Kroniki Jaaru. Czarny amulet - Adam Faber - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Kroniki Jaaru. Czarny amulet ebook i audiobook

Adam Faber

0,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

W MIEŚCIE CZAROWNIC CZYHA MROK

Nastoletnia Kate nie ma czasu na nudę. Magia nie wybacza błędów, zaklęcia same się nie rzucą, a fantastyczne stwory tylko czekają na moment nieuwagi, by zaatakować. Zamiast spokojnie spędzać wakacje, dziewczyna trafia wraz z ciotką do tajemniczego miasteczka, ukrytego przed wzrokiem zwykłych śmiertelników.

Czy czekają ją miesiące ślęczenia nad zakurzonymi księgami? Nic z tych rzeczy! W świecie pełnym rówieśników władających mocami, Kate szybko przekonuje się, że najtrudniejszą lekcją jest odróż-nienie sojusznika od wroga. Zwłaszcza gdy sama skrywa sekret, który nigdy nie powinien wyjść na jaw. Jakby tego było mało, w cieniu czają się niewidzialni prześladowcy, na których nie zadziała zwykły urok.

Sytuację komplikuje pojawienie się Jonathana – chłopaka, o którym Kate tak bardzo chciała zapo-mnieć. On również ma rachunki do wyrównania z przeszłością i coraz trudniej ignorować mu głos wołający go w snach.

Komu można zaufać w miejscu, gdzie każdy coś ukrywa? Jak walczyć z przeciwnikiem, którego nie widać gołym okiem? I najważniejsze: jaką tajemnicę skrywa czarny amulet?

Pora spojrzeć w ciemne lustro. Pytanie tylko, czy odważysz się zobaczyć w nim swoją prawdziwą twarz.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 307

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 9 godz. 19 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Anna Apostolakis

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



ADAM FABER

Autor powieści dla młodzieży oraz dorosłych. Znany z bestsellerowej serii Kroniki Jaaru. Miłośnik kotów, natury i magii. Tworzy również jako A. Gardaś.

Jeśli chcesz do mnie napisać, gorąco do tego zachęcam! Możesz to zrobić tutaj:

adamfaber.plhttps://www.instagram.com/adam_faber.ag

https://www.facebook.com/adam.faber.ag

SŁOWNICZEK

 

astral (plan astralny) – inaczej rzeczywistość gwiazd. Świat istniejący w umyśle, lecz w pełni prawdziwy. Jest podobny do fizycznego, ale o wiele łatwiej kształtować go za pomocą myśli i magii. Każde miejsce fizyczne ma swój wymiar astralny, a każda fizyczna istota, np. człowiek, posiada astralne ciało.

athame [czyt. atame lub atejmi] – sztylet służący do przesyłania energii magicznej; najważniejsze narzędzie wiedźm.

Echo – magiczna zdolność do porozumiewania się w myślach.

egregor – istota magiczna, która powstaje z połączenia myśli, emocji, energii różnych innych istot i nabiera cech odrębnej osobowości. Mogą istnieć zatem egregory miejsc, grup, przedmiotów używanych przez różne osoby itd.

Elphame – jedna z krain zasiedlanych przez fery. Zamieszkujące ją istoty są przyjazne i chętne do nauczania ludzi czarów.

esbat – czas, gdy czarownice spotykają się, by odprawiać wspólny rytuał, zwykle podczas pełni lub nowiu księżyca.

fer – ang. fairy. Istota niskiego wzrostu, niemal bliźniaczo podobna do ludzkiej, jednak ze zdecydowanie większym wachlarzem odcieni ciała oraz z motylimi lub pszczelimi skrzydłami. Fery dysponują mocą potężniejszą od większości wiedźm. Czasami łączą się z czarownicami w magiczne pary, w których fer pełni funkcję nauczyciela czarów.

hekasehr – magiczne owady przypominające świetliki. Nikt dokładnie nie wie, skąd się wzięły, uważa się jednak, że ich ciała utkane są z samej magii.

Jaar – świat magiczny istniejący równolegle do ludzkiego, zamieszkany m.in. przez fery, nimfy, jednorożce, demony itd. Mogą przenosić się do niego czarownice, a czasem także dzieci, marzyciele lub osoby uważane przez ludzi za „odstające od innych”.

kowen – grupa wspólnie praktykujących wiedźm.

likantus – półwilcza, półludzka istota, mogąca również przybierać postać czysto zwierzęcą.

namhajd – niebezpieczna istota, wróg czarownic i ludzi. Namhajdem może stać się przedstawiciel każdego gatunku, np. strzyga, likantus, demon itd.

nieprzynależący – osoba niewiedząca o istnieniu magii i nieuprawiająca jej.

pentakl – jedno z narzędzi wiedźm i magów, okrągły dysk z wyrysowanymi symbolami magicznymi.

portal stały – miejsce przeznaczone do bezpiecznej teleportacji. Takie portale mogą znajdować się w szafach, toaletach, lodówkach itd. Ich ściany pokrywa się ciągiem magicznych znaków, zaklętych kodów ułatwiających przenoszenie.

Społeczność – organizacja dbająca o to, by świat magiczny pozostawał w ukryciu przed nieprzynależącymi.

– Ojcze, mój ojcze, czy słuchać nie chcesz

obietnic, które król olch mi szepcze?

– Spokojnie, me dziecko, bać się nie trzeba.

To tylko szum wiatru wśród liści na drzewach.

 

Johann Wolfgang von Goethe, Król olch

(tłum. A.F.)

 

CZĘŚĆ I

Miasto wiedźm

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Kafejka czarownic

Kate Hallander często zmieniała torebki – do czasu, aż została czarownicą. Teraz nosiła już tylko jedną, ciemnobrązową torbę, największą i najcięższą, jaką znalazła w szafie. Materiał musiał być gruby, żeby nie przebiło go ostrze athame, magicznego sztyletu, który dziewczyna zabierała ze sobą wszędzie już od dwóch miesięcy, na wszelki wypadek.

Torba nie była najgorsza. Ktoś z przeciętnym wyczuciem stylu mógłby nawet uznać ją za całkiem niezłą. Miała mnóstwo większych i mniejszych kieszonek i wyglądała dość oldschoolowo, jakby Kate podkradła ją listonoszowi. Problem z nią polegał na tym, że nie pasowała do każdego stroju, a ponieważ dziewczyna nie uważała siebie za szczególnie ładną, sporą wagę przywiązywała do ubrań.

Gdyby jednak zapytać przechodniów, którzy mijali teraz Kate na zatłoczonych ulicach Londynu, co sądzą o tej nastolatce w czarnej bluzce, kraciastej spódniczce i popielatych podkolanówkach, mało który z nich wpadłby na to, że przed wyjściem musiała przez pół godziny polerować buty, żeby wyczyścić je z błota po wizycie w innej rzeczywistości. Nie zgadliby też, że równo tydzień temu Kate ścięła włosy tak, żeby sięgały jej nieznacznie za ramiona, dzięki czemu nie zawadzały jej, gdy próbowała rzucać zaklęcia z użyciem siły wiatru. Powiedzieliby za to, że Kate wydała im się bardzo zdenerwowana, zupełnie jakby ktoś ją gonił, bo bez przerwy rozglądała się na wszystkie strony.

Kate Hallander miała powody, żeby się bać. Minęły już dwa miesiące, odkąd dowiedziała się, że więcej niż połowa członków jej rodziny to wiedźmy i czarownicy, a ich świat, ledwo Kate go odkryła, od razu nawiedził ją z całym dobrodziejstwem inwentarza. Mogła więc spodziewać się wszystkiego. Wilkopodobnych stworów, gotowych jednym kłapnięciem paszczy rozerwać ją na pół? Naturalnie! Jednorożców chcących przebić ją rogiem na wylot? Proszę bardzo! Kolorowych i skrzydlatych ferów? Czemu nie? One przynajmniej nie były szkodliwe. Zazwyczaj.

Choć wszystkie te istoty zamieszkiwały Jaar, świat równoległy, i większości z nich nie uświadczyłoby się już w Anglii, Kate wciąż wolała pozostać czujna. Bo kiedy jest się wiedźmą, nigdy nic nie wiadomo. Wystarczy wspomnieć o dziwnym telefonie, który dziewczyna dostała wczoraj wieczorem.

Kładła się już spać, gdy komórka zaczęła uporczywie dzwonić, wyświetlając nieznany numer.

– Halo? – Odebrała z wahaniem.

Zdziwiła się znacznie bardziej, gdy w głosie dobiegającym z telefonu rozpoznała swoją wychowawczynię.

– Dobry wieczór, Kate… To ja, pani Blackout – powiedziała nauczycielka niepewnie. – Mam nadzieję, że jeszcze nie śpisz?

– Nie. Coś się stało?

W pierwszej chwili dziewczyna przeraziła się, że chodzi o jakiś sprawdzian z fizyki, którego nie zdążyła zaliczyć przed końcem wakacji. Szybko jednak przypomniała sobie, że Jean Blackout też jest czarownicą.

– Wybacz, że dzwonię tak późno – powiedziała nauczycielka – ale nie chciałam, żeby twoja ciotka usłyszała naszą rozmowę, a wiem, że o tej porze powinna już spać albo zajmować się badaniami.

Pani Blackout spiskująca z Kate za plecami jej ciotki? To była nowość.

Hillena Hallander była siostrą ojca Kate i jedną z najsurowszych, choć wcale nie najwredniejszych osób, jakie dziewczyna znała. W czasach studenckich ciotka i pani Blackout się przyjaźniły, a gdyby już samo to niezdrowe i nadmierne zainteresowanie nauką nie czyniło ich obu dość pokręconymi, to w dodatku zajmowały się też magią.

– Dlaczego ciotka miałaby nie wiedzieć o naszej rozmowie? – spytała Kate.

W słuchawce na moment zapanowała cisza.

– Obawiam się, że mogłaby mnie źle zrozumieć – odparła wreszcie pani Blackout.

– Co miałaby źle zrozumieć?

– Posłuchaj, Kate. Wolę nie rozmawiać o tym przez telefon. Czy mogłybyśmy spotkać się jutro po południu?

– No dobrze – powiedziała dziewczyna bez przekonania.

– Kafejka Czarownic w Camden*, stolik trzynasty, o pierwszej – rzuciła jeszcze nauczycielka, po czym życzyła jej dobrej nocy i rozłączyła się.

Jej prośba skutecznie spędziła Kate sen z oczu, ale dopiero następnego dnia, gdy dziewczyna skończyła przygotowywać się do wyjścia, uświadomiła sobie najważniejszą rzecz. Nie miała pojęcia, jak odnaleźć miejsce, o którym wspomniała pani Blackout, a nie mogła przecież pytać o nie przypadkowych przechodniów. Błąkała się więc po Camden, co w pojedynkę w sobotę groziło stratowaniem lub uduszeniem w tłumie, aż wreszcie poszła za kobietą w długiej czarnej sukni, bo podejrzanie przypominała jej czarownicę. Dzięki temu trafiła. Choć była już spóźniona ponad czterdzieści minut, nie od razu weszła do środka. Najpierw zajrzała tam przez szybę w drzwiach.

Natychmiast zrozumiała, o co chodzi z tą nazwą. W kafejce aż roiło się od wiedźm i czarowników. Łatwo było ich poznać po tym, że prawie wszyscy mieli na sobie przynajmniej jeden amulet. Niektórzy chodzili też w kolorowych szatach, zupełnie jakby dopiero co wrócili z sabatu. Za długim drewnianym barem wysoki, łysy mężczyzna serwował piwo kobiecie z włosami obsypanymi brokatem i – co Kate przyjęła z wielkim zdumieniem – pomarańczowemu ferowi z czarno-szarymi motylimi skrzydłami.

Dziewczyna nie miała pojęcia, dlaczego nikt w kafejce nie przejmował się tym, że za drzwiami przechodzi mnóstwo zwykłych ludzi (których czarownice nazywały nieprzynależącymi). Zresztą żaden z nich nie zainteresował się budynkiem na tyle, by rzucić na niego choćby przelotne spojrzenie.

Weszła do kafejki, po czym zaczęła się rozglądać. Odganiała od siebie dym dobywający się z zawieszonych u sufitu kadzideł. W ściany, z których odchodziła farba, wbite były mosiężne świeczniki. Kate ruszyła przed siebie, przytłoczona panującym tu gwarem.

– Hej! – Usłyszała nagle za sobą. – Zatrzymaj się!

Tuż przed nią wyrósł potężny mężczyzna z długimi włosami i brodą spiętą obrączką.

– Jesteś swoja? – Przyjrzał się jej uważnie.

– Em… ja… szukam stolika numer trzynaście.

– Pytam, czy znasz hasło. To impreza tematyczna.

Nie wiedząc, co odpowiedzieć, dziewczyna sięgnęła do torby i lekko wysunęła z niej rączkę athame. Wtedy mężczyzna pokiwał głową i pozwolił jej przejść.

– To jak dojść do tego stolika? – spytała.

Ochroniarz bez słowa wskazał jej niewielkie schodki prowadzące w dół, do kamiennego łuku.

Gdy tylko Kate zeszła po stopniach, zobaczyła przed sobą pomieszczenie tak odstające od baru, że wyglądało, jakby dobudowano je tu przez przypadek. Rozświetlały je jasne lampy. Podłogę pokrywał wzorzysty dywan, a wzdłuż białych ścian ciągnęły się rzędy długich czerwonych kotar. Nad nimi wisiały złote tabliczki z wygrawerowanymi numerami.

Ledwo postąpiła do przodu, wszystkie otaczające ją dźwięki ucichły. Miała wrażenie, że ludzie, których podniesione głosy dotąd słyszała, nagle znikli. Nawet jej własne kroki stały się bezszelestne. Dopiero po przejściu kilku metrów dostrzegła, że przy stolikach rozdzielonych czerwonymi kotarami siedzą fery i czarownice. Rozmawiali ze sobą, o czym świadczyły jedynie ruchy ich ust, bo przestrzeń nadal przypominała próżnię. Przeszło jej przez myśl, że ogłuchła, lecz zbyt wiele już widziała, by uznać to za wyjaśnienie. Gdy przyglądała się rozmawiającym, niektórzy odwracali się z urażonymi minami. Speszona tym, ruszyła prosto w kierunku kotary, nad którą widniała tabliczka z numerem 13.

Pani Blackout siedziała już przy stoliku. Gdy tylko ją zobaczyła, wstała i gestem zaprosiła ją do siebie. Kate chciała powiedzieć „Dzień dobry”, ale jej głos stał się na powrót słyszalny dopiero wtedy, gdy weszła za zasłonę, więc z jej ust dobyło się tylko coś, co brzmiało jak „bry”.

– Dzień dobry, Kate – odparła pani Blackout. – Kotary są obłożone zaklęciem. Chodzi o to, żeby nikt nie podsłuchiwał rozmów gości i im nie przeszkadzał. Właśnie dlatego wybrałam to miejsce.

– Nie wiedziałam, że takie w ogóle istnieją. – Kate usiadła przy stoliku. Był duży i lśniący, na środku stała metalowa taca, a obok niej talerzyk z okrągłymi, lukrowanymi ciastkami i niedopita kawa. – Myślałam, że mnie stąd wyproszą – dodała, gdy już dość się napatrzyła. – Jakiś facet… To znaczy mężczyzna zapytał mnie o hasło i mówił coś o imprezie tematycznej.

Pani Blackout się zaśmiała. Wyglądała całkiem dobrze jak na kogoś, kto niedawno doszedł do siebie po starciu z namhajdem, czyli złośliwym stworem, którego główną rozrywką jest zabijanie. Miała wprawdzie lekko podkrążone oczy, za to jej policzki rumieniły się jak zwykle. Była też umalowana i starannie uczesana.

– To taki trik, żeby zniechęcić nieprzynależących. Gdy to nie wystarcza, wmawiamy im, że potrzebują zaproszenia.

Kate postukała palcami w stół.

– O co chodzi? – spytała. – Dlaczego nasza rozmowa ma być tak poufna? Z ledwością znalazłam tę kafejkę.

Zamiast odpowiadać, pani Blackout podsunęła jej pod nos talerzyk.

– Ciasteczko? – zaproponowała.

Dziewczyna pokręciła głową, wlepiając w nią spojrzenie wyrażające oczekiwanie.

– Mają tu mnóstwo rzeczy z Jaaru – mówiła dalej nauczycielka. – Bardzo dobrych. Och, jest i kelner! – Machnęła ręką w kierunku wysokiego blondyna, który przechadzał się między kotarami i dyskretnie spoglądał na klientów, wymieniając z nimi porozumiewawcze spojrzenia.

Na widok jej uniesionej dłoni podszedł do ich stolika i wyszczerzył zęby. Miał na sobie czerwony fartuch ze złotym kociołkiem wyszytym na piersi.

– Czym mogę służyć? – Zaczął przenosić wzrok z Kate na panią Blackout.

Dziewczyna liczyła, że ceny tutaj nie będą równie magiczne co sama knajpa.

– A co pan może polecić? – odparła z zakłopotaniem.

Kelner zastanawiał się przez chwilę.

– W taki upalny dzień polecam sok z jagód jadisu z dodatkiem czerwonych jarzębin z zaczarowanego drzewa ferów, Ainhring.

– Te jarzębiny są jadalne – szepnęła pani Blackout, a chłopak natychmiast skierował uśmiech w jej stronę.

– Dla pani?

– Sama chętnie napiłabym się tego soku, ale miałam już kawę z dodatkiem ziaren kakaowca ogrów. To chyba się kłóci z jarzębiną ferów?

– Niestety. Mogę zamiast tego polecić mrożoną wodę z przełęczy Nannal.

– Idealnie.

Kelner spisał zamówienie i zniknął, ale nauczycielka nie przeszła do rzeczy aż do chwili, gdy wrócił z napojami. Przedtem zanudzała Kate pytaniami o szkołę i inne nieciekawe sprawy. Potem zaczęła mówić o sposobach transportu wody i pożywienia z Jaaru do świata ludzi.

– No dobrze – przerwała jej wreszcie dziewczyna. – Proszę mi powiedzieć, dlaczego chciała się pani ze mną spotkać i co to za tajemnica? Ciocia Hillena ma mi do przekazania coś ważnego i obiecałam być w domu przed obiadem.

Właściwie to dopiero teraz Kate przypomniała sobie, że oprócz zwyczajowych „Dokąd idziesz?”, „Kiedy wrócisz?” i „Nie zapomnij swojego athame”, ciotka wspomniała jej, że muszą coś omówić.

Pani Blackout, która wyglądała, jakby uszła z niej cała udawana radość, posłała jej nieprzytomne spojrzenie. Zakryła twarz dłońmi i wyznała płaczliwym głosem:

– Och, Kate, jestem już tym wszystkim zmęczona.

Zdziwiona tą nagłą zmianą dziewczyna kompletnie nie wiedziała, co odpowiedzieć.

– A czym konkretnie jest pani zmęczona? – spytała delikatnie.

– Czarostwem. – Nauczycielka całkiem pobladła. – Czy wiesz, dlaczego likantus mnie wtedy zaatakował?

Kate potrząsnęła głową. Wiedziała, że likantus, namhajd, który napadł panią Blackout pod koniec roku szkolnego, dostał się do szkoły przez portal w Księdze Luster, magicznej książce pełnej zaklęć, czarów i inkantacji. Zresztą dziewczyna sama niechcący otworzyła przejście. Nie wiedziała jednak, dlaczego namhajd rzucił się akurat na panią Blackout. Dotychczas sądziła, że po prostu wyczuł, że jest czarownicą.

– Zaatakował mnie, bo myślał, że jestem tobą – odparła kobieta.

– Mną? – Kate zmarszczyła czoło. Wiedziała oczywiście, że likantus ją śledził, ale… – Dlaczego pomylił panią ze mną?

– Już wyjaśniam. – Pani Blackout wyciągnęła rękę w stronę szyi Kate, na której wisiał amulet podarowany jej kiedyś przez ojca: biała, wygięta łezka z czarną kropką na środku. – Mogę?

Dziewczyna się zawahała. Ciotka mówiła, że nie powinno się pozwalać innym dotykać swoich narzędzi magicznych, ale skoro to miało wyjaśnić sprawę…

– Proszę – powiedziała.

Pani Blackout chwyciła delikatnie wisiorek i przybliżyła się. Zza bluzki wyciągnęła własny amulet. Wyglądał jak lustrzane odbicie, ale całkiem odwrócone, tego, który należał do Kate. Łezka wyginała się w przeciwnym kierunku, była czarna, a kropka na niej – biała.

– Już na pierwszy rzut oka widać, że oba amulety mają ze sobą coś wspólnego – zaczęła pani Blackout. – Ale one nie są po prostu do siebie podobne. Jeśli je zestawisz, o tak… – Przybliżyła wisiorki do siebie w taki sposób, że połączyły się jak puzzle. – Widzisz? To dwie części jednego amuletu, który, jak wszystkie magiczne przedmioty, emanuje właściwą sobie energią.

Zająwszy z powrotem swoje miejsce, mówiła dalej:

– Właśnie dlatego zostałam zaatakowana. Likantusy rozpoznają siebie nawzajem i inne istoty po zapachu, dotyku, smaku, a zwłaszcza po wydzielanej przez nie energii. Nie muszą rozpoznawać twarzy, ale świetnie czują. Likantus poszukiwał ciebie, a ponieważ nosimy siostrzane amulety, znalazł mnie.

– Ale dlaczego mamy siostrzane amulety? – Kate nie mogła się temu nadziwić.

– Na to pytanie ci nie odpowiem. Ale ten amulet ma w sobie jakąś niezwykłą moc. Jest ochronny w bardzo dosłownym znaczeniu tego słowa.

– Co to za moc? Skąd ją ma?

– Tego nie wiem… Mogę się jedynie domyślać. Zresztą odkrycie tego będzie od teraz należeć do ciebie, bo… – Pani Blackout wyciągnęła w stronę Kate rękę ze zdjętym z szyi amuletem. – Obie części są twoje.

Dziewczyna utkwiła w niej pytające spojrzenie. Nie sięgnęła po wisior.

– Słucham? – wyjąkała.

– Weź go – zachęciła ją nauczycielka. – Będzie cię chronił.

– Nie mogę tego zrobić. On należy do pani.

– Mnie już się nie przyda. – Twarz pani Blackout nieco się rozpogodziła. Zdawało się, że amulet to dla niej jakiś ciężar, którego czym prędzej chciała się pozbyć.

– Dlaczego pani to robi? – zapytała podejrzliwie Kate. – Jeśli chodzi o tamtego likantusa…

– Nie. – Nauczycielka odłożyła amulet obok pustej filiżanki po kawie. – Nie chodzi o likantusa. Atak po prostu pomógł mi podjąć decyzję. Mam już dość magii, jestem nią zmęczona.

– Nie rozumiem – przyznała Kate.

Wiedziała dobrze, jak niebezpieczne bywają czary, ale sama nigdy by z nich nie zrezygnowała.

– Proszę, Kate – powiedziała niemal błagalnie pani Blackout. – Jeśli możesz dla mnie coś zrobić, weź ten amulet.

Dziewczyna wpatrywała się w czarną łezkę z napięciem. Wreszcie niechętnie po nią sięgnęła i schowała do torebki. Czuła wyraźnie, że nie wpłynie na decyzję tej kobiety.

– Co teraz będzie? – spytała. – Straci pani swoją moc?

– Och, nie. – Nauczycielka pociągnęła nosem, jakby przed chwilą uroniła kilka niewidzialnych łez. – To tak nie działa. Po prostu przestanę praktykować magię, aż z czasem opuści mnie nadmiar energii.

– I to wszystko? Nie będzie pani więcej rzucać zaklęć? Nie odwiedzi Jaaru?

Pani Blackout potaknęła.

– Spróbuj mnie zrozumieć. Naprawdę tego chcę. Nie zmienię zdania.

Kate nic już na to nie odpowiedziała. Milczały jeszcze przez chwilę, aż nauczycielka uznała, że pora iść. Dziewczyna przyjęła tę propozycję z ulgą, bo było jej coraz bardziej niezręcznie. Sięgnęła po torbę, żeby wyjąć portfel, ale pani Blackout ją powstrzymała.

– Ja cię zaprosiłam, ja płacę – zadeklarowała i na tackę wrzuciła dwadzieścia funtów.

Pieniądze znikły, a po chwili pojawiła się reszta. Kobieta jej nie odebrała.

– Co powiedziałaś ciotce? – spytała, wstając.

– Że idę do Mel – odparła Kate.

Mel, jej przyjaciółka, dostarczała zawsze najlepszych wymówek, gdy chciało się załatwiać sprawy, o których pani Hallander miała nie wiedzieć.

– Dobrze – uznała pani Blackout. Pochwalanie kłamstwa brzmiało w jej ustach bardzo nietypowo. Jeszcze dziwaczniejsze było pytanie, które zadała po chwili. – Na razie nie potrafisz się teleportować, prawda?

Kate uniosła brwi.

– Chodzi mi o magiczne przenoszenie się – uściśliła pani Blackout.

– Wiem tylko, jak wyrysować portal za pomocą athame – odparła Kate.

Do tej pory nie myślała o zaczarowanych portalach ani innych formach magicznego przenoszenia się jak o teleportacji, choć na dobrą sprawę właśnie o to w nich chodziło.

Nauczycielka przygryzła wargę.

– Mogę chyba zrobić jeden wyjątek – powiedziała jakby sama do siebie.

– Wyjątek? – spytała Kate.

– Użyję magii jeszcze raz. Chodź. – Kobieta poprowadziła ją w kierunku baru. Panujący tam hałas wydał się znacznie donośniejszy.

Pani Blackout skręciła w stronę toalet, a przynajmniej tak w pierwszej chwili pomyślała Kate, ale gdy zobaczyła rysunki na drzwiach, nie była już tego taka pewna. Zamiast zwyczajnych oznaczeń na każdych z nich znajdowały się miotły.

– To portale stałe – powiedziała nauczycielka, otwierając jedne drzwi i przepuszczając Kate przodem. Pomieszczenie było duże i przyciemnione, bez okien, ale za to z lampą zawieszoną pod sufitem. Ściany pokrywała masa magicznych symboli. Było tu zupełnie pusto.

– Do publicznych miejsc dla czarownic nie można teleportować się ot tak – wyjaśniła pani Blackout. – To wprowadziłoby chaos, bo ludzie pojawialiby się nagle i gdzie popadnie. Właśnie dlatego powstały portale stałe. Większość wiedźm ma je też w domach, ale żeby przez nie przejść, trzeba uzyskać dostęp od ich mieszkańców. Twoja ciotka stworzyła dwa takie miejsca. Jedno, bardziej oficjalne, w garderobie na piętrze, a drugie, przeznaczone tylko dla najbliższych przyjaciół, w ogrodzie.

– Nie miałam pojęcia!

Wyglądało na to, że pani Hallander nie uważała Kate ani za bliską przyjaciółkę, ani nawet za ubogą krewną, bo nic jej nie wspomniała o żadnych portalach.

– Skoro Hillena ma się nie dowiedzieć o naszym spotkaniu, przeniosę cię właśnie do ogrodu – uznała pani Blackout i wyciągnęła ręce. – Chwyć mnie i o niczym nie myśl.

Takie polecenia w przypadku Kate odnosiły zwykle skutek przeciwny do zamierzonego. Mimo to zamknęła oczy i postarała się oczyścić umysł, zdając się całkowicie na panią Blackout, gdy ta zaczęła powoli odliczać.

– Raz, dwa…

Na „TRZY” nauczycielka ścisnęła dłonie Kate. Siła, z jaką się oderwały, spowodowała, że dziewczyna prawie ją puściła. Mimowolnie otworzyła oczy, odkrywając przy okazji, że już po wszystkim: właśnie stały w ogrodzie ciotki Hilleny, między ciasno rosnącymi drzewami, które tworzyły krąg dobrze ukryty przed wzrokiem sąsiadów. Kate, na nogach jak z waty, niemal upadła, jednak pani Blackout nadal mocno ją trzymała, w rezultacie czego okręciły się kilka razy.

– Muszę wreszcie się do tego przyzwyczaić – podsumowała dziewczyna, odzyskawszy równowagę.

To przeniesienie i tak było lepsze od jej poprzednich. Teraz przynajmniej nie zbierało jej się na wymioty.

– Przywykniesz. – Pani Blackout uśmiechnęła się do niej raz jeszcze, po czym przybrała poważniejszą minę. – Powinnam już znikać. Dziękuję ci, że przyjęłaś amulet. Ja… – Urwała w pół słowa, jakby niezdolna mówić dalej. Odwróciła się.

I wtedy, na sekundę zanim pani Blackout się przeniosła, Kate uderzył pewien szczegół ich rozmowy. Sama zdziwiła się, że dotarł do niej dopiero teraz.

– Chwilę! – Zatrzymała kobietę.

– Tak?

– Wspomniała pani, że namhajd pomylił nas ze sobą i tak naprawdę ścigał mnie. Ale… właściwie skąd pani wiedziała, że to mnie miał odszukać?

To było istotne. Do tej pory Kate była przekonana, że tylko ona i Fion, jej fer, znają całą historię.

Przez moment pani Blackout stała bez ruchu. W końcu wypowiedziała tylko jedno słowo:

– Eos.

Kate rozchyliła usta ze zdumienia.

– Ale jak? – wyjąkała.

– Widzimy się w szkole – ucięła nauczycielka i zaraz potem znikła. O tym, że przed chwilą tu stała, świadczyła tylko przydeptana trawa.

Kate wiedziała tylko jedno: trzeba natychmiast skontaktować się z Fionem.

ROZDZIAŁ DRUGI

Podpalacz

–Co? – Dean wytrzeszczył oczy. Teraz jego czarne

włosy wydawały się jeszcze bardziej zmierzwione niż przed momentem. – Wywalili cię za podpalenia?

Jonathan przytaknął.

– Dwa razy.

Lubił robić wrażenie na kumplu, patrzeć, jak na jego twarz wpełzają zarazem podziw i strach. Pewnie było tak po części dlatego, że poza Deanem nie miał żadnych bliższych znajomych, ani teraz, ani nigdy wcześniej, i kiedy wreszcie to się zmieniło, spodobało mu się imponowanie ludziom.

– Ale serio? – spytał Dean. – Naprawdę coś podpaliłeś, czy po prostu… no wiesz, miałeś pecha i oskarżyli cię niesłusznie?

– Trudno stwierdzić – odparł Jonathan. – To bardziej skomplikowane.

– Jak to skomplikowane?

– No bo to nie tak, że używałem zapałek, saletry czy czegoś w tym stylu. To się po prostu… działo.

– Działo się? – Dean zmarszczył czoło.

– Tak. Po raz pierwszy, kiedy byłem w przedszkolu. Nie pamiętam już, o co wtedy poszło. Wiem tylko, że się wściekłem, zacisnąłem pięści i… trach, zapaliła się zasłona.

– Nieee. – Dean się skrzywił. – Blefujesz.

– Mówię prawdę.

Jonathan sam nie rozumiał, skąd brała się jego zdolność, ale bez wątpienia umiał panować nad ogniem. Gdy w przedszkolu wykazał tę moc po raz pierwszy, nie miał jeszcze pojęcia, że to jego gniew doprowadził do zapłonu zasłon. Z czasem zrozumiał, że płomienie nie wytwarzały się przypadkowo. Zaczął się nimi bawić. Zapalał świecę i kontrolował ją.

– Zaczekaj. – Dean wbił wzrok w ławkę, na której siedzieli.

Już drugą godzinę włóczyli się po parku, ale dopiero teraz znaleźli sobie naprawdę ciekawy temat do rozmowy.

– Chyba kiedyś czytałem o czymś podobnym. Że niby takie zdolności do podpalania rzeczy umysłem zdarzają się u dzieci. Ale wiesz, to było na jakiejś stronie o UFO i poltergeistach. Nie bardzo to kupowałem. Możesz to jakoś udowodnić? Nie żebym ci nie wierzył, ale… nadal potrafisz to robić?

– Pewnie. Masz papierosy?

Jonathan dobrze wiedział, że Dean podkrada je ojcu.

Kolega sięgnął do kieszeni i wyciągnął z niej paczkę. W środku zostały jeszcze tylko trzy sztuki. Podał jedną z nich Jonathanowi z miną, jakby nie był przekonany, czy warto poświęcać tak skąpe zapasy na magiczne sztuczki.

Jonathan skupił się na końcówce i powędrował myślami w stronę pana Northernhama, nauczyciela, którego wyjątkowo nie lubił. Żeby wzniecić ogień, zawsze musiał trochę się zdenerwować. Nigdy przedtem nie zapalał papierosa w ten sposób. Uznał jednak, że nie powinno się to szczególnie różnić od podpalania knota świecy, wystarczy tylko nieco złości, którą wypuszczał z siebie jak oddech.

Nie mylił się. Poczuł w palcach lekkie mrowienie i końcówka zapłonęła. Dean przyglądał się przez chwilę rękom Jonathana i papierosowi, ale musiał zgodzić się wreszcie, że nie było w tym żadnego podstępu.

– Wow, to niesamowite – powiedział, po czym wyciągnął z paczki drugą sztukę. – Zapalisz?

– Nie, dzięki.

Jonathan trzymał się w tej kwestii żelaznych zasad. Nie przeszkadzało mu, że Dean pali, ale sam, mimo wielu namów z jego strony, nigdy tego nie robił. Ostatecznie kumpel i tak zgasił papierosa i schował go znowu do paczki.

– Myślisz, że można się czegoś takiego nauczyć? – spytał Dean z nadzieją.

– Nie. To znaczy nie sądzę.

– Dlaczego? Może jednak mógłbyś mnie poinstruować?

– Nie byłbym dobrym nauczycielem – stwierdził Jonathan. – Dla mnie kontrola nie zawsze jest łatwa, a gdy się nad tym nie panuje, bywa naprawdę niebezpiecznie. Pamiętam jedną wredną nauczycielkę, która doprowadziła mnie do szału.

– Podpaliłeś ją? – Dean wstrzymał powietrze.

Widząc jego entuzjazm, Jonathan pożałował, że w ogóle o tym wspomniał. Do dziś nie pozbył się z głowy obrazu pani Cartwright, która z jakiegoś powodu się na niego uwzięła. Już wtedy miał opinię podpalacza, a tamta nauczycielka szczególnie w nią wierzyła. Próbowała usunąć go ze szkoły. Uważała go za zagrożenie dla reszty uczniów. Wciąż go odpytywała, krytykowała jego umiejętności, nawet wygląd.

– W końcu nie mogłem już tego wytrzymać i kazałem się jej zamknąć.

– Co? – Dean omal się nie zakrztusił.

– Powiedziałem jej, żeby się zamknęła – powtórzył spokojnie Jonathan. – Ale to nie wszystko. Najgorsze stało się potem.

Powędrował wzrokiem w stronę wysokich drzew, za którymi przechadzali się spacerowicze. Wydarzenia z przeszłości wróciły do niego ze szczegółami.

– Kiedy na nią wrzasnąłem, zatrzasnęło się okno. Szyba stłukła się w drobny mak i odłamki omal nie zmasakrowały twarzy jednej z dziewczyn. Wszyscy byli zszokowani, a ja chyba najbardziej. Pani Cartwright wstała. Jeszcze nie widziałem jej tak wściekłej jak wtedy. Kazała mi powtórzyć to, co powiedziałem. Cholernie się jej bałem, ale nie mogłem już nic zrobić.

– Niesamowite – westchnął Dean, jakby marzył, że i on będzie kiedyś w stanie zdobyć się na coś podobnego.

– Mieliśmy wtedy zajęcia w klasie z przyborami do chemii. Na szafce przy biurku ktoś zostawił słoik z jakąś dziwną cieczą. Cartwright zahaczyła o nią łokciem i…

Krzyk nauczycielki na nowo rozbrzmiał w głowie Jonathana. Znów widział, jak to coś rozlewa się na jej ramię i zaczyna płonąć. Niektórzy uczniowie potrzebowali potem rozmowy z psychologiem, ale byli i tacy, których bawił widok kobiety wrzeszczącej z bólu. Jonathan nie był w stanie się śmiać, nigdy nie odczuł też satysfakcji z tego, co się wtedy stało. Do teraz miał wyrzuty sumienia, choć usilnie starał się sobie wytłumaczyć, że to nie jego wina. Blizny na ramieniu pani Cartwright nie dało się zaleczyć.

– No i znowu musiałem się przeprowadzić. Za każdym razem, gdy coś mi się przytrafiało, szukaliśmy z matką nowego miejsca.

Dean nadal patrzył na niego z podziwem. Nie rozumiał, jak męczące były te przeprowadzki i zmiany szkół, nawet jeśli zdaniem Jonathana przebiegały zaskakująco gładko. Nikt nie ciągał jego matki po sądach, w żadnej z nowych placówek nie pytali o jego przeszłość, mimo że powtarzał rok. Może po prostu nikt nie umiał w racjonalny sposób udowodnić mu winy? Zresztą on sam zrozumiał swoje zdolności dużo później…

– Myślisz, że więcej ludzi potrafi to robić? – spytał Dean.

Jonathan przez chwilę przyglądał mu się nieprzytomnym wzrokiem, a potem szybko odparł:

– Nie.

– Skąd wiesz? Może…

Nim Dean skończył, rozdzwoniła się jego komórka. Mimo że przed odebraniem oddalił się z nią na kilka kroków, Jonathan i tak usłyszał dobiegający z głośnika huk. Domyślił się, że ojciec Deana wie już o podkradanych papierosach.

Miał rację. Po chwili kumpel wrócił z markotną miną i ze wstydem oświadczył, że musi już iść.

Rozpadało się, więc Jonathan wracał do domu autobusem. Opierał głowę o szybę, za którą świat rozmywał się w wodnistych smugach. Okłamał Deana, odpowiadając na jego ostatnie pytanie, i cieszył się, że nie mogli już dłużej rozmawiać. W przeciwnym wypadku musiałby wymyślić jeszcze niejedno kłamstwo.

Bo Jonathan dobrze zdawał sobie sprawę, że nie jest jedyną osobą, która miała moc. Wiedział o tym od czasu, gdy matka, po latach unikania tematu, postanowiła wreszcie go podjąć.

Byli już po kolejnej przeprowadzce. Jonathan rozwieszał plakaty w nowym pokoju. Zawsze tak robił, gdy wprowadzali się do kolejnego miejsca. To był mały rytuał dający mu nadzieję, że w końcu znajdą dom, w którym zostaną na lata.

Matka wślizgnęła się do jego sypialni i stanęła wyprostowana przy drzwiach.

– Chcę z tobą porozmawiać. – Jej ton był łagodniejszy niż zwykle. Zazwyczaj bywała sucha i oschła. Nie pamiętał, by kiedykolwiek okazywała mu matczyną czułość.

Uniósł na nią zdziwione spojrzenie. Ich rozmowy rzadko były prawdziwymi rozmowami. Częściej matka po prostu mówiła mu, jak powinien się zachować i jaki powinien być. Tym razem jakby coś ją odmieniło, może nawet wydawała się czymś zmartwiona.

Usiadła na łóżku i poprosiła go, żeby też to zrobił.

– Co się stało? – zapytał.

– Długo z tym zwlekałam, ale chyba nie powinnam była. Najwyższa pora, żebym o wszystkim ci powiedziała.

– Chodzi o tatę? – spytał.

Jego ojciec był kolejnym tematem, którego unikała.

Matka odwróciła głowę, odetchnęła, a potem znów spojrzała wprost na niego.

– Nie – odparła. – Chodzi o to, co potrafisz robić. Na pewno już od dawna domyślałeś się, że to nie jest… powszechne. Że nie wszyscy to umieją.

Przytaknął. Nie był już dzieckiem. Doskonale rozumiał, że jego zdolności nie są normalne.

– Że nie wszyscy mogą kontrolować ogień? – odpowiedział. – Wiem.

– Chciałam cię przed tym ochronić – wyznała z desperacją. – Nie chodzi o ciebie samego, ale raczej o tych, którzy mogliby zechcieć wykorzystać twoją moc.

– Kto miałby to zrobić? – zdziwił się.

Nie był na tyle głupi, by publicznie chwalić się tą sztuczką, choć zawsze uważał, że jedyne, co mu grozi, to to, że będą przeprowadzać na nim badania i opisywać go w brukowcach.

– Istnieją ludzie, którzy mają podobne umiejętności – zaczęła tłumaczyć matka. – Potrafią kontrolować ogień i inne żywioły, unosić się w powietrzu, przekląć kogoś, a nawet w mgnieniu oka przenosić się z miejsca na miejsce. Nazywają samych siebie czarownicami.

– Czarownicami? – Zamrugał z niedowierzaniem. Zawsze czuł, że nie może być jedyny, ale nazwa zakrawała na żart.

– Właśnie tak o sobie mówią. Twierdzą czasem, że ich zdolności są naturalne, tak jak twoje, ale w większości przypadków to kłamstwo. Czarownice potrafią wykradać moce innych ludzi. Gdyby któraś z nich dowiedziała się, że masz podobny… dar, łatwo mógłbyś stać się ich celem. Dlatego tak często powtarzałam ci, żebyś przed nikim nie ujawniał tego, co umiesz.

Matka miała na tym punkcie obsesję. Potrafiła wypytywać go kilka razy dziennie, czy na pewno nikomu nie chwalił się swoimi zdolnościami, ale bez względu na jego zaprzeczenia nigdy do końca mu nie wierzyła.

– Jak mam bronić się przed tymi… czarownicami? – spytał.

– Przede wszystkim musisz być dyskretny. Najlepiej byłoby, gdybyś wcale nie używał swojej mocy, ale pozbycie się jej nie będzie łatwe. Taka zdolność jest jak niewłaściwe pragnienia. Gdy się ją stłamsi, w końcu zniknie. To jednak mogłoby zabrać zbyt wiele czasu, dlatego mam dla ciebie coś innego.

Dopiero wtedy Jonathan zauważył, że matka ściskała w dłoni jakiś przedmiot, który moment później wylądował na stole. Była to niewielka ciemna figurka mężczyzny z brodą i wysoką czapką. Siedział na tronie, a głowę i ręce podpierał długą laską.

– Co to jest? – spytał Jonathan.

Postać wzbudzała w nim trudny do wyjaśnienia strach.

– To magiczny posążek – oznajmiła matka. – Nie liczy się zresztą, co to jest, ale jak działa. Czarownice wierzą w siłę przedmiotów. Według nich rzeczy mogą mieć w sobie moc tak samo jak ludzie. Ten amulet będzie cię chronić. Zawsze, gdy będziesz czuł, że narasta w tobie moc, prześlij ją do figurki.

– Jak mam przesłać moc do czegoś takiego? – odparł Jonathan. – Poza tym wtedy chyba bym spalił ten posążek.

– Figurka się nie spali – zapewniła matka. – Musisz po prostu nakładać na nią ręce i wyobrażać sobie, że twoja moc przechodzi na nią. To powinno przynieść ci ulgę.

Jonathan najpierw podchodził do tego sceptycznie. Posłuchał jednak matki, bo z reguły spełniał wszystkie jej polecenia. Z czasem przekonał się, że w figurce rzeczywiście coś było. Gdy nakładał na nią ręce, robiła się bardzo ciepła. W chwilach jego szczególnej złości mogła wręcz parzyć. Przedmiot wszędzie z nimi podróżował i był pierwszą rzeczą, jaką wypakowywali z walizek. Teraz stał na parapecie w jego nowym pokoju.

Minęły prawie trzy miesiące od ostatniej przeprowadzki. Matka zdecydowała, że powinni zamieszkać w Londynie.

– W miejscu, gdzie jest się tak anonimowym, nie powinieneś mieć żadnych kłopotów – stwierdziła – o ile sam ich na siebie nie ściągniesz.

A jednak myliła się, bo kłopoty dopadły go same już pierwszego dnia w nowej szkole. Przyszły razem z Melindą Gibbons i Kate Hallander. Tę pierwszą Jonathan niechcący uderzył drzwiami od łazienki, po czym zaczęła oskarżać go o niestworzone rzeczy. Ale to ta druga przysporzyła mu jeszcze większych problemów.

Kate Hallander była chyba najdziwniejszą osobą, jaką kiedykolwiek spotkał. Już w pierwszej chwili, gdy ją zobaczył, poczuł coś niezwykłego, zupełnie jakby skądś się znali. Potem było już tylko gorzej. Nagle zakochał się w Mel i zaczął się zachowywać, jakby przybył z innej planety i całkiem zapomniał, kim jest. W dodatku po zaledwie dwóch dniach to wszystko znikło jak zły sen.

Najpierw sądził, że Mel jest czarownicą, ale nie wyglądała na taką. Choć bez przerwy potrafiła gadać o astrologii, ani trochę się na niej nie znała.

Sprawy wyjaśniły się, gdy pewnego dnia Kate odwiedziła Jonathana w domu. Napomknęła wtedy o czarach i przypomniała mu, że spotkali się w sklepie dla wiedźm prowadzonym przez Selene Williams, gdzie Jonathan usiłował zarobić coś na wakacje.

Na szczęście szybko udało mu się ją spławić. Wściekł się na dziewczynę głównie dlatego, że poruszała ten temat w jego domu, a przecież matka nie mogła o niczym się dowiedzieć. Jonathan dawno już postanowił, że nie chce całkowicie wyrzekać się swojej mocy, ale jej nigdy nie przeszła paranoja. Nie rozmawiał z Kate już do końca roku szkolnego i wolał, żeby tak pozostało. A ze sklepu Selene zwolnił się na wszelki wypadek. W rezultacie zarobił tylko na nową deskorolkę, ale lepsza taka przyjemność niż żadna.

Przypomniawszy sobie o deskorolce, Jonathan wyjął ją spod siedzenia i zaczął znów oglądać. Tak się w nią zapatrzył, że o mały włos, a przegapiłby swój przystanek.

Deszcz zdążył już zamienić się w mżawkę. Ostatni odcinek drogi do domu Jonathan pokonał na nowym sprzęcie. Gdy tylko otworzył drzwi, poczuł zapach curry.

– Jestem! – zawołał.

– Świetnie – dobiegł go głos matki.

Gdy tylko stanął w progu kuchni, wytknęła mu, że nie wrócił na lunch.

– Są wakacje…

– Wakacje, dobre sobie – ofuknęła go. – A ty zapomniałeś, że musimy uważać na każdym kroku. Dom to jedyne bezpieczne miejsce.

Rzuciła mu surowe spojrzenie. Śmieszyło go trochę, gdy to robiła, teraz, gdy przerósł ją o głowę, mimo że sama, podobnie jak on, była wysoka i szczupła. Nie bał się jej już tak jak kiedyś, a żyli bardziej obok siebie niż razem. Jonathan sądził, że wynika to z różnicy charakterów. Matka lubiła mieć wszystko i wszystkich na oku, a on próbował zgarnąć dla siebie jak najwięcej wolności i samotności. Spojrzenie jej bladej, ponurej twarzy, okolonej ciemnymi włosami, zdawało się jednak sunąć za nim, dokądkolwiek by poszedł. Czasem miał wrażenie, że Eva Charmling nie jest jego matką, ale strażniczką więzienną.

– Co gotujesz? – Uniósł pokrywkę i spróbował sosu. Nie miał zamiaru rozmawiać w tej chwili o jej niekończących się obawach.

– Zostaw, jeszcze nie gotowe. –Zakryła patelnię. – Naprawdę, wolałabym, żebyś mówił mi, dokąd wychodzisz.

– Byłem z Deanem. To kolega z klasy.

– Po tym, jak umawiałeś się z tą rudą Gibbons, ani trochę nie ufam ludziom z twojej nowej szkoły.

Ponieważ zapowiadało się, że matka nie da już teraz za wygraną i będzie zarzucać go pretensjami, Jonathan musiał zmienić temat. Całe szczęście, że miał coś w zanadrzu.

– Skoro już o wakacjach mowa – zaczął – to pomyślałem sobie, że może w tym roku moglibyśmy gdzieś pojechać?

Odkąd pamiętał, nigdy nie jeździli latem na wycieczki. Przez ciągłe wyprowadzki czuł się, jakby bez przerwy byli w drodze, ale to przecież nie to samo.

Matka zaczęła mieszać sos. Nawet na moment nie uniosła wzroku znad patelni. Jonathan znał powód: nie miała dość pieniędzy na wyjazd i nie chciała przyznać tego wprost.

– Mógłbym znaleźć sobie znów jakąś dorywczą pracę – zaproponował. – No wiesz, tak jak ostatnio w tym… sklepie odzieżowym.

– Niewiele mi o nim mówiłeś, więc i niewiele wiem – odparła ostro.

– Daj spokój. Wcale nie było o czym gadać. Poza tym nie musisz być złośliwa.

Matka z trzaskiem zakryła znów patelnię.

– Nie jestem złośliwa. Raczej staram się zrozumieć, o co ci chodzi.

Jonathan zmarszczył czoło w wyrazie udawanego zdziwienia. Matka się nie myliła – wyjazd był tylko pretekstem. Mimo wszystko postanowił iść w zaparte.

– A niby o co miałoby mi chodzić?

– Nigdy nie zależało ci na wycieczkach. Skąd ta nagła zmiana zdania?

Jonathan zacisnął usta. Matka posłała mu przenikliwe spojrzenie.

– No dobrze – powiedział. – Więc pomyślałem sobie, że może moglibyśmy… Właściwie to powinniśmy… pojechać do tego miasteczka, gdzie… sama wiesz.

Zamarła z drewnianą łyżką w ręku. Jej twarz nagle pobladła. Można było się spodziewać właśnie takiej reakcji.

– Gdzie…? – spytała nieswoim głosem i odwróciła się. Zaczęła gorączkowo porządkować słoiczki z przyprawami.

– Tam, gdzie zginął tata.

Atmosfera w kuchni zrobiła się nieznośnie napięta. Przez kilka kolejnych chwil panowała cisza przerywana tylko pobrzękiwaniem przestawianego szkła.

– Dlaczego nie mielibyśmy tam pojechać? – odezwał się znów chłopak, czując, że skoro odważył się już złamać to ciągłe milczenie o ojcu, równie dobrze może pociągnąć temat. – Nie sądzisz, że powinniśmy raz na zawsze rozprawić się z przeszłością? Mój sen…

– Sen?

– Mówiłem ci o nim wiele razy. Ten, który prześladuje mnie od dzieciństwa. Stoję sam na ciemnej drodze i z daleka dochodzi do mnie jakieś światło. Myślę, że może mieć związek z ojcem.

– Niby dlaczego? – prychnęła matka.

– Sam nie wiem. Trudno powiedzieć… Zresztą nieważne. Po prostu czuję, że powinniśmy odwiedzić tamto miejsce.

Pani Charmling nic na to nie odpowiedziała. Wyjęła z szafki talerze i zaczęła rozlewać sos.

– Rozumiem, że to nadal sprawia ci ból – Jonathan nie ustępował – ale może tylko tak uda ci się od niego uwolnić? Mnie też. Nie mogę już znieść tego, że nie wiem prawie nic o własnym ojcu. To tak, jakby ktoś wyrwał mi kawałek życia. A ty nigdy nie chciałaś mi o nim opowiedzieć. Nie mam nawet pojęcia, jak wyglądał. Dlaczego nie mamy w domu jego zdjęć? Dlaczego milczysz, kiedy o niego pytam? Dlaczego…

– Dość. – Matka położyła talerz na stole tak gwałtownie, że ochlapała blat sosem. – Siadaj i jedz.

– Nie! Powiedz mi wreszcie, o co w tym wszystkim chodzi. Czego się boisz? Mam dosyć modlenia się do idiotycznych figurek! Nie chcę pewnego dnia zacząć przypominać cienia samego siebie, tak jak ty!

Nagle rozległ się huk – to matka z całą siłą uderzyła chochlą o talerz, rozbijając go. Sos pociekł po obrusie.

Jonathan był w szoku. W jej spojrzeniu dostrzegł jedynie furię. W kuchni zapanowała zupełna cisza, a w gardle chłopaka wyrosła nagle potężna gruda. Odwrócił się od matki, nim oczy zaszły mu łzami. Schody prowadzące na górę pokonał tak szybko, jakby robił to nieświadomie.

– Jonathan! – usłyszał jej głos na chwilę przed tym, jak zamknął się w pokoju.

Usiadł na łóżku i zakrył twarz dłońmi. Matka stanęła pod drzwiami i zaczęła uporczywie w nie pukać, ale on odpalił na cały regulator muzykę. Nie chciał rozmawiać z tą kobietą i nie chciał, żeby ona słyszała, jak płacze.

Przypisy

* Dzielnica Londynu.

Redakcja

Karolina Borowiec-Pieniak

 

Korekta

Janusz Sigismund

 

Projekt graficzny okładki

Katarzyna Wójcik

 

Skład i łamanie wersji do druku

Agnieszka Kielak

 

© Copyright by Skarpa Warszawska, Warszawa 2026

© Copyright by Adam Faber, Warszawa 2026

 

Wydanie pierwsze

ISBN: 9788384304181

 

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

 

 

 

WYDAWCA

Agencja Wydawniczo-Reklamowa

Skarpa Warszawska Sp. z o.o.

ul. K.K. Baczyńskiego 1 lok. 2

00-036 Warszawa

tel. 22 416 15 81

[email protected]

www.skarpawarszawska.pl

@skarpawarszawska

 

Przygotowanie wersji elektronicznej

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

O Autorze

SŁOWNICZEK

CZĘŚĆ I

ROZDZIAŁ PIERWSZY

ROZDZIAŁ DRUGI

Przypisy

Strona redakcyjna

Punkty orientacyjne

Spis treści