Nostalgia. Rzecz o moich ukochankach - Małgorzata Kalicińska - ebook

Nostalgia. Rzecz o moich ukochankach ebook

Małgorzata Kalicińska,

0,0
49,99 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Nowa powieść Małgorzaty Kalicińskiej, autorki bestsellera „Dom na głowie”

 

Czy można zakochać się jeszcze raz – w tej samej osobie? A jeśli to już nie jest ta sama osoba? I co zrobić, gdy znów odchodzi, tym razem na zawsze?

Małgorzata Kalicińska powraca z osobistą i bardzo poruszającą powieścią. Autorka zabiera nas w intymną podróż przez miłość – tę pierwszą: niedojrzałą, tę drugą: najczulszą, i tę późną: rozsądną, ale nie mniej burzliwą.

„Nostalgia” to historia kobiety dojrzałej, wdowy, która próbuje poukładać swoje życie i uczucia. Między Warszawą a mazowiecką wsią, między przeszłością a teraźniejszością, między stratą a nadzieją – odnajduje siebie na nowo. A przy okazji zadaje pytania, które dotykają nas wszystkich.

Czy wiosna naprawdę jest lepsza od jesieni?

Czy można być szczęśliwym bez dzieci?

Czy późna miłość ma jeszcze sens?

W tej powieści jest wszystko, za co czytelnicy kochają Kalicińską: czułość i ironia, zachwyt nad naturą, smak życia w jego najprostszych formach i emocje, które nie znają wieku. To nie są wspomnienia – to pulsujące, intensywne „tu i teraz”.

Nowa książka autorki jest także opowieścią o odwadze, wychodzeniu ze swojej skorupy, niezgodzie na bylejakość i gotowości, by znów zaryzykować…

Bo na miłość nigdy nie jest za późno.

 

MAŁGORZATA KALICIŃSKA

kobieta pisząca, kobieta domowa. Mama i babcia, wdowa. Ukończyła SGGW, pracowała w różnych miejscach i na różnych stanowiskach. Warszawianka z Saskiej Kępy, która prowadziła pensjonat na Mazurach, mieszkała w Korei Południowej i osiadła na mazowieckiej wsi. Autorka kochanej przez czytelniczki i czytelników, zekranizowanej serii „Rozlewisko” i wielu innych książek, pisanych także w rodzinnych duetach. Ostatni bestseller jej autorstwa to powieść „Dom na głowie, czyli gang seniorów i ja”.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 389

Rok wydania: 2026

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Copyright © Małgorzata Kalicińska, 2026 Copyright © for this edition by Poradnia K, 2026

Wydanie I

Projekt okładki: Grzegorz Araszewski/garasz.pl

Fotografie wykorzystane na okładce: Christian Thöni, Artur Oliinyk/unsplash.com

Zdjęcie autorki: Maciej Wróbel

Redakcja: Małgorzata Wróblewska

Korekta: Katarzyn Sarna, Jolanta Kucharska

ISBN 978-83-68472-20-2

Wydawnictwo Poradnia K Sp. z o.o. Prezes: Joanna Bażyńska 00-544 Warszawa, ul. Wilcza 25 lok. 6 e-mail: [email protected]

Poznaj nasze inne książki. Zapraszamy do księgarni:www.poradniak.plfacebook.com/poradniaklinkedin.com/company.poradniakinstagram.com/poradnia_k_wydawnictwotiktok.com@poradnia_k

Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.

Pytasz, czy kogoś kochałam przed tobą?

Nie wiem – być może, że tak.

Czy to jest ważne? Pójdź, usiądź tu obok,

Wczuj się w tę chwilę, w jej smak1.

Odfrunięcie

Rok 2022

No i pojęcia nie mam, co teraz zrobić z tą urną.

Póki co stoi na półce z najważniejszymi książkami, którą Piotr umieścił nad fotelem. Tam znalazły się nasze ukochane lektury, dawno nieczytane albo takie, do których wracaliśmy. Jego ulubione tomy Folletta, mój Wańkowicz i Biologia Claude’a Villeego w stanie wskazującym na wielkie zużycie, jego powieści Ursuli Le Guin i Dostojewskiego, mój Kubuś Puchatek z dzieciństwa i opasły tom wierszy Gałczyńskiego.

Wiele innych książek stoi na regale w sypialni i w jadalni, koło kredensu. Nad łóżkiem też wisi półka z takimi, do których się sięga, gdy sen uciekł. Tom z wierszami-piosenkami Przybory – zawsze rozczulają, Ziele na kraterze – zawsze wzrusza, Lalka – stare wydanie dwukolumnowe, z podniszczoną okładką, Strugaccy z ich Piknikiem na skraju drogi, Diuna po angielsku (to Piotra), Ostatni Mohikanin Coopera (też Piotra) i jego Bitwa o Monte Cassino Wańkowicza. „Dziadka Melchiora” kochaliśmy wspólnie, jego zachwycały książki wojenne, mnie te rodzinne i podróżnicze.

Tu urny nie wstawiłam, bo jeszcze by mi spadła na głowę, miałabym guza i do tego masę sprzątania. Pościel cała w popiele? No nie. Żeby się urna zmieściła na półce w salonie, zdjęłam stamtąd trzy powieści Folletta. Trudno. Piotr już po niego nie sięgnie, ja też, bo mam to samo w wersji do słuchania.

I stoi sobie mój Piotruś w stanie sproszkowanym na półce, a ja pojęcia nie mam, gdzie ostatecznie powinien spocząć. A może tu mu dobrze i wcale nie muszę chować go w ziemi? Tak sobie myślę, pijąc zimną już herbatę.

Szukam w sobie głębokich uczuć towarzyszących sytuacjom, gdy ktoś bardzo bliski odchodzi tak całkiem zupełnie i nieodwracalnie. Stale nie umiem samej sobie powiedzieć, nawet w głowie, że umarł. Słowo „śmierć” usunęłam ze słownika. Piotra nie ma i dojmująco mi go brak, ale słowa jedno na „u” i to drugie na „ś” są mi wstrętne, zbyt brutalne i niepasujące do obecnej rzeczywistości.

Zasnął i się nie obudził. Tak to czuję.

Jego ciało zastałam już chłodne, bo trochę mi zeszło u pani doktor w Warszawie.

Gdy weszłam do sypialni, sądząc, że za długo śpi, i zobaczyłam jego papierową twarz, tylko krótki spazm wyrwał mi się z piersi – i natychmiast ucichł.

Przecież to było nieuniknione, przecież byliśmy na to przygotowani. Piotr wręcz czekał, bo choroba dała mu się we znaki. Ja chyba też czekałam... Leki przeciwbólowe coraz gorzej działały, potrzebował coraz mocniejszych, a z dawnego Piotra został chudziaczek, słaby i ledwo żywy. Jego głowa przypominała ptasią czaszkę, wydatny, zakrzywiony nos był jakby dziobem. Na głowie nigdy nie miał tak mało włosów, ta grzywa, którą zarzucał, nawet gdy była siwa, zniknęła, zostawiając gołe czoło. Trochę marnych siwych kosmyków uchowało się na czubku głowy, a te z tyłu wytarły się zupełnie.

Sprawdziłam tętno, oddech w lusterku. Nic.

Siedziałam tak przy nim zimnym i nie czułam już żadnej więzi, bo tak jak chyba jednak go kochałam, jak lubiłam każdy centymetr jego ciała, znałam wychudłe plecy, obwisłą skórę na niegdyś prężnych ramionach, sflaczałą ostatnio na brzuchu, kościste palce – tak teraz nie czułam nic, jego ciało stało się mi obce, jakby był manekinem.

To było jak z Piratem, naszym przybłędą, wielkim owczarkiem, który dostał u nas dom i opiekę, gdy przywlókł się okaleczony, wychudzony i legł opodal werandy, jakby mówiąc, że resztki jego życia są w naszych rękach. Miał z nami później piękne, choć krótkie życie, był stary i chory, po roku zmarł. Odkarmiłam go i wyleczyłam, na ile się dało, obrósł porządnym futrem, jak Chewbacca z Gwiezdnych wojen, i okazał się pięknym owczarkiem! Bronił nas i tylko biedak ślepy był już prawie, bo łuszczka, choroba oczu owczarków, sprawiła, że nie widział dalej niż na dwa metry. Dlatego też nie gonił kotów ani Lisy. Lisa go ignorowała. Moja koleżanka Lisa, miejscowa lisica.

Wyczesywanie Pirata było nie lada zajęciem, żmudnym i długotrwałym, ale on nadstawiał się chętnie do tej pieszczoty. Całe siatki kłaków leżały na poddaszu, rozdawałam je znajomym, bo taka śmierdząca psem sierść jest doskonała przeciw kunom. A kiedy zmarł koło czereśni, jego zwłoki odkryła właśnie ona, Lisa. Głośno i piskliwie szczekała, jak to lis. Uciekła, zanim przyszłam zobaczyć, o co jej chodzi. Pirat leżał już sztywny, z językiem wywalonym z pyska.

I tak jak go kochałam jako psa, tak nie poczułam w tych futrzastych zwłokach naszego Pirata. Jego już tam nie było. Leżało coś sztywnego i trzeba było się tego pozbyć.

Piotr był już wówczas za słaby na cokolwiek, na jakikolwiek wysiłek, nie utrzymałby szpadla w dłoniach. Gdy spytał, pełen dobrych chęci i ze łzami w oczach, czy ma Pirata zakopać, powiedziałam, że nie wolno, bo pies był długo leczony i toksyny z jego ciała zatrują ziemię. Prawo zabrania. Zadzwoniłam po pana, który zajmuje się takimi sprawami w naszej gminie.

Nie mam w sobie czułości dla truchełek ptasich, kocich, psich. Już od dawna nie. W dzieciństwie zakopywałam martwe ptaki i robiłam im mogiłki z kwiatkami i krzyżykami z patyczków, ale później jako dość chłodna pragmatyczka zaprzestałam tego. Wszystko, co nam tu umarło pod bokiem – zagryziona sarna, przejechany pies, potrącony na śmierć koziołek – było zabierane przez pana z gminy, który za opłatą przyjeżdżał i wywoził specjalnym samochodem zwłoki do utylizacji.

Kłóciłam się na Facebooku z jakimiś paniami, które pochowały swoje pieski i kotki na psio-kocim cmentarzu albo na działce, o tę utylizację. Były zgorszone, a ja ich zdaniem taka bezduszna. Doprawdy...

„No, dobrze, a jak to się dzieje w naturze?” – pytałam. „Gdy zwierzęta są albo zjadane, albo zostaje po nich padlina, którą zajmują się drobni żywiciele, z bakteriami włącznie?” Właśnie tak się odbywa „krążenie pierwiastków w przyrodzie” – lekcję na ten temat prowadziłam wiele razy na uczelni, wykładając biologię. Cykl życia. Powrót do ziemi, święty rytuał natury.

Panie z Facebooka nie rozumiały. Moi studenci – tak.

Nie, nie jestem czułostkowa.

Mój zimny Piotr, zupełnie jak Pirat, wydał mi się obcy i... sztuczny. Jak woskowa lalka. Lalek. Zmusiłam się, żeby go dotknąć. Ręka była okropna, jak zimny marmur. Twarz jakoś mniej, ale też chłodna i z brzydkim zarostem, bo się od dwóch dni nie golił. Wzięłam maszynkę elektryczną i go ogoliłam. No, lepiej. Woda kolońska. Lubiłam, jak pachniał. Odkurzaczem wyczyściłam poduszkę z włosków.

Piotr się nie ruszał. Chyba naprawdę u... odfrunął. Ciągle nie umiałam powiedzieć, że umarł. „Odfrunął” brzmiało lepiej.

Co miałam teraz z nim robić?! Przecież nie zadzwonię do utylizatora.

Na samą tę myśl się uśmiechnęłam. Nie roześmiałam, bo żart kiepski, ale uśmiech na chwilę rozjaśnił mi twarz. Jakie to byłoby wygodne! Bo teraz to dopiero będzie „kupa balu, panno Lalu”. Chyba najpierw pogotowie? Ale pogotowie to do nagłych przypadków, więc raczej nie. Czy od razu zakład pogrzebowy? Mam gdzieś wizytówkę pana Jerzego z zakładu w Węgrowie. Dostałam ją na pogrzebie naszej sołtysiny. Matki młodej sołtyski, a żony starego sołtysa, bo u nas ten urząd przeszedł z ojca na córkę.

– Halo? – Małe zdziwienie, bo odebrała kobieta. – Czy ja się dodzwoniłam do zakładu pogrzebowego?

– Słucham, tak – odpowiedział młody głos. – Mówi Justyna Krążek, córka Jerzego. Tata jest teraz zajęty. W czym mogę pomóc?

– Proszę pani... – Odetchnęłam, bo głos był ciepły i miły. – Proszę pani... ja... u mnie w domu leży mój mąż i chyba jednak jest martwy, bo bardzo chorował. Wyszłam z domu i pojechałam do miasta. Najpierw wizyta u lekarza, a potem zakupy, wie pani, jutro sobota, ciepło, ludzie kupowali piwo, coś na grilla, były kolejki. I jeszcze byłam na poczcie, więc mi zeszło – trzepałam nerwowo i bez sensu. Umilkłam.

– Ja słucham – powiedziała spokojnie pani Justyna.

Nie umiałam ruszyć z miejsca. Co ja plotę? Po co te szczegóły? Wzięłam głęboki wdech i próbowałam wrócić do rozumu. Ale milczałam.

– Halo? – spytała pani Justyna. – Czy pani sprawdziła puls na szyi? Wezwała pani pogotowie, lekarza?

No i odblokowała mnie tym pytaniem.

– Nie. To znaczy tak, sprawdziłam lusterkiem oddech. Ale mąż jest zimny i szary. Pogotowie? No nie, bo by na mnie nakrzyczeli, że oni są do ratowania żywych.

– To prawda, ale lekarz musi stwierdzić zgon. Radzę zadzwonić. A potem zaraz do nas, bo jest ciepło, a mamy piątek, rozumie pani. Jesteśmy po południu wolni, chłopcy by przyjechali. Skąd pani dzwoni?

Za dużo informacji naraz. Znów mnie przytkało i odpowiedziałam tylko na ostatnie pytanie.

– To takie miejsce za Górkami, nazywa się Smutne Łąki, ale...

– Wiem, znam. Tam jest niedaleko leśniczówka, lasy i Liwiec płynie?

– Tak, ale leśniczówka to dalej. Mój dom jest trochę na odludziu. Kilkaset metrów za szkołą w prawo, blisko lasu.

– GPS pokazuje?

– Tak, bo mamy nawet numer pocztowy. Smutne Łąki cztery.

– Dobrze. A jak się pani czuje?

Zgłupiałam. Ja? Ja żyję. Skoro dzwonię, to znaczy, że jest okej. Troskliwa ta pani Justyna.

– Chyba dobrze, skoro dzwonię. Nie jestem w szoku, mąż długo chorował, może to źle zabrzmi, ale to było do przewidzenia, wie pani.

– Wiem, ale czasem, gdy szok mija, to serce, nerwy... Sama pani jest?

– Tak.

– Proszę najpierw zadzwonić na pogotowie albo do przychodni i zaraz potem do mnie z informacją, kiedy mamy zabrać ciało. Na pewno wszystko z panią dobrze? Może się pani napije waleriany?

Tak zrobiłam.

Później wszystko było jak w filmie, to znaczy tak, jakbym ja oglądała film, a sama była gdzieś z boku, za kotarą. Ratownik z karetki, która przyjechała dość szybko, wypisał stwierdzenie zgonu, z którym to pismem później muszę pójść do urzędu... No i zacznie się papierologia.

Przyglądał mi się podejrzliwie, bo nie szlochałam, nie okazywałam załamania, szoku. Byłam smutna, a może tylko poważna. Właściwie to było tak jak wtedy, gdy Piotruś wyjeżdżał do Mediolanu i nie było go w domu kilka czy kilkanaście dni. I teraz tak samo go nie ma. No był i nie ma. Wyjęłam teczkę z historią choroby. Ratownik czytał wypisy niby w skupieniu. Kiwał głową. Spytał, jak się czuję i czy mi dać coś uspokajającego. Podziękowałam. Dociekał, czy ma zawiadomić zakład pogrzebowy, ale powiedziałam, że już to załatwiłam. Odjechali.

Godzinę po moim telefonie do pani Justyny przyjechali ona i dwóch panów. Zabrali... ciało.

– Byłam pani ciekawa – powiedziała ładna młoda kobieta. – Do nas najczęściej dzwonią ludzie w nerwach, a pani taka spokojna.

Nalałam nam wody z cytryną, chwilę porozmawiałyśmy. Pani Justyna skończyła italianistykę i miała włoskiego narzeczonego. Puścił ją kantem po czterech latach chodzenia, po planach małżeńskich, i ona została z tym swoim włoskim jak Himilsbach z angielskim w anegdocie. I z ładną sukienką ślubną, którą wcześniej kupił jej Włoch.

– No i całe szczęście, że u taty akurat się zwolniło miejsce sekretarki, to się tu jakoś odbiłam, bo byłam nieźle podłamana. Nie chciałam robić w funeraliach, ale widać to mi pisane. Solidna rodzinna firma...

– A Włoch?

– Kto? Narzeczony? Z Bari. Spod Bari. Poznałam teściów, bardzo zamożni, lubili mnie. Nasze plany nakreślone były mocno, „białe koszule na sznurze schły”, a on nagle, ten mój Pietro, trach! i zerwał zaręczyny! Niby mu się odwidziało.

– Mój też był Pietro – wtrąciłam. – Z Mediolanu.

– Włoch?! – zdumiała się.

– Polak, ale ponad pół życia spędził w Mediolanie.

Panowie właśnie wynosili Piotrusia na noszach i dopiero ten widok mnie zmroził.

– Ja... – jęknęłam już ze łzami w oczach – nawet go nie pocałowałam na do widzenia i nie przebrałam, a on w tej piżamie...

– To koniecznie – zdecydowała pani Justyna. Pociągnęła mnie do noszy. – Chce go pani przebrać?

Pomyślałam szybko, jaki ma to sens. Po co? I tak do... pieca.

– Może nie w garnitur, ale chyba piżama nie jest odpowiednia.

– Ładna jest, zawiniemy ciało w całun i będzie elegancko.

– A, dobrze. To ja...

Panowie się zatrzymali.

Pocałowałam Piotra w czoło, bo usta miał jakieś takie papierowe, suche, obce, jak nie jego. Pomyślałam, że będę tego żałować. W filmach kobiety czule całują zmarłych, ale to filmy, więc aktorzy grający zwłoki są ciepli.

– Z pogotowiem poszło sprawnie? – spytała pani Justyna.

– Tak – odpowiedziałam wyrwana z myśli o pożegnaniu. – Wracali z nietrafionego wezwania. Ratownik szybko wypisał dokument. I jeszcze rzekł, że piękna śmierć, bo w domu, w łóżku i we śnie. Może i tak?

Zostałam sama.

Moje racjonalne „ja” pogoniło mnie do roboty. Zrzędziło: „Później, jak minie szok, to się rozpadniesz na kawałki i nic nie zrobisz”.

Zmieniłam pościel i odwróciłam materac, podobno tak trzeba. Gdzieś czytałam, że należy spalić ten, na którym ktoś umarł, inaczej zmarły „wróci i ciebie zabierze”. Bzdury. Piotruś miałby mnie porwać w zaświaty? Poza tym nie wolno palić sztucznych włókien, których dużo w tych nowych materacach. Jakby się taki rozhajcował, to zaraz byłyby tu straż pożarna i policja, a i trujący dym i dwutlenek węgla, który niszczy planetę.

Zwariowałam, naprawdę zwariowałam. Mąż mi zmarł, a ja o ekologii! Ale czy mąż? Przecież się nie pobraliśmy. Tylko notarialnie coś, nie kojarzę co, podpisywałam. „Żeby łatwiej ci było, jak zemrę” – mówił Piotr.

Zamiast wywalać czy palić, tylko odwróciłam materac na drugą stronę i wówczas wypadł spod niego arkusz czerwonego brystolu. I jeszcze to... Powinnam się roześmiać.

Trochę mi głupio, bo mimo że uważam się za osobę racjonalną, mam w domu białą szałwię i okadzałam nią pomieszczenia od dnia, w którym dowiedzieliśmy się, jak poważna jest choroba Piotra. Późno wykryty rak.

Trzymałam fason, podobnie chyba Piotruś, na zasadzie „no cóż, przynajmniej szczerze i wiemy, co robić”. On zapewne poryczał się gdzieś w ukryciu, a ja poszłam niby to rzucić Lisie jedzenie, i też sobie płaknęłam. Stanęłam koło jej obejścia, koło tej walącej się szopy, w której ma swoją jamę, i ustawiłam się tak, żeby mnie nie było widać z okien domu, zza wielkich na ponad półtora metra bylic rosnących na kopcu koło lisiej szopki. I wówczas się rozpłakałam. Najpierw ze strachu, potem dołączył głęboki żal i to okropne i wredne pytanie bez odpowiedzi: Dlaczego?

Czemu my? Czemu teraz, gdy jesteśmy znów razem i spełnił się nasz młodzieńczy sen? Klęłam szpetnie, jak nie ja, pomstując i zanosząc się urywanym szlochem.

Tak było wtedy, gdy się dowiedzieliśmy o raku, a teraz nie. Teraz nie płaczę. Dziwne.

Gdy tylko Piotr został zdiagnozowany, koleżanka z dawnych lat poprosiła mnie, żebym koniecznie co jakiś czas odkadzała dom „ze złego” białą szałwią, po czym mi ją przywiozła i pokazała, jak to się robi. Piotrek wówczas wyszedł z domu pod jakimś pretekstem, bo go to śmieszyło, a ja chodziłam po domu i okadzałam pokój, kuchnię, a nawet łazienkę, kręcąc dymiącym zwitkiem białej szałwii i gadając coś bez sensu, że wypędzam wszystko co złe i co dokucza Piotrowi.

– Won! Wszystkie złe siły, won! – mówiłam nieco teatralnie.

Koleżanka wysłała mi też znaki runiczne, które miały odganiać zło i chorobę, i kazała położyć je tam, gdzie leży i siedzi Piotrek. I tak pod materacem znalazł się ten arkusz czerwonego brystolu z namalowanymi złotym flamastrem runami zdrowia. Drugi, mniejszy, umieściłam pod poduszką na krześle do komputera I jeszcze jeden pod nakryciem fotela na tarasie, gdzie często siadywał ze mną, żeby gapić się w dal albo na Lisę.

– Piotrek – przekonywałam go potem do okadzania i oleju z marihuany – mówisz, że to gusła i nie wierzysz, ale to prastare obyczaje.

– Wiem, ale to są bujdy. Szałwia nie leczy, tylko immunoterapia i chemia celowana. Daj buziaka i nie złość się. Ładnie pachnie, to okadzaj! Mnie też okadź.

– Posłuchaj, są rzeczy na świecie, o których się filozofom nie śniło. Kiedyś nie było tomografu, a na grypę się umierało, ludzie leczyli się tylko ziołami i energią minerałów, a też jest coś takiego jak sugestia, i to działa!

Sądziłam, że go zagięłam, ale on uśmiechał się i mówił:

– Kocham cię. Okadzaj!

Taki nieszkodliwy świr z tą szałwią i runami, bo choć w takie cuda nie wierzę, to jednak jakoś mnie ciągnęło do tego, żeby uwierzyć – tak jak kiedyś, w dzieciństwie, gdy wierzyłam w duszki leśne, elfy i nimfy wodne, gdy przebierałam się za nie, używając maminych milanezowych halek i zwiewnych apaszek, plecionych kwietnych wianków i skrzydeł z papieru, które za nic mi się na plecach nie chciały trzymać.

Byłoby świetnie, gdyby szałwia i runy miały moc! Ale nie miały, jak to widać po tej ładnej urnie ze sztucznego jaspisu stojącej teraz na półce z książkami.

Później rozmawialiśmy też o paleniu ciał zmarłych jako obyczaju wikingów i Słowian.

– Pamiętaj – powiedział na koniec Piotr – ja też mam być instant! Żadnych trumien i pochówku na cmentarzu, bo nie cierpię cmentarzysk i wilgoci. Wysyp mnie do Zatoki Puckiej.

– W proszku czy w granulkach? – usiłowałam żartować.

Powiedział, że w granulkach. Obiecałam.

Moja ostatnia wola, czyli oświadczenie, które leży w moim biurku w szufladzie, też stawia ten warunek – żadnej trumny! Prochy rozsypać tu gdzieś. Czemu niby nie wolno? To są pierwiastki potrzebne ziemi, które nie powinny trafiać do urn czy trumien tak szczelnych, że tkwią tam setkami lat, zamiast tworzyć nowe byty.

Na prochy Piotra chciałam przeznaczyć gliniany dzbanek. Mieliśmy w domu dwa takie śliczne, pękate. Kupiliśmy je podczas romantycznej wyprawy do Kazimierza wiele lat temu, zanim jeszcze Piotrek wrócił na stałe do Polski. Do mnie. Na jakimś pchlim targu wybraliśmy sobie po dzbanku. Ja z uroczą kwoką, on z kolorowym kogutem. Moja kura stłukła się niedawno, ale Piotrowy kogut został, jednak nie mógł pomieścić jego prochów, musiałam wybrać coś innego. Pani Justyna powiedziała, że po kremacji prochy muszą być wsypane do urny z porządnym zamknięciem.

– Bo? – spytałam bez sensu.

– Bo byłoby niefajnie, gdyby w drodze na miejsce spoczynku, a powiedzmy, że pani by wiozła prochy do Mediolanu, w pociągu by coś szarpnęło, niezbyt dobrze zabezpieczone naczynie by spadło i zawartość rozsypała się wkoło. O samolocie nie mówiąc, bo pozwolenia...

Po kremacji, na której nie byłam, podpisałam państwu Krążkom z zakładu pogrzebowego papierek, że zabieram urnę do Mediolanu, co było wierutnym kłamstwem. Piotr nikogo tam już nie miał, jego ojczym spoczywał w jakimś wystawnym rodzinnym grobowcu, mama po śmierci skremowana też trafiła obok urny męża do specjalnej eleganckiej szafki. Babcie – Lodzia, mama jego mamy, i Lonia, najukochańsza warszawska babcia, u której mieszkał – obie leżą gdzieś bodaj w Sopocie, i to wszystko, co wiem o jego rodzinie.

A, żyje jeszcze była żona Piotra, Włoszka. Ale co ona mnie obchodzi? Nawet nie mam do niej numeru. Może jest w jego telefonie? Zresztą nie będę jej proponować jego prochów, bo wiem, że miłości to tam nie było. Dzieci nie mieli.

Niech stoi urna z Piotrusiem na półce z książkami! Ze zmarłymi pisarzami. A ja pomyślę, co zrobić. Na razie nikomu nie przeszkadza.

Przypisy

1 Fragment tekstu Jerzego Jurandota do piosenki Każda miłość jest pierwsza wykonywanej przez Irenę Santor. ↩