Warszawianka - Ida Żmiejewska - ebook + audiobook

Warszawianka ebook i audiobook

Żmiejewska Ida

4,3

Opis

Akcja powieści rozgrywa się w Warszawie, w 1885 roku. Oś intrygi stanowi śledztwo w sprawie śmierci znanego adwokata, którego pewnej listopadowej nocy zamordowano w miejskim burdelu. Sprawę – wraz z sędzią śledczym – prowadzi młody rosyjski policjant, który zaledwie przed kilkoma dniami przyjechał do Warszawy z Petersburga. Policjant podczas wykonywania obowiązków, poznaje córkę zmarłego; mimo początkowej niechęci, między młodymi nawiązuje się nić porozumienia, która z czasem przeradza się w poważne uczucie. Problem tkwi jednak w tym, że panna ma narzeczonego-socjalistę, który czeka w Cytadeli na proces, zaś związki polsko-rosyjskie są w Nadwiślańskim Kraju uznawane niemal za zdradę...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 442

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 13 godz. 9 min

Lektor:

Popularność




Warszawa, 1885 rok

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym
egz.recenzencki wydawcy

Rozdział I

1.

W sali odwiedzin X pawilonu wątła smuga światła z trudem sączyła się przez umieszczone pod sufitem okna, a kraty rzucały na ściany cienie w kształcie krzyży. Leontyna Rapacka, z trudem powstrzymując łzy, wpatrywała się w okute żelazem odrzwia. Czas, który pozostał do rozpoczęcia widzenia, zdawał się rozciągać w nieskończoność. Dziewczyna poczuła drapanie w gardle, więc sięgnęła po chusteczkę, ale nie zdążyła jej wyjąć, bo usłyszała wyczekiwany odgłos kroków: podkute buty z każdą chwilą coraz głośniej stukały o posadzkę. Jeszcze chwila i drzwi rozwarły się ze skrzypieniem, a dwóch uzbrojonych żandarmów wprowadziło aresztanta.

Odetchnęła z ulgą i uniosła dłoń w geście powitania. Narzeczony natychmiast ją zauważył i nie oglądając się na strażników, dopadł do kraty.

Stali naprzeciwko siebie w milczeniu. Leontyna przycisnęła rękę do piersi, próbując uspokoić serce, i nie spuszczała wzroku z ukochanego. Za każdym razem, kiedy go widziała, wydawał się mizerniejszy. A przecież wysyłała prowiant; oprócz niej więzień nie miał nikogo, kto mógłby się o niego zatroszczyć.

Chciała opowiedzieć mu o tylu sprawach… Często, leżąc w łóżku, układała przemowy, które miały podnieść go na duchu, ale kiedy tylko przekraczała bramę Cytadeli, czuła pustkę w głowie.

Zresztą w tym okropnym miejscu nie dało się spokojnie porozmawiać. Panna Rapacka przychodziła na widzenia od miesięcy, ale nie mogła przywyknąć, że od narzeczonego oddziela ją nie tylko podwójny rząd krat, ale także żandarm z karabinem, wsłuchujący się w każde słowo.

Najpewniejszym sposobem wymiany informacji pozostawały grypsy dostarczane przez przekupnego żandarma; tyle że o jednej sprawie Leontyna wolała opowiedzieć osobiście. O ile wystarczy jej odwagi.

Czas mijał, a ona nadal bez słowa wpatrywała się w więźnia.

– Oddali ci paczkę? – zapytała wreszcie, starając się, aby głos zabrzmiał naturalnie. – Zmizerniałeś.

– Nieważne. – Uśmiechnął się. – Jestem zdrowy.

– Odrzucili podanie o ślub – rzuciła jednym tchem i uchwyciła się kraty. – Drugi raz.

Zmienił się na twarzy. Miała wrażenie, że coś w nim zgasło.

– Może to dobrze.

– Nie mów tak. Złożę kolejne. Będę składać do skutku.

Pochylił się i spojrzał jej w oczy. Widziała w tym spojrzeniu i tęsknotę, i zachwyt.

Zawsze patrzył na nią w ten sposób. Od pierwszego spotkania u Mani, koleżanki z pensji, podczas poetyckiego wieczorku, który odbył się kilka dni po jego przyjeździe z Kijowa. Później, kiedy lepiej się poznali, powiedział, że spodobała mu się od pierwszego wejrzenia.

– Zostaw wszystko jak jest – odezwał się zduszonym głosem. – Może nie powinniśmy się pobierać.

– Ignacy! – krzyknęła tak głośno, że spacerujący między kratami żandarm odwrócił się w ich stronę. Pokiwał karcąco palcem.

– Już dobrze – wyszeptał narzeczony. – Zwyczajnie boję się o ciebie.

Leontyna od miesięcy nie przestawała zamartwiać się o wynik śledztwa. Pocieszała się jednak myślą, że jeśli dojdzie do procesu, jej ojciec, świetny adwokat, zrobi wszystko, aby wykazać absurd zarzutów wobec przyszłego zięcia.

Żandarm dał znak, że widzenie dobiegło końca.

– Przyjdę w następną sobotę.

Skinął głową, a potem cofnął się o krok i ruszył za strażnikiem. Leontyna wpatrywała się w niego, dopóki nie zniknął za załomem korytarza. A kiedy drzwi zamknęły się z hukiem, poczuła chłód.

Ze spuszczoną głową wyszła na dziedziniec. Owionął ją jesienny wiatr. Odetchnęła zimnym powietrzem, chcąc pozbyć się z płuc odoru więzienia. Niebo było szare od chmur i padał deszcz. Leontyna naciągnęła kaptur i z trudem – obcasy trzewików ślizgały się po mokrych kamieniach – minęła bramę i przerzucony nad fosą zwodzony most, który oddzielał Cytadelę od drogi wiodącej do miasta. A kiedy znalazła się po drugiej stronie, obejrzała się za siebie. Górująca nad Warszawą budowla z cegły i kamienia od zawsze napawała ją lękiem i gdyby dwa lata temu ktoś powiedział, że będzie tu przyjeżdżać tydzień w tydzień, na pewno by nie uwierzyła. Tym bardziej że wiodła spokojne życie i miała jasne widoki na przyszłość.

Wszystkie plany runęły w ciągu jednego dnia. Okazało się, że nic nie wiedziała o człowieku, którego zamierzała poślubić. Fakt, że czasem znikał, wcale jej nie dziwił, w końcu Ignacy kończył medycynę w Kijowie. Wiedziała też, że sympatyzował z socjalistami, ale nie pomyślała, że mógł należeć do ich partii. Jak ona się zwała? Proletariat.

W tym samym czasie aresztowano kilkoro innych znajomych i panna Rapacka zaczęła zastanawiać się, jak to możliwe, że wokół niej było tylu socjalistycznych działaczy, a ona nie zdołała tego zauważyć. Dręczyło ją też pytanie, dlaczego nikt nie próbował wciągnąć jej do partii.

W grypsie przysłanym z X pawilonu narzeczony wyjaśniał, że nie chciał jej narażać na niebezpieczeństwo. Że wiążąc się z nią, uległ słabości. Prosił, aby mu wybaczyła i jak najszybciej zapomniała.

Leontyna przepłakała kilka dni, a kiedy nieco się uspokoiła, postanowiła, że go nie opuści: w rodzinie Rapackich kobiety nie zostawiały swoich mężczyzn, niezależnie od okoliczności.

– Amen– powiedziała do siebie.

Odpędzając od siebie natrętne myśli, ruszyła w stronę dorożki, gdzie czekała Pelagia, służąca, która towarzyszyła jej w czasie wypraw do Cytadeli.

Wiatr wzmagał się, a deszcz uparcie siąpił. Dziewczyna wierzchem dłoni wytarła wilgotne oczy.

2.

Kiedy fiakier zatrzymał się przed bramą eleganckiej kamienicy w Alejach Ujazdowskich, panowała już ciemność, ale na szczęście przestało padać. Rozmiękła od wilgoci ziemia i kałuże na Zakroczymskiej sprawiły, że podróż trwała dłużej niż zwykle i Leontyna zaczęła się denerwować, choć wiedziała, że pora powrotu nie ma znaczenia – matka i tak będzie się złościć. Oficjalnie z powodu marnowania czasu i odrywania Pelagii od domowych zajęć, a naprawdę dlatego, że córka śmiała pojechać do narzeczonego bez pozwolenia.

Nie czekając na służącą, dziewczyna wysiadła z dorożki i zrezygnowanym spojrzeniem omiotła budynek. W świetle gazowych latarni można było dostrzec jasny fronton i pyszniący się nad bramą kuty balkon. Choć Rapaccy mieszkali tu prawie od trzech lat, w siedmiopokojowym mieszkaniu na pierwszym piętrze od frontu, Leontyna tęskniła za starym lokum na Mazowieckiej. Rodzice nie podzielali jej sentymentu, gdyż – co rzadkie i godne podkreślenia – zgodnie uważali, że rodzina jednego z najbardziej wziętych warszawskich adwokatów potrzebuje przestronnego, a przede wszystkim reprezentacyjnego lokalu w prestiżowym miejscu. A w końcu – po spłacie długów dziadka Konstantego i otrzymaniu spadku po chrzestnej matce ojca – mogli sobie na to pozwolić.

Pelagia płaciła za kurs. Przemarznięta Leontyna postanowiła nie czekać; przeskoczyła przez kałużę i już miała skręcić do bramy, kiedy z ciemności wyłonił się wystrojony w paradny mundur oficer huzarów. Towarzyszył mu wysoki cywil.

Zmierzyła obu mężczyzn niechętnym wzrokiem i łapiąc oddech, spróbowała ich wyminąć. Bezskutecznie: oficer odwrócił się i rozłożył ramiona. Panna Rapacka odskoczyła, chcąc uniknąć zderzenia, ale Rosjanin zdążył chwycić ją za rękaw i przyciągnąć do siebie. Poczuła zapach alkoholu.

– Daj całusa, panieneczko – wybełkotał natręt po rosyjsku, a jego ofiara zesztywniała ze strachu i ze złości. Szybko jednak odzyskała kontenans i już miała zaprotestować przeciwko tak skandalicznemu traktowaniu damy, ale nie zdążyła, bo uprzedził ją drugi mężczyzna, sądząc z tonu głosu, jeszcze trzeźwy.

– Michaił! Puść panią.

Oficer wymamrotał coś w odpowiedzi, a Leontyna, korzystając z zamieszania, wyrwała się z jego uścisku i pobiegła przed siebie. Starała się nie potknąć i zachować tyle godności, ile dało się w tak poniżającej sytuacji.

– Nic panience nie jest? – Zdyszana Pelagia dreptała u jej boku. – Zgraja przeklęta! – Spojrzała na Rosjan, którzy właśnie pakowali się do dorożki, z taką miną, jakby miała zamiar splunąć.

Leontyna nie odpowiedziała. Z ulgą minęła bramę, niedbale odpowiadając na ukłon stróża, i wpadła na klatkę schodową. Pomknęła na pierwsze piętro; przysadzista służąca ledwo mogła za nią nadążyć. Drzwi otworzył im Kazimierz wystrojony we frak. Nic dziwnego, trzy razy w tygodniu o tej porze ojciec przyjmował klientów.

W mieszkaniu było ciepło, na polecenie matki od rana paliło się w piecach. Dziewczyna odetchnęła, a lokaj pomógł jej zdjąć wilgotne okrycie. Pelagia podreptała w stronę służbówki: musiała przebrać się bez zwłoki, gdyż czekało ją dużo pracy.

Służąca zatrzymała się przy drzwiach buduaru i wezwana przez chlebodawczynię zajrzała do środka. Powiedziała coś półgłosem, a po chwili wycofała się i zniknęła za załomem korytarza. Leontyna pomyślała, że też powinna zajrzeć do matki i spróbować ją uspokoić.

Zerknęła w lustro. Wciąż była zaczerwieniona, miała załzawione oczy i potargane włosy. Nie obędzie się bez przykrych uwag: panna zdawała sobie sprawę, że niewiele to pomoże, ale przygładziła fryzurę, a potem podeszła do drzwi pokoju. Zapukała.

– Proszę – odpowiedziała matka omdlewającym tonem.

Leontyna nacisnęła na klamkę i starając się nie narobić hałasu, weszła do buduaru. Zatrzymała się w progu, chcąc przyzwyczaić wzrok do półmroku, a płuca do duchoty: gospodyni uważała, że każdy podmuch powietrza jest śmiertelnym wrogiem jej wątłego zdrowia.

– Wróciłaś wreszcie – rzuciła matka z wyrzutem. Sprawiała wrażenie rozkojarzonej; pewnie zażyła za dużo laudanum. – Mówiłam, że nie powinnaś marnować czasu z Osińskim.

Leontyna wysłuchiwała takich przemów od kilku miesięcy: kiedy rodzicielka dowiedziała się, czym zajmował się Ignacy, sympatia, jaką do niego żywiła, przerodziła się we wrogość. Gdyby narzeczony córki walczył o niepodległość, jego aresztowanie stanowiłoby powód do dumy, ale socjalista? Człowiek, który chciał wywrócić do góry nogami porządek świata, mógł sprowadzić na pannę z porządnego domu wyłącznie kłopoty.

– Nie zostawię go. – Leontyna zacisnęła usta. Nie zamierzała wdawać się w dyskusję, bo matka była głucha na argumenty.

– Jesteś niepoprawna. – Pani Amelia uniosła się na poduszce i popatrzyła na córkę zmęczonym wzrokiem. Wyglądała przy tym tak pięknie, że dziewczyna zadała sobie pytanie, dlaczego nie odziedziczyła chociaż połowy tej urody.

– Jakie to romantyczne, proszę mamy. – Do buduaru zajrzała Helenka, która znowu podsłuchiwała pod drzwiami.

Leontyna z rozczuleniem popatrzyła na siostrę, która nie miała piętnastu lat i wciąż uczęszczała na pensję, ale już wyglądała jak młodsza kopia matki. Nic dziwnego, że rodzicielka pokładała w niej ogromne nadzieje, większe niż kiedykolwiek w Leontynie, a nawet w Ludwiku, jedynym synu, który studiował prawo w Petersburgu.

– W zesłaniu na Sybir nie ma nic romantycznego – fuknęła matka i z wyrzutem spojrzała na starszą córkę.

– Jeśli go skażą, Tenia za nim pojedzie – ekscytowała się Helenka, która zdążyła rozsiąść się na brzegu leżanki. – Jak ciotka Eliza za wujem Edwardem.

– Nie opowiadaj głupstw, moje dziecko. Teraz są inne czasy.

Leontyna nie mogła się z tym zgodzić. Wiedziała, że gdyby przyszło jej jechać za Ignacym, nie wahałaby się ani chwili. W końcu był to główny powód, dla którego dążyła do ślubu – chciała mieć do tego prawo. Uważała jednak, że lepiej nie informować matki o tych planach.

– Pęka mi głowa. – Pani Amelia opadła na poduszki. – Idźcie na kolację, a potem do kuchni pomóc Pelagii. Panna z dobrego domu musi wiedzieć wszystko o gospodarstwie – dorzuciła na zakończenie swój ulubiony frazes, dziwnie brzmiący w ustach kogoś, kto nie potrafił zaparzyć nawet herbaty.

Na zakończenie wywodu westchnęła boleściwie i zamknęła oczy, więc dziewczęta w ciszy opuściły pokój.

– Dobrze, że zaraz kolacja – ucieszyła się Helenka. – Umieram z głodu – dodała, z obawą zerkając na drzwi, które przed chwilą za sobą zamknęła: rodzicielka wciąż powtarzała, że elegancka dama nie ma pojęcia, co to apetyt.

Wcześniejsza pora posiłku, którą Leontyna przed wyjazdem sama zaordynowała, oznaczała, że ojciec wybierał się na wista do wuja Władysława Lewińskiego. Nic dziwnego, że matka dostała migreny. Nie lubiła tych wyjść, a przecież człowiek, który pracował tak ciężko jak papa, zasługiwał na odrobinę rozrywki. Cotygodniowe spotkania z przyjaciółmi przy kartach i alkoholu dobrze mu robiły, wracał z nich w wyśmienitym humorze.

Kiedy siostry zajrzały do jadalni, przygotowania do posiłku były zakończone: Pelagia ustawiała imbryk z herbatą na szczycie samowara, a w powietrzu unosiła się smakowita woń pieczeni wymieszana z zapachem świeżego ciasta. Helenka pociągnęła noskiem i przełknęła ślinę.

Skrzypnęły drzwi gabinetu i do jadalni wkroczył pan domu, mecenas Wiktor Rapacki.

– Dobry wieczór, moje panny.

Na widok ojca Leontyna poczuła się lepiej; od dziecka go uwielbiała i uważała za najwspanialszego człowieka na świecie. On odpłacał jej taką samą miłością i starał się wspierać podczas konfliktów z matką.

– Dobry wieczór. – Antoni Paszkiewicz ukłonił się córkom pryncypała. Nikogo nie dziwiła jego obecność: młody adwokat często pracował u nich do późna i wtedy zostawał na kolacji.

Paszkiewicz był dosyć przystojnym, ale małomównym młodym człowiekiem. Leontyna nigdy nie widziała, aby się uśmiechał, a Helenka, którą pan Antoni intrygował, mawiała – oczywiście, kiedy nie słyszeli tego rodzice – że prawnik dla odpowiedniego nastroju codziennie rano zjada na czczo cytrynę.

Kolacja upływała w miłej atmosferze, choć w milczeniu. Ojciec błądził gdzieś myślami. Leontyna rozpamiętywała szczegóły widzenia z narzeczonym, a Paszkiewicz z nieodgadnionym wyrazem twarzy przyglądał się Helence, która, zaspokoiwszy głód, zaczęła prezentować uwodzicielskie pozy podpatrzone u ciotki Rozalii: wachlowała rzęsami i rzucała młodemu mężczyźnie powłóczyste spojrzenia.

– Coś ci wpadło do oka, moje dziecko? – zapytał w roztargnieniu mecenas.

Starsza panna Rapacka z trudem stłumiła śmiech, a dziewczynka spuściła głowę i zaczęła grzebać w talerzu. Paszkiewicz taktowanie udawał, że niczego nie zauważył.

– Jak się miewa pan Osiński? – zapytał ojciec.

– Dobrze – odparła zdawkowo Leontyna, choć aż rwała się, aby opowiedzieć mu o swoich obawach. Chciała poprosić, aby jeszcze raz wystąpił o pozwolenie na ślub. Niestety wyglądało na to, że nie uda się im porozmawiać. – Boję się, że wyślą go na Sybir. – Złowroga myśl zasiana i pielęgnowana przez matkę za nic nie chciała wyjść jej z głowy.

– Nie skazali go przecież administracyjnie – powiedział spokojnie mecenas i wyciągnął zegarek z kieszeni kamizelki. – Lada dzień ruszy proces – dodał. – Wszystko będzie dobrze, pamiętaj, że od pięciu lat nie przegrałem żadnej sprawy.

Pamiętała o tym i pragnęła wierzyć, że tym razem będzie podobnie.

3.

Radca tytularny Aleksander Nikitycz Woronin ze znawstwem rozejrzał się po wnętrzu zamtuza, do którego zaprosił go dawny kolega z pułku, porucznik Michaił Jurijewicz Kaługin.

Marmurowe schody przykryte kobiercem, amorki wymalowane na ścianach, kryształowe lustra i lampy ze stylowymi kloszami – to wszystko robiło wrażenie i można było rzec, że warszawski przybytek w niczym nie ustępował domom uciech, które Aleksander odwiedzał niegdyś w Moskwie.

Ceny też zapewne były adekwatne do poziomu usług.

Jeszcze kilka lat temu radca tytularny uiściłby bez mrugnięcia okiem każdy rachunek, ale obecne pobory nie pozwalały mu na takie ekstrawagancje. Dlatego próbował odrzucić zaproszenie, ale Miszka, uradowany spotkaniem z przyjacielem, odgadł w czym rzecz i uparł się, że sam zapłaci. Było go na to stać: jego dziadek, graf Kaługin, spał na złotych imperiałach i, co najważniejsze, miał słabość do jedynego spadkobiercy.

Aleksander wahał się. Mimo że lubił zabawę, starał się nie zaciągać długów, których nie mógł szybko spłacić. Uspokoił jednak sumienie, przypominając sobie, że sam wielokrotnie gościł Michaiła w podobnych lokalach. Poza tym – tłumaczył sobie Woronin – znajomość takich miejsc przydaje się w pracy, a on nie miał pojęcia o Scyllach i Charybdach miasta, do którego przyjechał przed kilkoma dniami. A i jego nikt nie znał. Trzeba więc wykorzystać sposobność, która prędko się nie powtórzy.

Z jednego z bocznych pokoi wyłoniła się dystyngowana dama w średnim wieku przypominająca raczej przełożoną pensji niż właścicielkę wesołego interesu. Kaługin podkręcił wąsa, a potem ukłonił się uprzejmie i powiedział:

– Proszę pozwolić, że przedstawię mojego przyjaciela ze stolicy. Sasza – zwrócił się do kolegi – to Madame Steiner.

– Aleksander... tycz... nin – wymamrotał niewyraźnie policjant, a następnie ucałował dłoń burdelmamy; pozory obowiązywały nawet w takich miejscach jak to.

– Miło poznać – odparła dama po rosyjsku, ale z twardym akcentem zdradzającym niemieckie pochodzenie. – Kazałam przygotować gabinet.

Podążyli za gospodynią, a kiedy mijali ozdobione łukiem wejście do jednego z pomieszczeń, dobiegł ich gwar głosów, nagle zagłuszony przez dźwięki fortepianu: ktoś grał popularną polkę Trisch-Trasch. Aleksander wsłuchał się w skoczną melodię. Doskonale znał każdą nutę; kiedyś w trakcie zabaw sam wykonywał ten utwór, więc wystarczyła chwila, aby uznał, że pianiście nie brakuje ani techniki, ani wprawy. Jednak – jak na przyzwyczajenie Woronina – grał odrobinę za wolno i dziwnie frazował.

Policjant, wiedziony ciekawością, zajrzał do salonu, gdzie na kanapach, w towarzystwie pensjonariuszek, spoczywało kilku gości. Powietrze było ciężkie i siwe od papierosowego dymu. W głębi pokoju, na podeście, stał imponujący instrument, niewątpliwie steinway, na którym grał długowłosy mężczyzna w okrągłych okularach z ciemnymi szkłami. Aleksander domyślił się, że pianista jest niewidomy.

– Zechcą panowie dołączyć? – zapytała Madame.

– Może później – odparł Michaił. – Najpierw powspominamy to i owo… Wódeczki się napijemy.

Właścicielka pokiwała głową ze zrozumieniem i powiodła ich w kierunku bocznego korytarza, gdzie mieściły się gabinety, otworzyła drzwi do jednego z nich i gestem zaprosiła gości do środka.

Pokój został urządzony z takim samym specyficznym przepychem jak cała reszta lokalu. Za to okryty białym obrusem stół był zastawiony talerzami pełnymi przekąsek. Wśród pasztetów, wędlin i ozorów na zimno Woronin zauważył swój ulubiony astrachański kawior.

– Proszę czuć się jak w domu – powiedziała Madame i pociągnęła za taśmę dzwonka. – A nawet lepiej… – dodała ze znaczącym uśmiechem.

Nie minęło pół minuty, a w gabinecie zjawiła się piękna brunetka w stroju Hiszpanki. Dzierżyła tacę, na której stała butelka mrożonej wódki. Smukła blondynka, która przybyła w ślad za koleżanką, niosła talerze, sztućce i kieliszki. Madame Steiner dbała o wszystkie potrzeby klienta, który zostawił u niej sporą część przyszłego spadku.

Aleksander z przyjemnością przyglądał się dziewczynom: po wspaniałościach Petersburga Warszawa wydawała mu się prowincjonalna, ale już pierwszego dnia zachwyciła go uroda miejscowych kobiet. Nawet dzisiaj widział na ulicy prawdziwą piękność…

– Oto Blanka. – Madame wskazała na blondynkę. – A to Klarysa. – Odwróciła się w stronę brunetki. – Będą do dyspozycji do samego rana. Gdyby mieli panowie dodatkowe życzenia, proszę powiedzieć. – Skinęła im głową na pożegnanie i z godnością opuściła gabinet.

Dziewczyny rozstawiły zastawę i na znak Michaiła także skierowały się do wyjścia. Woronin tęsknym wzrokiem odprowadził jasnowłosą.

– Nie martw się, niedługo wrócą. – Miszka, który zauważył wyraz rozczarowania na twarzy przyjaciela, opadł na kanapę i sięgnął po wódkę. – Ale przyznaj, dobrze pamiętam, jakie dziewczyny ci się podobają.

– Nie przeczę – mruknął Aleksander. Dawno nie odwiedzał takich miejsc i ze zdziwieniem zauważył, że zaczyna go to krępować. Chyba zmienił się w ciągu ostatnich lat.

– Za spotkanie! – Kaługin uniósł kieliszek. – Prędzej bym się śmierci spodziewał niż ciebie w Warszawie. Ja muszę tu siedzieć aż ucichnie moskiewska awantura, ale ty?

– I naszego generała tutaj przysłali. – Aleksander sięgnął po szkło. – Rozkaz to rozkaz.

– Nie porównuj się do naszego generała – zaśmiał się Miszka. – On jest gubernatorem! A ty żeś wymyślił z tą policją. Cały pułk się dziwił… Szły zakłady, że wstąpisz do żandarmów.

Akurat takiej możliwości Woronin nie brał pod uwagę. Po pierwsze, nie interesowało go łapanie szaleńców, którym wydawało się, że za pomocą kilku bomb domowej roboty ruszą z posad Imperium. A po drugie – nie był przecież rodowym szlachcicem.

– Twoje zdrowie! – wzniósł toast Aleksander.

– Nie wierzę, że przysłali cię do Warszawy przypadkiem. Pewnie żeś znowu wplątał się w jakiś romans? – Michaił puścił mu oko. – Uciekłeś przed panną? Czy przed jej rodziną?

Aleksander poruszył się niespokojnie, bo przyjaciel trafił w sedno. Prawie.

– Zajrzałem do cudzego ogródka – wyjaśnił niechętnie, zapalając papierosa.

– Saszka, ty nigdy się nie nauczysz! Spódniczki kiedyś cię zgubią.

Woronin cieszył się powodzeniem u pań, ale nie miał do nich szczęścia. Dlatego w wieku dwudziestu siedmiu lat uważał, że romantyczne porywy pozostały już za nim. Wolał przelotne romanse bez zobowiązań. Ostatnio przekonał się jednak, że i one bywają obarczone ryzykiem. Może rzeczywiście powinien wrócić do kontaktów z profesjonalistkami?

– Przyganiał kocioł garnkowi! – zawołał Aleksander.

– Pojedynek to co innego! Honorowa sprawa! Gdyby ten jełop nie był siostrzeńcem księcia, nie miałbym problemu.

– Mało żeś go nie zabił…

– Odpokutuję i wrócę do Moskwy – oświadczył Michaił. – Dziadek wydał mnóstwo pieniędzy, żeby schować mnie aż tutaj, to i z powrotem sprowadzi.

– Nie wątpię.

– Pogodziłeś się z ojcem? – Porucznik jak na podpitego wykazał niezwykłą przytomność umysłu.

– Nie – rzucił niechętnie Woronin. Choć od zerwania kontaktów z rodziną minęło pięć lat, nie potrafił o tym myśleć ze spokojem.

– Niepotrzebnie pytam – zreflektował się Miszka, nakładając sobie czubaty talerz przekąsek. – Jakbyś się pogodził, nie przyjechałbyś na prowincję gonić za złodziejami.

– Jak tu jest? – zainteresował się policjant, ponownie napełniając kieliszki.

– Polacy nas nie lubią. Oj, nie lubią… Pewnie minie kilka pokoleń, zanim to będzie naprawdę nasza ziemia… Ale co będziemy o polityce gadać. Twoje zdrowie!

Porucznik jednym haustem opróżnił kieliszek, a potem z trudem podniósł się z kanapy.

– Zaraz wracam – oświadczył. – A ty skosztuj pasztetu. Naprawdę wyborny, pewnie z białych zajęcy.

Zostawiony samemu sobie Aleksander posłuchał rady kolegi: pasztet rzeczywiście okazał się niezły, choć jadał w życiu lepsze. Potem przymknął oczy i wyciągnął się na kanapie. Czuł w głowie przyjemny szum i delikatne falowanie. Naprawdę lubił ten stan po kilku głębszych, świat stawał się łagodniejszy i pełen jasnych barw, a życie, przynajmniej na chwilę, robiło się prostsze.

Skrzypnęły drzwi. Woronin otworzył oczy. Do gabinetu wsunęła się Blanka. Skoro się pojawiła, to Michaił musiał gdzieś zabłądzić z jej koleżanką.

Obserwował dziewczynę spod wpółprzymkniętych powiek. Przez chwilę stała przy wejściu, jakby nie miała pewności, czy jest mile widziana, kiedy jednak mężczyzna nie zareagował, podeszła bliżej i usiadła na brzegu kanapy. Woronin zastanawiał się, co właściwie powinien zrobić. Znowu pojawiło się uczucie zażenowania.

Zbyt długo zwlekał z decyzją i zniecierpliwiona Blanka przystąpiła do działania: dotknęła go, najpierw lekko i ostrożnie, ale kiedy nie napotkała oporu, zaczęła poczynać sobie śmielej. Naprawdę znała się na rzeczy. Radca tytularny mocno wciągnął powietrze i w jednej chwili stracił wszelkie skrupuły.

– Zostaniemy tu, czy idziemy do sypialni?

Czort! Nie miał ochoty nigdzie się ruszać. Uniósł się i przyciągnął dziewczynę do siebie. Pachniała dobrymi perfumami i tytoniowym dymem. Nie przerywając pieszczot, zręcznie rozpinała guziki jego koszuli, a Aleksander, wyplątując i siebie, i ją z kolejnych warstw odzieży, pomyślał… Właściwie zupełnie przestał myśleć.

Zza drzwi dolatywały pierwsze takty walca Straussa, tym razem pianista bezlitośnie fałszował. Gdzieś w oddali strzelił korek od szampana; Woronin wzdrygnął się lekko, bo takie odgłosy źle mu się kojarzyły. Szybko jednak zapomniał o przeszłości i skupił wyłącznie na dziewczynie.

Kobiecy krzyk ściągnął go na ziemię prawie z siódmego nieba. Błyskawicznie oprzytomniał i kierując się bardziej instynktem niż rozumem, odepchnął Blankę. Zerwał się na nogi, z trudem opanowując drżenie rąk, zapiął spodnie i narzucił koszulę. Wypadł na korytarz. Pusto. Czyżby nikt inny nie zwrócił uwagi na okropny wrzask?

Drzwi gabinetu znajdującego się na końcu korytarza zamknęły się z hukiem. Policjant popędził w tamtym kierunku. Szarpnął za klamkę, ustąpiła bez problemu. Wpadł do środka, a tam owionął go lodowaty podmuch idący od otwartego okna. Firanki powiewały na wietrze niczym białe chorągwie.

Przeciąg zgasił świece, więc wnętrze oświetlała jedna lampa. Aleksander wytężył wzrok i rozejrzał się dookoła. Pokój był większy i bardziej luksusowy niż ten, w którym przyszło mu spędzić wieczór – prawdziwy apartament.

Dobiegł go dziwny odgłos. Odwrócił głowę: w kącie, nieopodal okna kuliła się blondwłosa dziewczyna owinięta jakąś jasną tkaniną.

Woronin kilkoma susami pokonał dzielącą ich odległość i dotknął ramienia podopiecznej Madame Steiner.

– Co się stało?

Kurtyzana była tak przerażona, że nie potrafiła wydusić z siebie słowa, ale trzęsącą się ręką wskazała mu ogromne łoże z baldachimem zajmujące środek pokoju.

Policjant, starając się nie zwracać uwagi na coraz większy ziąb, chwycił lampę, a potem zbliżył się do kotary i rozchylił ją.

W atłasowej pościeli spoczywał postawny mężczyzna w średnim wieku. Na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że śpi, ale kiedy Aleksander, dygocząc z zimna i ze zdenerwowania, poświecił i przyjrzał mu się lepiej, dostrzegł ciemną plamę krwi rozlewającą się na gorsie koszuli. Dalsze oględziny nie pozostawiły wątpliwości, że człowiek nie żyje.

W tym czasie dziewczyna nieco oprzytomniała i nie spuszczając oczu z Woronina, zaczęła wycofywać się w stronę wyjścia. Policjant ruszył za nią i jednocześnie starał się zebrać myśli.

Doktor, rewizja, spisanie gości…

Za drzwiami zebrał się tłumek wystraszonych pensjonariuszek pod wodzą samej Madame. Nie pojawił się za to żaden z klientów. Zrozumiała ostrożność. Choć tym razem nawet ona nie pomoże i wszyscy, którzy spędzili noc w zamtuzie, będą musieli złożyć zeznania. W końcu morderstwo to nie żarty.

– Policja śledcza! – krzyknął Woronin, uznając, że wystarczy tego incognito. – Nikt nie ma prawa opuszczać lokalu!

Rozdział II

1.

Szybkość, z jaką posiłki z cyrkułu pojawiły się w burdelu, utwierdziła Woronina w przekonaniu, że któryś ze stójkowych, zapewne opłacany przez Madame, kręcił się w pobliżu, pilnując bezpieczeństwa gości. Jak pokazały wypadki, ochrona nie zdała się na wiele, ale pozostawała nadzieja, że policjant – o ile choć odrobinę grzeszył rozumem – mógł zauważyć coś interesującego.

– Chudiszczew, szósty cyrkuł! – Zasapany rewirowy zdjął czapkę i kraciastą chustką otarł czoło. – Podobno kogoś zamordowali? – Rozejrzał się z zaciekawieniem.

Salon w ciągu kilkunastu minut stracił dużo ze swojej elegancji – wyglądał, jakby przeszła przez niego wichura. Na podłodze leżały powywracane krzesła, zdeptane kwiaty i szkło z kieliszków, na obrusach rozkwitały plamy czerwonego wina, a z pękniętego wazonu z irytującą regularnością kapała woda. Wszystkie te szkody powstały w chwili, kiedy goście próbowali w popłochu opuścić burdel.

– Nieboszczyk leży w pokoju na końcu korytarza. Zastrzelony. Poślijcie po medyka, żeby go obejrzał. Sędziego śledczego też zawiadomcie…

Rewirowy wysłuchał sugestii, ale nic nie zrobił. Woronin nie był tym zdziwiony, w końcu się nie znali, a Chudiszczew nie musiał wyznawać starej rosyjskiej zasady głoszącej, że skoro ktoś rozkazuje, najwyraźniej ma do tego prawo.

Wreszcie Aleksander, zirytowany przedłużającym się milczeniem, poruszył się niespokojnie i zapytał:

– Coś się nie zgadza? Jestem…

– Pan jest tym nowym, którego przysłali z Pitra do urzędu? – wpadł mu w słowo rewirowy.

– Tak, Woronin. Radca tytularny.

– Miło powitać. – Uspokojony Chudiszczew gestem przywołał jednego ze swoich ludzi i półgłosem wydał mu polecenie. Policjant wybiegł z salonu.

– Trzeba przeszukać budynek i przepytać, czy ktoś słyszał strzały – zarządził Woronin. Powinien zaczekać na sędziego śledczego, ale uznał, że lepiej nie tracić czasu. – Spisać wszystkich obecnych! Nazwiska, miejsca pobytu… Który z waszych kręcił się w pobliżu? Zakładam, że mieliście jakiś układ z właścicielką…

– Kuropatkin – uśmiechnął się krzywo Chudiszczew. – Ten tam. – Wskazał na przysadzistego policjanta w średnim wieku.

Aleksander zmierzył delikwenta wzrokiem: stójkowy miał zaczerwieniony nos i rozbiegane oczy. Podczas stróżowania pewnie rozgrzewał się gorzałką. Należało go jednak wypytać. Woronin postanowił zrobić to w drugiej kolejności, najpierw chciał wyjść na zewnątrz i sprawdzić okolicę, a następnie porozmawiać z dziewczyną, która, pochlipując, kuliła się na kanapie. Dwie niekompletnie ubrane koleżanki próbowały ją pocieszyć.

Policjanci, ponaglani przez rewirowego, rozbiegli się po pokojach. Natychmiast zaczęły stamtąd dobiegać podniesione głosy i kobiece piski.

– Co się, do czorta, dzieje?! – Aleksander usłyszał bas Kaługina i uśmiechnął się pod nosem. – Jakim prawem… – Porucznik wyłonił się z pokoju bez koszuli i butów, ale za to z szablą w garści. Na widok przyjaciela opuścił broń. – Co wyprawiasz, Saszka?! Czemu rozpędzasz zabawę?!

– Mam zwłoki do sprzątnięcia.

– Paskudnie żeś wdepnął z tą policją. – Michaił, który nie spodziewał się, że sprawa jest tak poważna, pokręcił głową. – Czort! – zaklął, a potem cofnął się do pokoju. Przez jakiś czas dochodziły stamtąd odgłosy burzliwej dyskusji, którą toczył ze stójkowymi.

Aleksander narzucił szynel, zabrał ze stołu lampę i zamierzał ruszyć do wyjścia, kiedy wyrosła przed nim Madame Steiner. Miała wzburzoną fryzurę i błędny wzrok: najwyraźniej dopiero co oprzytomniała po omdleniu, którego doznała na widok zwłok bezczeszczących lokal.

– Skandal! – zawołała z oburzeniem. – Nie może pan niepokoić…

– Droga pani – przerwał jej Woronin. – Za ścianą leży nieboszczyk, który nie umarł śmiercią naturalną. Musiał być dobrym klientem, skoro było go stać…

– Przyjmuję wyłącznie dobrych klientów – oświadczyła wyniośle Madame, rzucając mu wściekłe spojrzenie. Pojął, że sam właśnie przestał zaliczać się do tej kategorii. – A pan nic nie wie o tym mieście. To nie Petersburg! Tu są inne zwyczaje!

Aleksander zamrugał ze zdumienia. Czyżby jego przeświadczenie o tym, że nie zwrócił na siebie niczyjej uwagi, okazało się złudne? Najwyraźniej tak, skoro nie tylko w cyrkule, ale nawet w burdelu znali jego tożsamość i profesję. Madame musiała mieć na usługach lepszy wywiad niż żandarmeria.

– Mordowanie mężczyzn w lupanarach jest miejscową atrakcją? Za dodatkową opłatą? – zapytał Woronin.

– Skandal! – Burdelmama wyglądała tak, jakby chciała mu wydrapać oczy, w jednej chwili straciła całą klasę. – Pan nie wie, z kim zadziera.

– Pewnie się dowiem, kiedy panią aresztuję za utrudnianie śledztwa – rzucił od niechcenia. – Ostatnio zwiedzałem areszt przy ratuszu. Nie sądzę, żeby się pani spodobał.

– Policmajster się dowie. Niezwłocznie!

Aleksander nie zamierzał dać się zastraszyć. Już dawno zrozumiał, że aby wykonywać swoją pracę, nie może okazywać lęku: bezczelność była skuteczniejsza. W niektórych sytuacjach najlepiej sprawdzało się jednak obopólne porozumienie. Szczególnie gdy rozsądek podpowiadał, że na początku warszawskiej kariery nie należy narażać się na gniew szefa policji.

– Może skończymy sobie grozić i porozmawiamy? – zagadnął Aleksander. – Obojgu wyjdzie to na dobre.

Oczekująca kolejnego ataku Madame spojrzała na niego ze zdziwieniem i chyba nie zrozumiała, co takiego miał na myśli.

– Wieść, że w pani lokalu giną klienci, rozniesie się po mieście. I zyska na tym wyłącznie konkurencja.

Właścicielka drgnęła niczym ukłuta szpilką, widocznie jeszcze nie uświadomiła sobie, że niefortunna sytuacja może mieć przełożenie na jej dochody.

– Kiedy sprawa się wyjaśni, wszystko wróci do normy.

Użył właściwych argumentów. Madame przede wszystkim prowadziła interesy, opanowała się więc błyskawicznie i już bez złości zapytała:

– Co właściwie chce pan wiedzieć?

2.

– Kazał pan zaaresztować cały burdel? – Radca dworu Osip Dymitrowicz Mironow z rozbawieniem wpatrywał się w młodego policjanta. – Doprawdy szaleństwo! Pan wie, kto tam bywa? Nie zdążyłem zapoznać się ze sprawą, a już dostaję skargi. – Przesadnym gestem wyciągnął rękę, w której ściskał kilka wygniecionych dokumentów.

– Wśród tych osób może być zabójca – odparł Aleksander, który denerwował się spotkaniem z sędzią śledczym.

– Pan się zapomina – stwierdził chłodno komisarz Adam Andriejewicz Langer, który na wezwanie Chudiszczewa przybył do zamtuza dokładnie w chwili, gdy Woronin kończył spisywanie nazwisk gości. Nie spodobała mu się nadgorliwość nowicjusza, więc przejął dowództwo, a kiedy zorientował się, że sprawa jest poważna, posłał po sędziego śledczego.

Radca dworu Mironow, sześćdziesięcioletni mężczyzna o dostojnym wyglądzie biblijnego patriarchy, przybył na miejsce zbrodni o szóstej rano, najpierw z obrzydzeniem rozejrzał się po zdewastowanym salonie, a następnie wysłuchał sprawozdań.

– Akurat byłem na miejscu. – Woronin starał się nie tracić rezonu.

– Już sam ten fakt źle o panu świadczy. – Langer spojrzał na niego z dezaprobatą. Aleksander zdążył się zorientować, że energiczny komisarz szybko myśli, szybko działa i najwyraźniej szybko ocenia ludzi.

– Nie miejsce ani czas na takie dyskusje. – Sędzia popatrzył na policjantów jak na rozkapryszonych chłopców. – Wiadomo, kogo zamordowano?

– Nie miał przy sobie dokumentów, ale udało się ustalić. – Aleksander odetchnął, bo znalazł się na dobrze sobie znanym gruncie. – Właścicielka twierdzi, że to Wiktor Józefowicz Rapacki. Stały klient. Przychodził mniej więcej od roku w każdy piątek. Rozpoznał go też jeden z obecnych tu znajomych.

– Rapacki? Ten adwokat?

– Tak, podobno był adwokatem.

– Świat się kończy – mruknął zdegustowany Mironow.

– Nieboszczyka już zabrali. – Langer, który najwyraźniej lubił być w centrum wydarzeń, znowu włączył się do rozmowy. – Doktor Patkiewicz mocno się spieszył, ale oczekuje waszej wielmożności u siebie. A ja…

– Chciałbym prosić o możliwość poprowadzenia śledztwa – Woronin wszedł starszemu koledze w słowo. Wiedział, że musi działać szybko, inaczej sprawa wymknie mu się z rąk.

– Raczy pan żartować? – Komisarz spojrzał na niego z czymś w rodzaju politowania. – Po tygodniu pobytu w Warszawie?

Aleksander zdawał sobie sprawę, że nie świadczy to na jego korzyść i że Madame Steiner nie myliła się, mówiąc, że nic nie wie o tym mieście i o panujących w nim stosunkach. Sędzia mógł zlecić robotę komuś bardziej doświadczonemu. Zwłaszcza że sam wyglądał na starego wyjadacza. Woronin jednak nie zamierzał poddać się bez walki. Nie miał ochoty po raz drugi w życiu płacić frycowego i przez rok uganiać się za złodziejaszkami i oszustami. Chciał zacząć od poważnych spraw.

– Poradzę sobie – rzucił hardo.

Osip Dymitrowicz przyglądał mu się z zainteresowaniem. Aleksander poczuł się niepewnie pod spojrzeniem starego urzędnika, ale zachował spokój.

Wreszcie sędzia zakończył oględziny i oświadczył zdecydowanym tonem:

– Wiele osób wolałoby, żebyśmy nie grzebali w tej sprawie. Czekają nas naciski z różnych stron, dlatego lepiej, żeby zajął się tym ktoś, kto nie ma żadnych powiązań… Dam panu szansę.

– Dziękuję. – Aleksander odetchnął z ulgą.

– Nie wiem, czy jest za co. – Mironow uśmiechnął się do niego i przez chwilę wyglądał jak dobrotliwy Bóg Ojciec. – Liczę, że nie poskąpi pan rad młodszemu koledze. – Popatrzył na komisarza, który, choć zaskoczony decyzją, nie ośmielił się oponować.

– Oczywiście.

– W takim razie zaczniemy od obejrzenia miejsca zbrodni.

Langer, do którego dotarło, że jego udział w śledztwie właśnie się zakończył, ukłonił się sędziemu, ale zanim ruszył w stronę wyjścia, zwrócił się do Aleksandra:

– Będę patrzył panu na ręce.

Radca tytularny nie odpowiedział, przynajmniej na razie nie zamierzał przejmować się brakiem zaufania ze strony starszego kolegi.

Choć za oknem zaczynało się rozwidniać, na korytarzu panował półmrok. Woronin cofnął się i zabrał lampę ze stołu w salonie.

Skręcili w boczny korytarz. Tam, pod gabinetem, w którym znaleziono ciało, pokutował przy świeczce stójkowy, pozostawiony na straży przez Chudiszczewa.

– Proszę bardzo. – Aleksander skinął głową policjantowi, który na ich widok zerwał się z krzesła, przybrał postawę zasadniczą i na znak dany przez Mironowa otworzył drzwi.

Sędzia, zanim przekroczył próg pokoju, jeszcze raz przyjrzał się Aleksandrowi, a potem oświadczył oficjalnym tonem:

– Na początek musimy ustalić kilka zasad. Otóż, jak pan się domyśla, prowadzę kilkanaście spraw, a moja doba liczy tylko dwadzieścia cztery godziny. Dlatego zostawiam panu swobodę działania. Może pan zbierać dowody i przesłuchiwać świadków, ale co drugi dzień chcę raport. Pierwszy ma być jutro! Aha… Niech panu nie przyjdzie do głowy aresztować kogoś bez mojej wiedzy. Gdyby zaś o dziwnej porze wydarzyło się coś ważnego, może pan szukać mnie w domu. Byle nie za często, bo żona się złości. I jeszcze jedno, najważniejsze… Nie życzę sobie żadnych skarg na pana!

Policjant, który do tej pory przytakiwał, na znak, że zrozumiał wytyczne, przy ostatnim punkcie jęknął w duchu.

3.

Wysiadł z dorożki na rogu – o ile dobrze zapamiętał – Senatorskiej i Bielańskiej. Owionął go zimny wiatr zwiastujący rychłą zimę. Woronin, od dziecka przyzwyczajony do moskiewskich mrozów, nie poczuł jednak chłodu, ale orzeźwienie: nieprzespana noc coraz bardziej dawała mu się we znaki. Nie mógł pozwolić sobie na odpoczynek, pierwsze godziny śledztwa były najważniejsze.

Przyjrzał się jasnemu budynkowi ze strzelistymi wieżami, w którym mieścił się ratusz: oprócz mieszkania policmajstra i przeróżnych rządowych instytucji miała tam ponoć siedzibę straż ogniowa. Potem przeniósł wzrok na gmach opery i poczuł się swojsko, bo klasycystyczna budowla przywiodła mu na myśl Teatr Wielki w Moskwie.

Przez ulicę z chrzęstem przetoczył się tramwaj. Nieopodal ratusza stała kolejka dorożek; konie niespokojnie strzygły uszami, ale się nie płoszyły, najwyraźniej zdążyły przywyknąć do hałasu szynowych pojazdów.

Woronin uznał, że wystarczy odpoczynku i skręcił w Bielańską, aby dotrzeć do urzędu śledczego. Podejrzewał, że gdzieś musi być skrót wiodący przez dziedzińce ratusza, ale nie zdążył jeszcze go poznać. Wiedział tylko, gdzie znajduje się areszt policyjny; na rozkaz nowych przełożonych był tam przed dwoma dniami. Wcześniej widział moskiewskie Butyrki, Twierdzę Pietropawłowską w Petersburgu, a także osławiony Szlisselburg, dlatego warszawskie więzienie nie zrobiło na nim wrażenia.

Mimo wczesnej pory w urzędzie śledczym roiło się od ludzi. Aleksander, który miał zgłosić się do pracy dopiero następnego dnia, minął wartownika, zatrzymał się w holu i niepewnie rozejrzał dookoła.

Zastanawiał się przez chwilę, co robić, a kiedy zdecydował, że najpierw uda się do kancelarii, ktoś lekko klepnął go w ramię.

– Woronin, dobrze, że pan jest! Apollon Wsiewołodowicz chce pana widzieć.

Asesor kolegialny Jewgienij Aleksiejewicz Azarow, przysadzisty jegomość, którego radca tytularny poznał pierwszego dnia pobytu w Warszawie: to on pomógł mu znaleźć i wynająć mieszkanie.

Zgodnie z poleceniem udał się do biura szefa urzędu śledczego i zameldował u dyżurnego oficera. Radca kolegialny Korolew miał spotkanie, więc Woronin, nie czekając na zaproszenie, powiesił wilgotny płaszcz i usiadł na krześle. Po jakichś dziesięciu minutach z gabinetu przełożonego wyszedł zdenerwowany Langer. Zmierzył Woronina niechętnym wzrokiem, ale nic nie powiedział.

Za to dyżurny od razu zerwał się z miejsca i prawie wbiegł do pokoju Korolewa. Wrócił stamtąd prawie natychmiast.

– Jego wielmożność prosi.

Radca tytularny podniósł się z krzesła i starając się wyglądać jak najpoważniej, co po bezsennej nocy nie było proste, wszedł do gabinetu. Ku swojemu utrapieniu zameldował się na wojskową modłę, zdarzało mu się to w chwilach zdenerwowania. Cóż, pewnych nawyków nie umiał pozbyć się mimo starań.

– Dostałem pismo od sędziego Mironowa, że zleca panu czynności w sprawie zabójstwa Wiktora Rapackiego. Jak do tego doszło? – Szef urzędu śledczego spojrzał na niego srogo znad szkieł.

Aleksander odgadł, że Korolew zdążył wywiedzieć się, jak przebiegł początek śledztwa, ale z jakiegoś powodu chce poznać jego wersję.

– Byłem na miejscu w czasie zabójstwa. Znalazłem zwłoki i podjąłem pierwsze czynności.

– I wszedł pan w paradę Langerowi? – Radca dworu nerwowo szarpnął bujne siwe bokobrody. – A miał się pan zadomowić, poznać okolicę, a nie od razu uprawiać samowolę.

Woronin wytrzymał pełen potępienia wzrok przełożonego i spokojnym tonem, któremu jednak daleko było do uniżoności, oświadczył:

– Zrobię wszystko, żeby wyjaśnić tę sprawę.

– Oczywiście, że pan zrobi – oświadczył zimno Korolew. – Inaczej przez następne dwa lata będzie łapał kieszonkowców.

– Tak jest!

Apollon Wsiewołodowicz sięgnął po łyżeczkę, a potem wolno i metodycznie zaczął mieszać herbatę. Szklanka delikatnie brzęczała, a Woronin przełknął ślinę: po całonocnej pracy nie zdążył zjeść śniadania. Co gorsza, kiedy stał bez ruchu w cieple, zaczynał morzyć go sen. Chcąc wrócić do przytomności, zaczął błądzić wzrokiem po wnętrzu.

Gabinet szefa urzędu śledczego był duży, ale okropnie zagracony. Najwięcej miejsca zajmowała stara rzeźbiona szafa, w której – jak policjant zdążył się już zorientować – gospodarz trzymał najważniejsze dokumenty.

– A swoją drogą… – Radca dworu nieco złagodniał. – Praca z sędzią Mironowem to najlepsze, co mogło się panu trafić na początek. Proszę patrzeć i się uczyć! I jeszcze jedno, musi mieć pan kogoś do pomocy. Zaraz poszukamy. – Szef przechylił się w stronę drzwi i zawołał: – Dyżurny! Sprowadź mi tu zaraz Azarowa!

Zasapany asesor kolegialny zjawił się w gabinecie po jakichś dwóch minutach. Korolew zapytał go:

– Niech pan powie, Jewgieniju Aleksiejewiczu, który z naszych kancelistów mógłby pomóc radcy tytularnemu w śledztwie? Chłopak aż rwie się do roboty.

Azarow odetchnął ciężko, popatrzył najpierw na Apollona Wsiewołodowicza, a potem na Woronina i bezradnie rozłożył ręce.

– Wszyscy zajęci. Mamy przecież i morderstwo kupca Suzina, i rzekome samobójstwo córki tajnego radcy Appelbauma, i dziesięciu innych nieboszczyków. Kradzieży nawet nie zliczę. No chyba że Szuster… – dodał po chwili namysłu.

– Szuster? – upewnił się Korolew, a po chwili dodał z rezygnacją: – Niech będzie i Szuster. Przynajmniej urodził się w Warszawie.

Reakcja przełożonego zaniepokoiła Woronina, ale nie wypadało mu się dopytywać, postanowił więc, że sam przyjrzy się współpracownikowi.

– Jakby pan potrzebował agentów, proszę się zgłaszać do Langera. Ostatecznie do naszego Jewgienija Aleksiejewicza. Powodzenia. – Korolew dał znak, że uważa rozmowę za skończoną. – Proszę pamiętać, żadnej samowoli! Nie chcę żałować, że potraktowałem pana tak łagodnie.

– Zapamiętam – potwierdził bez przekonania policjant, a potem odmeldował się po wojskowemu i w ślad za Azarowem opuścił gabinet szefa.

Biuro warszawskiej policji kryminalnej było mniejsze i skromniej urządzone niż Wydział Śledczy w Petersburgu, chyba więc z tego powodu Woronin miał wrażenie, że pracuje tutaj więcej osób. Wszędzie słychać było gwar głosów, po pokojach kręcili się urzędnicy i agenci.

– Proszę bardzo, pańskie miejsce. – Azarow zaprosił go do gabinetu.

W pokoju stała odrapana półka, krzesło i biurko wciśnięte w kąt pod oknem. Dębowy blat, na razie pusty, wydawał się ogromny, ale Woronin wiedział, że za jakiś czas okaże się za mały.

– Przedstawię panu pomocnika. – Radca kolegialny wyszedł na korytarz i stanął przy wejściu do sąsiedniego pokoju, w którym pracowało kilku młodych urzędników. – Szuster! – huknął na cały urząd.

Z jednego ze stanowisk, tego najbliżej przejścia, poderwał się chudy czarnowłosy chłopak w za dużym mundurze. Zrobił to tak niezręcznie, że strącił na podłogę stertę papierów. Ktoś parsknął śmiechem, a kancelista rzucił asesorowi kolegialnemu przerażone spojrzenie – nie wiedział, czy ma zbierać dokumenty, czy natychmiast stawić się na wezwanie.

Azarow pokręcił głową z dezaprobatą, a potem zwrócił się do Woronina:

– Georgij Dawidowicz Szuster, registrator kolegialny. Oddaję go do pana dyspozycji.

– Miło poznać, Woronin. – Policjant wyciągnął rękę.

Chłopak uścisnął ją niepewnie, wybąkał coś pod nosem i spuścił głowę. Aleksander zaklął w duchu: urzędnik, którego mu przydzielono, wyglądał na niezbyt rozgarniętego. Może chociaż znał topografię miasta? Trzeba sprawdzić.

– Niech mi pan ustali – zwrócił się do chłopaka – domowy adres mecenasa Wiktora Rapackiego.

Szuster rzucił się wykonać polecenie z taką gorliwością, że strącił kilka dokumentów z biurek swoich kolegów. Radca tytularny pomyślał, że chyba właśnie nadeszła chwila, aby zacząć w sobie rozwijać cnotę cierpliwości.

4.

Leontyna zaczynała się denerwować – Pelagia nakryła już stół w jadalni, a ojca wciąż nie było. Zdarzało mu się wracać ze spotkań u mecenasa Lewińskiego nawet o świcie, ale sobotnie śniadanie w rodzinnym gronie, a potem wspólny spacer po Łazienkach były dla niego świętością. Doskonale wiedział, jak ogromną wagę jego żona przywiązuje do pozorów i ludzkiej opinii.

Panna, coraz bardziej zniecierpliwiona, minęła drzwi łączące jadalnię z salonem i stanęła przy oknie: stąd rozpościerał się widok na spory odcinek ulicy i wejście do budynku, a ona od dziecka wierzyła, że jeśli będzie wypatrywać ojca zza firanki, on szybciej wróci do domu.

Wsłuchiwała się w pokrzykiwania woźniców, w chrzęst kół tramwajów, turkot dorożek i powozów toczących się po bruku, a potem wyjrzała przez okno. Szerokim chodnikiem kroczyli stateczni mężczyźni w towarzystwie eleganckich małżonek. Przemykali posłańcy i obładowane służące, wracające z zakupami z bazaru przy placu Świętego Aleksandra. Obok bramy kamienicy zatrzymał się stójkowy, popatrzył na dom – Leontyna na chwilę odsunęła się od parapetu, a kiedy wyjrzała ponownie, tamtego już nie było.

Mijał czas, nieubłaganie nadchodziła pora śniadania, a zniecierpliwienie zaczynało zmieniać się w niepokój, choć dziewczyna tłumaczyła sobie, że nie mogło stać się nic złego, wuj Lewiński mieszkał zaledwie kilka przecznic stąd.

– Papa wraca? – Helenka, wystrojona w błękitną sukienkę i uczesana w dwa gładkie warkocze, wyglądała jak wcielenie niewinności.

– Jeszcze nie. – Leontyna przykleiła twarz do szyby. – Co też mogło go zatrzymać?

Helenka zakręciła się niczym fryga i zamierzała wrócić do jadalni, ale nie zdążyła, bo w drzwiach salonu pojawiła się matka. Prezentowała się pięknie, była tylko blada po wczorajszej migrenie. Zmierzyła starszą córkę krytycznym spojrzeniem i rzuciła z pretensją w głosie:

– Za mało ściągnęłaś sznurówkę.

Leontyna skuliła się odruchowo. Wczoraj jej się upiekło, więc pewnie dziś dostanie podwójną porcję nieprzyjemnych uwag.

– Ojciec nie raczy do nas dołączyć?

Siostry wymieniły spłoszone spojrzenia. Obie milczały, wreszcie Leontyna zebrała się na odwagę:

– Papa jeszcze…

– Myślałaś, że nie zauważyłam? Doprawdy, to skandal!

Głośno trzasnęły drzwi wejściowe i na korytarzu zaczął się ruch.

Dziewczyna poczuła ogromną radość wymieszaną z ulgą. Odwróciła się, aby wyjść ojcu na spotkanie, ale jeden gest matki zatrzymał ją w miejscu.

Mijały chwile dłużące się niczym godziny, a mecenas Rapacki nadal się nie pojawiał. Wreszcie do salonu zajrzał wystraszony lokaj.

– Co się stało? – spytała gniewnie pani domu.

– Po… policja – wyjąkał służący.

– Co za głupstwa Kazimierz opowiada? Jak żyję, nie miałam do czynienia z policją.

– Żandarmi? – zaniepokoiła się Leontyna.

Matka łypnęła na nią podejrzliwie, a potem przeniosła wzrok na młodszą córkę i rozkazała:

– Idź do siebie.

– Ależ, proszę mamy… – Oczy Helenki błyszczały podnieceniem.

– Na-tych-miast!

Dziewczynka, ociągając się, wyszła na korytarz: widocznie chciała przynajmniej rzucić okiem na przybyszów. Matka, która bynajmniej nie miała zamiaru zważać na obecność lokaja, podeszła do Leontyny i mocno chwyciła ją za rękę:

– Trzymasz w domu jakieś papiery? Dał ci coś któryś z tych przeklętych socjalistów?

– Nie. – Nerwowo pokręciła głową. – Nie mam nic wspólnego… Przysięgam.

Na twarzy matki odmalowała się ulga i spokojniejszym tonem zwróciła się do Kazimierza:

– Gdzie są ci ludzie?

– Czekają w przedpokoju.

– Proś.

Mężczyzna, który wszedł do salonu – ciemnowłosy, szczupły i słusznego wzrostu – wydał się jej znajomy. Leontyna nie potrafiła jednak przypomnieć sobie, gdzie mogła wcześniej go spotkać; był Rosjaninem, niemożliwe, aby obracali się w tych samych kręgach. Spojrzała na drugiego przybysza, bardzo młodego bruneta, który wyglądał, jakby przed chwilą czegoś się przestraszył.

– Dzień dobry – odezwał się wyższy, kłaniając się uprzejmie. – Radca tytularny Aleksander Nikitycz Woronin…

Znała jego głos. To on obronił ją wczoraj przez obcesowymi zalotami swojego kolegi-oficera. Czyżby sam postanowił spróbować szczęścia?

– …i registrator kolegialny Szuster. Policja śledcza. – Gość obrzucił ją zuchwałym spojrzeniem i zamrugał, jakby zaskoczony spotkaniem, którego, na szczęście, nie skomentował.

Leontyna miała zamiar się odezwać, ale wyprzedziła ją matka, która w jednej chwili przybrała pozę obrażonej królowej.

– Co panów sprowadza? – zapytała ozięble i po francusku. Nie mogła dobitniej pokazać przybyszom, że są niemile widziani w jej domu.

Radca tytularny nie wyglądał na skonfundowanego. Panna musiała niechętnie przyznać, że miał w sobie ten szczególny rodzaj eleganckiej nonszalancji, która kazała domyślać się starannego wychowania i obycia w świecie.

– Sprawa, niestety, jest nieprzyjemna – odezwał się płynną francuszczyzną z nienagannym akcentem. – Czy w domu jest mężczyzna?

Leontyna nie zwróciła uwagi na ostatnie pytanie, ponieważ jej uwagę przykuł drugi z gości, który wpatrywał się w uchylone drzwi łączące salon z jadalnią. Panna Rapacka szybko ustaliła, że Helenka nie przejęła się poleceniem matki i przytulona do futryny obserwowała wszystko, co działo się w pokoju. A kiedy spostrzegła, że młody urzędnik na nią zerka, wywróciła oczami i pokazała mu czubek języka, co zapewne miało obrazować ogrom jej lekceważenia. Zmieszany chłopak natychmiast spuścił głowę.

– Mąż powinien zaraz wrócić. – Matka wciąż zachowywała królewską pozę i chyba tylko Leontyna wiedziała, ile musiało ją to kosztować. – Czekamy na niego ze śniadaniem.

– Sprawa dotyczy właśnie pani męża.

Znowu stuknęły drzwi i dało się słyszeć nerwowe sapanie: do salonu wpadł mecenas Lewiński.

– Dzień dobry – powiedział, rzucając niespokojne spojrzenie na gospodynię, a potem zwrócił się do śledczego: – Pan tutaj? Myślałem, że zdążę…

– Co się stało? Może ktoś łaskawie wyjaśni! Gdzie jest mój mąż?!

– Mam podstawy przypuszczać – zaczął poważnym tonem Woronin – że dziś w nocy został zamordowany.

– Zamordowany?! Władysławie… – Matka wyglądała, jakby miała zamiar zemdleć. Na moment przymknęła oczy, odetchnęła i już po polsku zapytała: – Co za bzdury opowiada ten człowiek?

Helenka, którą momentalnie opuścił cały rezon, rzuciła się ku siostrze, jakby to u niej spodziewała się znaleźć obronę. Leontyna, choć sama trzęsła się, przytuliła siostrę do piersi. Rozpaczliwie próbowała zebrać myśli.

– Ktoś go zastrzelił – kontynuował policjant.

– Niemożliwe – wykrztusiła Leontyna.

– Oczywiście istnieje możliwość pomyłki – zgodził się spokojnie Woronin. – Choć obecny tu pan mecenas w nocy potwierdził tożsamość pana Rapackiego.

– Jak to się stało? – Matka podeszła do Lewińskiego. – Ktoś was napadł?

Prawnik nerwowo zakaszlał i szarpnął wąsy. Leontyna pomyślała, że nie pamięta, aby dobroduszny wuj, którego znała od dziecka, był kiedyś tak wytrącony z równowagi. Pani Rapacka uparcie wpatrywała się w przyjaciela męża, który pod tym spojrzeniem bladł i czerwieniał na przemian, aż dotarło do niej, co naprawdę się wydarzyło.

– Wiedziałam, że wasze eskapady skończą się skandalem. – Ciężko opadła na najbliższe krzesło i ukryła twarz w dłoniach. Nie płakała.

– Jakie eskapady? – Nie wytrzymała Leontyna. – Niech ktoś wyjaśni: o co chodzi?

– Drogie dziecko – zaczął Lewiński. – Nie jest to takie proste…

Dziewczyna przygryzła wargę. Nagle coś w niej pękło. Co za głupstwa opowiadali! Naprawdę chcieli, aby uwierzyła w coś tak absurdalnego? Ojciec nie mógł umrzeć. Nie zostawiłby ich samych.

– Niemożliwe! – powtórzyła, odsuwając od siebie zapłakaną Helenkę. – To nie papa.

– Niestety… – Wuj rozłożył ręce, starając się unikać jej wzroku.

– Nie uwierzę, póki nie zobaczę.

– Teniu. – Lewiński próbował ją uspokoić, ale jakoś bez przekonania. – Nie możesz przecież iść do mory. Nie wypada.

Nie miała zamiaru przejmować się konwenansami. Uniosła głowę, bo Woronin był wyższy od niej o dobre cztery werszki, spojrzała mu w oczy i zapytała:

– Czy pozwoli mi pan zobaczyć zwłoki w prosektorium?

5.

Siąpił deszcz, ale Woronin, nie zważając na to, rozkazał dorożkarzowi opuścić budę – od pierwszego dnia pobytu w Warszawie każdą przejażdżkę traktował jak okazję do poznania miasta. Tym razem zabrał ze sobą Szustra, którego zamierzał poprosić o kilka wyjaśnień.

Z oddali niosła się melodia cerkiewnych dzwonów. Aleksander wsłuchiwał się w nią z rozrzewnieniem, jednocześnie nie mogąc się nadziwić, że w tym miejscu brzmi zupełnie inaczej niż w Moskwie czy Petersburgu. W ogóle wiele rzeczy było tu innych i niezrozumiałych, choćby te podwójnie pisane sklepowe szyldy, jakby rosyjski w zupełności nie wystarczał.

A może rzeczywiście nie wystarczał? W końcu te ziemie należały do Cesarstwa dopiero od kilkudziesięciu lat. Policjantowi przyszło do głowy, że powinien poduczyć się miejscowej mowy. Nauka obcych języków przychodziła mu z łatwością, a polski wydawał się prosty i niewątpliwie przydałby się w pracy.

Szuster, kiedy już nabrał śmiałości, okazał się dobrym przewodnikiem. Pokazywał Aleksandrowi ulice i budynki, przy okazji tłumacząc, co i gdzie się mieści.

– Plac Warecki – powiedział, kiedy dorożka wreszcie zaczęła zwalniać.

Przed nimi rozpościerał się widok na rozległy, piętrowy budynek o brudnoszarej elewacji, wyraźnie domagającej się remontu.

– Szpital Dzieciątka Jezus. Na tyłach, od strony Zgody, jest mora… To znaczy prosektorium.

Pojazd skręcił jeszcze kilka razy i wreszcie Woronin dostrzegł dwa połączone ze sobą budynki. Były tej samej wysokości, przy czym ten znajdujący się po prawej stronie miał kształt rotundy.

– Prosektorium – wyjaśnił szybko Szuster. – I teatr anatomiczny.

Kiedy wysiadali z dorożki, minęła ich grupa studentów, najprawdopodobniej medyków. Młodzi ludzie mieli zielone mundury, wszyscy byli bladzi i nerwowo palili papierosy.

Aleksander zerknął na nich z zaciekawieniem, a już chwilę później sam pojął, z czego wynikało ich zachowanie. Fetor unoszący się w powietrzu sprawiał, że żołądek natychmiast podchodził do gardła. Woronin nie należał do wrażliwców, zarówno w wojsku, jak i później w pracy znosił gorsze rzeczy, ale jego towarzysz zmienił się na twarzy. Chyba nie zdążył przyzwyczaić się do nieprzyjemnych aspektów służby.

Urzędnicy weszli do budynku i po krótkiej wędrówce wąskim korytarzem stanęli przed drzwiami, na których próżno by szukać tabliczki z nazwą. Przybierający na sile odór nie pozostawiał żadnych wątpliwości, że znaleźli cel wyprawy. Policjant po raz pierwszy od kilku godzin poczuł zadowolenie, że nie zdążył zjeść śniadania.

Szuster, wstrzymując oddech, zapukał i po chwili drzwi się uchyliły – choć to wydawało się niemożliwe, smród wzmógł się jeszcze bardziej – i z pokoju wyłonił się chuderlawy mężczyzna owinięty fartuchem i tak blady, jakby sam zszedł z sekcyjnego stołu.

– Panowie w sprawie dzisiejszych zwłok? – upewnił się, a kiedy otrzymał potwierdzenie, rzucił krótko: – Patkiewicz. – Wyciągnął dłoń, ale żaden z przybyszów nie pospieszył, aby ją uścisnąć. Niezrażony tym lekarz kontynuował: – Z oględzin wynika, że kula rewolwerowa poszła w serce. Z bardzo bliska. Może zechcą panowie zobaczyć? Sędzia Mironow już widział.

Woronin potwierdził, bo zamierzał nie tylko dokładnie obejrzeć ciało, ale także wziąć udział w sekcji, którą zaplanowano na popołudnie. Już miał przestąpić próg sali, która wielu osobom skojarzyłaby się z ostatnim kręgiem piekła, kiedy dobiegł go głos mecenasa Lewińskiego. Prawnik tłumaczył coś komuś cierpliwie. Niestety po polsku.

Zagadka szybko się rozwiązała: w końcu korytarza wiodącego do prosektorium ukazała się Leontyna Rapacka. Nie wyglądała na zszokowaną, czego nie można było powiedzieć o prawniku, który, nerwowo posapując, podążał za nią.

Gdyby nie ponure okoliczności, Aleksander cieszyłby się z kolejnego spotkania. Dziewczyna – jasnowłosa i niebieskooka – bardzo mu się podobała; zastanawiał się nawet, czy to, że poprzedniego dnia wpadli na siebie na ulicy, nie było jakimś znakiem od Boga.

– Dzień dobry ponownie – powiedział po francusku.

– Jest pan. – Nie, nie mógł się mylić, w głosie Leontyny Wiktorowny zabrzmiała prawdziwa ulga.

– Jak czuje się pani matka?

– Dziękuję, lepiej. Chciałabym szybko uspokoić ją, że zabito kogoś innego.

Musiała ogromnie kochać ojca, bo nie chciała przyjąć do wiadomości faktu jego śmierci, broniła się przed prawdą ze wszystkich sił. Woronin poczuł złość na Rapackiego, który swoim niemoralnym zachowaniem naraził się na niebezpieczeństwo i przysporzył córce bólu. W ogóle do czego to podobne, aby poważny prawnik, mąż i ojciec rodziny, pałętał się po burdelach?

– Chodźmy.

Do oślepiającej bielą sali prosektoryjnej weszli we trójkę – Szuster najwyraźniej uznał, że wystarczy mu wrażeń. Pobladły mecenas Lewiński pozostał przy drzwiach, a Aleksander stanął obok Leontyny. Doktor Patkiewicz zmierzył młodą damę zdziwionym spojrzeniem, ale na znak dany przez policjanta odchylił prześcieradło.

Panna Rapacka wpatrywała się w spoczywające na stole zwłoki, a jej duże oczy zrobiły się jeszcze większe.

– Boże… – szepnęła i odruchowo, jakby w poszukiwaniu pomocy, uchwyciła się ramienia Woronina.

Policjant, niewiele myśląc, przysunął się bliżej. Dziewczyna nagle się zachwiała: złapał ją prawie w ostatniej chwili, a potem rozejrzał się po wnętrzu; nie znalazł miejsca, gdzie mogłaby usiąść, a nie zamierzał kłaść jej na żadnym ze stołów, więc bez ceregieli wziął pannę na ręce i ruszył w kierunku wyjścia. Lewiński, posapując, dreptał za nim, a na korytarzu do procesji dołączył Szuster.

Zatrzymali się dopiero na zewnątrz. Aleksander z przyjemnością odetchnął świeżym powietrzem, ale Leontyna nawet nie drgnęła. Co gorsza, była blada jak śmierć.

– Proszę ją pokazać – zażądał doktor Patkiewicz, który uzbrojony w lekarskie utensylia, w ślad za nimi opuścił budynek.

Zmierzył puls pacjentki, chwilę pomedytował, a potem ze skórzanej walizki wyciągnął jakiś flakon i podetknął go dziewczynie pod nos. Panna Rapacka poruszyła się niespokojnie, zakaszlała i otworzyła oczy.

– Ludzie często u mnie mdleją – oświadczył lekarz z nieukrywaną satysfakcją.

Aleksander ostrożnie postawił Leontynę na ziemi. Lewiński natychmiast ujął ją pod ramię i podtrzymał, na szczęście szybko dochodziła do siebie.

– Będzie żyła. – Patkiewicz skinął im głową na pożegnanie, a potem wrócił do budynku. Najwyraźniej żywi ludzie interesowali go w dużo mniejszym stopniu niż zmarli.

– Dziękuję – powiedziała panna zduszonym głosem. – Miał pan rację, to ojciec. Ale nie rozumiem, co się stało? – Spoglądała na przemian to na Woronina, to na mecenasa. – Papa wyszedł tylko na wista. Wujku, niech wujek powie prawdę…

Lewiński był tak zmieszany, że nie mógł wykrztusić nawet słowa, więc dziewczyna zwróciła się do policjanta i poprosiła:

– Może pan mi powie?

Aleksander westchnął, zastanawiając się, jak ma poinformować młodą pannę, że jej ojciec został zabity w burdelu. Przecież ona nie powinna wiedzieć, że takie miejsca w ogóle istnieją.

– Nie wiemy jeszcze, co się stało – zaczął ostrożnie. – Ale został znaleziony w nocy…

– Gdzie? – Leontyna złapała go rękaw. – Niech pan mówi.

– Niech pan się nie waży! – ryknął mecenas, starając się odciągnąć podopieczną od policjanta, ale Leontyna nie zamierzała ruszyć się z miejsca.

Woronin spojrzał kpiąco na Lewińskiego i spokojnie dokończył:

– W domu rozpusty.

– Co takiego?! – Dziewczyna osłupiała.

Aleksander kiwnięciem głowy potwierdził tę nieprzyjemną rewelację.

– Jak pan śmie? Przecież to kłamstwo. Kłamstwo! – Kilkakrotnie ze złością powtórzyła to słowo. Najpierw po francusku, potem po rosyjsku, a na końcu chyba po polsku. Najwyraźniej chciała mieć pewność, że Woronin dobrze ją zrozumie.

Wreszcie, nie oglądając się na nikogo, pobiegła do dorożki. Lewiński, który na pożegnanie rzucił policjantowi pełne potępienia spojrzenie, z trudem za nią nadążał.

Cała sprawa zaczynała coraz mniej podobać się Aleksandrowi. Pełno w niej najróżniejszych krętactw i…

Jak ona powiedziała? „Łgarstwo”? Nie, inaczej. Zaraz powinien sobie przypomnieć. Niech tylko zdoła się skupić.

– Kłamstwo – powiedział wreszcie głośno i z namysłem.

„Kłamstwo” – tak brzmiało pierwsze polskie słowo, jakiego się nauczył.

Rozdział III

1.

Dochodziła szósta. Aleksander z ulgą odwiesił płaszcz i rozejrzał się po mieszkaniu, do którego wprowadził się przed kilkoma dniami. Lokum przy ulicy Jasnej było nieduże – wszystkiego dwa pokoje – do tego mieściło się na drugim piętrze oficyny, ale jak na potrzeby samotnego mężczyzny zupełnie wystarczało. Było stąd blisko do urzędu śledczego; drogę dawało się pokonać w kilkanaście minut, nawet bez konieczności wzywania dorożki.

Na dodatek kwatera prezentowała się lepiej niż ta, którą Woronin zajmował w Petersburgu: przeprowadzka do Kraju Nadwiślańskiego przyniosła ze sobą korzyść, której się nie spodziewał, czyli specjalny dodatek do pensji. Dlatego Aleksander bez szczególnych wyrzeczeń mógł sobie pozwolić na odrobinę „luksusu”. Gdyby jego młodsza siostra Nadia zobaczyła ten „luksus”, zapłakałaby rzewnymi łzami.

Właściwie powinien do niej napisać, poinformować o przeprowadzce, odpowiedzieć na list, który dostał przed miesiącem, ale trudno było mu się do tego zabrać. Może dlatego, że nie chciał jej okłamywać – Nadia wbrew nakazowi ojca nie zerwała z nim kontaktów – a przyznawanie się do kolejnych niepowodzeń nie przychodziło mu łatwo. Każde zdawało się potwierdzać przewidywania Nikity Andrejewicza, który uważał, że jego jedyny syn, pozbawiony nadzoru rodziny, niechybnie zmarnieje.

Tymczasem Aleksander radził sobie nieźle, chociaż – i to musiał przyznać z pewnym zażenowaniem – w chwilach zwątpienia tęsknił za możliwościami, jakie dawały ojcowskie pieniądze. Na ogół jednak wystarczało mu to, co sam zarobił. Nie miał wysokich wymagań: surowy rodziciel nigdy go nie rozpieszczał i za to jedno syn był mu wdzięczny. Niestety stary pan Woronin miał też ambitną wizję jego przyszłości. Wizję, z którą Aleksander nie potrafił się pogodzić.

Jedną z konsekwencji tej niezgody stało się obecne zesłanie do Warszawy, które ojciec – gdy o nim się dowie – uzna za kolejny etap jego wiodącej ku upadkowi poniewierki.

Pięć lat temu, po rodzinnej awanturze i rozstaniu z armią, Woronin zgłosił się do państwowej służby i ostatecznie wylądował w policji. Pracował najpierw w Odessie, a potem w Petersburgu u samego Putilina. Szybko okazało się, że ma dryg do łapania przestępców. Awansował – miały na to wpływ także jego wojenne zasługi – i z czasem pewnie zrobiłby karierę, gdyby nie wdał się w romans z żoną wysoko postawionego urzędnika, poznaną przy okazji jednego ze śledztw.

Przez pierwsze tygodnie wszystko układało się idealnie, ale w końcu tajny radca odkrył zdradę połowicy. A że słynął z zawziętości i jego ręce sięgały daleko, pechowy kochanek ani się obejrzał, jak wylądował na rubieży Cesarstwa, w gubernialnym mieście, którego wcześniej nie widział na oczy.

Podobno Kraj Nadwiślański nie był dobrym miejscem dla uczciwego Rosjanina. Tak twierdzili wszyscy jego petersburscy znajomi i współczuli Aleksandrowi zesłania. Asesor tytularny Rykow, który spędził tu kilka lat, na wszystkich popojkach opowiadał historie o fanatyzmie Polaków i ich nienawiści do wszystkiego, co rosyjskie. Woronin oczywiście dzielił te rewelacje przez dwa – Rykow znany był ze snucia niesamowitych opowieści, zwłaszcza kiedy nasiąkł gorzałką – ale z drugiej strony sam czytał o wybuchających nad Wisłą rebeliach oraz uporze narodu, który nie chciał pogodzić się ze swoim losem.

Dlatego też, jadąc do Warszawy, nie mógł pozbyć się niepokoju i szybko, właściwie już na dworcu kolejowym, udzielił mu się przygnębiający nastrój, który najwyraźniej unosił się w powietrzu. Nie tracił jednak nadziei, że zdoła przetrwać w tym mieście: w końcu jego petersburskie początki też były trudne. Skoro więc raz poradził sobie w nowym miejscu, zrobi to i po raz drugi.

Starając się stłumić nieprzyjemne myśli, potarł oczy. Powinien odpocząć, miał za sobą nieprzespaną noc, a potem dzień pełen spotkań, zakończony sekcją zwłok ofiary. Tyle że nie mógł zasnąć. Zbyt wiele rzeczy wymagało uporządkowania.

W mieszkaniu było ciepło, na szczęście Agata Pietrowna, wdowa po bracie żony stróża, która przyjęła u niego posadę gospodyni na przychodne, uczciwie przepaliła w piecach.

Agata Pietrowna podobno nie znosiła Rosjan i zatrudniła się tylko dlatego, że Woronin nieźle płacił, a ona miała na utrzymaniu czwórkę drobiazgu po zmarłej córce. Kiedy przychodziła, patrzyła na gospodarza wilkiem i ciągle mamrotała pod nosem, niestety w swojej rodzimej mowie, ale policjant szybko przekonał się, że kobiecina jest schludna, pracowita i na dokładkę nieźle gotuje. Szczególnie z tego ostatniego powodu mógł się poświęcić i znosić jawną niechęć, która – co tu kryć – dosyć go bawiła.

Dzisiaj jednak nie był głodny – po drodze do domu zjadł obiad połączony z kolacją w poleconej przez Szustra traktierni – ale miał ochotę na herbatę z konfiturami. Nastawił samowar, który dostał na odjezdnym od kolegów, a potem zabrał się do roboty. Podkręcił lampę, z szuflady biurka wyciągnął plik kartek i stalówkę, przysunął kałamarz, zapalił papierosa i tak, jak miał w zwyczaju, zaczął spisywać punkt po punkcie wszystko, czego dowiedział się w ciągu minionej doby.

Na górze wykaligrafował dane ofiary: Wiktor Józefowicz Rapacki, lat pięćdziesiąt i jeden. Następnie, wpatrując się w snujący się dym, zaczął porządkować fakty.

Kim właściwie był ten człowiek?

Adwokat, podobno skuteczny. Nic dziwnego, że zgłaszało się do niego wielu klientów, przeważnie z wyższych sfer. Szanowany obywatel. Wzorowy mąż i ojciec: miał piękną żonę, dwie urocze córki i syna, którego szykował na następcę. Krótko mówiąc, dobra, dająca solidne zarobki praca i porządna rodzina. To wszystko nie powstrzymało go jednak od regularnych wizyt w burdelach. Aleksander nie potrafił zrozumieć postępowania Wiktora – oczywiście wiedział, że rozpusta to powszechna męska praktyka, ale w jego rodzinnym domu coś takiego byłoby nie do pomyślenia. Cóż, Nikita Andrejewicz miał za to inne wady.

Z tego, co zeznała panna Leontyna, kiedy Woronin obiecał jej wizytę w prosektorium, wynikało, że Rapacki opuścił dom po siódmej wieczorem i udał się na wista do mecenasa Lewińskiego. Godzinę wyjścia potwierdzili lokaj i służąca. Małżonka ofiary nie była tego pewna, ale to zrozumiałe: cierpiała na migrenę i cały wieczór spędziła w swoim pokoju.

Rapacki podobno grywał w karty w każdy piątek. Lewiński przyznał, że spotykali się u niego, a po kilku rozegranych partiach towarzystwo rozchodziło się do domów, a oni dwaj zmieniali lokal na weselszy.