Poczekam z tobą - Jakub Bączykowski - ebook + książka
NOWOŚĆ

Poczekam z tobą ebook

Jakub Bączykowski

4,0

184 osoby interesują się tą książką

Opis

Są ludzie, którzy nie tylko opiekują się innymi zawodowo, ale przede wszystkim naprawdę widzą drugiego człowieka.

Maciek jest młodym pielęgniarzem, który coraz częściej wraca z dyżuru z pytaniem, czy jeszcze uniesie cudze cierpienie, kiedy sam ledwo trzyma się na nogach. Laura ma osiemdziesiąt dwa lata, cięty język i więcej wspomnień niż planów, a jednak to właśnie ona jako pierwsza wypowiada na głos to, co on dotąd skrywał najgłębiej w sobie.

„Poczekam z Tobą” to ciepła, poruszająca opowieść o późnej przyjaźni przychodzącej wtedy, gdy już przestaliśmy na nią czekać i o tym, jak wielką zmianę może przynieść jeden człowiek, który postanowi po prostu zostać obok.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 282

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,0 (4 oceny)
2
1
0
1
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Panserkatt

Z braku laku…

Chyba pierwsza książka tego autora, która poruszając ważny temat robi to bez polotu i tworząc dziury logiczne.
22
Lost70

Nie oderwiesz się od lektury

Piękna i ciepła
11
Malinka1405

Dobrze spędzony czas

Piękna, wzruszająca, ciepła ale też trudna i dająca do myślenia lektura.
00
anatemka

Nie oderwiesz się od lektury

Polecam! Bączykowski jak zawsze pisze o emocjach. Tym razem o strachu i samotności starych ludzi, ale też o wyborach i rozterkach młodych. Czy te dwa światy można połączyć? Jeśli tylko się chce, to tak. Jesteśmy sobie potrzebni.
00



Copyright © Jakub Bączykowski, 2026

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2026

Redaktorka inicjująca: Marta Kujawa

Redaktorka prowadząca: Aleksandra Kotlewska

Marketing i promocja: Karolina Guzik

Redakcja: Magdalena Kawka

Korekta: Agnieszka Śliz, Magdalena Owczarzak

Projekt okładki i strony tytułowe: Ewa Popławska

Fotografia autora na skrzydełku: Piotr Serafin

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

ISBN 978-83-68889-60-4

CZWARTASTRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

[email protected]

www.czwartastrona.pl

Prolog

Siedzę przy kuchennym stole, słucham, jak zupa bulgocze w starym garnku, jakby opowiadała mi własne wspomnienia, i czuję ciepło rozlewające się w moim sercu. Spoglądam na zakratowane okna swojego mieszkania, które towarzyszą mi już od ponad pięćdziesięciu lat, obserwuję, jak śnieg osiada na żelaznych prętach i parapecie, a stary mur przeciwległej kamienicy jest spowity białymi wzorami.

Cieszę się życiem, mimo że jeszcze niedawno wydawało mi się, że nic ciekawego już mnie nie czeka. Że moje życie będzie tylko coraz bardziej spłowiałe, niczym ta ściana za oknem. A jednak, w najmniej spodziewanym momencie, wszystko zaczęło się zmieniać.

Wtedy pojawili się oni. Młodzi, zakochani, śmiejący się tak głośno, że ich radość przebija się przez mróz i dociera aż do mnie. Widzę, jak z nosami schowanymi w szalikach przytulają się, jak ich dłonie splatają się mimo grubych rękawiczek. A za chwilę przekroczą próg moich drzwi.

Mam osiemdziesiąt dwa lata. Nie sądziłam, że w tym wieku znajdę kogoś, z kim będę planowała czas. Że będę podróżowała i będę miała dla kogo gotować. Byłam przekonana, że życie już nie zaskoczy mnie żadnym kolorem. A jednak, nagle ukazała mi się cała paleta barw, na które nigdy wcześniej nie natrafiłam.

W jesieni życia mój świat nabrał najwięcej kolorów. Zupełnie jak nasza polska jesień, która zachwyca odcieniami ciepłymi niczym miód czy ostrymi jak czerwona pomarańcza. Mam wokół siebie tych, którzy potrafią rozświetlić moje dni. Czuję się młodsza niż kiedyś i choć ciało nie zawsze chce współpracować, to głowę mam pełną planów oraz marzeń.

Gdy stawiam talerze na stole, rozmyślam o miejscu, w którym to wszystko się zaczęło. O korytarzu pełnym ludzi z napiętymi twarzami, próbujących odnaleźć odrobinę spokoju wśród natłoku obowiązków i trudnych emocji. O pokoju z duszącym zapachem środków dezynfekujących. O szpitalu, którego tak nienawidziłam, a w którym narodziła się najpiękniejsza przyjaźń, i wsparciu, o jakim wcześniej nawet nie marzyłam.

Teraz już wiem, że w świecie, który pędzi w zastraszającym tempie, wciąż są ludzie, którzy potrafią się zatrzymać, spojrzeć na drugiego człowieka i podarować mu odrobinę swojego cennego czasu. Usiąść przy kuchennym stole osiemdziesięciodwuletniej kobiety, napić się herbaty ze starej filiżanki i… poczekać.

Rozdział 1

W powietrzu unosił się delikatny zapach masła, a Maciek czuł, jak zmęczenie powoli rozlewa się po całym ciele. Wpatrywał się w ścinające się na patelni jajka, które z wolna traciły płynność, zamieniając się w miękką mieszaninę bieli i żółci. Przygotowywanie śniadania po nocnej zmianie w pracy było jego rytuałem, czynnością, która pomagała mu wrócić do codzienności po dwunastu godzinach spędzonych w szpitalu. A każdy kolejny łyk gorącej herbaty z cytryną zapewniał mu odrobinę spokoju przed zbliżającym się snem.

Tak właśnie często wyglądały jego dni. Gdy większość ludzi dopiero zaczynała dzień, on kończył swoje obowiązki i szykował się do snu.

Miał zaledwie dwadzieścia siedem lat, ale czasem wydawało mu się, że każdy nocny dyżur odbiera mu kolejne lata młodości. Chwilami czuł się, jakby już miał co najmniej osiemdziesiąt. Bał się starości bardziej niż czegokolwiek: tego momentu, w którym ciało przestaje nadążać za głową, a człowiek staje się dla kogoś „problemem do rozwiązania”, zależnym jedynie od tego, czy ktoś zgodzi się mu pomóc. W swojej pracy był tego codziennie świadkiem.

Siedząc z talerzem przy stole, wspominał minioną noc, która znów była wyczerpująca.

***

Dyżur na chirurgii zaczął się jak zwykle – od kawy w dyżurce i szybkiego przejrzenia zadań. Szpital, w którym pracował, nie znał pojęcia „monotonia”, ale lubił udawać, że pierwsza godzina będzie spokojna.

– Przygotujesz kroplówki, ja ogarnę dokumentację – rzuciła Magda, koleżanka ze zmiany, podając mu listę pacjentów.

Ręce same pamiętały kolejność działania, choć myśli czasem błądziły. Podawał leki według karty zleceń, sprawdzając każdą nazwę i dawkę, bo pomyłka mogłaby mieć fatalne skutki. Zarówno dla niego, jak i pacjentów, choć dla tych drugich nawet bardziej.

Nocą przyjęto dwóch nowych pacjentów. Pierwszy z nich – starszy mężczyzna z wysoką gorączką i bólem nóg – przyjechał sam taksówką. Maciej współczuł starszemu mężczyźnie samotności i bezradności, dlatego częściej niż to było potrzebne zaglądał do sali staruszka. Widok kogoś w zaawansowanym wieku, zdającego się tylko na obcych, za każdym razem poruszał w nim czułą strunę.

Drugi pacjent był jego rówieśnikiem. Przywieźli go z ostrym bólem brzucha, spoconego, z wykrzywioną twarzą. Kiedy karetka stanęła przy podjeździe, na oddziale zrobiło się głośniej. Mariusz, młody lekarz, już rzucał polecenia:

– Maciek, pobierz krew, podłącz płyny, przygotuj do USG. Szybko.

Widząc przerażenie w oczach młodego pacjenta, starał się zachować spokój, choć sam miał świadomość, że od jego sprawności zależy szybka diagnoza i ulga w cierpieniu. Praca w takich chwilach była sporym wyzwaniem emocjonalnym.

Dzięki Bogu wieczorne i nocne godziny w większości upływały na rutynowych czynnościach. Niektóre z nich lubił, inne wręcz przeciwnie.

Najbardziej jednak w pamięci utkwiła mu tamtej nocy zupełnie inna scena. Wymiana worka stomijnego. Te momenty zawsze uważał za najbardziej intymne. Pacjenci byli wtedy kompletnie bezbronni, zdani na jego delikatność i cierpliwość. Ani dla niego, ani dla nich nie było to nic przyjemnego. Właśnie w trakcie takiego zabiegu pani Mariola, emerytowana nauczycielka, z zadziwiającym entuzjazmem opowiadała mu o książkach, które czytała w młodości, jakby zupełnie nie zwracała uwagi na to, co działo się wokół niej. O jakiejś Pollyannie. Udawał, że słucha, jednak nie za bardzo go to interesowało. Był skupiony na zadaniu, choć w głębi duszy poczuł lekkie wyrzuty sumienia – od kiedy zaczął pracować, zupełnie nie miał czasu na czytanie. Tolkiena pamiętał jeszcze ze studiów, z czasów, kiedy mógł bezkarnie zarwać noc dla książki, a nie tylko dla dyżuru.

Reszta nocy nie różniła się od pozostałych dyżurów w jego życiu. Podawał kolejne leki, mierzył ciśnienie, monitorował saturację. Reagował na wszystkie wezwania: szybkie działanie, uspokojenie rodziny, uzupełnienie dokumentacji medycznej.

W trakcie pracy Maciek próbował być niewidzialny. Świecił latarką w telefonie, żeby nie obudzić tych, którym w końcu udało się zasnąć po wielu godzinach bólu. Szpital nocą przypominał trochę teatr po spektaklu – na widowni pusto, ale za kulisami wszyscy jeszcze biegają.

Tuż przed świtem, gdy zmęczenie było już niemal namacalne, przyjęto jeszcze jednego pacjenta po operacji usunięcia wyrostka robaczkowego, u którego stan nagle się pogorszył. Przez te duże uszy przypominał Maciejowi trochę wujka Andrzeja. Musiał działać sprawnie, koordynując podanie leków, przygotowywanie kroplówek, przekazanie informacji lekarzowi. Dzięki szybkiej interwencji udało się wdrożyć odpowiednie leczenie i ustabilizować pacjenta.

Ale ta nerwowa, intensywna końcówka dyżuru wycisnęła z niego resztki energii. Przekazał wszystkie informacje koleżankom i kolegom z porannej zmiany i wyszedł ze szpitala.

W domu powitała go cisza i… zapach perfum Anety. Musieli się minąć, bo woda w czajniku wciąż była ciepła, a równo odłożony na suszarce kubek dalej ociekał wodą. Te drobne ślady jej obecności przypominały mu, jak bardzo mijają się ostatnio przez zmianowy tryb pracy i codzienną gonitwę.

***

Po raz pierwszy zobaczył ją na zajęciach z anatomii, na pierwszym roku studiów licencjackich z pielęgniarstwa. Siedziała wtedy w ostatniej ławce, z burzą ciemnobrązowych włosów, w okularach i w białej bluzie z kapturem. Podczas przerwy przedstawili się sobie, jednak rozmawiać zaczęli dopiero kilka tygodni później, przez przypadek, podczas wspólnego dyżuru na uczelnianych praktykach.

Zaczęło się od drobiazgu. Kiedy Maciek otwierał wszystkie szafki, próbując odnaleźć paczkę z opatrunkami, za plecami usłyszał ciepły kobiecy głos.

– Zgubiłeś się? – Aneta uśmiechnęła się delikatnie spod okularów.

Ależ ona miała piękne, brązowe oczy.

Wzruszył ramionami, nieco zakłopotany. I tym, że rzeczywiście się zgubił, i jej urokiem.

– Tak, to mój pierwszy raz na tym oddziale i jeszcze nie wiem, gdzie co jest. A ty?

– Ja już tu byłam. Hm… podobno wszystko, co ważne, i tak jest pochowane tam, gdzie nikt nie szuka – zażartowała, puszczając do niego oczko. – Ale jak szukasz bandaży, to są w tej szafce po lewej, obok lodówki.

Maciej podszedł do wskazanego miejsca i rzeczywiście paczka z opatrunkami tam była.

– Dzięki! Ratujesz mi życie – odpowiedział zawstydzony.

Aneta roześmiała się szczerze, a jej śmiech rozładował napięcie.

– Na tym podobno polega praca pielęgniarki – rzuciła z przekąsem. – Od razu wpadamy w wir ratowania.

Maciek westchnął z ulgą, czując, że w jej obecności nie musi udawać, że wszystko wie.

– W sumie to trochę się boję. Zwłaszcza igieł. W sensie ich używania. Wbicia nie tak, jak się powinno – powiedział cicho, jakby zdradzał największy sekret.

Aneta spojrzała na niego z udawanym przerażeniem.

– Naprawdę? Ja też! Ale ciii… bo jeszcze nas odsuną od praktyk – szepnęła konspiracyjnie.

Uśmiechnęli się do siebie.

– Może damy radę razem. – Maciek poruszył jednocześnie dwoma brwiami.

– Pewnie! Przynajmniej będziemy się wzajemnie pilnować, żeby wcelować w dobrą żyłę. – Zachichotała.

Tak to się zaczęło. Okazało się, że oprócz obaw zawodowych mają też podobne poczucie humoru. Maćkowi spodobał się jej śmiech, szczery i trochę zaraźliwy. A Aneta powiedziała mu po kilku tygodniach znajomości, że nie sądziła, że rudy facet może być tak seksowny.

Możliwość dzielenia się z drugą osobą stresem przed egzaminami, zmęczeniem po nocnych dyżurach i radością z pierwszych sukcesów sprawiła, że studia minęły im szybko. Jednak po obronie licencjatu ich zawodowe drogi się rozeszły – Maciej został w szpitalu, w którym uczył się zawodu, tymczasem Aneta postanowiła spróbować czegoś innego. Zrezygnowała z pracy pielęgniarki na oddziale, tłumacząc, że nie wytrzyma tego tempa, dyżurów, ciągłego napięcia, i zatrudniła się w klinice medycyny estetycznej. Czasami Maciek zazdrościł jej tej odwagi i spokoju, który zyskała, zmieniając ścieżkę zawodową. Mimo że wybrali różne drogi zawodowe, byli ze sobą już pięć lat.

Aneta przypominała mu, że życie to nie tylko praca. Dbała o to, żeby się dobrze odżywiał i dogryzała mu, kiedy jego trzydniowy zarost zaczynał już bardziej przypominać tygodniowy.

Maciek coraz częściej wracał myślami do decyzji o wyborze swojej ścieżki zawodowej. W ostatnich miesiącach zaczęła w nim kiełkować niepewność, a zmęczenie po kolejnych nocnych dyżurach pogłębiało jego wątpliwości. Coraz częściej się zastanawiał, czy pielęgniarstwo to rzeczywiście jego powołanie i czy jest w stanie osiągnąć w tym zawodzie prawdziwe spełnienie. Praca, która kiedyś była dla niego źródłem satysfakcji, powoli zaczynała go przytłaczać. Widział, jak Aneta odnalazła spokój i równowagę w nowym miejscu, podczas gdy on sam tkwił w wirze niekończących się obowiązków, zmęczony i coraz mniej przekonany do swojej przyszłości.

***

Jedzenie na talerzu zaczynało stygnąć. Maciek wziął kilka kęsów jajecznicy, zapijając je gorącą herbatą. Ciepło w żołądku przypomniało mu jego dzieciństwo.

Od dziecka był wrażliwy na emocje innych. Wychował się w domu, gdzie pomaganie sąsiadom czy rodzinie było czymś naturalnym. Jego mama pracowała jako nauczycielka w przedszkolu i często, kiedy była taka potrzeba, opiekowała się za darmo dziećmi znajomych. Tata prowadził restaurację i od wielu lat nieodpłatnie dostarczał jedzenie do schroniska dla ludzi w kryzysie bezdomności. To między innymi właśnie te wartości sprawiły, że Maciej wybrał pielęgniarstwo – chciał być przydatny, pomagać, mieć realny wpływ na życie chorych i ich rodzin. Na studiach tylko upewnił się w tym, że praca z ludźmi daje mu satysfakcję, a każda uśmiechnięta twarz pacjenta była dla niego potwierdzeniem słuszności wyboru. Jednak z biegiem czasu rutyna, zmęczenie i konfliktowi pacjenci zaczęli odbierać mu radość z wykonywanych obowiązków.

Ostatnio często rozmyślał, co w ogóle mógłby robić, gdyby zdecydował się odejść ze szpitala. Zastanawiał się, jak wyglądałoby jego życie, gdyby wybrał zupełnie inną ścieżkę, taką, która pozwoliłaby mu się rozwijać albo dałaby odpocząć od emocjonalnego napięcia, które towarzyszyło pracy z pacjentami. Wyobrażał sobie siebie na innych studiach. Może psychologia, która od dawna go ciekawiła, a może informatyka? Psychologia kusiła go możliwością głębszego zrozumienia siebie i innych, pracy w bardziej kameralnych warunkach, bez ciągłego pośpiechu. Informatyka z kolei była dla niego symbolem stabilności, nowych technologii i pracy, która pozwala na realizację projektów w zaciszu własnego gabinetu.

Te rozważania nasilały się szczególnie wtedy, gdy myślał o swoim starszym bracie. Bartosz od lat uchodził w rodzinie za człowieka sukcesu. Ukończył ekonomię na Uniwersytecie Wrocławskim, a obecnie zarządzał działem finansowym w dużej międzynarodowej korporacji. Maciej za każdym razem z lekką zazdrością przyglądał się poukładanemu życiu brata. Pełnemu wyzwań, ale i satysfakcji, którą dawały kolejne awanse i uznanie w świecie zawodowym. Maciek nieraz się zastanawiał, czy podążając śladem brata, byłby równie szczęśliwy, czy jednak jego potrzeba pomagania innym zawsze wygrałaby z ambicjami zawodowymi. Fakt, że Bartosz potrafił zachować równowagę między karierą a życiem osobistym, jeszcze bardziej skłaniał Maćka do refleksji nad własną przyszłością i poszukiwaniem drogi, która pozwoliłaby mu poczuć się spełnionym. Nie tylko zawodowo, ale też prywatnie.

Musiał przyznać, że wszystkie te trudy, obowiązki i odpowiedzialność w pracy pielęgniarza były dla niego również źródłem satysfakcji. Wiele razy słyszał od pacjentów, że bez niego nie daliby sobie rady, że jego cierpliwość i empatia są dla nich ogromnym wsparciem. Czuł, że pomaga ludziom, że jego obecność ma znaczenie, zwłaszcza dla tych samotnych i bezradnych. Naprawdę pomagał innym, ale sam był wyczerpany, psychicznie i fizycznie. Zdarzały się dni, gdy wracał do domu i nie miał już siły nawet na rozmowę z Anetą.

Coraz bardziej przekonywał się do jednego: nie chciał żyć w ciągłym zmęczeniu. Z każdym kolejnym dyżurem czuł, że musi coś zmienić, by nie zatracić się w pracy, która choć potrzebna, dawała mu coraz mniej szczęścia. Z drugiej strony nie wyobrażał sobie życia bez pomagania innym.

Dokończył posiłek, czując, jak sen coraz bardziej obciąża mu powieki. Udał się do sypialni, gdzie z ciężkim sapnięciem położył się na łóżku i poprawił sobie poduszkę pod głową.

– Mam dopiero dwadzieścia siedem lat, a już tyle wątpliwości… – mruknął pod nosem.

Zanim zasnął, przed oczami przeleciała mu twarz starszego pana z taksówki, chłopaka z ostrym bólem brzucha, pani Marioli z Pollyanną i… pusta przestrzeń po Anecie w łóżku obok. Wszystkie te obrazy jednak szybko zniknęły, gdy zmęczenie wzięło nad nim górę.

Rozdział 2

Obudził się, gdy słońce było już wysoko na niebie, z uczuciem, jakby ktoś przejechał po nim czołgiem. Przez niedomknięte żaluzje wdzierały się smugi światła, przypominając mu, że świat poza jego sypialnią już dawno rozpoczął dzień. Jak zawsze, gdy spał w ciągu dnia, szczypały go oczy. Leżał chwilę bez ruchu, wpatrzony w pustą część łóżka po Anecie. Jej poduszka była chłodna, a prześcieradło idealnie wygładzone, zupełnie jakby tej nocy nikt tam nie spał. Po raz kolejny miał wrażenie, że żyją obok siebie, jak mieszkańcy dwóch różnych stref czasowych.

„Beznadziejne uczucie – spać, kiedy inni żyją” – pomyślał, przecierając oczy.

Na pocieszenie przypomniał sobie, że w kolejnym tygodniu nie czekają go nocne dyżury. Dniówki! Już sama myśl o tym, że obudzi się rano, zje śniadanie, wyjdzie do pracy jak inni i wróci do domu przed zmrokiem, napawała go ulgą. Na przyszły tydzień zaplanował sobie kilka zwyczajnych, ale odkładanych od dawna spraw. Postanowił wreszcie wymienić dekoder telewizyjny, bo obecny zacinał się już od kilku miesięcy i skutecznie psuł mu wieczorne relaksowanie się przy serialach. Chciał także zrobić większe zakupy spożywcze, zamiast codziennie biegać do sklepu po jeden brakujący składnik.

Jeszcze zanim do końca się rozbudził, przez głowę przemknął mu ostatni sen, który pamiętał wyjątkowo wyraźnie. Śniło mu się, że porzucił szpital, odszedł od pacjentów i wylądował w dużej zagranicznej korporacji zajmującej się sprzedażą leków. Szarej, minimalistycznej, gdzie każdy dzień był podobny do poprzedniego. Siedział przy biurku wpatrzony w ekran, przetwarzał liczby, odpowiadał na maile. Wokół panowała cisza, przerywana stukotem klawiatur i głośnym dźwiękiem ekspresu do kawy. We śnie był nieszczęśliwy, pusty, pozbawiony sensu.

„I tak źle, i tak niedobrze”, powiedziałaby jego mama, obrzucając go charakterystycznym spojrzeniem pełnym zniecierpliwienia.

Wstał z łóżka, przeciągnął się, aż coś mu chrupnęło w kręgosłupie. W kuchni czekał na niego zlew z kilkoma naczyniami z rana, lista zakupów przypięta magnesem do lodówki i cisza. Aneta jak zwykle zostawiła po sobie porządek – wszystko na swoim miejscu, nawet ścierka była złożona w idealny prostokąt.

– Natręctwo – mruknął pod nosem z mieszaniną irytacji i czułości.

Zmienił pościel na łóżku, ogarnął szybkie sprzątanie, bardziej z przyzwyczajenia niż z potrzeby – w tym mieszkaniu i tak niewiele było do zrobienia, bo Aneta wycierała okruszek, zanim zdążył spaść na stół. Potem sięgnął po telefon, uderzony nagłą myślą, że już dawno nie widział się z Robertem, kolegą z liceum, który wyprowadził się do Świeradowa-Zdroju i pracował tam w hotelu. Napisał krótką wiadomość:

Siemka brachu, jesteś może dzisiaj w Jeleniej? Może masz czas na kawę w mieście?

Odpowiedź przyszła po kilku minutach:

Jasne, wpadnij do Etno, siedzę tu całe popołudnie. Do zobaczenia!

Poczucie, że spotka się z kimś spoza szpitalnej bańki, było jak obietnica krótkiego urlopu. Ale zanim dotarł do kawiarni, postanowił zrobić coś jeszcze – pojechać na siłownię.

***

Siłownia była jego azylem. Nie pachniała płynem dezynfekującym, tylko mieszanką potu, talku i duszącego dezodorantu. Zamiast dźwięku pomp infuzyjnych – muzyka z głośników i rytmiczny stuk hantli o podłogę. Ćwiczenia były dla niego nie tylko sposobem na poprawienie nastroju, ale też obowiązkiem wobec samego siebie. W jego pracy siła fizyczna naprawdę się przydawała. Podnoszenie ciężkich sprzętów, pomaganie pacjentom, długie godziny na nogach wymagały dobrej kondycji, więc regularne treningi traktował jak inwestycję w zdrowie i zawodową sprawność. Było w tym też coś naprawdę uspokajającego – mięsień pracuje, pali, potem drży. Prosty mechanizm. Żadnej interpretacji wyników badań, żadnych rozmów o śmierci i strachu.

Ale te wizyty na siłowni miały także swój drugi, bardziej osobisty wymiar. Od czasu do czasu żartobliwie wspominał słowa Anety, która nazywała go „najprzystojniejszym rudzielcem na Dolnym Śląsku”. Sam podchodził do tego z dystansem, ale dbałość o wygląd i formę fizyczną dodawała mu pewności siebie. Pomagała w pielęgnowaniu poczucia męskości. Chciał być tym, kogo widziała w nim Aneta: energicznym, zadbanym facetem, który nie tylko potrafi dobrze wyglądać, ale też sprostać wyzwaniom codzienności. Nie odpuszczał nawet wtedy, gdy zmęczenie dawało o sobie znać.

Po intensywnym treningu Maciek wziął szybki prysznic i przyjrzał się sobie w lustrze. Z zadowoleniem ruszył do Etno.

***

Gdy tylko otworzył drzwi kawiarni, otulił go zapach świeżo palonej kawy i jeszcze ciepłych wypieków. Przy stoliku siedział Robert – ten sam co w liceum, tylko z nowym dodatkiem w postaci smartwatcha na nadgarstku. Miał krótko przystrzyżone, ciemne włosy, szeroki uśmiech, jeden z tych, które natychmiast poprawiały nastrój, i jasnoniebieską koszulę wysuniętą niedbale z jeansów. Wyglądał na zrelaksowanego, emanował spokojem i pogodą ducha. Nie było w nim tej ciężkości, która ostatnio przytłaczała Maćka.

– Oto i pan pielęgniarz! Jak tam życie w ochronie zdrowia? – zagadnął, z uśmiechem popijając cappuccino.

– Ostatnio trochę na opak – przyznał Maciej, siadając naprzeciwko. – Spałem dziś do trzynastej. I tak cały tydzień. To nie jest normalne tak żyć, nie? Czasem czuję się, jakby mnie omijało wszystko, co ważne. Ludzie pracują, słońce świeci, a ja śpię jak niedźwiedź w gawrze. Nie ma to jak ponarzekać na dzień dobry, co?

Robert roześmiał się serdecznie.

– A ty myślisz, że w hotelu jest inaczej? – zapytał. – Goście przyjeżdżają, wyjeżdżają, a ja czasem nie wiem, jaki jest dzień tygodnia. I założę się, że bywają niejednokrotnie bardziej męczący niż twoi pacjenci. Ostatnio miałem parę z Gdańska, która przyszła na śniadanie w samych strojach kąpielowych, ociekając wodą z basenu. On z wielkim owłosionym brzuchem, a ona z ogromnymi zrobionymi piersiami.

Maciek o mało nie zakrztusił się kawą.

– No i co zrobiłeś?

– Powiedziałem, że to nie jest odpowiedni strój do restauracji, to mi odpowiedzieli: „No bez przesady, tyle płacimy, to chyba możemy jeść, w czym chcemy. Nago nie chodzimy”. Tak że tego…

Tym razem Maciej naprawdę się roześmiał.

– Domyślam się, że tacy w pełni sił, bezczelni królowie życia mogą dać w kość – powiedział, popijając czarną kawę. – À propos tego, co mówisz, nic nas, pielęgniarzy i pielęgniarek, bardziej nie denerwuje, niż kiedy pacjenci mówią, że „bardzo kiepska jest tutaj obsługa”. Zawsze odpowiadamy, że obsługa to jest w hotelu, a my jesteśmy OPIEKĄ. I na pewno nie kiepską.

– Dobre. – Robert się zaśmiał.

– Może to kwestia przyzwyczajenia. Może za jakiś czas nie będę już narzekał – powiedział Maciej, choć w brzuchu poczuł niepokój. – Za dziesięć lat mi przejdzie…

Rozmawiali przez ponad godzinę. Robert opowiadał o życiu w Świeradowie, o pracy w hotelu, o tym, jak zaczął doceniać spokój i górskie powietrze. Mówił, że zaczął się spotykać z kierownikiem gastronomii, ale jeszcze nie wie, co z tego będzie, bo to świeży temat. Zresztą i tak musieli to ukrywać, bo związki pomiędzy pracownikami nie były mile widziane przez właściciela hotelu. Pokazał Maćkowi zdjęcia siłowni, którą właśnie otworzyli w hotelu. Sprzęty od razu przykuły jego uwagę nowoczesnym designem i zaawansowaną technologią. Skomentował, że takie wyposażenie naprawdę zachęca do treningu i chętnie by je wypróbował.

– Przyjedź, przetestujesz – zaproponował od razu Robert. – W końcu mnie odwiedzisz.

– Spróbuję – westchnął Maciej. – Ale wiesz, obiecałem Anecie spędzać więcej czasu w domu. W końcu szpital nas mocno rozdziela.

Mimo śmiechów i lekkich historii o hotelowych absurdach, w głowie Maćka od czasu do czasu pojawiała się mała, cicha myśl: oni też są „dla ludzi”, tylko stawka jest inna. On miał pacjentów, Robert hotelowych gości. Ale w głębi duszy Maciek wiedział, że jeśli to on popełni błąd, konsekwencje mogą być znacznie poważniejsze niż wtedy, gdy coś pójdzie nie tak w hotelu. Było to dość przytłaczające.

Robert był bez wątpienia dobrym kumplem. Maciek cenił sobie te spotkania i z przyjemnością spędzał godziny na rozmowach, choć wiedział, że ich relacja nie sięga jakoś wyjątkowo głęboko. Nie nazwaliby się przyjaciółmi. Zresztą czy Maciek kiedykolwiek kogoś tak określił? Wydawało mu się, że to słowo nie jest dla niego, że przyjaźń to coś innego, może zarezerwowanego dla ludzi o bardziej otwartym sercu, gotowych dzielić się wszystkim, bez wahania? On nigdy nie potrafił się tak otworzyć, zawsze stawiał granice, czasem nawet nieświadomie.

Zazdrościł ludziom, którzy mieli przyjaciół. Aneta potrafiła zadzwonić do swojej przyjaciółki Nikoli bez powodu, po prostu, żeby gadać z nią ponad godzinę. O wszystkim i o niczym. Takie relacje wydawały mu się czymś niemal magicznym, niedostępnym, jakby istniały w innym świecie. Czasem zastanawiał się, czym właściwie jest przyjaźń. Czy to zaufanie, lojalność, wspólne milczenie? Dla niego przyjaźń pozostawała pojęciem nieuchwytnym, jakimś ciepłem, którego nie potrafił przywołać, chociaż chwilami bardzo tego pragnął. Być może właśnie dlatego każde spotkanie z Robertem, choć przyjemne, niosło w sobie nutę tęsknoty za czymś więcej, za bliskością, która nigdy nie przyszła i być może nigdy nie przyjdzie. Rozmowy z Robertem były bezpieczne, proste, pozbawione ciężaru oczekiwań, ale przez to również pozbawione tej intymnej nici, którą inni nazywali przyjaźnią.

***

Kiedy wracał do domu, przyszła wiadomość od Anety:

Hej! Kończę dziś wcześnie. Może wyjdziemy do kina? W Heliosie grają „Teściowie 3”.

Maciej odpisał natychmiast:

Super, dawno nie byliśmy w kinie. O której kończysz?

Już wychodzę. Kup bilety na 16:00.

Pasuje. To widzimy się pod kinem.

Kiedy stanął naprzeciw wejścia do Heliosa, uderzył go znany zapach popcornu i gwar rozmów osób, które oczekiwały na seans. Lubił kino – za to, że przez dwie godziny cudze historie przykrywały jego własne. W dzieciństwie uwielbiał sobie wyobrażać, że sam jest bohaterem bajek, które widział na ekranie. Z rozmyślań wyrwała go Aneta, która pomachała do niego, uśmiechając się promieniście.

– Cieszę się, że udało mi się wyjść wcześniej – powiedziała, witając go buziakiem w policzek. – Potrzebuję trochę śmiechu po tym tygodniu. Jak ja nie lubię, kiedy nie ma cię w nocy w domu.

– Ja też tego nie lubię. – Maciek westchnął. – Szczególnie ostatnio.

Usiedli w ostatnim rzędzie. Zawsze zajmowali tam miejsca, bo wtedy w przypływie uczuć mogli się całować niczym nastolatkowie. Jednak tym razem film szybko wciągnął ich w świat nieporozumień rodzinnych i komicznych sytuacji.

– To zupełnie jak u mojej cioci, pamiętasz? – Aneta nie mogła powstrzymać się od śmiechu. – Wtedy, jak obrażony dziadek stwierdził, że lepiej by się nadawał do programowania komputerów niż do rodzinnych spotkań?

– I wyszedł obrażony. – Maciej parsknął. – Jakbym go widział.