Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
39 osób interesuje się tą książką
„Wilczy krąg. Mroczny zew miłości” to wyjątkowo oryginalna powieść, łącząca elementy romansu, kryminału i fantasy, której akcja rozgrywa się w malowniczej, nadbałtyckiej miejscowości. Główny bohater, Robert, po tragicznej stracie partnera i odziedziczeniu starego domu na odludziu, próbuje na nowo poukładać swoje życie. Szybko okazuje się jednak, że pozornie spokojna okolica skrywa wiele sekretów, a znajdujące się w pobliskim lesie ruiny były miejscem tajemniczego morderstwa. Robert, zajęty remontem domu, podczas przypadkowej wizyty poznaje swojego sąsiada, Adama. Młody mężczyzna o magnetycznej osobowości i niezwykłej urodzie szybko rozpala jego uczucia, stając się przedmiotem niewytłumaczalnego pożądania. Kim jednak jest naprawdę i czemu niedawno wprowadził się do kamiennej posiadłości położonej w sercu lasu? Czym się skończy nawiązanie z nim bliższych relacji?
Powieść urzeka swoim klimatem – od nastrojowych opisów przyrody, przez realistycznie zarysowane relacje międzyludzkie, po narastające napięcie i nutę grozy. To historia o żałobie, poszukiwaniu siebie, sile nowych początków i fascynacji tym, co nieznane. „Wilczy krąg” to idealna propozycja dla czytelników ceniących emocje, tajemnicę i nieoczywiste zwroty akcji.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 355
Rok wydania: 2025
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Przejdź do spisu treści
Jacek Goliatowski
WILCZY KRĄG
MROCZNY ZEW MIŁOŚCI
Copyright © Robert J. Goliatowski, Tablero Publishing, 2025 rok
Prawa do dystrybucji tego wydania należą do Wydawnictwa kmh media group
Korekta i redakcja: Krzysztof Karabin
Projekt okładki i skład: Jacek Goliatowski
Wydanie I
Warszawa 2025
ISBN 978-83-975036-5-6
Tytuł dostępny także jako audiobook oraz książka drukowana
Książka jest objęta ochroną prawa autorskiego. Wszelkie udostępnianie osobom trzecim, upowszechnianie i upublicznianie, kopiowanie oraz przetwarzanie jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.
Korzystasz z nielegalnie dystrybuowanej kopii powieści „Wilczy krąg”? Nagródź wysiłek autora i osób pracujących nad wydaniem tego tytułu, kupując legalną kopię.
Odkąd pamiętam, zawsze nie znosiłem przeprowadzek. Choć uwielbiałem weekendowe wycieczki bądź wakacyjne wyjazdy, stanowiące miłą odskocznię od codzienności, to myśl o pakowaniu całego dotychczasowego życia w kartonowe pudła i mierzeniu się z nieznanym napawała mnie irracjonalnym wręcz lękiem. Głęboko zapuściłem korzenie w Warszawie, mieście, w którym się urodziłem i dorastałem. Dom, praca, wieloletni partner – to były kotwice pozwalające mi się utrzymywać na wzburzonych wodach losu. Przez kolejne lata obronną ręką wychodziliśmy wraz z Pawłem z kolejnych zawieruch przetaczających się dookoła nas. Jednak nic nie może przecież wiecznie trwać…
Czasami wystarczy chwila, aby wywrócić do góry nogami czyjeś życie. Nieodpowiednie miejsce, nieodpowiednia pora, zaledwie kilkanaście sekund lub parę metrów, które zmieniają wszystko. Niektórzy nazywają to pechem lub przeznaczeniem, inni mówią „Bóg tak chciał”, zwalając winę na Stwórcę. Dziennikarze lubują się w innym określeniu, przyciągającym uwagę czytelników: „tragiczny wypadek”. Takie nagłówki gwarantują wysoką oglądalność…
W przypadku naszej pary pech przyjął postać rozklekotanego forda. Na ironię zakrawał fakt, że samochód, który w nas uderzył, obserwowaliśmy od kilku minut. Siedzieliśmy przy kawiarnianym stoliku, popijając gorącą czekoladę i snując plany na przyszłość. Ulegliśmy złudzeniu, że dzieląca nas od ulicy szyba oraz stojące na skraju chodnika słupki stanowią jakąkolwiek ochronę przed pijanym szaleńcem siedzącym za kierownicą.
W szpitalu spędziłem zaledwie kilka dni – niezbędnych, aby lekarze upewnili się, że poza paroma zadrapaniami i siniakami nic mi się nie stało. Paweł nie miał tak dużo szczęścia. Jak później dowiedziałem się na sali sądowej, to na nim skupił się impet uderzenia. Dopiero w dniu wypisu zajmujący się mną lekarz uznał, że jestem gotów poznać brutalną prawdę. Na któreś z kolejnych pytań o stan mojego partnera pokręcił jedynie głową i wygłosił wyuczoną na pamięć formułkę. „Nic więcej nie dało się zrobić. Przykro mi”. Dwa krótkie zdania, które zabrzmiały jak wyrok…
Po szybkim pogrzebie próbowałem wrócić do codziennych spraw. W naszym niewielkim mieszkaniu zapanowała ponura cisza, przerywana irytującym dzwonkiem telefonu. Bliżsi i dalsi znajomi dopytywali się o moje samopoczucie, udzielali złotych rad lub po prostu sami potrzebowali się wygadać. Prawie każdy przedmiot znajdujący się w zasięgu wzroku przypominał mi o nie tak odległej, jakże szczęśliwej przeszłości i niezrealizowanych planach na przyszłość. Bez walki wsiadłem do napędzanego depresją rollercoastera zmiennych emocji i dawałem się nim wozić przez dziewięć destrukcyjnych miesięcy. Dopiero wtedy przyznałem sam przed sobą, że nie poradzę sobie z narastającym problemem. Zdecydowałem się oddać w ręce pierwszej znalezionej w Internecie psycholożki. Dzięki jej staraniom, po powstrzymaniu ogarniającego mnie szaleństwa, stopniowo zacząłem wracać do świata żywych. W moim życiu znów pojawiły się spotkania ze znajomymi i przyjaciółmi, a po kolejnym półroczu nawet niezobowiązujące randki. Podświadomie ponownie pragnąłem i próbowałem nawiązać jakąś głębszą relację, jednak każdy z potencjalnych kandydatów na życiowego partnera okazywał się niewypałem. Od imprezy do imprezy, od randki do randki – ani się obejrzałem, a minął kolejny rok. I wtedy do mojej skrzynki pocztowej trafił pewien list…
„Kancelaria prawna Suchodół i Partnerzy” – nazwa nadawcy kompletnie nic mi nie mówiła, podobnie jak i adres, wskazujący jeden z popularnych nadmorskich kurortów. Rzuciłem na sofę torbę z zakupami, pospiesznie rozrywając kopertę. Ze środka wypadła gęsto zadrukowana kartka, ozdobiona u dołu kilkoma odręcznymi podpisami i pieczęciami. Wczytałem się w treść wiadomości.
Dotyczy: Spadek po śp. Helenie Nowickiej-Przybysz
Szanowny Panie Robercie, Niniejszym informujemy, iż zgodnie z testamentem sporządzonym dnia 14 marca 2025 r. przez śp. Helenę Nowicką-Przybysz, zmarłą w dniu 2 czerwca 2025 r., został Pan wskazany jako jedyny spadkobierca jej majątku.
Zgodnie z treścią testamentu przedmiotem spadku jest nieruchomość położona we wsi Dąbrowo, w środkowej części wybrzeża bałtyckiego, obejmująca działkę o powierzchni 0,13 ha oraz budynek mieszkalny o charakterze letniskowym. Budynek ten, według stanu na dzień otwarcia spadku, znajduje się w stanie wymagającym remontu.
Testatorka zastrzegła w testamencie warunek, iż nabycie spadku przez Pana będzie skuteczne wyłącznie w przypadku przeprowadzenia remontu budynku w terminie 12 miesięcy od dnia otwarcia spadku. Remont powinien obejmować przywrócenie budynku do stanu umożliwiającego jego bezpieczne użytkowanie.
W załączeniu przesyłamy kopię testamentu oraz dokumenty dotyczące nieruchomości. Prosimy o kontakt w celu omówienia dalszych kroków formalnych, w tym złożenia oświadczenia o przyjęciu spadku.
Z wyrazami szacunku, adw. Marta Suchodół Kancelaria Prawna Suchodół i Partnerzy
Jeszcze raz przeczytałem list. Kim, do diabła, była ta Helena dwojga nazwisk? Za nic nie mogłem sobie przypomnieć, o kogo mogło chodzić. W miarę upływającego czasu moje niegdyś rozległe więzy rodzinne osłabły i aktualnie utrzymywałem kontakt z zaledwie kilkoma osobami. O część bliskich, tych najstarszych wiekiem, już dawno upomniała się kostucha. Nie mając żadnego punktu zaczepienia, sięgnąłem po telefon.
Matka odebrała połączenie po dłuższej chwili. Jej głos ledwo przebijał się przez zgłośniony na maksimum telewizor.
– Siedzę sobie przy kawie z Ewą – zakomunikowała na wstępie. Wiedziałem, co to oznacza. Nie mogłem liczyć na dłuższą rozmowę, bo trwała wymiana ploteczek zebranych z połowy osiedla. – Coś się stało, że dzwonisz? – zapytała.
– Nic się nie stało, mamo. Po prostu miałem chwilę i pomyślałem, że się odezwę – uspokoiłem ją. – Kojarzysz może, kim była Helena Nowicka-Przybysz? Ktoś mi napisał na Facebooku, że zmarła. Czy to była jakaś nasza daleka kuzynka? – póki co nie zamierzałem nawet wspominać o potencjalnym spadku.
– Nie pamiętasz cioci Helenki? – zdziwiła się. – Przecież byliśmy u niej kilka razy na wakacjach, miała taki ładny dom nad morzem. To było… zaczekaj… – zamilkła na moment. – No tak, nic dziwnego, że zdążyłeś o niej zapomnieć. Miałeś wtedy pięć czy sześć latek. Chcesz ją odwiedzić?
– Odwiedzić?! Przecież mówiłem ci, że nie żyje! – bezskutecznie próbowałem przekrzyczeć śląskie przyśpiewki wylewające się z odbiornika po drugiej stronie słuchawki.
– A, faktycznie… – rozkojarzony głos matki zwiastował zbliżający się koniec rozmowy. – Zadzwonię do ciebie później, dobrze? Kocham cię! Masz pozdrowienia od Ewy – połączenie zostało przerwane.
Ciocia Helenka… Spróbowałem odszukać w pamięci ślady wspomnień z dzieciństwa. Niczym na wyblakłej fotografii w mojej głowie pojawił się obraz piętrowego, obitego deskami budynku, stojącego samotnie na skraju lasu, tuż za pierwszą linią drzew. Przypomniałem sobie obrośniętą krzakami drogę prowadzącą do skrzypiącej, metalowej bramy i ciągnącą się za domem wąską ścieżkę biegnącą w kierunku plaży. Niewielkie, nudne podwórko… Skrawek ogrodu, a w nim krzewy malin… Trudno mi jednak było z tych obrazów sklecić spójną całość.
Podrapałem się w zamyśleniu po głowie. Ciekawe, ile mogła być warta taka nieruchomość. Szybko przejrzałem oferty na popularnym portalu ogłoszeniowym i aż usiadłem z wrażenia. Kwoty, które znalazłem, były godne uwagi. Nawet po opłaceniu podatku i włożeniu w remont paru groszy inwestycja wydawała się bardziej niż opłacalna. Oczywiście to nie było to samo, co trafienie głównej wygranej w lotto, jednak głupotą byłoby wzgardzenie pieniędzmi, które właściwie spadły mi z nieba. Postanowiłem skontaktować się z kancelarią prawną i dowiedzieć czegoś więcej o spadku pozostawionym przez ciotkę, a przede wszystkim o warunkach jego otrzymania. Cały czas też nie dawało mi spokoju pytanie, czemu ciotka wybrała akurat mnie jako swojego spadkobiercę.
* * *
– W okolicy praktycznie nie ma innych zabudowań. Znajdujemy się na terenie parku krajobrazowego, co skutecznie blokuje nowe inwestycje – oznajmiła pani adwokat, gdy tylko zjechaliśmy z połatanego asfaltu na wysypaną tłuczniem boczną drogę. – Panie Robercie, jest pan w wyjątkowo dobrej sytuacji, gdyż testatorce udało się zdobyć pozwolenie na przebudowę i rozbudowę domu. Przypuszczam, że chciała tu otworzyć jakiś mały pensjonat.
– Póki co nie mam aż tak dalekosiężnych planów – uśmiechnąłem się do niej. – Szczerze mówiąc, od bardzo wielu lat nie utrzymywałem kontaktów z ciocią Heleną. Nie mam pojęcia, czemu akurat mnie wybrała…
– Na to pytanie niestety nie znam odpowiedzi. W każdym razie od strony formalnej wszystko jest jak najbardziej w porządku. Zmarła nie miała dzieci ani rodzeństwa, z mężem rozwiodła się ponad dekadę temu, jej rodzice już nie żyją. Jest pan jedyną osobą, którą bezpośrednio wskazała w testamencie.
– A jak wygląda kwestia ewentualnych zobowiązań spadkowych? – zapytałem z miną mającą potwierdzić, iż terminologię prawną mam w małym palcu.
– O ile mi wiadomo spadek nie jest obciążony żadnymi zobowiązaniami. Hipoteka jest czysta, pani Helena nie miała długów czy innych niespłaconych zobowiązań – kobieta zahamowała, zatrzymując się przed pomalowaną niegdyś na szaro, mocno już zardzewiałą bramą. – No, jesteśmy na miejscu. Zapraszam na obchód nieruchomości – sięgnęła po teczkę z dokumentami.
Po pokonaniu stawiające opór kłódki znaleźliśmy się na niewielkim podwórku. Rozejrzałem się z zainteresowaniem. Okalające posesję siatkowe ogrodzenie porastała bujna roślinność przypominająca zdziczałą winorośl. Zielona ściana o wysokości prawie dwóch metrów skutecznie skrywała przed wzrokiem ewentualnych spacerowiczów wszystko, co znajdowało się na terenie działki. Posesja miała kształt lekko rozciągniętego w pionie trapezu, dostępu na jej teren broniła nie tylko stara brama, ale też znajdująca się obok niej skrzypiąca furtka, również wymagająca konserwacji. Z koron pobliskich drzew dobiegał radosny jazgot ptactwa, a powietrze było przepełnione aromatem igliwia, mchu, polnych kwiatów i rozgrzanego drewna. Nad nieskoszoną trawą, porastającą podwórze, unosiły się sennie latające motyle, szukając wystających pomiędzy źdźbłami koniczyn.
– Działka ma kształt przypominający zwężający się ku bramie prostokąt… – adwokatka przeglądała papiery, a ja pomyślałem sobie, że chyba nie uważała na lekcjach geometrii. – Od strony drogi ogrodzenie liczy 25 metrów, za budynkiem, od ogrodu, zwiększa się do prawie 38 metrów. Po bokach mamy około 42 metrów. Większą część terenu zajmuje więc ogród znajdujący po drugiej stronie – machnęła ręką w stronę zabudowań. – Wejdźmy do środka.
Nie oglądając się na mnie, ruszyła w stronę domu. Przyjrzałem mu się uważnie. Pociemniałe, ale wciąż wyglądające dobrze sosnowe deski nadawały elewacji charakterystyczny, staromodny klimat. Jeszcze bardziej podkreślała go prosta bryła, z czytelnymi geometrycznymi liniami tworzonymi przez duże, prostokątne okna wyposażone w okiennice. Dwuspadowy dach pokryty ciemnoszarą papą skrywał najprawdopodobniej użytkowe poddasze – sugerowały to widoczne z dołu okna połaciowe, sprawiające wrażenie dużo nowszych niż reszta konstrukcji. Całość robiła niezłe wrażenie, choć przy uważniejszym spojrzeniu można było dostrzec elementy wymagające naprawy lub choćby oczyszczenia i odmalowania.
Zatrzeszczały zdobione wąskimi paskami kolorowego szkła masywne drzwi – i weszliśmy do środka. W powietrzu unosiła się mieszanka zapachów kurzu, żywicznego drewna, starych tkanin i papieru. Drewniane deski skrzypiały cicho z każdym stawianym przez nas krokiem. Opustoszały hol w kształcie spłaszczonej litery T oświetlony był niewielką ilością światła, wpadającą przez otwarte wyjście na podwórko oraz przekrzywione lamelki okiennic.
– Niestety, oświetlenie nie działa – wyjaśniła moja przewodniczka, wczytując się z trudem w dokumenty. – Prąd został odłączony po śmierci właścicielki, gdyż instalacja nie jest w najlepszym stanie. Po lewej stronie korytarza znajduje się kuchnia połączona z jadalnią, a także niewielka spiżarnia. Na prawo mamy główną i, jak na razie, jedyną łazienkę, obok niej pomieszczenie techniczne oraz całkiem okazały salon.
Omiotłem spojrzeniem hol i wychylając się przez próg, zajrzałem do wymienianych przez nią pomieszczeń. Dom był kompletnie nijaki, póki co niczym mnie nie urzekł, ale również nie zniechęcił.
Kobieta tymczasem wskazała na znajdujące się po prawej stronie schody.
– Na poddaszu urządzono sypialnię oraz gabinet, połowę piętra pozostawiając niewykończoną, w tym również drugą z łazienek. Jest tu jeszcze piwnica, trochę nietypowa, bo o powierzchni mniej więcej połowy parteru.
– Całkiem to spore … ale nie widzę żadnych mebli – przerwałem jej wywody.
– Właśnie do tego zamierzałam przejść… Ostatnie pół roku pani Helena spędziła w prywatnym ośrodku opiekuńczym, bo dość poważnie zachorowała. Dosłownie raz lub dwa odwiedziła swój stary dom, przede wszystkim po to, by pozbyć się wyposażenia. Szafy, stoły, krzesła i biurko z litego drewna były dość cenne, co w jej sytuacji finansowej miało znaczenie.
– Czemu więc po prostu nie sprzedała całej tej posiadłości? – na głos wyraziłem swoje zdziwienie. – Albo nie zwróciła się do kogoś o pomoc.
– Tego nie wiem – wzruszyła ramionami. – Niekiedy starsi ludzie podejmują dziwne decyzje. Ale to już nie moja sprawa. Chce się pan przejść po budynku i sprawdzić stan pomieszczeń? Szczerze zachęcam, aby to zrobić przed przyjęciem spadku.
– To dobry pomysł, jednak wolałbym przedtem pootwierać okiennice. Przy tak mizernym oświetleniu niewiele da się zobaczyć – zauważyłem. – O ile oczywiście można je ruszyć.
– Proszę bardzo. Poradzi pan sobie sam? Nie chciałabym się pobrudzić, mam jeszcze dziś kilka spotkań, a widział pan, w jakim to wszystko jest stanie – sprawiała wrażenie zakłopotanej.
– Doskonale panią rozumiem. Bez obaw, dam sobie radę. Zaraz wracam.
Wyszedłem na zewnątrz i namierzyłem pierwszą z okiennic. Metalowe zawiasy przeraźliwie zaskrzypiały przy próbie poruszenia drewnianym skrzydłem, ale nie zamierzałem się poddać. Pokonując opór zastałych okuć, odsłoniłem przykurzone i oblepione pajęczynami szyby. Pomyślałem, że oprócz remontu przydałoby się tu na pewno gruntowne sprzątanie.
Urządziłem szybki spacer po wszystkich pomieszczeniach, uważnie wypatrując jakichś niepożądanych śladów na ścianach, sufitach i podłodze. Z oglądanych przeze mnie programów telewizyjnych dotyczących remontów wynikało, że drewniane domy uwielbiały zaskakiwać swoich właścicielami kosztownymi usterkami pokroju pękniętej belki stropowej. Tu jednak wszystko wydawało się w porządku – i nawet moje szaleńcze podskoki wywołały jedynie lekkie drżenie ścian. Gdy szedłem na piętro, moją uwagę przykuł jakiś skrawek papieru wystający spod drewnianej boazerii okalającej klatkę schodową. Delikatnie przycisnąłem go paznokciem, próbując wydobyć zza desek. Udało się! Wytrzeszczyłem oczy ze zdumienia, po czym buchnąłem śmiechem. Przykurzony dziecięcy rysunek przedstawiał dwójkę dzieci bawiących się w ogrodzie z wielkim psem i stojącą obok nich kobietę, trzymającą bukiet kwiatów. Obejrzałem pomieszczenia na poddaszu i zszedłem do wyraźnie znudzonej już adwokatki.
– Znalazłem za boazerią obrazek namalowany przez jakieś dziecko – podałem jej kartkę. – Jest pani pewna, że moja ciotka nie miała dzieci?
– Sama sprawdzałam! W aktach jest kompletnie czysto – pokręciła głową. – Może ktoś do niej przyjeżdżał w odwiedziny albo wynajmowała pokoje letnikom? – oddała mi rysunek. – To wygląda na dość stare…
– Hmm, to w sumie prawdopodobne… Sam spędzałem tu dawno temu wakacje – odłożyłem arkusz papieru na parapet. – Cóż, możemy się stąd zbierać. Obejrzałem wszystko, co chciałem.
* * *
Kilka dni później już oficjalnie mogłem nazywać siebie właścicielem nadmorskiej nieruchomości. Wbrew groźnie brzmiącym zapisom testamentu dom nie wymagał wyjątkowo kosztownych prac w rodzaju wymiany elementów konstrukcyjnych. Aby spełnić warunek „bezpiecznego użytkowania”, trzeba było jedynie pociągnąć nową instalację elektryczną oraz sprawdzić stan komina i wentylację. Pozostawała jeszcze kwestia niedokończonej góry oraz ogólnej estetyki budynku. Po wykonaniu kilkunastu telefonów udało mi się umówić fachowców dysponujących niezbyt odległymi wolnymi terminami. Problem postawienia paru ścian działowych mogłem uznać za rozwiązany.
Całe szczęście wcześniej zakomunikowałem w pracy, że zamierzam wykorzystać zaległy urlop, a więc – czy to się komuś podoba, czy nie – zniknę z biura na bite dwa miesiące. To, jak mi się wydawało, był wystarczający czas, aby zrealizować niezbędne prace, a później trochę odpocząć.
Dzień przed wyjazdem znajomi wyciągnęli mnie na, jak to pompatycznie nazwali, pożegnalne piwo. Imprezowanie do nocy, kilkanaście godzin przed dość długą trasą pokonywaną samochodem, średnio mi odpowiadało. Niestety nie udało mi się znaleźć żadnej rozsądnej wymówki. Uznałem, że dla świętego spokoju pojawię się, a następnie spróbuję się dyskretnie ewakuować po godzinie czy dwóch.
– Po co te oficjalne cyrki? Przecież ja nie zamierzam się nigdzie wyprowadzać – wybuchnąłem śmiechem, gdy zasiedliśmy w pubie. – Doskonale wiecie, że nie cierpię tego rodzaju zmian.
– Daj spokój, każdy na twoim miejscu by skorzystał z takiej okazji! – usłyszałem w odpowiedzi. – Masz chatę w świetnej lokalizacji oraz robotę, którą możesz wykonywać z dowolnego miejsca na świecie. Przyda ci się jakaś odmiana. Ogarnij ten dom i sprawdź, jak by ci się w nim żyło. A jak wynajmiesz swoje mieszkanie, to jeszcze lepiej wyjdziesz na tym biznesie.
– Powiedziałem, że nie – zaprotestowałem stanowczo. – I tak stanie się cud, jeśli wytrzymam na tym zadupiu choć miesiąc! Przecież tam kompletnie nic się nie dzieje. To nie jest miejsce dla mnie.
– Nigdy nie mów nigdy. A co, jeśli poznasz tam jakiegoś seksownego rybaka, który zawróci ci w głowie?
– Dajcie spokój… Sami chyba nie wierzycie w to, co mówicie. Małe miasteczka i samotni atrakcyjni geje? Do tego rybacy? Takie rzeczy to nie w Polsce – uciąłem rozmowę na temat wyprowadzki z Warszawy.
* * *
Rano zapakowałem samochód ubraniami roboczymi i wszelkiej maści narzędziami, które mogłyby mi się przydać, po czym wyruszyłem do Dąbrowa. Wyjechałem na autostradę i uruchomiłem specjalnie przygotowaną na tę okazję playlistę. Po chwili wnętrze pojazdu wypełniły dobrze znane mi dźwięki i słowa:
On a dark desert highway, cool wind in my hair Warm smell of colitas, rising up through the air Up ahead in the distance, I saw a shimmering light My head grew heavy and my sight grew dim I had to stop for the night [1]
Niesiony rytmem muzyki pokonywałem kilometr za kilometrem, bez przeszkód zbliżając się do celu podróży. Przed zjechaniem z głównej trasy zatrzymałem się tylko na krótki postój na stacji benzynowej, żeby zjeść coś ciepłego na obiad. Szczerze wątpiłem, aby po przyjeździe chciało mi się przyrządzać jakikolwiek posiłek, zwłaszcza że kuchnia, podobnie jak cała reszta domu, nie była w najlepszym stanie.
Na miejsce dotarłem po szesnastej. Najpierw gruntownie przewietrzyłem dom i pozamiatałem pomieszczenia. Na główną przestrzeń do mieszkania wybrałem jadalnię przy kuchni. Tam też rozłożyłem materac i zorganizowałem prowizoryczny magazyn. Kiedy już przyniosłem z samochodu mikrofalówkę i czajnik, przypomniałem sobie, że… w domu odłączono instalację elektryczną! Przez dwie godziny walczyłem ze starymi przewodami, aż w końcu udało mi się uruchomić kilka gniazdek. Choć prowizorka wołała o pomstę do nieba, jakoś to działało! Zachęcony sukcesem, próbowałem ogarnąć również łazienkę – niestety, bezpieczniki z jakiegoś powodu nie wytrzymywały obciążenia, a bojler odmawiał współpracy. Sukcesem okazało się zasilenie kinkietu nad lustrem, choć światło irytująco migało. Udało mi się też częściowo oświetlić zejście do piwnicy. Zmęczony, ale zadowolony, położyłem się spać.
Pierwszy dzień w nowym miejscu zacząłem od porannych zakupów w hurtowni elektrycznej w pobliskim miasteczku. Tydzień wcześniej zamówiłem online wszystkie potrzebne komponenty instalacji, pozostało więc je tylko odebrać. Poszło całkiem sprawnie. Sezon wakacyjny na szczęście jeszcze się nie rozpoczął i na ulicach nie było tłumu turystów. Z ponurą miną obserwowałem naprędce szykowane ogródki restauracyjne i stragany, domyślając się, że cała miejscowość i jej mieszkańcy przygotowują się na nadciągający najazd turystów. Pocieszałem się myślą, że najbardziej popularną wśród przyjezdnych część Dąbrowa oddzielał od mojego domu solidny kawał lasu i znajdujące się na skraju miejscowości poprzemysłowe zabudowania.
Po powrocie do domu, jako oznakę władzy nad tym skrawkiem ziemi, przyczepiłem do ogrodzenia ledwo co zakupioną skrzynkę pocztową, umieszczając pod plastikowym okienkiem karteczkę z wykaligrafowanym napisem „Robert Milecki”. Niestety, pomimo moich starań i kilku prób regulacji mocowań wciąż wisiała krzywo. W końcu machnąłem na to ręką. Zająłem się usuwaniem z salonu i z holu starych przewodów, przeciąganiem i mocowaniem nowych kabli, przykręcaniem puszek instalacyjnych i łączeniem wszystkiego ze sobą.
Po pracowitym dniu czułem zmęczenie w każdym mięśniu. Spojrzałem na zegarek – dochodziła osiemnasta. „Stanowczo wystarczy na dziś. Niewiarygodne, jak można stracić poczucie czasu, gdy ma się wciągające zajęcie” – pomyślałem. Wziąłem chłodny prysznic, bo zamontowany na dachu kolektor słoneczny miał zbyt małą wydajność, a bojlera wolałem już nie dotykać. Odziany w bawełniane spodnie dresowe i różowy T-shirt, zająłem się przygotowywaniem skromnej kolacji, gdy niespodziewanie zabrzęczał dzwonek u furtki. Zaskoczony aż podskoczyłem. Kto mógł wpaść na pomysł, żeby odwiedzać mnie wieczorem na takim odludziu? I to bez zapowiedzi! Przecież poza panią adwokat i grupą znajomych nikt nie wiedział o moim pobycie tutaj… Otworzyłem drzwi wejściowe. Przed bramą stała nieznana mi kobieta.
– Furtka jest otwarta, wystarczy pchnąć – machnąłem do niej dłonią, nakierowując we właściwą stronę. Nie założyłem butów i nie chciało mi się wychodzić z domu boso.
Z pewnym wysiłkiem pokonała zardzewiałą bramkę i podeszła do drzwi. Mogła mieć ze trzydzieści lat, była szczupła, a jej twarz okalały gęste, kręcone, czarne jak noc loki. W jej oczach lśniły figlarne ogniki. Uniosła rękę i dostrzegłem, że trzyma w niej pękatą zieloną butelkę wypełnioną jakimś ciemnym płynem.
– Dobry wieczór, mam nadzieję, że nie przeszkadzam – odezwała się melodyjnym głosem. – Mam na imię Kira, prowadzę sklepik spożywczy w pobliskiej wiosce. Dowiedziałam się, że wprowadził się tutaj ktoś nowy, więc uznałam, że miło go będzie powitać w gronie sąsiadów. A to drobny upominek na początek nowej znajomości. Wino. Domowe! – z dumą wcisnęła mi w dłoń butelkę.
– Dobry wieczór, Kiro. Robert Milecki – automatycznie przedstawiłem się, zaskoczony jej bezpośredniością. – Dziękuję za wino. To niezwykłe, jak szybko tu rozchodzą się wieści. Oczywiście miło mi cię poznać… – zastanawiałem się, co począć z takim nieoczekiwanym gościem. Jeszcze bardziej mnie ciekawiło, skąd wiedziała o mojej przeprowadzce do tego domu na uboczu. Jakby czytała w moich myślach, bo na część pytań sama chwilę później udzieliła odpowiedzi.
– Pewnie się zastanawiasz, skąd wiedziałam, że tu zamieszkałeś… Jakiś czas temu w moim sklepie pojawiła się elegancko ubrana kobieta. Zrobiła niewielkie zakupy i przy okazji wspomniała, że dom w lesie będzie miał nowego właściciela. A przed południem widziałam ciebie i twój samochód stojący przed hurtownią budowlaną. Twoje auto ma bardzo oryginalny kolor, no i tablice rejestracyjne nie są tutejsze – wyjaśniła pewnym tonem głosu.
– To prawda, nie da się go przeoczyć – przytaknąłem. Pomarańczowy metalizowany lakier, jakim pomalowano moją KIA Ceed, trudno było uznać za powszechnie spotykany.
– Przepraszam, że nachodzę bez uprzedzenia. Nie pomyślałam, że jest już tak późno – chyba w końcu zauważyła moją niepewną minę i połączyła ją ze swoimi niezapowiedzianymi odwiedzinami. – Jeśli ci przeszkadzam, mogę zajrzeć kiedy indziej…
– Ależ nie, wszystko w porządku. Po prostu nie spodziewałem się wizyty – próbowałem nieporadnie się tłumaczyć. – Ledwo tu przyjechałem, myślałem, że to kompletne odludzie, na którym nikt nie zwraca uwagi na nic.
– To prawda, niewiele osób tu mieszka. W sumie tylko dwa domy, porozrzucane po całym terenie parku, są zasiedlone. Ale w miasteczku obok, gdy nie ma turystów, także można zanudzić się na śmierć – spojrzała na mnie z uśmiechem.
– Skoro więc zdecydowałaś się na wyprawę do mnie, nie mogę pozwolić, aby zakończyła się ona niczym – zakląłem w myślach, odwzajemniając uśmiech. Trudno, mimo wszystko niegrzecznie byłoby ją teraz odprawić do domu. – Rozpijmy ten trunek. Zapraszam do środka. Tylko ostrzegam, trwa remont, więc warunki są bardzo… polowe. Oświetlenie w salonie jeszcze nie działa, więc muszą nam wystarczyć świece. A jako przegryzkę mogę zaproponować jedynie chipsy i camembert – przez chwilę łudziłem się, że taka propozycja może dla niej zabrzmieć odpowiednio zniechęcająco. Niestety, zawiodłem się.
– No i super! Przynajmniej będziemy mieli okazję porozmawiać, popijając wino. Nie cierpię, gdy ludzie się spotykają i od razu włączają telewizor, aby obejrzeć jakiś tandetny film. To już lepiej poopowiadać sobie głupie dowcipy – oznajmiła radośnie, mijając mnie w drzwiach.
– Domyślam się, że nie lubisz współczesnych sposobów wspólnego spędzania czasu – zaśmiałem się trochę sztucznie.
– Chyba jestem trochę staromodna – wzruszyła ramionami. – Choć i tak wszystko jest ciekawsze niż samotne spędzanie kolejnego wieczoru. A ty jakie miałeś plany? – zapytała, rozglądając się po wnętrzu, po czym skierowała się wprost do salonu. Poczułem dziwny niepokój. Skąd wiedziała, gdzie pójść?
– Przede wszystkim odpoczynek – odpowiedziałem trochę bardziej zdecydowanym tonem niż zamierzałem. Szybko się zreflektowałem, że może to odebrać jako nieuprzejmość. – Wybacz, jestem trochę zmęczony, nie chciałem cię urazić – dodałem szybko.
– Ale ja się wcale nie gniewam – usiadła w rattanowym fotelu, który wraz z pozostałymi meblami ogrodowymi zdążyłem w ciągu dnia wnieść do środka. – Nie martw się, nie zamierzam ci zająć zbyt dużo czasu.
– Nie wracajmy do tego tematu – westchnąłem, po czym zadałem jej nurtujące mnie od kilku chwil pytanie. – Byłaś już tu wcześniej? Bo nawet nie zapytałaś, gdzie jest salon, tyko od razu ruszyłaś we właściwym kierunku.
Spojrzała na mnie zaskoczona. Po chwili uśmiechnęła się szeroko, jakby o czymś sobie przypomniała.
– Pani Helena mieszkała tu od dzieciństwa i znała wszystkich – odpowiedziała. – Chyba każdy, kto mieszka w okolicy, wielokrotnie ją odwiedzał. Ja również. Tak więc owszem, byłam w tym salonie kilka razy.
Rozlałem wino do kieliszków. W blasku świec miało niezwykłą rubinową barwę. Było stanowczo zbyt ciepłe, ale mimo to smakowało wyśmienicie. Wzniosłem jakiś naprędce sklecony toast i wychyliłem duszkiem całą porcję, a Kira chętnie poszła w moje ślady.
– Czyli jesteś nieźle zorientowana w tym, co się dzieje w okolicy…
– Tak tylko ci się może wydawać. Owszem, czasem ludzie coś ciekawego mi powiedzą… Wiesz, wiejski sklep ma wiele wspólnego z konfesjonałem – zachichotała. – Ale tak naprawdę trudno utrzymywać tu z kimkolwiek regularne kontakty.
– W małych miejscowościach i na wsiach zwykle każdy wie wszystko o swoich sąsiadach – zauważyłem, ponownie nalewając nam wina.
– Tu jest trochę inaczej. Wszystko przez turystów i… ten głupi park krajobrazowy. Wszyscy, którzy mieszkali w domach położonych w lesie, przeprowadzili się albo powyjeżdżali w świat. Trudno normalnie funkcjonować w tak ograniczającym miejscu. Życie toczy się od sezonu do sezonu parę kilometrów dalej, w głównej części miasta, które aspiruje do bycia kurortem. Ale i tam, jeśli pojawia się ktoś ciekawy, to jedynie zatrzymuje się na krótko, wypocząć, a potem ucieka. Stali mieszkańcy żyją z turystów, przez co konkurują ze sobą. To nie sprzyja głębszej integracji.
– Rozumiem… Ale chyba mam jakichś sąsiadów, prawda? Gdy wracałem z zakupów, minąłem kolesia jadącego na terenowym motocyklu. Skręcił na rozwidleniu dróg – i tyle go widziałem…
– Chyba wiem, kto to był – sięgnęła po wino. – Ma na imię Adam. Cholernie przystojny, ale w takim samym stopniu jakiś… dziwny. Próbowałam parę razy do niego zagadywać, ale rozmowa się nie kleiła. Kompletnie mnie zignorował – w jej głosie wyczułem nutę żalu i rozczarowania.
– Próbowałaś go wyrwać – nie mogłem powstrzymać lekkiego uśmiechu.
– Jeśli chcesz, możesz tak to nazywać – parsknęła. – To nic złego w dzisiejszych czasach.
– A czy ja coś mówię? Po prostu stwierdziłem fakt – wzruszyłem ramionami i opróżniłem kieliszek. – Może woli facetów? – zażartowałem. Intrygowało mnie, co jej zdaniem oznacza określenie „przystojny”, bo motocyklista przemknął na tyle szybko, że nie zdążyłem mu się dokładniej przyjrzeć.
– Nie mam pojęcia, może – zamyśliła się. – Mieszka w głębi lasu, w czymś, co wygląda jak część dawnego zamku. Wiesz, grube kamienne ściany, wąskie okna. Cała posiadłość otoczona jest murem. Wszystko wygląda na dosyć stare. Jest tam jakoś… nieprzyjaźnie.
– Zamek w tej okolicy? – zdziwiłem się. – Nie słyszałem, żeby coś takiego kiedykolwiek tu budowano. Wiesz może, czym ten gość się zajmuje?
– Jest chyba biologiem albo zoologiem… – zawiesiła głos, jakby próbowała sobie coś przypomnieć. – Już nie pamiętam. W każdym razie prowadzi jakieś badania nad okolicznymi zwierzętami. Tak przynajmniej ludzie mówią. A ten dom należy chyba do jego rodziców.
– To by wiele tłumaczyło – kiwnąłem głową, rozlewając kolejną porcję trunku. – Zdziwiłem się, że tak sobie tutaj bezstresowo jechał. To w końcu park krajobrazowy!
– Na pewno ma jakieś układy z dyrekcją parku i nadleśnictwem – zmrużyła oczy. – Widziałam ich terenówki zmierzające w stronę jego posesji i parkujące tam nawet przez dwa czy trzy dni.
– Nie ma, jak dobrze się ustawić już za młodu – westchnąłem, oczyma wyobraźni malując sobie obraz jakiegoś rozwydrzonego dwudziestoparolatka, szastającego pieniędzmi wyciąganymi od rodziców. – Ile on może mieć lat?
– Nie zaglądałam mu do dowodu. Ale wydaje mi się, że około trzydziestu pięciu lub coś koło tego. A co, zainteresował cię ten młodziak? – zachichotała znacząco.
– E tam… Ciekawią mnie wszyscy moi sąsiedzi, a on akurat pierwszego dnia przejeżdżał drogą prowadzącą do mojego domu – zbyłem ją, czując, że czerwienię się na twarzy. Na szczęście słabe światło świec skutecznie to zamaskowało. – A co mogłabyś mi powiedzieć o sobie?
– Cóż, to będzie krótka i nudna historia – uniosła kieliszek i upiła łyczek. – Urodziłam się nieopodal, w Ustce, ale moja rodzina pochodzi z Dąbrowa. Moi rodzice wyprowadzili się stąd, bo większa, popularna turystycznie miejscowość zapewniała lepsze perspektywy. Do dziś prowadzą tam pensjonat, a teraz szykują się do uruchomienia ośrodka wypoczynkowego z domkami letniskowymi. Pomagałam im aż do ukończenia szkoły średniej, a potem wyjechałam do Słupska. Zamarzyły mi się studia, humanistyka. Tyle że jak je już ukończyłam, okazało się, że trudno będzie z tego wyżyć.
– Nie wróciłaś do rodziców, aby wspólnie zająć się ich biznesem? – zaciekawiłem się.
– Oczywiście, że tak! Daj mi dokończyć… – zirytowała się. – Po paru miesiącach zmarła moja babcia, zostawiając w spadku sklep, w którym teraz pracuję. Tak właściwie to jestem jego właścicielką. Teoretycznie miał go odziedziczyć mój ojciec wraz ze swoim bratem, ale odkąd pamiętam, darli ze sobą koty. Tata zaproponował wujkowi okrągłą sumkę za zrzeczenie się praw do spadku, a on się na to zgodził. No i tak zostałam sklepową – zakończyła swoją opowieść.
– To chyba średnio dochodowy biznes, zwłaszcza w czasach dyskontów – wtrąciłem.
– Szczerze mówiąc, gówniany – roześmiała się gorzko. – Na szczęście to niewielki lokal, zajmujący część domu, w którym mieszkam. Okoliczni mieszkańcy i tak jeżdżą na zakupy do Biedronki, Dino czy Polo Marketu, a u mnie kupują to, czego tam zapomną. Jedyne, co się sprzedaje, to alkohol i papierosy.
– Nie lepiej byłoby więc dać sobie z tym spokój? – zasugerowałem pierwsze z brzegu rozwiązanie, jakie przyszło mi na myśl.
– To nie takie proste – pokręciła głową. – Ojciec tym sklepem gra bratu na nerwach. Opłaca wszystkie moje rachunki, aby sprawiać pozory, że to wspaniały interes. Więc, de facto, co zarobię, to moje. Poza tym udzielam korepetycji online, dodatkowo sobie dorabiając. W sumie nie jest mi źle, ale za dobrze też nie. To taki stan zawieszenia.
– Nawet nie wiesz, jak bardzo cię rozumiem – uśmiechnąłem się do niej. – Lęk przed zmianą potrafi nas zniewolić na długie lata.
– No dobrze, darujmy sobie te smutne historie – machnęła ręką. – To miał być miły wieczór…
– Masz rację – zgodziłem się. – To kto jeszcze mieszka w okolicy?
– Przy głównej drodze biegnącej wzdłuż granic parku znajdziesz chatę leśniczego – rozpoczęła wyliczankę. – Mieszka tam z żoną i trójką dzieciaków. To sympatyczny, ale małomówny gość. Ma na imię Karol, może mieć około czterdziestki. Jego żona, Olga, jest trochę od niego młodsza, przez większość czasu chyba siedzi w domu. Typowa kura domowa, jeśli wiesz, co mam na myśli. Najstarszy syn leśniczego, Janek, jest osobą z niepełnosprawnością intelektualną. To właściwie pięcioletnie dziecko w ciele nastolatka. Rzadko opuszcza teren leśniczówki.
– A te wszystkie domy położone najbliżej mojego? Wyglądają na kompletne ruiny – przerwałem.
– Nikt w nich nie mieszka od lat – pokręciła głową. – Lepiej do nich nie wchodzić, bo grożą zawaleniem. Podobno ktoś kiedyś chciał odkupić te wszystkie działki i coś tam budować. Chodziły takie plotki. Mówiło się, że jakiś bogaty biznesmen próbował przekupić dyrekcję parku w zamian za zgodę na budowę luksusowego hotelu.
– Faktycznie, wygląda na to, że trafiłem na prawdziwe odludzie – pokiwałem w zamyśleniu głową.
– A nie mówiłam? – uśmiechnęła się Kira. – No dobrze… To może teraz ty mi coś opowiesz o sobie?
– Cóż, trafiłem tu przypadkiem. Ciotka Helena, którą, szczerze mówiąc, ledwie pamiętam, wskazała mnie jako jedynego spadkobiercę. Nie mam pojęcia, dlaczego. Byliśmy bardzo dalekimi krewnymi – podrapałem się w zamyśleniu po czole. – Nie wiem, co jeszcze chciałabyś wiedzieć.
– Będziesz tu mieszkał sam czy jakaś szczęściara czeka, aż zakończysz remont? – zaciekawiła się.
– Nie zamierzam tu zostać na stałe. Gdy tylko doprowadzę to wszystko do stanu używalności, poszukam kupca – wyjaśniłem. – Niestety, mój partner, który mógłby mi tu towarzyszyć, nie żyje od ponad dwóch lat. Zginął w wypadku, a ja zostałem sam…
– Przykro mi, przepraszam… – zmieszała się. – Nie powinnam tak dopytywać.
– Przestań, skąd mogłaś wiedzieć… A na pewne rzeczy nie mamy wpływu – westchnąłem ciężko. – Życie toczy się dalej.
Nastrój do rozmowy gdzieś prysnął. Posiedzieliśmy jeszcze z dziesięć minut, opróżniając do końca butelkę wina, po czym Kira spojrzała na zegarek i poderwała się gwałtownie z fotela.
– Ale się zasiedziałam, a ty nic nie mówisz! Muszę uciekać do domu.
– Chcesz iść po nocy przez las? – zaniepokoiłem się. – Mogę cię podwieźć moim autem. Co prawda piłem, ale to tylko parę kilometrów. Nie sądzę, aby o tej porze trafił się jakiś patrol policji.
– Dam sobie radę, nie kłopocz się – zaprotestowała stanowczo. – Ale dziękuję za chęć pomocy. Poza tym przyjechałam rowerem. Zostawiłam go obok bramy, nie widziałeś go? Wrócę skrótem, ta ścieżka biegnąca za twoim domem prowadzi do starego mostku nad strumieniem, który stanowi granicę parku. Potem wystarczy odbić w stronę głównej szosy, a następnie w lewo – i już jest się w Dąbrowie Wielkim. Taką nazwę nosi turystyczna część naszej miejscowości.
– Nie wiedziałem, że do miasta wiedzie jakiś skrót…
– Mało kto z niego korzysta, wszystko mocno pozarastało, a w samym miasteczku wychodzi się na teren nieczynnej przetwórni ryb. To mało uczęszczane miejsce, bo poprzemysłowe zabudowania odstraszają turystów.
– Na pewno sobie poradzisz? – wciąż się martwiłem.
– Oczywiście! Znam te tereny jak własną kieszeń – dała mi niezobowiązującego buziaka i wybiegła z domu. – Zajrzyj kiedyś do mojego sklepiku, nazywa się „K-Market” – zawołała na odchodnym.
Poranek, tradycyjnie już, zacząłem zakupami. Chcąc zdążyć odmalować salon, w pośpiechu odwiedziłem najbliższy skład budowlany. Próbowałem dobrać jak najmniej inwazyjne kolory, co wcale nie okazało się prostym zadaniem. Koniec końców załadowałem wszystko, co udało mi się kupić, do auta – i w akompaniamencie „Riders on the storm” ruszyłem do domu.
Zatrzasnąłem bagażnik, próbując nie upuścić opartego o biodro kartonu wypełnionego foliami malarskimi, pędzlami, wałkami, taśmami maskującymi i plastikowymi rynienkami. Pudło znalezione przy kasie marketu wyglądało na sfatygowane, jednak uznałem, że na krótkim odcinku jakoś spełni swoją rolę. To był dopiero początek remontu, a ja czułem się już solidnie zmęczony, aby zajmować się każdym drobiazgiem. Pocieszała mnie myśl, że póki co realizacja planów przebiegała bezproblemowo. Ekipa budowlana uporała się już z wydzieleniem brakujących na poddaszu pomieszczeń, zaś kominiarz nie stwierdził żadnych nieprawidłowości. Pomysł z samodzielnym poprowadzeniem nowego okablowania też okazał się strzałem w dziesiątkę.
Niespodziewanie do moich uszu dobiegł narastający warkot silnika motocyklowego. Odwróciłem się w kierunku otwartej szeroko bramy, aby po chwili ujrzeć kolorową terenową maszynę, tę samą, którą minąłem dzień czy dwa temu. Jej kierowca zatrzymał się na środku drogi. Teraz mogłem przyjrzeć mu się uważniej. Miał na sobie wysokie, motocrossowe buty i wzmacniane na kolanach, zielono-oliwkowe spodnie, ale nie miał bluzy ani nawet koszulki. Na jego gołej, szerokiej i imponująco owłosionej klatce piersiowej dostrzegłem jedynie profesjonalny plastikowy ochraniacz, który chronił także plecy i ramiona. Mężczyzna ściągnął z głowy gogle oraz kask, odgarniając na bok długie, gęste ciemnobrązowe włosy. Krótki, ale wyrazisty zarost nadawał jego twarzy wyrazu drapieżnej dzikości. Nie tylko był przystojny, ale miał w sobie coś takiego, że nie mogłem od niego oderwać wzroku.
– Dzień dobry! – uśmiechnął się i pomachał na powitanie ręką. Miał zaskakująco brzmiący, głęboki i trochę szorstki głos, pasujący bardziej do kogoś dużo starszego.
– Dzień dobry – odpowiedziałem, również unosząc dłoń i odruchowo robiąc krok w jego stronę, a następnie potykając się o rozwiązaną sznurówkę. Udało mi się jakoś odzyskać równowagę. Odruchowo musiałem jednak ścisnąć karton tak, że dno pudła się otworzyło, efektownie rozsypując na trawie całą zawartość. Widząc to, nieznajomy zeskoczył z motoru i podbiegł do mnie. W jego ruchach zauważalna była niezwykła zwinność.
– Wszystko w porządku? – zapytał. – Pomogę ci to pozbierać.
– Dziękuję, nic się nie stało… Dałbym sobie radę – trochę zakłopotany skleiłem dno pudła taśmą malarską i zacząłem na oślep zgarniać leżące dookoła rzeczy, wrzucając je byle jak. Wciąż się na niego gapiłem. To nie była jedynie kwestia jego urody i imponującej postury. Wydawało mi się, że emanuje od niego jakaś tajemnicza magnetyczna energia. Uświadomiłem sobie, że mimo iż ujrzałem go ledwo przed chwilą, wzbudza we mnie fascynację, jakiej nigdy wcześniej nie czułem w stosunku do kogokolwiek. Jego zgrabne ruchy i falujące w ich rytm długie włosy hipnotyzowały mnie, mimo że generalnie nie przepadałem za tego rodzaju fryzurami u mężczyzn.
– No i po kłopocie – motocyklista podał mi wypełniony po brzegi karton. – Wybacz, mam nadzieję, że cię nie wystraszyłem tym nagłym najściem. Jesteś kuzynem pani Heleny? Dawno jej nie widziałem – spojrzał mi prosto w oczy.
– Nie wystraszyłeś mnie, po prostu but mi się rozwiązał – poczułem, że się czerwienię, a serce zaczyna bić szybciej. – Pani Helena zmarła jakiś czas temu. Odziedziczyłem ten dom…
– Och, szkoda… Była przesympatyczną starszą panią – przystojniak wyglądał na zasmuconego. Nagle zmarszczył czoło. – Przepraszam, nie przedstawiłem się, nazywam się Adam Wilkan. Mieszkam w pobliżu. Czasami przejeżdżam koło tego domu, więc zaciekawiło mnie, co się tu dzieje.
– Miło cię poznać. Robert Milecki – wyciągnąłem na powitanie dłoń.
Odwzajemnił uścisk, a mięśnie jego ręki efektownie się napięły. Speszyłem się, uświadamiając sobie, że mój wzrok błądzi po jego klatce piersiowej, schodząc w stronę paska podtrzymującego spodnie… i jeszcze niżej. Zrobiło mi się gorąco. Przełknąłem głośno ślinę, zmuszając się do rzucenia spojrzenia w kierunku trawnika, jakbym szukał czegoś, co na nim mogło jeszcze pozostać. Niby od niechcenia zapytałem:
– Można tu jeździć motocyklem? Przecież to park krajobrazowy.
– Ja mogę – uśmiechnął się szeroko, ukazując równe śnieżnobiałe zęby. – Mam specjalne pozwolenie.
– No proszę, nie wiedziałem, że można takie dostać – zdziwiłem się. Wróciłem do cieszenia oczu widokiem stojącego przede mną mężczyzny. – Może napijesz się czegoś zimnego? – zaproponowałem z nadzieją w głosie.
– Dziękuję, nie chcę ci zajmować czasu. Może zajrzę kiedy indziej. Do zobaczenia! – odwrócił się i dynamicznym krokiem podszedł do motocykla. Założył kask, odpalił silnik i odjechał, wzbijając tylnym kołem tuman kurzu.
– Zaglądaj, kiedy tylko będziesz miał ochotę! – wykrzyknąłem, odprowadzając go wygłodniałym wzrokiem. Dopiero po chwili uświadomiłem sobie, że hałas silnika oraz kask i tak pewnie zagłuszyły moje słowa.
* * *
Przyniosłem z piwnicy cykliniarkę i podłączywszy ją do zasilania z tablicy bezpiecznikowej zacząłem usuwać łuszczący się lakier z podłogi. Później zamiotłem dokładnie pomieszczenie i zająłem się przygotowywaniem ścian salonu do malowania, ale robota szła mi wyjątkowo opornie. Stale wracałem myślami do porannego spotkania z przystojnym i dziwnie fascynującym mężczyzną. Skoro mieszkał w pobliżu, może byłby zainteresowany zacieśnieniem sąsiedzkich kontaktów? Oczyma wyobraźni ujrzałem, jak młodzieniec ściąga kask, zdejmuje buty, rozpina spodnie… Dość! Potrząsnąłem głową, odganiając natarczywie powracającą wizję. Podobali mi się różni mężczyźni i o części z nich snułem nawet seksualne fantazje… Ale żeby działo się to tak szybko, po przypadkowym kilkuminutowym spotkaniu?!
Bądź realistą! – powtarzałem sobie w myślach. – Szanse, że w tej dziurze mógłbyś trafić na takiego przystojniaka, akurat będącego gejem, są właściwie zerowe. A nawet jeśli, to zdecydowanie nie leżysz w kręgu jego zainteresowań. Spójrz w lustro! Jesteś przynajmniej o dziesięć lat starszy od niego… Odkąd odpuściłeś regularne zaglądanie na siłownię, brzuch ci urósł. Ten młodziak to zupełnie inna liga! I nie wygląda, jakby poszukiwał swojego daddy[2]…
Zły na samego siebie spróbowałem mimo wszystko skupić się na pracy – założyłem wygłuszające słuchawki, strumieniując do nich listę najbardziej energetyzujących kawałków, jakie znalazłem. To był bardzo dobry pomysł.
Po sześciu godzinach pomieszczenie odzyskało swój dawny blask, i to dosłownie. Jasna beżowo-złota farba dodała ścianom elegancji i nowoczesności, idealnie komponując się ze śnieżnobiałym sufitem i tak samo pomalowanymi szerokimi listwami sztukateryjnymi, biegnącymi wzdłuż całego salonu. Uprzątnąłem zbędne folie i taśmy, zawiesiłem żyrandol i podłączyłem na szybko przewody. Teraz mogłem w pełnym świetle podziwiać swoje dzieło. Idealny obraz całości zaburzała jedynie wymagająca odnowienia stolarka okienna i drzwiowa, a także pozbawiona wyrazu podłoga. Tę część prac jednak postanowiłem zostawić sobie na jutro. Wziąłem szybki prysznic, posiliłem się odgrzaną w tym czasie w mikrofalówce pizzą i postanowiłem pójść na krótki spacer. W końcu wypadało rozejrzeć się po okolicy. Co prawda czułem się trochę zmęczony, ale położenie się spać z pełnym żołądkiem uznałem za mało rozsądne – w przeciwieństwie do odrobiny ruchu na łonie przyrody.
Ruszyłem zarośniętą drogą, mijającą mój dom i prowadzącą, jak wspominała Kira, między innymi w stronę Dąbrowa Wielkiego. Biegnący między drzewami trakt zwężał się miejscami na tyle, że można było tu przejechać chyba tylko jakimś jednośladem, jeepem lub ewentualnie terenowym quadem. Teren lekko wznosił się i opadał, a ścieżka łagodnie wiła się pomiędzy większymi wzniesieniami. Po dwudziestu minutach powolnego spaceru zauważyłem, że między dominującymi dotąd drzewami iglastymi zaczyna wyrastać coraz więcej odmian liściastych, przede wszystkim brzóz, zaś w podszyciu pojawia się więcej krzewów i rozłożystych paproci. Gleba wydawała się tutaj znacznie bardziej wilgotna, a dotychczasowy piach na ścieżce powoli zastępowała ziemia.
Pokonałem kolejnych kilkadziesiąt metrów i dotarłem do pozostałości drewnianego mostku, przerzuconego nad szerokim, leniwie płynącym strumieniem. Z balustrad i poręczy zostało jedynie kilka przechylonych słupków, zaś części desek tworzących powierzchnię przeprawy brakowało. Te, które zostały, nie wzbudzały mojego zaufania. Na samym środku rozszerzającej się tu ścieżki, tuż przed drewnianym podestem, ktoś wbił wysoki drewniany słup, mocując do niego znak zakazu wjazdu. Poniżej przybito pomalowaną na żółto, odrapaną tabliczkę z napisem: „Zakaz wstępu! Obiekt grozi zawaleniem”. Dostrzegłem, że po drugiej stronie strumienia stoi bliźniaczy znak. Ostrożnie wkroczyłem na most – deski nieprzyjemnie ugięły się, skrzypiąc ostrzegawczo. Delikatnie podskoczyłem, a cała konstrukcja wyraźnie zakołysała się w akompaniamencie głośnych zgrzytnięć. Starając się stąpać jak najostrożniej, ruszyłem w stronę przeciwległego brzegu, z westchnieniem ulgi stając w końcu na ubitej błotnistej ziemi. Tu dominowały już dęby, brzozy, lipy i jesiony, pomiędzy nimi widać było także krzewy – leszczynę i czeremchę. Dość szeroka ścieżka odbijała w prawo, po obydwu stronach otoczona bujnymi pokrzywami. Spojrzałem ponad zaroślami w kierunku, w którym powinno znajdować się miasteczko. Gęsto rosnące drzewa skutecznie zasłaniały widok na najbliższe zabudowania, za to kilkanaście metrów przed nimi rozciągał się jakiś płytki zabagniony zbiornik wodny. Jednym słowem nic ciekawego. Postanowiłem zawrócić i sprawdzić, dokąd poprowadzi rozwidlenie znajdujące się w pobliżu domu.
W drodze powrotnej odniosłem nieprzyjemne wrażenie, że ktoś obserwuje mnie zza drzew. Było to kompletnie irracjonalne odczucie. Wielokrotnie zatrzymywałem się, wytężając wzrok, a nawet kilka razy odwróciłem się gwałtownie. Nie dostrzegłem jednak niczego poza pniami sosen, wyłaniającymi się z poszycia pokrytego płachtami paproci. Zaniepokojony zwalniałem krok, nasłuchując czujnie, ale dookoła panowała cisza, przerywana jedynie śpiewem ptaków, brzęczeniem owadów i szumem poruszanych wiatrem liści. Wziąłem kilka głębokich oddechów, delektując się czystym powietrzem. „Przestań świrować” – pomyślałem. – „Na moment wyjeżdżasz z Warszawy i zaczynasz mieć jakieś zwidy!”. Ignorując pobudzoną wyobraźnię i walcząc z chęcią nieustannego spoglądania za siebie, dotarłem do domu. Zatrzymałem się przy bramie, wpatrując ze zdziwieniem w piaszczystą drogę. W miękkim podłożu odbiły się ślady czyichś stóp. Ślad biegł w stronę leśnej krzyżówki dróg, do której chciałem się przejść, zupełnie tak, jakby ktoś boso wyszedł przez bramę z terenu mojej posesji. Szarpnąłem za metalowe wrota – były zamknięte na kłódkę, tak jak je zostawiłem godzinę temu. Postawiłem stopę obok pozostawionego śladu, odbijając bieżnik buta. Ktoś, kto zostawił ten trop, musiał mieć rozmiar stopy większy o dwa numery niż ja.
Wpatrując się w podłoże, ruszyłem w stronę rozwidlenia. Ziemia była tu bardziej ubita, więc niczego podejrzanego nie znalazłem. Kilkadziesiąt metrów dalej zaczynała się wysypana częściowo tłuczniem droga, prowadząca w stronę głównej szosy, zaś w prawo odchodził ziemny trakt wijący się przez las. Skręciłem w tamtym kierunku, podnosząc wzrok. Niespodziewanie moje oczy dostrzegły jakiś ruch daleko przede mną. Zastygłem niczym słup soli – kompletnie naga ludzka postać przebiegła z jednej strony przecinki na drugą, znikając pomiędzy drzewami.
