasza jedyna szansa. – Mirek ścią­gnął brwi.

– Mowy nie ma! – odparła. – Nie chcę mieć do czy­nie­nia z Ber­nar­dem. Nie po tym, co zro­bił mnie i Zyg­mun­towi.

Rozdział 2

Toruń, 24 czerwca 2024, poniedziałek

Auto­bus linii numer dzie­więt­na­ście skrę­cił gwał­tow­nie w prawo przy pętli tram­wa­jo­wej. Łucja zaci­snęła dłoń na pla­sti­ko­wym uchwy­cie, wypa­tru­jąc przez szybę beto­no­wej kopuły kościoła, znaku, że powinni wysia­dać.

Ostatni raz widziała Ber­narda ponad trzy lata temu, gdy minęli się w drzwiach rek­to­ratu. On przy­gar­biony, z pli­kiem doku­men­tów, mam­ro­tał coś pod nosem, chyba jej nie zauwa­żył. Potem dowie­działa się, że tam­tego dnia zezna­wał przed komi­sją. Miał się wypro­wa­dzić z Toru­nia. Nie wery­fi­ko­wała tego. Dla niej Ber­nard po pro­stu prze­stał ist­nieć. Przy­naj­mniej tego by sobie życzyła.

Wystar­czyła jed­nak wzmianka Mirka o naj­więk­szym znawcy sztuki rze­mieśl­ni­czej sie­dem­na­stego wieku i od razu wszystko wró­ciło. Począt­kowo żało­wała, że na pro­po­zy­cję spo­tka­nia z byłym przy­ja­cie­lem nie zare­ago­wała wzru­sze­niem ramion. Zasko­czyło ją jed­nak to, jak spo­koj­nie do jej sta­now­czego sprze­ciwu pod­szedł Mirek. Od razu zaofe­ro­wał się, że to on odbę­dzie taką roz­mowę. Dopiero gdy nieco przy­ci­snęła anty­kwa­riu­sza, oka­zało się, że nie dość, że ten utrzy­my­wał z Ber­nar­dem regu­larne kon­takty, kon­sul­tu­jąc nowe nabytki do anty­kwa­riatu, to w spra­wie zegarka już na takie spo­tka­nie pano­wie zdą­żyli się umó­wić.

Na podobne zagrywki Łucja nie mogła pozwo­lić. Jesz­cze w jej obec­no­ści Mirek powia­do­mił Ber­narda o zmia­nie pla­nów. Ten, o dziwo, nie pro­te­sto­wał. Alek, który miał towa­rzy­szyć anty­kwa­riu­szowi pod­czas wycieczki na Rubin­kowo, też się ucie­szył z pod­miany towa­rzy­sza podróży. W końcu z Łucją łączyła go pasja do koszy­kówki, o któ­rej chło­pak potra­fił opo­wia­dać godzi­nami.

Teraz, przez całą drogę auto­bu­sem, na wyima­gi­no­wa­nej tablicy obiema dłońmi Alek szki­co­wał w powie­trzu sche­maty nowych zagry­wek, jakie prze­ra­biali na ostat­nim tre­ningu, i od razu je demon­stro­wał.

W końcu docze­kał się pew­nego miej­sca w pierw­szym skła­dzie i od razu jakby urósł kilka cen­ty­me­trów. Był dumny ze swo­jej dru­żyny. Łucja zrzę­dziła czę­sto, by zamiast wypa­try­wać dosko­na­łej pozy­cji do rzutu, raczej rozej­rzał się za jakąś dziew­czyną. Ripo­sta zawsze była taka sama – z koszy­kówką rywa­li­zo­wać mogła tylko histo­ria. Udało mu się nawet odbyć kil­ku­mie­sięczne sty­pen­dium na uni­wer­sy­te­cie nowo­jor­skim, skąd wró­cił jako wielki pasjo­nat dru­giej wojny świa­to­wej. Kupił sobie w dodatku ciem­no­zie­loną kurtkę woj­skową i – ku ucie­sze Halinki – nauczył się paro­dio­wać jej abso­lut­nego idola i dawny obiekt wes­tchnień, Bogu­sława Woło­szań­skiego. Zacze­sy­wał dło­nią do tyłu swoje bujne loki, krzy­żo­wał ręce na pier­siach, wydy­mał wargi, robił mar­sową minę i snuł opo­wie­ści o taj­nych ope­ra­cjach Wehr­machtu.

Jak na złość, kiedy tylko wysie­dli z auto­busu, zaczęło sią­pić. Szare chmury zakryły ostatni skra­wek błę­kit­nego nieba.

Rokosz posta­wiła koł­nierz orta­lio­no­wej kurtki i ruszyła w kie­runku wie­lo­klat­ko­wego, jede­na­sto­pię­tro­wego bloku z wiel­kiej płyty. Podob­nie jak inne budynki w oko­licy i ten został poma­lo­wany deli­kat­nymi, paste­lo­wymi kolo­rami. W ten spo­sób miał wydać się bar­dziej przy­ja­zny i przy­tulny. Nie pomo­gło. Na­dal przy­tła­czał roz­mia­rem i prze­ra­żał krą­żą­cymi po mie­ście legen­dami o swo­ich loka­to­rach.

Domo­fon, po naci­śnię­ciu wła­ści­wego guzika, nie wydo­był z sie­bie żad­nego dźwięku. Łucja spró­bo­wała jesz­cze raz. Bez­sku­tecz­nie.

– Chyba wyłą­czony – stwier­dził Alek. – Może do niego zate­le­fo­nu­jemy?

Rokosz się­gnęła po komórkę, ale zaraz ją scho­wała. Przy­po­mniała sobie, że dawno wyka­so­wała numer Ber­narda.

– Robi to spe­cjal­nie – mruk­nęła. – Testuje mnie.

– Ale niby co? Wyłą­czył domo­fon? Wie­dział, że przyj­dziemy? – Chło­pak uniósł brwi.

Upew­niw­szy się, że nikt nie nad­cho­dzi, Łucja nad­usiła po kolei wszyst­kie przy­ci­ski na panelu. Ten roz­dzwo­nił się kako­fo­nią dźwię­ków.

– Co robisz? – syk­nął Alek i przy­warł do ściany.

Pal­cem naka­zała mu mil­cze­nie.

W gło­śniku zato­pio­nym w obdra­pa­nym domo­fo­nie roz­le­gły się kolejne: „halo”, „słu­cham”, „tak”, „pro­szę”.

W końcu elek­tro­za­mek zabrzę­czał.

– Ni­gdy tak nie robi­łeś? – Łucja chwy­ciła za klamkę i pocią­gnęła drzwi.

Alek poczer­wie­niał i pokrę­cił głową.

Wystar­czyło otwo­rzyć cięż­kie drzwi pro­wa­dzące na klatkę scho­dową, by prze­ko­nać się, że paste­lowa trans­for­ma­cja nie tra­fiła z fasady pod strze­chę. Tutaj bowiem na­dal kró­lo­wała nostal­gia lat sie­dem­dzie­sią­tych, sine sza­ro­ści i mdłe sele­dyny, gdzie­nie­gdzie oży­wione różem trutki na szczury, roz­sy­pa­nej na przy­kryw­kach od sło­ików, a wszystko to ską­pane w gęstym feto­rze wydo­by­wa­ją­cym się ze zsypu na śmieci.

Prze­ci­snęli się obok wpó­ło­twar­tej skrzynki na listy i wsie­dli do klau­stro­fo­bicz­nej windy ze ścia­nami wyma­za­nymi graf­fiti.

Na górze przy­wi­tał ich świsz­czący wiatr, prze­dzie­ra­jący się przez nie­szczelne okna. Na wyło­żo­nym aksa­mi­tem krze­śle stał ogromny fikus. W powie­trzu uno­sił się odór wil­goci i spły­wa­ją­cej jęzo­rami z sufitu, wraz z pła­tami pożół­kłej farby, ple­śni.

Ber­nard, jak nic! Łucja uśmiech­nęła się pod nosem.

Nad tym ponu­rym miej­scem dyn­dała na kablu, niczym oko cyklopa, wielka mleczna żarówka.

Rokosz ener­gicz­nie zapu­kała w jedyne drzwi, jakie się tu znaj­do­wały, białe, bez numeru czy nazwi­ska, za to z ogrom­nym wizje­rem, przy­po­mi­na­ją­cym pery­skop, który wyda­wał się obser­wo­wać ich od momentu, kiedy się tu poja­wili.

– Kto? – Usły­szeli chra­pliwy głos z wnę­trza.

– Nie wygłu­piaj się, prze­cież widzisz. – Łucja zama­chała w kie­runku juda­sza.

– Kto ten drugi? – Głos zabrzmiał jesz­cze bar­dziej lodo­wato niż poprzed­nio.

– Dzień dobry, nazy­wam się Alek­san­der Jung. Bar­dzo mi miło pana poznać – odparł Alek.

– Dowód!

Chło­pak spoj­rzał pyta­jąco na Rokosz.

Kobieta wes­tchnęła, roz­ło­żyła ręce i przy­cup­nęła na krze­śle przy doniczce z kwia­tem.

Młody posłusz­nie się wyle­gi­ty­mo­wał – i chyba prze­szedł test, bo za drzwiami coś zachro­bo­tało.

Zbro­jone, grube na dzie­sięć cen­ty­me­trów wrota do jaskini Ber­narda roz­warły się, a w szpa­rze poja­wiła się nie­mal ide­al­nie okrą­gła, cał­kiem łysa głowa sie­dem­dzie­się­cio­let­niego męż­czy­zny, w któ­rej zato­pione były dwa małe roz­bie­gane oczka, przy­sło­nięte ogrom­nymi okrą­głymi oku­la­rami o szkłach gru­bo­ści denek od sło­ików i przej­rzy­sto­ści lon­dyń­skiej mgły.

– Wchodź­cie! – burk­nął.

Ich noz­drza zaata­ko­wało gęste powie­trze prze­siąk­nięte zapa­chem naf­ta­liny i tyto­niu, zmie­sza­nym z wonią zie­lo­nego jabłka, doby­wa­jącą się z pod­cze­pio­nych do kin­kie­tów drze­wek zapa­cho­wych uży­wa­nych w samo­cho­dach.

Goście potul­nie podą­żyli za gospo­da­rzem po przy­kry­tej folią wzo­rzy­stej wykła­dzi­nie, omi­ja­jąc stosy ksią­żek pod­pie­ra­jące ściany obło­żone ciemną boaze­rią. Na jej deskach, nie­rów­no­mier­nie, ale dość gęsto, roz­wie­szone były szklane gabloty róż­nej wiel­ko­ści, w więk­szo­ści z zasu­szo­nymi owa­dami lub musz­lami, a także cała masa map, w ciem­no­ści zupeł­nie nie­czy­tel­nych.

Pokój, do któ­rego tra­fili, przy­po­mi­nał gabi­net oso­bli­wo­ści, jakby żyw­cem prze­nie­siony z sie­dem­na­sto­wiecz­nego pałacu.

Gdzie­kol­wiek Łucja spoj­rzała, tam tło­czyły się oszklone ramki ze sko­ru­pami żółwi i wiel­kimi jajami egzo­tycz­nych pta­ków, krysz­ta­łowe bażanty, posre­brzane lub pokryte laką puz­derka, figurki z masy per­ło­wej, kie­li­chy z łupiny kokosa, ale przede wszyst­kim dzie­siątki zega­rów i zegar­ków wszel­kiej maści.

Alek cho­dził po pokoju jak w tran­sie, przy­pa­tru­jąc się każ­demu przed­mio­towi z uwagą. Rokosz, dla któ­rej nie­co­dzienne zbiory Ber­narda nie były nowo­ścią, obie­cała sobie grać obo­jętną i zdy­stan­so­waną. Piękno i róż­no­rod­ność zbio­rów szybko ją jed­nak zno­kau­to­wały i tak jak jej przy­ja­ciel podzi­wiała każdy eks­po­nat z roz­dzia­wio­nymi ustami.

Gospo­darz zapa­lił papie­rosa, chwy­cił w dłoń ciężką szklaną popiel­niczkę i usiadł pod oknem.

Gdy już zaspo­ko­ili cie­ka­wość, Ber­nard wycią­gnął z szafy wiel­kie meta­lowe puz­dro, poło­żył je sobie na kola­nach i otwo­rzył wieko.

– No! Słu­chy do budy!

Zdez­o­rien­to­wany Alek znów zer­k­nął na swoją towa­rzyszkę, szu­ka­jąc w jej oczach ratunku. Ta jed­nak jedy­nie się uśmiech­nęła, się­gnęła do kie­szeni po komórkę i wrzu­ciła ją do bla­sza­nego pudełka. Chło­pak dorzu­cił tam swój tele­fon.

Usie­dli na jedy­nych dwóch wol­nych krze­słach w pokoju.

– To jest dok­tor Ber­nard Zager, eme­ry­to­wany wykła­dowca Uni­wer­sy­tetu Miko­łaja Koper­nika, wybitny znawca histo­rii Europy sie­dem­na­stego i osiem­na­stego wieku. – Łucja przed­sta­wiła gospo­da­rza Alkowi.

– Nie eme­ry­to­wany, tylko były. Były wykła­dowca. – Męż­czy­zna zakasz­lał i odsta­wił puszkę pod krze­sło. – Czemu nie przy­szedł Mirek?

Kobieta prze­łknęła ślinę. Nie spo­dzie­wała się aż tak cie­płego przy­ję­cia.

– Chcia­łam sama zoba­czyć, co u cie­bie.

– Nie pier­dol. – Gospo­darz ner­wowo zacią­gnął się papie­ro­sem, wstał i pod­szedł do okna, gdzie sta­nął ple­cami do gości. Wpa­try­wał się w dal. W końcu się odwró­cił. – Jakoś przez te trzy lata postę­po­wa­nia ani cie­bie, ani Zyg­munta nie inte­re­so­wało, co u mnie. Masz inte­res, to przy­szłaś. – Strzep­nął popiół do trzy­ma­nej w dłoni krysz­ta­ło­wej popiel­nicy.

Łucja odgar­nęła opa­da­jące na czoło włosy.

– Chodź, Alek, nic tu po nas. – Klep­nęła chło­paka w kolano i pod­nio­sła się z krze­sła.

– Niech się młody uczy, że nie zawsze jest milutko. – Męż­czy­zna usiadł, ponow­nie zacią­gnął się dymem i zmie­rzył Alka lodo­wa­tym spoj­rze­niem.

Chło­pak wska­zał na drzwi.

– Mogę pocze­kać na zewnątrz, jak coś.

– Siedź! – rzu­cił krótko gospo­darz, widząc, że stu­dent zrywa się ze swo­jego miej­sca. Ner­wowo zastu­kał pal­cami o opar­cie krze­sła. Popra­wił oku­lary na nosie, pod­wi­nął rękawy kra­cia­stej fla­ne­lo­wej koszuli i spoj­rzał na wiel­kiego Lon­gi­nesa na swoim nad­garstku. – To nie miało być spo­tka­nie daw­nych przy­ja­ciół, więc nie uda­wajmy, że nim będzie. Masz sprawę, tylko ja mogę ci pomóc, ja mam dług wobec Mirka. Zała­twmy to i możesz zmy­kać do swo­jego pięk­nego świata, w któ­rym wszy­scy są hono­rowi i zawsze nie­omylni w swo­jej uczci­wo­ści.

Rokosz przy­gry­zła wargę.

– Pokaż to. – Gospo­darz zga­sił papie­rosa o brzeg popiel­niczki, odło­żył ją na pod­łogę i wycią­gnął pulchną dłoń w kie­runku Łucji.

Ta się­gnęła do torebki i bez słowa wycią­gnęła z niej owi­nięty w szmatkę jajo­waty zega­rek.

Tym razem to Ber­nard naj­wy­raź­niej chciał grać obo­jęt­nego, ale szybko zdra­dziło go drże­nie spo­co­nych dłoni i dono­śne zgrzyt­nię­cie zębami. Pochwy­cił zega­rek i nie­mal pobiegł z nim w kie­runku dużego stołu. Wygo­spo­da­ro­wał sobie przy nim tro­chę miej­sca. Zało­żył czo­łówkę i przez lupę zegar­mi­strzow­ską długo przy­pa­try­wał się zdo­by­czy.

– Piękna robota! Sześć­dzie­siąt cztery na czter­dzie­ści pięć mili­me­trów, rok tysiąc sześć­set dwu­dzie­sty siódmy albo ósmy, na pewno przed trzy­dzie­stym dru­gim. – Nie odry­wał wzroku od obiektu.

– Mia­łam rację – wyszep­tała Łucja.

– Szwe­cja. Warsz­tat dobry, widać pasję, ale ręka jesz­cze nie tak wyro­biona.

– Nie Niemcy? – zdzi­wiła się Rokosz.

Męż­czy­zna otwo­rzył szklane wieko i lustro­wał mecha­nizm zegarka.

– Widać rysy na moco­wa­niach. Naszemu zegar­mi­strzowi drżała ręka. Nie wytwa­rzał zegar­ków zawo­dowo w dużych ilo­ściach. Dopiero się wpra­wiał. Sto­so­wał za to kom­po­nenty droż­sze, niż uza­sad­nia­łaby to potrzeba ryn­kowa. Jakby koszt wytwo­rze­nia wyrobu nie miał dla niego zna­cze­nia. Raczej ich nie sprze­da­wał, pew­nie roz­da­wał jako podarki.

– To musiał chyba wygrać na lote­rii, skoro roz­da­wał cacka warte for­tunę? – zażar­to­wał Alek.

– Aku­rat on nie musiał. – Ber­nard deli­kat­nie przy­mknął wieko cza­so­mie­rza i teraz lustro­wał ema­lio­wa­nie.

Łucja zało­żyła ręce na piersi.

– Znasz twórcę?

– Wy też go zna­cie. To nie było trudne.

– Zatem? – nie­cier­pli­wił się Alek.

– Powoli. Powiem, kiedy ustalę, jak zna­lazł się w Toru­niu…

– A to chyba aku­rat pro­ste. Skoro został wytwo­rzony w Szwe­cji, w tysiąc sześć­set dwu­dzie­stym siód­mym albo ósmym, a osta­tecz­nie…

– Przed śmier­cią jego twórcy w trzy­dzie­stym dru­gim. – Ber­nard odło­żył eks­po­nat na stół, roz­parł się wygod­nie na krze­śle, zapa­lił kolej­nego papie­rosa i zacią­gnął się głę­boko.

– Mniej­sza o dokładną datę. – Alek mach­nął ręką. – Istotne jest, że w lutym tysiąc sześć­set dwu­dzie­stego dzie­wią­tego Toru­nia­nie odparli szwedzki atak na mia­sto. Może poj­mali wtedy jakie­goś ich dowódcę i ktoś takim zegar­kiem wyku­pił się z nie­woli?

– Roman­tyk. Pozaz­dro­ścić. – Gospo­darz zachi­cho­tał i wypu­ścił z ust chmurę tyto­nio­wego dymu. – Mogło być i tak, ale… nie było, raczej nie było. Wydaje mi się, że ja już ten zega­rek gdzieś widzia­łem.

– Może w muzeum? Może ktoś go stam­tąd ukradł? – pod­chwy­ciła Rokosz.

Ber­nard pokrę­cił sta­now­czo głową.

– Zostaw mi go na dwa dni i wszystko ustalę – powie­dział, a gdy Łucja wydęła wargi, dodał: – Boisz się, że wywiozę go za gra­nicę, co?

Kobieta wes­tchnęła.

– No wiesz… – mruk­nął gospo­darz. – Ja to bym chyba sobie tak nie do końca ufał, ale… Znam cię aż za dobrze. Nie odpu­ścisz, dopóki się nie dowiesz. A tu nie masz wyj­ścia. – Roz­ło­żył ręce i uśmiech­nął się szel­mow­sko. – Ale i ja mam do cie­bie jedno pyta­nie, mogę? – Sztuczny uśmiech momen­tal­nie zszedł z twa­rzy męż­czy­zny. Jego spoj­rze­nie się wyostrzyło. Świ­dro­wał teraz Łucję tru­pio czar­nymi oczyma o roz­sze­rzo­nych źre­ni­cach. Patrzył, jak Rokosz przy­gryza wargę. W końcu spy­tał: – Kto go do was przy­niósł?

Kobieta ode­tchnęła. Spo­dzie­wała się, że Ber­nard na koniec zacho­wał coś, co zmusi ją do powrotu do tam­tej przy­krej sprawy, albo że w zamian za pomoc zażąda infor­ma­cji, któ­rych nie chcia­łaby mu prze­ka­zać…

– Gość nazywa się Karol Olech. Mnie to nazwi­sko nie­stety nic nie mówi. Inter­net też nie pod­po­wie­dział nic istot­nego: jeden pił­karz i ze trzech pra­cow­ni­ków branży trans­por­to­wej, pew­nie jakiś rodzinny biz­nes. Jest jesz­cze oczy­wi­ście kilka pro­fili na Face­bo­oku, ale bez zdjęć.

– Olech… Olech… – Zager zmru­żył oczy i podra­pał się po karku. – Hm… Jakiś Olech pro­wa­dził zakład foto­gra­ficzny na Pod­mur­nej… Tak! Pod­murna pięć­dzie­siąt dwa. Nawet kie­dyś sko­rzy­sta­łem z ich pomocy przy foto­gra­fo­wa­niu czę­ści moich zbio­rów. Dziwne… Dobrze. Na dziś koniec. – Kla­snął w dło­nie.

Łucja uśmiech­nęła się pod nosem. Cały Ber­nard. Czas audien­cji wła­śnie minął. Razem z Alkiem poże­gnali się z gospo­da­rzem, odzy­skali tele­fony i ruszyli windą na dół.

Na dwo­rze zapadł już mrok.

– Dobrze, że mamy to za sobą… – Rokosz zało­żyła kap­tur na głowę.

– Kolek­cja Bil­der­berga, mówi ci to coś? – zagad­nął nie­spo­dzie­wa­nie Alek.

Kobieta się zatrzy­mała, chwy­ciła go za ramię i spoj­rzała mu pro­sto w oczy.

– A ty skąd wiesz o tej spra­wie Ber­narda? O tym też Zyg­munt ci opo­wia­dał?

– O jakiej spra­wie? – Alek zmarsz­czył brwi. – Nic nie wiem o żad­nej spra­wie… Na maszy­nie dok­tora Zagera widzia­łem doku­ment zaty­tu­ło­wany „Kolek­cja Bil­der­berga – wer­sja trze­cia”. Tak jakby wła­śnie coś o tym pisał…

Rozdział 3

Toruń, 25 czerwca 2024, wtorek

Wtor­kowy pik­nik na Zamku Dybow­skim oka­zał się bar­dziej udany niż sobotni. Na pewno pomo­gła wspa­niała pogoda. Cały czas jed­nak o prze­ło­mie w sprze­daży pamią­tek i sło­dy­czy nie mogło być mowy. Nie trzeba było być wiel­kim ana­li­ty­kiem ryn­ko­wym, by wie­dzieć, że powo­łana zeszłego lata przez przy­ja­ciół – Łucję, Mirka, Beatę i Alka – do opieki nad zam­kiem spółka Ostra­kon nie stała się biz­ne­so­wym jed­no­roż­cem. Tak po praw­dzie, gdyby nie liczne pożyczki udzie­lane jej regu­lar­nie przez wspól­ni­ków, dawno już padłaby z głodu i pra­gnie­nia. Gło­so­wa­nie udzia­łow­ców nad likwi­da­cją biz­nesu zbli­żało się wiel­kimi kro­kami, ale dziś Łucja nie miała siły się tym mar­twić.

Popro­siła Halinkę o pod­wie­zie­nie do cen­trum. Chciała jak naj­szyb­ciej spraw­dzić, czy na Pod­mur­nej rze­czy­wi­ście jakiś Olech miał swoją pra­cow­nię foto­gra­ficzną. Wie­działa, że rów­nie dobrze Ber­nard mógł to zmy­ślić. Ale gdyby to była prawda, miała nadzieję cze­goś się o nim dys­kret­nie dowie­dzieć, zanim złoży mu wizytę w jego miesz­ka­niu na Ryba­kach.

Nic się nie zmie­nił, pomy­ślała, zaci­ska­jąc wargi. Na­dal uwiel­bia wyko­rzy­sty­wać swoją wie­dzę, by bawić się cudzym kosz­tem. Nie miała cie­nia wąt­pli­wo­ści, że wcale nie potrze­bo­wał, by zega­rek został u niego w miesz­ka­niu. Chciał po pro­stu zoba­czyć w jej oczach nie­pew­ność i lęk.

Zje­chały z mostu. Auto zatrzy­mało się na świa­tłach.

– Naprawdę byłaś u Ber­narda? – Halinka patrzyła na drogę, uni­ka­jąc wzroku Łucji.

– A ty skąd o tym wiesz?

– Co u niego? – Żarówa zigno­ro­wała pyta­nie Łucji.

– Nie pyta­łam. Zresztą nie inte­re­suje mnie to. – Rokosz wzru­szyła ramio­nami. – Poszłam tam wyłącz­nie w spra­wie zegarka. Spe­cjal­nie wzię­łam ze sobą Alka. Wie­dzia­łam, że przy kimś obcym będzie mu ciężko roz­ma­wiać o zaszło­ściach.

– I?

– I nic. Ma coś pospraw­dzać i się ode­zwie.

– Nie chcesz, nie mów. Ale moim zda­niem…

– Pod­su­nął mi pewien trop.

– Ber­nard? – Halinka zapar­ko­wała i wyłą­czyła sil­nik. – Mów!

– Powiem, jak to spraw­dzę. Wiesz dobrze, że mógł sobie ze mną pogry­wać.

Żarówa poki­wała głową.

– Słu­chaj – zaczęła po chwili – a może trzeba jed­nak wró­cić do tych poszu­ki­wań na Dybo­wie? Może… Nawet jeśli nie te zwoje, to prze­cież coś tam musi być. Ten zamek ma sześć­set lat.

– Skarb? Chcesz szu­kać skarbu, tak? – prych­nęła Łucja.

– No wiesz… – Kole­żanka nie ustę­po­wała. – Mogli­by­śmy ubie­gać się o jakąś dota­cję, można by to wszystko jakoś zgrab­nie opi­sać…

– Halinka… Muszę lecieć. – Rokosz wysia­dła z auta, zatrza­snęła za sobą drzwi, posłała jej całusa i ruszyła w kie­runku rynku.

Za chwilę przez uchy­lone okno usły­szała jesz­cze siar­czy­ste prze­kleń­stwo Żarówy, która nie mogła włą­czyć się do ruchu po tym, jak sznur aut ruszył po zmia­nie świa­teł.

Łucja spoj­rzała w kie­runku cmen­ta­rza. Przez moment się zawa­hała, czy nie powinna poroz­ma­wiać o tym wszyst­kim z Zyg­mun­tem. Na pewno miałby dla niej jakąś radę. Z tru­dem, ale zwal­czyła tę pokusę. Musiała w końcu nauczyć się radzić sobie sama.

Zwy­kle poma­gało jej rzu­ce­nie się w wir obo­wiąz­ków. Praca w anty­kwa­ria­cie w środy i piątki, a w pozo­stałe dni jako prze­wod­nika tury­stycz­nego po Toru­niu była inten­sywna, wyczer­pu­jąca, ale spra­wiała jej radość. Klienci tra­fiali się bar­dzo różni, ale Łucja się nie znie­chę­cała. Cza­sami miała ochotę okrę­cić się na pię­cie i uciec, jed­nak jak dotąd nikogo nie potur­bo­wała, a gróźb, jakie wypo­wia­dała pod nosem, raczej nikt nie usły­szał. Kiedy miała już naprawdę dość, jakimś cudem Święty Waw­rzy­niec, patron prze­wod­ni­ków, zsy­łał jej do opro­wa­dze­nia jakie­goś mło­dego czło­wieka, zafa­scy­no­wa­nego histo­rią, docie­kli­wego i żąd­nego wie­dzy. Wów­czas odży­wała i łado­wała bate­rie – i znów chciała być prze­wod­ni­kiem.

Szybko też zdała sobie sprawę z tego, że Beata i Halinka, jej naj­bliż­sze przy­ja­ciółki, pil­nie śle­dziły gra­fik Łucji i bły­ska­wicz­nie reago­wały, gdy ta tylko miała zbyt dużo wol­nego czasu. Halinka nie­spo­dzie­wa­nie pro­po­no­wała jej prze­pro­wa­dze­nie nie­zwy­kle pil­nych kon­sul­ta­cji dla biblio­teki uni­wer­sy­tec­kiej albo Beata zapra­szała ją na krótki wypad rowe­rowy za mia­sto.

Wie­działa, że to wszystko po to, by nie myślała, albo przy­naj­mniej nie myślała już tak czę­sto, o tym, co się wyda­rzyło, o tra­gicz­nej śmierci – słowo „mor­der­stwo” na­dal nie prze­cho­dziło jej przez gar­dło – Zyg­munta, o chu­dzielcu, który i ją pró­bo­wał… Potrzą­snęła głową, bo otrzą­snąć się z natręt­nych wspo­mnień.

Nie przy­pusz­czała, że rutyna i powta­rzal­ność będą tak dobrze na nią wpły­wać.

Ulicę Pod­murną znała dosko­nale, ale ni­gdy się nie zasta­na­wiała, gdzie dokład­nie mie­ści się kamie­nica numer 52, pod któ­rym miał się znaj­do­wać wspo­mniany przez Ber­narda zakład foto­gra­ficzny.

Przy księ­garni na rogu skrę­ciła w lewo i sta­nęła przed nie­wiel­kim, jed­no­pię­tro­wym budyn­kiem. Bez szyldu, bez numeru – według nawi­ga­cji była jed­nak na miej­scu. Przed sobą zoba­czyła ogromną witrynę zasło­niętą od środka kil­koma arku­szami sza­rego papieru. Długo szu­kała jakie­go­kol­wiek prze­świtu. W końcu udało jej się zaj­rzeć do wnę­trza. Puste szklane regały i gabloty. Rze­czy­wi­ście kie­dyś mógł tu być sklep.

Nic jed­nak nie wska­zy­wało na to, że był to zakład foto­gra­ficzny – żad­nych ramek, albu­mów, cha­rak­te­ry­stycz­nych lamp czy nawet reklam nie­śmier­tel­nego Kodaka. Po pro­stu gołe ściany, dwa krze­sła… I nagle. A jed­nak! W rogu sta­ro­modny wysoki wie­szak na ubra­nia z litego drewna, z obro­tową koroną z haczy­kami oraz uchwy­tem na para­sole. Za nim wąskie lustro w czar­nej ramie. Zde­cy­do­wa­nie nie był to zwy­kły sklep.

Czyli jed­nak, Ber­nard miał rację. Łucja uśmiech­nęła się pod nosem. Muszę dowie­dzieć się cze­goś o tym Ole­chu, jeśli rze­czy­wi­ście to on pro­wa­dził zakład.

Rozej­rzała się wkoło. Oprócz roz­krzy­cza­nej grupy przed­szko­la­ków, tło­czą­cej się pod prze­no­śną, przy­tu­loną do miej­skiego muru budką na lody, nie było tu żywej duszy.

Jeśli istot­nie przez lata pro­wa­dzony był tu zakład foto­gra­ficzny, to śla­dów po nim i jego wła­ści­cie­lach mogła pew­nie szu­kać albo w archi­wal­nych gaze­tach, gdzie zapewne się rekla­mo­wali, albo w magi­stra­cie, który im tę kamie­nicę wynaj­mo­wał. Musiała tylko wpaść na to, jak dotrzeć do tych infor­ma­cji, nie mar­nu­jąc całego dnia i nie tra­fia­jąc do aresztu za łama­nie zasad o ochro­nie danych oso­bo­wych.

Pode­szła do wózka z lodami.

– A śmie­tan­kowe pani ma? – Uśmiech­nęła się do sprze­daw­czyni, szczu­płej kobiety w bia­łym far­tu­chu i spor­to­wej czapce z dasz­kiem, która żuła gumę i wpa­try­wała się w ekran tele­fonu.

Kobieta zmie­rzyła Rokosz wzro­kiem, jakby oce­niała, czy klient wart jest pod­nie­sie­nia się z pla­sti­ko­wego fotela. W końcu wstała, unio­sła srebrną przy­krywkę i nie­pew­nie spoj­rzała na Łucję.

– Ale w wafelku? – spy­tała, a gdy Łucja się zawa­hała, wyja­śniła: – Bo kubki mi już wyszły.

– Zde­cy­do­wa­nie w wafelku. Takie są naj­lep­sze. Kla­syczne, śmie­tan­kowe, w wafelku, bez żad­nych posy­pek. Pani też takie lubi?

Sprze­daw­czyni wzru­szyła ramio­nami, mla­snęła gumą i się­gnęła łyżką głę­boko do pojem­nika. Nabrała dużą por­cję lodów i nało­żyła ją zgrab­nie do rożka.

Rokosz podała jej odli­czoną kwotę, chwy­ciła za wafe­lek i od razu poli­zała lody.

– Mmm! Pyszne! Widzi pani, teraz to wszystko się zmie­nia. Zamiast śmie­tan­ko­wych są sele­rowe, a zamiast rurek z kre­mem są paskud­nie słod­kie pianki. Zresztą… – Mach­nęła ręką. – Tam za rogiem kie­dyś był sklep muzyczny, a tu o – wska­zała brodą – foto­graf… Zawsze się coś zmie­nia, czę­sto na lep­sze…

Kobieta spoj­rzała we wska­zane miej­sce i zmru­żyła oczy.

– Fakt, był muzyczny. Syn­te­za­tor mi wujek tu kupił. A foto­graf? – Nadmu­chała balon z gumy i strze­liła nim. – Ta… Od Ole­chów to prąd cią­gnę­li­śmy, ale to kie­dyś, jesz­cze przed tym wypad­kiem. Pani Irenka to cał­kiem wpo­rzo była. Miesz­kała na Ryba­kach. Ale dzieci nie miała, to i zakładu nie było komu prze­jąć. Zresztą kto dzi­siaj do foto­grafa cho­dzi.

– Ale jaki wypa­dek?

– Nie sły­szała pani? – Kobieta wbiła w Łucję zasko­czone spoj­rze­nie. – Toż prze­cież Ole­chową zamor­do­wali.

Rozdział 4

Toruń, 26 czerwca 2024, środa

Infor­ma­cja o mor­der­stwie zszo­ko­wała Łucję. Zasta­no­wiło ją to, że ni­gdzie dotąd o tym nie czy­tała. Lokalna prasa nie prze­pu­ści­łaby prze­cież takiego tematu. O wypadku Zyg­munta, wia­domo – zna­nego pro­fe­sora UMK, trą­biły wszyst­kie gazety. Ale żeby tak zupeł­nie nic? Prze­szu­ki­wa­nie inter­netu pod hasłem „Irena Olech” oka­zało się jesz­cze mniej owocne niż w przy­padku Karola. Choć to prawda, poczuła dreszcz emo­cji, kiedy tra­fiła na nekro­log nie­ja­kiej Ireny Olech, jed­nak oka­zała się ona radną spod War­szawy.

Chciała od razu jechać na Rybaki skon­fron­to­wać Karola ze wszyst­kim, o czym zdo­łała się dowie­dzieć, ale Mirek i Halinka upro­sili ją, żeby pocze­kała do rana i zabrała ze sobą Alka.

Słabo spała. Nie mogła uspo­koić myśli. Zerwała się jesz­cze przed szó­stą, gotowa do dzia­ła­nia, ale dla Alka ranek zaczy­nał się po dzie­sią­tej. Dopiero wtedy wsie­dli do tram­waju na Rapaka.

– Pocze­kajmy. Zoba­czymy, co sam nam powie. – Chło­pak schy­lił się i wyj­rzał przez okno. – Wiesz, ta od lodów, jak cały dzień tylko te rożki sprze­daje, może z nudów i samot­no­ści wymy­ślać różne histo­rie.

– Suge­ru­jesz, że zmy­śliła to mor­der­stwo? – Łucja popra­wiła uchwyt na drążku.

– A kto ją tam wie. Coś usły­szała, prze­sły­szała się, coś dodała. Taka osoba, przez to, że może przed­sta­wić sie­bie jako nie­mal świadka takiej mro­żą­cej krew w żyłach histo­rii, staje się bar­dzo inte­re­su­jąca dla oto­cze­nia, dla sąsia­dów. Zapro­sze­nia na kawki i her­batki przez naj­bliż­sze mie­siące gwa­ran­to­wane.

– Wyda­wała się dobrze znać tych Ole­chów.

– Taaak? Prze­cież nawet nie wie­działa, że mieli syna.

Drzwi tram­waju się otwo­rzyły. Wysie­dli i ruszyli w stronę parku.

Alek, przez nikogo o to nie­pro­szony, zaczął opo­wia­dać o histo­rii Osie­dla Rybaki.

– Chodźmy tędy! Pokażę ci coś nie­sa­mo­wi­tego. – Wska­zał dło­nią w kie­runku Wisły.

– Potem. Jeste­śmy umó­wieni z Ole­chem. – Rokosz kiw­nęła w stronę prze­świtu mię­dzy dwiema sece­syj­nymi kamie­ni­cami.

– Oj, chodź, chodź. To zaraz obok. Nie poża­łu­jesz. Jako prze­wod­niczka po Toru­niu nie możesz nie znać tego miej­sca.

Minęli kamie­nicę z pru­skiego muru i już po chwili sta­nęli pod spo­rych roz­mia­rów dwu­skrzy­dło­wym budyn­kiem o bia­łej, kla­sy­cy­stycz­nej fasa­dzie. Przed tym zbu­do­wa­nym na samej wiśla­nej skar­pie pała­cy­kiem roz­po­ście­rał się piękny, kaska­dowy ogród.

– Wiesz, kto tu kie­dyś miesz­kał?

– Piękny! I nie, nie mam poję­cia. Ale chodźmy już! Nie­na­wi­dzę się spóź­niać. – Łucja obró­ciła się na pię­cie i ruszyła w kie­runku sąsia­du­ją­cej z pała­cem kre­mo­wej kamie­nicy.

– To willa samego mistrza pier­ni­kar­skiego, Gustawa Weesego! I to nie wszystko! – Alek ruszył w pogoń za Rokosz. – Wiesz, że po woj­nie ulo­ko­wali tu przy­by­łych z Wilna pro­fe­so­rów, któ­rzy mieli two­rzyć uni­wer­sy­tet w Toru­niu? Ber­nard twier­dzi…

– Hola, hola! Gada­łeś z Ber­nar­dem? – Łucja aż przy­sta­nęła.

Alek wzru­szył ramio­nami.

– Wysłał mi tro­chę infor­ma­cji na maila. Wiesz, że ci sami archi­tekci, któ­rzy zapro­jek­to­wali ten pała­cyk, stwo­rzyli też willę cesa­rza w Pocz­da­mie, tę, w któ­rej odbyła się kon­fe­ren­cja poko­jowa po dru­giej woj­nie świa­to­wej?

– Wyja­śnisz mi, jak doszło do tego, że Ber­nard opo­wie­dział ci o archi­tek­tach pała­cyku na Ryba­kach? Wspo­mnia­łeś mu, dokąd idziemy? – Kobieta wypro­sto­wała się i spoj­rzała chło­pa­kowi w oczy.

Alek z iry­ta­cją poki­wał głową.

– Dla two­jej wia­do­mo­ści: powie­dział mi o tym, zanim ty zdra­dzi­łaś mi adres Ole­cha. Wspo­mniał, że skoro się tu wybie­ramy, to może chciał­bym tu zaj­rzeć. Wie­dzia­łaś, że on też inte­re­suje się histo­rią dru­giej wojny świa­to­wej?

– A kiedy niby poda­łeś mu swój adres mailowy?

– Nie poda­łem! I wła­śnie to jest super, co nie? Mie­li­ście z Mir­kiem rację: musi być hiper­in­te­li­gentny. Tak się cie­szę, że go pozna­łem! Aha! Oddał zega­rek. – Wycią­gnął zawi­niątko z ple­caka i podał je Łucji.

– Alek! – Rokosz scho­wała przed­miot do torebki i ści­snęła Alka za rękę. – Musisz bar­dzo uwa­żać…

– A to niby dla­czego? Chcesz mi opo­wie­dzieć o tym, co się mię­dzy wami wyda­rzyło? Albo może o spra­wie Bil­der­berga? – Stu­dent uwol­nił dłoń z uści­sku, na co Łucja spu­ściła głowę. – A widzisz!

– Ale coś udało mu się usta­lić? Coś powie­dział?

– Tylko tyle, że się do cie­bie ode­zwie. Dobra, nie ma co. Chodźmy już. – Zakrę­cił piru­eta na par­ko­wej ścieżce.

Łucja nie mogła uwie­rzyć w to, jaką siłę prze­ko­ny­wa­nia miał Ber­nard, jak szybko potra­fił zyskać zaufa­nie osoby cał­ko­wi­cie mu obcej, i to z zupeł­nie innego poko­le­nia. Pomimo odpy­cha­ją­cej apa­ry­cji, cham­skich odzy­wek i cuch­ną­cego odde­chu w kilka, kil­ka­na­ście godzin potra­fił zbu­do­wać więź, zasłu­żyć na podziw i sym­pa­tię. Żało­wała, że jed­nak nie poje­chała wtedy na Rubin­kowo sama albo z Mir­kiem. A jeśli Ber­nard powtó­rzył Alkowi te wszyst­kie kłam­stwa o Zyg­mun­cie, które kie­dyś roz­po­wia­dał na UMK? Musiała zacho­wać ostroż­ność.

Dotarli pod wyzna­czony adres. Była za trzy jede­na­sta.

Scho­dami wspięli się na pierw­sze pię­tro. Sta­nęli przed drzwiami, do któ­rych przy­pięta była mosiężna sió­demka. Kie­dyś wisiała pod nią tabliczka z nazwi­skiem. W tej chwili pozo­stały po niej tylko blady ślad i dwa małe otwory po gwoź­dzi­kach.

Rokosz poczuła na karku palące spoj­rze­nie, jakby ktoś przy­glą­dał się jej zza drzwi sąsied­niego miesz­ka­nia. Odwró­ciła się gwał­tow­nie.

Sie­dzący na zewnętrz­nym para­pe­cie okna na pół­pię­trze klatki gołąb przed­rep­tał w bok i zagru­chał przy­jaź­nie. Łucja uśmiech­nęła się do cie­kaw­skiego ptaka, a następ­nie chwy­ciła za umiesz­czoną na drzwiach mosiężną kołatkę w kształ­cie lwiej głowy i zapu­kała.

Otwo­rzył im nie­wy­soki, kor­pu­lentny męż­czy­zna, grubo po sześć­dzie­siątce, ubrany w trzy­czę­ściowy jasno­szary gar­ni­tur, spod któ­rego wyzie­rały biała koszula i przy­pięta do niej wielka mucha w różowe gro­chy. Gdyby nie to, że był blon­dy­nem z zacze­ską, Łucja uzna­łaby, że wpa­dli na her­batkę do Her­ku­lesa Poirota. Karol Olech podra­pał się po kar­to­flo­wa­tym nosie, jakby zaraz miał kich­nąć, pod­krę­cił wąsik, przed­sta­wił się i zapro­sił gości do środka. Na szczę­ście bez cie­nia fran­cu­skiego akcentu.

– Prze­pra­szam naj­moc­niej za ten bała­gan, ale dziś przy­jeż­dża foto­graf z agen­cji nie­ru­cho­mo­ści i… O! Tu możemy usiąść. – Gospo­darz wska­zał na obite aksa­mi­tem krze­sła usta­wione w rzę­dzie pod oknem. – Resztę już kaza­łem spa­ko­wać. Zresztą… – Skrzy­wił się i mach­nął z obrzy­dze­niem dło­nią. – Tamto to już były same rupie­cie.

Usie­dli.

Łucja z zachwy­tem rozej­rzała się dookoła.

Pokój był prze­stronny, choć nieco mroczny. Poma­lo­wane na butel­kową zie­leń ściany doda­wały pomiesz­cze­niu tajem­ni­czo­ści, a złote geo­me­tryczne ele­menty – ele­gan­cji. Ozdobą miesz­ka­nia, obok intar­sjo­wa­nego sto­lika, na któ­rym stło­czono kilka zdjęć w mosięż­nych ram­kach, było wiel­kie lustro w zło­co­nej ramie wiszące naprze­ciwko kominka.

– Widzę, że się pani spodo­bało! Jak coś, to jest na sprze­daż. – Gospo­darz pod­krę­cił wąs.

– W sąsiedz­twie Pała­cyku Weesego ceny muszą być… – Alek gwizd­nął prze­cią­gle.

– Prze­pra­szam, kogo? – zacie­ka­wił się Olech.

Łucja uśmiech­nęła się blado, się­gnęła do torebki i wyjęła z niej zawi­nięty w mate­riał zega­rek.

– Nie chcemy panu robić kło­potu. My w zasa­dzie…

– Kło­pot to żaden. Ale przy her­ba­cie łatwiej mi będzie zebrać myśli. To może zapa­rzę earl greya, dobrze? – Karol wstał, zapiął guzik przy mary­narce i odszedł w kie­runku kuchni.

Alek i Łucja wymie­nili poro­zu­mie­waw­cze spoj­rze­nia. Gospo­darz ewi­dent­nie chciał, by uznali go za mistrza ele­gan­cji i przed­sta­wi­ciela sta­rej finan­sjery. Skoro jed­nak był bogaty i zanu­rzony w tra­dy­cji, dla­czego tak nagle posta­no­wił spie­nię­żyć rodzinne pamiątki?

Alek pod­szedł do sto­lika, nachy­lił się i zaczął przy­glą­dać zgro­ma­dzo­nym tam zdję­ciom. Łucja utkwiła wzrok w buja­ją­cej się na wie­trze topoli, która koń­ców­kami cien­kich gałą­zek muskała okienny para­pet.

– Ależ… Pro­szę usiąść… prze­cież… – Gospo­darz, trzy­ma­jąc obu­rącz ciężką tacę, sta­nął tuż obok przy­glą­da­ją­cego się zdję­ciom stu­denta.

– Może pomogę? – Chło­pak odsko­czył na bok i wycią­gnął ręce, gotowy prze­jąć tacę.

– Prze­pra­szam naj­moc­niej! – zre­flek­to­wał się Karol. – Śli­skie dło­nie, przez chwilę myśla­łem, że ją upusz­czę. A pan stał w przej­ściu… Nic mnie nie uspra­wie­dli­wia.

Olech posta­wił tacę na para­pe­cie, zgar­nął zdję­cia ze sto­lika, wyniósł je do kuchni, po czym sam sto­lik przy­su­nął w kie­runku miej­sca, gdzie sie­dzieli. Posta­wił na nim fili­żanki z her­batą i usiadł w fotelu.

– Pro­szę wyba­czyć, ale chyba jesz­cze sobie z tym nie radzę. – Prze­łknął ślinę i opu­ścił wzrok. – Ja ją tu wszę­dzie na­dal widzę. – Scho­wał twarz w dło­niach. – To ona zawsze parzyła her­batę…

To była ide­alna chwila, żeby nakie­ro­wać roz­mowę na temat przy­czyny śmierci matki Ole­cha. Nagle jed­nak przed oczami Łucji sta­nął Zyg­munt z tacą w rękach, na któ­rej przy­no­sił jej śnia­da­nie w każdą sobotę, kiedy tylko był w domu. Była w sta­nie ode­zwać się dopiero po chwili:

– Może lepiej, jeśli my sobie… – Pod­nio­sła się z krze­sła, ale Olech zła­pał ją za przed­ra­mię i spoj­rzał na nią bła­gal­nie.

Gdy usia­dła z powro­tem, się­gnął po zawi­niątko, poło­żył je sobie na kola­nach i oswo­bo­dził z kolej­nych warstw mate­riału. Oglą­dał zega­rek z zain­te­re­so­wa­niem z każ­dej strony, nie prze­sta­jąc krę­cić głową.

– Uwie­rzy mi pani, jeśli powiem, że widzę go pierw­szy raz w życiu?

Łucja cały czas pró­bo­wała roz­gryźć tego męż­czy­znę, ale ten ucie­kał wzro­kiem. To jed­nak było za mało, by o cokol­wiek go posą­dzić.

– Począt­kowo myśle­li­śmy, że to może być strata wojenna naszego Muzeum Okrę­go­wego. – Tym razem Alek pró­bo­wał zło­wić wzrok gospo­da­rza.

– Ooo… – Ten wypro­sto­wał się i uniósł brwi. – Może powi­nie­nem się tam z nim zgło­sić? – Strzep­nął papro­szek z klapy mary­narki.

– Nie, nie ma takiej potrzeby. Na szczę­ście to nie jest ich eks­po­nat – zain­ter­we­nio­wała Łucja.

– Rozu­miem, że już ich o to pyta­li­ście? – Olech drżącą dło­nią się­gnął po fili­żankę i utkwił wzrok w wyma­lo­wa­nych na niej różach.

– Powiedzmy, że mamy swoje metody. Ale skoro to nie strata wojenna, a pan wcze­śniej nie wie­dział o jego ist­nie­niu… To może jed­nak chce pan go sobie zosta­wić? – Rokosz spoj­rzała na niego spode łba.

Męż­czy­zna ener­gicz­nie potrzą­snął głową.

– Abso­lut­nie nie! Tak jak wspo­mnia­łem panu Cioł­kowi, muszę się pozbyć wszyst­kiego, co tu jest. – Powiódł wzro­kiem wokół. – Im szyb­ciej, tym lepiej. Tak dora­dził mi mój tera­peuta… Ech, nie powi­nie­nem o tym mówić, prawda? Cóż, kiep­ski ze mnie nego­cja­tor. Ale pro­szę mi wie­rzyć… – Zła­pał Łucję za dłoń i zasko­czył ją spoj­rze­niem pro­sto w oczy. – Nie cho­dzi o to, ile na tym zaro­bię. Ta prze­szłość nie może mnie ści­gać.

Rokosz poczuła, że kolejna szansa na prze­kie­ro­wa­nie roz­mowy na ważny dla niej temat może już nie nadejść. Teraz albo ni­gdy.

– Ale co wła­ści­wie się stało?

Karol ostroż­nie odło­żył zega­rek na sto­lik, wes­tchnął, a potem zadzi­wia­jąco chęt­nie opo­wie­dział im histo­rię swo­jej rodziny.

Oka­zało się, że ojciec Karola, Gustaw, przy­je­chał do Toru­nia w pierw­szych latach wojny. Tutaj spo­tkał piękną dziew­czynę, Irenę, tu wzięli ślub, tu zamiesz­kali. Zakład foto­gra­ficzny na Pod­mur­nej był ich oczkiem w gło­wie i to jemu poświę­cali cały swój czas. Ojciec Karola wszyst­kim się chwa­lił, że w tym samym miej­scu, wręcz w tym samym budynku, w któ­rym on miał swój zakład, przed wojną znaj­do­wało się ate­lier foto­gra­ficzne. I to nie byle jakie. Pro­wa­dził je słynny foto­graf, spod któ­rego ręki wyszło jedno z nie­licz­nych zdjęć Franza Kafki. Ba! Kiedy ojciec tro­chę wię­cej wypił, opo­wia­dał nawet, że wcze­śniej, naprawdę dawno temu, w tym ate­lier powstały pierw­sze dage­ro­typy, i to podobno na urzą­dze­niu zaku­pio­nym w Paryżu od samego wyna­lazcy foto­grafii, Louisa Dagu­erre’a. Gustaw Olech zresztą cią­gle opo­wia­dał różne histo­rie. Ludzie przy­cho­dzili do niego, nawet jak nie potrze­bo­wali zdjęć, tak po pro­stu, żeby poga­dać.

– A pana nie cią­gnęło do foto­gra­fii? – zagad­nęła Łucja. – Pra­co­wał pan z rodzi­cami.

Olech uśmiech­nął się pod nosem.

– Z moim ojcem? – Pokrę­cił głową. – Matka byłaby wnie­bo­wzięta, ale nie… To nie mogło się udać. Nie z nim. Musia­łem szu­kać swo­jej wła­snej ścieżki.

– O! To cie­kawe. – Alek nagle wypro­sto­wał plecy. – A pozo­stał pan w branży arty­stycz­nej?

– Ponie­kąd… – Karol upił łyk her­baty. – No ale wra­ca­jąc do zakładu: to szybko prze­stał być dobry biz­nes. A może ni­gdy nie był? Dla moich rodzi­ców ate­lier było świą­ty­nią sztuki, a nie maszynką do zara­bia­nia pie­nię­dzy.

– Skąd ja to znam… – wymsknęło się Łucji, która od razu pomy­ślała o Mirku i jego anty­kwa­ria­cie.

Karol opo­wie­dział dalej, że ze względu na cho­robę ojca zakład prze­jęła matka. I że choć miała smy­kałkę do inte­re­sów, biz­nes kur­czył się z roku na rok. W końcu także Irena Olech pod­upa­dła na zdro­wiu i musiała zamknąć inte­res.

– To było rap­tem w stycz­niu, no i… teraz… dwa tygo­dnie temu… – Karol przy­gryzł wargę.

– Śmierć bli­skiego, i to jesz­cze w takich oko­licz­no­ściach… Dosko­nale pana rozu­miem. – Łucja pod­nio­sła wzrok na gospo­da­rza.

– W takich oko­licz­no­ściach? – Męż­czy­zna wyda­wał się zmie­szany. – Matka przez te wszyst­kie cho­roby była już mocno nie­po­radna. A jeśli cho­dzi o te kilka rze­czy – nagle zmie­nił temat – teraz, kiedy jest ten zega­rek, może wpad­nie parę zło­tych i uda się spła­cić choć część dłu­gów rodzi­ców.

Z oczu Karola Łucja nie była w sta­nie wyczy­tać, czy histo­ryjka o mor­der­stwie była zmy­ślona, czy po pro­stu nie chciał o tym mówić.

– No tak. A gdyby miał pan strze­lać… – Scho­wała zega­rek do torebki, a widząc, że Olech wytrzesz­czył na nią oczy, dodała szybko: – Gdyby miał pan strze­lać, skąd pań­scy rodzi­cie mieli ten zega­rek, to…

Męż­czy­zna ze świ­stem wypu­ścił powie­trze, roz­ło­żył ręce i pokrę­cił głową.

– Oni ni­gdy nie przy­wią­zy­wali wagi do przed­mio­tów. Co innego apa­rat. O! Choćby jak ten, który prze­ka­za­łem pań­stwu. Ale zega­rek? Naprawdę nie mam poję­cia.

– Może od kogoś go dostali? – pod­su­nął Alek. – Może w pre­zen­cie? Albo w nagrodę?

– No wie pan, raczej wąt­pię, żeby ktoś roz­da­wał sie­dem­na­sto­wieczne… w każ­dym razie stare, bar­dzo stare zegarki. Szcze­rze wąt­pię. – Gospo­darz wycią­gnął tele­fon z kie­szeni, spoj­rzał na ekran i zawo­łał: – Oho! Naj­moc­niej prze­pra­szam, ale chyba agent zaraz tu będzie.

Sie­dem­na­sto­wieczny? – zasta­no­wiła się Łucja. Olech musi mieć nie­złe oko.

Kla­snęła i pogo­niła gestem Alka. Chło­pak szybko dopił resztkę her­baty i wstał.

– Pro­szę dać nam jesz­cze ze dwa dni i będziemy gotowi z wyceną.

Gospo­darz przy­tak­nął i odpro­wa­dził gości do wyj­ścia.

Kiedy scho­dzili po scho­dach, pod kamie­nicę pod­je­chała czarna fur­go­netka Mer­ce­desa. Z samo­chodu nikt jed­nak nie wysiadł. Łucja, przez chwilę jesz­cze nie spusz­cza­jąc auta z oczu – zdzi­wiona, że agenci nie­ru­cho­mo­ści jeż­dżą takimi luk­su­so­wymi mar­kami – ruszyła w stronę parku.

– I co tak mil­czysz? – zagad­nęła w pew­nym momen­cie Alka.

– Musimy koniecz­nie wypy­tać o nią w Muzeum Okrę­go­wym.

– O zega­rek zna­czy się?

– Nie! O nią! O Irenę!

Ruszyli bie­giem w kie­runku przy­stanku, do któ­rego wła­śnie zbli­żał się tram­waj.

Rozdział 5

Toruń, 28 czerwca 2024, piątek

Łucja wie­działa, że jeśli chce coś zała­twić w muzeum, to naj­le­piej popro­sić o pomoc Mirka. Wpraw­dzie znała tam pra­wie wszyst­kich, od straż­nika po dyrek­tora, ale to nijak nie prze­kła­dało się na moż­li­wość wydo­by­cia od nich jakichś infor­ma­cji. Pod tym wzglę­dem muzeum było jak nie­zdo­byta twier­dza. Co innego Mirek – do niego kilka pra­cu­ją­cych tam pań miało sła­bość.

Wpraw­dzie przez chwilę Rokosz się wahała, czy nie puścić szefa samego, ale w końcu posta­no­wiła, że pójdą we trójkę, razem z Alkiem. Chło­pak zawsze robił dobre wra­że­nie na kobie­tach. Ist­niało dość realne zagro­że­nie, że Mirek, zanim dotrze na miej­sce, roz­ko­ja­rzy się, utknie przy któ­rejś z gablot albo zagłębi się w bez­pro­duk­tywną dys­ku­sję o numi­zma­tach. On miał im tylko pomóc wejść do twier­dzy – resztą Rokosz chciała zająć się oso­bi­ście.

Poprzed­niego dnia Alek opo­wie­dział Łucji o tym, co zoba­czył na foto­gra­fiach sto­ją­cych na intar­sjo­wa­nym sto­liku w miesz­ka­niu Ole­cha. Wpraw­dzie nie zdą­żył przyj­rzeć się im dokład­nie, bo gospo­darz nie­spo­dzie­wa­nie wyniósł je do kuchni, ale dwa zdję­cia wzbu­dziły jego zain­te­re­so­wa­nie.

Na jed­nym z nich wid­niało dwóch ele­gancko ubra­nych męż­czyzn, na oko pięć­dzie­się­cio­let­nich. Jeden z nich trzy­mał w dłoni smy­czek, a drugi obej­mo­wał go pra­wym ramie­niem, w lewej ręce trzy­mał zaś pro­por­czyk z datą: „1942” i jakimś nie­czy­tel­nym napi­sem.

Szybko usta­lili, że żaden z męż­czyzn nie mógł być ojcem Karola. Ten bowiem, jeśli wie­rzyć opo­wie­ści męż­czyzny, w tam­tym cza­sie mógł mieć góra czter­dzie­ści lat.

Gdy skrę­cili z Łazien­nej w Sze­roką, Alek prze­cze­sał pal­cami włosy i rzekł:

– Cały czas zasta­na­wia mnie to, że Olech wycho­wał się na Ryba­kach, a nie wie­dział o Pała­cyku Weesego.

– Może nie dosły­szał, o czym mówisz? – pod­su­nął Mirek.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki