Wściekły - Maciej Kaźmierczak - ebook + książka
NOWOŚĆ

Wściekły ebook

Kaźmierczak Maciej

0,0

Opis

Gniew przejmie kontrolę, bo zemsta nie może zaczekać!

Czy to możliwe, że w Skraju pojawiły wampiry? Aspirant Teodor Okrutny stara się myśleć racjonalnie, ale jedno jest pewne - ktoś właśnie rozpoczął polowanie.

Stojąca na odludziu, stara kapliczka, a na niej ukrzyżowane ciało nagiego mężczyzny to dopiero początek. Teodor Okrutny chce wrócić do spokojnego życia, ale tajemnicza zbrodnia nie pozwala mu wyjechać. Szczególnie, że ujawnione pod lasem ciało nie jest ani pierwsze, ani ostatnie. Ktoś nie tylko brutalnie pobił swoją ofiarę i przebił jej serce, jakby była legendarnym stworem, ale też pozostawił na ciele wypisaną krwią cyfrę.

Kto zabił i dlaczego w ten sposób ujawnił zwłoki? Okrutny chciałby odpowiedzieć na te pytania, ale kolejna tragedia wstrząsa jego własnym życiem. Z chwili na chwilę rodzi się w nim coraz większa złość i chęć odwetu. Będzie musiał wymierzyć sprawiedliwość zgodną wyłącznie z własnym sumieniem, lecz jeszcze nie wie, jak wiele krwawych niespodzianek czeka go w Skraju.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 327

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Jeśli nie nauczysz się panować nad wściekłością, ona zapanuje nad tobą.

Pod kopułą, Stephen King

 

Jestem osaczony przez zło, które boję się nawet nazwać…

Dracula, Bram Stoker

Prolog

Przerzucali go z kąta w kąt, jakby już dawno nie żył. On jednak wciąż oddychał, choć teraz już tylko po to, żeby realizować czyjeś zachcianki i fanaberie. Zawsze czuł się jak śmieć, lecz dopiero w tym momencie stał się nim naprawdę. Wiedział, że ta chwila nadejdzie, ale nie sądził, że będzie aż tak przerażony.

Schwytali go tuż nad ranem. Nie miał szans się obronić, nie wiedział, która może być godzina, a paradoksalnie właśnie o tym wówczas pomyślał. Żadne inne pytanie nie przyszło mu do głowy. Za oknem nadal było ciemno, ale gdzieś w tle rozległo się pianie koguta, gdy tamci dwaj unieruchomili jego kończyny, a trzeci zakleił mu usta i zarzucił worek na głowę.

Musi dochodzić siódma, skwitował w myślach, kiedy wrzucili go na tył samochodu dostawczego, a on poczuł charakterystyczny chłód nocy przechodzącej w dzień.

Nie powiedzieli ani słowa, nie zadali żadnego pytania, niczego nie wyjaśnili, ale też nie oczekiwali, żeby on jakkolwiek się tłumaczył. Byli jak cienie – pozbawieni twarzy, imion, człowieczeństwa. Do tego zostali stworzeni i doskonale odgrywali swoje role. Dostali konkretne instrukcje i nic nie mogło ich powstrzymać.

Wóz śmierdział benzyną i potem. Silnik zawarczał głucho, gdy tuż obok spoczęły dwa kolejne nic nieznaczące życia. Po chwili cała trójka uderzyła bezwładnie w obitą drewnem ścianę pojazdu, kiedy kierowca gwałtownie wszedł w zakręt na wyboistej drodze. Każda dziura wbijała ich coraz mocniej w szczeliny między paletami rozłożonymi na przeżartej rdzą podłodze, a oni nie mieli szans utrzymać się w bezpiecznej pozycji, unieruchomieni wyłącznie taśmą i strachem.

Miał wrażenie, że jego ciało próbuje zapaść się w sobie. Krew się w nim gotowała z przerażenia, a rodzący się w gardle krzyk rozsadzał mózg, nie mogąc wydostać się przez zakneblowane usta.

Worek, którym zakryto mu głowę, śmierdział wilgocią, pleśnią i zaschniętą krwią, jakby przez lata leżał w piwnicy z inną gnijącą głową w środku, która została odsłonięta dopiero, gdy stała się już wyłącznie przeżartą przez czerwie czaszką.

Czy mnie też to czeka? – pomyślał ze zgrozą.

Pojazd zatrzymał się może po godzinie szaleńczej jazdy.

Powinno już być jasno, stwierdził, jakby się obawiał, że nigdy więcej nie zobaczy światła.

Ktoś otworzył tylne drzwi i do środka wdarł się chłód mroźnego dnia. Mimo wszystko niska temperatura nie była w stanie ostudzić płynącej w jego żyłach adrenaliny. Wyciągnęli go za skrępowane ramiona, wykręcając je jeszcze boleśniej, i zawlekli do cuchnącego pomieszczenia, brnąc przez głuche korytarze, zamykając za sobą ciężkie, stalowe drzwi, schodząc po stromych schodach, jakby prowadzili go do samego piekła – z tym wyjątkiem, że z każdym krokiem robiło się coraz zimniej.

W końcu cisnęli jego bezwładnym ciałem na zimne klepisko i zaraz potem usłyszał, jak tuż obok niego lądują dwa kolejne ciała.

Uderzenie sprawiło, że stracił przytomność. Wydawało mu się, że zamknął oczy na minutę, może dwie. Nie miał pojęcia, ile tak naprawdę czasu minęło od momentu, gdy ostatni raz pomyślał o świcie, do chwili gdy obudził go silny kopniak w głowę.

– Wstawaj, śmieciu! – warknął ktoś, dając tym samym znać, że nie ma ochoty podrywać go z podłogi. Nic nie znaczył dla tego, który po niego przyszedł.

Zaraz potem poczuł, jak krępująca mu nogi taśma odpuszcza, jakby oprawca dopiero teraz się zorientował, że więzy uniemożliwiają podniesienie się. Zrobił to z ociąganiem. Najpierw uklęknął i ramieniem spróbował nieco zsunąć z głowy worek, ale nie dane mu było zobaczyć ani jednego jaśniejszego prześwitu.

– Zostaw! – krzyknął tamten i kopnął go ponownie.

Tym razem trafił w podbrzusze, powalając go na plecy. Następne uderzenie targnęło niemal bezwładnym ciałem na ścianę, a wtedy spróbował wykonać dłońmi gest dający znać, że już nie będzie kombinował, co było o tyle trudne, że taśma mocno łączyła oba jego nadgarstki.

– Wstawaj! – rozkazał tamten, a on oparł się o ścianę i poderwał na tyle gwałtownie, na ile pozwalało mu wycieńczenie.

Dopiero wtedy poczuł, jak bardzo jest głodny, spragniony i obolały, tak jakby przeleżał w zimnym pomieszczeniu nie kilka minut, a kilkanaście godzin, podczas których był regularnie bity.

Udało mu się usiąść, a po chwili, sunąc wzdłuż wilgotnej ściany, stanąć na drżących nogach.

– Ruchy – powiedział tamten już nieco łagodniej, łapiąc go za koszulkę między łopatkami.

Pchnął go mocno, a schwytany miał nadzieję, że nie ma przed nim żadnej przeszkody. Strażnik poprowadził go jednak dość sprawnie, w jego ruchach czuć było doświadczenie, zdradzające, że już nieraz prowadził kogoś w ten sposób.

W końcu zaczął coś słyszeć. Przytłumione, niezrozumiałe głosy i tupanie, tak jakby znajdowali się pod ruchliwym chodnikiem, po którym tłoczą się niczego nieświadome tłumy przypadkowych osób.

Echo jego własnych kroków mieszało się z narastającymi odgłosami, z każdym kolejnym zakrętem dudniącymi coraz głośniej w obolałej głowie. Zdawały się dochodzić zza ściany lub zza grubego szła, potęgując dezorientację. Mężczyzna nie wiedział już, czy są sami, czy ktoś obserwuje ich zza szyby, może z jakiejś odległości, która sprawiała, że nikt nie protestował.

Wiedział, że coś się dzieje. Nie potrafił jednak się domyślić, o co chodzi.

W końcu oprawca pchnął więźnia, a ten wykonał kilka niepewnych kroków i upadł z powrotem na klepisko. Tym razem było ono o wiele bardziej nieregularne, miękkie i wilgotne. Mniejsze i większe zagłębienia wypełniał oleisty, zasychający płyn, a jego smród przebijał się przez materiał worka.

I nagle wszelkie głosy ucichły. Kroki zamieniły się w jeden dudniący chód, który rozległ się kilka metrów dalej i zatrzymał może metr od niego. Zaraz potem ktoś zerwał mu worek z głowy i oślepiło go mocne światło reflektora. Przez chwilę widział tylko jasne plamy wokół siebie, które nie chciały nabrać kształtów ani konturów. Spodziewał się kolejnego uderzenia, gdy osoba stawiająca ciężkie kroki pochyliła się nad nim, lecz właśnie wtedy oswobodzono mu nadgarstki, co wprawiło go w jeszcze większą konsternację.

O co chodzi? – chciał spytać, ale z jego ust wypłynęła wyłącznie ślina, gdy gwałtownym szarpnięciem zerwano mu taśmę.

– Wstań – zażądał nowy głos, z jednej strony stonowany, z drugiej podszyty wściekłością, która w każdej chwili mogła wybuchnąć niemożliwą do powstrzymania siłą.

Więzień zamrugał energicznie. Podniósł się bardzo powoli, z każdą sekundą dostrzegając coraz więcej szczegółów otoczenia. Jednocześnie wraz z upływem czasu był coraz bardziej przerażony. Poczuł się niczym zwierzę łowne, schwytane w zasadzkę.

Wiedział, że nie ma ucieczki.

Część pierwsza

1

Teodor Okrutny lubił obserwować, jak nadchodząca zima uśmierca wszystko, co choć trochę cieszyło wzrok innych ludzi. Kojący wydawał się fakt, że każda z tych śmierci była jedynie pozorna. Niemniej trudno było zapomnieć, że nadchodzące miesiące największe żniwo miały zebrać wśród ludzi, jednocześnie oszczędzając wszystkie te drzewa i krzewy, które niedługo znów się zazielenią.

Pod płaszczem mrozu, szronu i śniegu wszystko zdawało się nagle zamierać, tak jakby czas się zatrzymywał, a świat oczekiwał na lepsze chwile. Nikt nie wychodził na zewnątrz, jeśli naprawdę nie musiał, każde spojrzenie za okno przynosiło o wiele większy spokój niż zwykle. Ten obraz napawał swego rodzaju błogością, o której Okrutny zawsze marzył. W nowym domu, który odnalazł daleko od Skraju, poczuł się bezpiecznie, choć jeszcze jakiś czas temu poczucie stabilności wydawało mu się nieosiągalne.

Teraz jednak, gdy po latach wrócił do miasteczka i zaprowadził nowy porządek, pierwszy raz wydało mu się, że także w tym miejscu mógłby odnaleźć spokój. Zwiastował to pierwszy w tym roku śnieg, który zaczął sypać dokładnie w dniu, w którym postanowił znów uciec.

Dlatego odrzucał od siebie te myśli.

– Ten wzrok… – Z zamyślenia wyrwał go głos Lili. – Cały ten czas szukałam w tobie śladu jakiegoś zawahania. Sygnału, że rozważasz, co będzie lepsze: pozostanie tu czy kolejna ucieczka.

– Chyba wiem, do jakiego wniosku doszłaś.

– Myślę, że źle robisz – podsumowała jego plany, choć z nikim się nimi jeszcze nie podzielił.

Z tęsknotą patrzyła, jak wraz z Clarice stoi pośród płatków śniegu i spogląda gdzieś w górę, ponad koronami drzew, szukając wzrokiem miejsca, o którym ona nie miała pojęcia.

– Wydaje ci się – odparł, nie chcąc się przyznawać do własnych myśli. – Nic mnie tu już nie trzyma.

Spojrzał na nią wyczekująco. Sądził, że sięgnie po jedyny argument, który miał jakikolwiek sens. Że poprosi go, by został ze względu na nią. Żeby nie porzucał jej po raz kolejny.

Oczywiście nie przekonałaby go w ten sposób, ale chciałby wierzyć w jej przywiązanie. Nie tylko z powodu tajemnicy, która ich zarazem zbliżyła i podzieliła, ale też ze względu na wspólną, o wiele cieplejszą przeszłość. Budowali ją razem przez jakiś czas i chociaż nie było już powrotu do tamtych momentów, on nie potrafił o tym zapomnieć.

Nie wiedział jednak, czy Lili pamięta.

– Teraz, gdy znów możemy być spokojniejsi, myślałam, że powróci stary porządek – mruknęła w końcu.

– Ale nie ma w nim miejsca dla mnie. Nigdy nie było.

Lili pokiwała poważnie głową. Wiedziała, że ta dyskusja nie ma większego sensu.

– Zatem co zamierzasz?

– Wrócę do swojego mieszkania w Lublinie, dokończę raporty, a niedługo pewnie znów zajmę się jakąś mało znaczącą sprawą.

– I na tym ci właśnie zależy? Na realizowaniu zadań, które nie mają dla ciebie znaczenia?

– A co czeka mnie tutaj? – spytał racjonalnie. – Oboje wiemy, że muszę stąd wyjechać tak szybko jak tylko się da. Ściągam jedynie kłopoty. – Spróbował się zaśmiać, ale marnie mu to wyszło.

Nigdy nie tęsknił za Skrajem, nigdy nie chciał tu wrócić, ale niemal każdego dnia przed oczami stawała mu Lili. Wyglądała wtedy inaczej, w jego wizjach nigdy nie dorosła. Podobnie jak on sam. Teraz byli już zupełnie innymi osobami.

Przeszłość tak naprawdę nie ma znaczenia, pomyślał, chcąc pozbyć się ckliwych wizji. Liczy się tu i teraz.

Zawsze miał nadzieję, że Lili z własnej woli wkroczy na jego nową ścieżkę. Że porzuci to miejsce i podobnie jak on zacznie nowe, może nie ciekawsze, ale na pewno lepsze życie. Ona jednak stała się drzewem o zbyt rozległych korzeniach. A przesadzenie takiego drzewa mogło się skończyć wyłącznie źle. Dlatego nie naciskał na nią. Nie miał prawa.

– Owszem, ściągasz kłopoty. Ale nie mów, że się ich boisz. Wręcz przeciwnie – powiedziała, zanim zdążył odpowiedzieć. – Oboje wiemy, że konfrontacja z nimi cię napędza.

Uśmiechnęła się blado, chcąc odwrócić uwagę Teodora od jej załzawionych oczu.

– Napędza, ale nie usprawiedliwia – mruknął cicho, bardziej do siebie niż do niej. – A to różnica.

– Jakiego właściwie usprawiedliwienia potrzebujesz? – spytała, nie rozumiejąc, o co mu chodzi.

– Sęk w tym, że nie chcę się już usprawiedliwiać. Przed nikim i z żadnego powodu. Po prostu chcę… – Urwał. „Żyć”, powinien dokończyć, ale doskonale wiedział, że trudno to nazwać życiem.

Milczeli przez chwilę, kontemplując spokojny taniec płatków śniegu w powietrzu. Wokół panowała cisza, którą mógłby zakłócić tylko trzask łamanej gałęzi lub odgłos dzikiej zwierzyny buszującej w lesie. I chociaż wybrali się daleko od zabudowań, gdzie naprawdę mogli się na coś natknąć, cisza była wręcz nienaturalna, tak jakby byli zupełnie sami na tym smutnym świecie.

Teodor wiedział, że w pobliżu zawsze coś się czai.

Niemal się ucieszył, gdy po okolicy rozniosło się głośne uderzenie, tak jakby nie wytrzymała jedna z tych zmurszałych gałęzi, od dawna grożących oberwaniem.

– Chodźmy – powiedziała Lili, nie mogąc już znieść tego milczenia. – Czas wracać – dodała smutnym tonem, a zaraz potem powietrze przeciął kolejny trzask.

Teodor, nawet gdyby chciał, nie miał już żadnego pola manewru. Jego sekret był bezpieczny. Komendant Myśliwski, którego do dziś zastępował, przeszedł na zasłużoną emeryturę i na jego miejsce za kilka dni miał się pojawić ktoś nowy. Syn oraz szwagier Remigiusza Trzosa trafili do aresztu, gdzie czekali, aż ich los się rozstrzygnie. Zanosiło się, że już nigdy nie ujrzą Skraju.

Szczęściarze, pomyślał Teodor.

Ludzie Trzosa byli przesłuchiwani, on sam także, jednak wszystko wskazywało na to, że lokalny biznesmen wyjdzie z kłopotów cało. W okolicy non stop pracowali technicy i grupa śledcza mająca za zadanie odnaleźć jakiekolwiek ślady po działalności przestępczej młodego Trzosa i jego wujka.

Sprawa osoby, na którą przed laty spadła odpowiedzialność za zbrodnie, miała zostać na nowo zweryfikowana. Prokuratura powinna wznowić postępowanie, gdy zostaną postawione zarzuty pozostałym podejrzanym, ale Teodor nie sądził, żeby skazany wyszedł z tego żywy. Dlatego właśnie podstawiony kozioł ofiarny przez lata milczał – a jeśli ktoś mu nie zagrozi, to z pewnością on sam targnie się na swoje życie. Miała zostać zmieniona kwalifikacja czynu: z gwałtu i morderstwa na pomoc w ukryciu zwłok i zbezczeszczenie ciała poprzez zachowania nekrofilskie. Nikt nie chciałby nie tylko dalej odsiadywać wyroku za coś takiego, ale przede wszystkim wyjść na wolność z podobnym stygmatem.

Tak czy inaczej Skraj powoli wracał do normalności. Jeśli coś takiego jak normalność kiedykolwiek w nim gościło.

2

Ruszyli powolnym krokiem w stronę samochodu. Clarice wybiegała się już wcześniej – to było jedyne miejsce, gdzie Teodor mógł ją teraz puszczać swobodnie. Cała reszta Skraju wciąż budziła w suce niepokój, każda mijana osoba wywoływała konsternację lub strach. Ściana lasu po wschodniej stronie miasteczka jako jedyna pozostawała przyjazna, oddalona od ludzi i zabudowań, a jednocześnie na tyle rozległa, że można się tam było poczuć jak na prywatnym terenie, stanowiącym coś na wzór kolejnej, mimo wszystko mrocznej enklawy.

Przybierający na sile śnieg potęgował wrażenie pustki. Gdziekolwiek spojrzeć, widzieli jedynie zamglony, oszroniony krajobraz. Żaden krok nie przybliżał ich do bardziej realnych kształtów, choć mieli świadomość, że jakieś pół godziny marszu na zachód znajdują się najbliższe zabudowania.

– Idziemy w dobrą stronę? – zaniepokoiła się Lili, obserwując Clarice, która nie chciała odbiegać dalej, żeby się nie zgubić.

– Tak – odparł z przekonaniem Teodor. – Możemy odbić nieco w lewo, żeby iść bliżej ściany drzew – dodał już mniej pewnie, jakby sam zaczął się zastanawiać, czy trafnie obrali kierunek.

Samochód zostawili przy polnej drodze, która prowadziła wzdłuż lasu. Skręcili więc dość ostro w lewo, z nadzieją, że za chwilę na spowitym bielą horyzoncie pojawią się ciemne konary. Zanim jednak je ujrzeli, Clarice zatrzymała się gwałtownie i zastrzygła uszami.

– Co jest? – spytał Teodor, dobrze znając tę postawę.

Suka zaczęła węszyć w powietrzu, aż w końcu odwróciła pysk w kierunku, który ją zainteresował.

– Jest w stanie wyczuć coś w tej zamieci? – spytała zdziwiona Lili, dociskając kołnierz kurtki do szyi.

Oboje nie byli przygotowani na taką pogodę. Kalendarzowa zima miała nadejść dopiero za jakiś czas, ale Skraj rządził się swoimi prawami, a wszelkie anomalie każdy tu akceptował bez zbędnego narzekania.

Należało być gotowym na wszystko.

– Wciąż coś ją tu zaskakuje – odparł Okrutny. – Może usłyszała jakieś zwierzę, którego wcześniej jeszcze nie miała okazji spotkać. Jest bystrą łowczynią, ale czasem ma taką minę, jakbyśmy wychodzili na spacer za karę. Co chwila coś ją rozprasza.

– Nie tylko ona traktuje Skraj jak karę.

– Mam nadzieję, że mimo wszystko nie mówisz o sobie.

Lili nie odpowiedziała.

Teodor przypiął suce smycz i zacmokał dla zachęty. Clarice, cały czas węsząc i nasłuchując, ruszyła tuż przy jego nodze. W końcu śnieg nieco się rozproszył, przegoniony wiatrem odbijającym się od drzew. Dzięki temu po kolejnej minucie wreszcie dostrzegli ciemny zarys muru odgradzającego Skraj od reszty świata. Mogli od razu skierować się w stronę głównej uliczki, ale Clarice zatrzymała się przy wąskiej, ewidentnie wydeptanej przez zwierzynę ścieżce zagłębiającej się w las.

– Co tym razem? – spytał Teodor, mając już serdecznie dość śniegu, mrozu i wszechobecnej pustki. Chciał wsiąść do samochodu i wysiąść z niego dopiero w Lublinie.

Sądził, że suka coś usłyszała, ale cisza znów zdominowała wszelkie odgłosy. Pojawił się swego rodzaju bezgłos, którego nie dało się usłyszeć, a jedynie poczuć, szczególnie na karku i ramionach, gdzie włoski zaczynały się jeżyć.

– O co jej chodzi? – zawołała Lili, która dopiero po kilku krokach zauważyła, że Teodor się zatrzymał.

Wpatrywał się w przestrzeń między pniami, w tym miejscu ogołoconą z jednego, może dwóch rzędów drzew na szerokości jakichś dwudziestu metrów. Był przekonany, że to świadome działanie ludzi, którzy ingerowali w las, choć nie miał pojęcia, czemu ktoś miałby tu wycinać drzewa.

Lili zawróciła i po chwili stanęła tuż obok.

Dopiero wtedy jego wzrok rozpoznał kształt, który zarysowywał się kilkanaście metrów od nich.

– Kapliczka – powiedział takim tonem, jakby zobaczył ducha.

– Nie kojarzę żadnej… – zaczęła Lili, ale szybko umilkła, widząc zbutwiałą, zapomnianą przez Boga i ludzi konstrukcję.

Wbudowano ją w stary dąb, choć paradoksalnie kapliczka zdawała się o wiele starsza od drzewa, które ją podtrzymywało. Napór wciąż rosnącego pnia przechylił ją mocno w bok, jakby drzewo od lat próbowało pozbyć się natrętnego pasożyta.

W pierwszej chwili Teodor nie rozumiał, dlaczego do kapliczki z figurką w ciemnej wnęce przybito drugą figurę, znacznie większą, naturalnych ludzkich rozmiarów. Tak jakby ktoś ściągnął z kościelnego ołtarza ukrzyżowanego Jezusa i przymocował go do fasady. Im dłużej na to patrzyli, tym trudniej było im pojąć, co tu się właściwie stało, choć paradoksalnie zdawało się to dość jasne.

– Jak ktoś mógł… – zaczęła Lili, jakby bardziej zmartwił ją fakt zbezczeszczenia świętego miejsca niż to, że właśnie patrzyli na ciało brutalnie zamordowanego człowieka, przybitego do kapliczki.

3

Mężczyzna miał otwarte oczy, jakby wciąż czekał na kogoś, kto mógłby mu pomóc. Rany na ciele nie pozostawiały jednak złudzeń, że pomoc nie miała szans nadejść, nawet gdyby ofiara wciąż oddychała.

– Kojarzysz go? – spytał Teodor, stając krok od nagiego, rozkrzyżowanego na kapliczce mężczyzny, którego bezwładna głowa oparła się o metalowy krucyfiks tkwiący u szczytu konstrukcji.

– Nie ma szans, żeby ktokolwiek go rozpoznał – mruknęła Lili. Choć była już zahartowana, nie potrafiła podejść bliżej i przyjrzeć się temu niecodziennemu widokowi.

Teodor szybko wybrał numer pracującego w Skraju prokuratora i wezwał wsparcie.

– Dobrze, że są już na miejscu, przynajmniej nie będzie trzeba na nich czekać kilkanaście godzin – mruknął, bardziej do trupa niż do Lili.

Nie potrafił oderwać wzroku od ukrzyżowanego mężczyzny. Rany na jego twarzy i całym nagim ciele w dziwny sposób go hipnotyzowały, co z pewnością niejeden specjalista mógłby uznać za poważne zaburzenie. Teodor jednak wiedział, że w podobnych sytuacjach liczy się dokładne rozeznanie w okolicznościach, tym bardziej że gdy wcześniej tędy przechodzili, trupa najprawdopodobniej jeszcze nie było. W innym przypadku Clarice wyczułaby go znacznie wcześniej, a sypiący intensywnie śnieg przykryłby chociaż część jego nagich ramion.

Być może przykryłby też dwie proste linie wymalowane krwią na klatce piersiowej ofiary.

– To przypadkowy ślad czy liczba jeden? – mruknął, zbliżając się do kapliczki.

Lili nie odpowiedziała, tylko wykonała dwa niepewne kroki wstecz. Rozglądała się, przestraszona, zastanawiając się, czy osoba, która ukrzyżowała tego nieszczęśnika, wciąż jest w okolicy.

Teodor przyjrzał się znakowi na piersi i po chwili nie miał już wątpliwości, że ktoś specjalnie go tam zostawił, a dwie linie idealnie układały się w cyfrę 1.

Obszedł kapliczkę. Chciał znaleźć jakieś ślady, zanim przykryje je śnieg, ale zdawało się, że sprawca działał na tyle umiejętnie, że nie zostawił po sobie żadnego tropu. Nigdzie też nie było widać nikogo, kto mógłby za to odpowiadać, ale Okrutny podejrzewał, że sprawca odszedł stąd zaledwie przed chwilą. Zyskał pewność, gdy spojrzał na złamaną belkę daszku kapliczki.

– Pamiętasz ten trzask? – rzucił, choć nie sądził, żeby Lili, oddalona od niego, mogła wychwycić jego pytanie. Wiatr dudnił między drzewami i chociaż śnieg zacinał tu słabiej, Teodor obawiał się, że biały puch przysłoni ciało, zanim zdąży je obejrzeć patolog.

Wyjął telefon i na wszelki wypadek cyknął kilkanaście zdjęć, a także nagrał krótkie wideo. To, co wydarzyło się na początku jego powrotu do Skraju, nauczyło go przezorności. Zrobił kilka zbliżeń na siną, zmasakrowaną twarz, noszącą ślady wielu naprawdę silnych ciosów, które złamały nos, rozerwały skórę na łukach brwiowych, pokiereszowały usta i podbiły oczy. Trudno było znaleźć fragment twarzy, który nie opuchł od uderzeń.

Znacznie mniej było ich na reszcie nagiego ciała, choć Teodor się domyślał, że ból, jakiego doświadczyła ofiara, musiał być nie do wytrzymania. Już teraz mógł śmiało stwierdzić, co było przyczyną zgonu, choć trudno było mu pojąć, czemu ktoś tak bezlitośnie okładał mężczyznę. Nieraz już widział efekty nadzabijania, gdzie silne emocje, wywołane wzajemną nienawiścią, doprowadziły do śmiertelnych obrażeń, jednak trudno było sobie wyobrazić, czym ukrzyżowany człowiek zasłużył sobie na taki los.

– Znaków szczególnych brak – rzucił w stronę Lili, która w końcu także obeszła kapliczkę i stanęła tuż za nią, chcąc zbliżyć się do Teodora – jednak tak, by nie patrzeć w nieruchome oczy trupa.

– Kto mógł to zrobić? – spytała drżącym głosem, choć wiedziała, że Teodor nie odpowie na jej pytanie. I na to właśnie liczyła. Nie chciałaby, żeby ktokolwiek, kogo kojarzyła, był zdolny do takiej potworności.

– Nie mam pojęcia. – Okrutny pokręcił głową. – Ale zdaje się, że szczerze nienawidził swojej ofiary. Domyślam się, że będzie problem z jej zidentyfikowaniem. Nie widzę żadnych starych blizn, tatuaży. Raczej nie znajdziemy też w pobliżu ubrań ani dokumentów denata.

– Z jednego bagna w drugie… – mruknęła Lili łamiącym się głosem. – Nie chcę tu być.

– Weź Dakotę i wróć do domu – zaoferował.

– Nie chcę tu być… – powtórzyła, a on dopiero teraz zrozumiał, co tak naprawdę ma na myśli.

Mimo wszystko przyjęła kluczyki i razem z Clarice skierowała się do jego pojazdu. Okrutny został przy zwłokach, czując, że coraz bardziej przemarza, gdy kolejne płatki śniegu wciskały mu się za kołnierz.

– Może ty też poczekasz w aucie? – zawołała Lili, gdy wyszła już za granicę drzew.

– Nie chcę powtórzyć swojego błędu! – odkrzyknął, z trudem przebijając się przez wiatr. – Wróć do domu, mnie ktoś podrzuci.

Przez chwilę trawiła jego słowa, aż w końcu skinęła głową.

Clarice szczeknęła, jakby chciała się pożegnać ze swoim panem, i posłusznie ruszyła przy nodze Lili. Teodor tymczasem zrobił jeszcze dwa zbliżenia na gwoździe, którymi przybito nadgarstki denata do fasady kapliczki. Ich główki, nieco skrzywione, wyglądały na nowe i nienaruszone, co oznaczało, że ktoś przyszedł tu z konkretnym zamiarem, bez improwizowania.

Najwyraźniej czas i miejsce były dokładnie zaplanowane.

– Tak jakby… – myślał na głos. – Tak jakby ktoś chciał, żebyśmy go tu od razu znaleźli.

4

Jako pierwsza na miejscu pojawiła się posterunkowa Edyta Santiago. Policjantka wciąż zaskakiwała Teodora swoją energią i chęcią do pracy. Po ostatnich wydarzeniach sądził, że albo nieco przygaśnie, albo będzie potrzebowała urlopu, ale zdawało się, że tę czarnowłosą kobietę napędzało samo zło. Czy raczej chęć jego zwalczania. Podziwiał ją za to, jednocześnie zauważając, że mają ze sobą naprawdę wiele wspólnego. Oboje karmili się cierpieniem, choć zawsze starali się przekuwać je w dobro. Przynajmniej w to dobro, które było zbieżne z ich sumieniem, niekoniecznie z sumieniem innych.

– Co tym razem mamy? – spytała, jakby codziennie znajdowali jakieś zwłoki. Tymczasem zdawało się, że zanim Teodor przyjechał do Skraju, nie miała z nimi zbyt wiele do czynienia.

Podobało mu się to. Oboje mieli świadomość, że śmierci nie można się bać, chociaż po ostatnich wydarzeniach część mieszkańców miasteczka wierzyła, że żywe trupy nie są jedynie wytworem wyobraźni czy senną marą, a śmierć może przyjść po człowieka w materialnej postaci.

– Ktoś urządził tu sobie ołtarz – odparł Teodor, ciesząc się, że to właśnie Santiago przyjechała pierwsza.

Nie znał zbyt dobrze ludzi, którzy pracowali przy posiadłości szwagra Remigiusza Trzosa, dlatego wolał zabezpieczyć teren z kimś, komu ufał. Szczególnie że z każdą minutą oczekiwania wiszący na kapliczce trup wydawał się Teodorowi coraz bardziej nierealny. Czuł, jakby granica między jawą a snem się zacierała, a jego zmęczenie i przesycenie Skrajem podpowiadały mu, że ukrzyżowany mężczyzna może wcale nie być realny. Odetchnął, gdy Edyta także mogła spojrzeć denatowi w oczy, choć cały czas nie miał pewności, czy przypadkiem cały ten dzień nie jest wyłącznie sennym koszmarem.

– Myślisz, że to jakiś mord rytualny? – spytała posterunkowa, patrząc prosto w przekrwione oczy trupa.

– Raczej nie podejrzewałbym nikogo ze Skraju o satanistyczne pobudki – odparł, choć bez przekonania. Wiedział już, że tutaj wszystko mogło się zdarzyć. – Stawiałbym bardziej na związek ofiary z religią albo Kościołem.

– Albo z samym grzechem – dodała Santiago. – Może ktoś uznał, że ofiara musi odkupić swoje winy?

– Jeśli tak, mam nadzieję, że Bóg przyjął go do raju – odparł, ponownie spoglądając na siną twarz mężczyzny.

Jego zastygnięte w krzywym grymasie bólu usta podpowiadały, jak bardzo cierpiał przed śmiercią. I chociaż Teodor nie wierzył w niebo, miał szczerą nadzieję, że osoby, które ktoś traktuje w taki sposób, znajdują w śmierci choć minimalne ukojenie.

– Wierzysz w raj? – zdziwiła się Edyta.

– Chciałbym, żeby mój umysł mi na to pozwalał – odparł. – Zawsze lepiej myśleć, że po śmierci coś jednak na nas czeka. Spokój, bliscy, może nawet jakaś nagroda za dobre uczynki, a nie jedynie pustka, w której nie odnajdziemy nawet samych siebie.

– Racja, to przerażające.

– Bardziej jednak przeraża mnie fakt, że ludzie ślepo wierzą w te zabobony. – Skinieniem głowy Teodor wskazał na kapliczkę. – Czy raczej fakt, że mogą w ich imię zabijać.

– Sądzisz, że ktoś zabił tego faceta w imię Boga?

– To nie byłaby żadna nowość. Ludzie wierzą, że nasi przodkowie uśmiercili samego Syna Bożego, więc uśmiercanie innych, nic nieznaczących istnień nie powinno być dla niektórych problemem.

– Trudno się nie zgodzić.

– Pytanie tylko, czy ten tutaj został uznany za zbrodniarza, czy za kolejnego zbawiciela.

– To już chyba zbyt daleko idące wnioski – wtrąciła posterunkowa.

– To tylko hipotezy. Musimy myśleć jak osoba, która tego dokonała, żeby zrozumieć jej tok myślenia i odnaleźć motyw.

– Jezusa przed ukrzyżowaniem nikt tak dotkliwie nie pobił – zauważyła Edyta, choć za chwilę się skrzywiła, zapewne przypominając sobie sceny z Pasji.

– Ale przeszedł drogę krzyżową. Może temu tutaj ktoś urządził coś na wzór ścieżki zdrowia.

– Brakuje tylko korony cierniowej – zakpiła, lecz właśnie wtedy Teodor zauważył coś naprawdę istotnego.

Nachylił się nad klatką piersiową ofiary. Dopiero teraz dostrzegł, że niektóre siniaki wyglądają zupełnie inaczej niż te, które wywołano uderzeniami.

– On też miał swoją koronę cierniową – powiedział cicho.

***

– Da się zauważyć dość charakterystyczne ślady po pięściach i pałce – powiedział patolog, którego nazwiska Teodor nawet nie pamiętał.

Współpracował aktualnie z prokuratorem Zalewskim i grupą śledczą, dowodzoną przez nadkomisarza Kyrcza, który w obliczu tragicznych wydarzeń przejął pałeczkę po Teodorze i byłym komendancie Myśliwskim. Okrutny dopełniał jedynie formalności, zarządzając lokalnym posterunkiem. Siłą rzeczy nie miał więc wpływu na skład grupy wyznaczonej do pracy przy kolejnym śledztwie.

Czuł pewnego rodzaju frustrację, gdy o tym myślał. Chociaż to on doprowadził do rozwiązania zagadki sprzed lat, mimo wszystko musiał oddać sprawę w obce ręce. Nie zmieniało to jednak faktu, że złość mieszkańców spadła właśnie na niego. Nikt w Skraju nie lubił, gdy ktoś z zewnątrz ingerował w lokalną autonomię. Nawet seria morderstw nie była przekonującym argumentem. Zakłócono spokój społeczności. Tymczasem ludzie najchętniej zamietliby pod dywan wszystko, co działo się przez ostatnie dwadzieścia lat, byleby nikt nie rozjeżdżał im pola pojazdami terenowymi. Zdawało się, że o każdy pozostawiony w błocie ślad obwiniano właśnie Okrutnego.

– W kilku miejscach można dostrzec krwawe wybroczyny o dość regularnym, okrągłym kształcie – podjął patolog.

To akurat Teodor sam zdołał stwierdzić. Nie miał kwalifikacji, żeby zamieścić podobne spostrzeżenia w raporcie – tu liczyło się jedynie słowo Zalewskiego – ale czuł satysfakcję, że Edyta usłyszała wcześniej podobne sformułowanie z jego ust.

– Pośrodku wybroczyn widoczny jest kilkucentymetrowy, wyjątkowo ciemny środek, świadczący o tym, że chwilę przed śmiercią lub tuż po niej ciało zostało w pewien sposób nakłute w przynajmniej… – Patolog musiał na szybko policzyć widoczne wgłębienia. – W przynajmniej pięciu miejscach.

W pierwszej chwili Okrutny pomyślał, że rany są efektem pobicia, stąd pojawiły się nakładające się na siebie sińce, które po śmierci dodatkowo nabrzmiały, a ich kolor wzmocniły plamy opadowe. Potem jednak, gdy stanął pod odpowiednim kątem, dostrzegł wgłębienia świadczące o tym, że ktoś dźgał ciało, szczególnie blisko serca, dość szerokim szpikulcem. Trudno było stwierdzić, kiedy dokładnie powstały, niemniej brak większego upływu krwi w tych miejscach świadczył, że dokonano tego już po śmierci, ale jeszcze przed stężeniem ciała, czyli maksymalnie do czterech godzin od zgonu.

– Po co ktoś miałby traktować tak ciało, skoro i tak ofiara została już śmiertelnie pobita? – spytała wcześniej Santiago, gdy Teodor na głos komentował swoje obserwacje. – Może dobrało się do niego jakieś zwierzę? – zasugerowała.

– Na ciele nie ma śladów po ugryzieniach – zauważył – a wkłucia są nieregularne, nieliczne i pojedyncze. Jakiekolwiek zwierzę posiadające rogi lub kły, dobierając się do ciała, zostawiłoby symetryczne ślady albo takie, które wyglądałyby bliźniaczo. Tutaj widać dziwną przypadkowość, ale oczywiście nie możemy wykluczyć udziału zwierzęcia.

– O ile zdolne byłoby ono ukrzyżować człowieka – dodała z ironią Edyta.

– No właśnie.

– Może ktoś używał broni, która miała kolce?

– Wtedy ślady po pałce byłyby zbieżne z wkłuciami.

– W kilku miejscach są.

Teodor pokiwał głową.

– Tak czy inaczej ktoś musiał nieźle sobie nagrabić, że potraktowano go w ten sposób.

– Chyba nie usprawiedliwiasz sprawcy? – zdziwiła się posterunkowa.

– Oczywiście, że nie. Ale wiem, że w tych okolicach ludzie są w stanie zrobić komuś krzywdę z byle powodu. Niemniej zawsze jakiś jest.

Edyta skrzywiła się z powątpiewaniem.

– To chyba zbyt irracjonalne.

– Irracjonalni są mieszkańcy Skraju. Sama zauważyłaś, że są w stanie uwierzyć, że w lesie widziano żywego trupa, a po okolicy grasuje nie morderca, ale wilkołak.

– Więc sądzisz, że… – zaczęła, ale urwała.

– Kto i dlaczego mógł nakłuwać ciało, a potem unieruchomić je w świętym miejscu? – Teodor zaśmiał się ironicznie, patrząc na ranę w okolicach serca.

– Te rany faktycznie wyglądają na ślady po kołku… – zauważyła.

– Masz rację – mruknął Okrutny. – Czy ten facet wygląda na wampira? – Spojrzał w lekko rozchylone usta ofiary, lecz nie dostrzegł w nich nienaturalnie długich kłów.

Edyta prychnęła, udając rozbawienie.

– Myślisz, że w Skraju pojawił się kolejny stwór z legend i baśni? – spytała Santiago ze słabym uśmiechem, który niezbyt pasował do sytuacji.

Teodor wzruszył ramionami.

– Tego nie wiem. Ale zdaje się, że w okolicy pojawił się ktoś, kto postanowił na takiego zapolować.

Posterunkowa znów się zaśmiała, zaraz jednak zamarła, gdy dostrzegła śmiertelnie poważną minę Teodora.

5

– Ofiara po śmierci spoczywała głównie na boku – opowiadał dalej patolog, jakby chciał za jednym podejściem zaliczyć zewnętrzne oględziny zwłok i od razu przejść do sekcji. – Plamy pośmiertne rozeszły się wzdłuż pleców, widoczne są na pośladkach oraz wokół klatki piersiowej - mówił, wskazując palcem konkretne fragmenty, tak jakby ani aspirant Okrutny, ani nadkomisarz Kyrcz nie mieli pojęcia, w którym miejscu plecy tracą swoją szlachetną nazwę.

Plamy opadowe nieco zaburzały ogólny ogląd obrażeń, tym bardziej że część plam nie była stała.

– Ciało niewątpliwie było przemieszczane…

Okrutny zaczął nerwowo podrygiwać nogą. Sam doskonale o tym wszystkim wiedział. Nie niecierpliwił się jednak dlatego, że lekarz potwierdzał jego teorie, ale dlatego, że stali tu bezczynnie, zamiast działać.

– Sprawca dopiero co tu był – powiedział wcześniej Okrutny, gdy tylko Kyrcz pojawił się wraz z prokuratorem, ale oni zdawali się ignorować jego słowa. – Pozwolicie mu uciec?

– Sprawcy nie ma tu już od dłuższego czasu – zaprotestował nadkomisarz. – Jego ofiara powie nam więcej niż zacierane przez wiatr i śnieg ślady.

– Wątpię, żeby w ogóle zostawił jakiekolwiek ślady – włączył się technik, który fotografował miejsce zdarzenia.

– Co nie zmienia faktu, że ten ktoś dopiero co tutaj był.

– Jak chcesz prześwietlić las? Sprawca mógł pójść w każdym kierunku. Nawet po minucie moglibyśmy tylko wzruszyć ramionami. A co dopiero po takim czasie. Czemu sam od razu za nim nie pobiegłeś, skoro niby wiedziałeś, gdzie szukać?

Na ten zarzut Teodor nie mógł już niczego odpowiedzieć.

***

– Ostatecznie ciało spoczęło na wznak – mówił dalej lekarz – o czym świadczą plamy na plecach i udach. Tak też przeleżało kilka godzin, aż w końcu, po mniej więcej czterech godzinach, przyniesiono je tutaj. Wtedy część plam opadowych była już utrwalona, a część przesunęła się w dół ciała. Od zgonu natomiast minęło około dwunastu godzin.

– Skąd pewność, że tyle? – zapytała Edyta, zapewne zastanawiając się, jak mogła wyglądać ta scena.

– Świadczy o tym fakt, że kolor plam opadowych zdążył się utrwalić, co dzieje się w przedziale od dziesięciu do dwunastu godzin od zgonu – wyjaśnił patolog powoli i wyraźnie, jakby mówił do dziecka, po czym ponownie zwrócił się do nadkomisarza: – Biorąc jednak pod uwagę, że był mróz, ofiarę pozbawiono ubrania i wystawiono na działanie niesprzyjających warunków atmosferycznych, nie można stwierdzić tego z całą stanowczością. Tak czy inaczej możemy zakładać, że denat nie żyje nie dłużej niż dobę.

– Chyba nie jest jeszcze aż tak zimno, żeby…? – zdziwił się Kyrcz, ale lekarz nie dał mu dokończyć.

– Stężenie wciąż nie osiągnęło maksymalnego pułapu – wszedł mu w słowo. – Mróz oczywiście mógł wpłynąć na ten proces, ale ponieważ nie wiemy, jak długo denat tu wisi, a także mając na uwadze to, że ciało było przemieszczane, należy poszerzyć margines błędu. Teodor spojrzał na zegarek. Dochodziła ósma trzydzieści.

– Czyli zmarł wczoraj, między ósmą rano a dwudziestą – podsumował.

– To w zasadzie cały dzień – zauważyła Edyta.

– Więcej będzie można powiedzieć po sekcji, ale faktem jest, że na tę chwilę wiemy tyle – zakończył patolog obrażonym tonem.

Edyta spojrzała na Teodora, lecz Okrutny w tym momencie mógł jedynie wzruszyć ramionami. On z pewnością byłby jeszcze mniej precyzyjny, choć musiał przyznać, że w ciągu całego dnia mogło się wydarzyć naprawdę sporo. Samo wystawienie ciała tuż przed jego ujawnieniem mogło nie mieć aż tak dużego znaczenia jak to, co działo się wcześniej.

– A co z bezpośrednią przyczyną śmierci? – spytał nadkomisarz.

– To będę mógł powiedzieć najwcześniej jutro rano.

– I tak nieźle… – mruknął Teodor, dostrzegając kolejny grymas na twarzy Edyty.

W tym momencie pracująca w Skraju ekipa miała inne priorytety, choć większość spraw została już zakończona. Nowe zadanie z pewnością nikomu się nie spodoba, pomyślał Teodor. Szczególnie takie.

***

– O co tu chodzi? – spytała Edyta, gdy wyszli spomiędzy drzew i zatrzymali się w miejscu, gdzie nie przeszkadzali dwóm technikom i patologowi w ostatnich etapach oględzin.

Należało zdjąć zwłoki, co było o tyle trudne, że przybito je gwoździami. Nie sposób było ich ściągnąć bez uszkadzania ciała lub wiekowej kapliczki.

Technicy musieli więc zawczasu dokładnie udokumentować miejsce zdarzenia, żeby potem można je było swobodnie odtworzyć, gdyby zostało naruszone. Kapliczka była stara i zmurszała, nikt o nią nie dbał. Groziła zawaleniem przy byle dotknięciu. Teodor nie mógł wyjść ze zdumienia, jak sprawcy udało się w ogóle zawiesić na niej ciało. Szczupłe, ale jednak ważące przynajmniej sześćdziesiąt kilogramów.

– To przypomina jakiś przerażający żart – mruknął.

– Co do tego wampira… – zaczęła Edyta, chcąc nawiązać do przerwanego wątku, który ją rozbawił, ale Teodora w dziwny sposób zastanowił.

– Wiem, to brzmi absurdalnie, ale w tym momencie żadna lepsza koncepcja nie przychodzi mi do głowy.

– Naprawdę sądzisz, że…

– Sądzę – Okrutny znowu jej przerwał – że ktoś chciał, żebyśmy tak właśnie pomyśleli.

– Po co?

– Trup nie pojawił się tu bez powodu. Nie bez powodu też ktoś potraktował go właśnie w ten sposób.

– Nie bez powodu, to znaczy…?

Rozłożył ręce w geście bezradności.

– Ktoś chciał, żebym go znalazł – powiedział po dłuższej chwili. Już w jego myślach te słowa źle zabrzmiały, a wypowiedziane na głos zdawały się wręcz irracjonalne.

– Z jakiego powodu? – Santiago nie kryła zaskoczenia.

– Byłem w tamtym miejscu trzeci raz. I ostatni – podkreślił. – Powinienem być już w drodze do Lublina, tymczasem ktoś podrzucił zwłoki tam, gdzie w zasadzie kończyłem swój pobyt w Skraju. Czy to nie dziwne?

– Owszem – przyznała, choć nie bez wątpliwości. Założenie, że chodziło właśnie o Teodora, wydawało jej się nieco naciągane. Szczególnie że miał wyjechać, co akurat niezbyt ją cieszyło. Wolałaby, żeby został. – Tylko dlaczego ktoś miał z tego powodu zginąć? Sprawca tak bardzo by za tobą tęsknił, że postanowił zabić, bylebyś nie wyjeżdżał? – ironizowała.

– Nie sądzę, żebym był powodem samej zbrodni. Jedynie pretekstem do wyeksponowania zwłok.

– Pretekstem?

Teodor nie potrafił tego rozsądnie wyjaśnić.

– Te zwłoki to jakiś symbol. Ktoś ten symbol wystawił, żebym go odkrył. Ja, a może ktoś inny, ale na pewno w tym właśnie miejscu i czasie – sprostował, choć przeczucie uparcie mu podpowiadało, że to on miał pierwszy spojrzeć trupowi w oczy. – Tak czy inaczej sprawca musiał chcieć, żeby ciało zostało szybko ujawnione. Ta lokalizacja jest zbyt niecodzienna, żeby liczyć na przypadek. Wiesz, czy ktokolwiek tam bywał? Opiekował się tą kapliczką?

Edyta pokręciła głową.

– Szczerze powiedziawszy, nie miałam pojęcia o jej istnieniu.

– Zapewne jak większość mieszkańców Skraju. Rozumiesz już, o co mi chodzi? – spytał Okrutny, a ona tym razem niepewnie skinęła. – Musimy znaleźć kogoś, kto coś o niej wie.

– Mam się tym zająć?

– Byłoby dobrze. Nowy komendant musi wiedzieć, od czego zacząć. Na tego podkomisarza nie ma co liczyć, zaraz wróci do siebie i zajmie się czytaniem raportów. Ale on też musi coś dostać. Cokolwiek.

– A co z tymi śladami na ciele?

– Poczekałbym na wyniki sekcji. To, co widzimy na pierwszy rzut oka, może się okazać czymś zgoła innym.

– Więc gdzie szukać śladów? – spytała bezradnie.

– U podstaw – odparł tajemniczo Teodor.

Redakcja

Anna Płaskoń-Sokołowska

 

Korekta

Joanna Rodkiewicz

 

Skład i łamanie wersji do druku

Marcin Labus

 

Projekt graficzny okładki

Mariusz Banachowicz

 

© Copyright by Skarpa Warszawska, Warszawa 2026

© Copyright by Maciej Kaźmierczak, Warszawa 2026

 

Wydanie pierwsze

ISBN: 9788384301753

 

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

 

 

 

WYDAWCA

Agencja Wydawniczo-Reklamowa

Skarpa Warszawska Sp. z o.o.

ul. K.K. Baczyńskiego 1 lok. 2

00-036 Warszawa

tel. 22 416 15 81

[email protected]

www.skarpawarszawska.pl

@skarpawarszawska

 

Przygotowanie wersji elektronicznej

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Prolog

Część pierwsza

1

2

3

4

5

Strona redakcyjna

Punkty orientacyjne

Spis treści