Piaskownica - Jacek Goliatowski - ebook
NOWOŚĆ

Piaskownica ebook

Jacek Goliatowski

0,0

Opis

Adam Bär prowadził spokojne uporządkowane życie. Wszystko jednak niespodziewanie legło w gruzach, gdy przypadkiem odkrył szokującą prawdę o otaczającym go świecie. Najchętniej powróciłby do dawnej bezpiecznej rzeczywistości oraz do swojego męża, starając się po prostu zapomnieć o wszystkim, czego się dowiedział. Ale czy to w ogóle jest jeszcze możliwe?

Na domiar złego wkrótce okazuje się, że tajemnicza awaria, będąca przyczyną jego problemów, zagraża ogólnoświatowemu porządkowi, a on sam staje przed trudnym pytaniem: komu można ufać w tych nowych dziwnych realiach? Czy Adam znajdzie w sobie odwagę, by stawić czoła nieznanemu, odkrywając przy okazji, kto stoi za tymi wszystkimi wydarzeniami? Jaką cenę będzie musiał za to zapłacić?

„Piaskownica” to emocjonująca wyprawa w niezbyt odległą przyszłość – ukazująca świat uzależniony od nowoczesnej technologii i funkcjonujący wyłącznie dzięki niej, postrzegany jako wygodny, bezpieczny i przewidywalny, ale zbudowany na wielkim zbiorowym oszustwie. Autor powieści, ukazując dylematy moralne głównego bohatera, zachęca czytelnika do refleksji nad metodami kontrolowania społeczeństwa i zasadami jego funkcjonowania, a także zastanawia się, jak ważna jest dla nas szeroko rozumiana wolność i co za nią da się „kupić”.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 415

Rok wydania: 2025

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Copyright © Robert J. Goliatowski, Tablero Publishing, 2025 rok

Prawa do dystrybucji tego wydania należą do Wydawnictwa kmh media group

Redakcja merytoryczna: Piotr Haik

Korekta i redakcja: Krzysztof Karabin

Projekt okładki i skład: Jacek Goliatowski

Wydanie 1 - poprawione

Warszawa 2025

ISBN 9788397503618

Tytuł dostępny jest także jako audiobook oraz książka drukowana.

Książka jest objęta ochroną prawa autorskiego. Wszelkie udostępnianie osobom trzecim, upowszechnianie i upublicznianie, kopiowanie oraz przetwarzanie jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom. Jeśli pozyskałeś ten tytuł z nieleglnego źródła i przeczytałeś go, doceń pracę autora - dokonaj zakupu legalnie dystrybuowanej kopii.

Piotrusiowi i Marcinowi

CZĘŚĆ PIERWSZA – DOMEK Z KART

Rozdział 1.

Skład wyhamował delikatnie szarpiąc, drzwi rozsunęły się z cichym sykiem i rozgadany tłum wylał się na peron, pospiesznie zmierzając w kierunku schodów ruchomych. Z zawieszonych pod sufitem głośników rozległa się zapowiedź kolejnego pociągu. Dałem się ponieść wesołej fali turystów oraz zmierzających do pracy berlińczyków i już po kilkudziesięciu sekundach, wraz z innymi pasażerami, znalazłem się na zatłoczonej Gontardstrasse[1]. Przede mną, na tle nieba, ostro rysował się znajomy kształt wieży telewizyjnej. Energicznym krokiem ruszyłem w stronę placu z kasami biletowymi na Berliner Fernsehturm[2]. Tu, jak co dzień, wiła się kolejka zwiedzających spragnionych podniebnych widoków. Do spotkania zostało jeszcze trochę czasu, więc postanowiłem zrobić sobie krótki spacer.

Minąłem przycupnięty na skraju parku Kościół Mariacki, przebiegłem przez ruchliwą Spandauer strasse i już po chwili mogłem podziwiać monumentalną Katedrę Berlińską, malowniczo położoną na brzegu Sprewy. Dookoła, jak zawsze, panowało spore zamieszanie – przewodnicy ponaglali niesfornych turystów, próbujących zrobić to jedyne niepowtarzalne zdjęcie, a grupki roześmianej młodzieży zmierzały w stronę muzeum, żywiołowo dyskutując bądź wodząc palcem po ekranach komunikatorów. Przyspieszyłem kroku, zostawiając za sobą most Zamkowy oraz Uniwersytet Humboldta i z przyjemnością wszedłem na ciągnącą się pomiędzy szpalerami drzew doskonale znaną mi alejkę. Unter den Linden[3] zawsze budziła we mnie ciepłe uczucia, mimo że – podobnie, jak większa część miasta – nie pozwalała odpocząć od kolorowej hałaśliwej gawiedzi, odwiedzającej stolicę Niemiec.

Omiotłem wzrokiem przeszklone witryny pod numerem czterdziestym – mekka zbieraczy pamiątek zachęcała do wejścia, kusząc pocztówkami 3D, magnesami na lodówkę, mapami, fragmentami muru berlińskiego oraz wszelkiej maści gadżetami wykorzystującymi postać Ampelmanna[4]. Pokiwałem pobłażliwie głową, śmiejąc się w duchu – bywałem w Berlinie na tyle często, że kupowanie tego rodzaju upominków przestało mieć sens. Spojrzałem na zegarek, po czym lekko przyspieszyłem, wymijając rozentuzjazmowaną grupę Azjatów. Wymachiwali przyczepionymi do teleskopowych wysięgników komunikatorami, próbując uwiecznić na masowo robionych selfie stojącą nieopodal Bramę Brandenburską. Skręciłem w prawo w Eberstrasse i po kilkudziesięciu krokach przystanąłem, uważnie lustrując wzrokiem gości okupujących miejsca przy stolikach pobliskiej kawiarni. Dostrzegłem mój cel.

– Cześć, misiu! – pomachałem ręką. – Mam nadzieję, że nie czekałeś zbyt długo!

Siedzący nieopodal wejścia do ogródka wysoki, proporcjonalnie zbudowany brodacz, ubrany w grube czarne skórzane spodnie, sportowy T-shirt i wysokie motocyklowe buty drgnął, odrywając wzrok od ekranu trzymanego w dłoni urządzenia. Po chwili na jego twarzy zagościł radosny uśmiech. Poderwał się z rattanowego fotela i podbiegł do mnie, a następnie przerzucił swoją rękę przez moje ramię i przytulił w mocnym uścisku.

– Witaj, kochanie! Siadaj. Napijesz się kawy? Mają tutaj wyjątkowo dobrą, polecam…

– Skoro tak zachęcasz, to chętnie spróbuję. Tym bardziej, że rano nie miałem czasu zrobić sobie nic pobudzającego. Ale, ale… Mów, po co mnie tu ściągnąłeś i na jaki szalony pomysł znowu wpadłeś? Poza, rzecz jasna, nową fryzurą… – ruchem oczu wskazałem jego głowę.

– Nie widziałeś jej już? – zdziwił się. – Wydaje mi się, że kiedyś ją już nosiłem, więc to taki powrót do wcześniejszego stylu. A o pozostałych rzeczach zaraz się dowiesz. – Spojrzeniem ściągnął do stolika kelnerkę w kusej miniówce. – Zwei Espresso, bitte. Ach ja, und zwei butterige Croissants. Das ist alles für jetzt, danke schön[5].

– Rogaliki? Czemu nie… – uśmiechnąłem się.

– Zobaczysz, są naprawdę przepyszne i doskonale pasują do kawy. A wracając do naszych spraw… Co powiesz na tygodniowy rejs po Morzu Czerwonym, oczywiście połączony z nurkowaniem? Zebrałem już parę osób, które chciałyby do nas dołączyć. Wszystkie, rzecz jasna, dobrze znasz… – puścił do mnie oko. – Wylot byłby za dwa tygodnie. Cena jest naprawdę atrakcyjna, bo uruchomiłem swoje znajomości. Do tego sprawdzona załoga, wygodna i przestronna łódź – przystosowana do takich wypraw, a nie żadna dziurawa łajba. I jak?

– Cóż… – nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Trochę inaczej wyobrażałem sobie nasze wspólne wakacje.

– Widzę, że średnio ci się podoba ta propozycja? – zasmucił się moim brakiem odpowiednio entuzjastycznej reakcji.

– Nie, no co ty! Pomysł jest świetny! – zaprzeczyłem. – Ostatni raz byłem w tamtym rejonie chyba z dziesięć lat temu. Po prostu myślałem, że pojedziemy sobie gdzieś odpocząć w bardziej tradycyjny i spokojny sposób. Ale z chęcią ponurkuję!

– Na pewno masz na to ochotę? Bo jeśli nie, możemy porobić coś innego – próbował się upewnić.

– Gdyby mi to nie pasowało, powiedziałbym ci wprost – uspokoiłem go. – Muszę tylko załatwić sobie urlop, ale z tym nie powinno być problemu. Ostatnio i tak mamy zastój w pracy.

– Wspaniale! – ucieszył się. – W taki razie zacznę wszystko finalizować. Przelot też da się ogarnąć na dobrych warunkach!

– Czy dobrze zgaduję, że Tomek też by się z nami wybierał? – przypomniałem sobie o naszym wspólnym znajomym, który regularnie wspierał nas przy kupnie biletów lotniczych.

– Zgadłeś. Dzięki temu możemy liczyć na specjalne ceny.

– No to świetnie. Dam ci ostateczną odpowiedź jutro, bo muszę jednak się upewnić, jak wygląda sytuacja w robocie… Właśnie, nie chciałeś mi czasem powiedzieć o czymś jeszcze? Wspominałeś chyba o paru tematach do obgadania.

– Faktycznie, zapomniałem o najważniejszym! – rozpromienił się. – Otóż kończę z wynajmowaniem tej ciasnej klitki! W końcu będziemy mieć wystarczającą ilość miejsca!

– No proszę, znalazłeś w końcu mieszkanie, które spełnia wszystkie nasze wyśrubowane oczekiwania?

– Tak, nawet razem je oglądaliśmy! Pamiętasz? Mówiłeś, że bardzo podoba ci się ten duży taras i że lokalizacja jest świetna – przypomniał mi rozmowę, którą odbyliśmy miesiąc wcześniej oglądając jeden z apartamentów.

– Naprawdę je kupiłeś?! – nie dowierzałem.

– Owszem. Pomyślałem, że warto zapłacić więcej za wygodę i stabilizację. Mam już dość tego naszego kursowania ode mnie do ciebie i z powrotem, zbyt krótkich weekendów oraz związku na odległość. – Chwycił moją dłoń. – Zamieszkasz ze mną, prawda?

– Pewnie, że tak, głuptasie! – przytuliłem się do jego silnego, wytatuowanego ramienia.

* * *

Łódź łagodnie kołysała się na falach, gdzieś w oddali majaczyła ledwo widoczna linia brzegu, ulotna i falująca w powietrzu, niczym pustynna fatamorgana. Błogą ciszę przerywał jedynie chlupot wody i odgłosy radosnej krzątaniny dobiegającej z pokładu poniżej. Złocisty dysk słońca wisiał wysoko nad nami, atakując rozleniwiającym żarem, odbierającym ochotę na jakąkolwiek aktywność. Kilkadziesiąt minut wcześniej skryłem się pod płóciennym baldachimem rozpiętym nad pokładem widokowym. Półleżałem na miękkich, obitych białym tworzywem siedziskach, próbując przezwyciężyć poobiednie rozleniwienie. Docierający tu delikatny powiew wiatru przynosił dodatkowe ukojenie. Upał oraz kilkanaście nurkowań zaliczonych na przestrzeni ostatniego tygodnia dość mocno mnie zmęczyło. Po każdej takiej eskapadzie żartowałem, że powinien jej towarzyszyć dodatkowy drugi urlop, umożliwiający odzyskanie sił i pozwalający cieszyć się absolutnym nicnierobieniem.

– Hej, śpiąca królewno, podwodne królestwo czeka! – Od strony drabinki dobiegł mnie znajomy głos.

– Już idę… Nie dacie ani chwili odpocząć… – Podniosłem się z wygodnej leżanki i ziewnąłem.

– Pojutrze będziesz odpoczywał do woli. – Z włazu w podłodze wynurzyła się głowa mojego faceta. – Teraz trzeba wykorzystać doskonałe warunki i zaliczyć ostatnie zanurzenie na tej wyprawie. Rusz dupsko, bo na dole wszyscy zdążyli się już chyba usmażyć w swoich piankach.

– O co ta afera? Kilka sekund i będę gotowy! – Wzniosłem oczy ku błękitnemu niebu.

– Hej, Jens! – Na dolnym pokładzie ktoś najwyraźniej tracił cierpliwość. – Zbieracie się, czy nie? Bo nie zamierzamy czekać na was w nieskończoność w tym słońcu!

– Wskakujcie do wody, będzie wam znacznie chłodniej! – Odkrzyknąłem. – A poza tym, trzeba było mnie zawołać wcześniej, to byście się teraz nie gotowali…

Ześlizgnąłem się po drabince na pokład poniżej. Jens oczywiście przesadzał – wszyscy wciąż byli zajęci składaniem sprzętu bądź, ledwo co skończywszy go montować, dopiero wkładali skafandry do nurkowania.

Przyniosłem butlę, mocując do niej wyciągnięty ze schowka jacket[6], przykręciłem automat oddechowy, podpiąłem wąż średniego ciśnienia. Raz, dwa, trzy – kilka doskonale wyuczonych ruchów i całość była gotowa do założenia. Z wyczuciem odkręciłem zawór – dobiegło mnie znajome syknięcie rozprężającego się gazu. Zerknąłem jeszcze na wskazania manometru. Wszystko było w porządku.

Ściągnąłem z wieszaka piankowy kombinezon, który na szczęście zdążył już trochę przeschnąć po poprzednim nurkowaniu. Wywróciłem go na prawą stronę i metodycznie zacząłem naciągać na siebie. Strój miał już swoje lata, ale nie miałem czasu, aby na ten wyjazd kupić nowy, luźniejszy. Od tygodnia byłem więc codziennie skazany na walkę ze stawiającym opór materiałem. Uff! Jeszcze tylko założyć buty, zapiąć pas balastowy, wrzucić na plecy kamizelkę ratunkowo-wypornościową, sprawdzić wszystkie klamry i sprzączki, wsunąć na rękę komputer nurkowy… Prawie automatycznie umieszczałem kolejne elementy ekwipunku na swoich miejscach.

– No i kto na kogo czeka? – Oznajmiłem z triumfem w głosie. – Widzę, że teraz ja się będę tutaj smażył!

– Ty nie bądź taki cwaniak… – Jens w tym czasie także skończył się ubierać. – Również jestem gotów. Sprawdzamy się?

– Pewnie. – Podszedłem do niego, uważnie lustrując wszystkie elementy wyposażenia. – Jak powietrze?

– Pełen zapas. – Pokazał mi manometr.

– No i super. To teraz zerknij na mnie…

– Też w porządku. Pokaż zegareczek… – Zerknął na wskazania manometru. – Dobra. Wskakujemy do wody i czekamy przy bojce.

Założyłem płetwy i maskę, zagryzłem zębami ustnik automatu, pociągając haust powietrza. Wszystko działało, jak należy. Podszedłem do krawędzi pokładu, dopompowując lekko jacket. No to siup! Przytrzymałem ręką maskę robiąc zdecydowany krok naprzód.

Przez moment tańczyło wokół mnie prawdziwe tornado bąbelków powietrza, zawieszonych w niebieskim krysztale wody, po czym siła wyporności delikatnie wypchnęła mnie na powierzchnię. Zasygnalizowałem obserwującym mnie z pokładu łódki, że wszystko jest w porządku i powoli podpłynąłem w stronę bojki, zwalniając miejsce dla Jensa i reszty ekipy.

Wdrapałem się na pokład jako pierwszy, w kompletnym ekwipunku, nie czekając nawet na pomoc załogi i zostawiając resztę grupy w wodzie. Zakląłem w myślach i zacząłem się ściągać sprzęt, opłukując w słodkiej wodzie każdy jego element, a następnie układając w ażurowej skrzyni. Kątem oka dostrzegłem, że kolejna osoba podąża moim śladem – To był Tomasz. Przekazał płetwy pomagającemu nam majtkowi i zaczął gramolić się po drabince. Gdy pokonał ostatni stopień, rzucił przelotne spojrzenie w moim kierunku. Następnie podszedł do ławki i w milczeniu zaczął ściągać z siebie elementy nurkowego wyposażenia.

– Adam… – Odezwał się niepewnym głosem, nieopatrznie potęgując moje poirytowanie. – Właściwie to miałeś rację, ale…

– O nie! – Warknąłem. – Pewnie, że miałem. I to beż żadnego „ale”!

– Oho, a było tak miło… – wtrącił niby od niechcenia Jens, który również dotarł już na pokład.

– I ty przeciwko mnie? Może jeszcze powiesz, że nie mam racji? – Zgrzytnąłem zębami.

– Po prostu wyluzuj. Każdy z nas był kiedyś żółtodziobem popełniającym błędy. Nie pamiętasz swoich pierwszych nurkowań? – Sprawnie zdjął cały ekwipunek, opłukał go uważnie z morskiej soli, po czym zaczął ściągać z siebie skafander.

– Przepraszam, chłopaki. Wiem, że zachowałem się głupio… – Na pokład wdrapał się także Arek. Nieporadnie przeciskał się w stronę wolnego miejsca, roztrącając innych.

– Kurwa, człowieku! Jakim cudem ktokolwiek dał ci w ogóle licencję? – Zapytałem podniesionym głosem. – Słyszałeś o czymś takim, jak zasady bezpieczeństwa pod wodą?!

– Nie zrobiłem tego celowo! – Próbował bronić się nieporadnie. – Tam było tyle interesujących rzeczy, te wszystkie niesamowite ryby i rośliny. Po prostu się zagapiłem i zostałem trochę z tyłu…

– Trochę z tyłu? Żarty sobie robisz?! To powiedz nam, jakim cudem popłynąłeś w zupełnie innym kierunku, niż my? Musieliśmy cię razem z Jensem szukać!

– Nie musieliście mnie szukać, byłem niedaleko. Wiedziałem, gdzie jest nasza grupa, dogoniłbym was… – zaoponował.

– A, tak, wiedziałeś… Tylko co z tego, skoro byś do nas nie dopłynął, bo całe powietrze zużywałeś w ekspresowym w tempie? – Zapytałem i nie czekając na odpowiedź dodałem: – A do tego nosiło cię w górę i w dół, niczym spławik. Kilka razy wpieprzyłeś się na mnie, spychając na rafę. Chłopie, czy ja naprawdę wyglądam jak niańka do pilnowania niedoszłych samobójców!?

– Hej, to było wredne! – Skarcił mnie Jens.

– Wiesz, jak bardzo mnie to interesuje? – Odgryzłem się.

– Dość tego. Podajcie sobie ręce, pora zakończyć te awantury. – Tomasz próbował załagodzić sytuację.

– Mogę mu podać… kotwicę! Może jak poleży z nią na dnie, to do niego coś dotrze! – Z hukiem wsunąłem kontener ze sprzętem na swoje miejsce.

Arek rzucił mi szybkie, pełne pretensji spojrzenie. Skończył już rozmontowywać i chować swoje graty, wyswobodził się też ze skafandra, odwieszając go do wyschnięcia na wieszaku.

– Wiesz co, Adam? – Odezwał się. – Może nie radzę sobie jeszcze za dobrze pod wodą, ale przynajmniej nie jestem takim dupkiem. Przepraszam, że zepsułem wam nurkowanie. – Obrócił się na pięcie, znikając w przejściu prowadzącym pod pokład.

– Nieźle ci pojechał. – Skwitował Jens. – I wiesz co, chyba miał trochę racji. Czasem nie da się z tobą wytrzymać…

– Jak go ktoś kilka razy solidnie ochrzani, to może się czegoś nauczy. To dla jego dobra! Sami wiecie, że nurkowanie bywa niebezpiecze. Idę odpocząć. – Zakończyłem dyskusję, udając się do swojej kajuty.

* * *

Rozległ się donośny dźwięk syreny i zamigotały pomarańczowe lampki. Wzdrygnąłem się. Czemu te głupie lotniskowe systemy ostrzegawcze przy taśmach bagażowych zawsze musiały być tak piekielnie głośne? Gumowy pas taśmociągu ruszył leniwie, a w przysłoniętym paskami gumy otworze w ścianie zaczęły pojawiać się pierwsze walizy, torby i plecaki.

Byłem pewien, że na nasze bagaże zapewne przyjdzie nam poczekać dłużej. Nie wiedzieć czemu, sprzęt do nurkowania zawsze wzbudzał spore zainteresowanie służb odpowiedzialnych za kontrolę bezpieczeństwa. Zwłaszcza w terminalach obsługujących połączenia międzynarodowe. Staliśmy całą grupą, zmęczeni podróżą i tygodniem intensywnych nurkowań. Po przedwczorajszej awanturze wciąż pozostał nam pewien niesmak oraz wyczuwalna podczas rozmów powściągliwość. Nie czułem się z tym komfortowo.

– Arku… – Przełknąłem ślinę. – Przepraszam, trochę przesadziłem. Nie powinienem po tobie aż tak jechać…

– No, to nie było zbyt przyjemne. – Kiwnął głową.

– Głupio wyszło. Wiedz tylko, że chciałem…

– Wiem. Rozmawiałem potem z chłopakami. Wyjaśnili mi, czemu tak nerwowo zareagowałeś – i nie dziwię ci się. Po tym wszystkim… – Zamilkł, spuszczając wzrok.

– W każdym razie… niezależnie od sytuacji nie powinienem postępować jak dupek.

– No to mamy remis. Ja nie powinienem odstawiać takich numerów. Masz rację, to było głupie i lekkomyślne. Może uznajmy, że obydwaj przesadziliśmy – i będzie po sprawie, dobra?

– Dobra! – Wyciągnąłem rękę na zgodę.

Uścisnął ją zadowolony, po czym gwałtownie wyszarpnął. – Hej, przecież to moje graty! A tam jadą wasze! – Wykrzyknął, łapiąc za dużą walizę oblepioną kolorowymi nalepkami z napisem „Heavy”. Rzuciliśmy się w stronę taśmy, ściągając pospiesznie nasze bagaże.

Objuczeni niczym wielbłądy udaliśmy się w stronę wind. Po krótkim oczekiwaniu drzwi dźwigu otworzyły się, ukazując stojący centralnie w kabinie wózek bagażowy. Był on załadowany ogromną stertą kolorowych walizek, zza których ledwo było widać ich właścicielkę, drobną wystraszoną Azjatkę.

– Chyba wszyscy się nie zmieścimy. – Z powątpiewaniem kiwnąłem głową. – Zaczekamy na kolejny kurs?

– Pewnie… nie ma pośpiechu. – Zgodził się Jens.

Po kolejnych kilkudziesięciu sekundach gong ponownie zasygnalizował przybycie kabiny. Również zajętej, choć tym razem jakąś rozszczebiotaną parą z trójką dzieciaków. Wszyscy dźwigali na plecach okazałe turystyczne plecaki z przytroczonymi do nich karimatami.

– Wiecie co, tak właściwie to nie ma sensu, abym jechał z wami. I tak przecież musiałbym tu niedługo wrócić, bo jeszcze dziś lecę do siebie. – Rzuciłem, obserwując, jak zasuwają się drzwi windy.

– Będziesz tutaj siedział kilka godzin? – Zdziwił się Arek.

– Skądże znowu! Przejadę się metrem do miasta, znalazłem bardzo fajny sklep, raptem kilka stacji stąd… Muszę kupić nowy skafander do nurkowania, w ten już się ledwo wbijam. To doskonała okazja, aby go obejrzeć na żywo i przymierzyć.

– A może byśmy cię podrzucili?

– Nie będę wam robił kłopotu… I tak się ledwo pomieścicie z tymi wszystkimi bagażami. Poza tym to nie po drodze. Dam sobie radę, zostawię rzeczy w przechowalni. No dobra, nie blokujmy wejścia. Na razie! – Wymieniliśmy pośpiesznie uściski dłoni. Jens, Arek i Tomek wpakowali się do windy.

Odczekałem, aż kabina zrealizuje kurs, po czym nacisnąłem przycisk w kasecie przywoławczej dźwigu. Po chwili rozległ się dobrze mi już znany dźwięk, a drzwi rozsunęły się, ukazując… widzianą kilka chwil temu turystkę z Azji. Stała bez ruchu, przyglądając mi się z wyraźnym zakłopotaniem.

– I’m sorry… – Wydukałem. Uznałem, że prawdopodobnie biedaczka nie zdążyła opuścić kabiny, siłując się ze swoim gigantycznym bagażem, a ja powtórnie ściągnąłem ją na moje piętro.

– Excuse me, can I… – Wskazałem ręką, że chciałbym zjechać na dół. Udało mi się jakoś wepchać do środka. Wcisnąłem przycisk z symbolem „U”. Drzwi zasunęły się z cichym sykiem, a chwilę później zgasło światło. Coś jakby chrupnęło w mojej głowie, po czym usłyszałem dobiegający dosłownie zewsząd cichy, jednostajny szum, który jednak dość szybko ucichł. Zorientowałem się, że podłoga windy gdzieś zniknęła. Odruchowo wyciągnąłem ręce w stronę ścian, lecz ich także nie mogłem dosięgnąć. Przed oczyma zaczęły mi majaczyć jakieś niewyraźne kształty i jednocześnie poczułem, że coś wbija mi się w plecy.

Rozdział 2.

Na gigantycznym ekranie, zajmującym większą część ściany pomieszczenia, sennie przesuwały się kolejne wskaźniki i diagramy. Cyfry wirtualnych liczników przeskakiwały w rytmie zapalających się i gasnących zielonych znaczników, a słupki wykresów łagodnie wznosiły się i opadały w powolnym, ledwo zauważalnym tańcu. Otwierane drzwi syknęły cicho, a do pokoju wpadło trochę więcej światła. W jasnym prostokącie, który pojawił się na ścianie, zamajaczył zarys zbliżającej się postaci.

– Cześć, co słychać? Dzieje się coś?

– Cześć, Thomas. – Stojący przed wyświetlaczem mężczyzna odwrócił się, wyciągając rękę w geście powitania. – Cisza. Nuda. Spokój. Jak zawsze.

– No, nie wierzę, że nie zorganizowałeś mi żadnej roboty…

– Ha, ha, i tu masz rację. Czeka cię wycieczka na dach. Drobna dłubanina.

– Tylko mi nie mów, że znowu posypał się ten piekielny generator wiatrowy, który naprawiałem tydzień temu. Gdzie to było, Warszawa? Dobrze pamiętam?

– Niestety wygląda na to, że znowu wysiadło mu sterowanie. Ale nie napracujesz się za bardzo, robiłeś to już tyle razy! Ile ci zajmie wymiana płyty elektroniki? Kilka minut?

– Ian, dla ciebie każda robota to tylko kilka minut… Trzeba się dostać na górę, odłączyć generator, wyjść na dach, zdjąć osłonę, wymienić podzespoły, znów zejść do rozdzielni…

– Wiem, jak wygląda procedura serwisowania tego złomu, nie rób mi wykładu. I tak jest to drobiazg. Ciesz się, że nigdy nie mieliśmy tu żadnej NAPRAWDĘ POWAŻNEJ awarii.

– W sumie, racja. Daj mi spojrzeć na te dane… – Thomas zerknął w stronę ekranu. – No, faktycznie, ładnie to wygląda…

– Mówiłem. Wszystkie systemy działają, łącza światłowodowe śmigają bez problemów, wykorzystujemy jakieś 70% przepustowości, zapasowe pojemności są także w pełnej gotowości. A jak zakończą modernizację sieci, to w ogóle będziemy mieć gigantyczny zapas.

– Widzę… Przekaźniki też sprawne. I pozostałe systemy awaryjne też są w pełnej gotowości. Zero problemów z zasilaniem, akumulatory pełne.

– Po prostu, kolejny miły wrześniowy dzień – uśmiechnął się Ian.

– Miły? Mało powiedziane! – Thomas podszedł do kolejnej ściany, również pełniącej funkcję monitora, i puknął palcem w ekran. – Patrz i podziwiaj!

– Faktycznie, pogoda wciąż mocno wakacyjna. Wydłużony sezon urlopowy to niewątpliwie coś, co może się podobać…

– Wiesz, tak sobie pomyślałem… W sumie ten generator to chyba nic pilnego…

– No nie, nie kombinuj już… – Ian pogroził palcem. – Naprawimy to i znowu będzie spokój na dłuższy czas. Poza tym przyda ci się odrobina rozrywki.

– Naprawimy? Dobrze usłyszałem?

– Czepiasz się! TY NAPRAWISZ. Zadowolony? No, pora wracać do roboty. Kiedy chcesz się tym zająć? Od razu?

– Nie, wyjdę na górę na chwilę w trakcie mojej zmiany. Przynajmniej trochę krócej będę tu siedział, zanudzając się na śmierć.

– Nie zapomnij tylko zabrać komunikatora.

– Nie zapomnę, choć to i tak bez sensu. Co może się zdarzyć w ciągu tych kilkunastu minut?

* * *

– Mamooo! Choć tutaj, zobacz! Kupisz mi to?! – Z salonu dobiegł ponaglający okrzyk, po czym w korytarzu rozległ się głośny tupot. Ana westchnęła ciężko, przybierając na wszelki wypadek minę mającą mówić „…teraz jestem bardzo zajęta, kochanie”.

– No chodź, mamo! Muszę ci coś pokazać! – W drzwiach kuchni pojawił się rozczochrany dwunastolatek w przetartych na kolanach jeansach i sfatygowanym T-shircie.

– Boże! Coś ty na siebie włożył…

– Zaraz się przebiorę, ale chodź! – Złapał ją za rękę, ciągnąc w stronę salonu. – Patrz! – Wskazał na panoramiczny ekran.

Spojrzała. Nadawano jakiś program sportowy. Zawodnik na desce snowboardowej zjeżdżał lodową rynną, wykonując po drodze efektownie wyglądające ewolucje. Po chwili widok zmienił się. Teraz młodzi ludzie biegli z deskami w stronę spienionego morza. Wskoczyli do wody, intensywnie wiosłując rękoma, odpłynęli spory kawałek od brzegu, po czym zaczęli szaleć na grzbietach fal.

– Zacząłeś interesować się sportem? Mam cię zapisać na kurs surfingowy…

– Nieee, nic nie rozumiesz! To wszystko nie jest prawdziwe! – Machnął ręką w stronę ekranu. – To gra komputerowa! Bardzo chciałbym taką dostać na urodziny. – Uśmiechnął się szelmowsko.

– Kolejna gra? Kochanie, masz ich już mnóstwo. Co ostatnio dostałeś? Coś o zombie chyba… A wcześniej wyścigi.

– Ale to jest zupełnie coś innego! To jest wirtualna rzeczywistość! – Ekscytował się, patrząc na nią błagalnym wzrokiem.

– Wirtualna rzeczywistość? – Ana wzniosła oczy ku niebu, przypominając sobie drogie jak diabli gogle z wyświetlaczem, jedną z wielu wymarzonych zabawek jej syna, które skończyły w składzie nikomu niepotrzebnych rzeczy, zapełniających garaż. – Przecież dwa lata temu kupiliśmy ci taki zestaw. Pamiętasz? Nie mogłeś go używać dłużej niż dziesięć minut, bo dopadały cię bardzo przykre dolegliwości…

Wzdrygnęła się na samo wspomnienie. Przykre dolegliwości. Dość łagodne określenie na długo utrzymujące się zawroty głowy, poprzedzone intensywnymi wymiotami.

– Ale to jest coś nowego! To najnowszej generacji konsola do gier, z dodatkowym wyposażeniem do wirtualnej rzeczywistości!

– Aha, czyli nie gra, tylko cała nowa zabawka? – Pokręciła głową z dezaprobatą. – Przecież nie tak dawno dostałeś nową konsolę. Też miała być super, najnowsza i ta jedyna na ładnych kilka lat. Zapomniałeś?

– No, ale wtedy nie wiedziałem, że wypuszczą ten ulepszony model… A poza tym będzie specjalna promocja. Jeśli odda się w sklepie starą, producent na nową zaoferuje jakąś zniżkę… – Spojrzał na nią, robiąc jedną ze swoich słodkich min. – Kup, a będę bardzo grzeczny i zawsze będę was słuchał…

„Mały cwaniak! Boże, w kogo on się wrodził?”. Ana westchnęła ponownie. Będzie musiała sprawdzić, co to za nowe cudo, bo małolat odpuści tylko na jakiś czas. A nie daj Bóg, jeśli któryś z kolegów ze szkoły dostanie ten gadżet.To się dopiero zacznie!

– Porozmawiam z tatą. Ale nawet nie myśl, że pobiegniemy do sklepu już jutro, aby ci kupić nową zabawkę. – Zakończyła rozmowę kategorycznym tonem i wróciła do kuchni.

* * *

Podeszli do podwyższenia, przeciskając się przez tłum dzieciaków i ich rodziców.

– To jest to cudo? – Ana spojrzała bez przekonania w stronę wystawionych w szklanych gablotach niepozornych urządzeń.

– Na to wygląda. Poczekaj, zaraz się dowiemy.

Na scenie rozbłysły światła i pojawił się prowadzący pokaz. Ana z zaskoczeniem stwierdziła, że go kojarzy. Kilka metrów przed nią stał jeden z jej ulubionych telewizyjnych celebrytów, częsty gość kanałów lifestyle’owych i okładkowy temat numer jeden większości plotkarskich tygodników. Ukłonił się, przez moment delektował rozbrzmiewającymi wokół oklaskami, po czym uciszył zgromadzonych gestem dłoni.

– Czemu kochamy gry komputerowe? – Zapytał, po czym nie czekając na odpowiedź, kontynuował. – Bo pozwalają przeżywać nam niesamowite przygody i dają możliwość wcielenia się w postaci, którymi nigdy nie będziemy w codziennym życiu. – Przesunął się na skraj sceny.

– Ale co to za przyjemność jedynie obserwować akcję na ekranie?! – Wykrzyknął egzaltowanym tonem, po czy lekko pochylił się w stronę widzów. – Teraz to na szczęście przeszłość, bo od dziś każdy może fizycznie wejść do świata gry i stać się swoim ulubionym bohaterem! Jak to działa? O tym opowie nasz gość, dyrektor do spraw marketingu firmy ViTech. Proszę o brawa!

* * *

– Naszym celem było dostarczenie graczom szerokiej gamy doznań – nie tylko wzrokowych i słuchowych, jak do tej pory. Dzięki naszemu innowacyjnemu produktowi, użytkownik poczuje, że naprawdę znalazł się w miejscu rozgrywki. Rozglądając się dookoła, będzie mógł podziwiać wirtualny świat, wykreowany z fotorealistyczną jakością. Zapomnijcie o 8K, mówimy o czymś nieporównywalnie lepszym! Łapiąc oddech, poczujecie w nozdrzach zapach morza, lasu, miasta lub wybuchającego prochu. Upadając na ziemię, odczujecie jej twardość, a walcząc z przeciwnikiem w ringu, poznacie siłę jego ciosów… – Konrad Brodnicky z triumfem spojrzał na zgromadzonych w sali konferencyjnej.

Prezes ViTech, jego zastępcy, kilku najważniejszych akcjonariuszy – wszyscy wyglądali na kompletnie zaskoczonych. I bardzo dobrze. Zdawkowe informacje, które otrzymywali z działu nowych projektów, nic im nie mówiły, zaś miliony dolarów przeznaczane na bliżej nieokreślone innowacje zaczynały budzić coraz większy niepokój.

– Jak już wspomniałem przed chwilą – jako pierwsi na świecie możemy zaoferować PEŁNĄ IMMERSJĘ w dowolnym wykreowanym wirtualnie świecie. Każdemu! Wystarczy kupić naszą najnowszą megakonsolę wraz z zestawem VR.

– No dobrze. A jak to działa? – Casper Lorenz, dyrektor do spraw sprzedaży, skorzystał z chwili ciszy.

– Wrażenia czuciowe zapewnia specjalny kombinezon, zakładany przez użytkownika systemu. Posiada on wbudowane miniaturowe przetworniki ultradźwiękowe. Całość jest bardzo lekka, nie krępuje ruchów, idealnie przylega do ciała. Zasilanie oczywiście bezprzewodowe, wykorzystujące zjawisko indukcji elektrycznej. Do tego bezprzewodowe słuchawki, a raczej miniaturowe wkładki douszne, oraz najważniejszy element – specjalny elastyczny kaptur-maska z opatentowanym przez nas systemem neuroprzekaźników.

– A gogle 3D? Albo okulary?

– Niczego takiego tu nie ma. I to jest nasz najmocniejszy punkt. Żadnych niewygodnych gogli. Obraz jest generowany BEZPOŚREDNIO W MÓZGU gracza. Neuroprzekaźniki, jak już wspominałem…

– Oddziałujemy na neurony? Bawimy się ludzkim mózgiem?! – Wykrzyknął Lorenz.

– Czy to bezpieczne? – Wyraził swoje obawy Stevenson, chudy Szwed, reprezentujący grupę europejskich inwestorów. – Pamiętasz, że to musi zdobyć wszelkie potrzebne certyfikaty?

– I czy to w ogóle jest legalne? – Wtórowała mu Nora Kurt, prawniczka ViTech.

– Bardzo proszę o spokój! Chciałbym to wyraźnie podkreślić – nie bawimy się mózgiem, tylko precyzyjnie i bardzo delikatnie go stymulujemy. Tak, to bezpieczne. Dysponujemy wynikami badań, które to potwierdzają. To zupełnie bezinwazyjne oddziaływanie, nie pozostawiające trwałych śladów. Wszystkie odczuwane skutki wirtualnych ciosów czy postrzałów, choć niezmiernie realistyczne, są ulotne. I jest to także stuprocentowo zgodne z prawem. Nie wykorzystujemy żadnych niedozwolonych środków czy metod. Oczywiście wszystkie dane i materiały zaraz zostaną wam udostępnione. Czy mógłbym jednak dokończyć prezentację? – Powiódł wzrokiem po zgromadzonych w sali.

– Jak już mówiłem, precyzyjnie stymulujemy mózg. Nie wnikając w szczegóły techniczne, wyłączamy dopływ bodźców zewnętrznych, a w zamian dostarczamy nasze, sztucznie wygenerowane. Oczywiście zadbaliśmy o bezpieczeństwo użytkowników – na czas rozgrywki są oni unieruchamiani, a precyzyjniej mówiąc, ich możliwości ruchu są mocno ograniczane. To wszystko realizuje nasz system poprzez będący częścią zestawu kombinezon. Teraz proponuję państwu zapoznać się z krótkim materiałem filmowym, przedstawiającym działanie naszego nowego hitu rynkowego. Potem przejdziemy do kwestii finansowych.

* * *

– Mamo… Wujek Winnie chyba złamał kręgosłup!

– Co takiego!? – Wykrzyknęła Ana, wpatrując się z przerażeniem w swojego syna. Skamieniała z nożem w ręku, zerkając to na niedokrojonego grillowanego kurczaka, leżącego przed nią na kuchennym blacie, to na wyraźnie podekscytowanego dzieciaka. – Co ty wygadujesz? Co się stało!?

– No, normalnie. Skakali z tatą do wody i wujkowi się nie udało. Uderzył w brzeg. Mówi, że nie może się ruszyć…

Rzuciła nóż na stół i ruszyła biegiem w stronę basenu położonego w ogrodzie, wycierając zatłuszczone dłonie w fartuch. Wypadła na zewnątrz, o mało nie wybijając szyby w drzwiach werandy i zatrzymała się gwałtownie, przypominając sobie o wizycie hydraulika.

– Żarty sobie robisz? Czekaj no, niech się ojciec o tym dowie! Przecież trzy dni temu pozbyliśmy się wody z basenu, bo trzeba naprawić odpływ! O mało co zawału nie dostałam!

– Ale to nie są żarty… – Spojrzał zaskoczony. – Oj, mamo! Wujek i tata bawią się moją konsolą. W skoki do wody ze skały. Widziałem na ekranie, jak skaczą. Tacie się udało, ale wujek się poślizgnął…

– O Boże! Czemu mnie straszysz? Nie mogłeś od razu powiedzieć, że grają w grę!? – Ruszyła w stronę sąsiedniego pomieszczenia.

– Nie zdążyłem. – Odparł hardo. – A poza tym to było takie zabawne… – zachichotał.

– Zabawne?! – Właśnie wchodzili do salonu. Ana odetchnęła z ulgą, widząc swojego męża oraz jego brata ściągających kombinezony.

– No, tak… trochę…

– Co trochę? – Zainteresował się Winnie.

– Trochę zabawny był twój nieudany skok. W opinii twojego bratanka, rzecz jasna. A najwięcej frajdy dostarczyła mu myśl, że skręciłeś sobie kark i nie możesz wyjść z wody…

– Ojejku, mamo, tata także się śmiał!

– No wiesz co?! – Ana z oburzeniem spojrzała na męża.

– No, szczerze mówiąc… Wiem, że nie powinienem, ale gdybyś widziała, jak Winnie rąbnął w ten występ skalny… – Robert wzruszył ramionami, z całych sił próbując stłumić śmiech.

– Z mojej perspektywy to nie było zabawne. Wcale. I było bardzo nieprzyjemne. – Drugi z mężczyzn wzdrygnął się na samo wspomnienie niedawnej zabawy. – Nie mam pojęcia, jak oni uzyskali aż taki stopień realizmu!

– Nie wytrzymam! Wy naprawdę jesteście nienormalni. I te wasze dziecinne zabawy! – Ana obróciła się na pięcie i wróciła do kuchni.

Rozdział 3.

Rozmazane plamy powoli rozpływały się. Falujący kształt naprzeciwko mnie nabrał ostrości i moim oczom ukazało się dziwne urządzenie przymocowane do ściany przede mną. Płaskie kwadratowe bure pudełko, z kilkoma migającymi leniwie światełkami i wybiegającymi z każdej bocznej ścianki wiązkami przewodów… Przymocowane do ściany? Nie, błąd. To, co początkowo uznałem za ścianę, było sufitem. Cała jego powierzchnia emitowała delikatne, ledwo dostrzegalne światło. Powoli docierało do mnie, że leżę na plecach. Czyżby winda się zerwała? – Pomyślałem i poczułem narastający strach. Czy nic mi się nie stało? Ostrożnie spróbowałem poruszyć rękoma i nogami. Wszystko wydawało się w porządku, raczej nie złamałem żadnej kończyny bądź, co gorsza, kręgosłupa. Wciąż leżąc, rozejrzałem się dookoła. Zacząłem wpadać w panikę – miejsce, w którym się ocknąłem, na pewno nie było ani windą, ani jej szybem.

Znajdowałem się w niedużym, słabo oświetlonym pokoju, pozbawionym okien czy jakichkolwiek mebli. Na jego ścianach niechlujnie ułożono jakieś szarobure panele, mniej więcej metrowej szerokości, sięgające od podłogi po sam strop. Uniosłem lekko głowę – przez prostokątny otwór znajdujący się na przeciwległej ścianie widać było fragment kolejnego, węższego pomieszczenia.

– Spokojnie… – Pomyślałem. – Nie dajmy się zwariować, zaraz na pewno wszystko się wyjaśni.

Podparłem się ręką, próbując usiąść. Podłogę wykonano z jakiegoś gumowatego, lekko szorstkiego tworzywa. Delikatnie uginała się pod naciskiem, jednocześnie dając stabilne oparcie. Przypominała trochę sztuczną nawierzchnię kortu tenisowego. Powoli wstałem i natychmiast poleciałem na najbliższą ścianę. Łup! Jakbym uderzył w wielkie puste pudło. Świat dookoła zawirował, ponownie poczułem ukłucie paniki. Zamknąłem oczy, wziąłem kilka głębokich oddechów. Od razu poczułem się znacznie lepiej, zawroty głowy zniknęły.

Lekko stuknąłem dłonią w szare panele. Charakterystyczny odgłos nie budził wątpliwości. Płyty gipsowo-kartonowe! Ulubiony, bo tani materiał budowlany, pozwalający spełnić nawet najbardziej szalone pomysły domorosłych architektów. Wciąż trzymając się blisko ściany, odwróciłem się i spojrzałem w stronę wyjścia. Dopiero teraz zauważyłem, że w kącie, po prawej stronie, majaczy jakiś niewyraźny kształt. Wytężyłem wzrok. Stał tam niewielki metalowy sedes, przypominający te, jakie widziałem choćby w pociągach czy niektórych publicznych toaletach. A tuż obok, w ścianie, umieszczono jakieś niewielkie puste zagłębienie, najwyraźniej mające udawać półkę na przybory toaletowe. Ostrożnie zrobiłem kilka kroków, po czym zastygłem w miejscu, niczym słup soli. Uświadomiłem sobie, że jestem całkowicie nagi.

* * *

– Ej, co jest? – Jens ze zdumieniem wpatrywał się w ekran komunikatora. Od kilku godzin bezskutecznie próbował skontaktować się z Adamem. Jego partner nie odbierał połączeń i nie odpowiadał na wiadomości, zaś urządzenie uparcie twierdziło, że abonent ostatni raz był osiągalny prawie dobę temu.

– Albo podróż mu się przedłużyła, albo jest tak zmęczony, że jeszcze śpi. Albo już gdzieś imprezuje. – Wzruszył ramionami.

Rozmowa musiała poczekać – po powrocie z urlopu trzeba było nadrobić zaległości w zleceniach od kontrahentów. Jako ceniony projektant, Jens mógł sobie pozwolić na pracę z domu, jednak jego zleceniodawcy nie tolerowali opóźnień. I nie można było im się dziwić – na całym świecie miliony potencjalnych klientów regularnie wymieniały zawartość swoich szaf, kupując najmodniejsze w danym sezonie ubrania i obuwie.

– Zestaw audio! – wydał polecenie. Domowy asystent AI[7] posłusznie włączył głośniki. Akurat trafił na końcówkę wiadomości:

– …Spowodowała niewielkie opóźnienia w komunikacji pomiędzy Berlinem a Warszawą. Niewielka część pasażerów wystąpiła do przewoźnika o odszkodowania. A teraz przechodzimy do prognozy pogody. Przez najbliższy tydzień możemy spodziewać się słonecznej pogody, temperatura nie powinna spaść poniżej…

– Przełącz na muzykę! – spikerowi nie było dane dokończyć zdania. Po chwili pomieszczenie wypełniły relaksujące radosne dźwięki orientalnych instrumentów.

* * *

W pomieszczeniu panowała neutralna temperatura – nie było mi ani za zimno, ani zbyt ciepło. Po prostu nagle uświadomiłem sobie, że nie czuję na skórze charakterystycznego dotyku materiału, ucisku paska czy ściągaczy w skarpetkach. Tego wszystkiego, na co nie zwracamy uwagi w normalnej sytuacji. Z niedowierzaniem spojrzałem na swoje ręce, dłonie, klatkę piersiową, nogi i stopy. To nie było złudzenie! Znajdowałem się nie wiadomo gdzie, pozbawiony ubrania, butów, a nawet bielizny! Jeszcze jedna rzecz spotęgowała moje przerażenie. Mimo panującego półmroku dostrzegłem, że nie mam na ciele ani jednego włoska! Zniknęły też paznokcie! Spojrzałem z bliska na palce dłoni. Blade, jakby nie moje, jakieś takie… obce. Drżącymi rękoma dotknąłem twarzy. Moja bujna broda oraz wąsy też gdzieś zniknęły. Poczułem się nieswojo.

– O Boże, co tu się dzieje? Gdzie ja jestem? – Wyszeptałem bezwiednie. Mój głos też brzmiał jakoś inaczej i, co gorsza, nie był to chyba jedynie skutek dziwnej akustyki panującej w pomieszczeniu.

Oszołomiony niezwykłymi odkryciami podszedłem ostrożnie do otworu wejściowego. Zaczął docierać do mnie jednostajny szum, przez który przebijał się ledwo słyszalny dźwięk kapiącej gdzieś w oddali wody. Ponownie głęboko nabrałem powietrza – miało dziwny posmak, jakby ktoś rozpylił w nim jakieś lekarstwo. Powoli wyjrzałem na zewnątrz.

Wyjście prowadziło na niezbyt szeroki, za to dość długi korytarz. Znajdowałem się w pomieszczeniu położonym mniej więcej w połowie jego długości. Po obydwu stronach, w regularnych odstępach, umieszczono otwory wejściowe, identyczne jak ten, w którym teraz stałem. W przeciwieństwie do pomieszczenia, w którym się obudziłem, tutaj było znacznie widniej. Ściany wyłożono tymi samymi płytami, co pokój – również nie przykładając wagi do precyzji montażu. Połączenia paneli oraz miejsca, gdzie znajdowały się wkręty mocujące, niedbale zagipsowano. Całość pomalowano brzydką, szarą matową farbą.

Ruszyłem korytarzem, zbliżając się ostrożnie do najbliżej położonego prostokątnego otworu. Zajrzałem do środka. Serce waliło mi jak oszalałe. Pusto. Pokój był idealną kopią tego, w którym się ocknąłem. Takie same ściany, ten sam półmrok. Uspokoiłem oddech i trochę pewniej podszedłem do kolejnego wejścia. Zgodnie z moimi przeczuciami, w nim również nikogo nie było – i niczym nie różniło się ono od dwóch widzianych wcześniej.

* * *

Skład wyhamował delikatnie szarpiąc, drzwi rozsunęły się z cichym sykiem i rozgadany tłum wylał się na peron, pospiesznie zmierzając w kierunku schodów ruchomych. Z głośnika zawieszonego pod sufitem dobiegł ostry i nieprzyjemny głos spikera, czytającego najnowsze komunikaty policyjne. Dałem się ponieść fali rozgadanych brodatych mężczyzn i milczących kobiet, kryjących się pod tradycyjnymi czadorami, i już po kilkudziesięciu sekundach, wraz z innymi pasażerami, znalazłem się na zatłoczonej ulicy, wypełnionej straganami. Przede mną, na tle nieba, ostro rysował się znajomy kształt dawnej wieży telewizyjnej, przebudowanej kilkanaście lat temu na wieżę minaretu. Energicznym krokiem ruszyłem w stronę placu, podziwiając zabudowania nowego meczetu. Do spotkania zostało jeszcze trochę czasu, więc postanowiłem zrobić sobie krótki spacer.

Minąłem porastające już trawą ruiny dawnego Kościoła Mariackiego, przebiegłem przez ruchliwą aleję Bojowników o Wiarę i już po chwili ujrzałem kolejne okazałe gruzowisko. Pozostałości wysadzonej w powietrze monumentalnej Katedry Berlińskiej wyglądały jak wzgórze, któe wyrosło niespodziewanie na brzegu Sprewy. W pobliżu, jak zwykle, krążyli uzbrojeni w ciężką broń funkcjonariusze policji oraz wojska. Przyspieszyłem kroku, zostawiając za sobą most Zamkowy oraz dawny Uniwersytet Humboldta, przekształcony teraz w szkołę koraniczną, i z przyjemnością wszedłem na ciągnącą się pomiędzy szpalerami drzew doskonale mi znaną alejkę. Główna Aleja, dawniej znana wszystkim berlińczykom jako Unter den Linden, zawsze budziła we mnie ciepłe uczucia, mimo że – podobnie, jak i cała okolica – nie pozwalała odpocząć od namolnych handlarzy, rozstawiających wszędzie kramy i zachwalających swoje towary.

Omiotłem wzrokiem potłuczone witryny pod numerem czterdziestym – dawniej mieścił się tu chyba sklep z pamiątkami. Tłumy niewiernych wydawały fortunę, kupując tandetne pocztówki, magnesy na lodówkę, mapy i odłamki dzielącego kiedyś miasto muru. I jeszcze te dziwne figurki… Splunąłem z niechęcią. Na szczęście, ku chwale Allaha, to już przeszłość. Spojrzałem na zegarek. Przyspieszyłem, wymijając grupę kobiet targujących się ze sprzedawcą owoców. Skręciłem w prawo i po kilkudziesięciu krokach przystanąłem, uważnie lustrując wzorkiem mężczyzn siedzących przy ustawionych wzdłuż ściany stolikach…

* * *

– Tomek? Tu Jens. Obawiam się, że coś niedobrego stało się z Adamem. Coś jest nie tak…

– Co jest nie tak?

– No… właśnie nie wiem…

– Nie rozumiem, o czym mówisz. – W głosie Tomasza dało się wyczuć zaniepokojenie połączone z lekką irytacją. – Możesz wyjaśnić, o co dokładnie ci chodzi?

– O to, że od prawie dwóch dni w żaden sposób nie jestem w stanie się z nim skontaktować!

– Może jest czymś zajęty? Wiesz, jak to bywa po urlopie… Zostaw mu wiadomość, żeby się odezwał.

– Zostawiłem. Dzwoniłem, wysyłałem wiadomości, używałem wszystkich systemów komunikacji, z jakich korzysta… I nic. Poza tym jest jeszcze jedna dziwna rzecz…

– Tak?

– Nie ma go w Warszawie…

– Może został w Berlinie na dłużej, bo zmienił plany?

– Tu też go nie ma. Poza tym przecież nie poszedłby nocować w hotelu! Udało mi się sprawdzić, gdzie rejestrował się jego lokalizator… Ostatnie znane miejsce pobytu, to terminal, tam, gdzie go zostawiliśmy. Niemożliwe, aby siedział tam do tej pory i się nie odzywał.

– Faktycznie, wygląda to dziwnie… A może po prostu zablokował działanie lokalizatora?

– Tego nie wiem, jednak mam dziwne przeczucie, że coś się stało.

– Coś, czyli co? Kosmici go porwali w środku dnia z głównego terminalu? A może tajne służby? I będą na nim robić eksperymenty?

– Tom, to nie jest śmieszne…

– Jens, posłuchaj samego siebie. O czym ty mówisz? Przeczucia? Może kup sobie szklaną kulę albo idź do wróżki? W naszym świecie zwykli ludzie nie znikają bez powodu. Całe społeczeństwo jest na każdym kroku monitorowane – policja, kamery w miastach, kontrola transakcji finansowych, tajne służby… Wszystko po to, abyśmy sobie żyli miło i bezstresowo.

– Uważasz, że przesadzam?

– Sorry, chłopie, ale trochę tak. Jestem przekonany, że nie dzieje się nic, czym warto się martwić. Adam pewnie się do ciebie lada moment odezwie. No, chyba że się pokłóciliście.

– Co ty! Wszystko między nami świetnie się układa!

– No to przestań wariować.

– Łatwo ci mówić, ale w porządku. Postaram się nie panikować. Ale bądźmy w kontakcie, dobrze?

– Pewnie. A na razie się uspokój i po prostu… czekaj. – Sygnał w słuchawce oznajmił koniec połączenia.

Jens westchnął i usiadł przy biurku, machnął ręką, aktywując stojący przed nim ekran. Wprawnymi gestami wydawał polecenia urządzeniu, przewijając kolejne obrazy i teksty. Nagle o czymś sobie przypomniał. Zaraz, co to było… Kilka kolejnych ruchów i – jest:

Awaria systemu komputerowego wywołała godzinne opóźnienia na trasie Berlin – Warszawa. Kapsuły nie kursowały przez około pół godziny i przez podobny czas poruszały się z ograniczoną prędkością. Wszyscy pasażerowie ostatecznie dotarli do celu, jednak część z nich zmuszona była zmodyfikować plany dotyczące dalszej podróży. Poszkodowani mogą wystąpić do przewoźnika o odszkodowanie – część z nich już zapowiedziała podjęcie takich kroków.

– Nic się nie stało. Nic poważnego. – Próbował powtarzać sobie w myślach, jednak wciąż coś nie dawało mu spokoju. Wrócił do przewijania zawartości ekranu, szukając potrzebnych mu informacji, aby po chwili znów sięgnąć po komunikator. Wybrał numer.

– Centrum informacji, słucham.

– Dzień dobry… Mam taką trochę nietypową sprawę. Szukam przyjaciela. To znaczy... miał przedwczoraj wyjechać z Berlina, ale nie mam pewności, czy nie został w mieście. I czy coś mu się nie przydarzyło… Czy jest możliwość sprawdzenia, czy nie wydarzył się jakiś wypadek albo coś podobnego…

– Pan jest kimś z rodziny poszukiwanego?

– To mój partner…

– Proszę podać jego imię i nazwisko. Mamy dostęp do bazy danych szpitali, policji oraz służb ratowniczych.

– Już podaję dane. Adam…

– Brak danych.

– Ale ja nie podałem jeszcze nazwiska!?

– Nie jest nam potrzebne. Od tygodnia żadna osoba o imieniu Adam nie trafiła do szpitala, nie została aresztowana ani też nie wymagała jakiejkolwiek pomocy ze strony naszych służb. Proszę się nie martwić. W takich sytuacjach brak kontaktu w 99,9% wynika z własnej woli osoby poszukiwanej. Czy możemy jeszcze jakoś pomóc?

– Nie, dziękuję, to wszystko…

* * *

– No to jesteśmy załatwieni. – Nora Kurt odłożyła na biurko plik dokumentów, które uważnie przeglądała przez ostatnich kilkanaście minut.

– Nic się z tym nie da zrobić? – dopytywał Lorenz.

– Nic. Mamy nakaz wycofania ze sprzedaży wszystkich wyprodukowanych do tej pory egzemplarzy naszej wirtualnej zabawki, zaprzestania dalszej produkcji i dezaktywowania już sprzedanych produktów. Ze względu na bezpieczeństwo użytkowników. Oraz z bliżej nieokreślonych powodów związanych z, cytuję: „żywotnymi interesami państwa”.

– Bezpieczeństwo użytkowników?

– Tak. To oczywiście argumentacja z sufitu wzięta, ale ci z Agencji uznali, że korzystanie ze sprzętu ViTech jest zbyt ryzykowne, gdyż „użytkownicy próbują w świecie realnym odtwarzać zachowania ze świata wirtualnego”.

– Co takiego?

– Zapewne chodzi im o to, że część idiotów szaleje na wirtualnym torze, wyczyniając akrobacje rowerowe, a potem, bez żadnego treningu, chcą to powtórzyć w rzeczywistości. Albo nagle chcą się popisać przed bliskimi saltem czy szpagatem, który bezbłędnie wychodzi im w świecie gry. Mieliśmy tego typu zgłoszenia, ludzie żądali odszkodowań…

– No i?

– No i dział prawny się tym zajął. Część osób żądających rekompensat szybko dała się przekonać, że nie mają szans w sądzie. W kilku przypadkach sprawy trafiły na wokandę. Za każdym razem wymiar sprawiedliwości wykazywał się rozsądkiem i stawał po naszej stronie. Na tej samej zasadzie trzeba by zakazać oglądania filmów – bo ktoś może zobaczyć coś, co zechce powtórzyć na żywo…

– No to pogratulować naszym prawnikom skuteczności, skoro teraz to wypływa, i to jeszcze w taki sposób!

– Ale obie sprawy nie mają ze sobą nic wspólnego! To zwyczajna ściema!

– Ściema?

– Moim zdaniem tak. Prawdziwy powód kryje drugie stwierdzenie. „Żywotne interesy”. Wiecie, co to znaczy?

– Ktoś na górze… Rząd? Służby? Wojsko?

– Na to bym stawiała. Z resztą dalej macie jeszcze lepszy kawałek… „Zobowiązujemy ViTech do zaprzestania wszelkich prac związanych z przedmiotową technologią. Wszystkie dotychczasowe opracowania mają zostać bezzwłocznie udostępnione wskazanych organom…”.

– A niech ich diabli!

– I tak mamy szczęście w nieszczęściu. Łaskawie zaproponowali rekompensatę finansową…

– Sami z własnej woli chcą nam płacić?!

– Tak. Co wydaje mi się nietypowe…

– Ile? Nie chodzi nawet o konkretną kwotę, tylko jak to się ma do naszych planów sprzedażowych?

– Nawet sensownie…

– Co znaczy „sensownie”?

– Proponowana kwota stanowi jakieś 125% prognozowanego zysku. W perspektywie pięcioletniej.

– No, to jeszcze na domiar wszystkiego widać, że ktoś tam na górze doskonale orientuje się w naszych finansach. Faktycznie, wdepnęliśmy w jakieś głębsze bagno. Moja rekomendacja: oddajemy, co chcą, zgarniamy pieniądze i zapominamy o sprawie.

– A klienci? Rynek? Inwestorzy?

– Przygotuje się jakieś wiarygodnie brzmiące komunikaty. Tylko, na miły Bóg, nic dotyczącego względów zdrowotnych, bo pójdziemy z torbami. Nie wiem, wymyślcie jakąś wadę fabryczną grożącą zapłonem urządzenia, czy cokolwiek w miarę prawdopodobnego. Albo problemy z prawami patentowymi, to chyba wyglądałoby nawet jeszcze lepiej.

* * *

Mijając kolejne identyczne pomieszczenia, dotarłem do końca korytarza, odkrywając kolejny – biegnący w poprzek. Ten chodnik był znacznie krótszy, mógł mieć nie więcej, niż 40 metrów. Wejścia do pomieszczeń znajdowały się jedynie na jednej ze ścian, na drugiej zaś, w regularnych odstępach widać było wloty kolejnych dwóch korytarzy. Zachowując czujność, podążyłem jedną z odnóg. Po kilku sekundach przystanąłem, zaglądając w przejście znajdujące się na lewej ścianie – długi pasaż, z charakterystycznymi otworami wejść po obydwu stronach, na pierwszy rzut oka identyczny, jak ten, który odkryłem na początku. Ruszyłem dalej krótszym chodnikiem. Kończył się on jeszcze jednym rozwidleniem w kształcie litery T. Prawa odnoga zwieńczona była masywnymi stalowymi drzwiami, lewa – ciągnęła się przez kilkadziesiąt metrów. Ostrożnie podszedłem do wrót, nasłuchując – wokół panowała cisza, przez którą przebijał się jedynie dyskretny monotonny szum pracujących gdzieś urządzeń. Popchnąłem jedno ze skrzydeł – bezgłośnie uchyliło się pod moim naporem…

Klatka schodowa. Tak chyba można określić pomieszczenie, do którego trafiłem. Mniej więcej czterometrowej długości podest kończył się identycznymi drzwiami jak te, które otworzyłem. Ciąg schodów znajdujący się bliżej mnie prowadził gdzieś w dół, ten umieszczony bliżej drugich wrót – do góry. Pomiędzy nimi wciśnięto osłonięty siatką szyb windowy. Zbliżyłem się do drugiego wejścia, powoli uchylając drzwi. Zerknąłem przez powstałą szczelinę. Kolejny pasaż z zaczynającym się nieopodal rozwidleniem. Chyba był identyczny jak ten, z którego przyszedłem. Ostrożnie zamknąłem drzwi i wycofałem się do „mojego” korytarza. Musiałem na spokojnie wszystko przemyśleć i upewnić się, że niczego nie przeoczyłem.

Obszedłem całe piętro, zaglądając do każdego z pomieszczeń. Pięć długich korytarzy (w tym trzy wewnętrzne) połączono ze sobą dwoma krótszymi. Na krańcach zewnętrznych pasaży znajdowały się cztery klatki schodowe, zaś w mniej więcej 1/3 i 2/3 ich długości odkryłem wąskie przejścia wyposażone w dwie pary solidnych drzwi. Próby ich otwarcia spełzły na razie na niczym. W żadnym z 302 identycznych pokoi znajdujących się na tym poziomie nie natrafiłem na ślady czyjejkolwiek obecności czy cokolwiek, co by mogło wyjaśnić mi, gdzie się znalazłem. Usiadłem pod jedną ze ścian korytarza.

– Identyczne pomieszczenia, bez wyposażenia, bez okien… – rozmyślałem na głos. – Prawie jak… szpital psychiatryczny… albo więzienie… No, ale w takich miejscach są jeszcze drzwi, aby pacjenci lub osadzeni nie pouciekali. Nie, to nie to… – szybko porzuciłem pierwsze skojarzenia.

Co prawda nigdy nie miałem nieprzyjemności gościć w zakładzie zamkniętym dla psychicznie chorych, czy tym bardziej w więzieniu bądź choćby tylko areszcie, jednak nie wyobrażałem sobie, aby takie miejsce mogło funkcjonować bez solidnych drzwi do cel, dostępu do światła dziennego i choćby podstawowego umeblowania pokoi.

– Kolejna opcja, to jakaś tajna baza wojskowa. Może podziemna? I stąd brak okien? – kontynuowałem rozmyślania. – Ale jeśli tak, to gdzie są żołnierze czy pracownicy? Gdzie wyposażenie? Nie, to też nie to… Przecież to jest jakiś absurd!

– Puste pomieszczenia. Bez wyposażenia. Opuszczone? Albo może niedokończone? Te wszystkie kartonowe płyty na ścianach. Przecież gdyby ktokolwiek miał tu mieszkać czy pracować, byłoby to jakkolwiek pomalowane i urządzone – zamyśliłem się na moment. – Ale chyba nie porzucone i pozostawione samo sobie, bo przecież działa oświetlenie, a w powietrzu nie ma śladu stęchlizny… Czyli ktoś może się tu pojawić! Trzeba tylko poczekać!

Rozdział 4.

Winda powoli mijała kolejne piętra, przez kraty siatki widać było przesuwające się, niczym klatki gigantycznego filmu, kolejne identycznie wyglądające piętra. Usterka nie była zbyt poważna – z punktu widzenia całego systemu była absolutnie nieistotna. Do tego stopnia, że można by jej nie usuwać – doskonale funkcjonujący, wielokrotnie zdublowany i zabezpieczony układ działał równie dobrze bez jakiegoś trzeciorzędnego generatora pomocniczego. Thomas doskonale zdawał sobie z tego sprawę, jednak surowo przestrzegane przez wszystkich techników instrukcje nie pozostawiały wątpliwości – wszelkie „drobne” awarie mają być likwidowane w terminie nieprzekraczającym 8 godzin od ich wystąpienia, a najlepiej bezzwłocznie. Usłyszał, jak gdzieś na dachu dźwigu zaskoczył przełącznik, po czym kabina zatrzymała się.

Chwycił wypełnioną narzędziami i częściami zapasowymi torbę i dziarsko ruszył w stronę dwuskrzydłowych drzwi. Po kilkunastu krokach znalazł się przed ciężkimi wrotami śluzy. Szybko sprawdził, czy maska przeciwgazowa działa sprawnie i dokładnie przylega mu do twarzy, a rękawice prawidłowo spięły się z kombinezonem roboczym. Wszystko było w porządku. Głośno westchnął, kręcąc głową z dezaprobatą. Po diabła te wszystkie zabezpieczenia? Nie pamiętał, aby kiedykolwiek na zewnątrz odnotowano ślady najmniejszego choćby zagrożenia – czegokolwiek, co można by przywlec do wnętrza i czym należałoby się martwić. Procedury, procedury, procedury… Otworzył pierwsze drzwi – mimo swoich gabarytów działały nad wyraz lekko, skomplikowany mechanizm dbał o to, aby nikt nie musiał się siłować z ciężkim kawałem stali. Wszedł do niewielkiej śluzy, zamykając wejście. Na panelu przy wyjściu na zewnątrz zamigotała zielona kontrolka. Podszedł do drugich drzwi, napierając na prostokątny płat metalu. Pomieszczenie zalał blask – słońce było już dość nisko nad horyzontem, jednak i tak świeciło znacznie jaśniej niż zamontowane w pomieszczeniach energooszczędne panele.

Wyszedł na zewnątrz, zamknął za sobą śluzę i rozejrzał się, bardziej z przyzwyczajenia, niż rzeczywistej potrzeby. Na pamięć znał rozmieszczenie poszczególnych instalacji. O, na przykład ten głupi generator… Już stąd widać wieżę z turbiną, ale żeby się dostać do szafy sterującej trzeba obejść te dwa wymienniki ciepła… No dobra, nie ma co marnować czasu! Ruszył w stronę sterczącej w górę kratownicy. Kilka minut później pracowicie odkręcał śruby i zdejmował osłony chroniące delikatne podzespoły.

* * *

Na ekranie telewizora widać było biegających pozornie bez sensu ludzi oraz kolejne pojazdy z migającymi, niebieskimi światłami, podjeżdżające pod niewielki, czerwony pawilon, przypominający trochę chińską pagodę. Z budynku wydobywały się kłęby gęstego, burego dymu…

– Idę zrobić tosty. Chcesz… Co się stało? – Inge przystanęła w drzwiach pokoju, wskazując głową na ekran.

Siedzący w fotelu mężczyzna sięgnął po pilot i wyciszył dźwięk. Odwrócił się w jej stronę, wydawał się mocno zaniepokojony, wręcz wystraszony.

– Zamachy bombowe. W Moskwie. Na metro – zakomunikował, zawieszając na moment głos. – Mogą być setki ofiar, może nawet tysiące…

– Tysiące!? – wykrzyknęła z niedowierzaniem. – Jak to?

– Ładunki wybuchły jednocześnie w kilku miejscach, w godzinach szczytu. To, co teraz pokazują, to wejście na Arbatskają[8], ale w relacjach jest też mowa o stacji Puszkina, Placu Rewolucji, bibliotece imienia Lenina. I być może jeszcze paru innych… Podobno panuje gigantyczne zamieszanie, szpitale zwolniły część pacjentów do domów, szykując się do przyjęcia nieokreślonej liczby rannych…

– Kto za tym stoi? ISIS[9]?

– Na razie nie wiadomo. Ale jak już Rosjanie dojdą do tego, kto to zrobił, urządzą mu niezłą jatkę – ponownie włączył głos w telewizorze.

– „… O niewychodzenie z domów, jeśli nie jest to konieczne. Tymczasem trwa akcja ratunkowa, w którą zaangażowano także wojsko. Strażacy i żołnierze pracują w wyjątkowo trudnych warunkach, pod ziemią wybuchło kilka pożarów, zawaleniu uległy też niektóre fragmenty tuneli. A teraz przekazujemy głos do studia, gdzie nasi eksperci…”

Wyłączył telewizor.

– Chodźmy do kuchni, zrobimy te tosty. Nie chcę tego oglądać i się denerwować. – Objął ją ramieniem.

– Spokojnie, tu się nic nie dzieje. Moskwa jest daleko. – Uśmiechnęła się, uwalniając z uścisku.

– Nie tak daleko, jak nam się wydaje. Niestety…

* * *