Wróć przed zmrokiem - Fiołek Katarzyna - ebook + książka
NOWOŚĆ

Wróć przed zmrokiem ebook

Fiołek Katarzyna

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.

11 osób interesuje się tą książką

Opis

Co zostaje z wielkiej miłości po dwudziestu dwóch latach małżeństwa?

Basia i Tomek znali się „od zawsze” – od pamiętnego ogniska nad Wisłą, gdzie jako nastolatkowie uwierzyli, że świat należy do nich. Jednak po dwóch dekadach wspólnego życia, tworzenia domu i wychowywania córki, w ich codzienność wkradła się głucha cisza. On ucieka w pracę w warsztacie, ona czuje, że powoli gaśnie, przytłoczona syndromem pustego gniazda i lękiem przed przemijaniem.

Jedno niefortunne zdanie wypowiedziane przez Tomka na rodzinnej imprezie staje się pęknięciem, którego nie da się zignorować.

Wtedy Basia Leśniewska ogłasza swój „rebranding osobisty”.

Zamiast cichego wyczekiwania na starość, wybiera marszobiegi, nową fryzurę i bilet w jedną stronę na Sardynię. Ma dość bycia „żoną na posługi” i „matką polką”. Chce znowu coś czuć, chce być widziana i pożądana.

Czy wyjazd Basi na słoneczną Sardynię pomoże im odnaleźć drogę do siebie, czy wręcz przeciwnie – uświadomi im, że ich drogi rozeszły się bezpowrotnie?

Opowieść o tęsknotach za smakiem młodości, dojrzałych związkach i o tym, że każda z nas ma prawo zakwitnąć więcej niż raz.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 363

Data ważności licencji: 6/10/2031

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Projekt okładki: Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

Redaktor inicjujący: Małgorzata Święcicka

Redaktor prowadzący: Grażyna Muszyńska

Redakcja: Barbara Milanowska (Lingventa)

Redakcja techniczna: Sylwia Rogowska-Kusz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Beata Kozieł-Kulesza, Aleksandra Zok-Smoła (Lingventa)

© by Katarzyna Fiołek

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2026

ISBN 978-83-287-4159-1

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2026

–fragment–

Ten e-book jest zgodny z wymogami Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA).

MUZA SA

ul. Sienna 73

00-833 Warszawa

tel. +4822 6211775

e-mail: [email protected]

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Wersja elektroniczna: MAGRAF sp.j., Bydgoszcz

PROLOG

Zdrada to najgorszy rodzaj śmierci.

Eurypides, Medea

Nie miałam pojęcia, jak to się stało. I kiedy. I w ogóle dlaczego? Jaki układ planet sprawił, że po dwudziestu dwóch latach małżeństwa znaleźliśmy się z Tomkiem w tym miejscu? Przyglądałam mu się spomiędzy palców dłoni, w których ukryłam twarz, i zastanawiałam się, co jest we mnie bardziej żywe – czy ból, czy rozczarowanie, czy złość. Wszystkie te uczucia mieszały się jak w kotle i raz jedno, raz drugie wypływało na powierzchnię. Chwilowo nic nie mogło ich wypłukać z mojego serca – ani resztki rozsądku, który popiskiwał cicho, ani próba nabrania dystansu i zrozumienia.

Tomek gapił się tępo w ścianę za mną, co jakiś czas mierzwił włosy i wzdychał. Najbardziej na świecie chciałam go teraz nienawidzić, ale… nie potrafiłam. To był mój mąż. Ojciec mojej córki. W tym potężnym facecie wciąż widziałam chłopaka, w którym zakochałam się na zabój, gdy miałam osiemnaście lat. Chłopaka, który zawiódł mnie jak nikt nigdy przed nim. Nawet moja matka, która usiłowała zrobić wszystko, bym żyła nie swoim, a jej życiem, nie była w stanie przebić krzywdy, którą wyrządził.

Co dalej? Czego on ode mnie oczekiwał? Czego ja oczekiwałam? Nie miałam pojęcia.

– Baśka, powiedz coś – wyszeptał Tomek, a w tonie jego głosu wyczułam jakąś żałość.

Oderwałam ręce od twarzy, ale ponieważ nie miałam pojęcia, co z nimi zrobić, a na dodatek czułam, że moja twarz i wszystko, co było teraz na niej wypisane, są nagie i bezbronne, przyłożyłam je z powrotem do czoła.

– Nie wiem, Tomek, co mam powiedzieć. Naprawdę nie wiem. To… – Zamilkłam na sekundę, usiłując zebrać myśli. – To chyba ponad moje siły.

Zapadła między nami długa, głucha cisza.

– Zobacz – powiedziałam w końcu cicho, wciąż na niego nie patrząc. – Nie umiemy rozmawiać. Już nie umiemy.

– To nie tak, ja… – Nie dokończył zdania, bo widocznie dotarł do niego sens moich słów.

– Ty… – syknęłam. – No właśnie. Ty.

Przez moją głowę błyskawicznie przetoczyła się fala gniewu tak potężnego, że niemal zmiotła mnie z planszy. Wstałam i skierowałam się do wyjścia z pokoju.

– Basia, gdzie ty idziesz? – jęknął. – Musimy to jakoś rozwiązać.

Odwróciłam się. Tym razem wcisnęłam ręce do kieszeni, choć najbardziej na świecie chciałam zacząć okładać go pięściami, bo chyba tylko to przyniosłoby mi ulgę.

– Nie mogę na ciebie patrzeć, Tomek.

– Ale ja nic nie zrobiłem!

Przekrzywiłam głowę. Serio? To było nic?

– No, nawaliłem się, ale słuchaj, głupoty gada każdy.

Obróciłam się przez ramię.

– Sorry, ale nikt inny poza tobą niczego takiego nie gadał. Nikt. Niczego. Dla mnie to jest jednoznaczne!

– Ej, ale o co ty mnie podejrzewasz?

– O jajco – wypaliłam, po czym po prostu wyszłam, zostawiając mojego męża, który najwyraźniej sam sobie udzielił dyspensy od ponaddwudziestoletniego pożycia małżeńskiego i jeszcze radośnie obwieścił to na rodzinnej imprezie w ramach żartu.

Ani wtedy, ani teraz nie chciało mi się śmiać. Chciało mi się płakać i wiać gdzie pieprz rośnie, nie oglądając się za siebie.

PĘKNIĘCIE

Rozdarcie, złamanie lub przerwanie ciągłości jakiegoś materiału, przedmiotu lub struktury.

Przenośnie: gwałtowne lub stopniowe osłabienie więzi, relacji lub harmonii.

ROZDZIAŁ 1

Ja ze wszystkich zadań życiowych nie rozwiązałem żadnego, jestem niczym; sceptycyzm trawi mnie, nie jestem szczęśliwy, a czuję się znużony.

Henryk Sienkiewicz, Bez dogmatu

Basia

Kilka miesięcy wcześniej

Kochałam Wyszogród tak, jak chyba niemal zawsze kocha się swoje rodzinne strony. Trochę naiwnie, trochę sentymentalnie, na pewno szczerze. Każdy ma takie miejsce, o którym myśli czule i które zajmuje specjalną przestrzeń w sercu. Dla mnie takim miejscem był Wyszogród. Ale teraz, całkiem znienacka, robił się jakiś za ciasny. Za mały. I nikogo tak bardzo to nie zaskakiwało jak mnie samej, bo nigdy bym się tego nie spodziewała.

Zdarzyło się to wcześniej tylko raz, kiedy wróciłam tu ze studiów w Warszawie. Wtedy też nagle świat skurczył się do rozmiarów ziarenka piasku, ale na szczęście im więcej w moim życiu się działo, tym świat bardziej rósł i pęczniał. Wyszłam za mąż, urodziłam córkę, zbudowałam dom. Skreślałam kolejne punkty na życiowej liście „do zrobienia”, posuwając się w przód bez zbytniego rozglądania się na boki. Wydarzenia większej i mniejszej wagi zmieniały się jak w kalejdoskopie i to one wypełniały dnie po brzegi.

Praca, dom, kolejne początki roku szkolnego, kolejne Boże Narodzenia i urodziny.

Paciorki na sznurku plecionym przez Mojry.

I raptownie zrobiło się cicho i pusto. Z początku było nawet miło, nie powiem, ale szybko zaczęło uwierać. Jak i czym zapełnić dom, z którego prosto w paszczę dorosłości wyfrunęło ukochane dziecko? Syndrom pustego gniazda przestał być tylko nagłówkiem z artykułów w pisemkach dla kobiet i zaczął być czymś cholernie namacalnym. Bolesnym. Niechcianym. Obcym.

Miałam wrażenie, że zupełnie bez uprzedzenia moje życie jakby zamarło, zastygło w bezruchu. Dziecięcy hałas ucichł, praca dawno przestała ekscytować i dostarczać dopaminy, a na dodatek nic w domu, poza dywanikiem pod wanną, nie pachniało już nowością. Wszystko było znane i oswojone i wiedziałam, że powinnam z tego czerpać radość i komfort. Ale wcale tak nie było.

Wstawałam rano i często mi się wydawało, że zupełnie nic nie czułam. Wszystko jakby… straciło smak. W lustrze wygładzałam zmarszczki, napinałam dłońmi skórę na policzkach, ale kiedy tylko je puszczałam, twarz lekko opadała. Jeszcze nie bardzo, ale zaczynałam dostrzegać w sobie tę staruszkę, którą niedługo miałam się stać. Już we mnie była. Czekała. Tymczasem miałam czterdzieści sześć lat, nadwagę i zero apetytu na cokolwiek poza kolejnymi pudełkami ptasiego mleczka.

Na prawej dłoni pojawiła mi się pierwsza brązowa plamka. Znamię czasu, stempel życia. Jak długo jeszcze, zanim te kropki pokryją całe ręce, twarz…? Patrzyłam w lustro dłużej niż zwykle, ale nie z próżności. Raczej z potrzeby upewnienia się, że to wciąż byłam ja, ale coś w moim odbiciu nie pozwalało mi tej pewności uzyskać.

Czas wdarł się we mnie podstępem, naprawdę, bezgłośnie jak pieprzony ninja, bez zapowiedzi. Całkiem jak ktoś, kto ma klucz i nie musi pukać. I tylko czasami, gdy światło padało pod pewnym kątem, wydawało mi się, że widzę tamtą siebie – dziewczynę z oczami pełnymi iskier, pewną, że przyszłość nie ma końca. Uśmiechała się do mnie lekko, jakby chciała powiedzieć: nie bój się, to tylko kolejny rozdział. Ale ja wiedziałam, że to nie do końca prawda. Byłam absolutnie przekonana, że to początek końca.

Bo choć życie wciąż trwało, jasne, to jednak coś nieodwracalnie już odeszło. Piosenka Maryli Rodowicz, której za młodu tak naprawdę nie rozumiałam, nagle nabrała znaczenia.

Ale to już było i nie wróci więcej.

I choć tyle się zdarzyło,

To do przodu wciąż wyrywa głupie serce.

Ale to już było, znikło gdzieś za nami.

Choć w papierach lat przybyło…1

Siedziałam teraz w pustej bibliotece, w głowie rozbrzmiewała mi nieśmiertelna Maryla i w zamyśleniu stukałam długopisem w biurko. Nikomu to nie przeszkadzało, bo nikogo o tej porze tu nie było. Z okien widziałam piekarnię pana Andrzeja. Było jeszcze przed południem, a jedenasta to w naszej gminnej bibliotece martwa godzina. Część stałych czytelników zawitała rano, tuż po dziewiątej, kiedy robiła zakupy, bo „po drodze”, reszta zrobi to po szesnastej, kiedy wyjdzie z pracy. W środku dnia nie było zazwyczaj nikogo. Moja współpracowniczka miała dzisiaj wolne, a przede mną leżał stosik książek gotowych do wpisania w rejestr i obłożenia folią, ale nie mogłam się zmusić do tego, by zacząć to robić. No po prostu nie mogłam.

Taki „niechciej” zdarzał mi się coraz częściej. Nic, naprawdę nic nie chciało mi się robić. Czy była to nuda, czy apatia, czy zwyczajne lenistwo? Nie miałam pojęcia. Od pewnego czasu miałam wrażenie, że ogarniało mnie coś w rodzaju mgły. Nie tej lekkiej, romantycznej, która otulała poranki, lecz ciężkiej, gęstej, mlecznej. Zaklejała mi zwoje mózgowe i często nie pozwalała nawet znaleźć słów odpowiednich do przekazania jakichś resztek myśli. Nie mówiłam o tym nikomu, bo wiedziałam, że wszyscy popukaliby się tylko w głowę. Pierwsza zrobiłaby to moja matka, która natychmiast opowiedziałaby o szeregu swoich chorób oraz o życiowej tabelce strat i rozczarowań. Ustawiłaby mnie do kąta jak pięcioletnią dziewczynkę, bo przecież nie miałam powodów do zmartwień i narzekałam, bo mi się poprzewracało w tyłku. Niczego nie doceniałam, a ona w moim wieku… Ech. Szkoda czasu i atłasu na rozmowy intymne z moją matką. Zresztą Tomek też rzuciłby mi to swoje spojrzenie. Potem obróciłby to w jakiś głupkowaty żart, a mnie wcale nie było do śmiechu. Nie, to nie miało sensu.

Oczywiście jakby to racjonalnie rozebrać na czynniki pierwsze, to rzeczywiście teoretycznie nie działo się nic złego. Miałam dom, spokój, zdrowie. A mimo to czułam, jakby coś we mnie powoli… gasło. Nie potrafiłam cieszyć się drobiazgami, które tak niedawno sprawiały mi frajdę. Ani świeżym praniem pachnącym wiatrem, ani ciepłem kubka w dłoniach, ani dźwiękiem deszczu uderzającego w parapet. Książki, które kiedyś pochłaniałam z zachwytem, teraz odkładałam po kilku stronach, bez żalu i bez powodu. Wszystko, absolutnie wszystko wydawało się płaskie, pozbawione sensu.

Najtrudniejsze były wieczory. Gdy dzień się kończył, uświadamiałam sobie, że właściwie nic się nie wydarzyło. Że kolejny dzień przesypał się przez palce, zostawiając po sobie tylko lekki ślad zmęczenia, nic znaczącego. Nic ważnego. Żadnych strzępów wspomnień, których można by się uczepić. Wtedy dopadało mnie to dziwne uczucie: nie smutek, nie rozpacz, lecz coś pomiędzy, czego za nic w świecie nie umiałam nazwać. Melancholia? Przygnębienie? Depresja?

Nie wiedziałam też, czy to przejściowe, czy i kiedy minie. Może to był po prostu ten etap, ten czas, gdy człowiek przestawał spodziewać się cudów i musiał po prostu nauczyć się żyć z ciszą, jaka po owych cudach zostawała?

Westchnęłam.

To były te rzeczy, o których nie mówiłam nawet Alicji, mojej najlepszej przyjaciółce, jeszcze z podstawówki. Ona była tak pełna życia, że wiedziałam, po prostu wiedziałam, że mnie nie zrozumie. Nie tym razem.

Zerknęłam na swój brzuch, wystający zza paska spodni. Cóż, moje lenistwo obejmowało ostatnio wszystkie sfery i nie dało się ukryć, że znowu przytyłam. Cholera, co się działo z moim metabolizmem? Czary? Złe czary. Mityczny, zwalniający po czterdziestce do zera metabolizm dał o sobie znać nagle i nieubłaganie. I wcale mi się to nie podobało. Kiedyś wystarczyło nie zjeść kolacji i rano waga triumfalnie obwieszczała ubytek kilogramów. Dziś? Jedynie spoglądałam na kawałek ciasta i już czułam, jak spodnie zaczynają pękać w szwach i buntować się przy guziku.

Zasadniczo moje ciało zaczęło mieć własne zdanie na każdy temat. Najczęściej pytało, czy może nie trzeba zachować trochę kalorii na czarną godzinę. I zanim zdążyłam się zorientować, odkładało tłuszczyk na biodrach, udach i – tak na wszelki wypadek – trochę też pod pachami, tworząc rozkoszne wałeczki jak u barokowych amorków. Wróć. Nie były rozkoszne. Były ohydne. Nie znosiłam ich. Poza tym w badaniach wyszło, że moje hormony dostały świra, co także zdecydowanie niczego nie ułatwiało.

Znów westchnęłam.

Cholera, czas był najwyższy wziąć się za siebie, bo jeszcze moment, a waga pokaże mi trzy cyferki zamiast dwóch.

Usiadłam do komputera i zaczęłam przeglądać strony z ćwiczeniami i dietami dla kobiet w okresie menopauzy. Z żadnego zdjęcia nie spoglądała na mnie kobieta, która chociaż trochę wyglądałaby jak ja. Za to wszystkie przypominały nieco starszą Claudię Schiffer. Chryste Panie, nawet w czasach własnej świetności nie miałam nic wspólnego z supermodelką. Zamknęłam internet i sięgnęłam po pierwszą z wierzchu książkę ze stosika, który miałam przed sobą. Był to poradnik Mel Robbins.

Krzywiłam się przez pierwsze trzydzieści stron, bo w ogóle nie przepadałam za poradnikami, ale potem wciągnęło mnie bez reszty. A jeszcze później okazało się, że kompletnie nieznana mi Mel, żyjąca sobie gdzieś w Vermont babeczka, zmieniła moje życie.

ROZDZIAŁ 2

Ranki zimowe zrobione są ze stali, mają metaliczny smak i ostre krawędzie. (…) O siódmej rano, w styczniu, widać, że świat nie został stworzony dla Człowieka, a na pewno nie ku jego wygodzie i przyjemności.

Olga Tokarczuk, Prowadź swój pług przez kości umarłych

Basia

Zerkałam na stosik nowo zakupionych do biblioteki książek. Było ich kilkadziesiąt – urząd miasta sypnął groszem na początku roku, więc ja i koleżanka spieszyłyśmy się z zakupami, zanim ktokolwiek się rozmyśli co do pieniędzy i uzna, że jednak nie warto inwestować w kulturę. Codziennie kurier zostawiał dwie, trzy przesyłki z nowościami i bestsellerami. Nowa Bonda, nowy Ćwirlej, nowa Świst. Same hity ostatnich miesięcy! Nie miałam pojęcia, komu tam w gminie odbiło z rozdawaniem kasy, ale nie śmiałam narzekać. Jak dawali, trzeba było brać i robić zakupy.

Czytelnicy, a w zasadzie czytelniczki sięgały najchętniej po obyczajówki i kryminały. Wcale mnie to nie dziwiło, bo ja sama po latach mierzenia się z Dostojewskim, Mannem i Myśliwskim sięgałam po proste, romantyczne historie, w których cieple grzałam się jak jaszczurka w słońcu. Ostatnio, poza tym jednym poradnikiem Mel, jeśli doczytywałam coś do końca, to w zasadzie tylko romanse. Wiedziałam dlaczego, ale za nic nie chciałam tego przyznać głośno: na pewno miał z tym coś wspólnego fakt, że romantyzm z mojego małżeństwa wyparował niczym woda z czajnika. Kiedy zapytałam Tomka, czy mógłby choć raz okazać jakieś emocje w stosunku do mnie, cokolwiek, żebym wiedziała, że mu jeszcze zależy, zaśmiał się i oznajmił, że zostawia emocje na mecz Legii. I mam się nie wygłupiać, bo już jestem na wygłupy za stara. Po wygłoszeniu tej mądrości udał się do garażu majsterkować.

Wtedy naprawdę poczułam się stara. Pierwszy raz w życiu. A nie miałam nawet czterdziestki! Dziś, sześć lat później, wcale nie było lepiej. W zasadzie było nawet gorzej. Ania, nasza jedyna córka, wyjechała dwa lata temu na studia, żyła już własnym pięknym, kolorowym życiem studentki filologii angielskiej Uniwersytetu Gdańskiego, a ja zgubiłam siebie w pustym gnieździe. I w ogóle nie mogłam się odnaleźć.

Z rozmyślań wyrwało mnie bicie zegara. Boże, ile godzin przesiedziałam niemal w bezruchu! Jedyne, co udało mi się zrobić, to opchnąć kawałek ciasta wiśniowego i znaleźć dwie książki dla starszej pani. Było już dobrze po szesnastej i zastanawiałam się, czy warto rozpoczynać stemplowanie nowych egzemplarzy, ale szybko uznałam, że nie. Jutro też będzie dzień. Bez przesady.

Wygładziłam bluzkę w drobne kwiatki i przeczesałam dłonią włosy w kolorze mysiego blondu. Za oknem od ponad godziny było już ciemno, niemal czarno. Styczniowe popołudnie przypominało noc. Nie było śniegu i tylko smętne światełka choinkowe na sztucznym drzewku stojącym przy wejściu do biblioteki przypominały, że jest zima, niedawno były święta i do wiosny jeszcze bardzo, bardzo daleko.

Zacisnęłam zęby na myśl o wiośnie i coś mnie zakłuło w sercu z tęsknoty za nią. Zawsze nie cierpiałam stycznia. Nie cierpiałam też lutego i marca, całego pierwszego kwartału, i co roku czułam, że wracam do żywych dopiero w okolicach drugiej połowy kwietnia, kiedy świat zaczynał się zielenić. Ale w tym roku było jakoś… wyjątkowo trudno. Bardziej niż zwykle. Pierwsze trzy miesiące ciągnęły się jak guma w zbyt luźnych gaciach. Gaciach Tomka na przykład. Uśmiechnęłam się do siebie złośliwie. Tak, to było dobre porównanie. Zamierzałam zachować je dla siebie, jasne, ale pasowało jak ulał. Gacie Tomka zrobiły się ostatnio naprawdę olbrzymie. On też tył, choć, gwoli sprawiedliwości, nie tak szybko i nie tak bardzo jak… ja.

Zegar wybił siedemnastą i po raz kolejny wyrwał mnie z zamyślenia. Czas do domu. Wyłączyłam komputer, który zarzęził i przestał pracować, założyłam wełniany płaszcz i ciepły szal, zgasiłam światło, wyszłam z biblioteki i starannie zamknęłam drzwi na klucz. Nie lubiłam wychodzić jako ostatnia, bo zawsze miałam wrażenie, że czegoś nie dopilnowałam. Po tysiąc razy sprawdzałam, czy drzwi na pewno są zamknięte. Zawsze były, ale i tak nie dawało mi to spokoju. Teraz jednak postanowiłam, że zawalczę z tym natręctwem i nie sprawdzę.

Przełknęłam rosnącą w gardle gulę i nie odwracając się za siebie, zeszłam ze schodków i skierowałam się w stronę domu, odwracając głowę od piekarni, z której dobiegł mnie już zapach świeżych bułek. Taaaak, te bułki to było moje nieszczęście. W przeciwieństwie do innych piekarń ta nasza wyszogrodzka otwierała się po południu, a nie rano. I dlatego za każdym razem, kiedy wychodziłam z pracy, wabiły mnie do siebie gorące kajzerki, maślane rogale, świeże razowce i drożdżówki z serem.

Dziś nie zamierzałam tam wstępować, nie chciałam dać się omamić syreniemu śpiewowi pieczywa pana Andrzeja. Wałeczek, wał w zasadzie, na brzuchu był mocno wyczuwalny nawet przez wełniany płaszcz i strasznie mnie to denerwowało. Oddaliłam się czym prędzej.

W powietrzu, poza zapachem chleba, unosił się smród spalenizny. Zakryłam nos szalem, klnąc w duchu na czym świat stoi. Co ci ludzie wrzucali do tych cholernych pieców? Plastikowe butelki? Tylko na moment odwróciłam wzrok i popatrzyłam na ciemne wody Wisły, migoczące od świateł na moście. Lubiłam ten widok najbardziej na świecie. Ale nie dziś, nie teraz, nie w styczniu. Wilgotny, zimny wiatr próbował na wszelkie sposoby dostać się pod ciepły materiał, więc włożyłam ręce do kieszeni i przyspieszyłam kroku.

Nie miałam daleko. Wyszogród to malutkie, senne miasteczko. Przycupnęło na skarpie nad rzeką i od lat drzemało w najlepsze. Na ogół kochałam ten spokój, to wra­że­nie, że czas tu inaczej płynie, ale dziś wydawało mi się, że nastąpiła jakaś apokalipsa i ja, Barbara Leśniewska, byłam jedyną, która ją przeżyła. Wokół mnie nie było żywej duszy, a przez cały dzień do biblioteki zajrzały może trzy osoby. Gdzie się wszyscy podziali? Porwali ich kosmici, demogorgon czy zombie? Uśmiechnęłam się do siebie. Może z wieloma rzeczami byłam ostatnio do tyłu, wielu rzeczy mi się nie chciało, ale zalec z chipsami przed Netflixem mogłam zawsze, i to na dowolnie długi czas, również kosztem snu. Z serialami byłam na bieżąco.

Skręciłam w ulicę Franciszkańską i stanęłam przed domem. Popchnęłam furtkę, która zaskrzypiała żałośnie, ale, choć niechętnie, ustąpiła pod naporem dłoni. W domu paliło się światło, co oznaczało tylko jedno – Tomek też już wrócił z pracy. Zmarszczyłam brwi. Tego też nie lubiłam. Boże, ilu rzeczy ostatnio nie znosiłam, ile mnie irytowało i frustrowało! Ale co poradzę, że po pracy uwielbiam być przez moment sama w domu. Zaparzyć w kuchni kubek herbaty i pozwolić sobie po prostu… być.

– Hej! – Starałam się, mimo wszystko, zabrzmieć radośnie, wchodząc do przedpokoju.

Nikt mi nie odpowiedział. Szary kot wybiegł mi na spotkanie, ale kiedy już wyciągnęłam do niego dłoń, by go pomiziać, zawrócił i zniknął za rogiem. Cały Kłaczek.

Powiesiłam płaszcz na wieszaku i weszłam do salonu.

– Hej! – powtórzyłam.

– Hej – dobiegł z kuchni męski głos, który bardziej przypominał mruknięcie.

– Jak życie? – zapytałam wesoło, odstawiając torbę na krzesło i zaglądając do kuchni, w której zastałam męża. Właśnie przymierzał się do sterty kanapek, a w kubku mieszał herbatę. Cukier z herbatą w zasadzie.

– Dobrze – odpowiedział Tomek, nie podnosząc na mnie wzroku. Ekran smartfona, który przed nim leżał, wyświetlał właśnie jakiś mecz.

– U mnie też dobrze – poinformowałam, zalewając sobie torebkę Liptona gorącą wodą.

– To dobrze. – Wciąż wpatrywał się w telefon jak zaklęty.

Przekrzywiłam głowę i zmrużyłam oczy.

– Mam raka i zostały mi trzy miesiące życia. – Zacisnęłam usta i nie spuszczałam wzroku z mojego męża.

– No tak, tak, dobrze… – Ktoś właśnie strzelił gola, bo z głośniczka dobiegła wrzawa z trybun i śmiech komentatora. – Co za akcja!

– Z tą chorobą? – podpowiedziałam i zastukałam paznokciami w swój kubek.

– Co? – Podniósł na mnie wzrok i kilkukrotnie zamrugał. – Nie, nie z chorobą, świetna akcja de Jonga. Jaką chorobą? O czym ty mówisz?

Teraz dopiero jakby oprzytomniał. Machnęłam ręką.

– Nic już, nic. Żartowałam. Ale wiesz, co mi przyszło właśnie do głowy…

– Żartowałaś, że masz raka? – Tomek uniósł brwi. Zatrzymał mecz i w kuchni zrobiło się cicho. Cholerka, jednak nie był głuchy. Słyszał!

– No tak, sorki, głupi żart, ale chciałam sprawdzić, czy możesz choć na chwilę oderwać się od… no wiesz… tego. – Ruchem brody wskazałam telefon na stole.

– Nie przesadzasz z tym szukaniem atencji? – Tomek z powrotem włączył mecz.

A ja poczułam się, jakbym dostała w twarz. Szukaniem atencji? Rozmowa z mężem to szukanie atencji? Czy on, na litość boską, nie widział, co się dzieje? Pasowało mu to? Te milczące wieczory, które zawsze spędzaliśmy osobno? Kiedy ostatnio tak w ogóle rozmawialiśmy? Nie o naszej córce, Ani, bo o niej często, ale… tak po prostu?

Poczułam piekące łzy wzbierające pod powiekami.

– W takim razie nie zawracam ci głowy.

Wyszłam z kuchni i poszłam prosto do salonu. Usiadłam w fotelu i włączyłam telewizor. Pierwszy lepszy serial w jakimkolwiek streamingu, cokolwiek. Patrzyłam na nieskazitelną twarz posągowej Nicole Kidman w Parze idealnej i modliłam się w duchu, by gwałtowna chęć rozpłakania się minęła.

Oddychałam, jedną dłoń wczepiając w oparcie fotela, a drugą bezlitośnie ściskając pilota.

Udało mi się powstrzymać szloch, ale dudnienie w skroniach zapowiedziało ból głowy. Uśmiechnęłam się smutno. Nicole Kidman na pewno nigdy nie słyszała od męża takich słów. I może nawet nigdy nie bolała jej głowa. Szlag! Gdybym wyglądała jak Nicole, może byłabym godna uwagi własnego chłopa! A potem mi się przypomniało, że Kidman rozwodziła się właśnie z drugim mężem, jakimś piosenkarzem country, i natychmiast zrobiło mi się jakoś raźniej. Nie to, że źle jej życzyłam, w końcu nie znałam kobiety osobiście, ale była śliczna, szczupła, zdolna… śliczna, no i to by jej chyba wystarczyło, prawda?

I wtedy przyszedł mi do głowy pewien pomysł. W zasadzie wykiełkował nieco wcześniej, podczas lektury Robbins, ale teraz jakby przebił się do mojej świadomości. Cholera, nigdy nie będę wyglądać jak Nicole Kidman, znałam swoje ograniczenia i miejsce w szeregu, ale może mogłam wyglądać… lepiej? Chwyciłam do ręki swój telefon i zaczęłam przeglądać zdjęcia na Pintereście. A potem najpierw zadzwoniłam do ulubionej fryzjerki, a następnie przebrałam się w dres i wyszłam na zewnątrz. Tak, wciąż była styczniowa ciemność, zimna, obślizgła, ale trudno. Zamierzałam ją rozchodzić. I ruszyłam na pierwszy od bardzo, bardzo dawna marszobieg.

– A ty dokąd o tej porze? – zdążyłam jeszcze tylko usłyszeć z wnętrza domu, zanim zamknęłam drzwi.

– A daj mi spokój, zajmij się meczem – warknęłam i wyszłam prosto w styczniową ciemność.

ROZDZIAŁ 3

Jesteś tak dobra jak twoja ostatnia fryzura.

Fran Lebowitz

Basia

– Co robimy? Bo mam pewien pomysł, ale nie wiem, co ty na to – zapytała Angelika Modraszka, moja dobra znajoma i naczelna fryzjerka Wyszogrodu, trzymając w jednej dłoni kubek z kawą plujką, a w drugiej grzebień, którym delikatnie przeczesywała moje lekko, nie ma co ukrywać, siwiejące od góry pasma włosów.

Przyglądałam się sobie w lustrze i w ogóle nie mogłam w nim dostrzec siebie. Im dłużej patrzyłam, tym mniej widziałam. Kim, do cholery, była ta siedząca na krzesełku fryzjerskim kobieta, która wpatrywała mi się prosto w oczy? Czy to byłam ja? Zimowe słońce, które postanowiło wyjątkowo, w drodze łaski wyleźć zza chmur, było bystre, jaskrawe i bezlitosne. Ukazało każdą zmarszczkę, każdą nierówność i każdy włos na brodzie, a byłam pewna, że dopiero co wyrwałam je wszystkie pęsetą. Otóż nie. Dwa pojedyncze sztywne, czarne jak smoła włosy sterczały wyraźnie z lewej strony. Błyszczały w świetle, dobitnie dając do zrozumienia, że są, nigdzie się nie wybierają i że broda to dobre miejsce do tego, by mogły się na przykład rozmnożyć. Przez chwilę oczyma wyobraźni zobaczyłam siebie z zarostem. Boże mój, baba z brodą. Jak w wędrownym cyrku sto lat temu!

– Halo, coś tak zamilkła? – Angelika dopiła kawę i odstawiła kubek na stolik. Wolną ręką poprawiła stanik, którego koronkowy brzeg widać było spod bluzki, a dwie pełne, jędrne piersi za wszelką cenę starały się wyrwać z niego na wolność.

– Bo… bo teraz to już nie wiem. – Poruszyłam się na krześle. Po tym przedwczorajszym marszobiegu bolał mnie tyłek. Bardziej niż bardzo. Był zapewne szczerze zdziwiony, że ktokolwiek kazał mu tak zapylać.

– Nie wiesz, czy tniemy, czy farbujemy? – dopytywała Angelika. Znałyśmy się nieźle, ale nie nazwałabym jej przyjaciółką. To określenie było zarezerwowane tylko dla Alicji. Raczej to nasi mężowie byli blisko, bo prowadzili razem warsztat lakierniczo-samochodowy, który odziedziczyli po swoich ojcach, a ci z kolei kierowali nim wspólnie prawie czterdzieści lat.

Rude, niemal wściekle czerwone loki Angeliki zatańczyły wokół jej głowy. Uśmiechnęła się szeroko. Była niewiele młodsza ode mnie, ale wyglądała jak nastolatka. Poczułam się nagle wielka i ogromna w tym ciasnym krzesełku. Zupełnie jak bezkształtny worek kartofli, któremu zamarzyło się farbowanie, co w sumie było bez sensu – po co komu farbowany worek kartofli?

– No, nie jestem pewna… – przyznałam z wahaniem. – Chciałabym wyglądać jak…

Ugryzłam się w język. Omal mi się nie wymsknęło, że chciałam wyglądać jak Nicole Kidman. Jezus, ale by to zabrzmiało!

Angelika pokiwała głową ze zrozumieniem. Oczywiście, że wiedziała, o co chodzi. Bez słów. Doskonale rozumiała swoje zadanie i od lat miała świadomość, że prowadzenie zakładu fryzjerskiego było niemal równoznaczne z prowadzeniem gabinetu terapeutycznego. Ile historii tu wysłuchała, to już tylko ona wie. A że był to salon tylko dla kobiet i żaden facet – bez wyjątków – nie miał tu wstępu, kobiety zaglądały do niej wyjątkowo chętnie.

– Ma być młodziej i nie tak blado? – podpowiedziała.

Pokiwałam głową.

– Robimy po mojemu? – Angelika puściła do mnie oko. – Zróbmy raz po mojemu, proooooszę! Tomek będzie zachwycony!

Westchnęłam. Prawy pośladek dał o sobie znać, ale wtedy też od razu przypomniały mi się słowa Tomka o szukaniu atencji. Zacisnęłam zęby.

– To nie ma znaczenia, co pomyśli Tomek. Serio. Tak, rób, jak uważasz.

– Hm… rozumiem. Pokłóciliście się?

Wzruszyłam ramionami. Nie chciałam o tym rozmawiać.

– Oni wszyscy są stuknięci. Tymczasem… będzie pani zadowolona! – zapewniła Angelika ze śmiechem, złapała za cienki kucyk, który sięgał ramion, i ciachnęła go jednym ruchem.

Mijały minuty i kwadranse, na moje włosy nanoszono toner, nawilżano je, czesano i strzyżono. Potem siedziałam pod parownicą i spokojnie przeglądałam jakąś plotkarską gazetę. Zeszło ze mnie napięcie. Zresztą nie miałam już odwrotu – włosy były ścięte i pokolorowane, na finalny efekt jeszcze czekałam, aż zostaną wysuszone i wymodelowane, ale już teraz czułam, że mogłam oddychać. Zaburczał mi żołądek, ale im głośniej dawał o sobie znać, tym zachłanniej piłam swoją kawę. O nie! Nie będzie się tu rządził! I wołał o bułki! Teraz ja trochę porządzę. Z tyloma rzeczami już sobie dałam w życiu radę, a z tym jednym organem nie mogłam się dogadać. Przez tyle lat! Był jak worek bez dna! Nie było takiej ilości ciasta, której nie dałabym rady zjeść, i nie znałam uczucia „zasłodzenia”, o którym czasem inni wspominali.

Drzwi skrzypnęły i do środka weszła pani Krysia Łuczak. Znali ją wszyscy w Wyszogrodzie. Przed laty, dopóki nie rozpanoszyły się w miasteczku sieciowe supermarkety, prowadziła tu mały sklep z domową chemią, po którym teraz nie został już nawet ślad. Była to niezwykle żwawa i dziarska starsza pani.

– Dzień dobry, kochane! – powiedziała wesoło, zdejmując z siebie puchówkę. Policzki miała zaczerwienione od zimna.

– Dzień dobry, pani Krysiu! Pani siada, zaraz się panią zajmę. – Angelika suszyła właśnie włosy innej klientce. Starsza kobieta usiadła na fotelu i zerknęła życzliwie w moją stronę. Skinęłam głową, a pani Krysia odpowiedziała z uśmiechem.

– Dawno pani nie było w bibliotece – zagadnęłam. To był minus bywania u fryzjerki. Ten small talk, na który naprawdę nie zawsze miałam ochotę. W takim mieście jak Wyszogród był on jednak niezbędny dla podtrzymania funkcji życiowych mieszkańców i dobrych relacji sąsiedzkich.

Pani Krysia westchnęła.

– No, czytać nie mogę ostatnio, coś mi na oczy wlazło. Może zaćma, nie wiem. Ale zajdę do was, zajdę, jak tylko nowe okulary zrobię. Macie nowe książki?

– Jeszcze się pani zdziwi ile! Dawno takiego zastrzyku nowości nie było. Komuś tam w urzędzie zrobiło się nas szkoda albo zdarzył się cud, bo sypnęli groszem jak nigdy!

– Wspaniale. – Pani Krysia zatarła ręce. – Nowa fryzura?

Poczułam, jak moją twarz oblewa rumieniec.

– Tak, jakaś odmiana by się czasem przydała.

Pani Krysia zaśmiała się cichutko. Ona akurat od zawsze, odkąd wszyscy pamiętali, miała tę samą fryzurę – krótkie włosy, na które Angelika co kilka miesięcy nakładała trwałą ondulację. Starym, sprawdzonym sposobem.

– Pani Krysiu, pani siada.

Klientka, młoda dziewczyna o wielkich oczach, zeszła z fotela. Przyglądała się swojemu odbiciu w lustrze i natychmiast wyjęła telefon, by zrobić sobie zdjęcie. Charakterystyczny dzióbek i cyk! Patrzyłam na nią z zachwytem. Miała miękkie, wyprostowane prostownicą włosy, które błyszczały jak jedwab, i niewięcej jak dwadzieścia lat. Wręcz onieśmielała tą gładką, idealną urodą młodej kobiety.

Przy dwudziestolatkach czułam się już naprawdę jak Baba Jaga. Chyba jedyne, czego mi brakowało, to brodawka na nosie. Nie, nie zazdrościłam im, ale ta uroda szczupłego, gibkiego ciała, zuchwała niemal w swej młodości, dobitnie przypominała, że to se ne vrati. Nigdy, przenigdy. I musiałam przyznać sama przed sobą, że jednak był w tym pewien smutek. Trudno chyba pogodzić się z procesem starzenia.

Zamrugałam oczami i przeniosłam wzrok na panią Krysię. Całą jej twarz pokrywała siatka drobnych zmarszczek, ale nagle starsza kobieta wydała mi się równie piękna jak młoda dziewczyna przed sekundą. Pani Krysia miała siwe, miękkie włosy. Przydługie loki okalały jej twarz pełną spokoju i ciepła. W jej oczach było coś, co widzi się tylko u tych, którzy przeszli przez życie z godnością i radością.

Starsza pani usiadła na krzesełku.

– To, co zawsze – poprosiła.

Rozciągnęła usta w uśmiechu. Może chwilowo nie miałam ochoty na pogawędki, ale nie sposób było nie lubić tej kobiety. Odłożyłam gazetę i przyglądałam się teraz temu, co robiła Angelika.

W małym salonie pachniało lawendą. Był to zapach delikatny i nieco nostalgiczny. Pomyślałam, że idealnie pasował do starszych pań. Zadrżałam i moje myśli wróciły uparcie do tego, o czym myślałam przed chwilą. Czy skoro mi się podobał, to znaczy, że ja też weszłam w smugę cienia i zaliczałam się do kategorii… „starsza pani”? Jak bardzo by mi przeszkadzało, gdyby ktoś mnie tak nazwał?

Angelika podeszła do kobiety z niezwykłym szacunkiem, chociaż życzliwa była dla wszystkich – w końcu nasz klient, nasz pan – ale miałam wrażenie, że pani Krysia jest obsługiwana z honorami. I słusznie. Angelika chyba też czuła tę energię pani Krysi. Energię kobiety doświadczonej przez życie, tej, która już dużo wie. Czy to nie dziwne, że nie mamy w języku polskim określenia na kobietę z życiową mądrością? Jest tylko męski – jakżeby inaczej – odpowiednik: „mędrzec”. A tę, która jest mądra, jak nazywano?

Pokręciłam głową pod parownicą. Nie nazywano. Mądre kobiety rugowano na obrzeża wsi i palono na stosach, bo te, które dużo wiedziały, to były przecież „wiedźmy”. Konia z rzędem temu, kto zna mądrą, dobrą staruszkę z jakiejś baśni. Dlaczego zawsze są to staruchy, złe czarownice, które robią na złość młodym, ślicznym kobietom?

Uśmiechnęłam się teraz do siebie. Tak, gdyby dobre wiedźmy istniały, pani Krysia byłaby jedną z nich. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, jak blisko byłam prawdy o tej kobiecie i jak ważna okaże się ta osoba w moim życiu.

Angelika wprawnymi i ostrożnymi ruchami zaczęła dzielić włosy na sekcje i każde pasmo nawijała na wałek. Pierwsze krople płynu ondulującego spłynęły po spiralach powstających loków.

– Nie wyobrażam sobie pani bez tych loczków – stwierdziła Angelika.

– Bo to nie byłabym ja – odparła pani Krysia. – To ważne, by wiedzieć, kim się jest.

Angelika odwróciła się w moją stronę i puściła do mnie oko. Czasem tak się porozumiewałyśmy, gdy słyszałyśmy coś zabawnego, czego nie wypadało komentować. A pani Krysia umiała w bon moty jak mało kto.

– Czy pani wie, kim pani jest? – Staruszka nieustępliwie ciągnęła temat.

Angelika wzruszyła ramionami.

– Wiem. I jest mi z tym bardzo dobrze.

– Ha! To wspaniale. Punkt dla pani, pani Angeliko – pochwaliła pani Krysia.

– O tak! – Angelika spryskiwała włosy kobiety płynem do trwałej. – Jestem w takim miejscu w życiu, że nic mi więcej nie potrzeba.

– U pana Witka wszystko w porządku?

– Tak, tylko ciągle siedzi w warsztacie. Ja nie wiem, co oni tam z tym Tomkiem robią. – Angelika znów mrugnęła do mnie porozumiewawczo. – Ale tak między nami, z facetami to same kłopoty, co jeden, to lepszy, prawda, Basia? Gdyby kobiety rządziły się same, byłoby sto razy lepiej. To jedno wiem.

Przytaknęłam.

– Nawet sami sobie gaci nie upiorą – ciągnęła Angelika. Witek też musiał jej chyba ostatnio zaleźć za skórę. – A w warsztacie jest reorganizacja roboty, odkąd pojawiła się Laura.

– Laura? – Pani Krysia przekrzywiła głowę, a we mnie napięła się jakaś struna.

Zmarszczyłam bezwiednie brwi.

Laura. Trzydziestoletnia kadrowa, księgowa i social managerka, która od dwóch miesięcy pracowała w warsztatowym biurze na pół etatu. Robiła zakładowi zasięgi w sieci, ale ja osobiście – jak to się mówiło – nie miałam z nią chemii. Denerwowały mnie jej dekolty i krótkie spódniczki, więc odkąd zakomunikowałam Tomkowi, że mnie to irytuje, przestał o niej opowiadać. W efekcie prawie zapomniałam o jej istnieniu, ale teraz, kiedy Angelika o niej napomknęła, coś mnie zakłuło. Ze złości? Z zazdrości? Nie miałam pojęcia, ale to uczucie było bardzo, ale to bardzo niewygodne.

– Tak, nowa pracowniczka. Śmiga w komputerach, bo ci nasi dwaj faceci to niekoniecznie, prawda, Basia?

Rozciągnęłam usta w obrzydliwym, nieszczerym uśmiechu.

– Prawda – potwierdziłam. Boże, za odegranie tej sceny powinnam dostać Oscara. Albo chociaż Orła.

Pani Krysia poprawiła się na krześle.

– Ano… To dobrze. Dobrze, że mają pomoc. Ha, faceci! Ale wiecie, kochane, bez nich też źle, proszę mi wierzyć. Mój Miecio nie żyje już dwadzieścia lat. Dwadzieścia! Niech bym mogła z nim spędzić chociaż jeszcze jeden dzień, to może i te gacie bym mu nawet uprała.

– No, pani Miecio świętej pamięci to był skarb. Nie ma co – westchnęła Angelika.

Uśmiechnęłam się mimowolnie na dźwięk imienia Miecio. Tak, i ja pamiętałam męża pani Krysi. Jaki to był sympatyczny człowiek!

– No dobra, zakręcone, pani siada teraz tu. – Angelika wskazała pani Krysi fotel obok. – A zapraszam Basię. Zobaczymy, co tam wyszło.

Niepewnie usiadłam najpierw przy myjce, a potem ponownie na fotelu przed lustrem. Angelika odwinęła z mojej głowy ręcznik i wytarła nim włosy. Tak, były krótkie. I były jasne. Bardzo jasne. To widziałam już wcześniej, ale teraz jeszcze oszałamiająco pachniały, a kiedy Angelika przeczesywała je palcami, wydawały się jedwabiście gładkie.

Fryzjerka wzięła do ręki jonizującą suszarkę i zaczęła modelować fryzurę. W ogóle nie używała grzebienia, cały czas przeczesywała włosy palcami.

– Zamknij oczy, kochana – poprosiła, a kiedy to zrobiłam, wyłączyła suszarkę, nałożyła na palce krem do sty­lizacji i zaczęła układać pasma. Po chwili ogłosiła: – No dobra, finito!

Uniosłam powieki. Tak, twarz, która patrzyła na mnie w lustrze, wciąż nie wyglądała znajomo, była zmęczona i miała co najmniej o jeden podbródek za dużo, ale za to zyskała nową fryzurę à la Robin Wright w serialu House of Cards. Włosy były dużo dłuższe z przodu niż z tyłu i mieniły się dwoma odcieniami blondu, które sprawiły, że twarz jakby pojaśniała. Nigdy nie miałam pasemek i byłam zachwycona. Włosy lśniły, pasemka podkreślały kształt fryzury. Przejechałam po nich ręką – podniosły się i opadły, trzymając ten sam kształt.

– Spokojnie możesz czesać się ręką, to jest taka fryzura, że robi się sama. – Angelika do mnie mrugnęła.

– Dziesięć lat mniej, pani Basiu – oceniła z uznaniem pani Krysia, a Angelika wyszczerzyła zęby.

– Ładniej. Zdecydowanie. Kurczę, dobrze mi wyszło! Baśka, co ty na to?

Uśmiechnęłam się. Dotknęłam nieśmiało krótkich kosmyków. Grzywka opadała z lekkością na czoło i naprawdę odejmowała lat. Włosy pięknie się układały.

– Ha! A nie mówiłam, żeby zdać się na mnie? – W głosie Angeliki wybrzmiał tryumf.

Pokiwałam głową i ponownie uśmiechnęłam się do odbicia.

– Jest bosko! Ty jesteś boska! Serio! Jest lepiej, niż się spodziewałam. – Odwróciłam się na fotelu w stronę Angeliki.

– No wiesz! Nie ufasz mi?

– Ufam. Dlatego pozwoliłam się obciąć. Jest kapitalnie, masz dar!

– E, daj spokój. Zaraz dar. Taka praca. Ale cieszę się, że ci się podoba. – Angelika trochę się krygowała, ale widać było, że moje komplementy sprawiały jej przyjemność.

Wstałam z fotela i jeszcze raz przejechałam dłonią po nowej czuprynce, czując, jak miękkie pasma przesypują się między palcami.

– Masz tu tę pastę do włosów. Nie klei ich, w zasadzie jej nie widać i nie czuć, ale trzyma całość w ryzach.

– Pani Basiu, przepraszam, że się wtrącę, ale teraz wygląda pani bardziej! – Pani Krysia popatrzyła na mnie z błyskiem w oczach.

– Bardziej? – Nie zrozumiałam.

– Bardziej – powtórzyła pani Krysia i pokiwała głową. – Bardziej… jak pani. Proszę nie przestawać.

Ponownie wymieniłyśmy z Angeliką porozumiewawcze spojrzenia.

Bardziej.

Dobre. Cokolwiek to znaczyło.

Pożegnałam się i wyszłam. Słońce musnęło moją twarz i poczułam błogość. Boże, jak miło! Dawno się tak dobrze nie czułam!

koniec darmowego fragmentu zapraszamy do zakupu pełnej wersji

PRZYPISY

1   Maryla Rodowicz, Ale to już było, muz. i sł. Andrzej Sikorowski. [wróć]