Strażnik Rafaela - Krzysztof P. Czyżewski - ebook
NOWOŚĆ

Strażnik Rafaela ebook

Krzysztof P. Czyżewski

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Kiedy pracująca w toruńskim antykwariacie Łucja dostaje zlecenie na ustalenie pochodzenia zabytkowego zegarka kieszonkowego, wpada na trop zaginionej kolekcji księżnej Czartoryskiej. A co, jeśli ten artefakt potrafi wskazać drogę do skarbu jeszcze cenniejszego niż sama Szkatuła Królewska?

Łucja wraz z grupą przyjaciół postanawia jako pierwsza dotrzeć do prawdy. Ruszają tropem zagadki, która od dziesięcioleci rozpala wyobraźnię historyków i poszukiwaczy dzieł sztuki. Kolejne dramatyczne wydarzenia prowadzą ich przez całą Europę i mroczne sekrety z czasów II wojny światowej.

Jednak pokusa zdobycia fortuny i zapisania się na kartach historii wystawia ich przyjaźń na wielką próbę. Gdy odnalezienie skarbu wydaje się być na wyciągnięcie ręki, rozdzwaniają się telefony w tajemniczej kancelarii prawnej na wysokim piętrze Rockefeller Center w Nowym Jorku. A ci, którzy mogą znać odpowiedzi na pytania Łucji, prowadzą własną grę albo znikają w niewyjaśnionych okolicznościach…

Emocjonujące śledztwo prowadzące przez historię, sztukę i mroczne czasy wojny.

Elżbieta Cherezińska

Arcyciekawa intryga, detektywistyczna przygoda i wspaniała rozrywka. Polecam!

Robert Małecki

Fascynująca podróż po ścieżkach tajemnic z wytrawnym przewodnikiem, który potrafi opowiadać.

Maciej Siembieda

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 413

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Copy­ri­ght © by Krzysz­tof P. Czy­żew­ski Copy­ri­ght © 2026 for the Polish edi­tion by Wydaw­nic­two Czarna Owca

All rights rese­rved

Redak­cja: Anna Pła­skoń-Soko­łow­ska Korekta: Beata Wój­cik, Maciej Kor­ba­siń­ski Pro­jekt okładki i gra­fik: Klara Gry­glicka Redak­tor pro­wa­dzący: Kata­rzyna Monika Słup­ska Wer­sję elek­tro­niczną w sys­te­mie Zecer przy­go­to­wała Róża Rozaxa

Wszel­kie prawa zastrze­żone. Niniej­szy plik jest objęty ochroną prawa autor­skiego i zabez­pie­czony zna­kiem wod­nym (water­mark). Uzy­skany dostęp upo­waż­nia wyłącz­nie do pry­wat­nego użytku. Roz­po­wszech­nia­nie cało­ści lub frag­mentu niniej­szej publi­ka­cji w jakiej­kol­wiek postaci bez zgody wła­ści­ciela praw jest zabro­nione.

Wyda­nie pierw­sze ISBN: 978-83-8382-992-0 War­szawa 2026

Prolog

Kraków, 19 września 1938, poniedziałek

Kra­kau to naj­ja­śniej­sza perła Rze­szy na wscho­dzie! – Dono­śny głos odbił się echem od murów i roz­niósł po pustej o tej porze ulicy Pijar­skiej.

Komor­nicki drgnął. Tylko jeden znany mu czło­wiek miał taki gar­dłowy i jed­no­cze­śnie świsz­czący tembr.

Nie, to nie­moż­liwe… – pomy­ślał.

Na chwilę kustosz zamarł w bez­ru­chu, wsłu­chu­jąc się w roz­mowę na ulicy. Odło­żył na bok trzy­many w ręku apa­rat Exakta, po czym pospiesz­nie pod­szedł do uchy­lo­nego okna i kry­jąc się za zasłoną, dys­kret­nie spoj­rzał w dół.

Słuch go nie mamił. W pla­mie cie­nia, tuż pod roz­cią­ga­ją­cym się w poprzek ulicy most­kiem, w towa­rzy­stwie dwóch męż­czyzn stał pro­fe­sor Dago­bert Frey, ulu­biony eks­pert Hitlera i naj­bar­dziej hołu­biony w Trze­ciej Rze­szy histo­ryk sztuki.

Choć był już grubo po pięć­dzie­siątce, zacho­wy­wał urodę che­ru­bina, żyw­cem wycią­gnię­tego z obra­zów Rafa­ela. Ze swo­imi lekko krę­co­nymi siwymi lokami, pucu­ło­watą, rumianą buzią i nie­od­łączną muchą w gro­chy, uwią­zaną przy śnież­no­bia­łej koszuli, spra­wiał wra­że­nie wiecz­nie zado­wo­lo­nego z życia sza­lo­nego naukowca.

Drugi z męż­czyzn stał tyłem do okna. Komor­nicki bez trudu roz­po­znał w nim swego pryn­cy­pała. Ten kor­pu­lentny, przy­gar­biony czło­wiek w gra­na­to­wym, zbyt mocno paso­wa­nym gar­ni­tu­rze poka­zy­wał coś pro­fe­so­rowi w trzy­ma­nym w ręku kata­logu.

Ale kim była trze­cia postać?

Kustosz nad­sta­wił ucha i udało mu się wyła­pać kolejny strzęp roz­mowy.

– Wit Stwosz, albo jak pan woli Veit Stoß, to rze­czy­wi­ście wybitny norym­ber­ski arty­sta, ale nie można prze­cież zaprze­czyć, że Kra­ków to kolebka tutej­szych Sło­wian. – Słowa te wypo­wie­dział trzeci z męż­czyzn. Jego głos był cichy, spo­kojny, ale sta­now­czy.

Kustosz zbyt dobrze znał swo­jego prze­ło­żo­nego. Ten na byle kogo nie patrzyłby z taką aten­cją i sza­cun­kiem, jakimi wła­śnie obda­rzał towa­rzy­sza pro­fe­sora. Zresztą w oczach dyrek­tora Komor­nicki wyczuł coś wię­cej niż tylko sza­cu­nek. Zoba­czył w nich strach.

– Oj, brat nie byłby z cie­bie zado­wo­lony, ty moja sło­wiań­ska duszo! To tylko legenda, mój drogi Alber­cie. I to legenda nie­udol­nie przez nich uszyta. – Pro­fe­sor pokle­pał towa­rzy­sza po ramie­niu. – Ta mizerna pogań­ska osada zaczęła się roz­wi­jać wła­ści­wie dopiero za cza­sów pocho­dzą­cego z Turyn­gii biskupa Pop­pona.

Sły­sząc to, Komor­nicki zaci­snął pię­ści. Znał dosko­nale te rów­nie roman­tyczne, co nie­do­rzeczne opo­wie­ści o ger­mań­skiej kolo­ni­za­cji wschodu.

A może to Albert Speer, główny archi­tekt Hitlera? – pomy­ślał, mru­żąc oczy.

Zdał sobie jed­nak sprawę, że ni­gdy Spe­era nie widział. Znał tylko kilka jego pro­jek­tów zwią­za­nych z prze­bu­dową Ber­lina.

Ale gdyby nawet to był on, co miałby robić aku­rat tu, w Kra­ko­wie?

Kustosz stra­cił gości z pola widze­nia, jed­nak za chwilę usły­szał ich cięż­kie kroki na kamien­nych scho­dach pro­wa­dzą­cych na górę.

Pod­wi­nął rękawy koszuli i wró­cił do pracy.

Z otwar­tej szkla­nej gabloty wycią­gnął kolejny eks­po­nat – złoty kubek zdo­biony czer­wo­nym bursz­ty­nem – i poło­żył go na środku dużego sto­lar­skiego stołu, przy­kry­tego czarną mate­rią. Przy­giął klosz meta­lo­wej lampy, oświe­tlił przed­miot, chwy­cił apa­rat w dłoń, zajął pozy­cję i naci­snął migawkę.

W tej samej chwili drew­niana pod­łoga zło­wiesz­czo skrzyp­nęła pod cięż­kimi butami gości. Pierw­szy w sali poja­wił się Frey. Naj­wy­raź­niej ocze­ki­wał, że całe muzeum będzie tylko do jego dys­po­zy­cji, bo spo­strze­gł­szy Komor­nic­kiego, zatrzy­mał się u szczytu scho­dów i syk­nął coś do podą­ża­ją­cego za nim dyrek­tora. Ten, niczym uczniak zru­gany przez bel­fra, wbił wzrok w pod­łogę i przy­ci­szo­nym gło­sem zaczął się gęsto tłu­ma­czyć.

– Nie­do­god­ność? – wyce­dził przez zęby Dago­bert, na tyle jed­nak gło­śno, by jego słowa dotarły do uszu kusto­sza. Chwy­cił dyrek­tora pod rękę i wypro­wa­dził go do bocz­nej sali, zatrza­sku­jąc za sobą drzwi.

Trzeci z męż­czyzn uśmiech­nął się cie­pło do Komor­nic­kiego i roz­ło­żył ręce, jakby chciał prze­pro­sić za zamie­sza­nie. Wsa­dził dło­nie w kie­sze­nie mary­narki i ze szczerą cie­ka­wo­ścią przy­glą­dał się wiszą­cym na ścia­nie por­tre­tom.

Po chwili wró­cił pro­fe­sor. Bez dyrek­tora. Zado­wo­lony, szep­nął coś do kolegi, sta­nął na środku sali, wycią­gnął z teczki srebrny auto­ma­tyczny ołó­wek i zaczął nim szki­co­wać w gru­bym note­sie, opraw­nym w brą­zową skórę.

Komor­nicki, nie prze­ry­wa­jąc pracy, obser­wo­wał go kątem oka.

Frey po muze­al­nych salach poru­szał się pew­nie i według planu, choć abso­lut­nie nie tego wyni­ka­ją­cego z suge­ro­wa­nego kie­runku zwie­dza­nia. Przez gale­rię por­tre­tów prze­mknął, nie zatrzy­mu­jąc się ani na moment. Zigno­ro­wał też kolek­cję kobier­ców, jak i obrazy o tema­tyce reli­gij­nej. Przy­sta­nął dopiero przy serii minia­tur zdo­bią­cych jedną ze ścian. Pochy­lił się i przyj­rzał jed­nej z nich, tej wiszą­cej naj­wy­żej. Wydął wargi, prze­wer­to­wał notes i znów coś w nim zapi­sał.

Czyżby zacie­ka­wił go aku­rat por­tret Koper­nika? – zasta­na­wiał się kustosz.

Komor­nicki naci­snął spust migawki, wyzwa­la­jąc błysk lampy. Cały czas miał jed­nak pro­fe­sora na oku.

Ten zatrzy­mał się jesz­cze przy dwóch innych gablo­tach, za każ­dym razem coś pil­nie notu­jąc, aż w końcu sta­nął przy stole, na któ­rym roz­ło­żone były foto­gra­fo­wane eks­po­naty.

Odło­żył notes i chwy­cił w dłoń złoty kubek, po czym obró­cił go w pal­cach.

– Piękna nie­miecka robota. Wie pan, że nale­żał kie­dyś do naszego cesa­rza? – Łyp­nął na Komor­nic­kiego, wycze­ku­jąc jego reak­cji.

– Zaku­piony przez naszą patronkę na aukcji w Paryżu w tysiąc sie­dem­set dzie­więć­dzie­sią­tym szó­stym, razem z tym oto pier­ście­niem. – Kustosz wska­zał pal­cem na leżący na dol­nej półce gabloty złoty pier­ścio­nek z czer­wo­nym okiem.

Tym­cza­sem nad­biegł dyrek­tor, nio­sąc dwa, wyście­łane czer­wo­nym aksa­mi­tem, cięż­kie drew­niane krze­sła.

Korzy­sta­jąc z zamie­sza­nia, kustosz zer­k­nął do notesu odło­żo­nego przez Freya na stół. Wystar­czyło jedno spoj­rze­nie, rzu­ce­nie okiem na dwa umiesz­czone tam przez Dago­berta szkice i towa­rzy­szące im notatki, by Komor­nicki zro­zu­miał rze­czy­wi­sty cel wizyty pro­fe­sora w muzeum.

– Pro­szę! – Dyrek­tor z ulgą posta­wił krze­sła na pod­ło­dze. – O wiele lepiej kon­tem­pluje się sztukę z tej per­spek­tywy. – Klep­nął dło­nią w mięk­kie sie­dzi­sko. Dopiero wtedy jego roz­bie­gane oczy zatrzy­mały się na postaci kusto­sza. – A pan…? – Męż­czy­zna spoj­rzał srogo na zdarte czubki i nabite ćwie­kami pode­szwy butów pod­wład­nego. – Nie będziemy tu prze­szka­dzać sza­now­nym gościom, prawda, panie Komor­nicki?

– Ale… – Kustosz roz­ło­żył ręce. – Widział pan…? – Wska­zał pal­cem na otwarty notes pro­fe­sora.

Dago­bert momen­tal­nie się­gnął po swoją wła­sność i scho­wał ją do teczki.

– Zapra­szam panów do mnie na kawę, a pan kustosz zaraz to wszystko uprząt­nie. – Dyrek­tor ukło­nił się i poka­zał na schody.

– Idź­cie, idź­cie. Ja was zaraz dogo­nię. Coś tu jesz­cze tylko spraw­dzę. – Pro­fe­sor przy­siadł na krze­śle i zaczął szu­kać cze­goś w teczce.

Dyrek­tor ski­nął głową, wziął Alberta pod rękę i groź­nie łyp­nął na pod­wład­nego, który, ku jego ucie­sze, posłu­chał jego pole­ce­nia i zaczął zbie­rać sprzęt foto­gra­ficzny.

Po chwili kustosz zauwa­żył, że Frey w końcu musiał zna­leźć to, czego szu­kał, bo zamknął teczkę, wstał i ruszył w kie­runku scho­dów. Zanim jed­nak do nich dotarł, skrę­cił w lewo, zni­ka­jąc za drzwiami pro­wa­dzą­cymi do jed­nej z bocz­nych sal.

Komor­nicki chciał nawet za nim krzyk­nąć, upo­mnieć go, że pomy­lił drogę, ale w mig zro­zu­miał, że pro­fe­sor zbyt dobrze znał muzeum, by można tu było mówić o pomyłce. Scho­wał apa­rat do pokrowca i na pal­cach ruszył w ślad za Freyem.

Umiesz­czone przez pro­fe­sora w note­sie dokładne plany pomiesz­czeń muze­al­nych, z wry­so­wa­nymi w nie gablo­tami i ozna­czo­nymi na nich naj­cen­niej­szymi eks­po­na­tami, któ­rym Dago­bert przy­pi­sał kon­kretne numery, nie pozo­sta­wiały wąt­pli­wo­ści co do jego rze­czy­wi­stych zamia­rów.

Komor­nicki dotąd cały czas wma­wiał sobie, że to, co o wizy­tach nie­miec­kiego histo­ryka sztuki w pol­skich muze­ach opo­wia­dali jego przy­ja­ciele z Kielc, Tar­no­pola, Lwowa czy Toru­nia, było zwy­kłym kłam­stwem, a w naj­lep­szym razie – nie­wy­bredną plotką. Tłu­ma­czył to roz­ple­nioną w śro­do­wi­sku nauko­wym zawi­ścią, a w osta­tecz­no­ści prze­kra­cza­jącą wszel­kie gra­nice roz­sądku endecką nie­uf­no­ścią wobec zachod­niego sąsiada.

Teraz zro­zu­miał, jak bar­dzo się mylił. Cel pro­fe­sora, cel Ber­lina, za któ­rego pie­nią­dze Frey odby­wał swoje podróże, był oczy­wi­sty. W tej chwili pyta­nie brzmiało nie czy, ale kiedy i o które dzieła wytwo­rzone przez nie­miec­kich arty­stów i rze­mieśl­ni­ków Rze­sza upo­mni się naj­pierw.

Hol, w który skrę­cił pro­fe­sor, był pusty, tak jak i kolejna z sal oraz jesz­cze następna, w któ­rej urzą­dzono małą zbro­jow­nię.

Kustosz usły­szał w oddali szmer, a chwilę potem skrzyp­nęły drzwi na samym końcu kory­ta­rza.

Tylko nie to! Zaci­snął pie­ści. On nie jest nie­miecki!

Bez­sze­lest­nie prze­mie­rzył długą salę. Widoczny w szpa­rze pod drzwiami cień potwier­dził, że Dago­bert był w środku.

Komor­nicki zaj­rzał do wnę­trza przez dziurkę od klu­cza.

W tym nie­wiel­kim kwa­dra­to­wym pokoju znaj­do­wał się tylko jeden eks­po­nat. I to przed nim wła­śnie stał pro­fe­sor.

Kustosz dosko­nale widział twarz Freya, oświe­tloną przez świa­tło zwi­sa­ją­cej z góry lampy, każdy gry­mas, każdy mię­sień, każde mru­gnię­cie i ten prze­ra­ża­jący błysk w oczach – niczym u myśli­wego, który w końcu dopadł swoją ofiarę.

Dago­bert wcią­gnął powie­trze nosem, tak jakby chciał poczuć zapach znaj­du­ją­cego się przed nim arcy­dzieła. Zmru­żył oczy i wstrzy­mał oddech. Prawą dłoń wycią­gnął przed sie­bie, po czym zbli­żył ją na mili­me­try do gór­nej kra­wę­dzi cudow­nego obiektu. Zda­wało się, że chce go pogła­skać.

– Naj­droż­szy! Nasz Führer, Goeb­bels, a nawet ten pro­stak Göring mieli rację! – Oczy Freya zabły­snęły jesz­cze moc­niej. – Obie­cuję… To już nie­długo. Uwol­nię cię jako pierw­szego – wyszep­tał.

Komor­nicki zro­zu­miał, że jeśli chce ura­to­wać perłę kolek­cji Czar­to­ry­skiej, Por­tret mło­dzieńca pędzla Rafa­ela San­tiego, musi dzia­łać szybko.

Rozdział 1

Toruń, 22 czerwca 2024, sobota

Toporna drew­niana skrzynka na cytrusy wciąż tam była. Spo­czy­wała na środku wiśnio­wego sto­lika kawo­wego, który Mirek Cio­łek trak­to­wał nie­mal jak ołtarz. I nie, nikt nie porzu­cił jej tam przez przy­pa­dek. Tkwiła dokład­nie na jego środku, z mili­me­trową dokład­no­ścią, typową dla Ciołka, otu­lona gru­bym weł­nia­nym kocem w kolo­rze głę­bo­kiego bur­gunda.

To się nie dzieje naprawdę! Nie! Łucja Rokosz potrzą­snęła głową i wymow­nie spoj­rzała na męż­czy­znę. Ten jed­nak nie pod­niósł wzroku znad papie­rów. Wypeł­niał for­mu­la­rze, któ­rych pokaźny stos zale­gał na jego biurku, i wyda­wał się nie sły­szeć nie­mego pyta­nia, które wła­śnie wykrzy­czała w jego stronę. Albo jedy­nie się z nią draż­nił.

Pyta­nie szczek­nię­ciem powtó­rzył Sza­kal, któ­rego dziś wzięła ze sobą do anty­kwa­riatu.

Bez skutku.

Z Miro­sła­wem Cioł­kiem pra­co­wała już ponad rok. Dosko­nale pamię­tała, jak poja­wiła się w anty­kwa­ria­cie po raz pierw­szy – tuż po śmierci Zyg­munta, zaraz po swo­ich czter­dzie­stych czwar­tych uro­dzi­nach. Tam­tego dnia przy­nio­sła kilka duble­tów z biblio­teki męża. Do dziś śmiała się z tego, że choć nie­po­radny anty­kwa­riusz sku­tecz­nie odwiódł ją od sfi­na­li­zo­wa­nia tej trans­ak­cji, musiał coś w sobie mieć, że zde­cy­do­wała się u niego zatrud­nić. On opo­wia­dał potem, że zro­biła to z lito­ści, ale to nie była prawda. Po pro­stu spodo­bało jej się to miej­sce – pełne sta­rych ksią­żek i przed­mio­tów z duszą. A w tym czę­sto zagu­bio­nym w nowo­cze­snym świe­cie męż­czyź­nie po pięć­dzie­siątce odna­la­zła pokrewną duszę – duszę pasjo­nata.

Przez ten czas zdą­żyła już się nauczyć, jak obsłu­gi­wać szefa. Wystar­czyło jej jedno spoj­rze­nie, by dostroić poziom dow­cipu do obec­nego nastroju Mirka, tak by unik­nąć strat w ludziach.

Nalała psu wody do miski, a potem swoim zwy­cza­jem usia­dła na bla­cie biurka naprze­ciwko anty­kwa­riu­sza i wbiła w niego wzrok, licząc na to, że męż­czy­zna ode­zwie się pierw­szy.

Tym razem jed­nak moc hip­no­tycz­nego spoj­rze­nia nie dzia­łała.

Miro­sław Cio­łek miał wiele pasji i marzeń, ale jedno było pewne: nie nale­żało do nich bycie jed­no­oso­bo­wym przed­się­biorcą. Dla­czego zatem zało­żył anty­kwa­riat? Mówił, że marzyło mu się życie mar­szanda, kolek­cjo­nera, chciał obra­cać się wśród pięk­nych przed­mio­tów i ludzi, któ­rzy ich pożą­dają. Zamiast tego jed­nak obgry­zał koń­cówki ołów­ków, bie­dząc się nad wyli­cza­niem skła­dek, podat­ków i pro­wa­dząc księgi rachun­kowe. Na zatrud­nie­nie księ­go­wej, jak twier­dził, nie było go stać, ale prawda była taka, że nie chciał przy­znać się przed sobą, a tym bar­dziej przed pod­władną, że z czymś sobie nie radzi.

– Podatki? – zagad­nęła w końcu.

Mirek pokrę­cił głową.

– To by było zbyt pro­ste. Dota­cja dla małych przed­się­biorstw. Ter­min upływa w ponie­dzia­łek, a instruk­cja brzmi tak, jakby była napi­sana w sta­ro­ger­mań­skim. A jesz­cze nawet nie zaj­rza­łem do załącz­ni­ków. Mów lepiej, jak tam festyn na Dybo­wie.

– Dosko­nale – skła­mała. – A wto­rek będzie jesz­cze lep­szy, zoba­czysz.

– Czyli ile?

– Nie pod­li­czy­li­śmy jesz­cze.

– Mniej niż trzy tysiące? – Mirek wstał i się­gnął do wiszą­cej nad biur­kiem półki po sko­ro­szyt.

– Oj, daj spo­kój. We wto­rek na pewno będzie lepiej. – Kobieta zesko­czyła z blatu, pode­szła do szafki i wydo­była stam­tąd puszkę z her­batą. – Też chcesz?

Chciał.

Rokosz nalała do czaj­nika wody i cze­kała, aż ta się zago­tuje.

– A nie mówi­łem, tak? To chciał­byś powie­dzieć? Spółkę Ostra­kon trzeba było już dawno zamknąć, prawda?

Nie odpo­wie­dział. Wró­cił do wypeł­nia­nia doku­men­tów.

– To powiesz w końcu co to? – Łucja wska­zała brodą na skrzy­nię.

– Aaa… to! – Męż­czy­zna nie­udol­nie udał zasko­cze­nie. – To… Moja droga, to szansa na to, by zaro­bić parę zło­tych. – Cio­łek wsa­dził ołó­wek za ucho, splótł palce, zakrę­cił nimi młynka i spoj­rzał na Łucję spode łba.

Tak, teraz była tego pewna. Wie­dział, że umiera z cie­ka­wo­ści i tylko się z nią dro­czył.

Czaj­nik sap­nął jak paro­wóz. Kobieta zalała her­batę.

Pode­szła do stołu i dotknęła wieka skrzynki. Się­gnęła po pierw­szy przed­miot – apa­rat foto­gra­ficzny. Przy­ło­żyła wizjer do oka.

– To praw­dziwy rary­tas. Już go spraw­dzi­łem.

Opu­ściła apa­rat i przyj­rzała mu się dokład­nie.

Jego pro­sto­kątny, nie­zbyt gruby kor­pus podzie­lony był na trzy czę­ści. Śro­dek wyko­nano zapewne z alu­mi­nium, bo apa­rat nie był ciężki, a błysz­czał jak kanka na mleko w połu­dnie. Boki pokryte były chro­po­wa­tym, ziar­ni­stym czar­nym pla­sti­kiem. Obiek­tyw do kor­pusu przy­mo­co­wany został śru­bami o dużych pół­okrą­głych łeb­kach. Wyglą­dał jak skom­pli­ko­wany mecha­nizm zamknię­cia szafy pan­cer­nej. Na fron­cie przy­rządu, tuż pod wizje­rem, wyryto słowo „Exakta”, pod nią „Iha­gee”, a jesz­cze niżej – „Dres­den”.

– Myślisz, że na­dal działa? – Palce Łucji prze­śli­zgnęły się po dwóch kołach zęba­tych umiesz­czo­nych na górze apa­ratu.

Mirek pokrę­cił głową.

– Ten model był popu­larny w latach czter­dzie­stych, ale pierw­sze…

– Serio? Wygląda na now­szy. – Rokosz naci­snęła spust migawki.

Apa­rat jed­nak nie zare­ago­wał.

– Pierw­sze modele tego cacka poja­wiły się w tysiąc dzie­więć­set trzy­dzie­stym ósmym. Nie wiem jed­nak, czy to jeden z nich.

– No tak. Za apa­rat sprzed wojny mogli­by­śmy dostać bar­dzo dobrą cenę. Może nawet z dwa tysiące… Gdyby miał pokro­wiec…

Mirek pokrę­cił smutno głową.

– Dobre i to! – Łucja ponow­nie zanu­rzyła dłoń w skrzynce.

Wycią­gała kolejne zna­le­zi­ska, każde sta­ran­nie opa­ko­wane sta­rymi gaze­tami, przy­glą­dała się im i odkła­dała je na bok.

Jej uwagę zwró­ciła czer­wono-złota bla­szana puszka z wize­run­kiem Mozarta. Mozart­ku­gel – ulu­bione sło­dy­cze jej naj­lep­szej przy­ja­ciółki, Halinki. Każdy, kto wra­cał z Wied­nia i ośmie­liłby się nie przy­wieźć jej choćby jed­nego pudełka tego przy­smaku, był w poważ­nych tara­pa­tach. Łucja potrzą­snęła opa­ko­wa­niem, ale zamiast sze­le­stu cukier­ków usły­szała dźwięk, jaki zwy­kle wydo­by­wał się ze skar­bonki, którą wstrzą­sała dawno temu, ile­kroć matka wrzu­ciła do wnę­trza por­ce­la­no­wej świnki monetę. Potrzą­snęła puszką jesz­cze raz.

– Na tym też można zaro­bić parę zło­tych – zawy­ro­ko­wał Mirek. – Głów­nie przed­wo­jenne marki, ale w cał­kiem dobrym sta­nie.

Łucja odło­żyła puszkę i ponow­nie zanu­rzyła rękę w skrzynce.

Wycią­gnęła stam­tąd jesz­cze kilka sta­rych nie­miec­kich ksią­żek i dwa mocno sfa­ty­go­wane lich­ta­rze. Kolej­nym zna­le­zi­skiem oka­zało się nie­bie­skie kar­to­nowe pudełko, w któ­rym znaj­do­wały się dwie fili­żanki ze spodecz­kami – cał­kiem ład­nymi i o dziwo, w dobrym sta­nie. Zacie­ka­wiona, spraw­dziła nawet sym­bol pro­du­centa, licząc na to, że znaj­dzie tam dwie skrzy­żo­wane sza­ble – znak naj­star­szej na świe­cie manu­fak­tury por­ce­lany z Miśni. Jed­nak wid­nie­jący tam sym­bol nic jej nie mówił.

– No to w zasa­dzie tyle. – Mirek roz­ło­żył ręce i spoj­rzał na Łucję, wycze­ku­jąc jej reak­cji.

Rokosz jed­nak nie zamie­rzała się pod­dać. Wyma­cała dło­nią dno skrzyni, wyście­łane grubą war­stwą gazet. Pod pal­cami poczuła coś twar­dego. Wytarła spo­cone ręce w dżinsy i się­gnęła po zawi­niątko.

– To chyba jakieś jajko? – Przed­miot przy­jem­nie cią­żył na jej dłoni, ledwo się w niej miesz­cząc.

Mirek chwy­cił zawi­niątko i zaczął obdzie­rać je z opa­ko­wa­nia.

– Może to jedno z zagi­nio­nych jaj Fabergé? Ale by było, co?

Łucja wstrzy­mała oddech, skro­nie zaczęły jej pul­so­wać, a myśli wiro­wały z szyb­ko­ścią świa­tła.

O ile dobrze pamię­tała, w pra­cowni Petera Carla Fabergégo w Peters­burgu powstały nie wię­cej niż pięć­dzie­siąt cztery inkru­sto­wane dro­go­cen­nymi kamie­niami jaja. Na aukcjach osią­gały one nie­bo­tyczne ceny, nawet kil­ka­dzie­siąt milio­nów dola­rów za sztukę.

Odgar­nęła kosmyk wło­sów z czoła.

Mirek w końcu wyswo­bo­dził tajem­ni­czy przed­miot z wszyst­kich warstw sza­rego od kurzu papieru.

– Zega­rek? – zapy­tał raczej, niż stwier­dził.

Przed­miot, który trzy­mał w dłoni, był jajem, ale nie tym, o któ­rym Łucja zdą­żyła wła­śnie zama­rzyć. Był to elip­tyczny zega­rek kie­szon­kowy. Zato­piony w grubo cio­sa­nym krysz­tale, opra­wio­nym w złoto, z lśniącą, ozdo­bioną ema­lio­wa­nymi deko­ra­cjami tar­czą i lekko wygiętą wska­zówką. Całość przy­kry­wało brudne, miej­scami zary­so­wane szkiełko.

– A wygląda na minę prze­ciw­pie­chotną? – Łucję ziry­to­wało pełne roz­cza­ro­wa­nia spoj­rze­nie, z jakim męż­czy­zna przy­wi­tał jej odkry­cie. Prze­jęła cza­so­mierz. – Pew­nie, że zega­rek.

– Nawet ładny – mruk­nął zre­zy­gno­wany anty­kwa­riusz. – Spe­cem nie jestem, ale wygląda mi to na osiem­na­sto­wieczną robotę.

– Jest star­szy. Spójrz na tar­czę. – Rokosz paznok­ciem pod­wa­żyła szklane wieko i ostroż­nie je pod­nio­sła.

– Fiu, fiu, nie wie­dzia­łem, że tak dobrze znasz się na zegar­kach. – Mirek wziął się pod boki.

Król anty­ków mógł być tylko jeden. Łucja cza­sami o tym zapo­mi­nała.

– Obsta­wiam pierw­szą połowę sie­dem­na­stego wieku. – Posta­wiła kropkę nad i.

Mirek popra­wił oku­lary na nosie i pochy­lił się nad obiek­tem trzy­ma­nym teraz przez jego pra­cow­nicę na wypro­sto­wa­nej dłoni.

– No dobra! Masz mnie. Jestem cie­kaw, skąd to wiesz. – Uśmiech­nął się i stuk­nął pal­cem w nad­gar­stek kobiety.

Mogłaby pew­nie jesz­cze chwilę podą­sać się za pod­wa­ża­nie jej kom­pe­ten­cji, ale – niczym jej ulu­bie­niec Sher­lock Hol­mes – wolała popi­sać się przed sze­fem zdol­no­ściami deduk­cji i doko­na­nymi usta­le­niami.

Ski­nęła dło­nią, by jej Wat­son usiadł, po czym zajęła miej­sce naprze­ciwko.

– Pierw­sze zegarki kie­szon­kowe, choć wtedy, ze względu na swoje pokaźne roz­miary, do żad­nej kie­szeni by się jesz­cze nie zmie­ściły, poja­wiły się już pod koniec pięt­na­stego wieku, naj­pierw we Wło­szech, a potem w Niem­czech. Miały dość pro­stą budowę. – Mały palec pra­wej dłoni kobiety wska­zał na tar­czę. – Tar­cza i wska­zówka, jedna, bo na drugą, poka­zu­jącą minuty, trzeba było jesz­cze tro­chę pocze­kać. Wszystko pako­wano do puszki o jajo­wa­tym kształ­cie.

– W tam­tych cza­sach nikomu nie prze­szka­dzało, że te urzą­dze­nia kiep­sko odmie­rzały czas – dodał swoje trzy gro­sze Mirek.

– Za to jak wyglą­dały! Ktoś szybko wpadł na pomysł, by mecha­nizm zegarka ukryć w biżu­te­rii. I tak tyka­jące krzy­żyki oraz wisiory sztur­mem zawo­jo­wały serca boga­czy w całej Euro­pie.

– No ale zaraz! To wszystko prze­cież pasuje do szes­na­stego wieku, tar­cza, jajo­wata puszka, wska­zówka. Czemu twier­dzisz, że pocho­dzi z sie­dem­na­stego?

Łucja tylko cze­kała na to pyta­nie. Roz­pro­mie­niła się w uśmie­chu.

– Szkiełko i ema­lia! – zawo­łała. – Te ele­menty poja­wiły się dopiero póź­niej. Zresztą… – Wycią­gnęła tele­fon z kie­szeni spodni, szybko coś wyszu­kała i po chwili poka­zała Mir­kowi ekran. – Zobacz! Kształt jest nieco inny, ale są i szkło krysz­ta­łowe, i ema­lio­wane zdo­bie­nia. Genialna nie­miecka robota z tysiąc sześć­set trzy­dzie­stego roku.

Męż­czy­zna prze­jął tele­fon, odda­lił go od oczu i w końcu, z nie­chę­cią, przy­znał kobie­cie rację.

– Ale zaraz… Skąd go masz? I skąd jest ta okropna skrzy­nia? – Łucja świ­dro­wała szefa wzro­kiem.

– Wczo­raj ktoś ją do nas przy­niósł. Zastę­po­wała mnie wtedy ciotka. Ten czło­wiek powie­dział, że chce te rze­czy szybko sprze­dać. Likwi­duje miesz­ka­nie po matce. Popro­sił o wycenę.

– Facet, tak? Jak się nazy­wał? – Rokosz chwy­ciła go za ramię.

– Hej! Może od razu zamknij mnie w Guan­ta­namo, co? Namiary mam zapi­sane, bez obaw. A skąd ma? Prze­cież i tak nie powie ci prawdy, zwłasz­cza jeśli sprawa jest szem­rana. Mało to takich przy­pad­ków mie­li­śmy… – Anty­kwa­riusz roz­ło­żył ramiona.

– Mie­li­śmy? Czyżby?

– Podobno gość nie jest stąd, dla­tego chce sprze­dać i wra­cać do sie­bie.

Mirek chwy­cił zega­rek, owi­nął go z powro­tem gazetą i odło­żył do skrzyni.

– Wiesz, czym to pach­nie? – zapy­tała Łucja, bęb­niąc pal­cami o blat sto­lika. – A jeśli to jest strata wojenna? Musimy dowie­dzieć się wszyst­kiego o tym zegarku. Naj­ła­twiej byłoby zapy­tać kogoś z muzeum.

– Jasne. Może od razu chodźmy na poli­cję. Jeśli naprawdę chcesz się cze­goś o tym dowie­dzieć, to… Dosko­nale wiesz, że znamy tylko jedną osobę, która jest w sta­nie nam coś o tym cacku powie­dzieć… – Męż­czy­zna zało­żył ręce na piersi i bacz­nie wpa­try­wał się w kole­żankę.

– O nie! O nie, mój drogi. – Ta pokrę­ciła gwał­tow­nie głową.

– Tak.

– Nie!

– Łucja, do cho­lery, to nasza jedyna szansa. – Mirek ścią­gnął brwi.

– Mowy nie ma! – odparła. – Nie chcę mieć do czy­nie­nia z Ber­nar­dem. Nie po tym, co zro­bił mnie i Zyg­mun­towi.

Rozdział 2

Toruń, 24 czerwca 2024, poniedziałek

Auto­bus linii numer dzie­więt­na­ście skrę­cił gwał­tow­nie w prawo przy pętli tram­wa­jo­wej. Łucja zaci­snęła dłoń na pla­sti­ko­wym uchwy­cie, wypa­tru­jąc przez szybę beto­no­wej kopuły kościoła, znaku, że powinni wysia­dać.

Ostatni raz widziała Ber­narda ponad trzy lata temu, gdy minęli się w drzwiach rek­to­ratu. On przy­gar­biony, z pli­kiem doku­men­tów, mam­ro­tał coś pod nosem, chyba jej nie zauwa­żył. Potem dowie­działa się, że tam­tego dnia zezna­wał przed komi­sją. Miał się wypro­wa­dzić z Toru­nia. Nie wery­fi­ko­wała tego. Dla niej Ber­nard po pro­stu prze­stał ist­nieć. Przy­naj­mniej tego by sobie życzyła.

Wystar­czyła jed­nak wzmianka Mirka o naj­więk­szym znawcy sztuki rze­mieśl­ni­czej sie­dem­na­stego wieku i od razu wszystko wró­ciło. Począt­kowo żało­wała, że na pro­po­zy­cję spo­tka­nia z byłym przy­ja­cie­lem nie zare­ago­wała wzru­sze­niem ramion. Zasko­czyło ją jed­nak to, jak spo­koj­nie do jej sta­now­czego sprze­ciwu pod­szedł Mirek. Od razu zaofe­ro­wał się, że to on odbę­dzie taką roz­mowę. Dopiero gdy nieco przy­ci­snęła anty­kwa­riu­sza, oka­zało się, że nie dość, że ten utrzy­my­wał z Ber­nar­dem regu­larne kon­takty, kon­sul­tu­jąc nowe nabytki do anty­kwa­riatu, to w spra­wie zegarka już na takie spo­tka­nie pano­wie zdą­żyli się umó­wić.

Na podobne zagrywki Łucja nie mogła pozwo­lić. Jesz­cze w jej obec­no­ści Mirek powia­do­mił Ber­narda o zmia­nie pla­nów. Ten, o dziwo, nie pro­te­sto­wał. Alek, który miał towa­rzy­szyć anty­kwa­riu­szowi pod­czas wycieczki na Rubin­kowo, też się ucie­szył z pod­miany towa­rzy­sza podróży. W końcu z Łucją łączyła go pasja do koszy­kówki, o któ­rej chło­pak potra­fił opo­wia­dać godzi­nami.

Teraz, przez całą drogę auto­bu­sem, na wyima­gi­no­wa­nej tablicy obiema dłońmi Alek szki­co­wał w powie­trzu sche­maty nowych zagry­wek, jakie prze­ra­biali na ostat­nim tre­ningu, i od razu je demon­stro­wał.

W końcu docze­kał się pew­nego miej­sca w pierw­szym skła­dzie i od razu jakby urósł kilka cen­ty­me­trów. Był dumny ze swo­jej dru­żyny. Łucja zrzę­dziła czę­sto, by zamiast wypa­try­wać dosko­na­łej pozy­cji do rzutu, raczej rozej­rzał się za jakąś dziew­czyną. Ripo­sta zawsze była taka sama – z koszy­kówką rywa­li­zo­wać mogła tylko histo­ria. Udało mu się nawet odbyć kil­ku­mie­sięczne sty­pen­dium na uni­wer­sy­te­cie nowo­jor­skim, skąd wró­cił jako wielki pasjo­nat dru­giej wojny świa­to­wej. Kupił sobie w dodatku ciem­no­zie­loną kurtkę woj­skową i – ku ucie­sze Halinki – nauczył się paro­dio­wać jej abso­lut­nego idola i dawny obiekt wes­tchnień, Bogu­sława Woło­szań­skiego. Zacze­sy­wał dło­nią do tyłu swoje bujne loki, krzy­żo­wał ręce na pier­siach, wydy­mał wargi, robił mar­sową minę i snuł opo­wie­ści o taj­nych ope­ra­cjach Wehr­machtu.

Jak na złość, kiedy tylko wysie­dli z auto­busu, zaczęło sią­pić. Szare chmury zakryły ostatni skra­wek błę­kit­nego nieba.

Rokosz posta­wiła koł­nierz orta­lio­no­wej kurtki i ruszyła w kie­runku wie­lo­klat­ko­wego, jede­na­sto­pię­tro­wego bloku z wiel­kiej płyty. Podob­nie jak inne budynki w oko­licy i ten został poma­lo­wany deli­kat­nymi, paste­lo­wymi kolo­rami. W ten spo­sób miał wydać się bar­dziej przy­ja­zny i przy­tulny. Nie pomo­gło. Na­dal przy­tła­czał roz­mia­rem i prze­ra­żał krą­żą­cymi po mie­ście legen­dami o swo­ich loka­to­rach.

Domo­fon, po naci­śnię­ciu wła­ści­wego guzika, nie wydo­był z sie­bie żad­nego dźwięku. Łucja spró­bo­wała jesz­cze raz. Bez­sku­tecz­nie.

– Chyba wyłą­czony – stwier­dził Alek. – Może do niego zate­le­fo­nu­jemy?

Rokosz się­gnęła po komórkę, ale zaraz ją scho­wała. Przy­po­mniała sobie, że dawno wyka­so­wała numer Ber­narda.

– Robi to spe­cjal­nie – mruk­nęła. – Testuje mnie.

– Ale niby co? Wyłą­czył domo­fon? Wie­dział, że przyj­dziemy? – Chło­pak uniósł brwi.

Upew­niw­szy się, że nikt nie nad­cho­dzi, Łucja nad­usiła po kolei wszyst­kie przy­ci­ski na panelu. Ten roz­dzwo­nił się kako­fo­nią dźwię­ków.

– Co robisz? – syk­nął Alek i przy­warł do ściany.

Pal­cem naka­zała mu mil­cze­nie.

W gło­śniku zato­pio­nym w obdra­pa­nym domo­fo­nie roz­le­gły się kolejne: „halo”, „słu­cham”, „tak”, „pro­szę”.

W końcu elek­tro­za­mek zabrzę­czał.

– Ni­gdy tak nie robi­łeś? – Łucja chwy­ciła za klamkę i pocią­gnęła drzwi.

Alek poczer­wie­niał i pokrę­cił głową.

Wystar­czyło otwo­rzyć cięż­kie drzwi pro­wa­dzące na klatkę scho­dową, by prze­ko­nać się, że paste­lowa trans­for­ma­cja nie tra­fiła z fasady pod strze­chę. Tutaj bowiem na­dal kró­lo­wała nostal­gia lat sie­dem­dzie­sią­tych, sine sza­ro­ści i mdłe sele­dyny, gdzie­nie­gdzie oży­wione różem trutki na szczury, roz­sy­pa­nej na przy­kryw­kach od sło­ików, a wszystko to ską­pane w gęstym feto­rze wydo­by­wa­ją­cym się ze zsypu na śmieci.

Prze­ci­snęli się obok wpó­ło­twar­tej skrzynki na listy i wsie­dli do klau­stro­fo­bicz­nej windy ze ścia­nami wyma­za­nymi graf­fiti.

Na górze przy­wi­tał ich świsz­czący wiatr, prze­dzie­ra­jący się przez nie­szczelne okna. Na wyło­żo­nym aksa­mi­tem krze­śle stał ogromny fikus. W powie­trzu uno­sił się odór wil­goci i spły­wa­ją­cej jęzo­rami z sufitu, wraz z pła­tami pożół­kłej farby, ple­śni.

Ber­nard, jak nic! Łucja uśmiech­nęła się pod nosem.

Nad tym ponu­rym miej­scem dyn­dała na kablu, niczym oko cyklopa, wielka mleczna żarówka.

Rokosz ener­gicz­nie zapu­kała w jedyne drzwi, jakie się tu znaj­do­wały, białe, bez numeru czy nazwi­ska, za to z ogrom­nym wizje­rem, przy­po­mi­na­ją­cym pery­skop, który wyda­wał się obser­wo­wać ich od momentu, kiedy się tu poja­wili.

– Kto? – Usły­szeli chra­pliwy głos z wnę­trza.

– Nie wygłu­piaj się, prze­cież widzisz. – Łucja zama­chała w kie­runku juda­sza.

– Kto ten drugi? – Głos zabrzmiał jesz­cze bar­dziej lodo­wato niż poprzed­nio.

– Dzień dobry, nazy­wam się Alek­san­der Jung. Bar­dzo mi miło pana poznać – odparł Alek.

– Dowód!

Chło­pak spoj­rzał pyta­jąco na Rokosz.

Kobieta wes­tchnęła, roz­ło­żyła ręce i przy­cup­nęła na krze­śle przy doniczce z kwia­tem.

Młody posłusz­nie się wyle­gi­ty­mo­wał – i chyba prze­szedł test, bo za drzwiami coś zachro­bo­tało.

Zbro­jone, grube na dzie­sięć cen­ty­me­trów wrota do jaskini Ber­narda roz­warły się, a w szpa­rze poja­wiła się nie­mal ide­al­nie okrą­gła, cał­kiem łysa głowa sie­dem­dzie­się­cio­let­niego męż­czy­zny, w któ­rej zato­pione były dwa małe roz­bie­gane oczka, przy­sło­nięte ogrom­nymi okrą­głymi oku­la­rami o szkłach gru­bo­ści denek od sło­ików i przej­rzy­sto­ści lon­dyń­skiej mgły.

– Wchodź­cie! – burk­nął.

Ich noz­drza zaata­ko­wało gęste powie­trze prze­siąk­nięte zapa­chem naf­ta­liny i tyto­niu, zmie­sza­nym z wonią zie­lo­nego jabłka, doby­wa­jącą się z pod­cze­pio­nych do kin­kie­tów drze­wek zapa­cho­wych uży­wa­nych w samo­cho­dach.

Goście potul­nie podą­żyli za gospo­da­rzem po przy­kry­tej folią wzo­rzy­stej wykła­dzi­nie, omi­ja­jąc stosy ksią­żek pod­pie­ra­jące ściany obło­żone ciemną boaze­rią. Na jej deskach, nie­rów­no­mier­nie, ale dość gęsto, roz­wie­szone były szklane gabloty róż­nej wiel­ko­ści, w więk­szo­ści z zasu­szo­nymi owa­dami lub musz­lami, a także cała masa map, w ciem­no­ści zupeł­nie nie­czy­tel­nych.

Pokój, do któ­rego tra­fili, przy­po­mi­nał gabi­net oso­bli­wo­ści, jakby żyw­cem prze­nie­siony z sie­dem­na­sto­wiecz­nego pałacu.

Gdzie­kol­wiek Łucja spoj­rzała, tam tło­czyły się oszklone ramki ze sko­ru­pami żółwi i wiel­kimi jajami egzo­tycz­nych pta­ków, krysz­ta­łowe bażanty, posre­brzane lub pokryte laką puz­derka, figurki z masy per­ło­wej, kie­li­chy z łupiny kokosa, ale przede wszyst­kim dzie­siątki zega­rów i zegar­ków wszel­kiej maści.

Alek cho­dził po pokoju jak w tran­sie, przy­pa­tru­jąc się każ­demu przed­mio­towi z uwagą. Rokosz, dla któ­rej nie­co­dzienne zbiory Ber­narda nie były nowo­ścią, obie­cała sobie grać obo­jętną i zdy­stan­so­waną. Piękno i róż­no­rod­ność zbio­rów szybko ją jed­nak zno­kau­to­wały i tak jak jej przy­ja­ciel podzi­wiała każdy eks­po­nat z roz­dzia­wio­nymi ustami.

Gospo­darz zapa­lił papie­rosa, chwy­cił w dłoń ciężką szklaną popiel­niczkę i usiadł pod oknem.

Gdy już zaspo­ko­ili cie­ka­wość, Ber­nard wycią­gnął z szafy wiel­kie meta­lowe puz­dro, poło­żył je sobie na kola­nach i otwo­rzył wieko.

– No! Słu­chy do budy!

Zdez­o­rien­to­wany Alek znów zer­k­nął na swoją towa­rzyszkę, szu­ka­jąc w jej oczach ratunku. Ta jed­nak jedy­nie się uśmiech­nęła, się­gnęła do kie­szeni po komórkę i wrzu­ciła ją do bla­sza­nego pudełka. Chło­pak dorzu­cił tam swój tele­fon.

Usie­dli na jedy­nych dwóch wol­nych krze­słach w pokoju.

– To jest dok­tor Ber­nard Zager, eme­ry­to­wany wykła­dowca Uni­wer­sy­tetu Miko­łaja Koper­nika, wybitny znawca histo­rii Europy sie­dem­na­stego i osiem­na­stego wieku. – Łucja przed­sta­wiła gospo­da­rza Alkowi.

– Nie eme­ry­to­wany, tylko były. Były wykła­dowca. – Męż­czy­zna zakasz­lał i odsta­wił puszkę pod krze­sło. – Czemu nie przy­szedł Mirek?

Kobieta prze­łknęła ślinę. Nie spo­dzie­wała się aż tak cie­płego przy­ję­cia.

– Chcia­łam sama zoba­czyć, co u cie­bie.

– Nie pier­dol. – Gospo­darz ner­wowo zacią­gnął się papie­ro­sem, wstał i pod­szedł do okna, gdzie sta­nął ple­cami do gości. Wpa­try­wał się w dal. W końcu się odwró­cił. – Jakoś przez te trzy lata postę­po­wa­nia ani cie­bie, ani Zyg­munta nie inte­re­so­wało, co u mnie. Masz inte­res, to przy­szłaś. – Strzep­nął popiół do trzy­ma­nej w dłoni krysz­ta­ło­wej popiel­nicy.

Łucja odgar­nęła opa­da­jące na czoło włosy.

– Chodź, Alek, nic tu po nas. – Klep­nęła chło­paka w kolano i pod­nio­sła się z krze­sła.

– Niech się młody uczy, że nie zawsze jest milutko. – Męż­czy­zna usiadł, ponow­nie zacią­gnął się dymem i zmie­rzył Alka lodo­wa­tym spoj­rze­niem.

Chło­pak wska­zał na drzwi.

– Mogę pocze­kać na zewnątrz, jak coś.

– Siedź! – rzu­cił krótko gospo­darz, widząc, że stu­dent zrywa się ze swo­jego miej­sca. Ner­wowo zastu­kał pal­cami o opar­cie krze­sła. Popra­wił oku­lary na nosie, pod­wi­nął rękawy kra­cia­stej fla­ne­lo­wej koszuli i spoj­rzał na wiel­kiego Lon­gi­nesa na swoim nad­garstku. – To nie miało być spo­tka­nie daw­nych przy­ja­ciół, więc nie uda­wajmy, że nim będzie. Masz sprawę, tylko ja mogę ci pomóc, ja mam dług wobec Mirka. Zała­twmy to i możesz zmy­kać do swo­jego pięk­nego świata, w któ­rym wszy­scy są hono­rowi i zawsze nie­omylni w swo­jej uczci­wo­ści.

Rokosz przy­gry­zła wargę.

– Pokaż to. – Gospo­darz zga­sił papie­rosa o brzeg popiel­niczki, odło­żył ją na pod­łogę i wycią­gnął pulchną dłoń w kie­runku Łucji.

Ta się­gnęła do torebki i bez słowa wycią­gnęła z niej owi­nięty w szmatkę jajo­waty zega­rek.

Tym razem to Ber­nard naj­wy­raź­niej chciał grać obo­jęt­nego, ale szybko zdra­dziło go drże­nie spo­co­nych dłoni i dono­śne zgrzyt­nię­cie zębami. Pochwy­cił zega­rek i nie­mal pobiegł z nim w kie­runku dużego stołu. Wygo­spo­da­ro­wał sobie przy nim tro­chę miej­sca. Zało­żył czo­łówkę i przez lupę zegar­mi­strzow­ską długo przy­pa­try­wał się zdo­by­czy.

– Piękna robota! Sześć­dzie­siąt cztery na czter­dzie­ści pięć mili­me­trów, rok tysiąc sześć­set dwu­dzie­sty siódmy albo ósmy, na pewno przed trzy­dzie­stym dru­gim. – Nie odry­wał wzroku od obiektu.

– Mia­łam rację – wyszep­tała Łucja.

– Szwe­cja. Warsz­tat dobry, widać pasję, ale ręka jesz­cze nie tak wyro­biona.

– Nie Niemcy? – zdzi­wiła się Rokosz.

Męż­czy­zna otwo­rzył szklane wieko i lustro­wał mecha­nizm zegarka.

– Widać rysy na moco­wa­niach. Naszemu zegar­mi­strzowi drżała ręka. Nie wytwa­rzał zegar­ków zawo­dowo w dużych ilo­ściach. Dopiero się wpra­wiał. Sto­so­wał za to kom­po­nenty droż­sze, niż uza­sad­nia­łaby to potrzeba ryn­kowa. Jakby koszt wytwo­rze­nia wyrobu nie miał dla niego zna­cze­nia. Raczej ich nie sprze­da­wał, pew­nie roz­da­wał jako podarki.

– To musiał chyba wygrać na lote­rii, skoro roz­da­wał cacka warte for­tunę? – zażar­to­wał Alek.

– Aku­rat on nie musiał. – Ber­nard deli­kat­nie przy­mknął wieko cza­so­mie­rza i teraz lustro­wał ema­lio­wa­nie.

Łucja zało­żyła ręce na piersi.

– Znasz twórcę?

– Wy też go zna­cie. To nie było trudne.

– Zatem? – nie­cier­pli­wił się Alek.

– Powoli. Powiem, kiedy ustalę, jak zna­lazł się w Toru­niu…

– A to chyba aku­rat pro­ste. Skoro został wytwo­rzony w Szwe­cji, w tysiąc sześć­set dwu­dzie­stym siód­mym albo ósmym, a osta­tecz­nie…

– Przed śmier­cią jego twórcy w trzy­dzie­stym dru­gim. – Ber­nard odło­żył eks­po­nat na stół, roz­parł się wygod­nie na krze­śle, zapa­lił kolej­nego papie­rosa i zacią­gnął się głę­boko.

– Mniej­sza o dokładną datę. – Alek mach­nął ręką. – Istotne jest, że w lutym tysiąc sześć­set dwu­dzie­stego dzie­wią­tego Toru­nia­nie odparli szwedzki atak na mia­sto. Może poj­mali wtedy jakie­goś ich dowódcę i ktoś takim zegar­kiem wyku­pił się z nie­woli?

– Roman­tyk. Pozaz­dro­ścić. – Gospo­darz zachi­cho­tał i wypu­ścił z ust chmurę tyto­nio­wego dymu. – Mogło być i tak, ale… nie było, raczej nie było. Wydaje mi się, że ja już ten zega­rek gdzieś widzia­łem.

– Może w muzeum? Może ktoś go stam­tąd ukradł? – pod­chwy­ciła Rokosz.

Ber­nard pokrę­cił sta­now­czo głową.

– Zostaw mi go na dwa dni i wszystko ustalę – powie­dział, a gdy Łucja wydęła wargi, dodał: – Boisz się, że wywiozę go za gra­nicę, co?

Kobieta wes­tchnęła.

– No wiesz… – mruk­nął gospo­darz. – Ja to bym chyba sobie tak nie do końca ufał, ale… Znam cię aż za dobrze. Nie odpu­ścisz, dopóki się nie dowiesz. A tu nie masz wyj­ścia. – Roz­ło­żył ręce i uśmiech­nął się szel­mow­sko. – Ale i ja mam do cie­bie jedno pyta­nie, mogę? – Sztuczny uśmiech momen­tal­nie zszedł z twa­rzy męż­czy­zny. Jego spoj­rze­nie się wyostrzyło. Świ­dro­wał teraz Łucję tru­pio czar­nymi oczyma o roz­sze­rzo­nych źre­ni­cach. Patrzył, jak Rokosz przy­gryza wargę. W końcu spy­tał: – Kto go do was przy­niósł?

Kobieta ode­tchnęła. Spo­dzie­wała się, że Ber­nard na koniec zacho­wał coś, co zmusi ją do powrotu do tam­tej przy­krej sprawy, albo że w zamian za pomoc zażąda infor­ma­cji, któ­rych nie chcia­łaby mu prze­ka­zać…

– Gość nazywa się Karol Olech. Mnie to nazwi­sko nie­stety nic nie mówi. Inter­net też nie pod­po­wie­dział nic istot­nego: jeden pił­karz i ze trzech pra­cow­ni­ków branży trans­por­to­wej, pew­nie jakiś rodzinny biz­nes. Jest jesz­cze oczy­wi­ście kilka pro­fili na Face­bo­oku, ale bez zdjęć.

– Olech… Olech… – Zager zmru­żył oczy i podra­pał się po karku. – Hm… Jakiś Olech pro­wa­dził zakład foto­gra­ficzny na Pod­mur­nej… Tak! Pod­murna pięć­dzie­siąt dwa. Nawet kie­dyś sko­rzy­sta­łem z ich pomocy przy foto­gra­fo­wa­niu czę­ści moich zbio­rów. Dziwne… Dobrze. Na dziś koniec. – Kla­snął w dło­nie.

Łucja uśmiech­nęła się pod nosem. Cały Ber­nard. Czas audien­cji wła­śnie minął. Razem z Alkiem poże­gnali się z gospo­da­rzem, odzy­skali tele­fony i ruszyli windą na dół.

Na dwo­rze zapadł już mrok.

– Dobrze, że mamy to za sobą… – Rokosz zało­żyła kap­tur na głowę.

– Kolek­cja Bil­der­berga, mówi ci to coś? – zagad­nął nie­spo­dzie­wa­nie Alek.

Kobieta się zatrzy­mała, chwy­ciła go za ramię i spoj­rzała mu pro­sto w oczy.

– A ty skąd wiesz o tej spra­wie Ber­narda? O tym też Zyg­munt ci opo­wia­dał?

– O jakiej spra­wie? – Alek zmarsz­czył brwi. – Nic nie wiem o żad­nej spra­wie… Na maszy­nie dok­tora Zagera widzia­łem doku­ment zaty­tu­ło­wany „Kolek­cja Bil­der­berga – wer­sja trze­cia”. Tak jakby wła­śnie coś o tym pisał…

Rozdział 3

Toruń, 25 czerwca 2024, wtorek

Wtor­kowy pik­nik na Zamku Dybow­skim oka­zał się bar­dziej udany niż sobotni. Na pewno pomo­gła wspa­niała pogoda. Cały czas jed­nak o prze­ło­mie w sprze­daży pamią­tek i sło­dy­czy nie mogło być mowy. Nie trzeba było być wiel­kim ana­li­ty­kiem ryn­ko­wym, by wie­dzieć, że powo­łana zeszłego lata przez przy­ja­ciół – Łucję, Mirka, Beatę i Alka – do opieki nad zam­kiem spółka Ostra­kon nie stała się biz­ne­so­wym jed­no­roż­cem. Tak po praw­dzie, gdyby nie liczne pożyczki udzie­lane jej regu­lar­nie przez wspól­ni­ków, dawno już padłaby z głodu i pra­gnie­nia. Gło­so­wa­nie udzia­łow­ców nad likwi­da­cją biz­nesu zbli­żało się wiel­kimi kro­kami, ale dziś Łucja nie miała siły się tym mar­twić.

Popro­siła Halinkę o pod­wie­zie­nie do cen­trum. Chciała jak naj­szyb­ciej spraw­dzić, czy na Pod­mur­nej rze­czy­wi­ście jakiś Olech miał swoją pra­cow­nię foto­gra­ficzną. Wie­działa, że rów­nie dobrze Ber­nard mógł to zmy­ślić. Ale gdyby to była prawda, miała nadzieję cze­goś się o nim dys­kret­nie dowie­dzieć, zanim złoży mu wizytę w jego miesz­ka­niu na Ryba­kach.

Nic się nie zmie­nił, pomy­ślała, zaci­ska­jąc wargi. Na­dal uwiel­bia wyko­rzy­sty­wać swoją wie­dzę, by bawić się cudzym kosz­tem. Nie miała cie­nia wąt­pli­wo­ści, że wcale nie potrze­bo­wał, by zega­rek został u niego w miesz­ka­niu. Chciał po pro­stu zoba­czyć w jej oczach nie­pew­ność i lęk.

Zje­chały z mostu. Auto zatrzy­mało się na świa­tłach.

– Naprawdę byłaś u Ber­narda? – Halinka patrzyła na drogę, uni­ka­jąc wzroku Łucji.

– A ty skąd o tym wiesz?

– Co u niego? – Żarówa zigno­ro­wała pyta­nie Łucji.

– Nie pyta­łam. Zresztą nie inte­re­suje mnie to. – Rokosz wzru­szyła ramio­nami. – Poszłam tam wyłącz­nie w spra­wie zegarka. Spe­cjal­nie wzię­łam ze sobą Alka. Wie­dzia­łam, że przy kimś obcym będzie mu ciężko roz­ma­wiać o zaszło­ściach.

– I?

– I nic. Ma coś pospraw­dzać i się ode­zwie.

– Nie chcesz, nie mów. Ale moim zda­niem…

– Pod­su­nął mi pewien trop.

– Ber­nard? – Halinka zapar­ko­wała i wyłą­czyła sil­nik. – Mów!

– Powiem, jak to spraw­dzę. Wiesz dobrze, że mógł sobie ze mną pogry­wać.

Żarówa poki­wała głową.

– Słu­chaj – zaczęła po chwili – a może trzeba jed­nak wró­cić do tych poszu­ki­wań na Dybo­wie? Może… Nawet jeśli nie te zwoje, to prze­cież coś tam musi być. Ten zamek ma sześć­set lat.

– Skarb? Chcesz szu­kać skarbu, tak? – prych­nęła Łucja.

– No wiesz… – Kole­żanka nie ustę­po­wała. – Mogli­by­śmy ubie­gać się o jakąś dota­cję, można by to wszystko jakoś zgrab­nie opi­sać…

– Halinka… Muszę lecieć. – Rokosz wysia­dła z auta, zatrza­snęła za sobą drzwi, posłała jej całusa i ruszyła w kie­runku rynku.

Za chwilę przez uchy­lone okno usły­szała jesz­cze siar­czy­ste prze­kleń­stwo Żarówy, która nie mogła włą­czyć się do ruchu po tym, jak sznur aut ruszył po zmia­nie świa­teł.

Łucja spoj­rzała w kie­runku cmen­ta­rza. Przez moment się zawa­hała, czy nie powinna poroz­ma­wiać o tym wszyst­kim z Zyg­mun­tem. Na pewno miałby dla niej jakąś radę. Z tru­dem, ale zwal­czyła tę pokusę. Musiała w końcu nauczyć się radzić sobie sama.

Zwy­kle poma­gało jej rzu­ce­nie się w wir obo­wiąz­ków. Praca w anty­kwa­ria­cie w środy i piątki, a w pozo­stałe dni jako prze­wod­nika tury­stycz­nego po Toru­niu była inten­sywna, wyczer­pu­jąca, ale spra­wiała jej radość. Klienci tra­fiali się bar­dzo różni, ale Łucja się nie znie­chę­cała. Cza­sami miała ochotę okrę­cić się na pię­cie i uciec, jed­nak jak dotąd nikogo nie potur­bo­wała, a gróźb, jakie wypo­wia­dała pod nosem, raczej nikt nie usły­szał. Kiedy miała już naprawdę dość, jakimś cudem Święty Waw­rzy­niec, patron prze­wod­ni­ków, zsy­łał jej do opro­wa­dze­nia jakie­goś mło­dego czło­wieka, zafa­scy­no­wa­nego histo­rią, docie­kli­wego i żąd­nego wie­dzy. Wów­czas odży­wała i łado­wała bate­rie – i znów chciała być prze­wod­ni­kiem.

Szybko też zdała sobie sprawę z tego, że Beata i Halinka, jej naj­bliż­sze przy­ja­ciółki, pil­nie śle­dziły gra­fik Łucji i bły­ska­wicz­nie reago­wały, gdy ta tylko miała zbyt dużo wol­nego czasu. Halinka nie­spo­dzie­wa­nie pro­po­no­wała jej prze­pro­wa­dze­nie nie­zwy­kle pil­nych kon­sul­ta­cji dla biblio­teki uni­wer­sy­tec­kiej albo Beata zapra­szała ją na krótki wypad rowe­rowy za mia­sto.

Wie­działa, że to wszystko po to, by nie myślała, albo przy­naj­mniej nie myślała już tak czę­sto, o tym, co się wyda­rzyło, o tra­gicz­nej śmierci – słowo „mor­der­stwo” na­dal nie prze­cho­dziło jej przez gar­dło – Zyg­munta, o chu­dzielcu, który i ją pró­bo­wał… Potrzą­snęła głową, bo otrzą­snąć się z natręt­nych wspo­mnień.

Nie przy­pusz­czała, że rutyna i powta­rzal­ność będą tak dobrze na nią wpły­wać.

Ulicę Pod­murną znała dosko­nale, ale ni­gdy się nie zasta­na­wiała, gdzie dokład­nie mie­ści się kamie­nica numer 52, pod któ­rym miał się znaj­do­wać wspo­mniany przez Ber­narda zakład foto­gra­ficzny.

Przy księ­garni na rogu skrę­ciła w lewo i sta­nęła przed nie­wiel­kim, jed­no­pię­tro­wym budyn­kiem. Bez szyldu, bez numeru – według nawi­ga­cji była jed­nak na miej­scu. Przed sobą zoba­czyła ogromną witrynę zasło­niętą od środka kil­koma arku­szami sza­rego papieru. Długo szu­kała jakie­go­kol­wiek prze­świtu. W końcu udało jej się zaj­rzeć do wnę­trza. Puste szklane regały i gabloty. Rze­czy­wi­ście kie­dyś mógł tu być sklep.

Nic jed­nak nie wska­zy­wało na to, że był to zakład foto­gra­ficzny – żad­nych ramek, albu­mów, cha­rak­te­ry­stycz­nych lamp czy nawet reklam nie­śmier­tel­nego Kodaka. Po pro­stu gołe ściany, dwa krze­sła… I nagle. A jed­nak! W rogu sta­ro­modny wysoki wie­szak na ubra­nia z litego drewna, z obro­tową koroną z haczy­kami oraz uchwy­tem na para­sole. Za nim wąskie lustro w czar­nej ramie. Zde­cy­do­wa­nie nie był to zwy­kły sklep.

Czyli jed­nak, Ber­nard miał rację. Łucja uśmiech­nęła się pod nosem. Muszę dowie­dzieć się cze­goś o tym Ole­chu, jeśli rze­czy­wi­ście to on pro­wa­dził zakład.

Rozej­rzała się wkoło. Oprócz roz­krzy­cza­nej grupy przed­szko­la­ków, tło­czą­cej się pod prze­no­śną, przy­tu­loną do miej­skiego muru budką na lody, nie było tu żywej duszy.

Jeśli istot­nie przez lata pro­wa­dzony był tu zakład foto­gra­ficzny, to śla­dów po nim i jego wła­ści­cie­lach mogła pew­nie szu­kać albo w archi­wal­nych gaze­tach, gdzie zapewne się rekla­mo­wali, albo w magi­stra­cie, który im tę kamie­nicę wynaj­mo­wał. Musiała tylko wpaść na to, jak dotrzeć do tych infor­ma­cji, nie mar­nu­jąc całego dnia i nie tra­fia­jąc do aresztu za łama­nie zasad o ochro­nie danych oso­bo­wych.

Pode­szła do wózka z lodami.

– A śmie­tan­kowe pani ma? – Uśmiech­nęła się do sprze­daw­czyni, szczu­płej kobiety w bia­łym far­tu­chu i spor­to­wej czapce z dasz­kiem, która żuła gumę i wpa­try­wała się w ekran tele­fonu.

Kobieta zmie­rzyła Rokosz wzro­kiem, jakby oce­niała, czy klient wart jest pod­nie­sie­nia się z pla­sti­ko­wego fotela. W końcu wstała, unio­sła srebrną przy­krywkę i nie­pew­nie spoj­rzała na Łucję.

– Ale w wafelku? – spy­tała, a gdy Łucja się zawa­hała, wyja­śniła: – Bo kubki mi już wyszły.

– Zde­cy­do­wa­nie w wafelku. Takie są naj­lep­sze. Kla­syczne, śmie­tan­kowe, w wafelku, bez żad­nych posy­pek. Pani też takie lubi?

Sprze­daw­czyni wzru­szyła ramio­nami, mla­snęła gumą i się­gnęła łyżką głę­boko do pojem­nika. Nabrała dużą por­cję lodów i nało­żyła ją zgrab­nie do rożka.

Rokosz podała jej odli­czoną kwotę, chwy­ciła za wafe­lek i od razu poli­zała lody.

– Mmm! Pyszne! Widzi pani, teraz to wszystko się zmie­nia. Zamiast śmie­tan­ko­wych są sele­rowe, a zamiast rurek z kre­mem są paskud­nie słod­kie pianki. Zresztą… – Mach­nęła ręką. – Tam za rogiem kie­dyś był sklep muzyczny, a tu o – wska­zała brodą – foto­graf… Zawsze się coś zmie­nia, czę­sto na lep­sze…

Kobieta spoj­rzała we wska­zane miej­sce i zmru­żyła oczy.

– Fakt, był muzyczny. Syn­te­za­tor mi wujek tu kupił. A foto­graf? – Nadmu­chała balon z gumy i strze­liła nim. – Ta… Od Ole­chów to prąd cią­gnę­li­śmy, ale to kie­dyś, jesz­cze przed tym wypad­kiem. Pani Irenka to cał­kiem wpo­rzo była. Miesz­kała na Ryba­kach. Ale dzieci nie miała, to i zakładu nie było komu prze­jąć. Zresztą kto dzi­siaj do foto­grafa cho­dzi.

– Ale jaki wypa­dek?

– Nie sły­szała pani? – Kobieta wbiła w Łucję zasko­czone spoj­rze­nie. – Toż prze­cież Ole­chową zamor­do­wali.

Rozdział 4

Toruń, 26 czerwca 2024, środa

Infor­ma­cja o mor­der­stwie zszo­ko­wała Łucję. Zasta­no­wiło ją to, że ni­gdzie dotąd o tym nie czy­tała. Lokalna prasa nie prze­pu­ści­łaby prze­cież takiego tematu. O wypadku Zyg­munta, wia­domo – zna­nego pro­fe­sora UMK, trą­biły wszyst­kie gazety. Ale żeby tak zupeł­nie nic? Prze­szu­ki­wa­nie inter­netu pod hasłem „Irena Olech” oka­zało się jesz­cze mniej owocne niż w przy­padku Karola. Choć to prawda, poczuła dreszcz emo­cji, kiedy tra­fiła na nekro­log nie­ja­kiej Ireny Olech, jed­nak oka­zała się ona radną spod War­szawy.

Chciała od razu jechać na Rybaki skon­fron­to­wać Karola ze wszyst­kim, o czym zdo­łała się dowie­dzieć, ale Mirek i Halinka upro­sili ją, żeby pocze­kała do rana i zabrała ze sobą Alka.

Słabo spała. Nie mogła uspo­koić myśli. Zerwała się jesz­cze przed szó­stą, gotowa do dzia­ła­nia, ale dla Alka ranek zaczy­nał się po dzie­sią­tej. Dopiero wtedy wsie­dli do tram­waju na Rapaka.

– Pocze­kajmy. Zoba­czymy, co sam nam powie. – Chło­pak schy­lił się i wyj­rzał przez okno. – Wiesz, ta od lodów, jak cały dzień tylko te rożki sprze­daje, może z nudów i samot­no­ści wymy­ślać różne histo­rie.

– Suge­ru­jesz, że zmy­śliła to mor­der­stwo? – Łucja popra­wiła uchwyt na drążku.

– A kto ją tam wie. Coś usły­szała, prze­sły­szała się, coś dodała. Taka osoba, przez to, że może przed­sta­wić sie­bie jako nie­mal świadka takiej mro­żą­cej krew w żyłach histo­rii, staje się bar­dzo inte­re­su­jąca dla oto­cze­nia, dla sąsia­dów. Zapro­sze­nia na kawki i her­batki przez naj­bliż­sze mie­siące gwa­ran­to­wane.

– Wyda­wała się dobrze znać tych Ole­chów.

– Taaak? Prze­cież nawet nie wie­działa, że mieli syna.

Drzwi tram­waju się otwo­rzyły. Wysie­dli i ruszyli w stronę parku.

Alek, przez nikogo o to nie­pro­szony, zaczął opo­wia­dać o histo­rii Osie­dla Rybaki.

– Chodźmy tędy! Pokażę ci coś nie­sa­mo­wi­tego. – Wska­zał dło­nią w kie­runku Wisły.

– Potem. Jeste­śmy umó­wieni z Ole­chem. – Rokosz kiw­nęła w stronę prze­świtu mię­dzy dwiema sece­syj­nymi kamie­ni­cami.

– Oj, chodź, chodź. To zaraz obok. Nie poża­łu­jesz. Jako prze­wod­niczka po Toru­niu nie możesz nie znać tego miej­sca.

Minęli kamie­nicę z pru­skiego muru i już po chwili sta­nęli pod spo­rych roz­mia­rów dwu­skrzy­dło­wym budyn­kiem o bia­łej, kla­sy­cy­stycz­nej fasa­dzie. Przed tym zbu­do­wa­nym na samej wiśla­nej skar­pie pała­cy­kiem roz­po­ście­rał się piękny, kaska­dowy ogród.

– Wiesz, kto tu kie­dyś miesz­kał?

– Piękny! I nie, nie mam poję­cia. Ale chodźmy już! Nie­na­wi­dzę się spóź­niać. – Łucja obró­ciła się na pię­cie i ruszyła w kie­runku sąsia­du­ją­cej z pała­cem kre­mo­wej kamie­nicy.

– To willa samego mistrza pier­ni­kar­skiego, Gustawa Weesego! I to nie wszystko! – Alek ruszył w pogoń za Rokosz. – Wiesz, że po woj­nie ulo­ko­wali tu przy­by­łych z Wilna pro­fe­so­rów, któ­rzy mieli two­rzyć uni­wer­sy­tet w Toru­niu? Ber­nard twier­dzi…

– Hola, hola! Gada­łeś z Ber­nar­dem? – Łucja aż przy­sta­nęła.

Alek wzru­szył ramio­nami.

– Wysłał mi tro­chę infor­ma­cji na maila. Wiesz, że ci sami archi­tekci, któ­rzy zapro­jek­to­wali ten pała­cyk, stwo­rzyli też willę cesa­rza w Pocz­da­mie, tę, w któ­rej odbyła się kon­fe­ren­cja poko­jowa po dru­giej woj­nie świa­to­wej?

– Wyja­śnisz mi, jak doszło do tego, że Ber­nard opo­wie­dział ci o archi­tek­tach pała­cyku na Ryba­kach? Wspo­mnia­łeś mu, dokąd idziemy? – Kobieta wypro­sto­wała się i spoj­rzała chło­pa­kowi w oczy.

Alek z iry­ta­cją poki­wał głową.

– Dla two­jej wia­do­mo­ści: powie­dział mi o tym, zanim ty zdra­dzi­łaś mi adres Ole­cha. Wspo­mniał, że skoro się tu wybie­ramy, to może chciał­bym tu zaj­rzeć. Wie­dzia­łaś, że on też inte­re­suje się histo­rią dru­giej wojny świa­to­wej?

– A kiedy niby poda­łeś mu swój adres mailowy?

– Nie poda­łem! I wła­śnie to jest super, co nie? Mie­li­ście z Mir­kiem rację: musi być hiper­in­te­li­gentny. Tak się cie­szę, że go pozna­łem! Aha! Oddał zega­rek. – Wycią­gnął zawi­niątko z ple­caka i podał je Łucji.

– Alek! – Rokosz scho­wała przed­miot do torebki i ści­snęła Alka za rękę. – Musisz bar­dzo uwa­żać…

– A to niby dla­czego? Chcesz mi opo­wie­dzieć o tym, co się mię­dzy wami wyda­rzyło? Albo może o spra­wie Bil­der­berga? – Stu­dent uwol­nił dłoń z uści­sku, na co Łucja spu­ściła głowę. – A widzisz!

– Ale coś udało mu się usta­lić? Coś powie­dział?

– Tylko tyle, że się do cie­bie ode­zwie. Dobra, nie ma co. Chodźmy już. – Zakrę­cił piru­eta na par­ko­wej ścieżce.

Łucja nie mogła uwie­rzyć w to, jaką siłę prze­ko­ny­wa­nia miał Ber­nard, jak szybko potra­fił zyskać zaufa­nie osoby cał­ko­wi­cie mu obcej, i to z zupeł­nie innego poko­le­nia. Pomimo odpy­cha­ją­cej apa­ry­cji, cham­skich odzy­wek i cuch­ną­cego odde­chu w kilka, kil­ka­na­ście godzin potra­fił zbu­do­wać więź, zasłu­żyć na podziw i sym­pa­tię. Żało­wała, że jed­nak nie poje­chała wtedy na Rubin­kowo sama albo z Mir­kiem. A jeśli Ber­nard powtó­rzył Alkowi te wszyst­kie kłam­stwa o Zyg­mun­cie, które kie­dyś roz­po­wia­dał na UMK? Musiała zacho­wać ostroż­ność.

Dotarli pod wyzna­czony adres. Była za trzy jede­na­sta.

Scho­dami wspięli się na pierw­sze pię­tro. Sta­nęli przed drzwiami, do któ­rych przy­pięta była mosiężna sió­demka. Kie­dyś wisiała pod nią tabliczka z nazwi­skiem. W tej chwili pozo­stały po niej tylko blady ślad i dwa małe otwory po gwoź­dzi­kach.

Rokosz poczuła na karku palące spoj­rze­nie, jakby ktoś przy­glą­dał się jej zza drzwi sąsied­niego miesz­ka­nia. Odwró­ciła się gwał­tow­nie.

Sie­dzący na zewnętrz­nym para­pe­cie okna na pół­pię­trze klatki gołąb przed­rep­tał w bok i zagru­chał przy­jaź­nie. Łucja uśmiech­nęła się do cie­kaw­skiego ptaka, a następ­nie chwy­ciła za umiesz­czoną na drzwiach mosiężną kołatkę w kształ­cie lwiej głowy i zapu­kała.

Otwo­rzył im nie­wy­soki, kor­pu­lentny męż­czy­zna, grubo po sześć­dzie­siątce, ubrany w trzy­czę­ściowy jasno­szary gar­ni­tur, spod któ­rego wyzie­rały biała koszula i przy­pięta do niej wielka mucha w różowe gro­chy. Gdyby nie to, że był blon­dy­nem z zacze­ską, Łucja uzna­łaby, że wpa­dli na her­batkę do Her­ku­lesa Poirota. Karol Olech podra­pał się po kar­to­flo­wa­tym nosie, jakby zaraz miał kich­nąć, pod­krę­cił wąsik, przed­sta­wił się i zapro­sił gości do środka. Na szczę­ście bez cie­nia fran­cu­skiego akcentu.

– Prze­pra­szam naj­moc­niej za ten bała­gan, ale dziś przy­jeż­dża foto­graf z agen­cji nie­ru­cho­mo­ści i… O! Tu możemy usiąść. – Gospo­darz wska­zał na obite aksa­mi­tem krze­sła usta­wione w rzę­dzie pod oknem. – Resztę już kaza­łem spa­ko­wać. Zresztą… – Skrzy­wił się i mach­nął z obrzy­dze­niem dło­nią. – Tamto to już były same rupie­cie.

Usie­dli.

Łucja z zachwy­tem rozej­rzała się dookoła.

Pokój był prze­stronny, choć nieco mroczny. Poma­lo­wane na butel­kową zie­leń ściany doda­wały pomiesz­cze­niu tajem­ni­czo­ści, a złote geo­me­tryczne ele­menty – ele­gan­cji. Ozdobą miesz­ka­nia, obok intar­sjo­wa­nego sto­lika, na któ­rym stło­czono kilka zdjęć w mosięż­nych ram­kach, było wiel­kie lustro w zło­co­nej ramie wiszące naprze­ciwko kominka.

– Widzę, że się pani spodo­bało! Jak coś, to jest na sprze­daż. – Gospo­darz pod­krę­cił wąs.

– W sąsiedz­twie Pała­cyku Weesego ceny muszą być… – Alek gwizd­nął prze­cią­gle.

– Prze­pra­szam, kogo? – zacie­ka­wił się Olech.

Łucja uśmiech­nęła się blado, się­gnęła do torebki i wyjęła z niej zawi­nięty w mate­riał zega­rek.

– Nie chcemy panu robić kło­potu. My w zasa­dzie…

– Kło­pot to żaden. Ale przy her­ba­cie łatwiej mi będzie zebrać myśli. To może zapa­rzę earl greya, dobrze? – Karol wstał, zapiął guzik przy mary­narce i odszedł w kie­runku kuchni.

Alek i Łucja wymie­nili poro­zu­mie­waw­cze spoj­rze­nia. Gospo­darz ewi­dent­nie chciał, by uznali go za mistrza ele­gan­cji i przed­sta­wi­ciela sta­rej finan­sjery. Skoro jed­nak był bogaty i zanu­rzony w tra­dy­cji, dla­czego tak nagle posta­no­wił spie­nię­żyć rodzinne pamiątki?

Alek pod­szedł do sto­lika, nachy­lił się i zaczął przy­glą­dać zgro­ma­dzo­nym tam zdję­ciom. Łucja utkwiła wzrok w buja­ją­cej się na wie­trze topoli, która koń­ców­kami cien­kich gałą­zek muskała okienny para­pet.

– Ależ… Pro­szę usiąść… prze­cież… – Gospo­darz, trzy­ma­jąc obu­rącz ciężką tacę, sta­nął tuż obok przy­glą­da­ją­cego się zdję­ciom stu­denta.

– Może pomogę? – Chło­pak odsko­czył na bok i wycią­gnął ręce, gotowy prze­jąć tacę.

– Prze­pra­szam naj­moc­niej! – zre­flek­to­wał się Karol. – Śli­skie dło­nie, przez chwilę myśla­łem, że ją upusz­czę. A pan stał w przej­ściu… Nic mnie nie uspra­wie­dli­wia.

Olech posta­wił tacę na para­pe­cie, zgar­nął zdję­cia ze sto­lika, wyniósł je do kuchni, po czym sam sto­lik przy­su­nął w kie­runku miej­sca, gdzie sie­dzieli. Posta­wił na nim fili­żanki z her­batą i usiadł w fotelu.

– Pro­szę wyba­czyć, ale chyba jesz­cze sobie z tym nie radzę. – Prze­łknął ślinę i opu­ścił wzrok. – Ja ją tu wszę­dzie na­dal widzę. – Scho­wał twarz w dło­niach. – To ona zawsze parzyła her­batę…

To była ide­alna chwila, żeby nakie­ro­wać roz­mowę na temat przy­czyny śmierci matki Ole­cha. Nagle jed­nak przed oczami Łucji sta­nął Zyg­munt z tacą w rękach, na któ­rej przy­no­sił jej śnia­da­nie w każdą sobotę, kiedy tylko był w domu. Była w sta­nie ode­zwać się dopiero po chwili:

– Może lepiej, jeśli my sobie… – Pod­nio­sła się z krze­sła, ale Olech zła­pał ją za przed­ra­mię i spoj­rzał na nią bła­gal­nie.

Gdy usia­dła z powro­tem, się­gnął po zawi­niątko, poło­żył je sobie na kola­nach i oswo­bo­dził z kolej­nych warstw mate­riału. Oglą­dał zega­rek z zain­te­re­so­wa­niem z każ­dej strony, nie prze­sta­jąc krę­cić głową.

– Uwie­rzy mi pani, jeśli powiem, że widzę go pierw­szy raz w życiu?

Łucja cały czas pró­bo­wała roz­gryźć tego męż­czy­znę, ale ten ucie­kał wzro­kiem. To jed­nak było za mało, by o cokol­wiek go posą­dzić.

– Począt­kowo myśle­li­śmy, że to może być strata wojenna naszego Muzeum Okrę­go­wego. – Tym razem Alek pró­bo­wał zło­wić wzrok gospo­da­rza.

– Ooo… – Ten wypro­sto­wał się i uniósł brwi. – Może powi­nie­nem się tam z nim zgło­sić? – Strzep­nął papro­szek z klapy mary­narki.

– Nie, nie ma takiej potrzeby. Na szczę­ście to nie jest ich eks­po­nat – zain­ter­we­nio­wała Łucja.

– Rozu­miem, że już ich o to pyta­li­ście? – Olech drżącą dło­nią się­gnął po fili­żankę i utkwił wzrok w wyma­lo­wa­nych na niej różach.

– Powiedzmy, że mamy swoje metody. Ale skoro to nie strata wojenna, a pan wcze­śniej nie wie­dział o jego ist­nie­niu… To może jed­nak chce pan go sobie zosta­wić? – Rokosz spoj­rzała na niego spode łba.

Męż­czy­zna ener­gicz­nie potrzą­snął głową.

– Abso­lut­nie nie! Tak jak wspo­mnia­łem panu Cioł­kowi, muszę się pozbyć wszyst­kiego, co tu jest. – Powiódł wzro­kiem wokół. – Im szyb­ciej, tym lepiej. Tak dora­dził mi mój tera­peuta… Ech, nie powi­nie­nem o tym mówić, prawda? Cóż, kiep­ski ze mnie nego­cja­tor. Ale pro­szę mi wie­rzyć… – Zła­pał Łucję za dłoń i zasko­czył ją spoj­rze­niem pro­sto w oczy. – Nie cho­dzi o to, ile na tym zaro­bię. Ta prze­szłość nie może mnie ści­gać.

Rokosz poczuła, że kolejna szansa na prze­kie­ro­wa­nie roz­mowy na ważny dla niej temat może już nie nadejść. Teraz albo ni­gdy.

– Ale co wła­ści­wie się stało?

Karol ostroż­nie odło­żył zega­rek na sto­lik, wes­tchnął, a potem zadzi­wia­jąco chęt­nie opo­wie­dział im histo­rię swo­jej rodziny.

Oka­zało się, że ojciec Karola, Gustaw, przy­je­chał do Toru­nia w pierw­szych latach wojny. Tutaj spo­tkał piękną dziew­czynę, Irenę, tu wzięli ślub, tu zamiesz­kali. Zakład foto­gra­ficzny na Pod­mur­nej był ich oczkiem w gło­wie i to jemu poświę­cali cały swój czas. Ojciec Karola wszyst­kim się chwa­lił, że w tym samym miej­scu, wręcz w tym samym budynku, w któ­rym on miał swój zakład, przed wojną znaj­do­wało się ate­lier foto­gra­ficzne. I to nie byle jakie. Pro­wa­dził je słynny foto­graf, spod któ­rego ręki wyszło jedno z nie­licz­nych zdjęć Franza Kafki. Ba! Kiedy ojciec tro­chę wię­cej wypił, opo­wia­dał nawet, że wcze­śniej, naprawdę dawno temu, w tym ate­lier powstały pierw­sze dage­ro­typy, i to podobno na urzą­dze­niu zaku­pio­nym w Paryżu od samego wyna­lazcy foto­grafii, Louisa Dagu­erre’a. Gustaw Olech zresztą cią­gle opo­wia­dał różne histo­rie. Ludzie przy­cho­dzili do niego, nawet jak nie potrze­bo­wali zdjęć, tak po pro­stu, żeby poga­dać.

– A pana nie cią­gnęło do foto­gra­fii? – zagad­nęła Łucja. – Pra­co­wał pan z rodzi­cami.

Olech uśmiech­nął się pod nosem.

– Z moim ojcem? – Pokrę­cił głową. – Matka byłaby wnie­bo­wzięta, ale nie… To nie mogło się udać. Nie z nim. Musia­łem szu­kać swo­jej wła­snej ścieżki.

– O! To cie­kawe. – Alek nagle wypro­sto­wał plecy. – A pozo­stał pan w branży arty­stycz­nej?

– Ponie­kąd… – Karol upił łyk her­baty. – No ale wra­ca­jąc do zakładu: to szybko prze­stał być dobry biz­nes. A może ni­gdy nie był? Dla moich rodzi­ców ate­lier było świą­ty­nią sztuki, a nie maszynką do zara­bia­nia pie­nię­dzy.

– Skąd ja to znam… – wymsknęło się Łucji, która od razu pomy­ślała o Mirku i jego anty­kwa­ria­cie.

Karol opo­wie­dział dalej, że ze względu na cho­robę ojca zakład prze­jęła matka. I że choć miała smy­kałkę do inte­re­sów, biz­nes kur­czył się z roku na rok. W końcu także Irena Olech pod­upa­dła na zdro­wiu i musiała zamknąć inte­res.

– To było rap­tem w stycz­niu, no i… teraz… dwa tygo­dnie temu… – Karol przy­gryzł wargę.

– Śmierć bli­skiego, i to jesz­cze w takich oko­licz­no­ściach… Dosko­nale pana rozu­miem. – Łucja pod­nio­sła wzrok na gospo­da­rza.

– W takich oko­licz­no­ściach? – Męż­czy­zna wyda­wał się zmie­szany. – Matka przez te wszyst­kie cho­roby była już mocno nie­po­radna. A jeśli cho­dzi o te kilka rze­czy – nagle zmie­nił temat – teraz, kiedy jest ten zega­rek, może wpad­nie parę zło­tych i uda się spła­cić choć część dłu­gów rodzi­ców.

Z oczu Karola Łucja nie była w sta­nie wyczy­tać, czy histo­ryjka o mor­der­stwie była zmy­ślona, czy po pro­stu nie chciał o tym mówić.

– No tak. A gdyby miał pan strze­lać… – Scho­wała zega­rek do torebki, a widząc, że Olech wytrzesz­czył na nią oczy, dodała szybko: – Gdyby miał pan strze­lać, skąd pań­scy rodzi­cie mieli ten zega­rek, to…

Męż­czy­zna ze świ­stem wypu­ścił powie­trze, roz­ło­żył ręce i pokrę­cił głową.

– Oni ni­gdy nie przy­wią­zy­wali wagi do przed­mio­tów. Co innego apa­rat. O! Choćby jak ten, który prze­ka­za­łem pań­stwu. Ale zega­rek? Naprawdę nie mam poję­cia.

– Może od kogoś go dostali? – pod­su­nął Alek. – Może w pre­zen­cie? Albo w nagrodę?

– No wie pan, raczej wąt­pię, żeby ktoś roz­da­wał sie­dem­na­sto­wieczne… w każ­dym razie stare, bar­dzo stare zegarki. Szcze­rze wąt­pię. – Gospo­darz wycią­gnął tele­fon z kie­szeni, spoj­rzał na ekran i zawo­łał: – Oho! Naj­moc­niej prze­pra­szam, ale chyba agent zaraz tu będzie.

Sie­dem­na­sto­wieczny? – zasta­no­wiła się Łucja. Olech musi mieć nie­złe oko.

Kla­snęła i pogo­niła gestem Alka. Chło­pak szybko dopił resztkę her­baty i wstał.

– Pro­szę dać nam jesz­cze ze dwa dni i będziemy gotowi z wyceną.

Gospo­darz przy­tak­nął i odpro­wa­dził gości do wyj­ścia.

Kiedy scho­dzili po scho­dach, pod kamie­nicę pod­je­chała czarna fur­go­netka Mer­ce­desa. Z samo­chodu nikt jed­nak nie wysiadł. Łucja, przez chwilę jesz­cze nie spusz­cza­jąc auta z oczu – zdzi­wiona, że agenci nie­ru­cho­mo­ści jeż­dżą takimi luk­su­so­wymi mar­kami – ruszyła w stronę parku.

– I co tak mil­czysz? – zagad­nęła w pew­nym momen­cie Alka.

– Musimy koniecz­nie wypy­tać o nią w Muzeum Okrę­go­wym.

– O zega­rek zna­czy się?

– Nie! O nią! O Irenę!

Ruszyli bie­giem w kie­runku przy­stanku, do któ­rego wła­śnie zbli­żał się tram­waj.

Rozdział 5

Toruń, 28 czerwca 2024, piątek

Łucja wie­działa, że jeśli chce coś zała­twić w muzeum, to naj­le­piej popro­sić o pomoc Mirka. Wpraw­dzie znała tam pra­wie wszyst­kich, od straż­nika po dyrek­tora, ale to nijak nie prze­kła­dało się na moż­li­wość wydo­by­cia od nich jakichś infor­ma­cji. Pod tym wzglę­dem muzeum było jak nie­zdo­byta twier­dza. Co innego Mirek – do niego kilka pra­cu­ją­cych tam pań miało sła­bość.

Wpraw­dzie przez chwilę Rokosz się wahała, czy nie puścić szefa samego, ale w końcu posta­no­wiła, że pójdą we trójkę, razem z Alkiem. Chło­pak zawsze robił dobre wra­że­nie na kobie­tach. Ist­niało dość realne zagro­że­nie, że Mirek, zanim dotrze na miej­sce, roz­ko­ja­rzy się, utknie przy któ­rejś z gablot albo zagłębi się w bez­pro­duk­tywną dys­ku­sję o numi­zma­tach. On miał im tylko pomóc wejść do twier­dzy – resztą Rokosz chciała zająć się oso­bi­ście.

Poprzed­niego dnia Alek opo­wie­dział Łucji o tym, co zoba­czył na foto­gra­fiach sto­ją­cych na intar­sjo­wa­nym sto­liku w miesz­ka­niu Ole­cha. Wpraw­dzie nie zdą­żył przyj­rzeć się im dokład­nie, bo gospo­darz nie­spo­dzie­wa­nie wyniósł je do kuchni, ale dwa zdję­cia wzbu­dziły jego zain­te­re­so­wa­nie.

Na jed­nym z nich wid­niało dwóch ele­gancko ubra­nych męż­czyzn, na oko pięć­dzie­się­cio­let­nich. Jeden z nich trzy­mał w dłoni smy­czek, a drugi obej­mo­wał go pra­wym ramie­niem, w lewej ręce trzy­mał zaś pro­por­czyk z datą: „1942” i jakimś nie­czy­tel­nym napi­sem.

Szybko usta­lili, że żaden z męż­czyzn nie mógł być ojcem Karola. Ten bowiem, jeśli wie­rzyć opo­wie­ści męż­czyzny, w tam­tym cza­sie mógł mieć góra czter­dzie­ści lat.

Gdy skrę­cili z Łazien­nej w Sze­roką, Alek prze­cze­sał pal­cami włosy i rzekł:

– Cały czas zasta­na­wia mnie to, że Olech wycho­wał się na Ryba­kach, a nie wie­dział o Pała­cyku Weesego.

– Może nie dosły­szał, o czym mówisz? – pod­su­nął Mirek.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki