29,99 zł
Krwawe i niespokojne czasy przed panowaniem pierwszych Piastów. Draconis - potomek ludzkiej kobiety i boga Żmija - po latach tułaczki powraca na ziemię przodków, opętany żądzą zemsty. Chce odebrać dziedzictwo, które zostało mu skradzione, odzyskać godność, którą zdeptano. Na drodze do dopełnienia wróżdy - okrutnej zemsty rodowej, staje przeciwko niemu słowiański kniaź Popiołowłosy, władca grodu Giecz. To dopiero początek burzliwego ciągu zdarzeń, w którym główną rolę gra przeklęty, złakniony krwi miecz, Czerwień.
Czy zatrute żądzą zemsty serce wojownika uleczy dopełnienie wróżdy?
W nowym wydaniu swojej pasjonującej powieści historyczno-fantastycznej Marcin Sindera zaprasza do tajemniczego, słowiańskiego świata wojów, żerców, rębajłów i spektakularnych bitew, które na długo pozostają w pamięci. "Wróżda" to pełnokrwiści bohaterowie, których losami będziesz żyć do ostatniej strony!
Wydanie trzecie uzupełnione i rozszerzone (wydanie pierwsze: 2017 rok, wydanie drugie 2020)
Trylogia słowiańska
Tom I - Wróżda
Tom II - Żmij
Tom III - Pożoga
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 294
Rok wydania: 2025
Marcin Sindera, „Wróżda”, wydanie trzecie
uzupełnione i rozszerzone (wydanie pierwsze: 2017 rok, wydanie drugie 2020)
© Copyright for this edition by Marcin Sindera,
Gliwice 2025
© Copyright by Marcin Sindera, 2025
Redakcja: Błażej Kemnitz
Ilustracje: Martyna Janik
Projekt okładki: Martyna Janik
Ilustracja na okładce: Martyna Janik
Skład ebooka: Kamil Potęga
ISBN 978-83-948413-9-3
Zemsta trawi ciało jak jad. Niczym niepowstrzymana, krąży we krwi i rozprzestrzenia się po organizmie. Zagnieżdża się w mózgu, który nie pozwala o niej zapomnieć. Zatruwa serce, które boli na wspomnienie krzywdy. Przyśpiesza oddech. Docierając do mięśni, zaciska boleśnie dłonie w pięści. Ciało nie broni się przed zemstą tak, jak broniłoby się przed jadem żmii czy pszczoły, lecz kumuluje truciznę i pozwala jej działać tak długo, aż ta przemieni się w energię napędzającą człowieka.
Nazywał się Draconis. Był Sklavenem, spłodzonym z ludzką kobietą, potomkiem boga Żmija. Postanowił odebrać ziemię, którą mu skradziono, odzyskać godność, którą zdeptano, odpłacić wrogowi, który go zranił. Niósł ogień i miecz, którymi leczył truciznę zagnieżdżoną w swym sercu. Miał prawo do wróżdy. Był chory na zemstę.
Po przepłynięciu Słonej Wody trzy drakkary przybiły do brzegu w wielkiej osadzie w rozlewisku Vistuli. Ludzie z północy zamierzali sprzedać tutejszym plemionom żelazną broń i pancerz, kupić jantar dla swoich kobiet, zdobyć niewolników, wieczorem zaś pohulać do woli w tawernie. W przeciwieństwie do reszty załogi Draconis nie planował dłuższego pobytu i korzystania z atrakcji Gdani, jak zwano tę osadę. Jego celem były grody na południu, w głębi lechickiej ziemi.
– Jesteś pewny, że to dobry pomysł? – zapytał białowłosy, potężnie zbudowany rębajło. – Powiedz słowo, a cała drużyna pójdzie za tobą w ogień.
– Dziękuję wam, ale łatwiej mi będzie uniknąć wzroku tutejszych ludzi, jeśli będę podróżował samotnie. Zbrojna grupa takich jak my nie uszłaby uwagi kniaziów. Zapewne przyszłoby nam stanąć przeciw ich wojom w murze tarcz, a tego chcę uniknąć – rzekł Draco.
– Czyż może być coś piękniejszego niż zgiełk bitwy? – zaśmiał się olbrzym. – Wszak do walki stworzyli nas bogowie!
– Zostańcie tutaj. Zabawcie się, dobijcie targu. Znasz się na tym doskonale, przyjacielu.
Draconis jeszcze chwilę przekomarzał się z drużynnikiem, ale ostatecznie podziękował za pomoc. Wojowie nie pytali o nic więcej, pożegnali Sklavena i życzyli mu szczęścia. Serce wojownika ściskał żal, że opuszcza dzielną kompanię, dlatego szybko, bez zbędnych słów rozstał się z towarzyszami.
Za kilka wilczych skór kupił od koniarza małego, ale bardzo wytrzymałego konika wraz z siodłem i uprzężą. Przerzucił mu przez grzbiet liczne juki, by samemu nieść na plecach tylko to, co niezbędne. Nim ruszył w drogę, zajrzał jeszcze do jednej z karczm, aby wynająć przewodnika. Lechickie puszcze były bardzo niebezpieczne, pełne dzikich stworów i zdradzieckich mokradeł.
Wojownik wkroczył do mrocznego i zadymionego pomieszczenia. Śmierdziało w nim spoconymi ciałami, pieczoną rybą i rozlanym piwem. Bywalcy przybytku nie zwrócili uwagi na rębajłę, gdyż oddawali się rozkoszom w ramionach duchen. Jedna z nich od razu uwiesiła się na Draconisie, ale ten odtrącił łaszącą się kobietę. Nie miał czasu na swawolę.
– Przewodnika szukam – rzucił do karczmarza.
Łysy starzec z bielmem na oku łypał chwilę na woja, po czym wskazał sękatym palcem na siedzącego w kącie mężczyznę, który obłapiał tęgą dziewkę.
– Jego zapytajcie – powiedział i wrócił do nalewania gościom piwa z beczki.
Mały, brudny, niepozorny kmieć popijał z kufla i bawił się odkrytym biustem postawnej dziewoi. Wcale nie zamierzał przerywać tej czynności, gdy Draconis stanął przed nim.
– Znasz tutejsze ziemie i szlaki? – Wojownik zaczął od konkretów.
– Może. Zależy, ile jesteś w stanie zapłacić – odparł z ociąganiem kurdupel.
Sklavena irytował smród panujący w pomieszczeniu. Miał wrażenie, że nim przesiąka, pragnął jak najszybciej dobić targu i wyrwać się na świeże powietrze.
– Będzie twoja, jeżeli zgodzisz się przeprowadzić mnie przez bagna. – W palcach wojownika pojawiła się srebrna moneta.
Oczy mężczyzny zapłonęły, gdyż mało kto w Gdani płacił monetami. Zrzucił z siebie grubaskę, zerwał się na nogi, rozlewając piwo, i chwycił przybysza pod ramię.
– Puszczę znam jak własną chałupę. Doprowadzę cię, gdzie tylko chcesz, panie, ale wyjdźmy z karczmy. Wielu jest tu takich, co będą ci źle życzyć. Porozmawiajmy na zewnątrz – szeptał wojownikowi na ucho, gdy opuszczali smrodliwą izbę. Kilka chwil później dobili targu.
Od tej pory Draconisowi w podróży miał towarzyszyć tylko konik i niepewnej reputacji przewodnik, którego zwali Wigoszczem.
W jukach wiózł Draco wiele dóbr, które teraz, na ziemi Sklavenów, stanowiły cały jego majątek. Prócz żywności dla siebie i zwierzęcia, ubrań oraz podstawowych przyborów miał srebro i artefakty zdobyte podczas łupieżczych wypraw. W skórzanych workach zmieścił złoty kielich, z którego wyznawcy ukrzyżowanego boga pili krew, zasuszoną łapę trolla i piękny szyszak z długą kitą z końskiego włosia. Jednak najcenniejszymi zdobyczami były przytroczona do boku wierzchowca okrągła tarcza z lipowych desek z żelaznym umbem pośrodku oraz miecz nazwany Czerwieniem. Draconis zdobył je, ratując córkę Króla Karłów porwaną przez ohydne trolle. Zarówno tarcza, jak i miecz były magiczne. Podobno wojownika dzierżącego w ręce ten szczyt nie dosięgnie żadna strzała ni oszczep. Miecz natomiast zahartowano we krwi smoka, co nadało klindze czerwony kolor i niewyobrażalną siłę. Zaklęta w orężu cząstka potwora żądała straszliwej zapłaty za swe moce. Jeżeli ostrze długo nie było zbroczone juchą, jego właściciel stawał się nerwowy i agresywny, w końcu zaś wybuchał gniewem tak srogim, że ktoś musiał zginąć zarąbany straszliwym mieczem. Nasycony krwią Czerwień zasypiał, a władający nim odzyskiwał zmysły. Sklaven nie dopuszczał jednak, by jakakolwiek siła kierowała jego poczynaniami. Gdy wraz z ludźmi z północy brał udział w łupieżczych wyprawach, rzucał się w wir walki i karmił spragniony brzeszczot posoką wrogów. Dzięki temu przeklęte ostrze dłużej pozostawało uśpione. Draco pilnie baczył, by Czerwień nie dostał się w niepowołane ręce. Słaby umysł łatwo uległby woli broni, a skutki mogłyby się okazać okrutne.
Pewnej nocy, gdy po trudnym, całodziennym marszu odpoczywali przy ognisku, przewodnik zaczął podpytywać wojownika.
– Panie, czy prawdą są historie, jakie o ludziach z północy opowiadają w Gdani? Że macie w sobie krew wilków? Że rodzicie się z ognia, a dzieciom dajecie krew do picia, by były silne?
Draconis nie ufał mężczyźnie, gdyż ten ciągle przyglądał się jego ekwipunkowi i sakwom i co rusz zerkał na ozdoby. Postanowił wzbudzić w nim strach i tym samym okiełznać jego chciwość.
– Swą podróż rozpocząłem pośród górskich szczytów, w mroźnej krainie, gdzie żyją ludzie-wilki. Nazywają nas tak, ponieważ niektórzy górale podczas pełni księżyca przemieniają się w zwierzęta i gnani zewem krwi wyruszają na polowanie. Biada temu, kto stanie na drodze wygłodniałej bestii! – Rzucił okiem na Wigoszcza i zauważywszy, że ten nieco pobladł, uśmiechnął się i kontynuował: – Osoby naznaczone klątwą wilkołactwa nie są zabijane czy prześladowane. Plemiona uważają ich brzemię za dar bogów, a sprzeciwiać się im to wielkie przewinienie. Wilkołaki odsuwają się od ludzi i żyją samotnie na obrzeżach grodów i osad. Ponieważ nigdy nie wiadomo, kiedy nastąpi pierwsza przemiana, wielu zmiennokształtnych dowiaduje się o przekleństwie przypadkiem. Do największych tragedii dochodzi, gdy ich zwierzęca natura objawia się na oczach najbliższych. Zew gotuje krew w żyłach potwora i nie oszczędza nikogo: od kłów bestii ginie rodzina wilkołaka, a on tragiczne skutki furii poznaje dopiero po ponownej przemianie w człowieka. Niektórzy, zobaczywszy pokłosie swoich czynów, tracą zmysły lub od razu wieszają się na najbliższej gałęzi. Ci, którzy postanawiają żyć ze świadomością zbrodni, uciekają w głuszę, pochmurnieją i stają się zgorzkniali. Jednak dla mieszkańców wiosek z północy są zbyt cenni, by ludzie pozwolili im na żałobną tułaczkę, wilkołaki są bowiem najgroźniejszymi wojami tamtejszych plemion.
Opowieść wywarła na przewodniku oczekiwane wrażenie. Gdy Draco mówił, Wigoszcz bez końca wykonywał gest mający odpędzić złe moce.
– Ale ty, panie, jesteś normalny? Nie ma w tobie wilka? – zadał pytanie, które miało uspokoić jego nadszarpnięte nerwy.
Wojownik nie odpowiedział od razu. Spojrzał spode łba na rozmówcę, a blask ognia odbił się w jego złotych jak u węża, zimnych oczach.
– Możesz spać spokojnie… – wychrypiał i jeszcze warknął, szczerząc groźnie zęby.
Kmieć podskoczył na konarze, na którym siedział. Nie chciał już rozmawiać, przestraszony wywołaną przez siebie historią. Przykrył się derką i próbował zasnąć, dygocząc ze strachu przed człowiekiem, którego wiódł ku potężnym grodom południa.
Choć w historii, którą przytoczył wojownik, było ziarno prawdy, o ludziach z północy należałoby opowiedzieć trochę inaczej. Wiedli oni prosty żywot – ich głównymi zajęciami były rozmnażanie się i prowadzenie wojen. Nic nie sprawiało im większej radości niż uczta przy trupach wrogów. Lud ten został zrodzony w ogniu bitwy, a zahartował go trud życia w przykrytej śniegiem krainie. Mężczyźni byli wysocy i barczyści. Większość miała jasne jak słoma włosy, a ich oczy przybierały kolor górskich jezior. Kobiety były bardzo urodziwe. Charakteryzowały się zdrową, jasną cerą i szerokimi, idealnymi do rodzenia dzieci biodrami.
Między kamiennymi szczytami wysokich gór i w smaganych lodowatym wiatrem dolinach nie było wiele ziemi zdatnej pod zasiew. Plony zbierano po wioskach za pomocą miecza i topora, a glebę skrapiano krwią poległych. Ludzie-wilki nie znali pokoju. Walka towarzyszyła im od pierwszego oddechu i tylko najsilniejsze jednostki otrzymywały prawo, by żyć, słabość bowiem równała się śmierci.
Już dzieci, zarówno chłopców, jak i dziewczynki, przyuczano do dzierżenia włóczni i tarczy, noszenia ciężkiego pancerza oraz do walki. Zdolności bojowe były niezbędne podczas licznych wypraw łupieżczych na inne plemiona lub Sklavenów zza Słonej Wody. Każdy człowiek-wilk umiał się obronić przed krwiożerczymi olbrzymami, wygłodniałymi zwierzętami czy okrutnymi zbójami.
Umiłowanie wojny nie oznaczało jednak, że ludzie z północy nie znali niczego prócz wojaczki. Handlowali z karłami, od których za srebro i błyszczące kamienie kupowali żelazną broń. Tę następnie sprzedawali Sklavenom, którzy za miecze, groty do włóczni i pancerze oddawali bursztyn, skóry, rogi i wspaniałej jakości cisowe łuki. Ludzie-wilki słynęli również z talentów żeglarskich popartych umiejętnością budowania doskonałych łodzi. Ich drakkary pływały zarówno po wzburzonych morzach, jak i po spokojnych rzekach wiodących w głąb lądu.
Draco wiedział o tamtejszych ludziach wszystko. Gdy wymordowano potomków Żmija, to właśnie wojownicze rody udzieliły schronienia młodemu uciekinierowi. Sklaven wiele lat żył wśród ludzi-wilków i stał się ich bratem. Razem wypływali na wyprawy, krwią wrogów poili swe miecze i używali zdobytych kobiet. Choć przyjęli Draconisa do swej społeczności, ten nigdy w pełni nie stał się człowiekiem-wilkiem. W głębi serca nadal był Sklavenem. Zawsze pamiętał, że jego dziedzictwo leży na południu, za Słoną Wodą, w krainie wielkich puszczy i wydzielających trujące wyziewy mokradeł. Całe życie czekał na właściwy moment, by powrócić na ziemie ojców, gdzie dokona krwawej wróżdy. Lata spędzone między brutalnymi wojownikami nauczyły go jednego prawa – oczy za oko, zęby za ząb. Właśnie w ten sposób postanowił odpłacić mordercy rodu Żmijów.
Puszcza rozciągająca się na południe od Słonej Wody tętniła życiem. Co rusz między drzewami przemykały stada jeleni lub dzików. Wśród konarów ptaki polowały na owady, a do dźwięków żyjącego lasu dzięcioł dokładał charakterystyczne stukanie. Choć jednak puszcza wydawała się bezpiecznym, pełnym jedzenia rajem, Sklaven wiedział, że nie należy ulegać temu złudnemu wrażeniu. Był już dorosłym mężczyzną, nieraz stanął w murze tarcz i posiadł wiele nałożnic, ale prastare dęby nadal wzbudzały w nim respekt. A gdy w borach zapadał zmrok, z wykrotów i jam wypełzały istoty nocy, które tylko czyhały na nieostrożnych wędrowców. Strzygi, licho i rusałki uwielbiały krew żywych i nigdy nie przepuszczały okazji, by ponownie poczuć jej metaliczny smak w zębatych paszczach. Draconis, syn Żmija, należał w pewnej części do świata leśnych stworów, lecz zachowywał wielką ostrożność, wędrując w cieniu drzew.
Na początku podróży, jeszcze w Gdani, kupili wraz z Wigoszczem od miejscowych rybaków żywność. Zaopatrzeni w suszone kawałki ryb, kaszę, trochę korzeni i bukłak mocnego miodu mogli się posilać, nie przerywając marszu.
Ziemia lechicka, którą przemierzali, obfitowała w liczne dobra. Im dalej posuwali się na południe, tym więcej mijali dobrze prosperujących osad rolnych, samotnych dworów, wiosek smolarzy czy chatek bartników. Co bogatsi kmiecie nie tylko wypalali puszczę pod uprawę ziemi, lecz także wykorzystywali żelazne radła. Dzięki temu plony były duże, a gleba nie jałowiała szybko. Bartnicy zbierali po lesie tyle miodu, że trudno go było przerobić. Krowy dawały aromatyczne mleko, a świnie obrastały grubo tłuszczem. Choć letnią porą tutejszy lud nie przymierał głodem, żył raczej skromnie.
Łupieżcze wyprawy sąsiednich plemion – Obodrytów z zachodu czy Estów ze wschodu – nie sięgały tak głęboko na ziemię Sklavenów. Ponieważ ludziom żyło się łatwo, a najgroźniejszym wrogiem był zazdrosny sąsiad, władcy nie dbali przesadnie o grody, nie przykładali się do umacniania wałów czy reperowania osłabionej przez czas palisady. Wojowie stacjonujący za drewniano-ziemnymi obwarowaniami wyglądali na znudzonych służbą. Wsparci na włóczniach raz na jakiś czas łypali na podróżnych spod czepców z grubej skóry. Pomimo to Sklaven nie stracił czujności. Wciąż był uważny i kazał przewodnikowi unikać większych grup. Jeżeli na drodze dostrzegli uzbrojonych jeźdźców czy piechurów, woleli rychło zejść im z oczu i przeczekać pośród drzew i krzewów. Draco nie wjeżdżał również do mijanych grodów. Po zapasy wysyłał zawsze sklaveńskiego towarzysza, który handlował z kmieciami żyjącymi w samotnych zagrodach. Za jadło, piwo i miód płacił drobnymi przedmiotami z żelaza, które miało wśród tutejszych plemion dużą wartość, a dla Draconisa było czymś powszednim.
– To już szósty dzień marszu – powiedział Wigoszcz. – Chciałbym dzisiaj ustrzelić łanię lub szaraka. Zatrzymajmy się przy tamtym źródełku. – Wskazał miejsce idealne na obóz.
Wojownik chętnie przystał na tę propozycję. Sam miał już serdecznie dosyć jedzenia suszonej ryby czy korzeni. Musiał również dać odpocząć wierzchowcowi niosącemu ciężki dobytek. Liczył, że upolują większą zwierzynę, którą posilą się od razu, a resztę uwędzą w ognisku i zabiorą w dalszą drogę. Na samą myśl o tym ślina wypełniła mu usta.
Wigoszcz wyjął z pokrowca cisowy łuk. By sprawdzić, czy z drewnem wszystko w porządku, przeciągnął po nim dłonią. Z natartej łojem sakiewki wysupłał skręconą z lnianych włókien cięciwę i sprawnie nałożył na rogowe gryfy wieńczące łęczysko. Z baraniej skóry, która miała chronić je przed zamoknięciem, odwinął kilka strzał. Gdy był gotowy, ruszył między drzewa w poszukiwaniu zwierzyny.
Draconis został w obozie i z wielką przyjemnością rzucił na ziemię cały swój ekwipunek. Rozkulbaczył konia, związał mu nogi powrozem, po czym puścił między drzewa, aby się pasł. Sam usiadł na chwilę pod rozłożystym bukiem i pozwalając odpocząć zmęczonym mięśniom, odszpuntował bukłak. Gdy sycony miód przyjemnym ciepłem rozlał się po jego wnętrznościach, przygotował palenisko i poznosił suche gałęzie do podtrzymania ognia.
Jeszcze przed zapadnięciem zmroku do obozu wrócił Wigoszcz. Niósł przewieszoną przez plecy młodą sarnę – w sam raz, żeby dwóch najadło się do syta.
– Krew dla leśnych duchów upuściłem daleko od obozu. Powinny się nażreć i nie nękać nas dzisiejszej nocy – rzucił wyraźnie zadowolony z polowania.
– Dobrze uczyniłeś. Nie jesteśmy u siebie i lepiej, byśmy nie wchodzili w drogę władcom puszczy. Niech nie interesują się naszą obecnością. Łyknij miodu dla kurażu, a ja sprawię kozę.
Draco szybko wziął się do pracy. Wiedział, jak należy skórować i dzielić dziczyznę.
Nagle ciszę panującą w lesie przeszyły kwik konia i krzyk jakiegoś mężczyzny. Po chwili rozległy się jeszcze wzburzone głosy kilku osób. Draconis zerwał się na równe nogi i skoczył w kierunku ogniska, by je zasypać.
Nie zdążył.
Niespodziewanie runął na niego Wigoszcz. W dłoni dzierżył długi nóż, a w jego oczach palił się ogień szaleństwa – chciwość wzięła w nim górę.
Draco ledwo uniknął śmiertelnego pchnięcia w brzuch. W ostatnim momencie, wykręcając boleśnie ciało, zszedł z linii ciosu, ale zahaczył stopą o kamień i padł na plecy w ściółkę. Wigoszcz rzucił się za nim, chcąc go podziurawić jak sito. Zaskoczony Sklaven pochwycił rękę z nożem. Kmieć, choć mniejszy, był zaskakująco silny, a żądza mordu i wizja zagarnięcia bogactw Draconisa tylko go wzmacniały. Warczał, sapał i stękał, jego spieniona ślina zaś ściekała na twarz wojownika. Ostrze coraz bardziej zbliżało się do piersi rębajły. Wigoszcz napierał całym ciałem, a Draco z trudem utrzymywał się przy życiu. Lewą ręką zaczął macać ziemię w poszukiwaniu czegokolwiek, co mogłoby się stać bronią.
W końcu wyczuł polano, które wcześniej przyniósł z myślą o ognisku. Z trudem przygarnął je bliżej, zacisnął na nim dłoń, wziął zamach i zdzielił wroga w ucho. Cios na chwilę zamroczył Wigoszcza, co wystarczyło rębajle do przejęcia inicjatywy. Odepchnął od piersi zbrojne ramię, zakręcił się jak fryga i zrzuciwszy z siebie kurdupla, sprawnym koziołkiem przygwoździł go do ziemi.
Wyczerpany Wigoszcz nie był w stanie się bronić. Wciąż ściskał w dłoni nóż, ale z każdym oddechem uchodziła z niego wola walki. Teraz ostrze skierowane było ku jego piersi. Draco spoglądał w oczy przeciwnika i widział w nich rosnącą panikę. Sztych noża powoli zagłębiał się w ciało, a przewodnik nie miał nawet siły krzyczeć.
Draconis naciskał na rękojeść, aż żelazo całkowicie zniknęło między żebrami kmiecia. W pewnym momencie Wigoszcz zwiotczał, a rębajło szybko pchnął kilka razy bezwładne już ciało. Po chwili mężczyzna wydał ostatni dech.
Ale to nie był koniec.
Draco wziął kilka głębokich oddechów, otarł pot z czoła, a zakrwawione ostrze odrzucił na trupa. Podbiegł do rzeczy, które zostawił pod drzewem. Chwycił tarczę i wyszarpnął z pochwy magiczny miecz. Czerwień zażądał daniny krwi, ale wojownik prędko poskromił ostrze. Choć krew w nim kipiała, chciał zachować wolną wolę i zdrowy rozsądek. Nie wiedział, co go czeka za kilka chwil.
Ostrożnie niczym kot podkradł się do miejsca, z którego wcześniej doszły go niepokojące dźwięki. Ukryty za drzewami dojrzał leżącego na ziemi człowieka. Z jego pleców wystawało drzewce strzały, nie ruszał się i nie wydawał żadnych dźwięków. Zapewne był już martwy. Grot utkwił w miejscu, z którego było najbliżej do serca.
„Biedak, nawet nie wiedział, że umiera” – pomyślał wojownik.
Rozejrzał się, ale nie widział napastników. Prawdopodobnie pobiegli za spanikowanym koniem, grabienie trupa, który wszak już im nie ucieknie, zostawiając na później. Sklaven podkradł się do ciała i zauważył, że głowa ofiary została rozbita ciężkim narzędziem. Mężczyzna ubrany był niczym człowiek z północy i wyglądał na zamożnego. Przez ramię miał przerzuconą skórzaną torbę, z której wypadło kilka kamieni zdobionych czerwonymi runami. U boku woja tkwił długi miecz, doskonały do walki z konia. Trup obleczony był w dobrej jakości kolczugę, która niestety nie uchroniła go przed zdradzieckim strzałem w plecy. Brakowało szłomu i tarczy – zapewne zostały przy siodle. Podróżny nie spodziewał się walki, choć wyglądał na takiego, który umiał się bronić.
Draco przewrócił trupa na plecy, by zobaczyć, kto to. Ujrzał twarz Torwalda, słynnego wojownika zwanego również Trollobójcą. Zabity należał do odległego plemienia, z którym Sklaven sporadycznie wymieniał się łupami czy niewolnikami. Draconis poznał go jako twardego handlowca, amatora piwa i sprzedajnych kobiet. Słyszał również wiele historii o jego czynach, które opowiadano przy ogniu w zimowe wieczory. Nie miał natomiast okazji przekonać się, czy w opowieściach tych tkwiło choć ziarno prawdy.
„Co Torwald robił w tym miejscu i gdzie była jego drużyna? Dokąd jechał?” – pomyślał, ale nie miał czasu dłużej się zastanawiać. W jego kierunku biegło trzech bandytów. Jeden z nich prowadził za uzdę przepięknego czarnego wierzchowca.
Rumak był dużo większy niż zwierzęta powszechnie wykorzystywane u ludzi-wilków. Jego pierś była szeroka, głowa duża, a nogi – silne i sprężyste. Dla takiej bestii nie byłoby problemem unieść ciężkiego, opancerzonego jeźdźca, który mógł z wysokości razić przeciwników toporem czy włócznią.
Obecność na miejscu napadu innego uzbrojonego woja zaskoczyła zbójów. Sklaven popsuł plan zwyrodniałych oprychów. Wiedzieli, że muszą dokonać kolejnej zbrodni, aby pierwsza nie wyszła na jaw.
Widząc na swojej drodze rębajłę, herszt przywiązał konia do niskiej gałęzi i wyciągnął zza pasa pałkę nabitą ostrymi krzemieniami. Drugi bandyta nałożył strzałę na cięciwę, a trzeci mocniej ścisnął w dłoniach siekierę. Draconis czekał cierpliwie na pierwszy ruch oprychów. Czuł, że krew zaczęła mu buzować w żyłach, oddech przyśpieszył, a mięśnie napięły się gotowe do uderzenia. Wiedział, że za moment padną trupy, i cieszyło go to. Miecz coraz mocniej domagał się krwi, a on nie opierał się już jego żądaniu. Miał zamiar napoić przeklęte ostrze.
Nagle zbój z łukiem podniósł łęczysko, napiął cięciwę i strzała pomknęła w kierunku Draconisa. Ten jednak był na to przygotowany i sprawnie zasłonił się okrągłą tarczą. Grot łupnął głucho w drewno. W tym samym momencie pozostała dwójka skoczyła do przodu. Wojownik nie wahał się ani chwili i ruszył im naprzeciw. Oprych potężnie zamachnął się siekierą, myśląc, że zmiażdży przeciwnika. Sklaven przyjął uderzenie na tarczę tak, by obuch ześlizgnął się po żelaznym umbie. Zwód wytrącił łotra z równowagi, Draco zaś ciął mieczem w odsłonięte przedramiona. Siekiera spadła w zgniłe liście, a dłonie mężczyzny dalej ściskały stylisko.
– Giń, kurwi synu! – ryknął herszt.
Draconis przyjął uderzenie maczugi na tarczę. Drewno aż jęknęło z rozpaczy, gdy ugrzęzły w nim ostre kamienie. Sklaven zrobił krok w bok i wyszarpnął pałkę z ręki bandyty. Szybki cios mieczem odrąbał przeciwnikowi nogę w kolanie. Drab fiknął koziołka, krzycząc i brocząc krwią. W tym momencie koło ucha wojownika przemknęła kolejna strzała. Ten tylko się uśmiechnął i zaszarżował na łucznika. Barczysty zbój przeraził się jego furii i zaczął cofać, aż poczuł na plecach szorstką korę. Buk, na którym się zatrzymał, posłużył Sklavenowi za katowski pieniek. Potężne uderzenie miecza oddzieliło głowę mężczyzny od tułowia. Korpus przysiadł bezwładnie na ziemi, sikając rytmicznie krwią, która szybko wsiąkała w ściółkę.
Draco rozejrzał się. Dwóch oprychów leżało bez ruchu, trzeci, gapiąc się na kikuty rąk, wił się z bólu. Nie krzyczał, tylko coś jęczał. Draconis podszedł do niego i zapytał:
– Co tam mruczysz?
– Łaski… Oszczędź mnie… – łkał ranny.
– Oszczędzę – odpowiedział Draconis i wytarł ostrze miecza o jego ubranie. – Ale nie wiem, czy twojej prośbie ulegną wilki. Bywaj!
– Nie! – wrzasnął ranny. – Nie zostawiaj mnie!
Draco był głuchy na wołanie oprycha, który i tak nie dożyje momentu, gdy na pobojowisko zbiegną się padlinożercy.
Z zamordowanego Torwalda zdarł kolczugę i zabrał jego długi miecz. Aby oddać szacunek duchowi zmarłego i nie ściągnąć na siebie jego gniewu, rzucił na zwłoki garść ziemi.
– Uciekaj do Nawii. Nic cię tu nie trzyma – szepnął.
Trupy łotrów zostawił tam, gdzie leżały. Ci ludzie nie zasłużyli na godny pochówek. Chciał, aby wilki i lisy rozwlekły truchła, zacierając ślady walki.
Rozglądając się po pobojowisku, Sklaven dostrzegł ślady nie jednego, ale dwóch koni. Podejrzewał, że zamordowany podróżował z kompanem, zapewne sługą lub niewolnikiem. Tropy mówiły, że udało mu się ujść z zasadzki w puszczę. Draconis zdecydował się ruszyć śladem uciekiniera, ale najpierw musiał się zająć czarnym rumakiem. Patrząc na potężnego ogiera, pomyślał, że nie zdziwiłby się, gdyby to właśnie koń stanowił główny łup bandytów.
– Piękny jesteś – powiedział do zwierzęcia i zaczął się do niego ostrożnie zbliżać.
Koń próbował gryźć, machał łbem i stawał dęba. Mężczyzna musiał się sporo natrudzić, żeby uniknąć uderzenia kopytem. Po długiej szarpaninie położył w końcu dłoń na ciepłych chrapach i pogłaskał nowego przyjaciela. Zwierzę uspokoiło się.
Draconis wrócił z łupem wojennym do obozowiska. Pozbierał wszystkie rzeczy, sprowadził z pastwiska drugiego konia i przywiązał powrozem do siodła zdobycznego ogiera. Czarny rumak miał służyć do jazdy wierzchem, a zakupiony w Gdani konik do noszenia juków. Sklaven nie chciał obozować w pobliżu miejsca, gdzie wkrótce ściągną watahy wilków. Bał się, że po zmroku na pobojowisko przypełzną również istoty nocy, które teraz kryły się pod dębami i w wykrotach.
Wskoczył sprawnie na siodło i uderzył piętami boki wierzchowca. Koń łatwo poddał się rozkazom, a Sklaven od razu poczuł, że prowadzi dobrze wyszkolone zwierzę. Wrócił na miejsce rzezi, odszukał trop zbiegłego towarzysza Torwalda i ruszył po wciąż świeżych śladach.
Nie ujechał daleko, gdy usłyszał wycie zwołujących się na ucztę padlinożerców. Chwilę później ciszę lasu przeszył rozpaczliwy kwik walczącego o życie konia. Słysząc to, Draconis zrezygnował z dalszej jazdy podjętym tropem. Uciekinier nie miał szans przeżyć spotkania z wygłodniałymi wilkami. Sklaven zmienił kierunek, aby nie przeciąć szlaku drapieżników. Nienasycona wataha mogłaby się połasić również na jego wierzchowce, a przy okazji na jeźdźca. Zmęczony walką wolał uniknąć kolejnych niebezpieczeństw.
Następny obóz rozłożył dopiero, gdy zapadł mrok tak gęsty, że uniemożliwiał jazdę. Nie chciał podróżować, oświetlając drogę pochodnią, gdyż blask ognia mogliby dostrzec czający się między drzewami bandyci lub, co gorsza, mógłby on ściągnąć mu na kark leśnego stwora. Rozkulbaczył więc konie i przywiązał je do nisko rosnącej gałęzi, po czym rozpalił malutki ogień w wykrocie. Skryty w naturalnej jamie czuł się bezpiecznie. Z juków wyciągnął kawał sprawionej sarny i z lubością zagłębił zęby w surowym mięsie. Ogromny głód i emocje towarzyszące walce sprawiły, że smakowało wybornie, prawie tak dobrze jak skromne jadło, którym raczył go Wojnar, gdy uciekali przed gniewem kniazia Popiołowłosego. Wówczas posiłek przygotowany przez starego niewolnika, choć składał się tylko z wywaru z kory i czerstwego chleba, był najlepszym daniem, jakie przerażony chłopak jadł w życiu.
Wróciły bolesne wspomnienia.
W dniu, w którym Draconis z chłopca zmienił się w mężczyznę, otrzymując swoje imię, młody i ambitny kniaź zwany Popiołowłosym dokonał rzezi synów Żmija. Zdradziecki władca zwołał wszystkich potomków sklaveńskiego bóstwa na specjalną ucztę do grodu w Gieczu, z którego panował nad okolicznymi ziemiami. Dorośli Żmijowie z różnych rodzin odpowiedzieli na wezwanie i stawili się w wyznaczonym czasie na wiecu. Jako starszyzna żyjący na pograniczu świata ludzi i istot nocy strażnicy starych obyczajów czuli się odpowiedzialni za decyzje podejmowane podczas zgromadzeń.
Popiołowłosy ugościł przybyłych w warowni, niewolnicy podali jadło i napitki, a służba usługiwała biesiadnikom. Władca przyglądał się ucztującym i obiecywał, że gdy przyjdzie czas, będą rozmawiać o powodzie, dla którego zostali wezwani. Nigdy jednak do tej dyskusji nie doszło, ponieważ straszliwy kniaź złamał święte prawo wiecu. Gdy pijani i rozbawieni goście ledwo trzymali się na nogach, Popiołowłosy rozkazał swoim najemnikom zaszlachtować Żmijów. Po rzezi rozesłał zbrojne drużyny po okolicznych dworach, aby wojowie wygubili pozostałych członków rodów, którym przewodzili Żmijowie. Rozkaz był wyraźny: włócznicy nie mogli okazać litości, a zginąć mieli wszyscy, łącznie z kobietami i dziećmi.
Owej krwawej nocy głowę straciłby i młody Draconis, lecz matka, przeczuwając podstęp zachłannego kniazia, zabroniła synowi myśleć o wiecu.
– Mam prawo być w grodzie z resztą mężczyzn! – krzyczał chłopak.
– Nie waż się podnosić na mnie głosu! Mleko ci jeszcze spod nosa kapie! – warknęła, mając już dość bezsensownej kłótni.
– Słuchaj, co mówi do ciebie matula – poparł ją ojczym.
– Nie jesteś moim ojcem. Jestem synem Żmija! – postawił się Draconis.
– Miarka się przebrała, szczeniaku. Matula nie będzie ci dwa razy powtarzać! – Mężczyzna poparł swoje słowa siarczystymi uderzeniami grubego powroza.
Jego stanowczość uratowała chłopcu życie.
Gdy między chałupy, z pochodniami w dłoniach i żądzą mordu na zapitych ryjach, wpadli włócznicy, matka Draconisa była przygotowana. Wepchnęła spanikowanego młodzieńca w ramiona wiernego niewolnika Wojnara, a ten dzięki swemu sprytowi wyprowadził go z dworu do lasu. Przybrany ojciec z toporem w dłoni stanął do walki z licznym wrogiem, chociaż na moment odwracając uwagę zbrojnych od uciekinierów. Wkrótce Draco słyszał już tylko dźwięk trzaskającego ognia i rozdzierające serce krzyki gwałconej matki. W jednej chwili cały jego świat stanął w płomieniach. Wtedy to jego krew zatruła zemsta, a on przysiągł odpłacić Popiołowłosemu mieczem, gdyż tylko spełnienie wróżdy mogło pokonać toczącą go chorobę.
Odtąd Wojnar opiekował się nim jak własnym synem. Świadom, że rodzice Draconisa nie żyją, co do joty wypełnił powierzoną mu misję. Mógł oddać Sklavena w ręce kniazia lub sprzedać go w niewolę, jednak przyjął na swoje barki brzemię i niczym prawdziwy ojciec, chronił chłopca, walcząc z przeciwnościami losu. Wiele dni podróżowali na północ, by w osadzie Koło Brzegu wykupić miejsce na statku płynącym do wioski ludzi-wilków. Tam Wojnar ubłagał jarla Imryka, aby wziął młodzieńca pod swoje skrzydła, sam zaś w ramach zapłaty oddał się władcy w niewolę. Dzięki poświęceniu opiekuna Sklaven został przyjęty przez plemiona z północy, a ich członkowie nie wypominali mu więcej jego pochodzenia. Stał się im bratem, kolejnym wilkiem w stadzie.
Draco wspominał dawne czasy i niewolnika, któremu tak wiele zawdzięczał, ale w końcu zmorzył go sen. Budził się kilkukrotnie, ponieważ zemsta burzyła mu krew. Wiedział, że z każdym krokiem zbliża się do spełnienia obietnicy, którą złożył znienawidzonemu kniaziowi.
Zemsta
Rozdział I Człowiek z północy
Okładka
