Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
14 osób interesuje się tą książką
Każda tajemnica ma swoją cenę. Każdy ruch – swego trupa.
Castor von Wulfhof, były oficer i bohater rebelii, trafia na dwór Księstwa Flavoux jako doradca wojskowy księżnej. Zaznajomiony jedynie z zaściankowymi zwyczajami szlachty, młody kawaler zaczyna lawirować w zależnościach pałacowych, gdzie za uśmiechami kryje się fałsz, za słowami trucizna, a lojalność jest cenniejsza niż złoto. Wpadając w sieć intryg i walki o władzę Castor szybko zdaje sobie sprawę, że zagrożenie nie zawsze kryje się pod postacią skorumpowanych szlachciców, ale także w namiętnościach jego serca.
„Książęcy Gambit” to dworska opowieść w świecie Oculum Mundi opiewająca o ambicji, zdradzie i zasadach, które mogą sprowadzić każdego z liczącej się figury do łatwego do usunięcia pionka. To powieść pełna obyczajowości i pięknych na pozór masek, co szybko tracą swe barwne oblicze. Dowiedz się, czy rodzące się zakazane uczucia, są tylko kolejnym instrumentem do walki o wpływy na salonach czy czymś prawdziwym w tym przesiąkniętym kłamstwem świecie.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 482
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
„Książęcy Gambit” jest dedykowany szczególnie mojemu długoletniemu współpracownikowi Michałowi J. Sobocińskiemu.
Wiedz, że po wsze czasy będę wspominał nasze dziesiątki godzin pracy nad Oculum Mundi
Panie Ebenezerze, proszę wstać.
Starszy mężczyzna, wyrwany ze snu przez głos swojego sługi, pociągnął głośno nosem, rozglądając się wokół. Zauważył swój ogród, pełen krzewów, kwiecistych rabat i drzew owocowych, pamiętających jeszcze poprzednich właścicieli posesji. Przy malinowym chruśniaku stał jego sługa, odziany w liberię z herbem rodu von Plaufenwald.
– Konrad. – Starzec przeciągnął się. – Coś się stało, że budzisz mnie z mojej popołudniowej drzemki? Wydajesz się zmartwiony.
– Bo mam prawo. Jakiś mężczyzna dobija się do bram dworku. Twierdzi, że pana zna.
– A przedstawił się jakoś? – spytał leniwie nobil, odruchowo szukając flaszki z okowitą, którą zostawił na stoliku przed zaśnięciem.
– Powiedział, że nie zrobi tego, dopóki się z waszmością nie zobaczy.
– To go przegoń albo wyślij na niego któregoś z naszych chłopaków – odpowiedział szlachcic, szczęśliwy, że znalazł flaszkę tam, gdzie ją zostawił. – Może w końcu te przeszkolenia bojowe do czegoś się przydadzą…
– Z całym szacunkiem, panie – obruszył się Konrad, podnosząc do góry głowę – ale zrobiłbym to od razu…
– Więc co cię od tego wstrzymało? – zapytał podirytowany całą sytuacją.
– Bo ów mąż wygląda jak półtora mężczyzny i z miejsca by naszych stajennych powalił jedną pięścią.
– O, to interesujące – stwierdził starzec, pociągając z butelki. Zaraz wypluł to, co wziął do ust. – Ocet. Jak ja dorwę te moje wnuczęta, to spiorę ich rzyci tak, że sobie narodziny przypomną. Ale, co my… A tak, przyjezdny. Mówicie, że olbrzym. Coś jeszcze?
– Hm… – zamyślił się majordom. – Ma na sobie kolczugę, pelerynę obszytą wilczym futrem i wielki miecz przerzucony przez ramię. Blondyn z długą brodą. Jakby go zza limesu przywiało. Tego svallarskiego.
– A mówił coś? Prócz tego, że się nie przedstawi.
– Tak, że ma pokrzywówkę, cokolwiek to znaczy.
– Wpuszczaj go! – odpowiedział nagle starszy mężczyzna, zrywając się. – W te pędy!
Konrad nie odpowiedział, tylko skłonił się i odszedł w stronę bramy. Ebenezer w tym czasie sprawdził, czy w żaden sposób nie urazi gościa. Zdarzało się, że gdy odwiedzali Imerslund, jego żonę, był w samych getrach i koszulinie. Na szczęście tym razem miał na sobie spodnie i ciepły koc.
Choć przy tym gościu etykietą przejmować się wcale nie musiał.
Niedługo potem Konrad przyprowadził gościa. Przewyższał on sługę o dwie głowy, a szerokością ramion półtora raza. Miał faktycznie na sobie kolczugę i obszyty futrem płaszcz, ale przy pasie, oprócz wielkiego miecza, jeszcze dwa krótkie i sztylet. Na ramieniu zaś dźwigał dużą, skórzaną torbę. Długie, jasne włosy gdzieniegdzie związał w warkoczyki. Imponującą brodę utrzymywał w nieładzie.
Gdy tylko zobaczył Ebenezera, uśmiechnął się od ucha do ucha, otwierając szeroko ręce.
– Eb, ty stary dziadu! – powiedział donośnym głosem, wciąż idąc w jego stronę. – Tuś mi chłopie!
– Jużem nie chłop, tłumoku – powiedział zachrypniętym głosem szlachcic, ale z równie szerokim uśmiechem. – Ile to lat, Tiberius? Bom przestał liczyć.
Wzięli się w ramiona. Gdy w końcu się rozdzielili, blondyn, dalej rozochocony, skrzyżował ręce na piersi.
– A bo ja to wiem? Wiesz, że nigdym nie był od spraw umysłowych.
– Prawda, prawda. Zawsze tępo ruszałeś do przodu, a potem cię Elise musiała składać. Skaranie boskie z takim żołnierzem jak ty.
– Ale przynajmniej wy potem mogliście se wdrażać te strategie, bo wróg zajęty był mną – parsknął wesoło wojownik.
– Co cię tu sprowadza, druhu? I to ubranego jak na zimę. Przecież lato mamy. Chyba nie przejeżdżałeś koło dworu i stwierdziłeś, że tu mieszka Ebenezer.
– Po karczmach i wsiach tu, w Desteve, gadali, że jakiś czas temu stary wiarus się szlachectwa dorobił. No i padło nazwisko von Plaufenwald. Myślę sobie, no nie, stary Eb nobilem? Być nie może! Zresztą, nazwisko nosił on Plauf, bez enwald. To sięgnąłem języka i ot, przyjechałem, powspominać stare czasy. A strój? A bo to wiesz, co cię na szlaku spotka?
– Czyli, kolokwialnie rzecz ujmując, przyjechałeś się nachlać?
– A jakże!
Po tych słowach, Tiberius wyciągnął z torby dwie zakorkowane butelki wypełnione zielonym płynem. Gdy tylko nobil to zobaczył, sługa mógł przysiąc, że jego panu zaświeciły się oczy.
– Konradzie… – Szlachcic zwrócił się do służącego. – Przynieś kielichy.
– Chybaś się szaleju najadł, Eb – obruszył się wojownik. – Z gwinta będziem walić, jak drzewiej bywało. Chyba to szlachectwo ci we łbie namieszało.
– Bardziej ukulturowiło – prychnął nobil, gestem ręki nakazując, aby jego sługa się oddalił.
Konrad raz jeszcze skinął głową i odszedł od mężczyzn z powrotem do dworu. W tym czasie wojak już zdążył odkorkować jedną z flaszek.
– Gospodarz pierwszy – stwierdził blondyn, podając butelkę.
Starzec ani myślał, aby się w nią wessać. Znał działanie pokrzywówki Tiberiusa. Byłoby głupotą i marnotrawstwem traktować ten trunek jak byle gorzałkę. Wziął mały łyk. To wystarczyło, aby zaczął się krzywić i kaszleć.
– Choć pamiętam, że to paskudztwo mocne jak diabli, to wydawało mi się, że było słabsze… – stwierdził zepsutym głosem Ebenezer.
– A bo trochę zabawiłem u starego Bobaka, co pozwoliło mi ulepszyć recepturę – odpowiedział żołnierz, odbierając butelkę.
– To ten leśny dziad ciągle żyje? A w ogóle, co ty do cholery teraz robisz? Gdzie cię pociągnęło?
– Hm? – zamyślił się blondyn, odrywając się od flaszki. – Jak by to powiedzieć… Nie zagrzałem nigdzie miejsca jak ty. Podróżuję trochę po Cesarstwie, byłem raz z Vittimą na wschodzie, ale dużą część spędziłem we Flavoux. Tam sobie nawet mieszkanko w mieście kupiłem, ale zew przygody był silniejszy. Człowiek może zejść ze szlaku, ale szlak z człowieka nie zejdzie nigdy. Może dlatego, mimo wieku, wciąż zachowuję siły. A nie, jak ty, ciepły kocyk, wygodny dworek, własny służący i…
– Aaaaaaa!
Nieopodal dwaj mężczyźni usłyszeli podniesione krzyki, a po chwili rozległ się tupot biegnących stóp.
– Co to? – spytał Tiberius, z miejsca zrywając się z krzesła.
– Horda barbarzyńców, która okupuje moje ziemie – odpowiedział spokojnie Ebenezer. – W skrócie: moje wnuki.
Niedługo potem przy mężczyznach pojawiła się grupa dzieci. Dwoje z nich podeszło do wojownika, obserwując go z dużym zainteresowaniem. Jedno, najmłodsze, od razu chciało wejść nobilowi na kolana. Drugie, najbardziej odważne, zadało następujące pytanie:
– Dziadku, kto to?
– To Jori – starzec spojrzał na druha, który podniósł ręką jedno z dzieci, ku obopólnej radości – mój stary przyjaciel. Sprzed lat. Też dobry woj.
– Tak silny jak dziadziuś? – spytała dziewczynka siedząca na kolanach.
– Silniejszy – zarechotał żołnierz, podnosząc raz za razem dzieci byłego konfratra.
– Na pewno głupszy – zaripostował Plaufenwald.
– A to może. – Z twarzy blondyna nie schodził uśmiech. – Znamy się z waszym dziadkiem od czasów, gdy…
Tiberius zbastował, gdy szlachcic przejechał po swoich ustach. Zrozumiał, że pewnych tematów lepiej nie drążyć. Mężczyzna zamyślił się.
– Nawet sam nie pamiętam, ale od dawna – powiedział w końcu wojownik. – Mieliśmy masę przygód.
– Ooo! – powiedział Jori, podchodząc do dziadka. – A opowiesz nam o jakichś wspólnych?
– Nie! – powiedziała obrażona dziewczyna, krzyżując ręce na piersi. – Ja nie chcę nic o biciu się.
– Ale one są fajne!
– Ja chcę o księżniczkach i królewnach!
– Ale mają być rycerze!
– I czary!
– I wojownicy!
– Ech, to może wam Tiberius coś opowie – stwierdził zniechęcony Ebenezer, świadomy, że jego stary druh nie nadaje się do opowiadania historyjek.
– Jasne! – zakrzyknął radośnie blondyn, co wprawiło szlachcica w osłupienie, a dziatwę w radość.
– Rzeczywiście, sporo się musiało zmienić u ciebie, Tiberiusie – mruknął Eb, pociągając z flaszki i spoglądając, jak wnuki zbierają się wokół drugiego mężczyzny.
– Królewny, księżniczki, czary, rycerze i wojownicy – powtórzył blondyn. – To wszystko będzie w mej historii. A słuchajcie uważnie, bo nie będę dwa razy powtarzał. No więc wszystko się zaczęło, gdy ja i wasz dziadek walczyliśmy wspólnie w wojnie Cesarstwa i Republiki Norithoru…
– Ali’sal, masz szluga?
Elfka spojrzała przez ramię, dostrzegając krasnoludzicę i ludzką kobietę, zamykające drzwi do palarni.
– Znowu żulisz? – jęknęła ostroucha, wyciągając jednak paczkę na złote rozdanie. – Chyba już mi z rakietę wypaliłaś w tym roku, Marta.
– Nie jęcz tak głośno, ostroucha – burknęła kransoludzica, patrząc w dół schodów. – Chyba coś słyszę.
– Grundi, ile razy ci mówiłam? – westchnęła Marta, oddając alvce paczkę papierosów. – Nikt tędy nie chodzi. Czwarty rok tu palę i nic. Zresztą, nie tylko studenci. Sama widziałam, jak ta doktor od epoki żelaza chodzi tu jarać.
Ali’sal przyznała jej rację. Przejście boczne uczelni, między czwartym a piątym piętrem wydziału historycznego w Pozat służyło wielu studentom jako wewnętrzna palarnia. Nawet dorobiła się nazwy Archeopub, gdyż najczęściej korzystali z niej właśnie studenci archeologii, którzy po egzaminach pili tu piwo i wino.
– Co to w ogóle za notatki? – Marta spojrzała na teczkę alvki.
– To? A tam. – Machnęła ręką. – Mam zaraz egzamin z historii starożytnej. Myślałam, że się pouczę, ale chuj, najwyżej będzie poprawka po wakacjach.
– A z kim? – dopytała się Grundi. – Bo jak z Pręcikiem, to pewnie pisemny i on często wychodzi z sali.
– No właśnie nie. – Długoucha wypuściła z ust dym. – Korkowska z Milewskim, razem. I to ustny.
– E, to też luz. – Znów machnęła ręką ludzka kobieta. – To pewnie cię będą maglowali z okresu schyłkowego Cesarstwa Ingradyjskiego.
– To mi wszyscy mówią, ale kurwa, mi akurat ten temat najgorzej wchodzi – odpowiedziała, rzucając peta na ziemię. – Jebnięty.
– E, prosty – machnęła ręką ludzka kobieta, biorąc notatki. – Pewnie się stresujesz. Mamy cię przepytać?
– Nie ma po co – odpowiedziała Ali’sal, opierając się o ścianę. – Mówiłam wam, że jak nie zdam, trudno.
– Pierdolisz. – Grundi zabrała notatki i zaczęła je przeglądać. – No, jest. Dobra, czy ktoś odpowiadał z Konfliktu Norithorskiego?
– Yyy, chyba nie. – Elfka wzruszyła ramionami.
– Dobra, to pewnie to dostaniesz. – Marta zapaliła papierosa. – Powiedz mi, jaka była geneza konfliktu?
– Hm… No więc trzeba zacząć od problemu dominacji Najjaśniejszej Republiki Modris. Niby po pokoju w Pozat w 541 r. Norithor miał ulgi na towary atrynijskie, ale mimo to wojna, która wybuchła krótko po Krucjacie Wschodniej, sprawiła, że produkty ze wschodu nie wpływały do portów Klejnotu Południa. Natomiast bardzo opłacalne okazało się sprowadzanie broni od kupców cesarskich. A na to niemal monopol w tym czasie miało Modris. Postanowienia traktatu szybko poszły w odstawkę, co spowodowało, że mieszczanie coraz bardziej się burzyli, że cesarz na to pozwala.
– Wystarczy powiedzieć, że to kwestia dominacji ekonomicznej Modris i będzie luz – machnęła ręką Grundi. – No, ale to powód ekonomiczny. A co z tym, no, rasowym?
– Znowu zaczynasz? – warknęła Ali’sal. – Wszędzie widzisz aspekty dominacji rasy ludzkiej. Za dużo chodzisz na spotkania tych twoich grup równościowych.
– Ej, to, że możemy żyć i studiować, to jedno, ale krasnoludowie wciąż muszą pracować w kopalniach za gorsze pensje od ludzi – ciągnęła dalej dziewczyna. – A wy, elfowie, to nie lepsze, bo też nam zabieracie fuchy!
– Widocznie lepiej się przystosowaliśmy niż wy – prychnęła elfica. – Poza tym, my też walczmy o prawa. Weź sobie to stassartiruj na necie, to sama zobaczysz.
– Ej, laski, spokój – przerwała w końcu Marta. – Ostroucha zaraz ma egzamin i miałyśmy ją pytać, a nie wdawać się w rozmowy o równości ras. Ale Grundi trochę racji ma. Bo faktycznie, kwestie rasowe też coś mają wspólnego z całą sytuacją w czasie Konfliktu Norithorskiego. Pamiętasz, o co chodziło, Ali’sal?
– Chodzi o to, że elfowie namówili na utworzenie w Norithorze akademii magii, a władze Norithoru odrzuciły Trakt o Diabelskiej Sztuce? Wiesz co, no niby tak, ale to tylko według Vittimy i Satterdaha z kalendarium. Elfy w żaden sposób nie wpłynęły na bunt. Po prawdzie mogło to wyglądać tak, że Modris wykorzystało tę plotkę, aby przekonać cesarza do ataku na konkurenta. Jak to się mawia, casus belli.
– I ty mówisz, że nic nie wiesz – prychnęła Marta, gasząc papierosa. – Zajebiście jesteś przygotowana, laska.
– No nie wiem – mruknęła elfka, sięgając po następnego papierosa. – Nie za bardzo czaję tę sytuację wewnętrzną w Norithorze. Te bunty w buncie i tak dalej.
– Dobra, to ci powiem, bo to proste – tym razem odezwała się Grundi, siadając na schodach. – Jak cesarz ogłosił Republikę Norithoru heretykami, to się ludzie podzielili: jedni byli procesarscy, drudzy prorepublikańscy. Odnosi się to w większości do szlachty w Republice. Jedna była zadowolona z obecnej władzy, reszta wolała przygotować grunt dla cesarskich. Doszło do kilku małych potyczek i jednego większego oblężenia pod Hagenbach.
– He, he, zajebista sprawa – wtrąciła się Marta. – Ten dowodzący oblężeniem, Otton Stauf, świetnie wymanewrował, posyłając im swojego zięcia.
– Pieprzysz, to nie było tak – żachnęła się krasnoludzica. – Ale Stauf faktycznie jest ważną postacią, bo to on potem dostał dowodzenie od doży. W każdym razie, sytuacja się uspokoiła po oblężeniu i to rychło w czas, bo cesarscy już byli u granic. Ale na szczęście przybyły też posiłki z Atrynii, która była w sojuszu z Norithorem.
– O, chodzi pewnie o Zielone Pola – nagle ożywiła się Ali’sal. – Ta bitwa…
– …ta bitwa, szanowni państwo, będzie swoistym tutorialem w naszej grze The Emperor: Ingrad Empire – powiedział stojący na scenie mężczyzna, przekładając kartki papieru i kątem oka patrząc na ogromny ekran za sobą.
Wśród publiki targów The Magnificent w Kelrad rozległy się gromkie oklaski, co przedstawicielce firmy NorithorEntertaiment, Johannie Freistag, bardzo się spodobało. Zauważyła, że na wielkim telebimie, już zamiast logotypu gry pojawiła się interaktywna mapa bitwy, podzielona na pół, gdzie rozstawione były cyfrowo generowane jednostki.
– Już teraz widać, że znacznie poprawiliśmy grafikę w stosunku do poprzednich gier z serii Emperor – mówiła kobieta, wyciągając z kieszeni laserowy znacznik, po czym wskazała na konkretne punkty. – Próbowaliśmy jak najdokładniej odwzorować efekty graficzne, takie jak mgła czy teren po deszczu, które też będą miały znaczenie w czasie gameplayu. Mapa jest w pełni odwzorowaniem terenu pola bitwy. Dodaliśmy nawet mokradła powstałe po ulewie. Wpływa to na oddziały ciężkiej jazdy, które będą się bardziej męczyły, co ma działanie na morale. Oczywiście, pewne elementy otoczenia pozwolą trochę zanegować efekty, ale myślę, że lepiej to uwidoczni sam pokaz. A skoro o tym, mowa: oto nasi generałowie!
Na scenę weszło dwóch mężczyzn ubranych w koszulki firmowe z logo The Emperor: Ingrad Empire. Zaczęli machać do publiczności i zajmować miejsca przy komputerach.
– Moi koledzy będą się wcielali w poszczególne strony konfliktu. Ale, aby nie kłócić się kto jest lepszym graczem, obiecali sobie, że będą starali się odwzorować bitwę w najbardziej historyczny sposób.
Po publice rozległa się salwa śmiechu.
– Jean Sanderday wcieli się w oddziały walczące po stronie Cesarstwa Ingradyjskiego, zaś Roman Virminsky w zjednoczone siły Republiki Norithoru i najemników z Atrynii. Czy gracze są gotowi?
Obaj mężczyźni skinęli głowami. Kobieta rozpoczęła grę, a na ekranie pojawiły się jednostki.
– Jak widać, poprawiliśmy znacznie jakość grafiki przy zbliżeniach, ale to oczywiste. Nieco bardziej istotne jest to, jakie nowe mechaniki wprowadziliśmy. Niezmienione zostały podstawowe założenia jak chowanie się w lasach. Jak widać, Roman rozstawił swoją ciężką jazdę gryfońską wśród drzew. Dobra taktyka, jednostki nie męczą się, gdy są w cieniu. Do tego, swojego dowódcę, Ottona Staufa, czyli jednostkę elitarną, ustawił blisko oddziałów, by mógł od razu odpalić umiejętność specjalną, czyli zwiększone morale. Rzuci ją na lekką jazdę. Natomiast Jean, zgodnie z przekazami historycznymi, wszystkie swoje wojska rozstawił na wzgórzu, ale w słońcu. Będzie to działało negatywnie. Za to jego wódz daje premię do szarży dla swoich ciężkich jeźdźców.
Gdy gracze się rozstawili, Johanna nacisnęła przycisk startu.
– Ruszyli! – krzyknęła, a cała sala jej zawtórowała. – Roman, zgodnie z historią, w pierwszej kolejności wysłał swoją lekką jazdę. Włączył jej tryb uderz i uciekaj, dzięki czemu, gdy wróg się będzie zbliżał, będą mogli się wycofać bez ingerencji gracza, dalej strzelając z łuków. Podjeżdża pod wzgórze… i jak można było się spodziewać, Jean zaczął szarżę. Rzucił wszystkich swoich ciężkich jeźdźców, nie bacząc na piechotę. Bonus od jego wodza, Sigfrida von Schwalzwalda, sprawia, że mogą dogonić nawet lekką jazdę. Co, jak widać, im się udaje. Szarża zadaje sporo strat w lekkiej jeździe, ale w końcu harcownikom udaje się uciec, ale też bonus do szarży wojsk cesarskich przestaje działać. U Romana wielu ma już wahające się morale, a gdyby nie skill generała armii, pewnie byłaby rozbita. Jednak wojska Republiki nie dają za wygraną!! Gracz ze strony Norithoru odpala umiejętność dowódcy lekkiej jazdy, Castora von Wulfhof. Tak, proszę państwa! Teraz można mieć aż kilku wodzów na polu bitwy, co znacznie zmieni imersję bitew. Tą specjalną mocą u harcowników jest wigor, co pozwala na jakiś czas zwiększyć morale i szybkość. Mocą obejmuje wszystkich tych, co są w zasięgu. I Roman ponownie zaczyna jechać w stronę wojsk Jeana. Ten, jak się można domyślić, ponawia natarcie, ale moc jego wodza jeszcze się nie załadowała, przez co nie są w stanie dogonić wojsk Norithoru! I… tak! Virminsky zapędza wrogą jazdę niedaleko lasu, gdzie czekają już Gryfoni! Piękna pułapka! Kawaleria Atrynii uderza na flankę wrogich jeźdźców! Uruchomił specjalną umiejętność Gryfonów Huza, dzięki czemu ich szarża się poprawia. Piękne! I rusza piechota z Norithoru. To dobry moment, aby przyjrzeć się jednostkom i szczegółom walki…
Po tych słowach, Johanna zaczęła prezentować wygląd poszczególnych jednostek, efekty krwi i gorąca, a także indywidualność potyczek. Włączyła też specjalną kamerę, gdzie gracz mógł obserwować wszystko z perspektywy jednostki.
– I… Sigfrid von Schwalzwald pada! Jak widać, załatwił go zwykły włócznik! Jednostki cesarskie tracą morale… i znów uderza lekka jazda, tym razem wręcz, bo skończyły się strzały! Co prawda, mocno poharatana, ale udaje im się całkowicie zniszczyć wolę walki! Wojska Jeana uciekają! Koniec bitwy!
Na sali rozległy się oklaski, a ekran pola bitwy pokazał podsumowanie rozgrywki w formie tabeli. Zawierała ona liczbę poległych, herby obu stron i wynik bitwy. Zadowolona Johanna z dumą obserwowała, jak audytorium z entuzjazmem reaguje na ostatni smaczek.
Na cutscence zwycięska strona rzucała pod nogi swego dowódcy zdobyte chorągwie.
Mąż ów na scenę historii wszedł, gdy Republika Norithoru bunt przeciw Cesarstwu wszczęła. Człek to ponury, nieskory do żartów i butny, acz ze znacznym pokładami odwagi, czego dowód dał, drwiąc ze swych oprawców podczas oblężenia Hagenbach. Z owej brawury takoż zasłynął w wielu bitwach jako dowódca jazdy, gdzie obraz znakomitego zmysłu strategicznego dał pokaz. Lecz to nie z rebelią jego najważniejsze sukcesy są związane, a wydarzeniami, co w Księstwie Flavoux szczególnym echem obiegły.
Mikko Saterdeh, Historia sekretna
Stauf spoglądał w stronę narastającego stosu chorągwi padających u stóp jego, doży i pułkownika Zakrzewskiego. Chciał skomentować widok, ale po chwili przyniesiono proporzec wielkiego mistrza zakonu Gorejącego Słońca. Niedługo potem dwóch mężczyzn położyło na noszach ciało samego Sigfrida von Schwalzwalda. Płaszcz i zbroja zakonnika, pokryta krwią, trudna by była do identyfikacji osoby ją noszącej, gdyby nie ogień w koronie, symbol statusu.
– Cios pod pachę – mruknął szlachcic, przyglądając się uważniej ranie. – Prawdopodobnie włócznia lub widły. Paskudna śmierć.
– Nie musiał tu przychodzić, Ottonie – odburknął doża. – Czyż dobrze mówię, panie pułkowniku?
– Znałem go z opowieści – odpowiedział Seweryn, nie mogąc oderwać wzroku od truchła. – Uważał, że jest ponad wszelkie mocarze. Myślał, że tam, gdzie jego rzemiosło wojenne zdawało egzamin, zda i gdzie indziej. I choć gwałtownik, honorowy do końca. Należy okazać mu szacunek i wystawić godny pochówek.
– Prawdę mówicie, panie pułkowniku – powiedział Stauf, dłubiąc w nosie. – Ale wciąż to tylko ciało i chorągiew. Niedługo uszyją następną i nadadzą tytuł nowemu zakonnikowi. Wszystko płynie, jak mawiają filozofowie. Lepiej nam radzić, co czynić dalej, a nie dywagować nad pogrzebem. Panie Tepper, sugestie?
– Poślemy posłańców do cesarza. – Wolfgang, doża Republiki, zdawał się wyrwany z jakichś rozmyślań. – Wymusić na nim wycofanie się swoich sił z naszych ziem. Wyślemy mu także te chorągwie, w dowód szacunku, a także notę dyplomatyczną, że mamy dość sił, by dalej ciągnąć wojnę.
– To świetny pomysł – parsknął Otton, kręcąc głową. – O ile w naszym zamyśle jest jeszcze bardziej rozjuszyć ryżego cesarza. To nie my winniśmy wysyłać emisariuszy do nich, tylko oni do nas. Stawiałoby nas to w roli przegranego, a zwycięstwa trzeba wykorzystywać. Stąd mam inną sugestię.
– Mówcie. – Doża machnął dłonią jakby od niechcenia.
– Lekką kawalerię wyślemy na północ, by sabotowała wrogie ataki podjazdami, obniżając morale. Jeśli będzie trzeba, połączy się chorągwie należące do różnych szlachciców pod jednym dowództwem. W międzyczasie cechy zaczną zbierać pieniądze na wystawienie większej ilości najemników, którzy obejmą straż nad murami co ważniejszych miast.
– O ile mnie pamięć nie myli, panie Stauf – zaczął Tepper – to, przygotowując się do odparcia wojsk zakonnych, nie byliście zwolennikami fortyfikowania się w mieście. A co ważniejsze, nie będziemy w stanie w pełni wykorzystać potencjału naszych atrynijskich sojuszników.
– Prawda li to! – przyznał Zakrzewski, podkręcając wąs. – Jesteśmy jeźdźcami, a nie piechociarzami!
– Walcząc z zakonem Gorejącego Słońca sensowniejsze wydawało się wydanie walnej bitwy w polu, by pokonać awangardę, a nie czekać aż wróg zbierze posiłki. Wielki mistrz był wspaniałym rycerzem, ale do rzyci strategiem. Jego taktyka, polegająca na miażdżącej szarży, jest bardzo łatwa do skontrowania. To pierwsza rzecz. Druga: wojskami cesarskimi dowodzi sam marszałek Raizner, żołnierz, co wojnę wyssał z mlekiem matki. Wraz z nim idą siły o wiele lepiej wypoczęte, uzbrojone, a nade wszystko liczniejsze. Gdybyśmy im stawili opór w polu, zmysł taktyczny Ulifa i zmasowana piechota, trzon armii Rispodelha Młodszego, zwieńczyłby bitwę szybko na naszą niekorzyść. Dlatego lepszym rozwiązaniem jest przygotować się na oblężenie.
– Zdajecie sobie sprawę, panie Stauf, iż cechy nie będą rade tej myśli – stwierdził doża, spoglądając na niego spode łba. – I tak już sporo straciły na tej wojnie.
– Stracą więcej, jeśli ją przegramy. Zresztą, lekka jazda opóźni pochód wojsk Raiznera na tyle długo, żebyście mogli przekonać mistrzów, by sypnęli denarami. Tuszę, że w dywersji pomogą nam wasi Wilcy, pułkowniku. Z tego, com słyszał, nigdy im mało podjazdów.
– To już trzeba z ichnim dowództwem się rozmówić – odparł Seweryn, uśmiechając się zawadiacko pod wąsem. – Choć pewno łupów im wciąż mało, tedy się zgodzą.
Otton kiwnął głową z zadowoleniem. Choć miał pewne obawy, czy dobrze byłoby puszczać na rejzę lekkich jeźdźców z Atrynii, to co do jednego miał pewność: zgotują piekło, gdziekolwiek się udadzą.
Spośród wszystkich wojsk atrynijskich, jako jedyni nie pobierali żołdu i, by grosz w kiesie się zgadzał, żyli wyłącznie z grabieży. Choć skuteczni w swym rzemiośle, to gdy nie było już czego najeżdżać, nierzadko atakowali co im się nawinie, nieważne czy wrogie, czy sojusznicze. Istny miecz obosieczny, lecz przy dobrym wodzu, jak choćby Stauf, byli cennym narzędziem mogącym uczynić więcej dobrego aniżeli złego.
– A więc obrona grodów. – Doża klasnął dłońmi, kontent decyzji. – Wyślę wieści do najważniejszych miast Republiki, by cechy zaczęły się zbroić. Niemniej uczynię to dopiero po uczcie.
– Uczcie? – Rozbiegany wzrok Ottona gwałtownie przesunął się w stronę Teppera. – W tym momencie?
– Oczywiście! – Zadowolony władca Republiki poklepał ojcowsko szlachcica po ramieniu. – Cóż lepszego będzie niż napawanie się zwycięstwem przy kielichu wina? A jak akompaniują temu muzykanci wprost z Akademii Sztuk Pięknych… Wieczór staje się jeszcze wspanialszy! A wszystko to pośród skandującego krzyku zwycięskich w bitwie.
– Aprobuję myśl. – Zakrzewski kilka razy kiwnął głową. – Nic tak nie smakuje po bitwie, jak dobra biesiada.
– Postanowione! – zakrzyknął Wolfgang, odwracając się piętą w stronę obozu. – Stauf, tuszę, że się również pojawisz, a nie będziesz podpierał namiot?
– Za nic bym jej nie przegapił – odpowiedział chłodno przedstawiciel błękitnej krwi kłaniając się mijającemu go porucznikowi, który odwzajemnił grzeczność. – Lecz pierwej obowiązki. Przygotuję ciało do odesłania i sprawdzę, jak się mają morale wśród wojsk.
Zadowolony doża raz jeszcze poklepał nobila po ramieniu i, nucąc wesołą melodię, oddalił się. Szlachcic z Norithoru z lekką pogardą spojrzał na miejsce, gdzie dotykał go Wolfgang i, wzdychając i kręcąc głową, wskazał dwóm gwardzistom, aby zabrali zwłoki wielkiego mistrza. Po oddaniu honorów wykonali rozkaz i znikli mu z oczu. Niedługo potem Otton również zszedł ze wzgórza i w towarzystwie swojej personalnej straży, udał się wprost do obozu wojsk republikańskich.
Świętowanie trwało już w najlepsze. Piwo lało się strumieniami wprost do gardeł żołdaków, w przerwach między okrzykami wiktorii i sprośnych piosenek. Co rusz, mijając namioty, Stauf otrzymywał propozycję napicia się z kufla czy zakąszenia pieczonej baraniny. Za każdym razem odmawiał, lecz nie ze wzgardy wobec żołnierzy, a ze znużenia. Mimo to, wiarusy co rusz skandowali jego imię, na przemian z kilkoma innymi znamienitymi dowódcami w tej bitwie.
Lecz ani razu nie padło imię doży.
Pośród tego rozentuzjazmowanego obozu dwa miejsca wyglądały ponuro niczym stary cmentarz. Pierwszy to oflag, gdzie pokonani, pod czujnym okiem wyznaczonych do pilnowania strażników, patrzyli spode łba na celebrację. Stauf nie czuł współczucia. Wiedział, że zostałby potraktowany dokładnie tak samo, gdyby był po przegranej stronie. Ba, kto wie, czy nie gorzej. Niektórzy z więźniów mieli na tyle majątku by się wykupić. W jego przypadku zapewne uznano by go za zdrajcę i skazano na ścięcie, nieważne ile złota by zaoferował.
Drugie grzmiało od kakofonii agonii, cierpienia, nawoływań bogów o łaskę i innych krzyków towarzyszących lazaretowi. Nie bez zobojętnienia wpatrywał się na wynoszone amputowane członki, mając w głowie, że traci w ten sposób wielu dobrych żołnierzy. Nobil zatrzymał się na chwilę, szukając namiotu z symbolem kompani najemniczej Oko Belladona. Zlecił znajomej medyczce z ich oddziału zajęcie się jego zięciem, Castorem. Podchodząc bliżej, usłyszał siarczyste złorzeczenie i stoicki głos kobiety nakazujący, by nie jęczał. Odetchnął z ulgą.
Zięć był mu jeszcze bardzo potrzebny w jego dalszych planach.
Kwatera Staufa mieściła się na pagórku i była otoczona innymi namiotami zamieszkiwanymi przez wysokiej rangi oficerów. Otton skinął na kilku z nich i ojcowsko poklepał po ramieniu. Dochodząc do swojego pawilonu zauważył dwóch mężczyzn stojących przed jego wejściem, którzy zdecydowanie nie wyglądali na wojskowych.
Pierwszy z nich, ubrany w czarny dublet i białą koszulę z koronkami na rękawach, opierał dłoń na szabli. Nosił krótkie włosy i był dobrze ogolony, a na piersi wyszyty miał herb Marchii Walsberg, jednej z części składowej Cesarstwa.
Szaty drugiego były bardziej krzykliwe i obcisłe, noszące barwy i symbol Księstwa Flavoux. Wyróżnikiem były rude włosy, uchodzące wśród cesarskich za przejaw głupoty, choć w tym przypadku było inaczej.
Wszak na ambasadorów zwykle nie wybierano głupców.
– Sebastion Waer! – Stauf otworzył szeroko ramiona, kierując się w stronę ubranego na ciemno emisariusza. – Cóż za nie lada niespodzianka. Myślałem, że ujrzę tę twoją ponurą mordę wraz z resztą rojalistów na polu bitwy.
– Radość jest odwzajemniona, przyjacielu – odpowiedział mężczyzna w czerni, ściskając Ottona. – Cóż, może i by tak było, ale margrabia dał mi wyraźne polecenia, abyśmy się nie mieszali do spraw zewnętrznych. Znacznie ważniejsze jest, by nasze siły dbały o kwarantannę. Z własnej eksperiencji wiesz, że z morowym powietrzem nie ma żartów.
– A nas, jak zwykle, nikt o zdanie nie pytał – odpowiedział mężczyzna w barwnym stroju, uśmiechając się od ucha do ucha. – Opuszczeni przez cesarza i senat, jesteśmy tam, gdzie nasze miejsce: w zapomnieniu.
– Ja nie widzę w tym powodów do radości, Vigo – odparł nobil z Norithoru witając się z ambasadorem w ten sam sposób, co z Sebastionem. – Wasza polityka, polegająca wyłącznie na intrygach we własnym podwórku nie wróży wam dużego znaczenia politycznego w Cesarstwie.
– Dlatego wszystko, co dobre, kręci się tylko wokół mojego państwa. – Zaśmiał się mężczyzna z Księstwa Flavoux. – Poczytuję to jako nasze absolutne zwycięstwo.
– Ale wasza moda przyprawia mnie o ból pachwiny, Kasapi – mruknął Waer, lustrując ambasadora od stóp do głów. – Czy to prawda, że nosicie rajtuzy zamiast spodni?
– Pal sześć, jak kto się ubiera. – Machnął ręką Otton. – No, mówcieże, co was tu sprowadza.
– Jak to co? – zdziwił się nobil z Marchii Walsberg. – Osobiście chcieliśmy złożyć gratulacje z okazji wiktorii nad siłami zakonnymi.
– To chyba powinniście iść wprzód do doży. – Stauf uśmiechnął się krzywo. – W końcu to on dowodził całą bitwą.
– Na tę chwilę nikt prócz ciebie nie wie, że tu jesteśmy, to prywatna wizyta stwierdził Kasapi, a z jego ust wciąż nie schodził parszywy uśmieszek. – Gratulacje głównemu, pożal się Eo, bohaterowi, złożymy później, pewnie w bardziej ceremonialnych okolicznościach.
– Okazja będzie zapewne na uczcie, o ile nie zagłuszy was kakofonia muzykantów i wrzaski spitych artystów. – Otton klepnął obu towarzyszy po plecach. – Skoro o piciu mowa, to nim skosztujecie wina wprost z dożowych piwnic, co powiecie na prawdziwy trunek? Mam coś specjalnego. Miałem zamiar to wypić w samotności, aby znieczulić się przed tą biesiadą, ale wasza kompania będzie mi równie miła.
– Mnie do picia nie trzeba namawiać – parsknął Waer. – Ale boję się o delikatne gardło Vigo.
– Wychowała mnie żmija. Z taką matką niestraszna mi żadna trucizna.
Szlachcic raz jeszcze klepnął ambasadorów po plecach, po czym wprowadził ich do namiotu. Po wejściu do środka gości uderzył kwaśny zapach przepoconych szat, świadczących o trwającej już długi czas kampanii. Stauf sięgnął do wora przy jednej ze ścianek i wyciągnął z niej butelkę z zielonkawą substancją.
– Skąd masz to… coś? – zapytał Flavończyk z dozą niepewności, spoglądając na ciecz.
– Wygrałem to od jednego z najemników w kości – powiedział Otton, odkorkowując flaszkę i rozlewając napój. – Niezły był z niego mocarz. Jak przegrał, myślałem, że rozerwie mnie na dwoje i przedwcześnie będę śpiewał w Ogrodach Walsowych. Ale okazał się uczciwy i z uśmiechem na ustach oddał fant, dziękując za dobrą grę. Ot, siłacz o miłym usposobieniu.
– Niezbyt dobra cecha u najemnika – stwierdził Vigo.
– No, nie wiem. – Norithorczyk wzruszył ramionami. – W czas bitwy widziałem, jak mieczem rozpłatał dziesięciu mężczyzn, nie okazując przy tym żadnych emocji. Rzecz to jednak nieważna. Bierzcie czasze, acz ostrzegam: czegoś tak mocnego jeszcze nigdy nie piliście.
– Kto nie ryzykuje, nie wygrywa – powiedział ambasador Marchii Walsberg, unosząc puchar. – Zdrowie, panowie.
– Zdrowie! – zawył Otton.
Goście, po oddaniu toastu, przyłożyli usta do naczyń i wlali płyn do gardeł. Po chwili Kasapi i Waer łapali powietrze w usta, a oczy zalały się łzami do czerwoności.
– Stauf, na cyce świętej Małgorzaty! – jęknął ochrypniętym głosem Sebastion, łapczywie szukając oddechu. – Czy ty chcesz nas zabić?
– Z czego to jest zrobione? – dopytał Flavończyk, dysząc jak dziki zwierz.
– Ów najemnik wspominał, iż wyrabia to jeden z drwali z jego rodzinnych stron. Trunek pędzi z pokrzyw i innych roślin, które znajdzie w lesie – odpowiedział Otton z rozbawieniem patrząc na reakcję kompanów. – Wspomniał coś o nazwie Drzewinki. Rzec trudno czy to nazwa wsi, czy jakieś miejsce w lesie. Pewne jest jedno: to najmocniejsze świństwo, jakie w życiu piłem.
– Nie mogę się nie zgodzić – przyznał Sebastion, odkładając czarę i wciąż się krzywiąc. – Lecz jesteśmy tu, by nie o trunkach rozmawiać. Jako ambasadorowie stronnictwa, co zachowali neutralność i przebywają na dworze doży, chcąc nie chcąc, przyjdzie nam gratulować zwycięstwa Tepperowi. To rzecz oficjalna.
– Nieoficjalnie, składamy w twoje ręce gratulacje za majestatyczną wiktorię nad zakonami. – Na twarzy Vigo znów zagościł śliski uśmiech. – Cesarz jest bardzo kontent z tego powodu.
– Ach! – Na twarzy Ottona zagościł złośliwy uśmiech. – Więc tak Rispodelh znalazł sposób, aby się ze mną skontaktować. Użycie przedstawicieli neutralnych krajów jako posłańców? Sprytne. Chyba muszę zmienić nastawienie dla tego ryżego frędzla.
– W zasadzie pomysł podrzuciło mu Modris ustami Tasartira, więc nie łudź się, że panujący wykazał się jakąś inicjatywą w tej gestii. – Sebastion pokręcił głową, parskając pod nosem. – Zresztą, to nieistotne. Kazał przekazać, że w przypadku wygranej wywiązałeś się z umowy. Niszcząc forpocztę, osłabiłeś potężny filar, jakim były Zakon Gorejące Słońca i Zakon Grobu Świętego Thaddeusa. Ich głos przestanie się liczyć w Senacie, a wielu przeciwników sukcesji po Verusie pokornie przejdzie na stronę Rispodelha.
– Oczywiście, nie wszyscy – wtrącił się szlachcic z Flavoux. – Ród Dor, mający zawsze dobre relacje z kościołami, będzie wznosił obiekcje, by przywrócić im siłę. Lecz ich stronnictwo nie jest na tyle potężne, by miało jakiekolwiek znaczenie. Ci, co trzymali stronę zakonów, z wolna zaczną dostrzegać superlatywy bycia niezależnym od spraw wiary. A co do ciebie, oczekuj, że zostaniesz obsypany jakimiś wymyślnymi tytułami, ale co ważniejsze, twój ród wejdzie w strukturę Senatu.
– Istotnie, wspaniałe wieści! – przyznał Stauf, zadowolony, pociągając z kielicha. – Wierzę, iż pałac, który sobie wypatrzyłem w Kelrad jest wciąż do wykupu. Żaden inny nie pomieści moich rzeczy z twierdzy w Republice.
– A skoro już przy tym – zagaił Waer, uderzając palcami o stół. – Jak zamierzasz połączyć się z armią Raiznera, by nie wzbudzić podejrzeń?
– Wolfgang Tepper to ślepiec, a żaden z jego przybocznych nie jest na tyle bystry, by zauważyć przejście wielkiej armii, nawet gdyby maszerowała pod ich oknami. – Otton wyszczerzył się od ucha do ucha. – Niemniej, dmuchać na zimno zawsze warto. Lekkiej kawalerii nakażę udać się na północ pod pretekstem akcji dywersyjnych. Oczywiście to ułuda. O! Dywersja dywersji, że tak to ujmę. Z mojego ordynansu jeźdźcy po prostu udadzą się bezpośrednio do obozu cesarskich, by oddać się na służbę marszałkowi, a tam czekać będą rozkazy o zajęciu Staufwaldu, mych rodzinnych włości.
Otton usłyszał ciche parsknięcie ze strony Vigo, przesuwającego palcem po brzegu pucharu. Jego mina wskazywała na pewną wzgardę wobec słów Staufa, ale nic nie mówił. Szlachcic ciągnął dalej:
– Na dwór doży szybko przyjdzie wieść o zdradzie wojsk i szykowanym oblężeniu. Tepper, jak ma w zwyczaju w sytuacjach kryzysowych, zacznie robić pod siebie, gdy dojdzie do niego, że to brama do miast wewnątrz Republiki. Wyjdę wówczas z propozycją, ażebym ruszył w sukurs mym ziemiom, bym uderzył z zaskoczenia na oblegających. Wolfgang na to przystanie, bo znów ktoś go wyręczył w myśleniu. Gdy będę już pod Staufwaldem, poddam gród i dołączę do Ulifa, a wraz z nim, zdobywając miasto po mieście, stanę pod stolicą.
– Widzę lukę. – Vigo zebrał się w sobie, by w końcu się odezwać. – Skąd pewność, iż wysłani żołnierze ochoczo dołączą do wojsk cesarskich? Ich rodziny znajdą się w łasce żołdactwa, a ci nie przebierają w środkach. Gwałty, rabunki, gorejące wsie. Mogą chcieć pomsty i, miast regularnej armii, będziesz miał swawolników.
– Bo nie mam zamiaru oddawać ich pod komendę byle Hainrichowi z Psiej Budy, przyjacielu. – Ostatnie słowo zaakcentował pretensjonalnie. – Wyślę swojego najbardziej zaufanego człowieka, co jest mi niemało winien: mego byłego zięcia, Castora von Wulfhof.
Na to imię Sebastion omal nie wybuchł śmiechem, zaś Kasapi wyprostował się i zaczął się wpatrywać w Staufa z zaciekawieniem.
– Castor Błazen? – dopytał z niedowierzaniem ambasador Marchii. – Wierzysz w to, że ów szlachetka zachowa dyscyplinę wśród wzburzonej masy?
– Tu czcza wiara nie ma nic wspólnego. – Głos Ottona zmienił się na bardziej poważny i nerwowy. – Podwaliny pod cały teatr zostały podłożone wcześniej. Dla nikogo nie jest tajemnicą, iż owi nieliczni nobile byli mocno w poważaniu przez tutejszych łyczków. Sam doża, pod wpływem zbyt dużej ilości wina, miał otwarcie ich nazwać reliktem przeszłości. To mocno rozsierdziło błękitnokrwistych.
– I do czego to zmierza? – dopytał Sebastion, grzebiąc w nosie.
– A do tego, iż gdy podniesiono rebelię, wielu szlachciców stanęło po stronie lojalistów. Dało to pretekst mieszczanom, by urządzić im istną rabację. Niewielu opowiedziało się za dożą, to też rzeź była nie lada. Ci nieliczni, co wspierali bunt, ze strachu lub rozsądku, stawili się pod mą komendą. Śmiało rzec mogę, iż był to bodaj mój najzacniejszy z planów: wyeliminować bądź ustawić w szeregu co bardziej ambitne lub skore do zdrady, jednostki.
– A co z Atrynijczykami? – Waer skrzywił się, jakby wciąż nie dając poklasku planowi. – To wciąż znaczący sojusznicy dla Norithoru.
– Jeśli chodzi o Zakrzewskiego i jego jeździecką kompanię, twoje niepokoje są zbędne. Moi obserwatorzy w Atrynii donoszą, iż plemiona nomadzkie ze wschodu szykują się do kolejnego rajdu. Zapewne lada dzień Gryfoni dostaną rozkaz wycofania się do swojego Królestwa, by bronić granic. A co do Wilców, to bardziej formacja najemnicza, aniżeli przynależna armii atrynijskiej. Jak się im sypnie dość złota i da lepsze cele do rabowania, z miejsca zmienią strony. A wiem, że kiesa Teppera jest niemal pusta i nie będzie go stać na utrzymanie tak drogich najemników. Toż to chyba oczywiste będzie, że pójdą tam, gdzie trzos.
– Znamienicie to wszystko brzmi, nie da się ukryć, ale wciąż zostaje kwestia twojego zięcia. – Waer pokręcił głową. – Nie ma na tyle posłuchu i sławy, by móc wzbudzić na tyle zaufania, by…
– Proszę o wybaczenie, Sebastionie, ale pleciesz istne bzdury. – Do rozmowy nagle wtrącił się, cichy przez większość czasu, Vigo. – Twoi krajanie mogą nadawać mu pełne pogardy przydomki, ale tu, na południu, sprawy mają się inaczej. Powiadają, że to złote dziecko swoich czasów jeśli chodzi o wojskowość, a po całej sprawie w Hagenbach nazywają go nawet Nieustraszonym. A gdyby nie jego brawurowy manewr w bitwie, kto wie, jakby się ona skończyła.
– Ktoś tu widzę zasięgnął języka – zaśmiał się Otton, ale czuł jakiś nienazwany dyskomfort, gdy ktoś nie wychwala jego osoby.
– Może i słyszałem famy, ale nie byłem ich naocznym świadkiem, dlatego zawierzam swoim świadectwom. – Sebastion prychnął, jakby ktoś uraził jego dumę. – I choć tak dobrze mówisz o tym, jak pierwszorzędnie przygotowałeś grunt, wciąż istnieje ryzyko, iż nie dochowa wierności. Zwłaszcza, jak wszyscy zaczną mu schlebiać.
Ambasador spojrzał mimowolnie na Vigo. Ten zawiesił wzrok na mapie Republiki Norithoru, która leżała na stole, jakby z jej linii mógł wyczytać całą sytuację polityczną państwa.
– Dochowa, nie ma innego wyjścia – żachnął się Stauf. – Wystarczy, że mu przypomnę o tym, jak uratowałem jego ród, a jego samego przed widłami rozochoconego tłumu w jego rodzinnych stronach.
– Zamieszki w Wulfhof? Zaczątek rebelii? Wszyscy o tym słyszeliśmy. – Sebastion pokiwał głową. – Ale wciąż nie jestem przekonany, że będzie tak łatwo chciał przejść na stronę cesarskich. Zwłaszcza gdy wyjawisz mu to, iż został zmanipulowany.
– Jestem przekonujący, dam radę – stwierdził krótko Otton. – A jeśli nie, to nie myśl sobie, że nie mam nań żadnego haka.
– A, zakładając hipotetycznie, co zrobisz, jak i to nie da skutków? – naciskał dalej Waer. – Zabijesz go w imię racji stanu?
Przez chwilę Stauf zamilkł, jakby szukając odpowiedzi. Dźwięk uderzeń palców o blat stołu wyrwały Vigo z zamyślenia i wraz z Sebastionem obserwowali szlachcica z Republiki.
– Nie zabiję go – odpowiedział w końcu dowódca wojsk Norithoru, łapiąc ponownie za kielich. – Przynajmniej nie w sposób typowy dla Modris czy Flavoux. Jeśli będę musiał, po prostu pokonam go w bitwie i wtedy rozsądzę o jego losie. Nie jestem zabójcą, a żołnierzem. On też. Zasługuje przynajmniej na tyle.
Sebastion kiwnął głową, ale Otton zauważył, że po tych słowach usta Flavończyka wykrzywiły się w nieprzyjemnym uśmiechu.
– Nie wierć się, chyba że chcesz pośmiertnie śpiewać w Chórach Walsowych.
Castor mruknął pod nosem, niezadowolony. Jego senior uparł się, by oddać się w ręce medyka z Oka Belladona, zamiast pozwolić by jego sługa go opatrzył. Nieprzywykły do obcych rąk nie był ukontentowany rozwojem sytuacji, acz nie mógł odmówić profesjonalizmu łapiduchowi.
– Jeszcze dezynfekcja, bandaże i będziesz mógł ruszać się do woli – rzekła, obcinając nić i wylała na ranę płyn do odkażania.
Gdy przezroczysta ciecz rozlała się po jego ciele, piekący ból uderzył tak gwałtownie, że Norithorczyk odchylił głowę mocno do tyłu, próbując nie krzyczeć. Po chwili uczucie spiekoty zniknęło i przyszła ulga.
– Dzielny pacjent – pochwaliła mężczyznę kobieta, wyciągając lusterko. – Masz, możesz się obejrzeć, czy dalej jesteś tak przystojny, za jakiego uważałeś się dawniej.
Castor zaczął przyglądać się szwom. Blizny pozostaną długo, pomyślał, ale lepsze to niż mogiła. Niewiele brakowało, by ostrze trafiło go w oko. Dostrzegł też, że jego zarost i włosy są zaniedbane. Przez myśl mu przeszło, by poprosić Elise, by zajęła się i tą sprawą, ale zaniechał pomysłu. Za dużo osób potrzebuje jej pomocy, by myśleć o swoich mniej istotnych potrzebach.
– Zacnie to wygląda. – Oddał medyczce lusterko. – Mieszek z pieniędzmi masz na stoliku.
Rudowłosa kobieta pokiwała głową i podeszła do mebla, zabierając leżącą tam zapłatę i przeliczając ją. Kątem oka spoglądała w stronę pleców szukającego koszuli nobila.
– Udajesz szlachcica? – zapytała bez wahania, nie przerywając liczenia.
– Co?
– Te blizny na plecach. To ślady po biczu, czyż nie? Człowieka o twoim statusie raczej nie kara się w taki sposób. Stąd moje pytanie.
– Ach. To. – Castor odruchowo odwrócił się frontem w jej stronę. – Wyraz gościnności po wizycie w twierdzy Hagenbach z początku wojny. Wystarczy powiedzieć, że nie ugościli mnie tylko chlebem i solą.
– Mam wrażenie, że więcej było w tym soli niż chleba. – Uśmiechnęła się kwaśno. – Teraz, jak o tym wspomniałeś, słyszałam o pewnym szlachcicu, co…
– Zmieńmy temat. – Głos miał suchy i świadczący, że nie chciał tego ciągnąć. – Widziałaś moich ludzi w innych szpitalach?
– A którzy to? Dzisiaj przez nasze ręce przeszło ich tylu, że nie pamiętam wszystkich z imienia i przydziału.
– Nosili czarne szarfy z kwiatami czerwonych róż lub mieli na przeszywanicach wyhaftowany herb o czarnej tarczy z białym pasem z tym wzorem.
– Zdaje mi się, że przewinęli mi się żołnierze w takich barwach.
– Może więcej szczegółów?
Elise dostrzegła, że twarz nobila robi się coraz bardziej czerwona.
– Słuchaj, panie gorączka. – Kobieta wstała z miejsca i skrzyżowała ręce na piersi. – Rozumiem, że chcesz wiedzieć, ilu z twoich ludzi żyje, ale moim zadaniem nie jest bycie liczykrupą. Jak jakiś żołdak przychodzi do mnie na stół, to nie pytam go z jakiego oddziału pochodzi, tylko robię swoje, czyli ratuję mu życie, czy tego chce, czy nie. Wiem tylko, że sporo z lekkiej kawalerii nie wróciło z bitwy, a większość z tych, co przeżyła, będzie kaleka do końca życia.
– Rozumiem. – Castor uspokoił się i posmutniał. – Żal wielki, ale wiedzieli, na co się piszą.
– Nie żartuj – parsknęła rudowłosa. – Zginęli bezsensownie, ot co. Widać od razu, że to nie było regularne wojsko. Dobrze, że mieli dobrego dowódcę, inaczej szybko poszliby w rozsypkę. Przynajmniej tak mówi mój sierżant i Tiberius.
– I jakie jeszcze rewelacje ci przedstawili? – Mężczyzna znów się zrobił czerwony od wściekłości.
– Cały laur zasług i tak przejmie Stauf i Gryfoni. Reszta pójdzie w zapomnienie, a kronikarze będą opiewali dzielność i bitność jazdy atrynijskiej. Wszak jechali w pierwszej linii i rozbili wojska cesarskie prawie bez strat własnych. Legenda o tym, że są niezwyciężeni, trwać będzie dalej.
– Bitni z pewnością – zaśmiał się pod nosem Norithorczyk, siadając na krześle. – Czy niezwyciężeni? Śmiem wątpić.
– Dobra postawa, chłopcze – odpowiedział męski głos z wejścia do namiotu.
Pomiędzy płachtami stał wysoki mężczyzna o szerokich barkach i długiej, czarnej brodzie. Włosy miał krótkie, a dublet dwubarwny. Uśmiechał się od ucha do ucha.
– Dobry wieczór, panie Stauf – powiedziała Elise z szacunkiem. – Tiberius wysyła pozdrowienia i pyta, jak smakowała wygrana gorzałka.
– Proszę mu odwzajemnić grzeczność, a także przekazać, że była przepyszna, podobnie jak dzisiejsze zwycięstwo – odpowiedział zadowolony szlachcic, spoglądając w stronę Castora. – A, jest i nasz bohater. I rana, po której zostanie blizna. Dobrze, znak odwagi w walce.
– Lub też braku umiejętności – wtrąciła się kobieta.
– Prawda, ale pewnych rzeczy się nie mówi – stwierdził ponuro Stauf, znów spoglądając na rudowłosą. – Dziękuję za zajęcie się panem von Wulfhof. Bardzo bym prosił, by zostawiła nas pani teraz samych.
Elise wzruszyła ramionami i, przerzuciwszy sobie przez ramię torbę, wyszła z namiotu. Otton usiadł na zydelku, a uśmiech nie schodził z jego twarzy.
– Lubię ją – powiedział Stauf, pociągając nosem. – Znam jej ojca, to dobry człowiek, choć pochodzący z biedniejszej, acz szanowanej rodziny mieszczańskiej z Najjaśniejszej Republiki Modris.
– Nie wiedziałem, że aż tak szanujesz łyczków, zwłaszcza kobiety trudniące się rzemiosłem – zdziwił się Castor.
– Nie każda baba musi siedzieć i haftować serwetki przy kominku, otoczona gromadką bachorów – odpowiedział Otton, kiedy zauważył, że mężczyzna mocno się skrzywił. – No, co robisz minę jakby ci podano ocet zamiast wina? Wolne kobiety z Marchii Walsberg stanowią coraz to gorszy przykład dla innych białogłów w Cesarstwie. Nie dziwota, że w tak kosmopolitycznym kraju, z którego pochodzi nasza medyk, szczególnie głośno się o tym mówi. Kto wie, może niedługo doczekamy czasów, że będą pełniły urzędy? A co do mieszczan, to szanuję każdego, kto wnosi coś do funkcjonowania kraju. Nawet jeśli byłby to zwykły chłop. Abstrahując, wiesz, że większość Mafilde jest ruda? Jak dla mnie to kolejny superlatyw, dlaczego tak dobrze mówię o tej familii.
– Twoja słabość do rudowłosych jest powszechnie znana – zaśmiał się pod nosem von Wulfhof– Dobrze, że nie robię ci konkurencji względem moich preferencji.
– Cóż, wiem, że moja córa nie była spełnieniem twoich marzeń. – Stauf uśmiechnął się smutno. – Jak to było? Falowane włosy, niczym pszenica, puszczone na wiatr, lekko fruwające i pierś dorodna, gdzie oczy można zgubić. Tak to chyba ujął Johann, gdy próbował poetycko określić twoje pijackie stwierdzenie, iż musi być to blondynka i mieć duży cyc.
– Jakoś tak. – Castor puścił w stronę seniora oczko. – Przynajmniej kolor włosów się zgadzał.
– Może przyjdzie moment, gdy spotkasz na swojej drodze ten ideał. Ale, skończmy te babskie krotochwile. Rzeknij mi, jak się czujesz, synu?
– Niezgorzej, muszę przyznać, ale napiłbym się czegoś mocnego, by zagłuszyć pieczenie.
– Spodziewałem się tego. – Stauf sięgnął za dublet, wyciągając zeń na wpół wypitą butelkę i podał ją szlachcicowi. – Masz. Po tym staniesz na nogi szybciej niż po najlepszych medykamentach.
– Przechero, zacząłeś zabawę beze mnie? – mruknął pan na Wulfhof odkorkowując butelkę i pociągając zeń zdrowy łyk. Po chwili kaszlnął i oddał z powrotem. – Mocne jak cholera. Dobrze, przynajmniej się znieczulę przed tymi mydlinami na uczcie.
– Słuszności ciężko ci odmówić. – Stauf odebrał flaszkę i sam upił z niej porządny łyk. –Doża to ucztę raczej pod typowo łyczkowate gardła szykuje, nieświadom tego, iż wojskowi za długo na niej nie pobędą. Wrócą do namiotów, by chlać swoje, znacznie mocniejsze trunki.
– Skoro już wspomniałeś o wojsku – Castor zabrał pokrzywówkę od Staufa. – Wiesz coś o moich ludziach?
– Martwi i ranni są wciąż liczeni, niemniej ponad połowa stanu lekkiej jazdy nie żyje. Nie wiem, ilu ludzi, których ty wystawiłeś, przeżyło to piekło, ale na twoje pocieszenie powiem, że widziałem przy namiotach proporzec twojego rodu, więc część wojsk z pewnością się trzyma.
– To dobra wiadomość. – Odetchnął z ulgą. – Dam im chwilę wytchnienia i będziemy czekali na rozkazy.
– Zanim na powrót wejdziesz w strzemiona, spytam raz jeszcze: jak się czujesz? – Stauf odebrał od mężczyzny butelkę.
– Przecież mówiłem ci już, że dobrze – zdziwił się nobil.
– Nie mówię o twoich ranach, tylko o twojej psychice. Śmierć twej żony, córki mej, i twego dziecka, mogła odcisnąć na tobie jakiś ślad. Stąd moje zaniepokojenie.
– Nie ma o czym mówić. – Castor odwrócił wzrok w stronę jednej ze ścian namiotu. – Pogodziłem się ze stratą, a swój smutek przemieniam w gniew wobec moich wrogów.
– Słowa żołnierza.
Pomimo zapewnień oficera, Otton wiedział, że strata wciąż trzyma szlachcica za serce.
I nie widział w tym powodów do wstydu.
Jeszcze miesiąc temu von Wulfhof był szczęśliwym mężem z perspektywami i własnym miastem. Choć trwała wojna, wszystko zdawało się iść w dobrym kierunku. Pola obrodziły, żona spodziewała się dziecka, co uczyniłoby z Ottona dziadka.
I wszystko poszło w niebyt, gdy przyszło morowe powietrze. Zaraza nawiedzająca północną część Republiki Norithoru w opinii medyków miała być podobna do tej, jaka nawiedziła wieki temu Stalervek, wybijając połowę księstwa. I choć Wals do swoich ogrodów nie zabrał aż tylu, to i tak miasta i wsie w rejonie zmieniły się w grobowce, a pola, niegdyś rodzące liczne plony, gniły w deszczu.
Bowiem żniwa urządzała sobie zaraza, nie bacząc na hierarchię społeczną. Córka Staufa była pierwszą szlachcianką noszącą znamiona choroby. Najbardziej biegli medycy nie byli w stanie jej uzdrowić, toteż szybko znalazła swe miejsce w ramionach boga śmierci. Co więcej, Castor, pogrążony w rozpaczy, miał dostać jeszcze jeden cios. Rodzina Ottona mocno nalegała, aby ród von Wulfhof oddał wiano. Szybko zajęto jego mienie i młody nobil pozostał wyłącznie z oddziałem wojska i martwymi ziemiami. Mimo to, wciąż pozostawał wierny sprawie. Wściekłość chował głęboko, co czyniło go bardzo podatnym na manipulację.
I to właśnie chciał wykorzystać Otton.
– Jeśli tak stawiasz sprawę, chłopcze, to będę miał dla ciebie rozkazy. – Głos Staufa nabrał powagi. – Na me polecenie i doży Teppera udasz się na północ, by wprowadzać chaos.
– Rozkaz. – Szlachcic z Norithoru wstał i skierował się w stronę wyjścia. – Nie będę mitrężył i przygotuję się…
– Czekaj, jeszcze nie skończyłem. – Otton podniósł się z zydla i wychylając głowę zza namiotu, rozejrzał się dookoła, czy nikt nie podsłuchuje. – To są twoje oficjalne rozkazy. Nieoficjalnie udasz się bezpośrednio do obozu wojsk cesarskich i oddasz się pod dowództwo Marszałka.
– Że co proszę? – zdziwił się Castor, cały sztywniejąc. – Mamy się poddać Raiznerowi?
– Nie poddać. Dołączyć. Będą tam na was czekali i mają was przyjąć z otwartymi ramionami.
– Wiem, co miałeś na myśli. Nawet zdaję sobie sprawę z tego, dlaczego to robisz. Wszak nigdy nie kryłeś się z tym, że chcesz wyrwać się spod władzy łyczków, ale doprawdy, musimy dołączać do Rispodelha?
– Tak. Nie mamy dość sił, aby samemu prowadzić rebelię, która wyzwoli nas z rąk rad miejskich, a co ważniejsze, ich środków. Sojusz z Cesarstwem to najlepszy sposób na oswobodzenie.
– Dobry dla ciebie – odpowiedział sucho von Wulfhof. – Co ci obiecali w zamian za zdradę? Miejsce w Senacie? Latyfundia? A może wszystko i do tego zapewnienie, że będziesz władał w Norithorze?
– Sam chciałeś zmian w Republice, to teraz nie skorzystasz z okazji, by tego dokonać? Czyżbyś nagle pokochał naszego dożę?
– Zwyczajnie nie widzę przyszłości z tym cesarzem na tronie, Stauf. – Castor wciągnął powietrze nosem i zmrużył oczy. – Gdy zaczynaliśmy rebelię, naszym głównym celem było wyzwolenie się z okowów cesarza. Stworzyć niezależne państwo, z którego mieliśmy się pozbyć łyczków u władzy. By sami decydować o naszej przyszłości, bez nadania jakiejś rudej francy z północy.
– A cóż to za nagłe umiłowanie swojego kraju, von Wulfhof? – Parsknął pogardliwie Stauf. – Brałem cię za osobę trzeźwo oceniającą rzeczywistość, a nie marzyciela, gotowego oddać życie za skrawek ziemi.
– Jestem realistą, Ottonie, i wiem, jak to się skończy. Gdy tylko Cesarstwo stłumi bunt, szybko będzie chciało się rozprawić ze wszystkimi, co podłożyli jej początek. I nie mówię tu o Ulifie, to człowiek honorowy, którego warto podziwiać, ale o aparatczykach z ramienia dworu cesarskiego. Zacznie się szukanie kozłów ofiarnych. I ja będę jedną z pierwszych ofiar.
– Pleciesz głupoty! Pozbycie się ciebie nic nie…
– Oczywiście, że będę pierwszy na linii strzału! – Uniósł się Castor, wywracając zydel kopniakiem. – Nawet jak ty mi dasz słowo o mym bezpieczeństwie, cesarz i tak wie swoje. Funta kłaków nie są warte jego obietnice, o czym zresztą przekonał się mój ojciec.
– Szaleju się najadłeś, chłopcze? – zadrwił Otton, zaciskając mocniej pięść ze wściekłości. – Co ty za insynuacje tworzysz?
– Gdy Verus zapadł w śpiączkę i trwała dyskusja na temat sukcesji, delegacja, w skład której wchodził również i mój ojciec, jawnie przeciwstawiła się wyborowi syna Rispodelha Starszego. I choć stronnictwo było silne, szybko się rozpadło, przekupione przez Sorilla i arystokratów, którym w smak były słabe rządy. Ci, co nie dali się złamać bądź przekupić, zaczęli umierać w niewyjaśnionych okolicznościach. Jak mój ojciec, Wengar, co miał się udusić własnymi rzygowinami po wypiciu zbyt dużej ilości północnego wina. A znany był fakt, że stronił od alkoholu. Lecz kto by dawał temu wiarę, prawda?
– Teorie i banialuki – parsknął Stauf, chociaż ciężko mu było zachować spokój. – Nie masz dowodów i wierzysz w te wyssane z palca spiski, zamiast dawać wiarę mnie? Temu, co uratował twoje nazwisko, gdy oskarżono cię o zabójstwo brata? Temu, co oddał swe jedyne dziecię za żonę? I temu, który uczynił cię tym, kim jesteś teraz: bohaterem rebelii?
– Piękne to będzie epitafium na moim grobie – zadrwił wasal Staufa, krzyżując ręce na ramionach. – Zasługi uzyskałem wyłącznie dzięki swym umiejętnościom, a nie twojemu wsparciu. Dla ciebie, Ottonie, byłem tylko owcą, którą mogłeś pokierować. Nie rób zaskoczonej miny, znałem swoją rolę i dopóki działałeś w sprawie, w którą wierzyłem, dawałem sobą manipulować, a nawet okaleczać. Lecz teraz, gdy nie wiążą nas żadne więzy rodzinne, nie masz nade mną władzy, ty intrygancie za złamany destevski lir.
– Zważ, co pleciesz, chłopcze. Jedno moje słowo i wierz mi, tortury doświadczane przez ciebie w Hagenbach będą tylko rozgrzewką, jak ludzie się dowiedzą, co naprawdę stało się w Wulfhof tamtej nocy.
– A rozpowiadaj, to ty staniesz się wtedy łgarzem, co gorsza sprzedajnym. Nie będziesz się różnił od tych, od których tak bardzo pragnąłeś się odwrócić. Będziesz niczym innym niż parweniuszem, co sobie ubzdurał, że stoi nad innymi.
Stauf nie wytrzymał. Wstał z miejsca i wyciągnął miecz z jaszczura. W porę jednak się opamiętał, gdyż wiedział, że zabicie von Wulfhofa w tej chwili postawiłoby go w złej pozycji.
Schował broń do pochwy, spoglądając na twarz szlachcica, którego powieka nie drgnęła nawet przez chwilę. Za to go szanował, że był nie do złamania, nieważne co się dzieje, a świadectwo jego czynów pod Hagenbach było tego niepodważalnym dowodem.
– Jesteś głupcem – powiedział spokojniej już Otton. – Jednym z wielu, jakich można spotkać w bezimiennych mogiłach na polach bitew w całym Cesarstwie. Jeśli chcesz, umrzyj sobie w imię tego idioty w birecie doży czy w imię swoich mrzonek.
Castor nic nie odpowiedział, tylko spoglądał cały czas na Staufa zasępiony, jakby miało to odgonić mężczyznę. Otton skierował się w stronę wyjścia z namiotu, lecz nim wyszedł, rzucił jeszcze:
– Z miłości do mojej zmarłej córki, a twojej żony, nie zabiję cię. Ale jeśli zostaniesz w obozie Teppera, wiedz, że znajdę cię w bitwie i skończymy naszą dyskusję w inny sposób. Moja rada? Weź rączego konia, spakuj tego swojego, pożal się bogowie poetę, i ruszajcie gdzieś na trakt, bo ta bitwa to był tylko przedsionek piekła, które wkrótce spadnie na te ziemie. Zastanów się dobrze, jak chcesz spędzić te ostatnie momenty swojego życia.
Po tych słowach Otton wyszedł, pozostawiając Castora samego w namiocie. Młody szlachcic odetchnął. Pot zaczął spływać z jego czoła. Odmawiając Staufowi, zadarł z diabłem. Wielu widziało w jego seniorze rubasznego nobila, ale mężczyzna wiedział, jaki jest naprawdę. Walczyli w wielu bitwach i od czasu, gdy przybył w sukurs do Wulfhof, gdy wybuchły zamieszki w mieście, znał jego okrucieństwo. Wciąż miał wyryte w umyśle obrazy krwawiących ludzi, leżących na ulicach miasta po przejściu sił Ottona. Wiedział też, że okazywanie strachu, zwłaszcza przed tak przerażającą osobą, jak Stauf, nie było dobrym posunięciem.
Przeszłość ulepiła go, by stał się odporny na próby zastraszania. Szlachcic wstał z krzesła i położył się. W jego głowie zaczęły krążyć myśli, co robić dalej. Odmawiając Staufowi, pozostawał wciąż stronnikiem doży, człowieka, którym gardził. Nawet jeśli pobiegnie do Teppera wyjawiając mu wszystko, ten mu nie uwierzy. Choć nie znosi przedstawicieli błękitnej krwi, doża bardzo się liczy z uwagami Ottona. Był architektem jego sukcesów militarnych. Poza tym, Stauf ma lepsze zaplecze polityczne niż Castor. Podczas gdy ród von Wulfhof skupiał się na rozwoju swoich wsi i folwarków, rodzina Ottona budowała potężne sojusze, zdobywając sobie posłuch w stolicy Republiki. I choć rodzinie Castora się przelewało, to w chwili kryzysu, jakim była zaraza stracił wszystkie atuty. Stauf zaś wciąż miał przyjaciół, służących mu pomocą. Gotów był ich użyć, by dowieść swojej niewinności, a nawet wykazać, że to młody oficer jest zdrajcą.
Przejście na stronę cesarską i dołączenie do Staufa też nie było dla nobila dobrym pomysłem. Choć służba pod komendą Ulifa Raiznera z pewnością nauczyłaby go wiele, to niechęć, jaką czuł do postaci Rispodelha Młodszego przekreślała jego marzenia. Ale i względem wierności Norithorowi, jego senior mocno się pomylił. Nie czuł się jakoś szczególnie związany z Republiką. Owszem, urodził się w niej, lecz nie pałał miłością do miejscowej władzy. Była słaba i popełniała wiele błędów, a co gorsza, uważała się za lepszą od szlachty, czego dowodów dawała niejednokrotnie. Zmiany w tym systemie byłyby w jego opinii mile widziane i gdyby Stauf chciał sam obalić Teppera i mianować się margrabią czy księciem, von Wulfhof poszedłby za nim w ogień. W jego opinii byłoby to zwycięstwo, na które zapracowano sobie samemu. Lecz w chwili, gdy Cesarstwo wejdzie swoimi butami, narzucą wolę wygranego. Wszak to oni piszą historię, a los zdrajców jest często taki, że gdy przestają być potrzebni, zostają pochłonięci przez tych, którzy jeszcze niedawno dzielili się z nimi chlebem.
Żaden z tych losów nie podobał się Castorowi.
Może i Stauf miał faktycznie rację, by rzucić to wszystko i wyruszyć do Atrynii, pomyślał. Tam przynajmniej znajdzie się z dala od tej chorej polityki Cesarstwa i zacznie normalnie żyć, wiodąc choćby żywot najemnika, jednego z Wilców na przykład.
I znajdzie swoją blondynkę o dorodnym biuście.
Szlachcic westchnął, czując, że to do niczego nie zmierza. Wiedział natomiast, że wszystko zaczyna z niego opadać: adrenalina po bitwie, nerwy po rozmowie ze Staufem i trudne myśli. Był zmęczony.
Zamknął oczy i, przewracając się na bok, zasnął.
– Panie, proszę wstać.
Nobil, czując że ktoś go szarpie, otworzył powoli oczy. Stał nad nim młody mężczyzna o blond włosach i w liberii jego rodu.
– To ty, Johann – mruknął von Wulfhof, przeciągając się. – Przyszedłeś po moją duszę?
– Waszmość zdaje się wciąż majaczyć przez sen. – Chłopak uśmiechnął się głupkowato, krzyżując ręce na piersi. – A może faktycznie coś się stało, iż snujecie, panie, takie tezy??
– Więcej niż myślisz, mój drogi.
Niewiele ze sług szlachcica pozwalało sobie na taką bezpośredniość. Jednym w zasadzie, co to praktykował, był Johann Sommerfield, służący Norithorczyka, oddający mu posługi już od kilku dobrych lat. Bywał z nim w najgorszych chwilach i zawiązana więź pozwoliła Castorowi ignorować buńczuczność famulusa.
– Ktoś chce się z panem widzieć. – Ordynans zignorował uwagę pryncypała. Podszedł do stolika i nalał swemu panu wina.
– Dziwne, zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę, że większość tutaj wchodzi raczej bez zapowiedzi. Kto to taki i czego chce?
– Waszmość wybaczy, ale nie raczył się przedstawić – odpowiedział paź, a następnie odstawił naczynie, by nalać drugi kielich. Tym razem sam zakosztował trunku. – Co za świństwo, tfu. Rzekłbym, że trucizna wręcz. W każdym razie, ad rem. Swej sprawy również nie przedstawił, acz ocenić mi przyszło, że z nobilem będzie to rzecz, co nie miał styczności z bitwą.
– Jak ci nie smakuje, to nie pij – odpowiedział szlachcic, nie przejmując się specjalnie manierami Johanna. Znał granice i wiedział, na co może sobie pozwolić, a na co nie. Wypicie kielicha wina, gdy byli sami, nie wadziło mu. Nie zrobiłby tego natomiast w towarzystwie. – I skąd taka pewność, że to nie ktoś z szarży oficerskiej?
– Wygląda, jakby go z jakiegoś dworu ściągnięto. Strój piękny i skrzący się niczym szczupak w szafranie. Na domiar wszystkiego, spodnie obcisłe tak mocno, iż, proszę o wybaczenie za słowa, klejnoty rodowe kantaty chłopięce śpiewają. Nieuzbrojony.
– Na zabójcę nie wygląda, choć ci raczej nie wyróżniają się niczym, chyba że są Czarnymi Kapturami – mruknął do siebie nobil. – Gdyby chociaż miał miecz…
– Pozwolę sobie nie pytać, skąd u waszmości wizje śmierci w głowie. Bardziej o to, czy przyjmie go pan w swych, ekhem, progach?
– Niech wejdzie.
Famulus kiwnął głową i wyszedł z namiotu. Norithorczyk cenił swojego ordynansa między innymi za dyskrecję. Nie drążył tematu, dopóty szlachcic sam mu się nie zdecydował zwierzyć. Co więcej, był również zdolnym, w swoim mniemaniu, poetą, co nadawało jego otoczeniu bardziej kulturalnej otoczki, pomimo że Johann pochodził z łyczków. Lata temu radzono mu, by wziął na służbę kogoś z pomniejszych rodów, niemniej młody von Wulfhof wolał zaufać sobie i przyjąć pod skrzydła mieszczka-przybłędę. W ten sposób von Wulfhof zaskarbił sobie wdzięczność młodzian po dziś dzień.
Minęło kilka dłuższych chwil, nim paź odsłonił wejście, by wpuścić do środka rudowłosego mężczyznę w żółtym kubraku, z wyszytym nań herbem, i w zielonych, obcisłych spodniach. Ordynans zostawił swojego pana i tajemniczego gościa samych. W głębi ducha Castor cieszył się, że Johann jest na tyle bystry, by się nie mieszać. Potem, gdy przyjrzał się herbowi, zdał sobie sprawę z kim będzie miał do czynienia.
– Wasza eminencjo – zaczął nobil, kłaniając się ambasadorowi Księstwa Flavoux. – Zaszczyt to was widzieć. Nie wiedziałem, że komitet ze stolicy przybył tak szybko.
– Byliśmy w drodze, nim jeszcze bitwa się zaczęła – odpowiedział emisariusz, po czym podszedł do szlachcica i wyciągnął rękę w jego stronę. – Radem widzieć was w dobrym zdrowiu, panie von Wulfhof. Słyszałem, że bohatersko broniliście chorągwi i otrzymaliście wiele ran.
– Obowiązek każdego, kto widziałby ją w niebezpieczeństwie – odpowiedział Norithorczyk, ściskając dłoń Vigo. – I owszem, nie raz dostałem ciosy w czasie tej bitwy, nie mniej, czuję się już lepiej. Wybaczcie, wasza eminencjo, za bałagan, nie spodziewałem się takiej osobistości. Może wina? Ostrzegam, rozwodnione.
– Nie musicie przepraszać, panie. Winnym jestem ja, iż przybyłem niezapowiedziany. A skoro już o winie mowa, to tak, chętnie się napiję – odpowiedział Kasapi, siadając na zydlu, zaś Castor podszedł do stołu i zaczął nalewać trunek. – Zwłaszcza, że muszę zapić smak tej pokrzywówki, którą podał mi Stauf, gdy przedstawiał mi rewelacje na temat zdrady Republiki, no i planów w stosunku do waszmości.
von Wulfhof omal nie upuścił dzbana. A więc jednak zabójca, pomyślał. I to jeszcze z obcego kraju. Czyżby chciał w to wplątać inne księstwo, by mieć czyste ręce? Na razie jednak nie wyjawił swojego zakłopotania, podając kielich ambasadorowi. Widział jednak krzywy uśmiech Vigo, po którym się domyślił, że ten i tak wie, że jest zaniepokojony.
– Ach tak – odpowiedział szlachcic, siadając na krześle, dłoń kładąc jednak bliżej pasa z mieczem. – I jakież to plany Stauf miał w stosunku do mnie?
– Krótko mówiąc: albo dołączenie do niego, albo śmierć z jego ręki. Jedno z dwóch – powiedział spokojnie Kasapi, kosztując wina. – Faktycznie, słabe. Ale może to i lepiej. W każdym razie, widząc jego twarz, gdy wracał z rozmowy z wami, panie von Wulfhof, stwierdzam, że skłania się ku drugiej opcji. To chyba nie wróży dla was zbyt dobrze.
– Rzut monetą. Albo zginę, albo nie – odpowiedział nerwowo Castor, uderzając palcami o nogę i bacznie obserwując spokojne lico ambasadora. – Jak mówiliście, dwie opcje…
– A co, jeśli wam powiem, że może jeszcze wypaść kant? – westchnął Vigo, bawiąc się palcem brzegiem pucharu.
– Ha, chyba tylko przez zabójstwo Staufa – odpowiedział półżartem Norithorczyk, ale po chwili spoważniał. – Chyba nie chcecie, bym…
– Nie chcemy – uspokoił go ambasador, dopijając wino i odstawiając kielich na ziemię.– Źle by to wyglądało, gdyby ktoś zabił architekta zwycięskiej bitwy. Po prostu nie widzicie jeszcze trzeciej strony, bo jest zasłonięta kotarą dla waszych oczu. A ja, niczym sztukmistrz, zdejmę ją i przedstawię cud.
– I jakie to niezwykłości widzą moje ślepe oczy, wasza eminencjo? – spytał lekko podirytowany zagadkami Castor.
– Zachwianie równowagi sił w rejonie, kawalerze. Republika Norithoru, gdy cesarz upora się z tym waszym buntem, zacznie wprowadzać swoje zasady. Wówczas te wasze nowe państewko stanie się zwykłą marionetką Kelrad i Senatu. Stauf w tym wszystkim ugra wyłącznie miejsce w strukturach senatorów, ale realnej władzy mieć już nie będzie, przynajmniej na południu.
– Żadne novum, wasza ekscelencjo – parsknął nobil, uśmiechając się pod nosem. – Nawet ośmieliłem się mu o tym wspomnieć. Dodałem jeszcze, iż osoby podobne do mnie skończą na pieńku.
– Oraz krótkiej wzmiance w jakieś kronice, istotnie. A żal marnować kogoś z takimi umiejętnościami jak wasze. Stąd mam dla was pewną propozycję, mości von Wulfhof.
Vigo wstał z miejsca i, złożywszy ręce z tyłu pleców, uniósł głowę.
– Przybyłem do Republiki nie tylko po to, by pełnić misję dyplomatyczną, ale by również obserwować ruchy co ważniejszych postaci na szachownicy ustawionej przez dożę. Wy, kawalerze, od czasu wybuchu wojny staliście się jedną z nich i wyrobiłeś sobie w moich oczach opinię człowieka, który, zaraz po Staufie, jest jednym z lepszych dowódców w Norithorze. Co prawda młodym, w gorącej wodzie kąpanym i z lekka ekscentrycznym, patrząc z perspektywy sytuacji w Hagenbach, ale i wielce obiecującym. Księżna Amelia Palegontigos dała mi dyrektywę, żeby próbować werbować na dwór takie jednostki. Dlatego oto moje rozwiązanie: opuść te bagno i przybądź na dwór w Tellamel, byś mógł przyjąć urząd doradcy do spraw militarnych księżnej.
Castor nie wiedział, co powiedzieć. Niejednokrotnie słyszał historie o tym, jak nagłe zdarzenie uratowało bohatera od śmierci, ale pozostawało to w jego mniemaniu w strefie bajań minstreli. I choć serce dawało mu nadzieję, to umysł od razu podpowiadał jakąś bardziej zawiłą intrygę.
Jakże typową dla przedstawiciela Księstwa Flavoux.
– A skąd mam wiedzieć, że to nie jest pułapka? – dopytywał Castor. – Sporo wiesz o zamiarach Staufa, zupełnie jakbyś był jego zausznikiem.
– Nie jestem ani bratem, ani swatem dla Ottona. – Kasapi wzruszył ramionami. – Stauf starał się uzyskać układ z cesarzem, ale potrzebował do tego posłańców. Znalazł ich we mnie i Sebastionie Waerze, ambasadorze z Marchii Walsberg. Z racji, że reprezentowaliśmy kraje neutralne w całym konflikcie, byliśmy do tego najlepsi. Myślał, że będziemy pilnowali jego interesów. Ale Stauf się mylił. Przede wszystkim zależy nam na dobru naszych władców. Zdradzając nam swoje plany, odsłonił się i dał pole do realizacji naszej polityki. A ta zakłada, by się przygotować na to, że Rispodelh może chcieć ingerować w nasze sprawy przez poplecznika z Klejnotu Południa. Pozyskanie kogoś, kto zna te ziemie, byłoby cennym nabytkiem dla dworu, ale i pomocne przy przygotowaniach odpowiednich środków zaradczych.
– Ekscelencja mówi o armii, prawda?
– Istotnie. Wolimy być gotowi na każdy szalony cesarski pomysł. A wojska zawsze się przydadzą u nas na południu, w walce z Majarami. To też jedna z agend księżnej.
– Wciąż nie odpowiedzieliście mi na pytanie, dlaczego mam nie podejrzewać pułapki? Jaki mam gwarant, że wyjeżdżając, nie dostanę sztyletu w plecy?
