Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
216 osób interesuje się tą książką
Piekło puka do bram Thornu. Dora Wilk będzie musiała zrobić wszystko, by nie wpuścić go do środka.
Źle się dzieje w Thornie, gdy piekło zaczyna panoszyć się na ulicach
Dora Wilk ma złe przeczucia i nawet sny nie dają jej ucieczki przed zagrożeniem. Ktoś czyha na Salcię i sama magia Namiestniczki może nie wystarczyć, by ochronić małą salamandrę. Miron i As nieustannie walczą z kolejnymi stworzeniami przedzierającymi się przez szczeliny, a demony ewakuują się do domu, bo Thorn staje się zbyt niebezpieczny… nawet dla nich.
Anomalie pogodowe, ataki znienacka, wrogowie czyhający w mroku i śledztwo, które prowadzi Namiestniczkę w najpaskudniejsze rewiry piekła. Zegar tyka, a śnieg zalegający na ulicach nie topnieje. Gdy piekielne zamieszanie przekracza bramę do Thornu, Dora i As, mistrz szpiegów Baala, jednoczą siły.
Dla dobra miasta, dla dobra piekła.
Mówią, że w piekle nie ma wiedźm… Ale czy na pewno?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 431
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
THORNVERSE
Heksalogia o Dorze Wilk
Złodziej dusz
Bogowie muszą być szaleni
Zwycięzca bierze wszystko
Wszystko zostaje w rodzinie
Egzorcyzmy Dory Wilk
Na wojnie nie ma niewinnych
Trylogia Szamańska
Szamański blues
Szamańskie tango
Szamański twist
Kroniki Thornu
Dzikie dziecko miłości
Katia. Cmentarne love story
Głowa rodziny
Wilk z lasu
Wiedźma z piekła
Trylogia Nikity
Dziewczyna z Dzielnicy Cudów
Akuszer Bogów
Diabelski Młyn
Kroniki Sąsiedzkie
Afera na tuzin rysiów
Próby ognia i wody
Dziewczyna z przeklętej wyspy
Franek i Finka
Cyrk martwych makabresek
Szczwane sztuczki
Zbiory opowiadań
Ropuszki. Opowiadania ze świata Thornu
Dynia i Jemioła. Nietypowe historie świąteczne
Kurczaczek i Salamandra
Klątwy i pierniczki
Komiks
Przygody małego duchołapa
SERIE POZA THORNVERSE
Klan Koźlaków
Cud, miód, Malina
Cuda wianki. Nowe przygody rodziny Koźlaków
Garstka z Ustki
Trup i inne sekrety rodzinne
Martwy sezon
Denat wieczorową porą
Gracje z Ustki
Tajemnica domu Uklejów
Sekret prawie byłego męża
Zagadka martwego wydawcy
Śnieg zaczął padać nad ranem. Miękki, puszysty i nieskalany. Zaskoczył wszystkich. W Thornie naprawdę rzadko można go było uświadczyć – linie magiczne zwykle podnosiły temperaturę o parę stopni, więc nawet gdy Toruń po drugiej stronie bramy był zasypany, u nas ulice pozostawały czyste, a śnieg trafiał się raz na kilka lat i zwykle nie leżał długo. Nie dziś. Temperatura utrzymywała się tuż poniżej zera, akurat na takim poziomie, by śnieg się nie topił.
Przez okna samochodu widziałam dzieciaki lepiące na chodnikach bałwany, choć bieli było góra kilka centymetrów i musiały się napracować, nim utoczyły kule.
Z jakiegoś powodu mnie to zaniepokoiło. Nie potrafiłam złapać myśli, która kołatała się na granicy świadomości, ale coś w tym pozornie niewinnym śniegu podgryzało moją intuicję.
A może po prostu byłam podminowana.
Z Salcią i Bjarke wróciliśmy do Thornu, zostawiając za sobą chwile odpoczynku i sielanki na łonie stada w Trójprzymierzu. Rzeczywistość uderzyła w nas bez ostrzeżenia – Miron wymknął się z domu o czwartej nad ranem po telefonie od Asa, bo jego patrol natknął się na kolejną szczelinę. Nadzieja, że ten, kto stał za ich powstawaniem, w końcu wyprztyka się z magii, okazała się płonna. Otwierał kolejne. I wyłaziły z nich coraz dziwniejsze rzeczy. Nie sądziłam, że przyjdzie dzień, w którym Miron zatęskni za ganianiem piekielnych prosiaków. One przynajmniej nie były uzbrojone ani agresywne.
Zaparkowałam pod domem pogrzebowym, na jednym z ostatnich wolnych miejsc.
Ledwie wyskoczyłam z auta, skrzywiłam się, czując, jak mróz podgryza mi skórę. Nie tęskniłam za zimnem! Szłam do wejścia, a śnieg skrzypiał mi pod glanami. Trzeba było wziąć rękawiczki, pomyślałam, wciskając dłonie do kieszeni na piersi. Przez zbyt cienkie jak na tę temperaturę watowanie kurtki wyczułam kaburę pod pachą. Wahałam się, czy wypada zabierać broń na pogrzeb, ale… no właśnie, mój niepokój mógł wynikać z lekkiej paranoi, choć wcale nie musiał. Coś wisiało w powietrzu.
W kaplicy pogrzebowej unosił się ciężki zapach lilii i goździków, przetykany aromatem woskowych świec. Obie nawy były pełne przyjaciół i znajomych Malwiny Szczawik. Rozglądałam się, szukając wolnego miejsca, aż zauważyłam kiwającego na mnie ręką Romana. Siedział na samym przedzie, w drugiej ławce po lewej, i najwyraźniej zajął mi miejsce. Albo jego wampirzo-książęcy autorytet sprawiał, że nikomu nie spieszyło się, by się do niego przysiąść. Przemaszerowałam wzdłuż rzędów i opadłam na miejsce u jego boku.
– Dobrze, że zdążyłaś – mruknął.
– Jestem dziesięć minut przed czasem – szepnęłam.
– Czyli pięć minut spóźniona. – Usta drgnęły mu w lekkim uśmiechu.
W pierwszej ławce siedziały córka Malwiny, panie Stefania i Bożena oraz dwie kobiety, których nie znałam. Pani Stefania odwróciła się w moją stronę i skinęła głową.
– Miło, że państwo przyszliście. Wysyłając zaproszenie, nie byłam pewna… – Zerknęła ostrożnie na Romana.
Przytaknęłam. Sama byłam zaskoczona, że Roman się pofatygował. Ba, naciskał na mnie, dopytywał, czy na pewno zdążę. Może nie ja jedna miałam wyrzuty sumienia, że sprawa zaginięcia pani Bożeny skończyła się tak niefortunnie dla jej sąsiadki. Może gdybyśmy znaleźli ją szybciej, Korfanty Szczawik nie wpadłby na pomysł, by upozorować śmierć żony… Choć racjonalna strona umysłu podpowiadała mi, że niewiele by to zmieniło. Dni Malwiny były policzone. Gdyby nie zabił jej teraz, wkrótce powaliłaby ją trucizna, którą podawał jej od tygodni. Albo zatłukłby ją podczas kolejnej awantury. Mimo wszystko miałam wyrzuty sumienia. Powinnam bardziej naciskać na to, by złożyła doniesienie o przemocy domowej. Może nastraszyłabym go, zamykając w celi, choćby na kilka dni. Może gdyby wiedział, że jest na celowniku, zatrudniłby prawnika od spraw rozwodowych, zamiast szukać najgorszej możliwej drogi wyjścia z niechcianego małżeństwa.
Niestety, pani Malwina leżała w otwartej trumnie, otoczona wieńcami i świecami. Przedsiębiorca pogrzebowy zrobił kawał dobrej roboty, ukrywając jej obrażenia pod makijażem i fiołkowymi falbankami sukienki, ale aż za dobrze pamiętałam, w jakim stanie ją znaleźliśmy.
Świecki celebrans wyszedł na mównicę i rozpoczął ostatnie pożegnanie. Słuchałam jednym uchem, zbyt rozproszona myślami kotłującymi się w głowie. Zebrani w kaplicy przytakiwali, ilekroć z mównicy padały komplementy pod adresem zmarłej.
Roman nachylił się w moją stronę i szepnął:
– Wpadniesz po pogrzebie? Mam kosztorys i plan, potrzebuję akceptu, by rzeczy mogły ruszyć z kopyta.
Skinęłam głową.
– Salcia jest w domu z Bjarke, nic się nie stanie, jeśli wrócę godzinę później.
Słowo daję, aż się rozpromienił.
Gdy celebrans zszedł z mównicy, zaczęły się pożegnania rodziny i przyjaciół, krótkie, ale serdeczne. Kilka razy, przy okazji ciepłych słów pod adresem pani Malwiny, padały mniej przyjazne życzenia dla jej zabójcy, a z ław rozlegały się pomruki akceptacji.
– Wybrał dziki gon, jak słyszałem – szepnął Roman.
Spojrzałam na niego zaskoczona.
– Przecież nie może się łudzić, że ich prześcignie.
– Może po kilku dniach w celi wcale nie chce ich prześcignąć. Dostał przedsmak tego, jak będzie wyglądała reszta jego życia. Z przyznaniem się do winy nie ma szans na nic innego – odpowiedział szeptem Roman.
Cóż, jego wybór. Nie będę musiała tłuc się do sądu, by składać zeznania.
Czterdzieści minut później podążaliśmy już za toczącym się powoli karawanem, który wjechał przez bramę cmentarza centralnego. Słońce skrzyło się na śniegu otulającym nagrobki i gałęzie drzew, cisza tego miejsca miała w sobie coś kojącego. Po kilkudziesięciu metrach karawan zatrzymał się i czterech grabarzy wyciągnęło trumnę. Nieśli ją na ramionach wąską ścieżką między nagrobkami, aż dotarli do parceli ze świeżo wykopanym dołem. Stary stróż cmentarny stał kawałek dalej, opierał się o łopatę i zerkał na wszystkich spod grubej, futrzanej czapy.
Kondukt pogrzebowy rozsypał się, otaczając świeży grób. Większość ludzi nie zmieściła się na ścieżce, więc stali między pomnikami. Celebrans zaintonował ostatnie pożegnanie, a żałobnicy przyłączyli się do śpiewu, kiedy grabarze opuszczali trumnę w głąb wykopu.
Podniosłam głowę, czując na sobie intensywne spojrzenie. Stary stróż wpatrywał się we mnie i w Romana mało przyjaźnie. W pewnej chwili oparł łopatę o pomnik i ruszył w naszą stronę, mijając żałobników.
– Coś przeskrobałeś? – zapytałam cicho wampira.
– Miałem cię pytać o to samo – odparł, spinając się.
Starzec mógł mieć osiemdziesiąt lat albo i dwieście osiemdziesiąt, skoro jego życiowa energia i magia były splecione z cmentarzem. Wyraźnie pozostawał dużo bardziej zakorzeniony w domenie śmierci niż w świecie żywych. Jego skóra miała dziwny, szarawy odcień, a aura była chłodna, ziemista, nieludzka. Nie wiedziałam, jaką dokładnie magią władał, ale jak nic czymś z departamentu Katii. Roman – zupełnie jak wtedy, gdy znajdował się w pobliżu nekromantki – lekko się cofnął, przesuwając za mnie.
Stróż podszedł, posapując z niezadowoleniem.
– Kiedy wreszcie uporacie się z tym bałaganem? – zapytał niskim, zgrzytliwym głosem.
Oczy połyskiwały mu gniewem.
– Z czym konkretnie? – zapytałam szeptem.
Machnął ręką dookoła.
– Jakby nie wiedzieli – burknął, odwrócił się na pięcie i odszedł.
Nie musiał się przepychać między ludźmi, bo ci odruchowo cofali się, zanim ich dotknął.
– Wiesz, o co mu chodziło? – zapytał wampir.
– Za cholerę – odparłam. – Może o jakieś jego niesnaski z Gardiaszem? Po śmierci Klaudii to on przejął tymczasową opiekę nad cmentarzem.
Wampir skinął głową. Nie musiał nic mówić. Żadne z nas nie zamierzało mieszać się w sprawy Gardiasza bardziej niż to konieczne. Zwłaszcza teraz, gdy od jego głosu w cierpiącej braki kadrowe Starszyźnie zależało naprawdę wiele, z budżetem dla komisariatu włącznie. Co prawda udało się przeprowadzić referendum – mieszkańcy Thornu zdecydowanie chcieli, by nowy członek Starszyzny został wyłoniony drogą głosowania, ku wielkiemu niezadowoleniu Katarzyny i Gardiasza – na razie jednak wszelkie głosowania w Starszyźnie musiały być jednomyślne, bo brakowało członków, by zapewnić kworum. Demokracja była w Thornie całkiem nowym pomysłem i ciągle jeszcze trwały dyskusje nad tym, czy jest to pomysł najlepszy. Sprzeciwiali się jej dotychczasowi decydenci, którzy przywykli do autorytarnych rządów.
Żałobnicy podchodzili do grobu, by zrzucić na wieko trumny garście ziemi i kwiaty. Żałobna pieśń niosła się echem po ośnieżonym cmentarzu. A ja myślałam o tym, że powinnam założyć podwójne skarpetki, bo marzły mi palce u stóp.
Już niedługo.
Nagły błysk magii wybuchł mi w głowie, wyciskając z gardła jęk. Klamra bólu zacisnęła się na klatce piersiowej. Przeklinając cicho, zaczęłam wymijać ludzi, by dotrzeć do głównej alei. Nie było to łatwe, bo wszyscy dreptali w przeciwną stronę, do grobu.
– Dora? Gdzie idziesz? – zapytał wampir, podążając za mną.
– Pogadamy później – mruknęłam, walcząc z chęcią roztrącenia wszystkich na boki i ruszenia biegiem do samochodu.
– Co jest? – Wampir podążał za mną krok w krok.
– Ktoś mi się właśnie włamuje do domu. W którym są Salcia i Bjarke – rzuciłam wściekle.
Minęłam ostatnich żałobników i ruszyłam sprintem na parking.
Pęknięcie pierwszej osłony na progu kamienicy odbiło mi się echem w czaszce. Zagryzając zęby, prawie poślizgnęłam się na śniegu. Dopadłam bramy cmentarnej i podążając wzdłuż muru, dobiegłam do auta. Kolejna osłona padła, nim wyjechałam na drogę.
Ostatnio wzmocniłam osłony kamienicy, splatając trzy osobne zaklęcia ochronne. Na drodze napastnika stało już tylko jedno. Od dzieci dzieliło go kilka kolejnych, na drzwiach mieszkania.
Jadąc ośnieżoną ulicą znacznie szybciej, niż nakazywały przepisy, wybrałam numer Bjarke. Modliłam się, by był w ludzkiej formie i zdołał odebrać.
Po chwili w słuchawce rozległ się głos Salci.
– Dora, coś brzęczy jak rój pszczół… Bjarke chce wyjść – powiedziała. W jej głosie usłyszałam strach.
– W żadnym wypadku nie otwierajcie drzwi! Już do was jadę! Nie wychodźcie z mieszkania! – krzyczałam, dociskając gaz.
Trzecia osłona wibrowała, coraz bliższa przełamania. Byłam w połowie drogi, gdy padła, a echo przepalonej magii odbiło mi się w trzewiach.
Osłony kamienicy runęły, zanim dojechałam do domu. Kimkolwiek był włamywacz, nie rozplątywał zaklęć, tylko przepalał je magią, używając brutalnej siły. Echo odbicia zaklęcia ochronnego wstrząsnęło mną solidnie. Prawie wjechałam w latarnię uliczną, kiedy instynktownie szarpnęłam kierownicą, a koła straciły przyczepność na zaśnieżonym poboczu.
Na szczęście już byłam na miejscu. Nie tracąc czasu na poprawne parkowanie, wyskoczyłam z samochodu. Na chodniku przed domem nie dostrzegłam żywej duszy, za to ślady po przepalaniu zaklęć trudno było przeoczyć. Na framudze i ścianach wokół niej widniały smugi dymu i zwęglonej farby, a śnieg na chodniku rozpuścił się, tworząc półkolisty wzór, jakby ktoś potraktował go miotaczem płomieni.
Tyle mocy! Tak bezmyślnie użytej! Ktoś posługiwał się wyrafinowanym narzędziem jak młotkiem.
Włamywacz musiał już być w środku, ale nie słyszałam żadnych hałasów ani nie czułam, by atakował osłony mieszkania. Wyciągnęłam broń i przekroczyłam próg, napięta jak struna, spodziewając się zasadzki. Na klatce schodowej panowała ciemność. Nie włączyłam światła, licząc, że mrok da mi odrobinę przewagi. Wilcze zmysły pozwalały widzieć całkiem nieźle.
Skradałam się po stopniach, nasłuchując. Dopiero po kilku krokach usłyszałam ciche bulgotanie gdzieś wyżej… Minęłam mieszkania na parterze i odbezpieczyłam broń, gdy w nozdrza uderzył mnie ciężki zapach siarki. I krwi. Na półpiętrze między parterem a pierwszą kondygnacją zamajaczył kształt rozciągnięty na schodach. A także drugi, nieco wyżej.
Cofnęłam się i pstryknęłam włącznik lampy. Ostre światło zalało klatkę schodową, ujawniając na podłodze ślady krwi i ciemnego popiołu. Prowadziły prosto do obu kształtów, ciał w ciemnych ubraniach. Demonów krwawiących obficie na moim terytorium.
Podeszłam ostrożnie, nie opuszczając broni. Od przełamania ostatniej osłony minęło najwyżej pięć minut, ale trzeba przyznać demonom, że wykorzystały ten czas bardzo owocnie. Niestety nadal niewiele rozumiałam z tego, co tu zaszło.
Pierwszy wyglądał na martwego. Zwęglona skóra na dłoniach i pęcherze na twarzy wskazywały, że to on przełamywał osłony. Ale to nie moja magia go zabiła. Cięcie na brzuchu rozorało koszulę, skórę pod nią i warstwę mięśni, więc teraz miałam wgląd w jego połyskujące, śliskie od krwi wnętrzności. Brzegi rany pociemniały i szłam o zakład, że ostrze, które go załatwiło, było zatrute albo zaklęte.
Ominęłam go ostrożnie, by nie musnąć ciała nawet czubkiem buta. Pożegnał się z życiem dopiero chwilę temu, a to w przypadku demonów oznaczało dla otoczenia duże niebezpieczeństwo. Te silniejsze, by umknąć śmierci, potrafiły przeskoczyć w inne ciało nawet godzinę czy dwie po zgonie, bo ich demoniczna wersja duszy wciąż trzymała się blisko. Zwykle wymagało to kontaktu skóra do skóry, ale przezornego bóstwa strzegą. Raz już nosiłam pasażera na gapę i nie rwałam się do powtórki.
Trzy stopnie wyżej, prawie na półpiętrze, leżał drugi demon. Patrzył na mnie z paniką w oczach, a spomiędzy palców, którymi uciskał ranę na szyi, przeciekała niepokojąca ilość krwi. Oddychał ciężko, w kąciku ust zbierały się czerwone bąbelki. Rozpoznałam go, choć nie kojarzyłam imienia. Widywałam go w Otchłani. Moja pamięć wyciągnęła na wierzch wspomnienie śmiechu i jakichś przepychanek. Trzy gwiazdki na kości policzkowej i cienki warkoczyk zwisający ze skroni jasno wskazywały jego przynależność do domu demonów zamętu i chaosu.
– As… – wycharczał.
Nadal nie miałam pojęcia, co się tu wydarzyło, ale jeśli umrze, szanse, że się tego dowiem, spadną do zera. Musiałam zabezpieczyć ranę, zanim się wykrwawi. Tuż przy jego boku leżał miecz, czy raczej bękart miecza i szabli, lekko zakrzywiony – typowo demoniczna broń, teraz cała skąpana w pociemniałej posoce. Zaklęte ostrze spopieliło płyny ustrojowe. Odruchowo odsunęłam broń stopą. Może to moja naiwność, ale wydawało mi się, że pod paniką w jego oczach dostrzegłam błysk ulgi, kiedy zobaczył, że pochylającą się nad nim osobą jestem ja.
– Zaraz cię do niego zabiorę – obiecałam.
Wcześniej musiałam się jednak upewnić, że Salcia i Bjarke są bezpieczni. Wbiegłam po schodach na drugie piętro. Osłony mieszkania pozostały nietknięte i zabrzęczały uspokajająco, kiedy dotknęłam klamki. Nim zdążyłam schować broń, drzwi otworzyły się gwałtownie. W progu stanął Bjarke, w opadających mu z bioder spodniach dresowych, z zaróżowioną po zbyt gwałtownej przemianie skórą, przytrzymujący wyrywającą się zza jego pleców małą salamandrę.
– Mówiłam, żebyście nie wychodzili – upomniałam.
– Wyczułem twój zapach – odpowiedział. – Słyszałem, jak walczyli…
– Sytuacja opanowana – zapewniłam – choć muszę się tym zająć. Zostańcie w domu, osłona na drzwiach działa, ale te na dole są zniszczone, więc na schodach nie jest bezpiecznie. Przynieś mi apteczkę z łazienki – poprosiłam.
Poszłam do sypialni i otworzyłam sejf. Złapałam prezent od Baala, czarny worek, który przechowywałam od paru lat na tak zwany wszelki wypadek, nie spodziewając się, że faktycznie kiedyś mi się przyda. Traktowałam go raczej jako „kocyk bezpieczeństwa”, coś, co pozwalało mi się czuć nieco spokojniej po traumie opętania i egzorcyzmów, ale teraz odetchnęłam z ulgą na jego widok. Wyciągnęłam ze środka medalion z pieczęcią i zawiesiłam go na szyi, po czym wsunęłam pod sweter. Metal natychmiast zaczął się rozgrzewać ciepłem ciała i aktywowaną magią. Nie dawał stuprocentowej gwarancji, ale radykalnie zmniejszał ryzyko opętania, chroniąc moje ciało i duszę przed wtargnięciem. Druga pieczęć, większa i cięższa, już bez łańcuszka, też mogła się przydać, więc wsunęłam ją do kieszeni.
Bjarke stał w progu sypialni, wielkooki i wystraszony. Wzięłam opatrunki, które ściskał w dłoniach.
– Wrócę niedługo – zapewniłam.
Widziałam, że chce zaprotestować, bo znów odpalała mu się ta wilcza brawura, która kazała mu stawać w obronie sojuszników. Nawet jeśli była nim akurat wiedźma i alfa.
– Opiekuj się Salcią – poprosiłam, by przekierować ten instynkt w lepszą stronę.
– Wystraszyła się. Wyczuła zapach siarki.
– Włamywacz jest już martwy, nie wróci – zapewniłam.
Nie miałam czasu pocieszać dziewczynki, liczyłam, że Bjarke sobie z tym poradzi.
Zbiegłam po schodach i przyklęknęłam przy rannym. Stracił sporo krwi, ale demony są twarde i mają swoje techniki leczenia. Założyłam mu opatrunek, mocno uciskając, by spowolnić utratę krwi. Różowy bandaż szybko nasiąkał czerwienią. Pomogłam demonowi wstać. Chwiał się na nogach, zbyt słaby, by utrzymać się samodzielnie. Zawisł mi na ramieniu, kiedy sprowadzałam go po schodach, omijając zwłoki. Zaprowadziłam rannego do auta i wepchnęłam na siedzenie pasażera. Zawahałam się.
– Weź go – wycharczał. – As musi wiedzieć. Lód… – Skrzywił się z bólu, cała twarz połyskiwała potem.
Cholera! Drugi demon był większy i całkiem bezwładny. Zastanawiałam się, czy dam radę znieść go sama… Z drugiej strony nie musiałam się martwić, że sprawiam mu ból albo uszkadzam coś w środku…
– Nie waż się umierać, mam tylko jedną zapasową pieczęć – rzuciłam do demona w aucie, a on zamrugał zaskoczony.
Wróciłam na klatkę schodową, ściskając pieczęć w dłoni śliskiej od krwi. Kucnęłam przy demonie rozciągniętym na stopniach i rozchyliłam szerzej koszulę na jego rozpłatanym brzuchu. Wcisnęłam pieczęć głęboko w odsłonięte wnętrzności, by mieć pewność, że nie wypadnie. Jeśli dopisze mi szczęście, nie tylko uniemożliwi gnojkowi próbę przeskoczenia na mnie, ale też przechwyci jego imię. Wzdrygnęłam się, czując nienaturalną, lepką śliskość jego skóry. Nie chodziło tylko o to, że był umazany krwią. Moje zmysły podpowiadały, że coś z nim jest cholernie nie w porządku.
Chwyciłam go za stopy i zaczęłam wlec po schodach. Miał dobre metr dziewięćdziesiąt i ważył przynajmniej dwadzieścia kilogramów więcej ode mnie. Jego głowa uderzała o stopnie jak główka misia o bardzo małym rozumku: stuk, stuk. Lepszego rozwiązania nie znalazłam. Chwyt strażacki oznaczałby, że miałabym na sobie jego wnętrzności, a pieczęć mogłaby się wyślizgnąć z krwawej jatki, czego wolałam uniknąć. Dowlekłam go do drzwi wejściowych, ale wciąż musiałam wpakować ciało do samochodu…
– Dora, co do kurwy nędzy? – usłyszałam za plecami.
– Idealne wyczucie czasu, Leon – sapnęłam. – Pomóż mi go wsadzić do bagażnika – poprosiłam.
Trzeba przyznać czartowi, że nie dyskutował, tylko otworzył klapę i złapał martwego demona pod pachy.
– Kto to? – zapytał tylko.
– Cholera wie, przełamał moje osłony na drzwiach. Miej oko na dom, dzieci są w środku.
– To co, chlup do Wisły? – zapytał Leon, jakbym miała w zwyczaju regularnie wyrzucać tam zwłoki.
– Zawiozę Asowi. Muszę wiedzieć, kim jest.
– Będę miał oko na kamienicę – zapewnił, gdy wsiadałam do auta.
Ruszając spod domu, wybrałam numer Asa. Ku mojej uldze odebrał prawie natychmiast.
– Jadę do Otchłani z rannym demonem chaosu i jakimś drugim, martwym. Ranny jest twój, martwy włamał mi się do domu.
As zaklął siarczyście.
– Będę parę minut po tobie. Aria zaczeka przed Otchłanią. Wie, co robić – odpowiedział i się rozłączył.
Kolejny raz docisnęłam pedał gazu, bo głowa rannego demona zwisała bezwładnie, a bandaże były już kompletnie przesiąknięte krwią. Kurwa!
Przeklinając, jechałam najszybciej, jak mogłam, żeby nie dowieźć do Otchłani dwóch martwych demonów. W tym jednego ostatecznie, bo dla niego nie miałam pieczęci.
Zgodnie ze słowami Asa Aria czekała pod Otchłanią. Z daleka rozpoznałam jej atletyczną sylwetkę i ciasne rzędy bokserskich warkoczy przylegających do czaszki. Stała na chodniku w czarnym topie i szortach, nic sobie nie robiąc z temperatury. Ramiona zaplotła na piersi, a minę miała ponurą.
– Kiepsko z nim – powiedziałam, otwierając drzwi od strony pasażera.
Nachyliła się, by zajrzeć do środka. Jej oczy połyskiwały czerwienią, ledwie nad sobą panowała, ale niemal natychmiast gniew ustąpił zaskoczeniu.
– Oro? Po kiego chuja się do ciebie włamywał? – warknęła.
– Jeśli zdołasz go połatać, może się dowiemy. I to nie on się włamywał, tylko ten z bagażnika, choć dla niego już za późno na cokolwiek – odparłam.
Demon oddychał, ale płytko, a jego mokra od potu skóra przybrała niezdrowy, szarawy odcień. Koszula na piersi całkiem przesiąkła krwią.
– Dobra, poskładamy go i pozwolimy mu śpiewać – powiedziała wspaniałomyślnie demonica, a potem szturchnięciem odsunęła mnie na bok.
Bez najmniejszego wysiłku wyciągnęła demona z samochodu i uniosła jak dziecko w kołysce potężnych ramion. Przytrzymałam mu głowę, która opadła do tyłu, mocniej otwierając ranę na szyi. Aria wniosła go do Otchłani, demonicznego klubu sportowego i siłowni, ale też bazy Asa i miejsca, o którym myślałam jak o ambasadzie demonicznej w Thornie.
Demony w środku udawały, że kręcą się na matach i markowały jakieś ćwiczenia, choć ich uwaga skupiała się wyłącznie na nas. No tak, wieści o zdarzeniu już się rozniosły. Aria, nie zatrzymując się, wrzasnęła:
– Kal, przynieś zwłoki z bagażnika Dory!
– A co ja, kurwa, tragarz?! – odkrzyknął, jednak gdy nic nie odpowiedziała, ruszył do wyjścia.
Ona tymczasem poniosła rannego korytarzem prowadzącym do biur Asa, ale przystanęła przed drzwiami z tabliczką „tylko dla personelu” i kiwnęła głową.
– Otwórz i wciśnij zero – powiedziała.
Spodziewałam się jakiegoś pomieszczenia, może schowka na szczotki, zamiast tego zobaczyłam otwartą stalową klatkę windy. Żadnych drzwi, żadnych ochronnych krat, za to dość przestrzeni, by zmieściły się dwie pary szpitalnych noszy. Nie byłam pewna, czy chcę wiedzieć, po co Asowi tak wielka winda towarowa. Zresztą do dziś nie miałam pojęcia, że pod Otchłanią jest piwnica.
Weszłam, a podłoga zadrżała pod moimi stopami. Wcisnęłam zero na panelu. Poza zerem były tam guziki oznaczone P i H. Aria wkroczyła za mną, a drewniane drzwi zatrzasnęły się za nią z trzaskiem. Winda gwałtownie ruszyła, kołysząc się w sposób, który nie budził mojego zaufania, jakby wisiała na jednym, przecierającym się sznurku. Brak krat zmusił mnie, bym cofnęła się na środek windy, gdy ściany z przodu i z tyłu zaczęły się błyskawicznie przesuwać. Opadaliśmy zdecydowanie niżej niż jedno piętro. Zaczęłam podejrzewać, że piwnica Asa jest również schronem.
Gdy dotarliśmy na miejsce, komora windy łupnęła o dno szybu z głośnym tąpnięciem.
– Wciśnij P, żeby Kal nie musiał tamtego znosić po schodach – powiedziała Aria i ruszyła korytarzem. Jeśli demon ciążył jej w objęciach, nie dawała tego po sobie poznać.
Fotokomórki zapalały żarówkę za żarówką na naszej drodze. Po jakichś dwudziestu krokach dotarłyśmy do wielkich, stalowych dwuskrzydłowych drzwi. Aria popchnęła je barkiem i weszła do środka, a ja podążyłam za nią. Pomieszczenie przywodziło na myśl krzyżówkę ambulatorium, kostnicy i pracowni alchemicznej.
Trzy stalowe stoły na kółkach, jakby żywcem wyjęte z katalogu dla patologów, stały na środku pomieszczenia. Ściany i podłogę wyłożono białymi kaflami, z kratkami odpływów rozmieszczonymi w regularnych odstępach. Z sufitu zwisały szpitalne jarzeniówki, a precyzyjniejsze światło dawały stojące przy stołach reflektory chirurgiczne.
Aria ułożyła demona na jednym ze stołów i podeszła do przeszklonej szafki wypełnionej narzędziami – zarówno takimi, jakie można było spotkać w szpitalach, jak i tymi przeniesionymi żywcem z sali tortur. Na półkach stały dziesiątki butelek, fiolek w drewnianych stojakach i słoików wypełnionych rzeczami, których nie uświadczysz w ludzkich placówkach medycznych.
Wyciągnęła brązową dwulitrową butlę z gumowym wężykiem na szyjce, stalową nerkę z igłami i kilkoma rodzajami nożyczek czy klampów oraz słój żółtego proszku. Odstawiła wszystko na wózek na kółkach i dołożyła z szuflady czarną grudę wielkości pięści – mieniła się tęczą w świetle lamp.
Nie wiedziałam, czy mogę jej jakoś pomóc, czy powinnam się ewakuować, zanim dotrze do niej, że zabrała mnie w miejsce, o którego istnieniu pewnie nawet nie powinnam wiedzieć. Pocierałam dłonie lepkie od zasychającej krwi, niepewna, co robić. Musiała to wyczuć, bo rzuciła mi blady uśmiech i poleciła:
– Zapal świece.
Dopiero teraz zauważyłam pięć prostych stalowych świeczników ustawionych wokół stołu. W każdym tkwiła ciemnowiśniowa świeca rozmiaru małej gromnicy. Jedna stała nad głową leżącego demona, dwie po prawej stronie, dwie po lewej. Zerknęłam na podłogę. Dyskretnie wyrysowane na białych kaflach srebrny pentagram i sygile pokrywały całą przestrzeń pod stołem operacyjnym, wzór wpisano w idealny okrąg. Aria rzuciła mi paczkę długich zapałek. Zapalałam świece, poruszając się od szczytu pentagramu zgodnie z ruchem wskazówek zegara. Gdy miałam zapalić ostatnią, powiedziała:
– Lepiej zostań po drugiej stronie. To, co się wydarzy, może być nieco zbyt intensywne dla kogoś, kto nie jest nasz.
Zaufałam jej i zapalając ostatnią świecę, dopilnowałam, by obie moje stopy zostały na zewnątrz wzoru. Ledwie zdmuchnęłam zapałkę, magia zasyczała na podłodze, uzbrajając krąg, a płomienie świec zmieniły kolor na intensywnie niebieski i podskoczyły pół metra w górę. Magia budowała się intensywnie, zapach siarki zakręcił mnie w nosie i pokrył gorzkawą warstwą tył gardła. Urzeczona obserwowałam zwinne i pewne ruchy Arii. Nigdy wcześniej nie widziałam demonicznego opatrywania ran i fascynowało mnie, jak bardzo różni się od tego, co znałam.
Aria zdążyła rozwinąć bandaże, wrzuciła je do stalowej nerki. Usłyszałam nieprzyjemne plaśnięcie przemoczonej tkaniny. Rana z miejsca trysnęła krwią, niepokojąco jaskrawą. Transport zdecydowanie nie przysłużył się Oro.
Demonica ucisnęła ją palcami i zaczęła polewać płynem z butli, ciemnym, o gryzącym zapachu przywodzącym na myśl ocet i jodynę. Płyn pienił się w kontakcie z tkankami, co musiało boleć, bo Oro, choć nieprzytomny, jęknął i próbował się poruszyć.
– Uspokój się, a poskładam cię do kupy – mruknęła Aria, nie przestając polewać rany. Zabarwiony krwią płyn spływał rynienką wzdłuż stołu do szklanego pojemnika w nogach pacjenta.
Skrzydła drzwi otworzyły się gwałtownie i do środka wtoczył się Kal, niosący zwłoki demona. Zrzucił swój balast na drugi stół z niekłamanym obrzydzeniem. Nie dziwiłam się. Temu transport przysłużył się jeszcze mniej.
Przez ten krótki czas, który minął, odkąd dowlekłam go do samochodu, sporo się zmieniło. Wnętrzności nie połyskiwały już żywą czerwienią, były pociemniałe, jakby nabrzmiałe, a smród jego bebechów kojarzył się teraz nie tylko ze śmiercią, ale też z głębokim rozkładem. Skóra, wcześniej pokryta czerwonymi pęcherzami i zwęglona na dłoniach, przybrała nieprzyjemnie zielony odcień, napuchła i zaczynała odłazić płatami.
– Co do cholery? – zapytałam zaskoczona.
– Pewnie pieczęć – odpowiedział Kal, zaciekle szorując ręce nad zlewem.
– Nigdy wcześniej nie widziałam, by robiła coś takiego – zaprotestowałam. – Miała tylko przytrzymać jego duszę, żeby nie zdołał przeskoczyć.
Kal wzruszył ramionami.
– Nie moja działka. Jeszcze coś, o pani? – zapytał z nieskrywanym sarkazmem, zerkając na Arię.
Nawet na niego nie spojrzała, skupiona na szyciu rany.
– Jesteś wolny – rzuciła wyniośle. – Może nie wspomnę Asowi, że bezczelnie dyskutowałeś z rozkazami.
– Jędza – wymamrotał, opuszczając pomieszczenie.
Aria gmerała palcami w ranie i przeciągała przez tkanki czarną nić nawleczoną na zakrzywioną igłę. Sprawnie wiązała supełki, mamrocząc zaklęcia. Po kilku minutach wyprostowała się i odłożyła igłę oraz resztkę nici. Sięgnęła po słój i obficie obsypała ranę żółtą substancją. Rozszedł się gorzki zapach, a rana znów się zapieniła, ale piana nie spływała po szyi na stół, tylko twardniała w żółtawo-różową skorupę. Jako żywo przypominała piankę montażową, choć śmierdziała dużo gorzej. Poza tym pianki montażowej nikt nie użyłby do łatania ran… a przynajmniej taką żywiłam nadzieję.
Aria przez chwilę obserwowała skorupę, jakby chcąc się upewnić, że nie przecieka, po czym westchnęła z zadowoleniem.
– Przeżyje – powiedziała.
Wzięła w dłoń czarną bryłkę i potrzymała ją przez kilka sekund nad płomieniem świecy, a potem nad raną. Grube, lśniące krople skapywały niczym wosk na zaschniętą pianę, aż stworzyły dodatkową warstwę ochronną, połyskującą w świetle jak osad z benzyny na kałuży.
– Lepsze niż bandaże – przyznałam zaskoczona.
– Jeśli jesteś demonem. U ciebie przeżarłoby się do kości. – Parsknęła śmiechem, widząc moją minę. – Zleci chwila, zanim się ocknie, ale zdążyłaś go dowieźć na czas.
– Nie wiedziałam, że jesteś wiedźmą – powiedziałam, zanim zdążyłam ugryźć się w język.
Spojrzała na mnie z uwagą, bez złości.
– W piekle nie ma wiedźm, nie słyszałaś? Ale moja rodzina posługuje się własną magią. Czasami robię z niej użytek. Nic, o czym warto by szeroko rozpowiadać – dodała.
Przekręciłam wyimaginowany kluczyk na ustach i wyrzuciłam go za plecy. Nie całkiem rozumiałam rozróżnienie, które właśnie podkreśliła, ale nie zamierzałam drążyć.
– Zajmę się tym drugim, zanim całkiem się rozbabrze – mruknęła z grymasem na twarzy.
Nie przesadzała. W życiu nie widziałam, by rozkład przebiegał tak szybko. Spalona wcześniej skóra na dłoniach teraz zrobiła się luźna i w każdej chwili mogła ześlizgnąć się z kości. Jakby w te dwadzieścia czy trzydzieści minut zdezintegrowała się podskórna warstwa tłuszczu, a mięśnie zmieniły w budyń.
– To nie jest normalne – szepnęłam.
– Nie jest – zgodziła się i popchnęła stół na kółkach, wyprowadzając go z pomieszczenia.
Poszłam za nią, ciekawa, co zamierza.
As miał pod Otchłanią więcej sekretów, niż mogłam się spodziewać. Nie tylko piwnicę z ambulatorium, ale i chłodnię!
Nie taką jak w kostnicy, ze schludnymi lodówkami, o nie! Bloki lodu wielkie jak zamrażarki skrzyniowe leżały na pokrytej kafelkami podłodze niczym lodowe katafalki. Na dwóch spoczywały zwłoki. Przykryto je białymi prześcieradłami, ale kształt pod nimi nie budził żadnych wątpliwości. Aria przysunęła stół do wolnego bloku i zepchnęła trupa na lód. Gdyby nie miał na sobie ubrania, które wciąż trzymało go w całości, sztuczka mogłaby się nie udać.
Podskoczyłam, słysząc głośne tąpnięcie. Winda, domyśliłam się. Po chwili do chłodni wparował As. Był brudny, jakby czołgał się przez kanały. Ubranie pokrywały białe rozbryzgi, a na twarzy wciąż krwawiło kilka nacięć. Oczy płonęły wściekłością.
Aria zerknęła na niego niewzruszona i powiedziała:
– Oro się wyliże. Ale tego nie znam.
As wypuścił głośno powietrze i przez chwilę gapił się na rozbabrane zwłoki.
– Zobacz, czy zdołasz coś z niego wyciągnąć – zarządził. – Dora, chodź na górę, to nie będzie miły widok. Opowiesz mi, co się, do kurwy nędzy, wydarzyło.
Paliłam się, by zrelacjonować mu, co zaszło, ale znów dała o sobie znać moja paranoja.
– Możemy skoczyć do mnie? Bjarke i Salcia są sami w mieszkaniu. Leon stoi na straży, ale wolałabym osobiście…
– Miron już tam jest – uspokoił mnie.
Odetchnęłam.
– Dobra, i tak musimy porozmawiać – powiedziałam.
I nie chodziło tylko o próbę włamania.
Jeśli ktoś mógł wiedzieć coś o demonie, który buszował w snach Salci, to właśnie on, mistrz szpiegów i najlepiej poinformowany demon na dworze Baala. Miałam dosyć defensywy na moim podwórku, zdecydowanie wolałabym przystąpić do ataku na terenie tego gnoja. Bo byłam właściwie pewna, że to wszystko jest połączone. Szłam o zakład, że włamanie nie było przypadkowe i to nie ja byłam celem napastnika.
Wiedźma z piekła
Copyright © by Aneta Jadowska 2026
Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo SQN 2026
Redaktorka prowadząca – Kasia Kotynia
Redakcja – Joanna Mika
Korekta – Jagoda Kubiesza, Julia Młodzińska, Katarzyna Myszkorowska
Opracowanie typograficzne i skład – Kasia Kotynia
Przygotowanie e-booka - Aleksandra Niedziółka
Chronologia – Marcin Karaś
Ilustracja okładkowa i ilustracje wewnątrz książki – Magdalena Babińska / Dedodesign.pl
Okładka – Paweł Szczepanik / BookOne.pl
All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek
inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana
elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu
bez pisemnej zgody wydawcy.
Książka ani żadna jej część nie może być wykorzystywana do szkolenia systemów sztucznej inteligencji.
Drogi Czytelniku,
niniejsza książka jest owocem pracy m.in. autora, zespołu redakcyjnego i grafików.
Prosimy, abyś uszanował ich zaangażowanie, wysiłek i czas. Nie udostępniaj jej innym, również w postaci e-booka, a cytując fragmenty, nie zmieniaj ich treści. Podawaj źródło ich pochodzenia oraz, w wypadku książek obcych, także nazwisko tłumacza.
Dziękujemy!
Ekipa Wydawnictwa SQN
Wydanie I, Kraków 2026
ISBN (mobi): 9788384067956
ISBN (epub): 9788384067963
Wydawnictwo SQN pragnie podziękować wszystkim, którzy wnieśli swój czas, energię i zaangażowanie w przygotowanie niniejszej książki:
Produkcja: Kamil Misiek, Joanna Pelc, Joanna Mika, Grzegorz Krzymianowski, Natalia Patorska, Katarzyna Kotynia, Edyta Gara
Design i grafika: Paweł Szczepanik, Marcin Karaś, Julia Siuda, Zuzanna Pieczyńska
Promocja:Aleksandra Parzyszek, Piotr Stokłosa, Łukasz Szreniawa, Małgorzata Folwarska, Marta Sobczyk-Ziębińska, Natalia Nowak, Martyna Całusińska, Aleksandra Doligalska, Magdalena Ignaciuk-Rakowska
Sprzedaż:Tomasz Nowiński, Małgorzata Pokrywka, Patrycja Talaga
E-commerce i it: Tomasz Wójcik, Szymon Hagno, Marta Tabiś, Marcin Mendelski, Jan Maślanka, Anna Rasiewicz
Administracja: Monika Czekaj, Anna Bosowiec
finanse: Karolina Żak
Zarząd: Przemysław Romański, Łukasz Kuśnierz, Michał Rędziak
www.sqn.pl
www.sqnstore.pl
www.labotiga.pl
Okładka
tytułowe
Spis Książek Anety Jadowskiej w wydawnictwie SQN
Chronologia Thornverse
Rozdział 1
Rozdział 2
Rozdział 3
Strona Redakcyjna
Reklamy
