Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
38 osób interesuje się tą książką
Wiecznie spóźniona Zuza (zarówno de domo, jak i po mężu Kowalska) balansuje pomiędzy zawirowaniami życia, próbując odzyskać równowagę i zachować zdrowe zmysły. Nie jest to łatwe, ponieważ jej codzienność to nieustająca pogoń za sensacją kryjącą się wśród średniowiecznych nagrobków, poszukiwanie nowego lokum dla swojej porzuconej przez męża szwagierki oraz walka o spadek w postaci nawiedzonego dworku w rodzinnym miasteczku. Na szczęście z pomocą przybywają równie szaleni co ekscentryczni przyjaciele kobiety, dla których niestraszne są nawet wypadające z szafy trupy.
„W pogoni za utraconym czasem” to lektura lekka i dowcipna. Z historycznym tłem, nutą tajemnicy oraz elementami sztuk walki i mistycznej jogi. I oczywiście z wątkiem miłosnym, bo bez niego nie byłoby przecież udanego przepisu na dobrą historię.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 216
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
© Copyright by Lira Publishing Sp. z o.o., Warszawa 2026
© Copyright by Małgorzata Kubicka, 2026
Redakcja: Dagmara Ślęk-Paw
Korekta: Renata Kufirska-Biegajło
Skład: Klara Perepłyś-Pająk
Projekt okładki: Grzegorz Araszewski/garasz.pl
Zdjęcia na okładce i źródła ilustracji: Magnific
Zdjęcie autorki: © archiwum prywatne
Producenci wydawniczy:
Sylwia Reguła, Magdalena Wójcik-Zienkiewicz, Wojciech Jannasz
Wydawca: Marek Jannasz
Lira Publishing Sp. z o.o.
Wydanie pierwsze
Warszawa 2026
ISBN: 978-83-68817-78-2 (EPUB); 978-83-68817-79-9 (MOBI)
Lira Publishing Sp. z o.o.
al. J.Ch. Szucha 11 lok. 30, 00-580 Warszawa
www.wydawnictwolira.pl
Wydawnictwa Lira szukaj też na:
Konwersja publikacji do wersji elektronicznej
Znowu się spóźniłam. Zupełnie jak moja ciotka Hania. Mało brakowało, a nie zdążyłaby umrzeć o właściwej porze. Niektórzy zupełnie nie mają wyczucia czasu, a u nas, jak widać, to chyba rodzinne. Nie wiedzą, kiedy przyjść i kiedy odejść. Najważniejsze bowiem to trafić na odpowiedni moment. Moje poczucie czasu pędzi chyba zupełnie odmiennym rytmem niż pozostałych. Myślałam, że z tego wyrosnę, jak z za ciasnej spódnicy czy mlecznych zębów, ale to chyba wada genetyczna.
Miałam kiedyś zwyczaj spisywać postanowienia urodzinowe. Wiem, że zwykle robi się to z okazji nowego roku, ale ja robiłam na urodziny. Postanowienia zawierały moje aktualne cele życiowe. Wyznaczasz je i potem już tylko pozostaje do nich trafić. Oczywiście w odpowiednim czasie.
Ja chciałam:
Teraz – w wieku trzydziestu pięciu lat – już nie mam na to wszystko czasu. Chudsza raczej już bardziej nie będę. Najwyżej mocniej pomarszczona. A zresztą Jaga sporo ostatnio przytyła. Pracę nagrobną obroniłam. Życie mi się w miarę ustabilizowało, choć mój mąż był pewny, że spóźnię się także na nasz ślub. Na szczęście zdążyłam w ostatniej chwili. Niebieski pas, akurat pod kolor mych oczu, też zdobyłam. I tylko czasu mi brak. To akurat pozostało niezmienne. Mam nadzieję, że przynajmniej zdążę na pogrzeb cioci Hani.
Ciocia Hania to młodsza siostra mojego ojca. Co wcale nie oznacza, że umarła młodo. Wręcz przeciwnie, ząb czasu zdążył ją już całkiem porządnie nadgryźć i przeżuć, mimo że ciotunia była dość żylasta. Kiedy ostatni raz miałam okazję widzieć ją żywą, przejawiała początki starczej demencji, a czas nieubłaganie działał na jej niekorzyść. Z marszu wzięła mnie za moją matkę i nie chciała wypuścić z błędu.
– Świetnie wyglądasz, Lucynko! – przywitała mnie, gdy tylko wysiadłam z samochodu. Lucynko!!!
Uważała, że nie powinnam wychodzić za mąż za swojego ojca, i powiedziała nawet dlaczego:
– Nie rób tego, to ci zrujnuje życie! Choć w sumie to chyba żadna strata... (!!!)
Oskarżyła brata o to, że ma nierówno pod sufitem i żyje w oderwaniu od siebie i rzeczywistości, choć w sumie to czasami zdarza mu się być porządnym i ukazać ludzkie oblicze. Ale nie za często. W ubiegłym stuleciu na przykład ojciec zdobył się na szlachetny gest i limit dobroczynności został wyczerpany. Skończył się jak paliwo w baku albo wino w butelce. I została pustka.
– Zdarzyło się, sama rozumiesz – wyjaśniła ciotka, wzruszając kościstymi ramionami.
Ów szlachetny gest polegał na tym, że po śmierci rodziców mój protoplasta zrzekł się swojej części spadku. Dzięki czemu ciotunia mogła zamieszkać w dworku w Kołtunowie – co prawda skromnym i mocno zużytym, lecz wciąż dworku. Posiadłość, wręcz poszarpaną trzonowcami lat minionych, zbudowano w dziewiętnastym wieku. I choć swoją świetność miała już dawno za sobą, tak jak zresztą ciotunia, to i tak mnie, historyka sztuki, skręcało na samą myśl, że mogłabym wychowywać się w zabytku, a nie w stodole z nowoczesnych pustaków uformowanej w kształt domu z otworami strzelniczymi zamiast okien. Bloczki te namiętnie budował mój ojciec, z zawodu majster inżynier z uprawnieniami do zanieczyszczania przestrzeni miejskiej budynkami z Ytonga.
„Cegły to twoja przyszłość” – tak brzmiała jego mantra.
Jedyną rzeczą, jaką zachował ze swojej spuścizny, był modernistyczny kredens z fantazyjnie profilowanymi brzegami, na cienkich nóżkach, pod którym zawsze zbiera się kurz. Kredens stoi do tej pory w jadalni moich rodziców, a za szklaną szybką straszy kolekcja komunistycznych kryształów i kilka misek z porcelany niewiadomej proweniencji. Mój ojciec twierdzi, że Miśnia, ale mnie bardziej wygląda na nasz rodzimy Ćmielów. Kolejny powód do kłótni przy świątecznym obiedzie.
Pogryziona upływem czasu ciotka, z pamięcią niczym ser szwajcarski, przez którego dziury spadały wspomnienia niczym nitki makaronu z łyżki, kiedy próbujesz jeść rosół, wygłosiła jeszcze przemowę na temat konieczności spisania testamentu i zabezpieczenia się na przyszłość, która już dawno nadeszła.
– Trzeba zabezpieczyć bliskich, moja droga!
Bliskich, czyli mnie, która według ciotki, miałam się dopiero pojawić na tym świecie. Dla niej jeszcze bowiem w ogóle nie istniałam. Mój czas jeszcze nie nadszedł. Co zaś tyczy się testamentów, to była jedyna rzecz, o której wiedziała, co mówi. Ciotka była bowiem nałogową testamentocholiczką. Zmieniała zapisy chyba częściej niż mężów, choć tych też wymieniała z prędkością zmiany rękawiczek, a miała ich całkiem sporą kolekcję. Rękawiczek oczywiście, choć mężów przez lata też uzbierał się niezły zestaw. Jej ostatni, Adam, był moim zdaniem zarazem świetną inwestycją biznesową, albowiem z zawodu był notariuszem. Ciotunia miała także niezły zmysł do interesów.
Teraz jednak jej czas nadszedł. Ciekawe, swoją drogą, któremu ze swoich dzieci przepisała dworek?
Z tym czasem to jednak jest wieczny problem. Nie wierzę tym, którzy twierdzą, że mają go pod dostatkiem. Lub – co bardziej nierealne – są w stanie nad nim zapanować. Może brak poczucia czasu jest wadą wrodzoną? Przekazywaną z pokolenia na pokolenie? Ciekawe, czy jak zgłoszę się z reklamacją do moich rodziców, to dostanę odszkodowanie w postaci dodatkowych minut? A mój syn? Czy nie jest skazany na to samo? Co będzie, kiedy to on przyjdzie kiedyś z pretensjami? Jeszcze nie do końca mogę się przyzwyczaić, że teraz ja sama znajduję się po tej drugiej stronie lustra. I to od prawie pięciu lat. Z bycia dzieckiem nagle przeniosło mnie do bycia matką. Choć dzieckiem nadal być nie przestałam.
– Mam na to świetnego terapeutę – mówi mój stary przyjaciel Ben.
No tak, Ben ma terapeutów na wszystko. Na ból zęba i ból istnienia, na lęk przed za dużą przestrzenią i obawę przed zamknięciem w ciasnym pomieszczeniu. Ale czy ma lek na dopasowanie się do pędzącego czasu? Receptę, jak dogonić uciekające sekundy życia?
– Ja mam na to sposób – oznajmiła mi niedawno już nie taka koścista Jaga. – Po prostu to ignoruję.
Ona z kolei nabrała zwyczaju ignorowania wielu rzeczy. Nie tylko czasu. Ignoruje na przykład pogodę i gdy pada, chodzi bez parasola, bo jej nie pasuje do torebki. Ignoruje swoją mamę, która ją zadręcza rozmowami o kontynuacji rodu i prokreacji. Ignoruje kolejną z naszych przyjaciółek, Upiorną Monę, która przedstawia jej uroki i konsekwencje owej prokreacji. Ignoruje spaloną patelnię i brak dzieci w swoim otoczeniu. Ale ignorowanie czasu? To już chyba wyższy poziom wtajemniczenia, możliwy tylko po latach długiej medytacji i uprawiania jogi dla super zaawansowanych.
– Jak ci się to udaje? – Chcę wiedzieć.
– Zwyczajnie. – Jaga wzrusza ramionami. Już nie tak kościstymi, ale nadal zawiniętymi w powiewne kolorowe szmaty z bawełny ekologicznej. I mruga nieumalowanymi rzęsami znad całej masy naturalnie kręconych włosów. – Udaję, że go nie ma.
– Jak się nie ma dziecka, to wszystko się wydaje takie banalne – wtrąca Upiorna Mona, która nabyła nowe kilogramy i tendencję do przypominania wszystkim, że prócz dodatkowego balastu życiowego posiada także inny ciężar w postaci dziecka. Syna w dodatku.
– Ciebie też ignoruję – przypomina jej Jaga.
– Nie możesz! – denerwuje się Upiorna. – To daj mi przynajmniej swoją babeczkę z kremem – próbuje się targować.
– One żyją w zupełnie innych rzeczywistościach – wzdycha Ben. – Są obok siebie, ale się nie widzą. Jakby oddzielał je nieprzemakalny strumień świadomości. Dwa pociągi na równoległych torach. Jeden towarowy z łuszczącą się przy framugach drewnianych okien farbą i ze skrzypiącymi kołami, a drugi poduszkowiec sapiący parą, ale za to z błękitnej, chromowanej stali i ze świeżo umytymi oknami.
Nazywam się Zuza Kowalska. Po mężu Kowalska. I z domu też Kowalska. Kowalskich podobno wszędzie jak psów po deszczu, jak to mówią. Zmieniając nazwisko, jednocześnie nie musiałam go zmieniać – i wszystko zostało po dawnemu. Udało mi się skończyć studia, znaleźć męża i odnaleźć się w pracy zawodowej. A także wydać na świat potomka o imieniu Leonard i w ten sposób przedłużyć ród i nazwisko Kowalskich. Imię Leonard potomek otrzymał nie po kim innym, jak po samym Leonardzie da Vinci. Tym od Mona Lisy i latających maszyn. Latających przynajmniej na papierze, naszkicowanych lewą ręką i w dodatku pismem lustrzanym. Mam nadzieję, że może mój syn odziedziczy choć kilka z licznych talentów swego imiennika. Choć może akurat nie pismo lustrzane. W końcu Leonardo był człowiekiem renesansu i objawiał wiele różnorodnych zdolności w przeróżnych dziedzinach. Można zatem powiedzieć, że był zdolny do wszystkiego. Mój własny Leo także wydaje się mieć podobną naturę. Na razie jednak przejawia zainteresowanie gnieceniem kartek i dekonstrukcją wszystkiego, co spotka na swojej drodze. Ale kto wie, może zapoczątkuje w ten sposób nowy kierunek w sztuce? Dekonstruktywizm? Papierowy armagedon?
Podobno upływ czasu najwyraźniej widać po dzieciach. To one się zmieniają, a my zostajemy tacy sami. Jakby po przekroczeniu pewnej bariery wieku człowiek się impregnował. Zastygał w utworzonej dla siebie formie i tylko powoli się marszczył, kurczył i pokrywał patyną. Ewentualnie kurzem.
– Ja wszystko zmywam dwa razy dziennie – opowiada mi za każdym razem, gdy się widzimy, moja druga matka, zwana potocznie teściową Tesią. – A dywan odkurzam rano i cały dzień pilnuję, by nikt nie burzył jego struktury włosia – dodaje.
No tak, w pakiecie z mężem prawie zawsze dostaje się też dodatkowych rodziców. I jak nie możemy wybrać własnych, także i na tych zastępczych nie mamy za bardzo dużego wpływu. Są jak bonus, ekstra frytki w zestawie fast fooda. Ewentualna niestrawność to już jednak twoja sprawa. O ile niektórzy mają farta i znajdują sobie męża sierotę, bez dodatkowego balastu i nadprogramowego bagażu, tak większość nie ma takiego szczęścia i dostaje promocyjny pakiet. Trzy w jednym. Mąż, teść i teściowa. Czasem jeszcze, jak w naszym przypadku, siostra męża, zwana szwagierką, i jej własna rodzina. Jako mój chłopak Przemek był po prostu zwyczajnym facetem. Bez rozgrzebanej przeszłości, wspomnień z dzieciństwa i obciążenia genetycznego. Z chwilą, gdy stał się moim mężem, podzielił się na kilka odrębnych bytów, które wpakowały mi się do życia i bez pytania zajęły w nim najlepsze miejsca. Hybryda daje o sobie znać przy każdych okazjach mniej lub bardziej nieistotnych, pojawia się, rozmnaża, rozlewa po pomieszczeniach i oplata swoją siecią wzajemnych relacji i powiązań.
Jedyną pociechę stanowi dla mnie fakt, że ta zasada działa w obie strony. Mój mąż też zyskał dodatkowych rodziców. Moich własnych. Teraz chorobliwa troska matki i jej strach przed śmiercią głodową dotknęły także jego.
– Macie co jeść? – Z tym pytaniem dzwoni już nie tylko do mnie.
– Co ty właściwie robisz? – Mój ojciec, Wielki Budowniczy, zapala lampkę, celując nią już nie w moje oczy.
Tak, życie ma też swoje pozytywne strony. Nie mogę o tym zapominać. I tylko ciotka Hania jest śmiertelnie milcząca i grobowo poważna.
– Przyniosłam ciasto i świeczki i zrobiłam dietetyczną sałatkę – ćwierka moja pedantyczna teściowa Tesia. Do dziś nie mogę zrozumieć, jak potrafi pogodzić swój wojujący feminizm z manią pedantycznego sprzątania i pieczenia po nocach coraz wymyślniejszych potraw.
– Mam świeczki – odpowiadam, przywołując na twarz rodzinny uśmiech nakładany wraz z makijażem.
– Ach, ja tak na wszelki wypadek – grucha słodko, plując karmelem zachwytu na wszystkie strony. – Ja wiem, ile pracy jest przy małym dziecku, sama dwójkę wychowałam. Sama! – podkreśla, spoglądając złowrogo zezem na teścia, który jest już jej byłym mężem.
– Ale jestem głodny – mruczy zadowolony z siebie jak zawsze teść Fredzio.
Tak się czasem zastanawiam, czy Leo nie po nim właśnie odziedziczył kompletny brak skłonności do przejmowania się kimkolwiek lub czymkolwiek. Mój syn jest zawsze w dobrym humorze i cokolwiek by się działo, nie traci dobrej miny, podobnie jak Fredzio. Teść zęby co prawda stracił już dawno, ale by nadal mieć się czym uśmiechać, zafundował sobie sztuczną szczękę.
– Zamiast butów dla dzieci – jak objaśniła mi kiedyś Tesia, specjalistka w rzucaniu złym spojrzeniem. Zwłaszcza w byłego męża.
W ogóle w jej oczach mężczyźni to samo zło, a w szczególności właśnie Fredzio. Myślę, że to zło w jej oczach pojawiło się wtedy, gdy wpadła mu w oko pewna ponętna brunetka. Tak się kończą samotne wypady do sanatorium w Ciechocinku. Gdy dowiedziała się, że jej mąż i ojciec jej dzieci jest zarazem ojcem jeszcze jakichś innych dzieci, wzięła i z błyskiem wściekłości w oku wyrzuciła go z domu.
– Wyrzuciłam go, jak stał, razem z nieuprasowanymi koszulami i brudnymi gaciami – relacjonowała mi kiedyś w ramach zwierzeń i zacieśniania relacji rodzinnych.
Zażądała rozwodu i zakazu wszelakiego kontaktu. Teść przeniósł się do swojej flamy i nowego dziecka, ale że był chorowity, to znów pojechał do sanatorium i historia się powtórzyła. W sumie chyba ze trzy razy.
– To takie trywialne, że aż żałosne! – komentowała teściowa.
Obecnie teść przeszedł na emeryturę w każdym tego słowa znaczeniu i żył sobie samotnie po opuszczeniu ostatniej ukochanej i jej dziecka, co do którego tożsamości genetycznej miał spore wątpliwości.
– Dobrze mu tak. – Mój mąż Przemek do tej pory miał żal z powodu temperamentu i osobowości swojego ojca. – Niech zostanie sam i zobaczy, jak to przyjemnie. Tak jak nas zostawił.
Teść się jednak nie przejmował, bo taki miał charakter, a z charakterem trudno walczyć. Tak przynajmniej twierdził Ben, który zęby zjadł na wysiadywaniu u różnych terapeutów i psychologów, nie mówiąc już o napisaniu doktoratu na pokrewne tematy. Płacił dzielnie alimenty, teść naturalnie, nie Ben, i nie narzekał. A przynajmniej nie w towarzystwie. I za to w sumie byłam mu wdzięczna. W przeciwieństwie do jego byłej żony, która narzekała zawsze i wszędzie, na wszystko i na każdego z osobna, a już najbardziej na płeć męską, włączając w to własnego syna. Na to z kolei ja nie mogłam narzekać, bo zawsze brała moją stronę i stawała jak lwica w mojej obronie, nawet gdy ewidentnie nie miałam racji. Aż w końcu przestaliśmy się z Przemkiem kłócić, bo ile można wysłuchiwać oracji, zawsze tej samej w dodatku, na temat ułomności mężczyzn i ich licznych wad i przywar. Jedyny żal, jaki Tesia miała do mnie, to był żal o mojego syna. Mianowicie uważała, że Leo powinien urodzić się dziewczynką. I tylko nasza złośliwość czy inna głupota sprawiły, że pojawił się na świecie jako chłopiec. Zniszczyliśmy mu szanse na normalne życie już na samym początku. Ja też miałam z tego powodu przerąbane, bo musiałam teraz go wychowywać. I czyja to wina? Oczywiście mojego męża. To on mnie namówił, zrobił mi wodę z mózgu i wylał do sedesu. I wyjątkowo spuścił wodę, bo przecież zawsze zapomina. Żeby jej zrobić na złość.
– Anna ma takie śliczne dziewczynki! – Wzdychała za każdym razem, patrząc na córeczki siostry mojego męża, sztuk dwie.
Anna, młodsza o kilka lat latorośl odpowiedniej płci, idealnie spełniła swe zadanie prokreacyjne. Wcześnie zaszła w ciążę i prawie rok po roku urodziła dziewczynki: Asię i Kasię. Ponieważ wyszły jej identyczne, jak odciśnięte z matrycy, cała rodzina zaczęła określać je mianem bliźniaczek. Wciąż nie udało mi się ustalić, która jest która. Obie charakteryzują się bowiem kontrastem brązowych oczu z blond grzywą oraz wrednym charakterem wypisanym na obliczu. Dzięki nim Anna przedłużyła ród niewieści i powieliła kobiecy genotyp. Spełniła się jako matka i feministka. Fakt, że na męża wybrała niezbyt udany kawałek odmiennej populacji, nie był już tak istotny.
– Mężczyźni, czego się można po nich spodziewać... – Wzdychały jedna przez drugą zgodnym chórem niczym antyczne Safony, opowiadając sobie, jak to Andrzej, ów dawca nasienia, jest totalną ofermą, która nie jest w stanie zrobić najbanalniejszej rzeczy, jak choćby kupno pieluszek czy proszku do prania dla niemowląt. We wszystkim trzeba go było wyręczać. Chciałam się wtrącić, że Przemek doskonale sobie radzi z dzieckiem, nie tylko podczas zakupów, lecz także z manewrowaniem łyżeczką z przegotowaną papką niemowlęcą, ale nie chciały mnie w ogóle słuchać. Tak były zajęte wyliczaniem wad, błędów i wypaczeń Andrzejka. Skoro Przemek owych wad nie miał, nie zasługiwał na żadną wzmiankę. Z rozkoszą zagłębiły się w historię o tym, jak oferma Andrzejek miał odebrać starszą z sióstr z przedszkola i zapomniał.
– Czujesz to?! – histeryzuje Anna. – Po prostu przyszedł do domu bez dziecka! I się nie zorientował! Gdzie ja znalazłam tego idiotę?!
Nie chciałam jej przerywać przypomnieniem, że przecież z tego, co wiem, to poznała go na studiach, które zresztą z powodu skutków ubocznych tej znajomości zmuszona była przerwać, bo z wielkim brzuchem nie mieściła się w ławce.
– Jak mogłam być tak głupia – jęczy jeszcze, podczas gdy jej dwie córeczki, które bardziej przypominały dwie diablice z piekła rodem niż grzeczne dziewczynki, rozwalały wszystko na proch i pył i tłukły się między sobą niczym zawodnicy MMA po zażyciu podwójnej dawki testosteronu w tabletkach.
– Są znerwicowane, bo mają ojca debila – mruczy tylko Anna, a mąż siedzi cicho i nie protestuje.
– Może je rozdzielisz? – proponuję nieśmiało, widząc, jak dziewczynki toczą zawzięty spór o jedynego ocalałego pluszaka.
– Dopóki sobie włosów z głowy nie wyrywają, to nie będę interweniować – oznajmia stanowczo córka swojej matki, wojującej feministki. – Nie chcę łamać w nich ducha walki i woli życia. Nie będę ich chować na słabe, bezbronne kobietki, co całe życie usługują mężowi – zapowietrzyła się zaciekle.
– O ile dożyją wieku, by wyjść za mąż – mruczę pod nosem, patrząc ukradkiem, jak jedna drugiej wymierzyła potężnego kopniaka, którego nie powstydziłby się nawet mój trener krav magi, nieziemsko błękitnooki Łukasz. Ma dziewczyna talent, pomyślałam sobie.
– Jakby mi w domu zrobiły taki najazd Hunów przez barbarzyńską Europę, to ja bym im się odwdzięczył jesienią średniowiecza – wkurza się mój mąż.
Już przestałam się zastanawiać, czemu tak nie znosi rodzinnych spotkań. Też ich teraz nienawidziłam. Ale były urodziny Leo. Nie mieliśmy wyjścia. Raz na rok można się poświęcić dla dobra dziecka. Zostaliśmy męczennikami w imię miłości rodzicielskiej.
– Gdzie mój wnusio? – szczebiocze tymczasem Tesia i łapie Leo „szkoda-że-nie-jesteś-dziewczynką” w swoje wypolerowane szponiaste palce pokryte kremem Nivea i trudem męczącego życia. Wyrywa go byłemu mężowi z rąk jak swoją zdobycz i tłamsi w babcinym uścisku. Jej loczki świeżo pokryte warstwą farby o odcieniu „jestem dostojną blondynką, bo nic innego mi w życiu nie pozostało” trzepoczą się w rytm jej uścisków niczym sztandar na marszu w obronie zagrożonego przez siły ciemności feminizmu.
– Jak on urósł! – zachwyca się moja matka. – Czy przypadkiem nie jest głodny?
– Zaraz będzie tort – przypominam jej z desperacją. Leo prócz błękitnych oczu ma też wilczy apetyt i wciąga wszystko, co jest w zasięgu jego ręki. Jest lepszy od odkurzacza.
– Poczekajcie, zrobię zdjęcie – rzuca teść i biegnie po swój nowy aparat, model „prosto z salonu, sprzedawczyni mi poleciła”.
– Znowu te gadżety, typowe. Dziecku od ust odejmie, ale sprzęcik sobie kupi. – Teściowa wzdycha, posyłając w próżnię wyniosłe spojrzenie pełne wyrzutu goryczy i czegoś mniej zidentyfikowanego.
– A prezenty? – dopytuje Leo z czarującym uśmiechem o niepełnym uzębieniu.
Taki mały, a już wie, co jest w życiu najważniejsze. Teraz podobno wszyscy szybciej się uczą, bo i czas szybciej płynie.
– Jaki sprytny – zauważa mój ojciec, który ceni zaradność życiową.
Do tej pory nie może mi wybaczyć, że to ja przyjęłam nazwisko męża, a nie on moje, choć w sumie na jedno wyszło i nikt się nie zorientował. Żal został nieco przełamany narodzinami małego. Ojciec ma bowiem nadzieję, że jego dziedzictwo z cegieł i pustaków jednak nie zostanie zaprzepaszczone i będzie miał następcę, który ten beton poleje za niego, jak on już całkiem z sił i rozumu opadnie.
– Jak on urósł – powtarza moja matka, co rusz wzdychając.
Jakby nie mogła uwierzyć w upływ czasu, że nie stoi w miejscu i nie trzyma wszystkiego w zahibernowaniu niczym skamielina. W porównaniu z elegancką i zafarbowaną Tesią była przykładem naturalności nie tylko na głowie, lecz również w ubiorze. Miała jedną sukienkę, którą przeznaczyła na wyjścia z domu dalej niż po bułki w sklepie, i trzymała się tego niczym Jackson Pollock swojej puszki z farbą. Uwielbiam Pollocka, jeśli o tym wcześniej nie wspominałam. Chaos jego płócien, na które chlapie farbą, sprawia, że bałagan w moim życiu i w mojej głowie wydaje mi się mniej nieuporządkowany. W myśl zasady – „inni mają gorzej, to po co się przejmować”.
– Zapraszamy do stołu. – Przemek niesie tort, ja próbuję opanować rodzinne tornado i zagnać wszystkich na swoje miejsca. Przedszkolanki to chyba nie mają łatwego życia.
– Jaki smaczny ten tort – zachwyca się teść.
Jest postawny i barczysty, a siwe włosy obcina tuż przy skórze. Zupełnie jak Przemek.
– Ja bym w twoim stanie uważała na serce – zgrzyta złośliwie Tesia, sama nie tknąwszy ani kawałka.
– Z moim sercem jest wszystko w porządku – mruczy radośnie Fredzio i pochłania kolejne kalorie. – To bardziej Anusia powinna uważać na kilogramy. Jak pączuszek wyglądasz ostatnio, moja droga – zauważa dobrotliwie, bez cienia złośliwości.
Anna jednak traktuje tę uwagę jako kolejny atak, który trzeba odeprzeć z siłą wodospadu, a przynajmniej siłą swojej tłumionej goryczy i żalu. Tama pękła i wylewa całą skumulowaną frustrację.
– Zawsze byłeś bez serca, ale teraz przeszedłeś samego siebie! – krzyczy, a jej głowa powoli zaczyna się trząść. – Nigdy nie zrozumiem, jak możesz być tak okrutny!
Zaraz się rozpłacze i rozleje w kałuży łez po całej podłodze, myślę sobie. Ja po niej nie będę ścierać, no na pewno nie.
– Jak możesz mówić tak do własnego dziecka! – Teściowa nadciąga już z kontratakiem. – Nie masz za grosz wrażliwości!
– Ale ja tylko tak żartowałem – broni się zupełnie zaskoczony teść, który kompletnie nie łapie podtekstów, nie czyta między wierszami i jest w ogóle emocjonalnym analfabetą, jeśli chodzi o kobiecą wrażliwość.
– A poza tym Anna faktycznie nieco przytyła – stwierdza obiektywnie Przemek, kolejny socjopata. Może to rodzinne. Albo tylko faceci tak mają. Zaczynam myśleć jak Tesia. Czy to się przenosi drogą kropelkową jak wirusy? I czy jest na to lekarstwo?
Anna tymczasem przypomina już wielką, bladą, trzęsącą się galaretę, która za chwilę eksploduje. Włosy, od dawna nieczesane, wiszą jej w strąkach po obu stronach głowy. Dobrze, że chociaż je umyła. Ubranie ma też czyste i jeszcze suche, ale jakieś porozciągane i w szaroburych kolorach. Wygląda jak worek na ziemniaki, do którego wlano galaretkę i zamieszano. Najpierw w jedną, a potem w drugą stronę. Teściowa pomarszczoną, acz wypielęgnowaną dłonią ociera jej szerokie plecy w geście uspokojenia. Kątem oka widzę, że mąż oferma siedzi w kącie i w ciszy delektuje się ciastem, zamiast wspomagać emocjonalnie swoją dwa razy większą małżonkę. Może w domu ona zjada wszystko przed nim, więc chłopina nadrabia straty, zastanawiam się.
– Ja tam się nie przejmuję zupełnie swoją wagą. – Moja matka w każdej nietypowej sytuacji wie, co powiedzieć. – Najważniejsze, by człowiek miał co jeść, a reszta to jakieś dziwne wymysły.
W sumie to po niej widać, jest żywym odzwierciedleniem swojej dewizy życiowej. Jeśli na starość upodabniamy się do swoich protoplastów, to ja chcę umrzeć młodo, póki jeszcze mam szansę.
– No tak – próbuje to jakoś ogarnąć Tesia. – Ale tu chodzi o brak wrażliwości, zupełny brak wrażliwości!
– Ale nie ma co się tak przejmować – ciągnie „ta, co mnie wydała na świat”. – Z chłopami to już tak jest. A ile to razy ja powtarzałam swojemu, żeby przestał wreszcie te cegły stawiać. Do grobu ich nie zabierze, a on tylko cegły i cegły.
– Gdyby nie te cegły, nie miałabyś co do garnka włożyć! – Mój ojciec zaczyna powtórkę z rozrywki. Tak jakbym trafiła na przegląd starych filmów, które się zna na pamięć. Ale tym razem dochodzą nowe wątki.
Teściowa posmyrała Annę w ramach pocieszenia, a teraz, widząc, że w mojej matce znalazła nową sojuszniczkę na drodze o wolność kobiet, postanowiła zewrzeć szyki i przejść do kolejnego ataku. A także przeciągnąć moją rodzicielkę na swoją stronę mocy.
– Ja wiem, życie z facetami to gehenna – jęknęła, zerkając potępieńczo na teścia, który nieprzejęty zbytnio zajadał swój kawałek tortu.
– No, mama zawsze musi wszystko zepsuć – denerwuje się Przemek, który choć nie znosił ojca za zniszczenie mu dzieciństwa, to nie przepadał też za matczyną demagogią wojowniczą.
– No tak, co ty możesz wiedzieć, jak ja harowałam całe życie, byle wam buty kupić – jęczy dramatycznie Tesia.
No naprawdę, ona ma talent aktorki i się tak marnuje, myślę. Byłaby z niej niezła Lady Makbet albo Fedra.
– Oczywiście, że wiem – wkurza się jeszcze bardziej Przemek. – Przecież to ja zajmowałem się Anną, jak mama była w pracy, odgrzewałem jej obiad...
– A kto ten obiad ugotował? – Teściowa przystąpiła do licytacji.
– Tak, Przemuś to dobry chłopiec, ja to od razu zauważyłam, mam oko do ludzi – obwieściła naraz moja matka i tym samym wykluczyła się automatycznie z szeregów krwiożerczych amazonek.
Tesia popatrzyła na nią zranionym okiem, jakby moja matka dokonała co najmniej zdrady stanu.
– Pamiętasz, jak mówiłam, że Przemuś to ma dobre serce, jak tylko go zobaczyłam? – naciska tymczasem matka mojego ojca, który siedzi naburmuszony i nadęty. Pewnie w myślach liczył, ile cegieł mógłby w tym czasie policzyć i jak ten czas marnuje przy stole, tkwiąc i prowadząc jałowe i nic nieznaczące rozmowy o nie wiadomo czym.
– AAAAAAAAAAAaaaaaaaaaaaaa......!!!!!!!!!! – rozlega się nagle z pokoju, gdzie bawią się dziewczynki. Te nie do odróżnienia. Tym samym przerywają niezręczną sytuację, jaka zapanowała wokół tortu, a raczej tego, co z niego zostało.
– Idź, zobacz, co się stało – rzuca Anna płaczliwym tonem w stronę milczącego do tej pory męża.
– Nic im nie będzie, dziewczynki się ładnie bawią – stwierdza nie wiem na jakiej podstawie Tesia, choć z pokoju dobiegają nadal dzikie wrzaski.
Pierwszy nie wytrzymuje Przemek i leci sprawdzić, czy to okrzyki agonii, czy jedynie bojowe zagrzewanie do dalszej walki. Za nim powoli człapie niewidzialny i niesłyszalny mąż oferma.
– Co się tu dzieje?!!! – ryczy jak lew mój mąż i natychmiast zapada grobowa cisza.
Asia i Kasia są chyba w szoku, że ktoś jest w stanie wrzeszczeć głośniej od nich, i nie mogą tak od razu przyjąć tego do wiadomości. Widzę, że jedna ma potargane włosy, a chyba z połowa sierści leży wokół niej, druga zaś jest cała czerwona na twarzy i ma porwane ubranie, a ręce pełne kłaków w kolorze blond.
– Nie krzycz na moje dzieci!!! – denerwuje się Anna. – Nie toleruję stosowania przemocy, w jakiejkolwiek formie!
– To sama się nimi zajmij! – Przemek usadza Kasię w jednym kącie, a Asię w drugim, i wraca do stołu.
Dziewczynki, chyba jeszcze w szoku, siadają grzecznie i każda bawi się sama na swoim terytorium. Wyrwane włosy zostają na miejscu, czyli na środku dywanu. Mam nadzieję, że nie wkręcą mi się w odkurzacz. Niewidzialny Andrzejek niczym duch przemyka za Przemkiem z powrotem do stołu. I od razu dokłada sobie kolejny kawałek tortu. Nie wiem, jaką on musi mieć przemianę materii, bo wygląda jak własny cień z czarnym zarostem na chudej twarzy. Chyba że posila się jak wielbłąd, raz na kilka miesięcy.
– Ja się cały czas nimi zajmuję! – mówi nadal zdenerwowana Anna. – Nie masz pojęcia o wychowywaniu dzieci, ja nie stosuję przemocy, nie chcę łamać ich ducha i tłumić ich wewnętrznej wrażliwości!
– Jasne, jak wylądują w kryminale, to zobaczysz, jak będzie wyglądała ta wrażliwość – mruczy z przekąsem Przemek.
– Jak śmiesz! – krzyczy Anna. – Nie zgadzam się na takie traktowanie moich dzieci!
– Właśnie – popiera ją teściowa – ja dwoje was wychowałam i jakoś nie skończyliście w kryminale!
– Ale nie ma co się spierać, to tylko dzieci – próbuje łagodzić teść.
– Może trochę meliski? – Matka też się wtrąca, ale po tym samobóju jest na straconej pozycji.
– No tak, dla ciebie to tylko dzieci, można je przestawić jak meble z kąta w kąt – najeżdża na Fredzia teściowa.
– Ale o czym ty mówisz? – Teść nadal nie rozumie aluzji i sarkazmu. Może dlatego im nie wyszło? Każde z nich mówiło zupełnie innym językiem?
I tylko Leo nie zwraca na nic uwagi. Jest tak pochłonięty nowymi zabawkami, jakie dostał od szczodrych teściów, licytujących się w każdej strefie, nawet tej, kto da wspanialszy prezent wnuczkowi, że świata nie widział poza nimi. Może to i lepiej, nie wie, co go ominęło. Zaoszczędzimy na psychoterapeucie w przyszłości.
– No widzisz, mówiłem ci, że tak będzie – zauważa Przemek wieczorem. – Jak tylko rodzina zbierze się w pełnym składzie, to zaraz wybucha jakaś awantura albo inna histeria.
– Nie martw się, następna taka okazja za rok – pocieszam go.
– Wcale nie za rok – przypomina mi, jakby skrupulatnie przestudiował kalendarz Majów. – A pogrzeb twojej ciotki? Wiesz, co się będzie działo? – Wzdycha złowieszczo niczym Pytia, co przedawkowała wdychanie trujących oparów i teraz snuje wizje upadku, rozpaczy i ogólnego chaosu.
A potem odpala jakąś morderczą gierkę na kompie w ramach zrelaksowania. Pewnie nie mógł się tego doczekać przez całą imprezę.
– Kocham cię, mamusiu. – Tylko na dziecko można liczyć w tym życiu, myślę, układając solenizanta do snu wśród stosu nowych przytulanek. – Jak umrzesz, to cię zakopię w ogródku. Żebyś była zawsze blisko przy mnie – obiecuje mi na dobranoc niebieskooka krew z mojej krwi.
Nie wiem, co na to sanepid, ale takie słowa to balsam na skołataną duszę udręczoną życiem rodzinnym.
Poranne wstawanie nigdy nie jest proste. To wyzwanie wymagające ogromnej siły woli i niezłomnego hartu ducha. Nieważne na który bok bym się położyła, to wstać i tak nie mogę. To może już lepiej w ogóle się nie kłaść? W końcu człowiek tyle czasu marnuje na sen. Ile rzeczy bym mogła zrobić, gdyby nie spanie! Lunatycy to mają dobrze. Kiedyś w liceum miałam taką znajomą, co lunatykowała po całym internacie na wakacyjnym plenerze malarskim w Kazimierzu Dolnym. Przeraziła nas śmiertelnie, gdy minęła nas bez słowa na korytarzu, a potem próbowała otworzyć zamknięte drzwi do kuchni. Może śniło jej się, że zostawiła w lodówce zamrożony sok z buraka, który świetnie nadaje się na wydłużone cienie kamieniczek o zachodzie słońca? Ciekawe, czy jakby podsunąć jej płótno, to namalowałaby senne arcydzieło? W końcu sam Salvador Dali uważał, że sen to najlepszy czas na tworzenie obrazów. A z surrealistą się nie dyskutuje. On zawsze śni na jawie.
– Pośpiesz się – ponagla mój mąż, poranny poroniony ptaszek.
Nielepszy od mojego syna. Ten budzi się skoro świt i jest od razu gotowy do działania. Ja potrzebuję jeszcze hektolitrów karmelowej kawy z mlekiem, by moja świadomość wróciła na swoje miejsce i nieco oprzytomniała. Podobno niektórzy wierzą, tak przynajmniej twierdzi Jaga, a ona się w końcu na tym zna, że nasze ciało astralne podczas snu opuszcza ciało fizyczne i buja sobie w przestworzach, uwieszone tylko na cienkiej nitce świadomości niczym latawiec. Jak się zbyt gwałtownie obudzisz, to twoje ciało duchowe nie zdąży wrócić na czas do tego ciała z mięsa i kości. I potem chodzisz tak bez ducha, a raczej z duchem dyndającym na cienkiej nitce przez cały dzień. A jak się taki dmuchawiec zerwie ze sznurka? I poleci gdzieś w bezkresną przestrzeń na długie wagary? Czy dostanę na to zwolnienie lekarskie?
Jak to dobrze, że Przemek zabiera Leo do przedszkola, bo ja jeszcze mogłabym go zgubić po drodze, niczym milczący mąż Anny. Nie wspominając już o utrzymaniu na uwięzi swojej duchowej powłoki. To dopiero byłoby gadanie całej damskiej gałęzi rodu Kowalskich, jak mogłam tak skalać ich waleczną kobiecość i nazwisko. Co innego facet. On jako skończona z definicji oferma może wszystko. Spóźnić się, zapomnieć dziecka, spodni, telefonu i ciała astralnego. Wszystko mu wybaczą, bo niczego dobrego po nim nie oczekują. Po mnie za to oczekują chyba nawet za dużo. „Rodzina cię przytłacza” – oznajmił mi kiedyś Ben, samotnik z natury i wyboru.
