Wróć do mnie. - Adam Faber - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Wróć do mnie. ebook i audiobook

Adam Faber

4,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

40 osób interesuje się tą książką

Opis

MOŻE NAJLEPSZY ROMANS, W JAKI MOŻESZ SIĘ WDAĆ, TO TEN Z SAMĄ SOBĄ?

W wieku (prawie) trzydziestu lat Malina Weiser ma na koncie całą masę osiągnięć. Szefowa wysyła ją na odległą wieś, gdzie psy… szczekają trochę inaczej. Przyjaciółka ostrzega, że skoro wszystko idzie źle, to lepiej już na pewno nie będzie. W dodatku rzucił ją narzeczony – niby tylko tak trochę, ale jednak. Czy dają za to medale?

Wyjeżdżając do podgórskich Kotobrodów, by objąć posadę nauczycielki angielskiego, Malina bierze ze sobą cały bagaż okropnych doświadczeń. Jej życie postanowiło właśnie teraz się rozwalić, a ona bez chwili odpoczynku musi od razu zacząć je składać. W co jednak włożyć ręce, kiedy trafiasz do odciętej od świata społeczności, musisz z dnia na dzień stać się kocią mamą, mroczne zagadki kryminalne podsuwają ci się same pod nos, a problemy innych ludzi nagle bardzo pragną stać się też twoimi?

Jedyne, czego chciałaby Malina, to żeby było tak, jak dawniej. Żeby mogła podążać ścieżką, którą kiedyś dla siebie wymarzyła. Pragnie znów sięgnąć po coś, co bezpowrotnie utraciła. Kiedy jednak gubisz się w meandrach losu, pora zadać sobie podstawowe pytanie: kto tak naprawdę ma do ciebie wrócić?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 300

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 9 godz. 18 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Gaya Rosa

Oceny
4,0 (2 oceny)
1
0
1
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
bleblata

Całkiem niezła

Dziwna
00
FascynacjaKsiazkami

Nie oderwiesz się od lektury

Historia idealna na miły wieczór-polecam🩵❄️
00



Koniec czerwca

•

Najlepszy wybór

„No, jak dyrektorka wzywa cię na rozmowę, to pewnie szykuje się awans!” Ostatnie słowo mama wręcz wyśpiewała, a że akurat byłyśmy na siłowni, to z taką mocą kopnęła przy tym w worek treningowy, że prawie powaliła nim chudego nastolatka, który miał to nieszczęście przechodzić obok.

Niektórzy snuli nieco mniej optymistyczne wizje mojej przyszłości: „Wzywają cię na dywanik? Jak nic szykuje się zwolnienie. Ale znajdziemy ci jakieś zajęcie. Moja znajoma pracuje w warzywniaku, tym wiesz…”.

Nie wiedziałam. Wyłączyłam się już po słowie „zwolnienie”, kiedy Nela tym swoim smętnym głosem próbowała mnie przekonać, że zawsze wszystko idzie źle, a lepiej to już nigdy nie będzie.

– Skoro dyrektorka chce cię widzieć, to znaczy, że musicie pogadać – powtarzam sobie pod nosem racjonalne wytłumaczenie Filipa, kiedy już czekam w gabinecie na panią Kruk.

Chciałabym być racjonalna. To moje marzenie number one, przysięgam. Tyle że tutaj trudno być racjonalną. W tym gabinecie dosłownie nic takie nie jest. Zacznijmy od tego – i na tym też skończmy, bo ta historia zatacza równiutko okrągłe koło – że pani dyrektor kocha ptaki. Może to przez jej nazwisko, nie wiem i nie będę wnikać. Na własnym przykładzie nauczyłam się, że zbytnie grzebanie we własnej głowie zostawia człowieka z pytaniem: „To kim ja w końcu, do cholery, jestem?”, bez nadziei na odpowiedź inną niż: „Jesteś szurnięta, Malino Weiser”.

W każdym razie tutaj są tylko ptaki. Pół ściany za biurkiem zajmuje fotografia dwóch słowików, a na szafie z teczkami uwiły sobie gniazdko porcelanowe wróbelki. Z filiżanki z niedopitą kawą wdzięczy się paw i coś mi podpowiada, że i w fusach mogłabym zobaczyć skrzydełka. Ciekawe, co powiedziałaby na to wróżka czytająca z pozostałości po kawie i herbacie. Jak się w ogóle nazywają takie wróżki? Fusistki? „Pani Kruk, z pewnością kiedyś pani pofrunie!”

Jeszcze ciekawiej byłoby wiedzieć, co miałby do powiedzenia na ten temat Freud.

– Nie – mruczę do siebie. Tego ostatniego chyba wolałabym się jednak nie dowiadywać.

Poza tym gabinet jest przyciemniony i chłodny. Błądzę wzrokiem to tu, to tam, natrafiając na kolejne ptasie elementy wystroju, aż wreszcie skupiam uwagę na wiszącym na ścianie zegarze. Muszę dodawać, że to zegar z kukułką? Nie? Dzięki. W sumie to jeszcze nigdy na własne oczy takiego nie widziałam. Myślałam, że takich już nie produkują. Zwisają z niego trzy drewniane szyszki, a ptak siedzi schowany w dziupli z eleganckimi drzwiczkami i ani myśli wyłazić. Pewnie zaraz będzie musiał to zrobić. Dochodzi dwunasta.

„Skoro dyrektorka chce cię widzieć, to znaczy, że musicie pogadać” – powtarzam sobie w głowie mantrę wewnętrznej racjonalistki, dzielnie walcząc z pchającymi się do głowy myślami. Już prawie się uspokajam, gdy nagle zegar wali jak młot i powietrze rozdziera wrzask uwolnionej kukułki. Zrywam się z krzesła i zalewa mnie fala bólu, gdy uderzam głową o zakichaną papugę przyczepioną do nisko wiszącego żyrandola.

– Szlag by to! – Chwytam się za czoło, próbując jednocześnie ratować spadające z lampy ptaszysko, a kukułka dalej się drze, jakby wyrywali jej te sztuczne pióra.

– Pani Malwino!

Słyszę za sobą odgłos zamykanych drzwi. Zamieram z ręką przystawioną do głowy i ze wzrokiem utkwionym w plastikowej arze, która wpadła dziobem prosto do filiżanki.

„Malino, nie Malwino” – myśli dobijają się przez pulsujący ból.

– Pani dyrektor? – Powoli odwracam się w stronę przybyłej.

Pulchna pięćdziesięciolatka o czarnych włosach patrzy na mnie oskarżycielsko, jakbym właśnie utopiła tę jej papugę w niedopitej kawie. Na widok dyrektorki kukułka czmycha do swojego domku i w gabinecie zapada grobowa cisza. Potem pani Kruk stawia na biurku kolejną filiżankę, z niesmakiem wyciąga ptaka z tej pierwszej i odkłada go na bok.

„Za późno, żebyś go ratowała” – myślę. „Wstrząs mózgu i dziobu. Papużka jak nic już nie żyje. I nigdy nie żyła” – chciałabym rzucić prosto w twarz tej ornitoszurce.

– Proszę sobie usiąść. – Dyrektorka niedbałym gestem wskazuje na krzesło.

Zajmuję znowu miejsce, podejrzliwie spoglądając na żyrandol, by upewnić się, że nie czyha w nim więcej ptactwa. Czekam, aż pani Kruk się usadowi. Przestawia jakieś papiery, zagląda do tej czy innej teczki i bierze do ręki pióro – nie, nie takie, jak myślicie, choć nikogo nie winię za skojarzenia.

– Pani Malwino… – Brzmi jak powolny pociąg, który rusza z miejsca, choć wcale mu się nie chce.

– Malino. – Odmalowuję sobie na twarzy uśmiech, jak zawsze wtedy, gdy muszę kogoś poprawić w kwestii imienia.

– Słucham? – Dyrektorka marszczy brwi. Mam wrażenie, że zaraz odkleją się jej od twarzy i pofruną w moją stronę, żeby umazać mnie henną.

– Mam na imię Malina, nie Malwina. – Zachowuję przyjazny ton, a ona mruży ciemne oczka i popija kawę.

– Ach, faktycznie. – Taksuje wzrokiem moje dokumenty. – Zawsze zapominam. Pani ma takie oryginalne imię.

– Spadek po ojcu. Jedyny, jaki dostałam.

Śledzę uważnie zmiany na jej twarzy. Początkowa obojętność przeradza się w ciekawość.

– To on zmarł? – Znów te marszczące się brwi. No słowo daję, że zaraz jej odpadną.

– Nie. To znaczy jeszcze nie. – Zatyka mnie na moją własną głupią gadaninę. – W sumie nie wiem.

Milknę, a dyrektorka spogląda gdzieś w bok, jakby chciała złapać sens moich słów, zanim jej odfrunie. Próżny trud. Mój ojciec był żołnierzem z Ameryki. Przyjechał, poznał moją matkę (i to całkiem nieźle, można powiedzieć) i odjechał. Odwiedziłam go kilka razy, ale straciłam z nim kontakt jako nastolatka, więc pojęcia nie mam, co się z nim dzieje. Jeśli żyje, to na zdrowie. Jeśli nie żyje, to… to nie żyje.

– Amerykanin, no tak! – Nagle wystrzeliwuje piórem w moją stronę. Piórem do pisania, żeby nie było. Mało brakło, a odruchowo podniosłabym ręce. – Przecież woźna mi mówiła, że on… – Naraz nadyma się jak balon, po czym szybko chowa wzrok w papiery. – Nieważne. Tak tylko pomyślałam, bo pani ma też charakterystyczne nazwisko.

– Weiser – mówię. – Czytać przez „W”. Nazywali mnie „Weiser-wise”¹. Z takim nazwiskiem mogłam zostać wyłącznie anglistką.

Szczerzę zęby, ale ona się krzywi.

– Łajza? Coś podobnego.

– Co? Nie! Nie, to po prostu… po angielsku to znaczy… No, nieważne.

Dyrektorka marszczy czoło i znów zagląda w moje dokumenty. Zaczyna skubać pióro. Skubać pióro! Ja piórdolę!

Dość tych skojarzeń!

– Tak – wzdycha. – Tak… Pani Malw… Malino, jak długo tu już pani u nas uczy?

– Pięć lat. Zaczęłam zaraz po studiach.

Szkoła Podstawowa imienia Marii Konopnickiej w Malinowych Kątach pod Warszawą. Jak to pięknie brzmiało, kiedy składałam tu papiery! Moja promotorka, profesor Bisiura, mi to doradziła. Szukałam właśnie takiego małego miejsca dla siebie. Jakiejś niewielkiej placówki, ale ze starszą kadrą, żebym mogła się od niej uczyć. Nie za dużo dzieci, z dala od zgiełku miasta – takie miałam marzenia. Profesor Bisiura powiedziała, żebym sobie to wizualizowała, a ona wykona parę telefonów. To wywizualizowałam i mam. Ale ptaków w moich wizjach nie było.

– Lubi tu pani uczyć, prawda? – Dyrektorka mlaska pod nosem.

To normalne pytanie. Normalne, co nie? Zapewne tylko mi się przesłyszał ten groźny pomruk w jej głosie.

– Lubię. – Kiwam głową tak żywo, że kosmyki rudych włosów opadają mi na oczy. Przez chwilę zdaje mi się, że to ogon jakiejś czerwonej papugi z piekła rodem, więc je odgarniam.

– I uczniowie też panią lubią. – Pani Kruk zaczyna przeglądać ankiety wypisane przez moich podopiecznych. – Ma pani dobre opinie, wyniki z egzaminów ciągle się poprawiają.

– Staram się. Chyba moje podejście się sprawdza.

Jestem dumna z moich metod nauczania, nie ma co ukrywać. Zamiast kazać uczniom wiecznie siedzieć z nosami w podręcznikach, postarałam się o tablicę interaktywną, wprowadziłam kilka zabaw ze słownictwem i pozwoliłam korzystać z edukacyjnych gier na komórce.

– No i nie licząc tego incydentu sprzed miesiąca, wszystko było idealnie. – Kładzie na biurku dłonie. Pazury, to znaczy przepraszam: szpony, ma pomalowane na różowo.

– Incydentu? – Próbuję sobie odkurzyć pamięć.

– Z panią woźną – przypomina mi pouczającym tonem.

– Ach, to! – Parskam. – Dzieci po prostu… źle zrozumiały moje polecenie.

W połowie maja poprosiłam pierwszoklasistów, żeby ponaklejali fiszki na różne przedmioty. Mieli to zrobić wyłącznie w klasie, tymczasem mój ulubiony urwis, Tomeczek, włamał się do kantorka woźnej i poobklejał tam wszystkie sprzęty, w dodatku używając do tego superglue. A na plecy woźnej ukradkiem przylepił napis hag, czyli „jędza”.

– Już sobie to wyjaśniłyśmy – mówię. – Poza tym przyzna pani, że jednak dzieci dobrze wykonały zadanie. W końcu wszystkie… przedmioty opisały bezbłędnie.

Zanim dyrektorka się orientuje, że chyba chciałam tu kogoś zdeczka obrazić, pytam, czy właśnie w tej sprawie mnie wezwała.

– Nie, pani Malino. Nie.

Rzuca moją teczką na biurko, a jednak uśmiecha się przy tym tak szeroko, że jeszcze chwila, a będę mogła zobaczyć jej wszystkie ubytki w zębach. W sumie mogłabym tak uczyć liczenia pierwszoklasistów: „Ile popsutych zębów ma pani dyrektor? One, two, three… ten!”.

– Wezwałam panią właśnie w związku z pani osiągnięciami – dodaje. – Proszę na to zerknąć.

Po chwili obok moich papierów ląduje jeszcze jedna teczka.

PROGRAM „RÓWNE SZANSE DLA WSZYSTKICH”

 

Nauczanie języka angielskiego wśród uczniów z niewielkich miejscowości

 

Zaciekawiona sięgam po dokumenty. Czytam je kilka razy. Najpierw przebijam się przez prawniczy bełkot, próbując uchwycić sens treści. Zamiast na pięciu stronach i w siedmiu wykresach mogliby to podsumować paroma zdaniami. Unia wprowadza program wyrównywania szans wśród uczniów z niewielkich gmin i ubogich rodzin. Nauczyciele z miast i miasteczek mają przyjechać w uboższe tereny i tam popracować z dzieciakami.

– Pani jest jeszcze taka młoda… – Dyrektorka spogląda na mnie jak kwoka na pisklę. I przysięgam, że jeśli jeszcze raz coś mi się skojarzy z ptakami, to walnę samą siebie w dziób. O cholera! – Ile pani w zasadzie ma lat?

– Dwadzieścia dziewięć. Skończyłam na początku miesiąca.

– To gratuluję! Piękny wiek, żeby się jeszcze rozwinąć. Nie musi pani uczyć ciągle w tym samym miejscu i zasiedzieć się, jak, nie przymierzając, kura na grzędzie.

– Czyli pani dyrektor chce mnie tam wysłać?

Pani Kruk kilkoma łykami kończy swoją kawkę.

– Cóż, sama chętnie bym pojechała, gdyby nie to, że im zależy na angliście. Ale jak tam jest pięknie! No, niech pani tylko zobaczy.

Rzuca mi przed nos kilka zdjęć górskich okolic, zielonych łąk i wiejskich chatek. Gdy kończę je przeglądać, wesoły wzrok dyrektorki dosłownie biega mi po całej twarzy. To aż swędzi.

– Proszę myśleć o tym jak o wielkiej szansie – mówi pani Kruk.

– Dziękuję – odpowiadam cicho.

„Dziękuję, że mówi mi pani, co mam myśleć” – dodaję w głowie.

– Słucham?

– Dziękuję, że bierze mnie pani pod uwagę.

Dyrektorka macha na to ręką.

– Wie pani, nie ma nikogo innego, kto by… – ucina, jakby po gardle przejechali jej żyletką. – Miałam na myśli to, że właśnie pani jest najlepszym wyborem.

Zerkam znów na dokumenty. Miejscowość, do której miałabym pojechać, nazywa się Kotobrody.

– A dostanę czas, żeby się zastanowić? – pytam.

Uśmiech ześlizguje się z twarzy dyrektorki, a jej ton momentalnie się ochładza.

– Skoro pani się musi namyślać nad taką okazją, to proszę. – Zaczyna coś notować.

– Wie pani, to jednak wyjazd wiele kilometrów stąd, pół Polski… – tłumaczę.

– Polska taka wielka znowu nie jest. – Przybiera minę znudzonej ropuchy. Nie żebym wiedziała, jak wyglądają znudzone ropuchy, ale gdyby ktoś chciał taką namalować, to tylko mówię, do kogo uderzać.

Tak czy inaczej nie wiem, co odpowiedzieć na ten argument. Pani Kruk, zanim została dyrektorką, uczyła geografii. Zaczynała pewnie jeszcze w czasach, kiedy w Polsce było prawie pięćdziesiąt województw, a dzieciaki mogły oberwać linijką, kiedy nie znały któregoś z nich.

Na wszelki wypadek rozglądam się, czy nie ma tu żadnych linijek. Jedna jest. Pora wiać.

– To pozwolę sobie wziąć dokumenty i zapoznam się z nimi w domu. – Wstaję i zabieram teczkę.

Stoję już przy drzwiach, gdy głos dyrektorki owija się wokół mnie niczym jęzor. Ropucha. Jak nic.

– Jutro do wieczora? – pyta.

– Słucham? – Zamieram z ręką nad klamką.

– Jutro do wieczora uda się pani zdecydować? – Pani Kruk trzepocze rzęsami. – Musimy dać odpowiedź jeszcze przed wakacjami.

Zaciskam pięści.

„Ożeż ty bezczelna babo!” – myślę. „Ciekawe, jak długo wiesz o tym projekcie, a nie raczyłaś mnie poinformować!” Mam ochotę jeszcze raz włożyć tę jej papugę z żyrandola do filiżanki i tym razem naprawdę ją utopić.

– Dobrze, pani dyrektor – odpowiadam z uśmiechem.

Wiem, wiem – bardziej czołobitna już nie będę.

•

Odmienne oczekiwania

Ledwo uciekam z ptasiej dziupli, a już piszę do Filipa.

Chcę z tobą pogadać. Przyjadę pod twoje biuro w porze lunchu, ok?

Nie czekam na odpowiedź i od razu opuszczam szkołę. Zamknięta w samochodzie kładę głowę na fotelu, głośno wzdychając. O rany, ale jestem po tej rozmowie zmęczona. Zupełnie jakbym przebiegła maraton. Chętniej pojechałabym w Himalaje niż do tej podgórskiej wsi. Im dalej od pani Kruk, tym lepiej.

Machinalnie odpalam auto i ruszam przed siebie. Letnie słońce przesącza się swobodnie przez gałęzie lip i topól, oblepiając moją przednią szybę drobnymi plamkami światła. Malinowe Kąty, ta mieścinka, którą już z całego serca polubiłam, odprowadza mnie wąską, upstrzoną kolorowymi kwiatami drogą w stronę Warszawy.

Uchylam szybę, żeby się pożegnać.

– Do widzenia!

Jestem może trochę głupiutka, żeby tak gadać do pustej drogi, choć w zasadzie jaka ona pusta? Robaczki w trawie odpowiadają mi przecież „pa, pa”, co nie?

Muszę się pożegnać, bo po wakacjach tu nie wrócę. To jasne, że nie mogę odmówić pani Kruk. Żeby się przekonać, jak wspaniale to babsko potrafi się na człowieku zemścić, wystarczyło mi tylko raz odmówić wzięcia zastępstwa za jej koleżankę. Przez kolejne dwa semestry dostawałam wtedy najgorsze plany lekcji.

Nie chcę stracić pracy. Albo inaczej: nie mogę jej stracić. Pół roku temu się zaręczyłam. Utrata pracy oznaczałaby oddalenie się wizji ślubu. Kto przy zdrowych zmysłach wychodziłby za mąż na bezrobociu?

Spoglądam na własną rękę spoczywającą na kierownicy. Na te pół godziny jazdy mam chociaż złudne poczucie kontroli. Na palcu połyskuje złoty pierścionek. Malutki brylant mieni się niczym kwiat lotosu. Ten, nad którym buddyści każą człowiekowi medytować, jakby nie miał do roboty nic innego, tylko liczyć na oświecenie dzięki jakimś kwiatkom.

Moje myśli dopływają chyba do Filipa, bo po chwili dostaję od niego wiadomość. Klikam „Przeczytaj”, a po chwili w samochodzie rozchodzi się mechaniczny głos asystenta jazdy.

Dobra, możemy pogadać.

Mam nadzieję, że Filip jak zwykle okaże się głosem rozsądku.

Malinowe Kąty urywają się nagle, gdy zjeżdżam na drogę szybkiego ruchu. Zamykam okno, kiedy w plotkarskie śpiewy ptaków z hukiem wżera się warkot obcych samochodów. Moja stara czerwona Skoda jest tu jak żuczek. Zawsze mi się zdaje, że co i rusz czyha na nią jakiś krwiożerczy tir z chęcią przewalcowania jej na miazgę, ale czuję się w tym autku pewnie i je lubię.

Kurde, ja wszystko ostatnio lubię. Moje życie, moją pracę, moją przyszłość rysującą się w całkiem zwyczajnych, ale wymarzonych barwach. Filip, ja, mieszkanko, pies. A ten wyjazd tylko to odwlecze lub – na tę myśl aż przewraca mi się w żołądku – przekreśli.

Parkuję na pierwszym wolnym miejscu, a potem w metro. W drodze do centrum patrzę przed siebie. Ludzie migają jak przesuwający się w przyspieszonym tempie aktorzy z szumiącego filmu. Podziemny mrok tuneli ciągnie mnie w dół, za to gdy wychodzę znów na słońce, nagle przypływają do mnie pozytywniejsze myśli.

Nie, na pewno nie będzie tak źle.

Filip czeka już w swojej ulubionej knajpie. Dają tu sushi, takie wiecie, co obraca się na platformie i człowiek się stresuje (to znaczy ja się stresuję, bo u innych klientów tego nie zauważam), że nie zdąży pochwycić kawałków pałeczkami, rozciapka je, a potem inni będą musieli jeść takie rozmemłane.

– Hejka. – Filip całuje mnie w policzek.

Zapach jego perfum mnie uspokaja. W ogóle on cały mnie uspokaja. Nie jest to może typ faceta, przy którym stereotypowo można czuć się bezpiecznie – ma ledwo metr siedemdziesiąt wzrostu, jest szczupły i nosi grube okulary – ale ja uważam go za najprzystojniejszego na świecie.

– Co się stało? – rzuca, gdy tylko siadamy.

– A czemu myślisz, że coś się stało?

Taksuje mnie orzechowymi oczami.

– Od jakiegoś miesiąca odzywasz się tylko wtedy, gdy coś się dzieje. – Odwraca wzrok, by zwinnie wyłowić kawałek jedzenia.

– Wiesz, mieliśmy wystawianie ocen i tak dalej… Dużo roboty. Wynagrodzę ci to.

– Jasne. – Z ukosa posyła mi krzywy uśmiech.

Opieram łokcie o blat i smętnie patrzę na wędrujące przede mną sushi. Na razie nie mam ochoty bawić się w Let’s Go Fishing, czyli „Chodźmy na ryby”. To taka gra w wyławianie plastikowych rybek z ruchomej planszy. Moi pierwszoklasiści ją uwielbiają. Ja też, bo kiedy pozwalam im się bawić, sama mam wolne.

– No dobra, masz rację – przyznaję. – Coś się stało.

Słowo w słowo przytaczam mu swoją rozmowę z dyrektorką, na co on tylko potakuje, zajęty przeżuwaniem. Uszy mu się śmiesznie trzęsą, a z jego głowy na ryż opada długi ciemny włos. Filip nie zauważa tego i ze smakiem wpycha sobie cały kawałek sushi do ust.

– I co mam o tym myśleć? – Wbijam w niego oczekujące spojrzenie.

Wreszcie przestaje jeść i spogląda na mnie. Jakoś tak beznamiętnie. Może się nie znam, ale beznamiętne spoglądanie na przyszłą żonę chyba za dobrze nie wróży.

– Nie rozumiem – stwierdza lekko poirytowany.

– Pytam, jak mam to traktować – mówię. – Czy powinnam faktycznie patrzeć na to jak na szansę? Awans?

– Nie wiem. – Wzrusza ramionami. – Zresztą czy ty zawsze potrzebujesz kogoś, kto ci powie, co masz myśleć?

Zatyka mnie.

– O co ci chodzi?

Bierze mój talerzyk i zaczyna nakładać mi moje ulubione rollsy.

– O nic – mówi – ale jesteś jakaś taka… bierna. Twoja matka powie ci jedną rzecz, a ty się cieszysz. Potem dzwonisz do Nelki, ona nagada ci, że cię wywalą z pracy, i się smucisz. A przecież kluczowe pytanie brzmi, co ty o tym myślisz.

Przygryzam wargę. Coś w tym jest. Szkoda tylko, że Filip mówi to z narastającą złością, a kiedy kładzie przede mną własnoręcznie skomponowane sushi, nieco za mocno uderza talerzem o blat.

– Sama nie wiem, co myślę – przyznaję.

– No i właśnie w tym problem. – Jego oczy lśnią ostrzej niż zwykle. Czuję, że przez „problem” rozumie coś głębszego.

– To jest właśnie moja opinia: że nie wiem – próbuję ratować sytuację. – Musiałabym tam pojechać, żeby się przekonać.

– Czyli masz odpowiedź. – Rozkłada ręce.

– Ale czekaj, Filip – zaczynam po chwili namysłu. – Ty tego nie rozumiesz?

– Czego? – Uśmiecha się łagodnie.

– Powiedziałam ci, gdzie to jest. Musiałabym wyjechać na cały rok szkolny. Wiesz, co to dla nas oznacza?

Odwraca twarz w bok. Odsuwa dłoń, gdy chcę położyć na niej własną. Coś we mnie bezszelestnie krzyczy, że to zapowiedź złych wieści.

– Tak, wiem, co to oznacza. – Nie brzmi już wcale jak on. Sprawia wrażenie, jakby męczył się ze słowami.

Przez chwilę oboje milczymy. Robi się tak cicho, że zdaje mi się, jakbym mogła usłyszeć przesuwający się mechanizm z sushi.

– Może to nam dobrze zrobi? – Filip nieśmiało znów odwraca się w moją stronę.

– Co? – Pytanie dławi mnie w gardle.

– Taka przerwa.

– Dlaczego przerwa miałaby nam dobrze zrobić? – Pocą mi się ręce, chowam je pod blat.

Wzdycha.

– Ostatnio coraz częściej odnoszę wrażenie, że mamy odmienne oczekiwania względem związku.

To wyznanie spada na mnie znienacka.

– Jakie znowu odmienne oczekiwania? – pytam z niepewnością. Wiem, że zaraz coś się wydarzy, zaraz coś pęknie.

– Jak choćby to, że od kilku miesięcy proszę cię, żebyśmy ze sobą zamieszkali, a ty nic. I nie chodzi nawet o odmowę, tylko o zbywanie tematu.

– Bo już ci to tłumaczyłam. – Ściszam głos i rozglądam się dyskretnie po ludziach. – Długo mieszkałam z matką i chciałam zaznać trochę wolności przed trzydziestką. Ile razy mam mówić to samo?

Filip nie ma na to odpowiedzi. Daje się zahipnotyzować taśmie z kawałkami ryb.

– U mnie też dużo się działo – mówi w końcu z takim naciskiem, jakby miał ukryte zarzuty. – W pracy, w życiu. Pamiętasz, że mój ojciec zachorował?

– Ja… Oczywiście, że… – Robi mi się głupio. U jego ojca zdiagnozowano kilka miesięcy temu raka prostaty, a ja przez ostatnie dwa tygodnie nie zapytałam nawet, jak przebiega leczenie.

Mój narzeczony zwalnia mnie z tłumaczeń.

– Chciałem większej bliskości – ciągnie. – Zależało mi, żeby z kimś pobyć, a ty… Och, zresztą, co tu gadać? Nawet do kina ostatnio ze mną nie poszłaś.

– Więc o to chodzi? O kino? Przecież możemy…

– Malina – upomina mnie lekko podniesionym głosem, przez co kilka osób zaczyna się rozglądać, być może za owocowym sushi. – Czy ty w ogóle słuchasz, co do ciebie mówię?

– Słucham. – Spuszczam głowę. Tak, słucham go, choć wolałabym tego wszystkiego nie usłyszeć. – Nie można tak bez zapowiedzi prosić o przerwę – zaczynam.

– A mnie się wydaje, że były zapowiedzi. – Przeszywa mnie wzrokiem, a do moich uszu przez moment dociera wyłącznie szum. Chciałabym powstrzymać tę nadchodzącą katastrofę. – I jestem już trochę zmęczony.

Unoszę na niego wzrok. Chcę go nim przewiercić. Wydobyć sedno sprawy.

– Masz kogoś? – Tuż po tym, jak zadaję to pytanie, zatykam sobie usta.

Filip przewraca oczami.

– Malina…

– Może się zakochałeś? Tylko pytam, bo…

– Nie mam nikogo – rzuca zniecierpliwiony. – Tłumaczę ci tylko, jak jest. Nie musisz od razu mnie oskarżać o romanse.

– Ja tylko pytam. – Mam ochotę sobie stąd pójść. Już, od razu.

– A ja ci odpowiadam. Nie podoba mi się, że od razu bierzesz pod uwagę coś takiego, kiedy szczerze ci mówię, co czuję. Ale wiesz co? – Zaciska palce na pałeczkach. – Skoro już mamy mówić szczerze i o uczuciach, to powiem ci, że chciałbym to znów poczuć.

Świat ponownie cichnie. Albo to ja głuchnę.

– Poczuć co? – wyjękuję pytanie.

– To, czego… Nieważne.

– Co chcesz poczuć? – drążę, choć nie powinnam. Nie powinnam, bo wiem, jak bardzo zaraz tego pożałuję.

– To, czego już nie czuję… do ciebie – przyznaje cicho Filip, czerwieniejąc i niemal w popłochu uciekając wzrokiem.

Skoro mowa o szczerości, to faktycznie te słowa zabrzmiały najszczerzej ze wszystkich.

Wstaję. Właściwie robią to za mnie moje nogi. Serwetka, którą rozłożyłam na kolanach, opada na podłogę. Chcę sobie zatkać uszy, naiwnie wierząc, że wciąż zdołam ochronić je przed słowami, które przecież już do nich dotarły.

– Malina… – próbuje mnie powstrzymać.

Gestem proszę go, żeby dał mi spokój. Wszystkie kolejne ruchy wykonuję automatycznie. To tak, jakbym cofała taśmę tego wszechobecnego filmu. Idę w stronę metra, jadę pociągiem głęboko pod miastem, wsiadam do auta.

Duszna aura rodzi burzę. Gdy odpalam silnik, błyskawica rozdziera niebo na to, co było, i na to, co będzie. To, co jest, to tylko pustka. Ruszam. Jeszcze tylko dwadzieścia, piętnaście, dziesięć, pięć minut, aż będę znów w swoim małym mieszkanku. Gdy docieram przed blok, zacina deszcz. Być może płaczę. Być może to krople deszczu spływają mi po policzkach.

Przez chwilę tego dnia sądziłam, że nie będzie tak źle. Jest źle. Jest, cholera, gorzej, niż myślałam.

Lipiec

•

Będę robić nic

Będę robić nic

Nic będę robić

A robić nic to znaczy nic nie robić 1

Usłyszałam tę piosenkę w dzieciństwie. Potem zapomniałam o niej na grubo ponad dwadzieścia lat, a teraz jej słowa przypłynęły do mnie tak, jak gdyby czekały zapisane na dysku twardym w mózgu na właściwą okazję.

Słucham jej w zapętleniu i robię dokładnie to, co mi każe. To znaczy nie robię. A w zasadzie to nie wiem. Jak by na to nie patrzeć, to nie da się w pełni poświęcić nicnierobieniu, dopóki człowiek upiera się choćby oddychać. Poza produkcją dwutlenku węgla moje główne rozrywki to jeszcze leżenie w łóżku i ryczenie.

Odkąd wróciłam do mieszkania po rozmowie z Filipem, działam automatycznie. Jem, bo muszę, coś tam obejrzę w streamingu, sprawdzę wiadomości, żeby zobaczyć, kto komu dziś grozi wysadzeniem i czy któraś z pohukujących w okolicach wojen nie zbliża się do Polski.

Oczywiście nie da się całkiem wyłączyć z życia, a im bardziej człowiek staje się nieobecny dla świata, tym bardziej świat domaga się uwagi. Pierwsza dzwoni do mnie Nela. Szybko wycieram łzy i włączam kamerkę w telefonie. Mam opuchnięte oczy, więc przyjaciółka od razu każe mi się zwierzyć.

– Aha, aha. – Tak gwałtownie potakuje ze zrozumieniem głową, że jej krótka blond fryzura wciąż zmienia układ. – Można było się tego spodziewać – stwierdza tonem wróżki od lat czekającej na spełnienie fatumicznej przepowiedni.

– Były znaki? – pytam. – Coś przeoczyłam?

– To facet. – Nela wzrusza ramionami. – Statystycznie rzecz biorąc, oni wszyscy mają ze sobą jakieś problemy i są zaburzeni.

– Ale on nie…

– Lepiej się stało. – Podnosi palec, każąc mi zamilknąć. – Gdyby cię nie zostawił teraz, to zrobiłby to, jak już będziesz pomarszczona i brzydka, a umówmy się, do tego wcale nie tak daleko. Lata do czterdziestki zlecą ci raz dwa.

Mechanicznie sunę ręką po czole. Może i mam ze dwie zmarszczki, ale to chyba nie powód, żeby przepowiadać mi brzydotę.

– On mnie przecież wcale nie zostawił – zauważam.

– Nie bądź głupia – prycha Nela. – Chciał, żeby to lepiej zabrzmiało, ale przecież dokładnie to zrobił.

– Czyli co? Mam się już z nim żegnać? – Ból próbuje zatopić moje słowa gdzieś w krtani.

Rozglądam się po mieszkaniu. Zostało tu jeszcze kilka rzeczy Filipa, które zapomniałam upchnąć w pudełku na dnie szafy, żeby wciąż sobie o nim nie przypominać. Nie chcę definitywnego rozstania. Jesteśmy parą już ponad sześć lat. Mieliśmy brać ślub.

– On ci się oświadczył tylko dlatego, że sama go o to poprosiłaś – przypomina mi Nela, choć ja zapamiętałam to nieco inaczej.

Owszem, Filip długo czekał z oświadczynami, bo nieopatrznie zasugerowałam mu, że chcę pierścionek z brylantem. To było tylko niedogadanie. Potem faktycznie powiedziałam, że fajniej byłoby mieć narzeczonego niż chłopaka, więc się oświadczył. Ale przecież sam to planował.

– Nigdy go nie lubiłam – krzywi się przyjaciółka. – Ten twój Filip to taki mruk.

Gdy napominam jej, że on też niezbyt ją lubi, a nawet oskarżył ją o dołowanie mnie, dopiero się obrusza.

– Co ty gadasz! A to cham!

Znów zbiera mi się na płacz. Gadamy jeszcze przez chwilkę o tym, co mam ze sobą zrobić, żeby nie myśleć. Nie robić nic albo brać się dosłownie za każdą czynność, która wpadnie mi w ręce, łącznie z haftem atłaskowym wypukłym, jeśli najdzie mnie ochota.

– Jak się teraz czujesz? – pyta na koniec Nela.

– Jestem zdołowana. – Trzęsącą się ręką sięgam po chusteczkę i wydmuchuję nos tak głośno, że gdyby podsłuchiwał nas teraz jakiś gość od Putina czy innego Kim Dzyń Dzunga, to dostałabym medal za permanentne ogłuszanie wroga.

Wiem, że Nela chce mi pomóc, ale dla własnego zdrowia psychicznego wolę się z nią rozłączyć. Już i tak nagadała mi tyle na Filipa, że zaczynam każdy jego gest analizować z perspektywy przypisanego ponoć wszystkim mężczyznom łajdactwa-zbydlęcenia, po czym walczę z własnymi myślami w głowie, próbując przekonać samą siebie, że on taki nie jest, na pewno taki nie jest.

Wracam do swojego życio-nieżycia. Jestem w trakcie trzeciego odcinka Plotkary, kiedy słyszę charakterystyczne potrójne pukanie do drzwi. Mama. Otwieram jej, a ona od razu wpakowuje się do mieszkania z siatami pełnymi prowiantu.

– Suń się, dziecko – przegania mnie, wchodząc do kuchni.

Chyba dlatego, że wychowywała mnie sama, zawsze kojarzyła mi się z superbohaterką. Jest niska i chuda, co nigdy nie przeszkadzało jej w tym, by umieć każdemu się postawić, jak choćby tamtemu gościowi w autobusie, który próbował zaglądać mi pod sukienkę, kiedy miałam piętnaście lat. Ale mu wtedy przywaliła, a siły w rękach ma sporo. Teraz też podnosi zakupy jak kulturystka.

Odziedziczyłam po niej jasnorude włosy. Ona swoje ścina krótko, żeby – jak to mówi – co parę miesięcy odcinać wraz z nimi z życia wszystko, co „było, a nie jest”. Szkoda, że ja tak nie umiem. W moich długich włosach zebrało się chyba za wiele lat, które wypadałoby chociaż jakoś inaczej ufarbować.

– Chrupki orzechowe! – cieszę się, spoglądając na blat, na którym ląduje zbyt dużo jedzenia.

– Twoje ulubione. Pamiętasz, jak byłaś mała i jadłaś je codziennie do jakiegoś serialu? – przypomina mi, wykładając jeszcze na stół słodkie wino i opakowania z mrożoną pizzą.

Kiwam głową.

– Myślałam, że przestali je produkować.

– Nie znajdziesz ich w każdym sklepie, ale serce matki zawsze pokieruje człowieka, gdzie trzeba, a intuicja podpowie, czego trzeba.

– Dzięki. – Od razu otwieram jedną paczkę i wącham chrupki. O rany, za ten zapach mogłabym sprzedać nawet Filipa. – Ale jaka znowu intuicja?

Unoszę brew. Trudno doceniać intuicję mojej mamy – kobiety, która średnio dwa razy w roku wyobraża sobie, że kolega z jogi, który zaprosił ją na spacer do warzywniaka, to ten jeden jedyny, zesłany przez los.

– Niech ci będzie. – Przez jej drobną twarz przebiega grymas zniechęcenia. – Znalazłam je dopiero w piątym sklepie, do którego weszłam, choć w takim razie tym bardziej powinnaś docenić moje wysiłki.

Tutaj akurat muszę jej przyznać rację.

Mama wyjmuje dwa kieliszki i z ciężkim brzękiem stawia wino na stoliku przed telewizorem.

– To mów, co się dzieje. – Sadza mnie w miękkim fotelu, a sama zajmuje miejsce na krześle przede mną.

Opowiadam jej o wszystkim inaczej niż wcześniej Neli. Może dlatego, że z Nelą człowiek zawsze wie, dokąd poprowadzi go rozmowa. Praca to zło konieczne, a każdy chce cię wykorzystać i wyrzucić jak przesmarkaną na wylot chusteczkę. Faceci to zło i to tylko w połowie konieczne, bo pewnego dnia na pewno uda się nam rozmnażać przez dzieworództwo. Życie to zło zupełnie niekonieczne, skoro można sobie zawsze palnąć w łeb z kałasznikowa (jak się ma wystarczająco długie ręce).

Z mamą każda rozmowa różni się od poprzednich. Nigdy nie wiadomo, jakich wniosków się spodziewać. Wyciąga dobre rady jak Święty Mikołaj z worka, ale trudno się domyślić, jakie prezenty kołaczą tam na dnie, dopóki ich nie odpakuje. Teraz zwęża ciemne oczy, dwie czarne otchłanie, które próbują mnie wciągnąć w bezpieczną, spokojną noc.

– Podstawowe pytanie brzmi: czy ty ciągle go kochasz? – mówi po chwili milczenia, gdy już kończę opowiadać o tym, jak mi beznadziejnie.

– No tak. – Nie waham się ani chwili. – Przecież to chyba widać.

– Może i widać, ale pewne rzeczy człowiek musi sobie powiedzieć.

Chrupek, którego łapczywie połykam, staje mi w gardle, gdy coś do mnie dociera.

– Ja go kocham, ale on mnie… chyba nie. – Zmuszam własne gardło do wypowiedzenia tego strasznego, chrypiącego „nie”.

– Więc może powinnaś o niego zawalczyć? – Mama uważnie mi się przygląda, jakby się spodziewała, że jakaś myśl, której nie wypowiadam na głos, wypadnie przez ucho i zsunie mi się po brodzie.

Otwieram raz po raz usta. Jak mam walczyć? Po co w ogóle zabiegać o uczucie, którego ktoś nie chce mi już ofiarować? Pytania pchają się do głowy, choć tak naprawdę żadnego nie jestem w stanie zadać. Nawet nie do końca umiałabym je na głos sformułować, a co dopiero mówić o przyjmowaniu odpowiedzi.

– Ale posłuchaj. – Mama mocno ściska moje ramię długimi palcami. – Skoro macie tę przerwę, to chyba najlepsze, co możesz zrobić, to zająć się swoim życiem, a jemu pozwolić skupić się na własnym. Ja na twoim miejscu działałabym na autopilocie. Jak przyjdzie co do czego, to sobie pogadacie, ale na razie żyj. Dostałaś w końcu awans i wiele przed tobą.

Pociągam nosem.

– Ty serio myślisz, że to awans? Kruk nie wysłałaby mnie tam, gdyby miała zamiar dać mi awans.

– Och, moja droga. – Mama szczerze się śmieje. – W życiu już dawno nauczyłam się tego, że ludzie dają nam nie to, co im się wydaje, że od nich dostaniemy, ale to, co chcemy z tego wyciągnąć. Ma być awans? To niech będzie awans.

Spoglądam na kieliszek wina, które łapie i nasyca czerwienią światło wpadające do mieszkania przez rozchylone żaluzje.

– Dzięki. – Stopniowo zalewa mnie ulga. – Dobrze, że akurat od ciebie nie dowiem się, jaki to świat jest zły.

Mama się uśmiecha i gładzi moją rękę.

– Bo świat jest przecież całkiem w porządku, prawda? – odpowiada z błyskiem w oku.

Dziś nie umiem się z nią zgodzić. Być może jednak w końcu przypomnę sobie, że się nie myli.

Przypisy

1 K. Klich, 2002, Będę robić nic, z albumu Lepszy model.

Redakcja

Patryk Białczak

 

Korekta

Agata Jagiełło

 

Skład i łamanie wersji do druku

Łukasz Slotorsz

 

Projekt graficzny okładki

Anna Slotorsz

 

Zdjęcie wykorzystane na okładce

© AdobeStock

 

© Copyright by Skarpa Warszawska, Warszawa 2026

© Copyright by Adam Faber, Warszawa 2026

 

Wydanie pierwsze

ISBN: 9788384306277

 

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w Internecie.

 

 

 

WYDAWCA

Agencja Wydawniczo-Reklamowa

Skarpa Warszawska Sp. z o.o.

ul. K.K. Baczyńskiego 1 lok. 2

00-036 Warszawa

tel. 22 416 15 81

[email protected]

www.skarpawarszawska.pl

@skarpawarszawska

 

Przygotowanie wersji elektronicznej

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Koniec czerwca

Najlepszy wybór

Odmienne oczekiwania

Lipiec

Będę robić nic

Przypisy

Strona redakcyjna

Punkty orientacyjne

Spis treści