Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
70 osób interesuje się tą książką
Piasek, mumie, wielbłądy i klątwa… Staszka Ziętka. Nadciągają egipskie ciemności!
Wczasy all inclusive w Egipcie? Czemu nie? Rodzinna podróż zapowiada się na niezapomnianą. Pan Pisarz spodziewa się, że jego okrągłe urodziny nad Nilem będą wyjątkowe. Czeka go wyprawa do piramid, podróż statkiem i ekskluzywny, nieplanowany, dodatek w postaci… kilku trupów.
Na statku, którym podróżuje Pani Pisarz z rodziną pojawiają się dawni znajomi i kilku nieznanych pasażerów. Seria nieszczęśliwych wypadków, które mają miejsce podczas rejsu Nilem wydaje się nieprzypadkowa. Czy wśród uczestników wyprawy kryje się morderca i czy Pan Pisarz dożyje urodzin? Kto jest mordercą? Kto rzuca podejrzenia na Pana Pisarza i jego rodzinę? Tej piramidalnej intrygi nie rozwiązałby nawet Hercules Poirot!
No... chyba, że Ziętek, Staszek Ziętek. Nikt nie powinien zapominać o jedenastej pladze Egiptu!
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 291
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
– Tomek! Czy ty w ogóle myślisz, co robisz?! Po co włazisz na drabinę? Chcesz się połamać tuż przed wylotem?!
– Dlaczego od razu połamać? Ktoś musi to przecież zrobić. A w ogóle, to skąd wiesz, że jestem na drabinie?
– Proszę cię…
No tak, to było głupie pytanie. Miałem do czynienia z Okiem Saurona, Wszystkowidzącą, Tą, Której Imienia Lepiej Nie Wymawiać. Przed kobietą wielu imion, Panią Żoną, nic się nie ukryje. Nawet nie wiedziałem, skąd nadaje. Może uchyliła okienko dachowe? A może komunikowała się ze mną przez wentylację?
– Tomek, ta drabina ma udźwig tylko do stu pięćdziesięciu kilo!
– Dlatego to ja na nią wchodzę, a nie ty, kochanie – wyszeptałem pod nosem.
– Słyszałam!
Nigdy się nie nauczę. Zupełnie jakbym dobrowolnie kładł głowę pod topór. Dlaczego nie potrafię się powstrzymać? Mogłem się teraz spodziewać konkretnej riposty, jednak, o dziwo, się jej nie doczekałem. Być może radość ze zbliżającego się wyjazdu sprawiła, że moja małżonka stała się wyrozumiała.
– Poczekaj przynajmniej, aż wyjdę i ci tę drabinę przytrzymam – powiedziała.
– Poczekam, poczekam.
Wiadomo, nie poczekałem. Wspiąłem się wyżej. Dotarłem do dachu i przytrzymałem się rynny.
Popatrzyłem na dom sąsiadów. Stał pusty już od kilku miesięcy. Zachodziłem w głowę, dlaczego to nie tam zalęgły się kuny. Miałyby całą chałupę dla siebie.
Odgarnąłem nieco śniegu z dachówki. Skrzył się niczym diamentowy puder. Słońce oślepiało. Błękit nieba był urzekający, tak jak i panorama ośnieżonych drzew nieodległego Wzgórza Parkowego. Uznałem, że takiego dnia nic mi nie zepsuje.
Drgnąłem, bo zadzwonił mój smartfon. Niefortunnie tkwił w grubej zimowej kurtce. Obmacałem kieszenie. W prawej leżało urządzenie dźwiękowe, w którym wymieniłem baterię. Właśnie po to się tu wspiąłem, żeby zamontować je pod dachówką. Antykuna – odstraszacz gryzoni. Moja ostatnia nadzieja na polu wiecznej walki z komandosem z rodziny łasicowatych.
Telefon dzwonił dalej.
– Moment… – warknąłem niecierpliwie.
Grube rękawice nie ułatwiały sprawy.
Smartfon się znalazł, więc go wyciągnąłem. Wypadł mi z ręki, ale złapałem go w ostatniej chwili. Drabina niebezpiecznie drgnęła, zastanawiałem się, czy dobrze ją umocowałem w zaspie.
Popatrzyłem na wyświetlacz.
– Jasny gwint, zupełnie zapomniałem…
Chwilę wahałem się, czy odebrać. W końcu uznałem, że nie mam wyboru. Obiecałem, że wezmę udział w wywiadzie na żywo, a nie lubię robić z gęby cholewy.
– Halo?
– Drogie Zaczytane! Rozmawiamy z panem pisarzem, którego pamiętacie z naszego włoskiego wyjazdu. Sprawdzamy, co u niego! – Poznałem głos Lenki. Nadawała na żywo na swoim kanale na YouTubie. – Dzięki panu Tomkowi uniknęliśmy kilka miesięcy temu strasznego losu. Uratował nas przed włoską mafią!
– Nie wiem, czy powinniśmy o tym opowiadać. – Skrzywiłem się.
Lenka jednak mnie nie słuchała.
– Zadałam pytanie moim Lenkomaniaczkom, do jakiego bohatera książkowego lub komiksowego porównałyby pana pisarza. Zanim jednak ujawnię wyniki ankiety, pana także o to zapytam. Do jakiego bohatera przyrównałby pan siebie, panie Tomku?
Zaczęły mi zamarzać palce. Szczypanie stawało się uciążliwe.
– Skoro do bohatera, to może do Batmana. Bo Batman…
– Gollum. Nie wiem dlaczego, ale czytelniczki porównują pana do Golluma… To bardzo złożona postać – dodała Lenka, chyba żeby mnie pocieszyć. – A pana przyjaciel Staszek Ziętek to… Niech pan zgadnie, panie Tomaszu.
– Ogr? – zaproponowałem złośliwie. – Skoro już idziemy tolkienowskim tropem.
– Aragorn!
– Że co?! – Zdenerwowałem się. – Za grosz podobieństwa! Mógłby robić co najwyżej za trolla!
Lenka zachichotała. Chyba dobrze się bawiła.
– A pana córka?
– No, nie wiem. Z charakteru trochę podobna do Froda albo Bilbo Bagginsa.
– Arwena.
– O, ładnie – przyznałem.
– A Pani Żona, zgadnie pan, panie Tomku?
– Wolę nie zgadywać. – Rozejrzałem się podejrzliwie.
– Kleopatra!
– No… właściwie to trafne, bo lecimy właśnie do Egiptu.
– Naprawdę? – Lenka się ucieszyła. – To świetna wiadomość! Szuka pan inspiracji do kolejnej komedii kryminalnej? Jedzie pan śladami Agathy Christie?
– Nie… Żadnej inspiracji nie szukam. Jadę pozwiedzać i wypocząć. Poza tym, wstyd się przyznać, nie czytałem żadnej powieści pani Christie…
– Naprawdę trudno nam w to uwierzyć, panie Tomaszu. Moje Lenkomaniaczki interesuje jednak coś zupełnie innego! Czy pan Staszek Ziętek leci z panem?
– O, co to, to nie! Broń Boże! Po moim trupie!
Drabina zatrzeszczała i nieco się obsunęła. Sparaliżowało mnie na myśl, że po moim trupie żona przebukuje nasze bilety na Ziętków.
– Ale dlaczego? Przecież pan Ziętek to pana muza! Inspiracja! To było niesamowicie budujące – móc patrzeć, jak się wzajemnie wspieracie. To taka prawdziwa męska przyjaźń.
– Ile razy mam powtarzać, że Staszek Ziętek nie jest moim… Jezus Maria!
Odchyliłem się za bardzo i drabina odchyliła się razem ze mną. Przez chwilę czułem się jak na szczudłach, balansowałem na granicy życia i śmierci. Na szczęcie przeważyła moja głowa i znów przylgnąłem do rynny. Słuchaczki Lenki miały rację, uratowała mnie wielka gollumowa głowa.
– To raczej mój znajomy, a właściwie mąż znajomej mojej żony… – Sapnąłem. – Dwudziesta woda po kisielu…
– Naprawdę szkoda, że pan Ziętek z panem nie leci. Było z nim naprawdę wesoło. Życzymy panu jednak udanej podróży bez dosłownej Śmierci na Nilu…
Dołączyłem do Lenki wymuszonym chichotem.
– Dobrej podróży!
– Nie dziękuję, żeby nie zapeszyć!
Telefon ze złością wcisnąłem w kieszeń.
– I gdzie jesteś, kobieto? Drabinę miałaś trzymać, męża miałaś asekurować! – warknąłem.
Odpowiedziała mi cisza. Kiedy trzeba, żona na wołania jest głucha.
– Beetlejuice, Beetlejuice, Beetlejuice!
Zarechotałem pod nosem. Jakoś szalenie zabawne wydało mi się przywoływanie demona.
– Panie pisarz! Czyś ty zwariował? Włazisz na drabinę tuż przed wylotem?
Obróciłem się gwałtownie w stronę furtki. Ześlizgnęły mi się buty i zjechałem dwa szczeble. Demon objawił się w postaci Staszka Ziętka.
– Wszelki duch… – wydusiłem z siebie.
– Juhuuu! – zawołała Rózia Ziętek, z metra cięta małżonka wyżej wspomnianego. – Monia jest?
– Jest…
– To ja do niej lecę. A wy sobie porozmawiajcie! – Ziętkowa, przytrzymująca wielki ciążowy brzuch, zniknęła mi z pola widzenia. Staszek za to pojawił się przede mną w pełnej okazałości. Wielka puchowa kurtka okrywała jego potężne ciało. Logo na rękawie zdradzało całkiem zacną markę. Buty też wyglądały na nowe, w dodatku drogie. Ziętkom ostatnio się powodziło. Zachodziłem w głowę, skąd mieli kasę. Jeszcze kilka miesięcy temu, po tym jak Staszka zwolnili z Aflofarmu, chłop był bezrobotny. Z tego, co wiem, dał sobie spokój z potajemną sprzedażą witamin. Musiał więc zająć się jakimś kolejnym idiotycznym interesem.
– Aragorn od siedmiu boleści…
– Co mówisz, Panie Pisarz? Czapkę mam i słabo cię słyszę.
– Mówię, że… – Siliłem się na jakąś uprzejmą uwagę, ale nic mi nie przychodziło do głowy. Dałem sobie spokój. – Nieważne. Co tam, Stachu, u was słychać?
Znów wspiąłem się dwa szczeble. Uznałem, że nie ma co tkwić za długo na drabinie. Do lotu mieliśmy tylko kilka godzin. Urządzenie musiałem zamontować jeszcze dzisiaj. Miałem nadzieję, że zadziała i po powrocie więcej nie zobaczę kuny na oczy.
– To walka z wiatrakami.
– Co? – Popatrzyłem w dół, na Staszka. Opierał się o moją drabinę.
– Próbujesz wygonić kunę, prawda?
Zazgrzytałem zębami.
– Może tak, może nie.
– Ależ nie ma się czego wstydzić. My z Rózią na szczęście tego problemu nie mamy. Zawczasu pomyśleliśmy o odpowiednim ociepleniu dachu. Też mogłeś zawczasu pomyśleć.
– Gdybym zawczasu pomyślał, to skłóciłbym żonę z Rózią i miałbym cię z głowy.
– Co? Mów głośniej, bo czapkę mam.
– Staszek, jak chcesz pomóc, to przytrzymaj drabinę, a się o nią nie opieraj! Zaraz mnie zrzucisz.
– Nic się nie bój, panie pisarz, jakby co, to cię złapię i uratuję z opresji.
– Nie będziesz musiał mnie ratować, jak się odsuniesz!
– A co do tych kun… – Stach miał tych mądrości więcej – w rękawie albo pod czapką. – Naprawdę nic nie daje rezultatu. Odchody tygrysa? Zapomnij. Sierść psa? Dobre sobie… Obsikiwanie rogów budynku? Że niby inny samiec alfa tu rządzi? Odradzam…
Tę ostatnią mądrość ludową postanowiłem sobie zapamiętać. Jeszcze jej nie stosowałem.
– Drut kolczasty na rynnach? Ha, ha!
Coś mnie tknęło.
– A skąd ty taki obeznany, co?
– Sąsiad ma problem z kunami. Ale on był równie nieprzewidujący jak ty, panie pisarz. – Ziętek popatrzył w bok. – A ten domek obok, to ładny. Wydaje się jednak pusty?
– Nawiedzony.
– Poważnie?
– To zależy, jaki cel ma twoje pytanie, Stachu.
– Chciałem zapytać, czy aby nie jest na sprzedaż?
Zachwiałem się na drabinie. Doznałem wizji, w której Staszek Ziętek wprowadza się wraz z rodziną tuż obok, zostaje moim sąsiadem i codziennie wystaje za płotem jak wyrzut sumienia.
– Jakie tam na sprzedaż… Sąsiedzi wyjechali tylko na święta – skłamałem.
– Ale to już chyba w lipcu, co? Coś długie mają te święta.
Zakłuło mnie w skroni. Skąd Staszek to wiedział?
– Spokojnie, wrócą. Poza tym, jakby mieli sprzedawać, to kasy pewnie by chcieli, że ho, ho!
– Zabrzmiałeś teraz jak święty Mikołaj. Może zafundujesz mi prezent na święta i będziemy sąsiadami?
Od rechotu Ziętka z okapu zsunął się śnieg.
– Przewiduję, że ta nasza rozmowa może się dla kogoś źle skończyć, Stachu.
– Co mówisz, panie pisarz? Bo wiesz, czapka… – Ziętek wskazał palcem głowę. Oparł się znowu ramieniem o drabinę.
Usłyszałem tylko, jak aluminium szoruje o rynnę. Gdy leciałem w dół, z ponurą satysfakcją stwierdziłem, że w jednym aspekcie jednak byłem przewidujący. Ta rozmowa rzeczywiście miała się dla kogoś źle skończyć. Gdybym był bardziej dalekowzroczny, odgadłbym, że dla mnie.
– Coś huknęło czy mi się wydawało, mamo? – zapytała panna córka.
– Nie wiem. – Pani żona zmarszczyła brwi i wyjrzała przez okno w kuchni.
– Ja nic nie słyszałam. – Rózia Ziętek wzruszyła ramionami.
– Może dlatego, że ma pani czapkę na głowie. – Córka pisarza uśmiechnęła się uprzejmie.
– A, no tak, racja! – Ziętkowa zachichotała. – Mamy ze Stasiem identyczne. Mówię wam! Jakie ciepłe, a jakie modne! Ale przyznaję, bardzo dużo kosztują… Nie każdego stać.
– Ładne, rzeczywiście – przyznała żona pisarza. – Ciekawy napis mają…
– Ale o co to ja pytałam? – Ziętkowa uniosła dłonie, jednak czapki nie zdjęła. – Moniczko, dlaczego wasz Tomek łazi po dachach, zamiast się pakować na wyjazd?
– Tato już się spakował w reklamówkę. Zajęło mu to pięć minut.
– Ach, ci mężczyźni… Zupełnie jak Staszek i nasz Henryczek. A Henryczek, moja droga Blanko, to powiem ci, tak zmężniał, zrobił się taki, no wiesz, męski! Już nawet się goli!
Panna Córka uprzejmie pokiwała głową na ten nachalny product placement i spojrzała błagalnie na matkę.
– Pytałaś, Róziu, o Tomka. Łapie kunę. A dokładniej próbuje ją przepłoszyć.
– Macie kunę?
– Tak – potwierdziła córka. – Tato więcej wydaje na nią niż na nas. Po ostatnim ociepleniu dachu, miała się już nie przecisnąć. Wcześniej były nawet zasieki z drutu kolczastego w podbitce…
– Nie zapominaj o żywołapkach. Tomek wyłapał już chyba wszystkie koty z osiedla. Tak się spasły na karmie, że ledwie dawał radę je wyciągać z klatek – dodała żona pisarza.
– To tak jak u nas! – Rózia klasnęła w dłonie. – Staszek też próbuje przepłoszyć kunę! Nikomu się nie przyznaje, ale walczy z nią od dziesięciu lat! Jest w tym ekspertem!
– Tato chyba większym – powiedziała córka. – Prowadzi z nią wojnę pozycyjną. Kupił sobie nawet książkę Bitwa pod Verdun: zasieki i umocnienia.
– Mój Stasiu ma Walkę w tunelach w Wietnamie. To jedyna książka, jaką w życiu przeczytał! Tyle że nasza kuna zawstydziłaby Wietkong. Raz Stasiu zrobił napalm, chciał ją wykurzyć z tuneli i niemal nam z dymem puścił chałupę. Potem próbował ją wziąć na inny sposób…
– Jaki? – zainteresowała się panna córka.
Rózia Ziętek rozejrzała się, jakby ktoś miał ją podsłuchać.
– Odchody tygrysa. Kuny boją się zwierza alfa.
– A skąd mieliście te… odchody? – Żona się zainteresowała.
– Są firmy, które je sprzedają. Strasznie droga sprawa, ale na szczęście przejęłam na siebie to zamówienie…
Monika zmarszczyła brwi.
– Co to znaczy, że przejęłaś na siebie? – zapytała podejrzliwie.
– Dogadałam się z sąsiadem, rolnikiem. Dawał mi obornik i wrzucałam go w paczkę. Kupiłam nawet na targu chińskie znaczki pocztowe…
– Żeby taniej było? – zgadywała córka pisarza.
– No coś ty, dziecko! Staszkowi wmówiłam, że ceny poszły w górę, zarobiłam na tym kilka tysięcy, póki uznał, że to nie ma sensu. Ciągnęłam to jeszcze kolejny miesiąc, bo dał sobie wmówić, że tym razem ściągnę odchody tygrysa albinosa. Wiecie, jak trudno było białą kupę załatwić?
– Ale albinosy nie robią białej…
– Córeczko, Staszek o tym nie wie. W każdym razie sprawa się rypła. Wymyślił coś innego.
– Co? – zapytały równocześnie matka i córka.
– Zaczął obsikiwać narożniki budynku. Wszystkie kwiaty mi poopadały.
– Nie chcę tego słuchać. – Córka pisarza zasłoniła uszy. – Właściwie to odpadłam już przy tygrysie. Skończę się pakować.
– Zupełnie jak nasz Henryczek. Blanko, jesteście do siebie tacy podobni!
– Ale to podobno przeciwieństwa się przyciągają – stęknął pan pisarz, wnoszony do domu na rękach przez Staszka Ziętka. – Więc nic z tych waszych swatów nie będzie! Córkę zostawcie mi w spokoju. Zresztą, mnie też!
– Jak sobie życzysz, przyjacielu!
Ziętek wypuścił gospodarza z rąk. Zadudniło w całym domu.
– Stachu! – wrzasnąłem. – Dość, że przez ciebie spadłem z dachu, to jeszcze…
– Przecież mówiłam, żebyś nie wchodził na drabinę? – przypomniała moja małżonka.
– I jak zwykle miałaś rację. – Otrzepałem spodnie ze śniegu i z trudem wstałem z podłogi. – Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie ten… ten…
– Ziętek. Staszek Ziętek – podrzucił Stach. – Amnezji dostałeś po upadku?
– Nie gadam z tobą. Mogłeś mnie zabić.
Pozbierałem się z trudem. Chrupnęło mi w kręgosłupie.
W kuchni zrobiło się nieco niezręcznie.
– Zamontowałeś chociaż urządzenie? – zapytała małżonka.
– Gdzie tam. Wypadło mi z ręki i Stach je rozdeptał.
Na potwierdzenie tych słów wyciągnąłem z kieszeni pękniętą obudowę odstraszacza na kuny.
– Może jednak działa? – Stach wyciągnął rękę po urządzenie.
– Dzięki, wolę sprawdzić sam. Pomogłeś już wystarczająco.
Włączyłem przycisk. Cisza, nawet najmniejszego pisku. Niby te odstraszacze wydają dźwięki o częstotliwości trudnej do uchwycenia dla ludzkiego ucha, ale jak dla mnie to plastykowy sześcian milczał jak grób.
– Jezus Maria! – Staszek złapał się za głowę. – Matko jedyna!
– Stasiu, co ci jest? Udar?
– Może ta nowa czapka mu odcięła dopływ krwi do mózgu? – zgadywałem.
– Tomek!
– Rozsadzi mi łeb! Co się dzieje?! – Ziętek się zachwiał.
– Stachu, nie wygłupiaj się. – Zaśmiałem się niepewnie.
Przyznam, że zacząłem trochę panikować. Nie znoszę tego faceta, ale na pewno źle mu nie życzę. Przynajmniej przez większość czasu… No, przynajmniej gdy nie ma go obok.
– Wszyscy święci! – Staszek opadł na kolana.
Nie wyglądało to dobrze.
– Tomek, trzeba wezwać pogotowie – poradziła małżonka.
– Czy ja wiem… Nie panikujmy, przecież wiesz, że faceci mają niski próg bólu… Jak ostatnio mu drzazga weszła pod paznokieć, to mówił, że umiera. Przejdzie mu. My pojedziemy sobie na lotnisko, a Rózia z mężem na pogotowie…
– Mój mózg! – Staszek zasłonił uszy dłońmi. – Co się dzieje z moim mózgiem?!
– To pytanie w sumie zadaję sobie od dawna – powiedziałem.
– Tomek, to nie są żarty! Zrób coś! – przywołała mnie do porządku małżonka.
– Dobra, dobra…
Już wcześniej wpadłem na to, co powaliło Staszka na kolana. Wyłączyłem urządzenie.
– Jak ręką odjął – wysapał z ulgą Stach. – Momentalnie puściło! O matko, o mamuniu… Może to guz mózgu?
Uznałem, że lepiej tę diagnozę wykluczyć. Miałem na to tylko jeden sposób.
– Znowu! – wrzasnął Staszek. – Taki pisk, jakby skrzeczało mi w głowie stado mew! Słyszycie je? Słyszycie?
Naprawdę chciałem się wsłuchać jeszcze chwilę w te skrzeczące mewy, ale Stach niebezpiecznie pozieleniał. Zupełnie jakby znalazł się na pełnym morzu. Nie mieliśmy już czasu sprzątać po nim kuchni. Z żalem wyłączyłem Ziętkokontroler.
– Działa – powiedziałem.
– Co działa? – Moja żona, patrząc na urządzenie, które trzymałem w dłoni, zrobiła wielkie oczy.
– Wszystko działa, jak powinno, po prostu! Stachu, ty w sumie trochę łasicowatego przypominasz.
– Kogo? – wyjęczał Staszek. – Wszystko z tobą w porządku, panie pisarz?
Zdałem sobie sprawę, że mój uśmiech musiał wyglądać niepokojąco.
– Akurat za to nie ręczę. – Moja żona westchnęła. Popatrzyła na mnie i pokręciła palcem przy czole.
Wzruszyłem ramionami.
– Dobra, pogadaliśmy, pośmialiśmy się, ale już chyba czas się pożegnać. Naprawdę będę za wami tęsknił, moi drodzy Ziętkowie. – Aż sam się zdziwiłem, że tak łatwo mi to przeszło przez gardło. Uznałem jednak, że powinienem za wszelką cenę wypchnąć przyszywanych przyjaciół w świat.
– My za wami też będziemy tęsknić, panie pisarz.
Nie wiem, może mi się tylko wydawało, ale Stach mrugnął do swojej żony. Nie za bardzo wiedziałem, skąd te porozumiewawcze sygnały.
– Tak, tak. – Rózia pogłaskała męża po ramieniu. – Bawcie się tam, w tym Egipcie, dobrze. Niech was ominie zemsta faraona, dobrej pogody chyba nie muszę wam życzyć, bo tam zawsze słońce.
Uśmiechnąłem się na tę myśl. Nie mogłem się doczekać, kiedy wygrzeję kości.
– No i życzymy ci wszystkiego najlepszego już teraz, Tomku. Taka okrągła rocznica!
– No właśnie! – Ziętek pokiwał głową, zaraz jednak się skrzywił i dotknął skroni. Może wciąż pobrzmiewało mu w czaszce echo skrzeczących mew. – Urodziny za granicą. Też bym tak chciał. Impreza zapewne będzie huczna!
– Oj tam, huczna. – Machnąłem skromnie dłonią. – Pewnie na statku zrobimy jakieś drobne przyjęcie, wiem, że Monika zamówi u szefa kuchni jakiś tort. Poza tym żarcie all inclusive, więc sami rozumiecie…
– All inclusive. – Stach westchnął. – Że też z wami nie lecimy…
– No, sam nie mogę w to uwierzyć – powiedziałem.
To akurat była święta prawda, nie mogłem uwierzyć w swoje szczęście.
– Przecież wiecie, że to Janek Jonas nas zaprosił – tłumaczyła się niepotrzebnie moja żona. – Może czuł się trochę winny przez to, co wydarzyło się wtedy w Grecji. Może tak chciał się odwdzięczyć za to, że dzięki nam sprawa się rozwiązała?
– My też tam byliśmy – przypomniał Ziętek. – Ta sprawa rozwiązała się także dzięki nam. Ale nas nie zaprosił.
– Może dlatego, że Jonas to w sumie jak nasza rodzina – powiedziałem na wyrost.
– Jeszcze trochę i kto wie, czy my też nią nie zostaniemy. – Ziętek się wyszczerzył.
Chciałem coś powiedzieć, ale Stach nie dał mi na to szansy.
– Ale zaraz, przecież ty Jonasa nie lubiłeś, panie pisarz. Nawet byłeś o niego zazdrosny – przypomniał. – Pamiętam, jak mówiłeś: jaki kraj, taki Indy Jones. I że tym biczem, to się pewnie smaga sam po tyłku…
– Nic takiego nie mówiłem.
– Coś tam takiego gadałeś – powiedziała Rózia. – Albo pomyślałeś. To było widać… Zresztą po tobie od razu widać, co myślisz.
– Naprawdę? – zapytałem. – To co teraz myślę?
– Tomek, przestań. – Małżonka westchnęła.
– A co niby takiego robię? – powiedziałem. – Przecież to nie moja wina, że Jonas nie poczuł się z nimi bliżej związany.
– Trochę się jednak dziwimy, że Jonas zaprosił Leokadię Maślak i Renatkę Borowik – wyrzuciła z siebie Rózia. – Monia, nie uważasz, że Renatka to powinna raczej od twojego męża trzymać się z daleka?
– Róziu, co ty sugerujesz? Po tylu latach miałabym być o Tomka zazdrosna?
Zmarszczyłem brwi.
– Poza tym Renatka ma narzeczonego. Jedzie razem z nim – dopowiedziała małżonka.
– To jakiś przybłęda jedzie, a my nie? – Ziętek się zdenerwował. – Maślakowa, Borowik i jeszcze inny grzyb?
– A to ciekawe, że tak mówisz, bo facet nazywa się Kurka – powiedziała moja żona.
– Ale kurka to nie grzyb. – Staszek pokręcił głową.
– Stasiu, taki grzyb też jest – wyjaśniła cierpliwie Rózia.
– No kurka wodna! – Ziętek założył ręce na piersi. – Nie podoba mi się to.
– Ach… – Ziętkowa popatrzyła na moją żonę. – Zobaczycie piramidy, Kleopatrę, popływacie statkiem po Nilu.
– Żebyście tylko z tym Indiana Jonasem nie odkopali jakiejś mumii – zakpił Ziętek.
– A to ciekawe, co mówisz, bo zabierze nas na swoje stanowisko archeologiczne… – zaanonsowałem z dumą.
– No pięknie. I to wszystko beze mnie – poskarżył się Stach.
– Może następnym razem – powiedziałem na odczepkę.
– Może następnym razem – podchwycił Ziętek.
Po raz kolejny dziwnie spojrzał na Rózię. Znowu do niej mrugnął?
– To lecimy. Bezpiecznej podróży! – Żona Stacha wycałowała moją małżonkę, a mnie skinęła oficjalnie głową.
Staszek też się wziął do wycałowywania mojej żony, ale ta wystawiła rękę przed siebie, więc odbił się od pola siłowego.
Odprowadziliśmy naszych gości do drzwi, a potem przed dom. Patrzyliśmy, jak Ziętkowie wchodzą do samochodu.
– Tomek, co się tak uśmiechasz? – zapytała żona.
– My precious! – wysyczałem, patrząc na urządzenie, które przez cały ten czas ściskałem w dłoni. – Warto było wydać te pieniądze. Zamontuję jedno przy furtce. Staszek już tu nie wejdzie.
– Co ty masz z głową? No naprawdę!
Zapakowałem bagaże do samochodu. Przy dobytku żony ugięły się pode mną kolana, ale dzielnie zniosłem działanie grawitacji i ciężar trzeszczącej w szwach walizki. Klapę bagażnika dopchnąłem butem.
Wsiedliśmy do auta. Czułem zew przygody. Nie mogłem się doczekać, kiedy lodową pustynię zamienię na piaski Egiptu. To było niewiarygodne, jeszcze dzisiaj wygrzeję kości w Kairze!
Odpaliłem silnik. Spojrzałem na córkę i żonę.
– Piramidy! Faraon, Kleopatra, Nil!
– Brawo, tato, zaiste ogromna wiedza! Może byś już ruszył, bo się spóźnimy na samolot.
– Trochę więcej entuzjazmu! A ty, kochana małżonko? Na pewno ogromnie się cieszysz z tej wyprawy, prawda?
– Mówisz to tak, jakbyś sam ją załatwił. Spakowałeś kilka rzeczy i to był twój cały wkład. Nawet naczyń nie pomyłeś przed wyjazdem. Gdybym się tym nie zajęła, stałyby w zlewozmywaku do powrotu.
– Piramidy! Faraon, Kleopatra, Nil! – powtórzyłem z nieco już mniejszym zapałem. – Nic? Naprawdę?
– Tato, jedź już, proszę.
– W porządku.
Ruszyliśmy. Popatrzyłem jeszcze w kierunku domu, aby upewnić się, że żona zamknęła wszystkie okna. Auto podskoczyło na jakimś wyboju. Wydało mi się, że usłyszałem pisk.
Zatrzymałem się.
– Co to było? – Popatrzyłem na żonę.
– Chyba coś przejechałeś…
Zerknąłem w boczne lusterko. Tuż za samochodem leżało coś podłużnego, ciemnobrązowego.
– O kurczę – wydusiłem z siebie. – Przejechałem ją.
– Kogo? – zapytała żona. Obejrzała się do tyłu. – To kuna?
– Chyba… chyba tak.
– Tato, płaczesz? Ze szczęścia?
– Ja nie chciałem…
– Gdzie idziesz? – zapytała małżonka, gdy sięgnąłem do klamki.
– Kuny są pod ochroną. Nie możemy jej tak zostawić. Ona jest w sumie, jak… jak… mieszkała z nami tyle lat!
– I co zamierzasz zrobić? Sztuczne oddychanie? – Małżonka, widząc moją minę, pobladła. – Chyba nie rozważasz tego poważnie?
– Może do szpitala ją zawieziemy…
– Tato, jeśli już, to do weterynarza.
– No tak…
Wysiadłem z samochodu. Podszedłem do biednego stworzenia wielkości kota. Wyglądało na takie bezbronne.
– Tomek, wracaj do samochodu. Na pewno nic jej nie jest!
Nachyliłem się nad zwierzątkiem, wystawiłem rękę.
– Chyba żyje! – powiedziałem z ulgą.
Kuna uniosła łeb, otworzył przekrwione ślepia. Potem wyszczerzyła zęby i skoczyła w moją stronę.
– Apage, Satanas! Jezus Maria!
Nie wiem, czy ktokolwiek kiedykolwiek wskoczył do samochodu tak szybko jak ja. Już po chwili gnaliśmy na lotnisko.
– Pobiegła do domu – poinformowała mnie córka, która obejrzała się za siebie.
Nie odezwałem się aż do Wrocławia.
Kilkakrotnie upewniałem się, czy mam paszporty, pieniądze, bilety i inne rzeczy niezbędne do podróży. Na pewno zapomniałem szczoteczki do zębów, zegarka i okularów słonecznych. Zdarzało się to już wcześniej, więc zbytnio nie rozpaczałem. Naprawdę, starałem się nastawić bardzo pozytywnie do czekającego nas lotu na afrykański ląd.
Nastawienie żony było za to wzorcowe. Uśmiechała się do siebie od momentu, w którym niemal wyskoczyłem z butów, uciekając przed kuną. Oczywiście udawałem, że tego nie widzę.
– Panie Tomaszu! Tu jesteście, kochani moi!
Maślakowa. Dokładniej Zdzisława Maślak, niespełniona artystka, stara sklerotyczka, przez którą nasza wyprawa do Grecji niemal zakończyła się tragicznie. Kobieta sunęła w naszą stronę z wysoko uniesionymi ramionami.
Powinienem był się przygotować na jej towarzystwo, ale miałem chyba jakąś niczym nieuzasadnioną nadzieję, że spotkam ją dopiero na miejscu. Planowałem, że w Egipcie będę jej unikać jak zemsty faraona.
– Panie Tomaszu, Martusiu! I ty, dziewczynko!
Maślakowa pamiętała oczywiście tylko moje imię. Utonąłem w miękkim uścisku o zapachu kulek na mole.
– Ciotuchno, jaka tam Marta, przecież to Monika i Blanka!
Renatka Borowik, siostrzenica Maślakowej. Grzybowa rodzina w komplecie. Musiała zainwestować w szkła kontaktowe. Zgryz też miała kupny. Bez okularów i równo przyciętej grzywki ledwo ją poznałem. Miała na sobie przylegającą do ciała sukienkę, na pewno było jej chłodno, co zdradzała reakcja pewnych części ciała.
– Rozmówcy patrzy się w oczy, mój drogi… – upomniała mnie małżonka.
Nie wiem, dlaczego nie lubiła Renaty.
– To mój Maurycy. – Borowikowa odwróciła się i wskazała dłonią za siebie.
Wyłonił się zza niej chudy, bladolicy mężczyzna. Był niższy o pół głowy od Renatki. Skóra lśniła mu dziwnym błękitem. Miał małe nieruchome oczy i wąsik pod nosem, który zapewne hodował bezskutecznie już od przedszkola. Wyciągnął do mnie rękę.
– Maurycy jestem – usłyszałem mechaniczny głos.
Uścisnąłem gumowatą dłoń.
– Twój chłopak? To już najwyższy czas, moja droga. – Moja małżonka też przywitała się z Maurycym. Widziałem, jak po chwili wyciera ukradkiem dłoń w chusteczkę.
– Ach, poznaliśmy się już jakiś czas temu. Wpadliśmy na siebie w sumie przypadkiem w Media Expercie. Szukałam robota kuchennego…
– To pan gotuje? – zapytałem.
Małżonka sprzedała mi sójkę w bok.
– Panie Tomaszu, jakież to niespodzianki pan dla nas tam przygotował, w tej Etiopii… – Maślakowa mnie uratowała.
Renatka wzruszyła ramionami. Cioci się chyba znacznie pogorszyło i wyglądało na to, że jej siostrzenica już się z tym pogodziła.
– W Egipcie? No… W sumie to nie ja przygotowałem ten wyjazd. Janek Jonas nas wszystkich zaprosił. Wiele nie chciał zdradzić – powiedziałem zgodnie z prawdą.
– Oczywiście, że pan Tomasz nie wie. – Czułem na sobie spojrzenie Renatki. – To w sumie dla niego taki niespodziankowo-urodzinowy wyjazd. Niesamowite, w tak okrągłą rocznicę mieć urodziny na Nilu! Nigdy bym nie powiedziała, że ma pan już tyle lat!
– A jednak. Ma już tyle. – Moja żona pokiwała głową, jakby do grobu było mi bliżej niż dalej.
Zwarzyła mi humor.
– Dzieli nas, kochanie, tylko pół roku – warknąłem. – Z kawałkiem, dosyć sporym… – dodałem, widząc ostrzegawcze spojrzenie córki.
– Ależ z wiekiem jest pan coraz przystojniejszy, panie Tomaszku! – Maślakowa złapała mnie pod ramię. – Dopiero co rozmawiałyśmy o panu z Renatką. Taki mężczyzna to skarb: z pasją, wysportowany, inteligentny, trochę dziki…
– Dziki? – Moja żona się zaśmiała.
Spojrzałem z wyrzutem na małżonkę. Nie było w dobrym tonie przerywać starszym ludziom, gdy mówią.
– Marta to ma szczęście. Mam nadzieję, że pana docenia.
– Oczywiście, że Marta mnie… – Odchrząknąłem. – Znaczy się, oczywiście, że Monika mnie docenia. Tak jak ja doceniam jej wszystkie niesamowite przymioty. Gdybym miał je wymieniać to…
– To? – zachęciła mnie małżonka. Jej spojrzenie wypalało mi dziurę w skroni.
– Ohoho! To dnia by nie starczyło.
Z głośników dobiegło do nas ogłoszenie o trwającej odprawie.
– Lepiej już chodźmy, wzywają nasz lot!
Szarpnąłem bagaż żony, niemal żegnając się z ramieniem, i ruszyliśmy do odprawy. Maurycy w tym czasie niósł cztery walizki większe od siebie. Spojrzał w moim kierunku. Zrobiło mi się nieswojo. Nieruchome oczy były niepokojące. Facet wyglądał, jakby zapisywał coś na twardy dysk. Miałem nadzieję, że przy montażu ktoś mu wczytał protokół bezpieczeństwa.
– Tato, zawsze podziwiałam, że z sytuacji ekstremalnej potrafisz wyjść jak nikt inny.
– Dziękuję, córeczko. Lata praktyki.
Zdałem sobie sprawę, że przez cały czas się rozglądam. Upewniałem się, że na lotnisku nie ma jakichś spóźnionych turystów.
– Są! Jak zwykle na ostatnią chwilę!
Serca zamarło mi w piersi, ale zaraz się uspokoiło. Rowińscy. Przedsiębiorcza rodzina rozwijająca własną dobrze prosperującą firmę odzieżową, Rowek. Ostatnio ich serię ubrań młodzieżowych widziałem w jakiejś gazecie. Karolinie i Bogdanowi całkiem dobrze się powodziło. Nie żebym był zazdrosny.
– Świetnie wyglądacie – powiedziała małżonka.
– No… – potwierdziłem nieco przygaszony.
Bogdan, zdaje się, zaczął ćwiczyć, wziął się za siebie. Przypominał surfera, który na chwilę urwał się z plaży, żeby odwiedzić znajomych. Włosy miał wypłowiałe od słońca, szczupłą twarz i umięśnioną rękę, na której nie było nawet grama tłuszczu.
– Ty też… dobrze wyglądasz. – Bogdan z trudem mnie objął.
Człowiek przy takich okazjach od razu czuje się jak worek smalcu.
– Jest i on, nasz młody mężczyzna! Cześć, Jasiu! – Moja małżonka podała rękę bachorowi.
Zupełnie o synu Rowińskich zapomniałem.
– To ty? – Zaśmiałem się udawaną radością. – Ależ ty wyrosłeś!
Ruch ust był bardzo wyraźny: „Spadaj”. Mogło to być też coś mniej cenzuralnego. Widać z nienawiści nigdy się nie wyrasta.
– Nie przejmuj się – powiedziała Karolina. – Jasiek miał długo traumę po Grecji. Musieliśmy jeździć z nim do psychologów. Właściwie to od wielu miesięcy nic nie mówi.
– O Boże – wyrwało się mojej małżonce.
– Ale to chyba nie moja wina? – zapytałem lekko oszołomiony. – Wydawało mi się, że zaczęliśmy pod koniec wyjazdu się dogadywać.
Rowińscy pokręcili głowami.
– Lepiej powiedz, jak tam rozwija się twoja kariera pisarska? Słyszałem, że tłumaczą już twój Glatz na czeski i niemiecki! – Bogdan chyba chciał tym pytaniem zamaskować niezręczną sytuację.
– Ano! Ja, ja…
Żart był bardziej suchy od najsuchszych niemieckich sucharów. Zaśmiałem się, ale trudno się uśmiechać pod nienawistnym spojrzeniem dziecka.
– Oglądałeś kiedyś czeskie bajki, Jaśku? Krecik? Żwirek i Muchomorek?
– Tato, przecież Jasiek nie mówi, nie odpowie ci – przypomniała mi córka.
– Może skinie głową? Jasiek możesz skinąć głową, prawda?
– Zabierzcie mnie stąd!
– O! Odzyskał głos! – Ucieszyłem się.
– Jasiu, ty mówisz! Naprawdę? Kochane dziecko!
Rowińscy byli chyba bardziej zaskoczeni niż ja.
– Wpuszczają na pokład. – Żona pociągnęła mnie za łokieć. – Daj już chłopakowi spokój – dodała przez zaciśnięte usta.
Znaleźliśmy się w końcu w samolocie i zajęliśmy miejsca. Jasiek siedział kilka rzędów dalej, ale cały czas na mnie patrzył. Żona nie chciała się zamienić miejscami i nie dała mi szansy, żebym zniknął z pola widzenia młodego Kaszpirowskiego. Na szczęście córka w końcu się zlitowała. Mimo to wciąż nie mogłem znaleźć sobie miejsca.
– Przestaniesz się wreszcie wiercić? – zapytała małżonka.
– Wcale się nie wiercę.
– Przestań, proszę cię.
Westchnąłem.
Żona i córka przewróciły oczami.
– Będę tego żałować, ale zapytam. – Żona odwróciła się w moją stronę. – Co cię męczy?
– Nie, no… nic.
Znowu westchnąłem.
– Powiesz czy mam to z ciebie wyciągnąć?
– Rózia powiedziała, jak od nas wychodzili, cytuję: „To lecimy”…
Żona pokręciła głową, a córka parsknęła śmiechem.
– Przecież tak się tylko mówi, tato.
– Dziwnie do siebie mrugali…
– Popadasz w paranoję. – Teraz to żona ciężko westchnęła. – Może czas odwiedzić psychologa… psychiatrę…
– Że niby mam coś z głową?
– Może jak spadłeś z dachu…
Poczułem dłoń małżonki na czaszce. Obruszyłem się.
– To trzeba było nie pytać – powiedziałem. – Po prostu nie chce mi się wierzyć, że Staszek tak łatwo odpuścił ten wyjazd.
– Ma dużo roboty…
– Kto? – Parsknąłem głośno. – Staszek? Jakiej niby roboty?
– Produkują z Rózią i sprzedają czapki…
Zmarszczyłem brwi.
– Żartujesz?
– Aleś tato spostrzegawczy. Mieli je na sobie, gdy u nas byli. Nie widziałeś napisu? Czopka Ziętka…
– To by się zgadzało, takiego czopka jak Ziętek to z maścią na hemoroidy szukać. – Zdenerwowałem się.
– Czopka miała być po góralsku – wyjaśniła żona. – W każdym razie dogadali się z Rowińskimi…
– Za moimi plecami? – wydusiłem z oburzeniem. – Rowek i czopek w sumie do siebie pasują.
– Jesteś złośliwy. Chyba nie muszą ci się tłumaczyć? – Żona zmarszczyła brwi.
– Tak? A dzięki komu Stach może sprzedawać te czopki?! Gdyby nie ja, nikt by o nim nie słyszał!
– Gdyby nie on, nikt by twoich komedii kryminalnych ze zramolałym pisarzem nie czytał.
Przytkało mnie z oburzenia na te słowa małżonki.
– Staszek to taki… kwiatek do kożucha. I bez niego książka dałaby radę – wycedziłem.
– Jeśli tak mówisz…
– A nie zastanawia cię, dlaczego Rowińscy nam tego nie zaproponowali? Czapka Pana Pisarza, Pani Żony, Panny Córki. To byłby interes!
– Przepraszam, bo ja się tak przysłuchuję…
Odwróciłem się. Zza okularów patrzyła na mnie jakaś pasażerka.
– Państwo mówią głośno i jeśli mogę… Czytałam i grecką, i włoską przygodę i uważam, a w zasadzie mogę stwierdzić z całą pewnością, że pan Ziętek ma dobre fluidy. Bardzo poprawia się humor, jak się czyta jego przygody. Właśnie przed chwilą zamówiłam tę czapkę…
– Dziękuję pani za tę cenną uwagę. – Uśmiechnąłem się zjadliwie.
– Ależ proszę. Miłej podróży państwu życzę!
– Wzajemnie. – Założyłem ręce na piersi, upodabniając się do tybetańskiego mnicha. – Słyszałyście? Jego przygody, jego! Przygody czopka Ziętka!
– Tato, odpuść. – Córka dotknęła mojego ramienia. – Ciśnienie ci skoczyło. Wyjeżdżamy na wakacje. Zbliżają się twoje urodziny…
– Chyba nie chcesz kopnąć w kalendarz w kwiecie wieku? – dodała żona.
– Dobra, puśćcie mnie.
– Gdzie idziesz?
– Tam, gdzie zramolały pisarz chodzi piechotą. Mam się ze wszystkiego tłumaczyć?
– W twoim wieku wydalenie płynów ustrojowych rzeczywiście może zbić ciśnienie…
Zignorowałem żonę, wydostałem się z fotela i ruszyłem w kierunku toalety. Zdążyliśmy wystartować już dobrą chwilę wcześniej, więc kolejka do tego przybytku zrobiła się spora.
Przynajmniej mały Jasiek zniknął mi z pola widzenia.
Przyznaję, reagowałem zbyt histerycznie. Ale chyba zbyt wiele na mnie spadło w tak krótkim czasie. Rowiński nie zaproponował mi wspólnego biznesu. Staszek nawet nie zapytał mnie o pozwolenie, no dobrze, przynajmniej o radę w sprawie tych czapek. I jeszcze ten Jasiek, chłopak był jak wyrzut sumienia. Naprawdę miał przeze mnie traumę?
Zamyśliłem się. Zdałem sobie sprawę, że wpatruję się w korytarzyk klasy biznes. Stewardesa przesunęła zasłonkę i widziałem stąd wybrańców podróżujących w standardzie przerastającym możliwości finansowe zwykłych śmiertelników. Nie wpatrywałem się jednak w wygodne fotele, a w czyjeś buty.
Zamrugałem gwałtownie.
Już je gdzieś widziałem.
Poczułem, jak policzki zaczynają mnie piec, a w głowie huczy krew.
Że niby wymyślam teorie spiskowe?
Te buty znałem bardzo dobrze. Ich przyciężki intelektualnie właściciel zdeptał nimi urządzenie, które próbowałem zamontować dziś pod dachówką swojego domu.
– Ziętek! – wysyczałem. – Ty czopku!
– Proszę nie nachodzić gości klasy biznes. Jeśli to się powtórzy, będziemy zmuszeni przerwać lot i wezwać służby.
Widziałem, jak żona i córka siedzą jak sparaliżowane, słuchając stewardesy.
– Bardzo pani dziękuję. – Usiadłem i podniosłem książkę, którą zabrałem na lot. Udawałem, że bardzo mnie zainteresowała.
Stewardesa patrzyła na mnie jeszcze chwilę, jakby chciała się upewnić, że ostrzeżenie do mnie dotarło.
Nie reagowałem, wciąż wpatrzony w lekturę.
– Coś ty nawyrabiał?
– Nie rozumiem?
– No przecież nie powiesz, że nic się nie stało? Co robiłeś w klasie biznes? Kogo nachodziłeś?
– Przepraszam cię, nie wiem, o czym mówisz – odpowiedziałem. – Czytam właśnie, więc sama rozumiesz…
– Tato, książkę trzymasz do góry nogami.
– Wydaje ci się. Okładkę źle skleili…
– Nie chcesz, to nie mów. – Małżonka się obruszyła.
– No dobrze. – Westchnąłem. – Buty mnie zwiodły…
– To znaczy same cię zaprowadziły do biznes klasy?
– Nie moje buty. Buty Ziętka.
– Ty dalej swoje. – Żona uniosła dłonie jak szaman wołający o deszcz. – Pogrążaj się sam w tym szaleństwie, ja nie chcę mieć z tym nic wspólnego.
Małżonka wpakowała do uszu słuchawki i odcięła się od świata, a właściwie to chyba przede wszystkim ode mnie. Nic dziwnego, w końcu to ja jestem jej całym światem.
– Tato, wszędzie widzisz pana Staszka. Tak bardzo za nim tęsknisz? To ta wasza prawdziwa męska przyjaźń?
– Kpisz z ojca? – żachnąłem się. – A! – Olśniło mnie. – Pewnie słuchałaś Lenki? To ona wspominała dzisiaj o męskiej przyjaźni.
– Słuchałam.
– Nie wyglądam jak Gollum, prawda?
Córka parsknęła śmiechem.
– Wiedziałam, że cię to zaboli. To zależy…
– Chyba nie chcę wiedzieć od czego. Ale z Aragornem to pojechali, co? Przecież Ziętek to podziemny troll!
– Ty znowu o panu Staszku, miałeś o nim zapomnieć.
– Człowiek potrzebuje czasu, żeby się wyleczyć z traumy. Przykładem – Jasiek…
Wychyliłem się i popatrzyłem przed siebie. Pomachałem małemu Rowińskiemu. Widziałem, jak rozszerzają mu się nozdrza.
– Tato, gdzie znowu idziesz?
– Do toalety.
– Bzdura. Idziesz się upewnić, że na pewno nie leci z nami pan Ziętek, prawda?
– Nie wiem, o czym mówisz.
– Siadaj, Tomek. Nie mam zamiaru najeść się wstydu, jak będzie cię stąd wyciągać policja!
Usiadłem. Przez chwilę jeszcze rozmyślałem o swoim ciężkim losie, ale w końcu zasnąłem.
Śniło mi się, że siedzę na piasku pod piramidami. Ziętek wachlował mnie liściem bananowca. Było mi strasznie gorąco. Dopiero po chwili zorientowałem się, że mam na głowie czapkę. Próbowałem ją zdjąć, ale okazała się rozciągliwa i kleiła się jak guma. Po chwili role się odmieniły i to ja wachlowałem Ziętka. Ten leżał na jakimś szezlongu ze złotym wieńcem na głowie i zajadał się winogronami.
„Veni, vidi, vici – mówił do mnie. Moja biografia wytwórcy czapek, milionera, ma być gotowa na jutro, Panie Pisarz”.
Obudziłem się z okrzykiem przerażenia.
Redakcja
Aleksandra Zok-Smoła
Korekta
Agata Jagiełło
Skład i łamanie wersji do druku
Marcin Labus
Projekt graficzny okładki
Agnieszka Kielak
© Copyright by Skarpa Warszawska, Warszawa 2026
© Copyright by Tomasz Duszyński, Warszawa 2026
Wydanie pierwsze
ISBN: 9788384304020
Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.
WYDAWCA
Agencja Wydawniczo-Reklamowa
Skarpa Warszawska Sp. z o.o.
ul. K.K. Baczyńskiego 1 lok. 2
00-036 Warszawa
tel. 22 416 15 81
www.skarpawarszawska.pl
@skarpawarszawska
Przygotowanie wersji elektronicznej
Okładka
Strona tytułowa
OBSERWATORE ROMANO
ZIĘTKOODSTRASZACZ
CZUŁE POŻEGNANIE
GRZYBOWA ZUPA
NO TO CZAPA
Strona redakcyjna
Spis treści
