Wieniec Petrii - Dragoslav Mihailović - ebook

Wieniec Petrii ebook

Dragoslav Mihailović

0,0

Opis

[PK]

Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej! 

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. 
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.  

 

 

 

Książka dostępna w zasobach: 
Biblioteka Publiczna Miasta i Gminy w Pobiedziskach

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 470

Rok wydania: 1978

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



DRAGOSLAV MIHAILOYIĆ

WIENIEC PETRII

biblioteka

jugosłowiańska

WIENIEC PETRI1

biblioteka jugosłowiańska

WIENIEC PETRII

DRAGOSLAY MIHAILOVIĆ

Przektad z serbsko-chorwackiego ELŻBIETA KWAŚNIEWSKA

U)

t

WYDAWNICTWO ŁÓDZKIE

Tytuł oryginału PETRIJIN VENAC

Obwolutę, okładkę, strony tytułowe i ekslibris projektowała

HANNA STAftSKA

Redaktor GRAŻYNA PUŁASKA-BŁAŻEJEWSKA

Redaktor techniczny

ANDRZEJ HRYNKIEWICZ

i

© Copyright for the Polish edition by Wydawnictwo Łódzkie, Łódź 1978

Pierwsza książka Dragoslava Mihailovicia Frecie, laku noć (Dobranoc, Fred), złożona z sześciu opowiadań, ukazała się w roku 1967 i wytrzymując konkurencję całorocznego plonu literackiego rodzimych pisarzy uzyskała belgradzką nagrodę październikową. Ta mała książeczka stała się wydarzeniem łiterackim. Nowy, nieznany pisarz nie podjął powszechnie panującej w Jugosławii w latach sześćdziesiątych koncepcji prozy abstrakcyjno--poetycznej, mityczno-symbołicznej, przeintelektualizo-wanej, a wręcz odwrócił się od niej stanowczo. Wydana w kilka miesięcy po Frede, laku noć mikropowieść Kiedy kwitną tykwy* (Kad su cvetale tikve) zdobywa sobie „status punktu zwrotnego, dzieła, od którego zaczynają się nowe tendencje rozwoju literackiego" (P. Pa-lavestra). Jej tytuł jest parafrazą tytułu książki Milu-tina Uskokovicia Kad ruże cvetaju — Kiedy kwitną róże — liryczno-sentymentalnego pisarza z przełomu naszego wieku, który podjął chybioną próbę stworzenia belgradzkiej powieści społecznej. Krytycy zaliczają powieść Mihailovicia do „lepszych i najlepszych osiągnięć powojennej prozy serbskiej" (P. Dżadżić), mówią o nowym realizmie, superrealizmie, a nawet magnetofonowym chaiiakUerze prozy. Znany krytyk Milos Bandić

PIW 1977 o pierwszej powieści Mihailovicia powiedział: „Jest to w swej strukturze utwór skrajnie nagi, uproszczony, pisany na zasadzie redukcji, bardzo prosty. Zauważalna jest, wybija się tylko — wybija się sama — cierpkość dialogów i agresywność nie stylizowanego, zaciętego, surowego języka: jest to realizacja dążeń autora, wydaje się, że w ten sposób, a nie pośrednio, przez opisanie, stworzy w świadomości czytelnika obraz zawiłego, gwałtownego, surowego, realnego świata. Pod tym względem literacki wyraz Mihailovicia w pewnej mierze przypomina amerykańską tzw. hard-boiled, twardą prozę, chłodną, niesentymentalną, męską, oszczędną w słowach".

Po ukazaniu się powieści Mihailovicia zwrócono baczniejszą uwagę na takich autorów, jak Vidosav Steva-nović, Milisav Saić, Mir Josić Viśnić, nazywając twórczość tego kręgu pisarzy „nową prozą serbską".

Bohaterowie „nowej prozy" to ludzie z różnych pomijanych grup społecznych, często ze społecznego marginesu, uwikłani w sytuacje bez wyjścia, w brutalne konieczności, jakie niesie ze sobą tylko ich trudne życie. Bohaterowie w istocie pozytywni, wewnętrznie zaangażowani, dumni i poniżeni, zepchnięci na boczny tor przez nieunikniony bieg wydarzeń. Takim dramatycznym bohaterem jest były bokser, Ljuba Sretenović, z belgradzkich przedmieść w Kiedy kwitną tykwy, takim jest Podróżny * (Putnik), miody chłopak, do tego stopnia obciążony wojenną przeszłością, że nie widzi dla siebie miejsca w czasach pokoju, taką jest półpiśmienna chłopka partyzantka z opowiadania-listu Boginje (Ospa).

Oba wymienione opowiadania, pochodzące z tomu Frede, laku noć, są bardzo bliskie opowiadaniom Babla, nie tylko przez podobieństwo samych bohaterów, ale i strukturę stylu, „nieliteracki język.

z tomu „Powrót" MON 1969

Nieliteracki" język i magnetofonowy charakter prozy bierze się stąd, że Mihailović prawie zawsze stosuje mowę pozornie zależną, używa nie stylizowanego języka środowisk swoich bohaterów, a nawet dialektu, jak to uczynił w Wieńcu Petrii, i tym też potęguje ekspresję utworu. Mihailović ściśle i konsekwentnie respektuje punkt widzenia głównego bohatera i narratora zarazem, z którego perspektywy patrzymy na świat i oceniamy go. W Wieńcu Petrii, Mihailović pokazał, że jest mistrzem monologu wewnętrznego. Sposób prowadzenia przez niego narracji — niespiesznej, pozornie chaotycznej, z powtarzającymi się, już rozwiniętymi motywami — chciałoby się, parafazując określenie Tadeusza Peipera, nazwać „narracją rozkwitającą

Książka ta ukazała się w roku 1975, siedem lat po Tykwach, i znów przyniosła autorowi nagrodę. Rozdział Przejdź mi, siostro, iw krew, to powiem ci, coś za jedna otrzymał w rok później po raz pierwszy przyznaną nagrodę imienia Iva Andricia za najłepsze opowiadanie. Ale Wieniec Petrii nie jest zbiorem opowiadań, tak jak nie jest powieścią. „Jest to — jak powiedział znany w Polsce pisarz, Danilo Kiś — przede wszystkim mistrzowsko ukształtowana całość: sześć rozdziałów powieści o życiu". Jest to ogromny monolog, wieniec życia uwity przez prostą kobietę Petriję, nie uczoną, lecz mądrą mądrością łudu i tradycji, dobrą dobrocią wywiedzioną z ciężkiego życia. Okrucieństwem jest tutaj życie, Petrija przeciwstawia mu dobroć. Jej monolog jest wyprowadzony z przymusu samotności i skierowany do uważnego, obecnego przy niej słuchacza — kogo? może Ciebie, Czytelniku.

Wkrótce po wydaniu w Jugosławii Wieńca Petni zainteresowali się nim Francuzi. Recenzując tę książkę dla Gallimarda, Danilo Kiś zwrócił także uwagę na pewne zbieżności Mihailovicia z Faulknerem i prozą iberoame-rykańską: „Wieniec Petrii ma coś z bujności powieści latynoamerykańskiej, w tej czarodziejskiej atmosferze pełnej zabobonów i magii, okrucieństwa i dobroci, co nie może zostawić czytelnika ani przez chwilą obojętnym. Niektóre stronice (jak długa podróż Petrii do szpitala w towarzystwie pewnego górnika lub scena, w której dźwięczą nuty cygańskiej muzyki przy cmentarzu) mają coś z Faulknerowskiej światłości w sierpniu, światłości będącej niczym innym jak światłością, w której lśni sztuka narracji i autentyzm przeżycia. Niezależny talent! Dobra, piękna, wstrząsająca książka. Polecam wam do przekładu, polecam z całego serca".

Tymczasem pierwsze opowiadania z cyklu o Petrii, drukowane w czasopismach przed ukazaniem się książki, dla części czytelników w kraju były z powodu języka niedostępne, niezrozumiale. Mihailović broni się przed nazywaniem go pisarzem regionalnym, czymś w rodzaju literacko-językowego separatysty. „Jestem pisarzem dialektu i serbskim w tym stopniu, co na przykład Andrić był bośniacki". I choć uważa porównanie z Andriciem za nieskromne, niewątpliwie ma rację mówiąc o swojej powszechności i zbliżeniu do wielkiego pisarza. Trzecią swoją książką udowodnił, że jest pisarzem dojrzałym, nie lokalnym czy serbskim, ale ogólnoludzkim.

Myślę, że pierwszym, roboczym i subiektywnym, tego potwierdzeniem jest praca tłumacza. Dostąpiwszy zaszczytu przekładu, stanęłam przed nad wyraz trudnym zadaniem: jak wspaniały język oryginału, żywcem przeniesiony z matecznika starej Serbii, dziś uznawany za dialekt, oddać w mowie polskiej.

Dragoslav Mihailović, zapytany, jdk wyobraża sobie przekład Wieńca Petrii, odpowiedział: „Szczerze mówiąc, nie jestem pewien, czy wiem. Może mógłby to być jakiś polski dialekt, tylko wydaje mi się, że nie powinien być «nie wprowadzony» do literatury, jak ten mój, lecz w niej już znany. Ale znów, jeśli dobrze pamiętam, swego czasu w pewnym przekładzie u nas czytałem Martina Edena Londona mówiącego jak Dalma-tyńczyk i wtedy wydawało mi się to dosyć komiczne. Może najlepszy byłby jakiś mocno zniekształcony język literacki, jakim, powiedzmy, mówią robotnicy gdzieś w dalekim zakątku Polski".

Być może. Tylko że w Polsce nie ma żadnego „języka robotników". Opublikowany kilka lat temu przez wydawnictwo Iskry zbiór wspomnień chłopo-robotników z różnych regionów kraju razi poprawnością językową. Wprowadzenie diałektu uczyniłoby z Petrii, powiedzmy, Slązaczkę — bo to środowisko jest jej najbliższe — a ona musiała pozostać w swojej Serbii, gdzie wszystkie opisywane przez nią zwyczaje i wierzenia żywe są do dziś, gdzie zamawia się choroby używając ziaren fasoli, bobu i grochu, gdzie zdarza się spotkać wiedźmę, co potrafi przyrządzić „palącą koszulę" jak Poleksija z rozdziału Wielkie niebezpieczeństwo od wiedźmy i sprawna obrona przed nią. Po odrzuceniu myśli o przekładzie dialektem trzeba było skupić się na sposobie wypowiedzi, by przez styl i ton zdania, prostym językiem, unikając słów przesadnie poprawnych, oddać charakter bohaterki i koloryt powieści. Trzeba było zbliżyć się do Petrii i zrozumieć ją samą.

Leżały pokreślone kartki, póki moje chapeau-bas przed autorem w tym samym geście nie stało się chapeau-bas przed Petriją. Wtedy ustąpiły trudności, dialekt, już przejrzysty, przyciągał jak młoda tvoda i cieszył. Niespełna trzy miesiące pracy i przekład był gotowy. Takie tempo możliwe jest nad tekstem doskonałym, nigdy nad miernym.

Niektórzy znajomi, a nawet przyjaciele Mihailovicia wyrażali żal, że ten „cykl" napisany jest właśnie tak („jak gdyby można było inaczej" — kwituje ironicznie autor), bo powstał „mały problem" hermetyczności. Na szczęście zupełnie nieważny dla autora. Jest Wieniec Petrii tłumaczony na język rosyjski. Przekład przebiega Sprawnie. Lecz Jugosłowianie, z którymi rozmawiałam, nie mogą pojąć paradoksu, że poza granicami ich kraju jest to dzieło łatwo odbierane. A przecież to jasne — ono należy do świata.

ELŻBIETA KWAŚNIEWSKA

Pij wodę i milcz

Byłam ja raz u świętej pamięci doktora Corovicna. Wtedy jeszcze w Oknie był szpital. Przyszła też ze mną jakaś kobiecina. Trzymała na rękach dziecko, chłopczyka, ledwie był żywy.

„Go temu dziecku?" pytam ją.

„Nie wiem", odpowiada, „co mu jest. Jedynaka mam, widzisz, cały czas taM. Nie może dojść do siebie".

I w płacz. Wchodzimy do doktora.

„Co ci jest, Petrijo?" pyta mi się doktór.

„Najpierw", powiadam, „niech pan zbada to dziecko. Niech pan wpierw zobaczy, co jemu".

Wizaął je Ćorović na ręce. Śliczne dziecko, włoski czarne, piękne. Ale co mu teraz po urodzie. Potrzymał je trochę.

„Goś ty", powiada do tej kobiety, „robiła z tym dziec-' kiem?"

A ono rzeczywiście ledwie dycha. Trzymasz dziecko, ale nie dziecko widzisz. Całe jakieś oklapnięte. Ona się kręci. Szamoce w sobie.

„Nic, panie doktorze".

„Jak to nic?" mówi doktór. „Co mi tu kręcisz? Czym żeś je karmiła?"

„Mietkiem", powiada. „Czegom ja, panie doktorze, nie robiła, nic nie pomaga. I mleko zamiast wody mu dawałam i nic nie pomaga".

A on na nią aż oczy wybałuszył.

„Mleko! Zamiast wody! Głupoto bezmyślna! Ślepoto jedna ślepa! Zmarnowałaś dziecko! Co ja mu teraz mogę pomóc?"

Ona znów w płacz.

„Panie doktorze", mówi i ciągle płacze, „zaklinam cię na Boga, panie doktorze, ratuj moje dzieciątko! Toć to mój jedynaczek, więcej dzieci nie mam! Dlatego nie dawałam mu wody, myślałam, że prędzej urośnie. Panie doktorze, zaklinam na Boga!"

On patrzy tak na nią.

„Wszystko", mówi, „zrobię dla twego dziecka, zostaw je tutaj, w szpitalu, ale wiedz, żeś je doprowadziła prawie do śmierci. Nie wiem, oo będzie. Niczego nie obiecuję".

Jak powiedział, tak i było. Zostało dziecko w szpitalu, leczyli je tam, badali na wszystkie strony, ale na próżno. Miesiąc minął i dziecko umarło. Została biedna matka na tym bożym świecie w płaczu i żałości.

Mieszkał tu kiedyś jeden Czarnogórzec. Powiadał zawsze tak: człowiek musi mieć to i to. No właśnie. Człowiek musi mieć wodę. Bez niej się nie obejdzie.

Nic ci nie zastąpi wody. Zapamiętaj to sobie. Ani mleko, ani piwo, ani wódka. Nic. Nie licz na to. Pij wodę i milcz, własnej głowy strzeż. Choć nie na długo. Tak to już jest. Mój Misa latami nie pił wody i zapłacił za to głową. Potem się opamiętał, rzucił rakiję. Na próżno. Straconego nie nadrobisz. Nie wypijesz przez dzień beczki wody, nie możesz. Nie dasz rady.

Dlatego pij wodę, człowieku, co dzień pij. I milcz. Póki masz jeszcze czas. A nie masz go za dużo.

Powiększone fotografie i natrętne koty

1

Nie, nie mam dzieci. Miałam z pierwszym mężem. W Viśnjevicy. Tak, niedaleko Okna. Tam żeśmy mieszkali. Mieliśmy trochę pola, a mój mąż w Babiej Głowie w kopalni robił. Dobrivoje było mojemu pierwszemu. Teraz i on zmarł, biedak. Przed rakiem. '

A tutaj, to moja biedna Milana. To była taka mała fotografia. Tycia. Komu by przyszło do głowy robić jej zdjęcie? Gdybyśmy wiedzieli, co się stanie, tobyśmy zrobili. Ale nie wiedzieliśmy. Nikt wtedy nie robił zdjęć małym dzieciom. To zdjęcie było takie malutkie, a on, ten fotograf, pochodził chyba z S., zrobił powiększenie. I wszystko mu się udało, prócz tego, że widzisz, włosy 'zrobił, jakby była dużą dziewczyną. A nie była. Piąty rok jej szedł.

Byli wtedy tacy, co tak udatnie robili zdjęcia. Ty mu dajesz zupełnie malutkie, a on zrobi ci powiększone. Dasz mu dwa zdjęcia, a on zrobi jedno wielkie, jakby was razem zdejmował. Głowy tak jedną ku drugiej skłoni. I jeszcze doda coś od siebie, śliczną bluzkę albo sukienkę, albo fryzurę. A mężczyźnie piękną marynarkę i białą koszulę, krawat kolorowy.

Tak właśnie zdjęli mnie i Dobrivojego, a potem znów mnie i mojego Misę, drugiego męża, bo drugi raz za mąż poszłam. To z Dobrivojem trzymałam w piwnicy i tu rni się, widzisz, trochę zniszczyło. No bo nie mogłam trzymać w domu zdjęcia z pierwszym mężem, kiedy żyłam z drugim. I powiesiłam je dopiero przed rokiem, kiedyśmy za duszę mojego Misy w rocznicę śmierci stypę przy grobie wyprawili.

Nie byliśmy wtedy tak ubrani. I w ogóle nie zdejmowali nas razem. Oddzielnie. Może nie jesteśmy bardzo podobni, ale niech tam. Tak jest ładnie. Ładne zdjęcia wyszły.

Moją biedną Milanę też dobrze utrafił. Twarz, widzisz, buzia i wszystko właśnie takie. Ona miała buzię troszkę większą, tylko jej, widzisz, włosy zrobił jak dorosłej. O, te warkocze. Jak czteroletnie dziecko może mieć takie warkocze?

Wypomniałam mu to, nie myśl sobie.

„Cóżeś ty jej", powiadam, „zrobił włosy jak starej babie?"

„Myślałem", on na to, „że ci się spodoba".

„A podoba mi się", odpowiadam, „nie żeby mi się nie podobało. Ale to nie są włosy Milany. Ona miała włoski cienkie, po mnie".

A, co tam teraz. Niech będzie, jak jest. I tak każdy kto zobaczy moją biedną Milanę, myśli, że była dużą dziewczyną. Teraz dopiero byłaby z niej dorosła kobieta, dzieci by już imiała. Wtedy ledwie cztery lata skończyła.

Bystra była bardzo ta moja Milana. Rozum miała taki, że daleko by zaszła. Wszystko rozumiała. Wiedziała, biedna, i to, że umrze. Wszystko wiedziała, nie oszukałeś jej. Nosiłam ją, całymi nocami ją nosiłam. Ona tylko jęczała. Już nawet płakać nie mogła.

„Milana, córeczko", mówię do niej, „co cię, córeczko, boli? Powiedz swojej matce, niech twoja choroba i twój ból przejdą na twoją matkę, a ty mi wyzdrowiej i znów baw się jak dawniej".

,,0j, mamusiu kochana", mówi do mnie moje biedne dziecko, ..wszystko mnie, mamusiu, boli, już nie wytrzymam. A najbardziej mnie boli tu". I pokazuje na główkę. ..A jak umrę", mówi, „nie będzie mnie już tak bolało?"

Mnie łza za łzą spływa. Na moich oczach dziecko mi umiera. Z bólu umiera.

„Nie, córeczko", mówię, „wtedy już cię nie będzie bolało".

„No to", mówi mi, „niech umrę jak najprędzej, żeby mnie więcej nie bolało".

O, Boże, Boże.

Noszę ją na rękach dzień i noc. Wszystko mi ścierpło, już nic nie czuję. A ona dalej mnie pyta:

„A jak ja, mamo, umrę i pójdę tam, pójdziesz i ty ze mną?"

„Pójdę, córeczko", odpowiadam, „wszędzie z tobą pój-d^, nie bój się. Ja ciebie nigdzie nie zostawię".

„Nie zostawiaj, mamo", mówi. „I tam żebyś mnie nosiła. Lubię, jak mnie nosisz".

O, Boże! Gdybym mogła jej los zmienić. Gdybym mogła lec w grobie zamiast niej. Ani ja, ani ona nie pytałybyśmy tyle.

Nie mogłam mojego dziecka uratować, nie mogłam. I gdzie ja z nią nie byłam! Nosiłam ją do doktorów i do zielarzy, a i do znachorki nosiłam. We wsi Jovac koło J. była jedna głośna znachorka, baba Wielka. I u niej z moją Milaną byłam. Ale nie pomogło, nic nie pomogło.

Namęczyło się biedactwo, jakby je Pan Bóg za coś karał. Jakby nie wiem za czyje ciężkie grzechy cierpiało. Na trzy życia tych cierpień byłoby dosyć. I kiedy tej nocy oddało ducha Bogu, jakby mi, niech mi Bóg wybaczy, ulżyło. Zlitował się Pan Bóg nad jej i moim cierpieniem, tak powiedziałam. I więcej chyba nad nią nie płakałam. Niech już taik nie cierpi więcej, choćby miała umrzeć. Lepsza już śmierć niż takie życie. Życie potrafi być gorsze od śmierci.

Napijesz się? Wypij jednego. Razem wypijemy. Wypijemy za duszę mojej biednej Milany. Chcesz? No, wypijmy. O, Boże!

Oby Bóg zmiłował się nad moją biedną Milaną, moim małym aniołkiem. Oby wziął ją do nieba. Niech jej tam, na tamtym świecie, da to, czego tutaj nie miała. Niech jej znajdzie drugich rodziców, by mi tam moje dziecko mieli w opiece. Niech jej Bóg oszczędzi nocnych lęków. Oby Bóg zmiłował się nad naszymi biednymi dziećmi. Oby wybaczył wszystkim naszym zmarłym i wszystkim nam żywym. Niech nam Bóg wybaczy to, cośmy uczynili, i to, czegośmy nie uczynili.

2

Nie. Nie płaczę. Ja tylko tak, z nerwów. To chyba nerwy mi trochę nie wytrzymują i jak się 'zdenerwuję albo coś mnie wzruszy, to w tym, w lewym oku zaraz mam pełno jakiejś wody. Wypłakałam ja swoje łzy dawno. Więcej łez nie mam. To teraz, to mi pewnie raki ja tędy wycieka.

Ano, jakżeby. Pewnie, że piję. Nawet więcej niż dwa, trzy. Tutaj wszystkie kobiety ipiją i ja też czasem jeden wychylę. Miałyby dobre życie, gdyby nie piły, na pewno. Ale, coście. Czemu mają nie pić? No i to oko najr-pierw mi tak zadrży, zadrży. A potem popłynie woda. Podobna do łez, jakbym płakała. O, masz, lewe tylko. W prawym nic nie ma. No, widzisz? No czy nie tak?

Miałam jeszcze jedno dziecko. Przed biedną Milaną. Chłopczyka. Jak malowanie. Teraz nie mam ini jego. Płacz do woli, kto tam cię zobaczy. Jęcz i wołaj do jutra, nikt cię nie usłyszy.

Tamtego dnia okopywaliśmy kukurydzę. Na polu W Szklanem. Tam chyba od wieków kukurydza dobrze rodziła, piękna, połyskliwa jak szkło. I dlatego tę okolicę ludzie nazwali Szklane. Inni znów powiadają, że ta nazwa to od źródlanej, przezroczystej wody, nie potrafię oi powiedzieć na pewno, od czego. Źródło to tam jest do dzisiaj. I woda szkli się, przejrzysta. No więc myśmy tam mieli jedno pole.

A żar był, Boże drogi. Od samego brzasku. Spiec się mogłeś pięknie. Zjedliśmy obiad koło dziesiątej, bo trzeci raz koguty piały, jak ja już wstałam, była pewnie trzecia, i wszystko oporządziłam — a podwieczorku jakoś doczekać się nie mogłam. Żołądek podszedł mi pod gardło, niewiele brakowało, żebym porodziła. Nie mogę kopać i nie mogę. Spoglądam tylko na słońce. Kiedy raz wreszcie zajdzie i położymy się spać? Czy ja się tego dzisiaj doczekam?

No i tak kopiemy, kopiemy. A tu jakieś grudy się porobiły i częściej obuchem uderzasz niż kopiesz. Rozbijam ja tak tę ziemię, biedna, i stale spoglądam na słońce. Kiedy wreszcie, proszę je, zaczniesz zachodzić?

A tu, jakoś tak po południu, może było koło drugiej, może koło trzeciej, nagle cięło mnie przez brzuch. I zaczyna skręcać. Ściska mnie tak, ściska, mało nie pęknę. I szybko puściło. Jakby jakie żarty. Co mi, myślę sobie. Przystanęłam, nasłuchuję sama siebie. A tu nic, popatrz, nie słyszę. On tam znów przycichł, jakby go nie było. Nic i nic. Dobrze, no to dalej do roboty. Moi już się oddalili.

Ziiów wzięłam się do kopania. Uderzam tak, uderzam, nie minęło wiele, a mnie jeszcze raz jak nie ściśnie. Cóż rbo, na Boga? Chyba nie pora? Nie czas mi jeszcze, myślę sobie. Kobieta przed porodem zawsze tak myśli, że jeszcze nie pora. A jakże, jaka tam nie pora.

O, znów to moje oko. Tak mi tylko zatrzepoce, zatrze-poce. Nie, skądże. Przecie ci mówię, że nie płaczę. Nie złość mnie. Chyba wiem lepiej, czy to łzy, czy nie łzy? Przecie ja lepiej wiem, oo mi. Daj spokój.

Słowo daję, nie puszcza mnie to, tylko tnie. Jakby kto widłami dźgał. Raz tu, raz tam. Zaczyna stąd, przy pępku, potem wkoło, chwyta coraz szerzej i szerzej, aż w końcu łapie w 'krzyżu. I jak mnie tak wszystko wokoło rwie i szarpie, to w krzyżu łamie, jakby mi kto całe sterty kukurydzy zwalił na plecy. I trzyma, trzyma jak żelazne obręcze. O mało co nie padnę z tych męczarni. I nagle puszcza. Rozwarły się te obręcze, a mnie jakby pojaśniało. Jakby mi kto mówił: nie bój się, to nic nie jest.

Pognało mnie to w końcu, za przeproszeniem, w rzepak. I tak zwodzi. Idę, za przeproszeniem, kucam, ale gdzie tam, wcale nie to. Przystaję, biedna, co chwila w swoim rzędzie, opieram się na motyce. Trochę uderzam. trochę opieram się. Już nie wytrzymuję. W końcu dojrzał mnie mój Dobrivoje.

„Czy ci coś", pyta, „niedobrze?"

A toż powinien wiedzieć, że już mi pora. Wystarczy mu spojrzeć na mnie.

„Nie", powiadam, „nie, dobrze mi".

„Ano, jeśli dobrze", on na to, „to kop. Nie zostawaj w tyle".

Źle żyliśmy w tamtych dniach ze sobą i właśnie nie chciałam mu nic mówić. A i bez tego, jak masz z mężem o tych rzeczach rozmawiać? Masz tu od tego śfwiefcrę. A ona, ech, nie cierpiała mnie. Byliśmy młodzi, ja i Do-brivoje, ot, pokochaliśmy się i pobrali, ale moja świekra nijak nie mogła tego przeboleć. Byłam z biednego domu, a ona miała nadzieję, że dostaną dziewczynę z posagiem. A nie dostaliby, gdzieżby dostali? Sami byli biedni. Ale masz, ona wie swoje.

Mówią, że była z niej kiedyś bardzo piękna kobieta i póki mogła, to za chłopami latała; wcześnie została bez męża, to i nie dziwota. Teraz przecie już nie mogła, ale jeszcze trzymała się i jeszcze była piękna: wysoka, prosta, włosy czarne, dopiero co troszkę posiwiała. Mówili, że oni kiedyś przyszli z Bułgarii. I tak też ją nazywali, Vela Bułgarka.

Uwzięła się Bułgarka na mnie. Przyczepiła się jak rzep. Czego tylko dotknę, to jej źle. Gdziekolwiek się ruszę, już jej stoję na drodze. Choćby nie wiem co robić, nic jej się nie podoba, winina jesteś, że żyjesz. Ale to dla minie może nie byłoby takie straszne, gdyby mój Dobriyoje tak jej nie słuchał. A oin, ech, tylko na nią zważał. Powiedziałabym mu coś przeciw, toby mnie chyba zabił. Na cień jego nie śmiesz nastąpić.

I tak to Dobriyoje i ja kochaliśmy się, dapółriśmy się kochali. A potem on przeszedł na jej stronę i zaczął mnie bić. I bił mnie tak, żeby ona widziała. A ona patrzy, a nic nie widzi. A za moimi plecami jeszcze bardziej go przeciw mnie podbechtuje. Bodajby ziemia jej kości nie przyjęła! Gdyby nie ona, może by mi się wszystko inaczej ułożyło. Może by to życie było dla minie inne. Przez nią chciał mnie mój Dobriyoje nawet wypędzić. I poszłabym ja, ciemna, co miałabym nie iść. Całe moje życie pociemniało, dość miałam takiego życia. Ale ooż, kiedym go kochała. I tak to, on mnie bije, a ja go kocham. I mam nadzieję, że do mnie wróci. On mnie wypędza, to ja pójdę parę kroków i znów wracam do iniego na próg. Jak pies. Płaczę i proszę go, by mnie przyjął.

„Poprawię się", płaczę, „Dobriyoje. Zrobię wszystko, co mi każesz, tylko zostaw mnie przy sobie".

I wygnałby minie na pewno, nic by go nie powstrzymało, ale byłam już bardzo gruba. Jego dziecko nosiłam, miał nadzieję, że będzie syn. A tego Dobmvoje nie mógł tak sobie zlekceważyć.

Czekam ja teraz na tym polu, żeby do mnie choć świekra, jak mnie już mąż nie dostrzega, zagadała. Kobieta przecież, i ona rodziła. Wie, jak to jest. A ona wszystko widzi, ale nic nie chce wiedzieć. Ani się obejrzy. Widzę w końcu, że 'zmarnuję dziecko. Nie mogę dłużej czekać. Wypuściłam motykę z ręki; upadła między rzędy.

„Matko", mówię do świekry, „coś mnie bardzo ściska przez brzuch, już chyba czas. Pójdę do domu. A ty, jak chcesz, przyjdź".

„Ty idź", powiada ona jak z musu, ,,a ja przyjdę tam, jak będzie pora".

Idź teraz, jak ci wolno, tylko nie ródź jeszcze.

I myślisz, że powiedziała, byśmy zaprzęgli krowę, bym siadła na wóz? Gdzie tam, skądże. Puścili mnie, żebym sama do wsi poszła. A on, może bym zgrzeszyła mówiąc, że mnie widział.

Znalazłam ja przy wozie jakiś kij i podpieram się nim powolutku. Drugą ręką podtrzymuję brzuch: wszystko w nim mi się po prostu rozrywa. I tak posuwam się krok po kroku. I baczyć muszę, żeby gdzie po drodze nie stracić przytomności z bólu. Baczyć, by mnie męki nie ściągnęły w kukurydzę i bym tam nie została. I ja, i moje dziecko.

Powoli, powaluśku, jakoś dowlokłam się do domu. A wtedy na wsi było tak, że nie mogłaś rodzić, gdzie chcesz. Tego nie wolino było robić w domu. Musiałaś się ukryć. Jak suka, gdy się szczeni. Jak kot przed czarownikiem, tak musiałaś się kryć. Ale to dla mnie było nieważne. Jak już, myślę sobie, przyszłam tutaj, to już będzie dobrze.

Wszystko miałam przygotowane, wzięłam węzer-łek z tymi swoimi rzeczami. Nalałam do garnka trochę wody. I dalej, powoli, do śpichlerzyka idę. Rozścieliłam w śpichlerzyku starą bluzkę na plewach; ułożyłam ją

kijem, bo zgiąć się nie mogłam. Rozmieściłam to, co mi potrzeba, żeby mieć pod ręką. Garnek z wodą też. Żebym mogła zwilżać usta. Wtedy powoli bokiem osunęłam się na posłanie. Rozszerzyłam, za przeproszeniem, nogi. Robię wszystko, oo mi się zdaje, że tak trzeba. I zaczynam przeć. Czekam, aż mnie to znów złapie, to i ja się wtedy natężam i prę.

Ale to jeszcze potrwało długo. Póki szłam drogą, tak mnie rwało, że myślałam, zaraz będzie. A teraz nie. Boli i boli, irwie mnie i szarpie, a dziecka nie ma. A do tego jeszcze byłam niedoświadczona. Nie umiałam sobie pomóc. I tak to trwało do przedwieczora. Już słońce, widzę przez szpary, powoli zachodzi za wzgórze.

Cała jestem mokra, pot spływa ze mnie strugami. Co raz to zwilżam usta wodą z tego garnka. Spragniona jestem jak klepka z beczki, całą rzekę bym wypiła. A boję się pić. Nie wiem, co trzeba robić. Znoszę pragnienie i stukam. Wymęczyłam się, że szkoda mówić. Gdzie się tylko dotknę, wszystko mnie boli. Jakbym otwartej rany dotyikała.

Trwa to i trwa, myślałam, że końca temu nie będzie. A potem, nagle, akurat jak słońce miało się schować, okiem byś nie mrugnął, jak to się wszystko migiem skończyło. Pan Bóg wtedy chyba pomaga kobiecie. Spa-rło mnie jeszcze raz, silniej niż dotąd, natężyłam się i ja trochę i mój syn chwat wyrwał się. Widzę, jak mi nagle, zakrwawiony i zatłuszczony, wierzga między nogami.

Och, Boże, teraz wreszcie zapłakałam. Calutki czas, w polu i tu, łzy nie uroniłam, a teraz, wierz mi, zapłakałam przecie. Jak go zobaczyłam, takiego umazanego i ślicznego, łzy mi popłynęły z oczu, aż nic przez nie nie widzę. A biedaczek ziewa i macha rączynami.

Umiałam, myślę sobie, sama, bez tej suki przeklętej. Nic ona dla mnie nie znaczy. Nic mi po tej wiedźmie.

Tak się cieszyłam jak nigdy. Przeklinam ja babę, ale widzisz, może jednak była mi ona potrzebna. Powinna była przyjść. Dziecko pierwsza wziąć, ale jej nie było, by je przyjąć, nie chciała być pierwszą, co je zobaczy i darami obdarzy. Sierp powinna przynieść i nim oddzielić je od matki, pępowinę przeciąć. Tak zwyczaj każe. Bez niej się obejść nie możesz.

Ale nie myślałam ja o tym wcale. Mówią, że powinna być tu: a niech będzie, czort z nią. Teraz już ona w moim życiu nie będzie się liczyła. Teraz ja mam swojego syna. Sama go urodziłam, sama sobie jestem panią. Nie będzie ona już na mnie wrzeszczała, nie będzie mnie biła. Już jej się teraz nie dam. Nikomu się nie dam.

Posunęłam się wtedy trochę, otarłam się jaik mogłam. I znów patrzę na mego syneczka. Jaki śliczny! Boże, jaki śliczny! Tą bluzą i jego trochę wytarłam. Wytarłam mu ciemiączko, oczy, aż przejrzały. Z nosa i uszek troszkę mu tej mazi wyjęłam. Wypiękniam go, jakby tu zaraz miał mi zaśpiewać. I ani nie wiem, ani przez myśl mi nie przejdzie, że jeszcze coś muszę zrobić.

I taka radosna i zmęczona chyba trochę przysnęłam. Tego dnia o świcie wstałam, cały dzień się na słońcu piekłam, ciężarna kopałam, a potem to mnie wymęczyło i zdrzemnęłam się odrobinę. Ale przysięgam, że mocno nie spałam, nie wiem, czy nawet dwie, trzy minuty. Aż tu nagle, słyszę przez sen, otwierają się wrota.

Wzdrygam się, słucham. Idą moi. Słyszę ich głosy,, wołają na krowy. Wprowadzają wóz na podwórze.

Oto macie, myślę sobie, przyszedł mój zobaczyć następcę. Tak pragnął syna, teraz go ma. Czapkę mu podrą na kawałki *, ma się czym cieszyć. I jeszcze mu kilku urodzę, tylko niech do mnie wróci. Wszystko się teraz między (nami ułoży. Już nikogo nie muszę się bać.

Stary serbski obyczaj.

Dziecko czymś przykryłam, by je muchy nie cięły. Teraz je odkryję. Ojcu chcę pokazać, musi być piękne. Spojrzałam ja na mojego synka, a on, biedaczek — jeszcze teraz go widzę — wepchnął rączynę w usta, wcisnął ją prawie całą, tylko mu kciuk wystawał, i caluśki siny jak indygowiec. Sczerniał już, biedaczek, a nosek i czółko żółte.

Dotknęłam go' ręką. Zimny.

Krzyknęłam rozpaczliwie. Patrzę na moje martwe dziecko, ręce łamię, w głos zawodzę. Sto razy widziałam, jalk buntuje się kotka, kiedy jej małe zabierają. Teraz ja taka szalona jestem, rozpacz mną targa. Głową o podłogę tłukę. Szarpię się i miotam jak w padaczce. Gdyby grób rozwarł się pode mną, nie pomieściłby całego mojego bólu i goryczy.

Nadbiegł mój Dobriyoje i ta osa, patrzą na mnie z progu, co robię. Mój uchwycił się drzwi i odwrócił głowę. Sam teraz widzi, co on i jego matka zrobili. A Bulgarka ruszyła się, podeszła do mnie, kręci się tam i sam, po prostu nie wie, co ma robić. I jej też głupio.

„Bóg, Petrijo", w końcu mi mówi, „tak chciał. Bóg dał, Bóg wziął. Nie płacz".

A mnie jakby kto nożem kolaiął w serce. I ty tak możesz mówić!

„Nie Bóg", powiadam. „Nie on. Ty tego chciałaś".

Ona udaje głupią, jakby mnie rozumiała.

„Czemuż to", powiada, „pępowiny mu nie przecięła? Czemu tego sama nie zrobiła, jaik już ja nie zdążyłam? A czemu jej nie przegryzła?"

Patrzę na nią, bodajby jej wilcy grdykę przegryzły.

„A czy ja wiedziałam?" mówię. A wtedy jeszcze nawet osiemnastu lat nie miałam. „Powiedziałaś mi, że muszę? Na ciebie czekałam, bodajby cię wampir dopadł".

„Ale, dziecko", powiada ona, a udaje, że nie słyszy, co do niej mówię, „czy ty nie masz matki? Czy ona cię niczego nie nauczyła?"

„Ja", powiadam, „matkę mam, ale ty, nieszczęsna, nikomu matką nie jesteś. Ty jedynie możesz być matką parszywej suki". Nigdy mi nawet przez głowę nie przeszło, że będę śmiała jej to powiedzieć. Teraz żem jej wygarnęła wszystko, co mi leżało na sercu. „I tak będziesz, jak psia matka, krwią broczyć. Gorzej niż to biedne dziecko, któreś Bogu ducha winne na śmierć skazała".

I płaczę, płaczę. Ona chciała wreszcie sierpem —przyniosła go, suka, wiedziała, co do niej należy — pępowinę przeciąć, co jeszcze była między mną a dzieckiem. Ale ja jej nie dałam. Wyjęłam jej sierp z ręki.

„Idźcie", mówię, „stąd. Nic mi tu po was. Wstyd mi za was przed tym martwym dzieckiem".

I zabrali się obydwoje.

Wzięłam teraz sierp, by przeciąć pępowinę. Zawinęłam ja syneczka w bluzę i w ramiona wzięłam. Tulę go zimnego, całuję twarzyczkę ziemistą. Szepcę mu coś, co prócz niego nikt słyszeć nie śmie. Proszę, by mi przebaczył, żem go poczęła, gdym donosić nie umiała. Potem go tak zaniosłam do izby. I szykuję mego syneczka do mogiłki.

Nazajutrz, takiego nie chrzczonego, zanieśliśmy na cmentarz. Tam go spuściliśmy do ziemi czarnej, jej go daliśmy. Teraz ona, do końca świata, matką mu będzie. Nawet mogiłki usypać nie wolno nam było. Ani pop nad mym biedaczkiem modłów nie mógł odmówić.

3

Tak to dwoje moich dzieci straciłam. Z mojej Milany dawno by już wyrosła kobieta, a on, mój syneczek, toby już był dorosły mężczyzna, wąsaty, trzydzieści cztery by mu było. Jakże go wyobrazić sobie takiego? I czemu nie mogę wyobrazić go sobie wielkim, no czemu? Ale nie mogę, już i tak nie bardzo go pamiętam.

Człowiek to takie zwierzę, co wszystko zapomina. Choćby nie wiem jaki ból go gniótł, w końcu wszystko przeboleje i zapomni. I żyje dalej, jakby go nic strasznego nie spotkało. Pamięta jeszcze to i owo, nie jest tak, żeby wszystko zapomniał, ale i to jakoś jakby przez mgłę, jakby się zdarzyło komuś innemu, nie jemu. Takie to już ścierwo. Lubi żyć, bydlątko. Tak i ja mego syneczka już nie pamiętam. Ani jak wyglądał, już nie wiem. Już w ogóle nie wiem. Nawet Milanę, choć miała cztery lata, prawie już zapomniałam. To zdjęcie mi jeszcze trochę przypomina — żeby nie ono, chyba bym i ją zupełnie zapomniała. Głosu jej, na przykład, wcale nie pamiętam. Nie wiem już, jaki głos miała. Ani co mi mówiła, też nie wiem. To, co przed śmiercią, to wiem. Co inne, nie wiem. Ledwie, ledwie coś trochę.

Słabo, już bardzo słabo pamiętam moje dzieci. Czas mi moje dzieci gdzieś bardzo daleko odwiódł ode mnie i nie mogę z nimi nawet tak sobie porozmawiać. I tego mi Pan Bóg pożałował.

Kiedy mi ten chłopaczek tak się zmarnował, myślałam, że Dobrivoje zaraz mnie wypędzi. Jeszcze mu matkę znieważyłam. Ale on mnie, popatrz, nie wygnał. Sumienie go gryzło. Nawet się dla mnie zmienił, lepszy stał się. I kiedy ten pierwszy ból przeboleliśmy, znów zbliżyliśmy się do siebie i pokochali, jak kiedyś, gdyśmy się pobrali. A mniej więcej po roku urodziła nam się nasza Milana.

Ale i miłość między ludźmi nie trwa wiek wieków. Nic nie trwa długo dla nieszczęśliwego człowieka. Trwała tak między mną i mym Dobrivojem czas jakiś, i po-maluśku, a już jej nie było.

A potem nam w piątej wiośnie, akurat wojna się skończyła i on wrócił z frontu, Milana umarła. Nie mogliśmy jej uratować, wypaliło się nam nasze dziecko w bólach i męce, jakby mu to dkropieństwo jakaś siła nieczysta była wymyśliła.

— A wtedy, ot, mój Dobrivoje nie mógł już dłużej ze mną. I jednego dnia powiedział mi tylko, bym wzięła rzeczy, com je w dom wniosła, i ,przyzwała swoich, by mnie wyprowadzili z jego domu. On, powiada, chce wziąć kobietę, z którą będzie miał dzieci. Ze mną, powiada, musi być coś niedobrze, kiedy jest tak, jak jest. Gdzieś się na pewno, jeszcze dzieckiem będąc, uszkodziłam, lub tak sama z siebie żem niewydarzona. A jemu potrzebna kobieta zdrowa, co mu będzie dzieci rodziła i chowała.

I tak to pewnego dnia po sześciu latach małżeństwa zgarnęłam swoje rzeczy i poszłam sobie z jego domu. Wypędził mnie mój Doforivoje. Wtedy miałam dwadzieścia trzy lata. Nie pytaj mnie, człowieku, jak mi było. Nigdy nie pytaj.

Po tym wszystkim nie mogłam zostać w tej przeklętej Viśnjevicy. Nie mogłam na te domy patrzeć, te płoty, ulice, tych łąk za wsią nie mogłam ścierpieć. Znienawidziłam wtedy tę wieś na całe życie. Nie potrafię ci powiedzieć, jak jeszcze dzisiaj jej nienawidzę. Od Do-brivojego wróciłam do swoich i tak zostałam u nich około pół miesiąca. I nigdzie z dolmu nawet na podwórze nie wychodziłam. Ale jak tak wokół siebie popatrzę, to mi się zaraz coś przypomina. I wstrząsa mną całą aż do kości. Nie mogłam dłużej pozostać, nijak. Umarłabym zda mi się, gdybym została.

Był to już czterdziesty piąty. Wtedy w Bregach miałam ciotkę z wujkiem, on był majstrem w kopalni. Nic im nie pisałam, tylko się do nich wybrałam. Zobaczyć, czy mnie przyjmą. Przyjęli mnie tam i pięknie powitali, złego słowa nie mogę powiedzieć. Posiedziałam u nich kilkanaście dni.

Ale pewnego dnia wydało mi się, że wujek dziwnie jakoś na mnie patrzy. Nie cihcę nieprawdy mówić, młoda byłam i jeszcze nieszczęściem przybita, może się myliłam. On nigdy, ni przedtem, ni potem, ze mną, wierz mi, nic nie próbował. Ale jakoś tak dziwnie do mnie się uśmiechał, a ja taik sobie to tłumaczyłam — mąż cię wygnał, młodaś ty, rozpustnica, co by nie miał każdy spróbować z tobą? — i mało żem nie umarła ze strachu.

Co zrobię, jak ciotka coś zauważy? Jak jej spojrzę w oczy? To po to mnie pod dach przyjęła i chlebem się dzieliła? Toć jej, dziewczyno, nie dowiedziesz, żeś nie-wiinna. Żadna kobieta ci nie uwierzy.

Wtedym zasłyszała, że jeden karczmarz w kopalni Dobre Szczęście szuka kobiety do pracy w karczmie; wtedy jeszcze były (prywatne karczmy. Zaraz następnego dnia wyruszyłam tam popytać, co i jak. Poszłam prosto do tego człowieka i zgodziłam się. Nic od niego nie żądałam, co mi dał, to wzięłam. Ani też on ode mnie nic nie chciał. Jak innie zobaczył, zaraz przyjął.

Tak ci to z Bregów prawie uciekłam.

4

Tu, w Dobrym Szczęściu, zostałam prawie trzy lata.

Na począ/tku nie umiałam nic w karczmie zrobić, przyszłam ubrana w co najlepsze miałam, ale po wiej-sku, wojna dopiero co się skończyła, czy wtedy we wsi było w co się ubrać? Ten człowiek, Ljubiśa mu było, zaraz mnie w inne sukienki przyodział, zezuł mi kierpce, w buty ohuł, włosy obciął, ufryzować kazał i chustkę zdjąć. Nauczył mnie, co i jak mam robić, jak gościom usługiwać i jak się przy nich zachować, ale przy nich rzadko kiedy robiłam, tylko jak jego na miejscu nie było; najwięcej za ladą i w kuchni. Z ludźmi mnie ten człowiek nauczył rozmawiać, a nie tak, jak w Viśnje-vicy, w ziemię patrzeć.

Kiedy po czterech latach Dohrivoje pierwszy raz mnie zobaczył, po prostu nie poznał. Oto jak żem się przez ten czas zmieniła.

0 tych trzech latach w Dobrym Szczęściu same dobre słowa mogę powiedzieć. To są może najlepsze lata, jakie w życiu miałam. Było mi dobrze i potem, z moim Misą, nie mogę powiedzieć, ale co tylko sobie je wspomnę, zawsze mi się jakoś miło koło serca robi. Człowiek się nawet nie spodziewa, z której strony zło, a z której dobro go czeka.

1 tak wyuczyłam się tych karczmarskich robót, że i teraz, jak mnie czasem ci z naszej karczmy „Jedność" wezwą, żebym im trochę pomogła, nie mam ja czego się bać, wszystkiegom się u Ljubiśy nauczyła — a i nier-co grosza za ten czas oszczędziłam; jak potem drugi raz za mąż wyszłam, mogliśmy za to 'trochę rzeczy kupić.

Przez te trzy lata ja od tego człowieka nie usłyszałam złego słowa, o, nawet tak mnie palcem nie tknął. Zważał na mnie bardziej niż rodzony mąż. Wierz mi. To był bardzo dobry człowiek, nie mogę złego słowa powiedzieć. Ja u niego od rana do wieczora pracowałam, ale mi nie było ciężko. Zawsze był przy mnie miły i wprost oczy mu się śmiały i radowały, jak na mnie patrzył. A tego ja przez całe życie nie zaznałam.

I co tu ukrywać, zaczęłam z nim żyć. Do karczmy różni ludzie przychodzą: jak nie chcesz z jednym, może będziesz musiała z wieloma. I jak jednej nocy do mnie przyszedł, nie wyrzuciłam go. Nieszczęśliwi byliśmy, i on, i ja, a tak to jedno drugiego wspomagało. A i nie musiałam się tak bardzo ukrywać, mój Dotbrivoje już się ożenił z inną. Już nie mogłam się niczego od niego spodziewać.

Nie wiem, czy widziałeś pijanych ludzi. Ja widziałam ich dużo. Jeden chce śpiewać i weselić się, inny chce się kłócić i bić, tamten znów, ot, chce spać albo baby obłapiać. A są i tacy, co chcą siąść na pierwszą napotkaną ciężarówkę i jechać na konice świata, potem, jak wytrzeźwieją, cały dzień nie mogą wrócić do siebie.

Ten Ljubiśa nie był taki jak inni karczmarze, pijak. Upijał się rzadko, a jak już się upił, siadał i płakał. Siądzie sobie na trójnogim zydelku przy kuchni, papierosa pali, a po nosie i policzkach łzy płyną, jakby mu dym do oczu wleciał. I wtedy mówi, jak mu to życie na niczym zeszło i jak już nie ma po co żyć.

,,Ja się", powiada, „rozminąłem ze swoim życiem. Jakbyśmy się nigdy nie spotkali, i to, co teraz przeżywam, to nie życie, ale łajno świńskie. Ja nie mam po co żyć".

I tak ciągnął. A nazajutrz znów cały dzień pracował, jakby nigdy nic. I o wczorajszym nie wspomniał. Nawet teraz, powiem ci, nie wiem, czemu on taki był. Jemu parę lat wcześniej umarła żona, a dzieci, już dorosłe, rozeszły się po świecie, ale czy to tylko jego los taki? Ilu jest takich, co kobiety stracili, dzieci wyuczone posłali w świat, a nie płakali.

Nie pracowaliśmy źle, jak myślisz, że w tym rzecz. Górnicy pić lubią i stale ich u nas było pełno. A umiał i lubił, widzi mi się, pracować. Ale też tak samo potrafił pół dnia .przesiedzieć i przemilczeć i przez cały dzień ani palcem nie kiwnąć.

Coś tego człowieka gryzło, do dziś nie wiem, co.

Mówię ci, nie miałam ja złego życia w Dobrym Szczęściu, właśnie dobrze mi było, tylko trochę, no, z Lju-biśą było wstrętnie. I nie chciałam wyjść za niego. On już był starszy człowiek, od ano jego ojca starszy, miał prawie sześćdziesiąt, i byłoby mi wstrętnie wyjść za niego. Wiesz, jacy są nasi ludzie, wszyscy by zaraz powiedzieli, żem zrobiła to dla pieniędzy.

Ale kiedy on mnie o to zapytał, a ja mu powiedziałam, że jako człowieka go szanuję i że mi z nim dobrze, tylko że po tej biedzie już bym za mąż nie wyszła, to on to przyjął tak, jakby się czego innego nie spodziewał.

A może, kto wie, sam nie chciał. Dziwny był jakiś.

5

Gdzieś na początku czterdziestego ósmego albo pod koniec czterdziestego siódmego, dobrze nie wiem, kiedy to było, do karczmy Ljubiśy zaczął przychodzić jeden taki śmieszny młody górnik, co czasem z muzykantami grał na skrzypcach po karczmach.

Ciągnie smyczkiem po strunach, a widzisz, że nie umie. Nie idzie mu, zaraz to widać. Uganiał się za kobietami w kopalni, gdzie zawsze było kobiet mało, a i 'to mu szło nieskładnie. Uciekały przed nim i one. Ale on dalej się uganiał. I nawet nie bardzo się gniewał. Siedzi w karczmie i rechoce wielkimi ustami. Rechoce i ściska się z jakimiś pijanymi górnikami i tymi muzykantami jak szalony. Nie wiem, który z nich bardziej głupi i pijany.

Kręci się coś ten cudak i koło mnie.

Zastępuje mi drogę w karczmie, pyta, kiedy wesele; niby kiedy wyjdę za Ljubiśę, zapytuje, czy idę do Vi-snjevicy, że niby to on ma jakąś sprawę w tamtych stronach, więc może byśmy razem poszli. Szepce mi przez ladę, że ma mi coś ważnego do powiedzenia, więc żebym wyszła z nim kiedy, to mi to powie na osobności. Nie zważałam na niego wiele. Przecie mu to nie pierwszyzna. Wiem ja, myślę sobie, co mi masz do powiedzenia.

A do tego wcale mi się nie podobał. Był chudy i o, miał jakieś takie szerokie usta, którymi stale, nie uwierzysz, śmiał się od ucha do ucha, jak nie przymierzając wielka żaba. A i wierz mi, nazywali go tak, Misa Ża-biak.

No i masz ci, co Ljubiśa odwróci głowę, ten już przy mnie. Szepce mi tymi ustami i, a jakże, śmieje się, bez tego się nie obejdzie. Znoszę ja go, znoszę, aż mu jednego razu powiadam:

„A ty co tak", mówię, „ciągle tu prześmiewasz się jak głupi?"

I chcę być poważna. Ale jak tu przy nim powagę utrzymać? Już i ja się śmieję.

„Taki jestem", on mi powiada, „z natury. Natura sprawiła, że muszę się śmiać".

„Ej", powiadam, „ty mi na kochliwego wyglądasz. Biedna będzie ta, co ci przypadnie".

Jego to nic a nic nie zbija z tropu.

„Petrijo", powiada mi jak stuknięty, „nie doceniasz mnie, a przecież jeszcze mojej ceny nie znasz. Wyjdź-że wreszcie, to przekonasz się, iłem wart".

„Ej, patrzcie go, a z kim to mam wyjść, co ?"

I przegnałam go.

Ale mój muzykant, a jakże, szepce, szepce, dzień w dzień mi szepce, a ja jakoś przestałam przypatrywać się jego ustom. On jeszcze się prześmiewa i ściska z tymi górnikami, ale mnie to już nie przeszkadza. Coś już mnie przestał śmieszyć. Lubi człowiek śmiać się, to i co ?

Powoli, powoli i oczekiwać zaczęłam, kiedy do karczmy przyjd!zie. Jak się spóźnia, myślę, gdzie jest. Przywykłam jakoś do niego. I popatrz, stale się pilnuję, by mnie Ljubiśa nie zauważył. Strasznie się pilnuję. Czułam się zobowiązana wobec niego i wcale mi się nie podobało, że tak robię.

Jednego razu 011 znów przez ladę ma rni coś ważnego do powiedzenia i czemu to ja nie chcę któregoś wieczoru wyjść za dom albo pójść do niego, żeby tam mi to opowiedział. I jeszcze coś. A ja już i tak zła jestem na siebie.

„Słuchaj ty, Misa", powiadam mu ja. A i sama sobie już, słowo daję, nadojadłam. Ciągle tylko coś przed kimś kryję, a nie mam, do licha, co kryć. Ej, czekaj, zobaczę, co ja ukrywam. Albo jak już nie mam czego, to przestanę się kryć, albo, jeśli tak ma być dalej, niech w końcu mam za co. „Misa", powiadam mu, „nie żartuj ze mnie. Ja jestem nieszczęśliwa kobieta, nacierpiałam się ja i natułałam dość jak na swoje lata i nie do zabawy mi, chociaż żem rozpustna. Ale jak ty masz dobre zamiary, to możemy porozmawiać. Jeśliś myślał, że ze mną trochę pochodzisz, a potem znikniesz, to lepiej idź od razu. Takich mi nie trzeba. Bądź zdrów, nie jesteśmy dla siebie stworzeni".

No, czy nie tak? Przecie nie mogę ja latami chodzić z kimś jak panienka. Jestem już dojrzałą kobietą, co tu dużo gadać. On naraz zamilkł. Zamienił się na twarzy. Bo znów się śmiał o, tak usta rozwarł. Teraz je, patrzcie, zamknął. I żebyś wiedział, że jak je trzyma zamknięte, nawet na tyle nie ma dużych. Ale ja już zawróciłam do swojej roboty.

Posiedział on tego wieczoru jeszcze trochę. Milczy, milczy za tym stołem jak koń nad pustym żłobem. Wreszcie wstał i poszedł. Potem znikł. Nie ma go jednego dnia, nie ma drugiego. Na trzeci dzień też nie przyszedł. Kilka dni go nie było. Myślę sobie, więcej nie przyjdzie. Co tam, myślę, niech idzie do diabła. Przynajmniej wiem, na czym stoję. Przynajmniej wobec Ljubiśy już nie będę o co mieć wyrzutów sumienia. Niech sobie idzie. Przestałam się już nim zajmować.

Aż tu po kilku dniach znów jest. Przyszedł. Jakiś inny mi się wydaje, patrzcie tylko. I ubrał się chyba inaczej. Poważny, nie śmieje się tak.

Siadł za jednym stołem, zamówił rakiję; Ljubiśa mu podał. Potem milczy tam, milczy, póki ten gdzieś nie poszedł. A jal$ Ljubiśa znikł, wziął kieliszek, jakby chciał zamówić jeszcze jeden, i przyszedł do mnie, do lady.

„Petrijo", szepce mi i siorbie rakiję, słowo daję, zmienił się, „ja", mówi i siorbie, „dobrze przemyślałem, coś mi niedawno powiedziała, Petrijo", i znów siorbie, „przyszedłem ci powiedzieć, że źle mnie oceniłaś. Ja lubię się śmiać, ale nie jestem jakiś tam postrzeleniec. I uważam, że my jesteśmy jedno dla drugiego, Petrijo. Ty mi wrosłaś w serce i jak i ty masz się ku mnie i jak się zgodzisz, ja bym cię chciał. A teraz nic więcej nie mam ci do powiedzenia".

Wziął kieliszek i poszedł do swego stołu.

No, to już co innego. Jak tak, to dobrze. Co wcześniej żeś nie powiedział?

Akurat na drugi dzień nie mogłam, ale za dwa, trzy dni jakoś się wymknęłam z karczmy i wtedy ja i mój Misa pierwszy raz znaleźliśmy się sam na sam. Była zima, zmrok zapadał wcześnie. Jakoś dobrnęłam do niego jeszcze przed wieczorem. Ale długo nie mogłam zostać, ledwie pół godziny. Wtedyśmy się umówili, że za jakiś czas, jak tylko niektóre sprawy załatwimy, pobierzemy się.

Ale musiałam też trochę skłamać. Moja wina, przyznaję. Gn chciał, żebyśmy tu wszystko zaraz załatwili. Jakże ja mogę? Nie mogłam przecież prosto od Ljubi-śy pójść do innego mężczyzny. On na to nie zasłużył. Alem się paskudnie zaplątała.

Nie chcę za tamtego wyjść. Dobrze. Ale nie mogę tak z jego domu pójść do łóżka innego. A znów tu Misie też nie mogę ot, tak, przyznać się, że żyję ze starym

Ljubiśą. Wypytuje mnie on o to przecie, to dla niego nie wszystko jasne. I ja mu, co robić, kłamię. Czy to byłoby mu przyjemnie, jakbym się przyznała?

A Ljubiśa, zdaje się, coś jednak zauważył. Unikam go, niby to mi tak się składa. A on, jak mu wreszcie powiedziałam, tylko tak jakoś dziwnie popatrzył i poszedł do swego domu; ja mieszkałam w letniej kuchni w .podwórzu. I zaczął, naprawdę częściej się upijać. Właśnie że było mi go żal, po prostu nie wiedziałam, co robić. I przyznam ci się, kilka razy mu ustąpiłam. Nie można było inaczej. Musiałam.

6

Nadeszła wiosna czterdziestego ósmego. Któregoś dnia słyszymy naraz, że przy miejscowej radzie narodowej zbierają się górnicy. Podzielili się na kilka grup i rozbijają prywatne sklepy w Dobrym Szczęściu. Rozbili już jeden sklepik kolonialny, rozbili kilka karczem. I oto macie, powiadają, że zaraz i tu będą. Czego chcą tutaj, niech idą byle dalej od nas. Nie wierzymy.

Nie minęło wiele i rzeczywiście, już są. Nie zapomnieli. Idą środkiem ulicy, krzyczą, o tak: Niech żyje ten, precz z tamtym! „Precz", krzyczą, „z Ljubiśą zdziercą i kapitalistą!"

E, co prawda, to prawda, ale zdziercą Ljubiśa nigdy nie był. To człowiek uczciwy. Tak, handlował, ale nie zdzierał z nikogo. Przynajmniej ja bym wiedziała. A o innych nie mogę jiic powiedzieć. Nie wiem, jacy byli.

Wymachują oni tam jakimiś maczugami.

Ljubiła mnie pchnął do kuchni.

„Milcz , mówi. „I pod żadnym pozorem nie wychodź".

Ukryłam się. A on tylko tyle, że opróżnił kasę, wyszedł na ulicę i stanął naprzeciwko. I cały czas milcząc patrzył, co się dzieje. Ni słowem się nie odezwał. Tamci wszystko porozbijali — szyby, gąsiory na rakiję, butelki i szkło, stoły i stołki, drzwi rozwalili. Nawet ladę przewrócili. Pewnie, że i on się bardzo denerwował. Stał tam sam i patrzył. I nic nie mówił.

Jak się z tym załatwili, chcieli wedrzeć się do piwnicy. O, wtedy on przemówił.

„Czekajcie", powiada, „nie rozbijajcie. To nie mój dom. Macie tu klucz".

Oni otworzyli i powybijali czopy z beczułek. Ale myśmy tego nie mieli Bóg wie ile, kilka beczek. Chlusnęła raki ja i wino na ziemię. Wtedy im się chyba wydało, że nie wszystko zrobili jak trzeba, porwali siekierę z drwalni i te beczułki porąbali.

„Teraz", powiadają mu, „nie będziesz kapitalistą".

I poszli, szczęśliwi i zadowoleni. I znów tak krzyczą. Niech żyje ten, precz z tamtym!

7

Nasłuchuję ja w tej mojej kuchni, co się dzieje. Trzaska tam, pęka. Ale nikt nie woła pomocy. Dobrze, myślę sobie, że nie biją. Tu, w Oknie, wtedy też rozbijali, to zginął jeden karczmarz. Zaczął bronić swego i w tym zamęcie głową zapłacił.

Skończyło się to wreszcie, ja wyszłam. A tam Sodoma i Gomora. Nie ma gdzie nogą stąpnąć, tyle szkła. Wszystko porozbijane. Wzięłam miotłę i łopatę, próbuję to jakoś doprowadzić trochę do porządku. Wynoszę te połamane krzesła i stoły na podwórze.

Ljubiśa chodzi między tym i tylko patrzy. Ściągnął brwi i milczy. A oto i macie, już zbliża się jeden z miejscowej rady. Niesie decyzję. Zamykają karczmę Ljubi-śy. Nie może jej już prowadzić. Zabronili mu. Ten to przyjął. Co miał robić? Wtedy mówi do mnie:

„Zostaw tę miotłę. Już nie trzeba. Idź", powiada, „tam do mnie, chyba w jednej butelce zostało trochę rakii. Przynieś to i dwa kieliszki. I dwa krzesła przynieś".

Znalazłam butelkę, wyniosłam krzesła. Siedliśmy w podwórzu. Było koło południa. Ciepło, przyjemnie na dworze. Pachnie wokoło.

„Nalej nam", mówi on, „po jednym".

Nalałam. Pijemy. I milczymy.

„Ja bym, Ljubiśa", chcę mu powiedzieć, „spróbowała tu trochę uprzątnąć".

„Niech tam", powiada. „Niech tak zostanie. Nalej nam jeszcze po jednym".

Znów nalałam, znów pijemy. I znów nie mówimy nic do siebie.

„No i co", odzywam się po jakimś czasie, „Ljubiśa, będziemy robić?"

On na mnie patrzy. Przygląda mi się.

„Petrijo", powiada, „ja tu już nie zostanę". I cały czas tak mi się przygląda. „Ty ze mną pewnie nie pójdziesz?"

„Ja", mówię, „szanuję ciebie, Ljubiśa, ty wiesz o tym. Ale stąd bym nie poszła".

On kiwnął głową.

„Tak też", mówi, „myślałem. Ty jesteś kobieta młoda, musisz dbać o swoje".

„Jeśli ty", powiadam mu, „nie zostaniesz, ja bym, Ljubiśa, wróciła do swoich. Nie zostałabym ni ja".

On znów kiwnął głową. Dwadzieścia pięć lat minęło od tamtego czasu, a ja jeszcze pamiętam, jak ten człowiek siedzi, patrzy mi w oczy i powoli kiwa głową. Wcale mi nie było lekko tak go zostawić.

„Dobrze, Petrijo", mówi mi Ljubiśa. „Ja jestem człowiek stracony. Jakbyś poszła ze mną, przepadlibyśmy oboje. Przynajmniej ty się uratuj".

„A ty", pytam, „co zamierzasz? Dokąd pójdziesz?"

On się tak smutnie uśmiechnął.

„Jeszcze nie wiem", mówi. „Nie wiem, czy spróbuję znów żyć gdzieś sam. Albo jak prawdziwy starzec pójdę do któregoś z dzieci. Ale nie wiem, czy one w ogóle chciałyby mnie przyjąć". Pociągnął z kieliszka. „Nie wiem, jeszcze nic nie wiem. I nic mi się nie chce. Niech raz skończy się to życie, tego też mam dosyć".

Nie było mu, człowieku, łatwo. W jednym dniu stracił wszystko, co latami tworzył.

Nazajutrz rano ja i mój Ljubiśa pożegnaliśmy się. Później miałam w swoim życiu okazję widzieć, ale wtedy jeszcze nie widziałam, żeby ktoś mógł przez jedną noc -postarzeć się o dwadzieścia lat. Dzień wcześniej to był tęgi, silny, przystojny mężczyzna, który dopiero co wszedł w lata, ale trzyma się jak młodzieniec. Tego dnia, kiedy odeszłam, przede mną stał prawdziwy, najprawdziwszy starzec. Przez noc zniedo-lężniał. Przyszedł słaby, aż żal było patrzeć. Oczy mu jakoś zmalały. Zaczerwieniły się i zmętniały, o mało co krew z nich nie płynęła. Tak mu to w mózg się wżarło.

Dał mi Ljubiśa na pożegnanie całe osiem tysięcy. Były to wtedy dwie, trzy górnicze wypłaty. Wrzuciliśmy moje rzeczy na wóz zaprzężony w woły. I pożegnaliśmy się raz na zawsze.

„Dobrze mi było u ciebie", mówię mu.

On stoi przed wozem i patrzy na mnie tymi smutnymi oczyma.

„Bądź, Petrijo", powiada mi, „szczęśliwa w życiu. Szczęśliwsza niż dotąd".

I tak odjechałam. Ale teraz nie do Viśnjevicy, tak jak mu powiedziałam. Po co do Viśnjevicy? Nie miałam tam czego szukać. Do Bregów żem pojechała.

Przyjechałam ja tam i jeszcze tego samego dnia znalazłam pokój, u ciotki tylko jedną noc nocowałam. A po kilku dniach, chyba w pierwszą niedzielę, przyjechał za mną mój Misa. Przyjechał mnie odwiedzić, zobaczyć, jak sobie daję radę.

Wkrótce potem zamówiliśmy w miejscowej radzie w Bregach rejestrację. No i po kilku dniach zarejestrowaliśmy się. W cerkwi nie braliśmy śluibu, mój Misa nie chciał. Powiada, śmieliby się z niego koledzy. Komunistą on nie był, ale tak znów do cerkwi nie chodził.

To jest nasza powiększona fotografia, pokazywałam ci. Fotograf dorysował mu krawat. Gdzie on tam wtedy miał krawat? Ale niech będzie.

A już po miesiącu czy dwóch mój mąż został przeniesiony z Dobrego Szczęścia do Okna i tu zaczął pracować. Chciał, żeby go .przenieśli, i przenieśli go. I tak wkrótce żeśmy się przeprowadzili do Okna.

8

Co było potem? Było, było wszystko, jak na jarmarku, co tylko między ludźmi być może. Moja świekra, suka, Vela Bułjgarisa, zmarła w Viśnjevicy właśnie tak, jak jej przepowiedziałam. Ni we śnie nie mogłam wyśnić, że tak utrafię.

Dobrivoje długo po mnie nie rozpaczał, rychło przyprowadził drugą żonę. I ona mu rzeczywiście urodziła dzieci. Ale ta nie była głupia, jak ja kiedyś, żeby /tak trząść się przed jego matką. Słyszałam, Bułgarka jedno słowo, synowa jej dwa. Bułgarka dwa, ta jej pięć. A raz się Bułgarka przeliczyła, chciała na synową podnieść rękę, jak na mnie często podnosiła. Ta się nie leniła, tylko jej oddała. I to tak ją zdzieliła, że jej z nosa pędzel został i na ziemię padła. Silna była kobieta.

Odtąd synowa już stale świekrę biła. Jak tylko mąż nogę za próg postawił, ona jej miarę z pleców brała wzdłuż i w poprzek.

Kiedyś Dobrivoje musiał gdzieś iść, a matkę zostawił w domu chorą. Wtedy jego kobieta raz, dwa dzieci zawołała i chciała pójść do swoich. Świekra prosi, błaga, nie zastawiaj mnie, widzisz, żem zaniemogła, ale ona ani się obejrzy. Zostawiła babę samą. I ta umarła sama jak suka.

Nie miał jej kto świeczki zapalić ani ją kto widział, nim zesztywniała. Jeszcze jakby zdychała w tym śpichle-rzyku, gdzie moje dziecko zamorzyła, uspokoiłoby mi się serce. Nie wiem, czy sobie w godzinie śmierci wspomniała, co jej żem wtedy rzekła, jak będzie zdychać, i czy jej przyszło na myśl moje biedne dziecko, które na śmierć posłała.

Ja i mój Misa zostaliśmy tutaj, w Oknie. Tuśmy dwadzieścia trzy lata razem przeżyli, w zdrowiu i chorobach, złym i dobrym, w miłości i waśni, w zgodzie i zwadzie, bo i tak między nami bywało. A potem on się, przed czterema laty, rozchorował, przez jeden wypadek w kopalni, i po dwóch latach, siedemdziesiątego pierwszego, zmarł. Jeszcze był młody, dopiero szedł mu czterdziesty ósmy. I namęczył się, biedak, jak żaden drugi. Z bólu nigdzie sobie miejsca nie mógł znaleźć. Z tej męki rwał na sobie całe ubranie.

Od karczmarza Ljubiśy. odkąd tak wyjechałam z Dolnego Szczęścia, nie miałam już żadnej wiadomości. Am jednej kartki ni listu nie przysłał. Ja czytać nie umiem, ale przeczytałby mi kto inny, on jednak nie napisał. I teraz nie wiem nawet, czy jeszcze w ogóle żyje.

Tego mi szkoda. Chciałabym się jeszcze kiedy spotkać z tym człowiekiem. Chodziłam dwa czy trzy razy do Dobrego Szczęścia, rozpytywałam się tam, dokąd wyjechał, ale nikt nie umiał mi powiedzieć. Wyjechał, a dokąd, Bóg jeden wie. Toby teraz był bardzo stary człowiek, miałby ponad osiemdziesiąt. Być może i on już nie żyje, być może umarł i on.

A potem, zeszłego roku, siedemdziesiątego drugiego, stało się, że zmarł też mój pierwszy mąż, Dobrivoje. Wstrząsnęło to mną. Z niego też był jeszcze młody człowiek. On się z tej przeklętej Visnjevicy nie ruszał, choć to przecie ona mu zdrowie zabrała, jeśli go nie dobiła. I tam śmierć go zastała.

Byłam i u niego. Jednego dnia wzięłam świecę i odnalazłam go na cmentarzu viśnjevickim. Wypłakałam się i na jego grobie. Na jego i na grobach naszych biednych dzieci.

Z moim Misą nie miałam dzieci. Jak żeśmy się pobierali, byliśmy jeszcze młodzi i chcieliśmy mieć. Ale nam się nie udało. Bóg nie dał. I tak to chowam cudze. Najpierw wychowałam jedną siostrzenicę. Od maleńkiej u mnie dorastała, tu u mnie, w Oknie, szkołę skończyła. Była u nas aż do zamęścia, ja i mój Misa wydaliśmy ją za mąż. Tuśmy jej wesele wyprawili.

A potem, jak ona urodziła dziecko .— tam nie mieli mieszkania — wzięłam je też. I ta dziewczynka, jej dziecko, u mnie dorastała. Chowałam ją, póki nie skończyła dziesięciu lat. Wtedy to mój Misa się rozchorował, i czy dlatego, czy też że mieszkanie dostali, moja siostrzenica i zięć zabrali mi ją.

To było nieładnie z ich strony. Nie spodziewałam się tego po nich, prawdę ci powiem. Właśnie wtedy mi ją zabrali, kiedy mi było najciężej. Mój Misa miał zawał i marskość wątroby. To nie zaraźliwe, pytałam się. Nie wystawiałabym ja mego dziecka na szkodę. Ale oni ją chcieli i musiałam im dać. Nie twoje dziecko. Musisz je dać.

I tak powoli, powolutku wszyscy, których kochałam, znaleźli się albo na cmentarzu, albo daleko ode mnie.

Nikt mi już nie został. Nikogo już nie mam: Nikogo już nie mam, żeby był ze mną i zagadał do mnie, gdym smutna. Nikt nie będzie mnie trzymał za rękę, jak będę umierała.

A teraz co? Kotów pilnuję. Sześć ich mam, zanosi się na to, że będzie jeszcze więcej, dwie znów są kotne. jPatrz, jakie mają brzuchy. Lubię je, nie to żebym ich nie znosiła. Ale trochę mi już, wierz mi, nadojadły. Nikt przez nie nie może do mnie przyjechać, bo mu na głowę wejdą. W domu pełno ich sierści. A ludzie tego nie lubią. I myślę, żeby je rozpędzić. Ale znów, jak je przepędzę, a do mnie i tak nikt nie przyjdzie, to co wtedy?

I tak ci to siedzę z tymi swoimi kotami na tym pustkowiu i patrzę przez płot. Odkąd nam tu zamknęli szacht i rozebrali kolej, nikt do tego przeklętego Okna już nie zajrzy. Kiedyś tu było samych karczem trzynaście, i każda z muzyką. Ludzi co niemiara. Teraz ledwie się ostała jedna karczma, a i ta bez muzyki. I tylko niekiedy zawarczy autobus. Ale z niego nikt do mnie nie wysiada.

Dawniej co r5ku nie mogłam się doczekać lata, żeby przyjechała moja wnuczka na wakacje. To ta dziewczynka, co ją wychowałam, córka mojej siostrzenicy. Ostatniego roku jakoś i tego nie oczekuję. Teraz moja wnuczka wyrosła, już ją inne rzeczy zajmują. O, tego roku już była: posiedziała kilka dni i uciekła.

A właśnie przed miesiącem sąsiadka przyprowadziła mi tych dwoje, męża i żonę. Belgradczycy. Pytają, czy zechcę ich przyjąć na jakiś czas do swojej izby. Ja, dzięki Bogu, mam tę jedną. Mówią, że podoba im się tutaj, zapłaciliby, ile zażądam. Chcą tu spędzić lato. Bo i ładnie tu. Popatrz na te lasy, popatrz na łąki.

Zechcę ich przyjąć, jakżeby nie. Ucieszyłam się, prawdę ci powiem. Nie jesteś już sama w domu.

„No to", powiadam, „przyjeżdżajcie. Zaraz ja tu trochę posprzątam".

Przyjechali, posiedzieli dwa dni. Potem mówią:

„Wiecie co, my pojedziemy. Tu u was czuje się' jakiś zaduch, chyba przez te koty".

Zaduch. Śmierdzi im. Cziuć wam, myślę sobie, zaduch z tyłka, a nosicie go ze sobą.

„Dobrze", powiadam, „jak już chcecie jechać, jedźcie. Nic mi nie jesteście dłużni". Co ja mogę? Pięknie-śmy się pożegnali, wcale się nie pokłócili. Ale było mi żal. Tak właśnie. Podobali mi się ci ludzie.

I teraz tak patrzę zza płota, czasem w lesie zbieram poziomki i prawdziwki, orzechy i kurki, dokąd są, karmię swoje koty, swego wieprzka i kury, i po trochu pociągam rakiję. Smakuje mi raki ja, wiesz, tak mnie jakoś koi. Dawniej tak nie było. Teraz, jak już trzeci wypiję, wszystko wydaje mi się jakieś inne. Nie myślę już

0 tym, kto mnie odumarł. Nie myślę o tym, że zostałam sama i że taka sama zemrę. Jest mi wszystko jedno

1 wszystko mi prawie piękne.

Ech. a kiedy już tak jest, biorę butelkę i powoli dolewam czwarty, a potem — piąty. A po nim, może jeszcze jeden. Raki ja, Petrijo, mówię wtedy, to ci akurat dobra rzecz. Nie masz lepszej rzeczy nad nią. Używaj, Petrijo.

Przejdź mi, siostro, w krew to powiem ci, coś za jedna

Wielkie niebezpieczeństwo od wiedźmy i sprcwna przed nia obrona

Niebiescy grajkowie

1

1