38,90 zł
Eve Dallas nigdy nie zapomina. I nigdy nie wybacza.
Gdy z pozoru zwyczajna impreza urodzinowa kończy się nagłą śmiercią jubilata, detektyw Eve Dallas wie, że to nie przypadek. Wkrótce odkrywa, że za zbrodnią stoi kobieta, którą sama przed laty wsadziła do więzienia. Teraz tamta kobieta wraca – piękniejsza, sprytniejsza, bardziej okrutna i żądna zemsty.
Dla Eve Dallas to nie tylko sprawa zawodowa – to osobiste starcie z przeszłością, która nigdy nie przestała czaić się w cieniu. Z pomocą Roarke’a, swojego nieprzewidywalnego i czarującego męża, Eve podejmuje grę z przeciwniczką, która zna każdy jej ruch.
Kolejny rozdział serii o Eve Dallas to historia o lojalności, winie i o tym, że sprawiedliwość czasem kosztuje więcej, niż jesteśmy gotowi zapłacić.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 444
Są pewne podłości zbyt podłe nawet dla mężczyzny… kobieta, i tylko urocza kobieta, może zaryzykować ich popełnienie.
W.M. Thackeray
Najpewniejszą trucizną jest czas.
R.W. Emerson
Morderstwo jest pracą do wykonania. Śmierć stanowi poważny obowiązek dla mordercy, dla ofiary, dla tych, którzy ją przeżyją. Również dla tych, którzy potem reprezentują lub zastępują zmarłego. Niektórzy solidnie przykładają się do tej pracy, inni traktują ją z lekceważeniem.
Niektórzy zaś wkładają w nią całą duszę.
Na codzienny poranny spacer Walter C. Pettibone wychodził z mieszkania przy Park Avenue w błogiej nieświadomości faktu, że ma przed sobą ostatnie godziny życia. Był krzepkim sześćdziesięciolatkiem i zręcznym biznesmenem, który pomnożył i tak niemały majątek rodziny na kwiatach i sentymentach.
Był bogaty, zdrowy, a przed ponad rokiem przygruchał sobie młodą jasnowłosą żonę, która seksualnymi apetytami mogła się równać z suką dobermana w okresie cieczki, za to rozumu nie miała ani trochę.
Walter C. Pettibone uważał, że świat, w którym się obraca, jest akurat taki, jaki powinien być.
Miał zajmującą pracę i dwoje dzieci z pierwszego małżeństwa, oczekujących na przejęcie interesu, który ich ojciec przejął po swoim rodzicielu. Utrzymywał wystarczająco poprawne stosunki ze swoją byłą żoną – uczciwą, rozsądną kobietą – a syn i córka wyrośli na sympatycznych, inteligentnych ludzi i dawali mu liczne powody do dumy i satysfakcji.
Miał też wnuka, który był jego oczkiem w głowie.
Latem 2059 roku Świat Kwiatów był poważnym międzygalaktycznym biznesem z kwiaciarzami, ogrodnikami, biurami i cieplarniami zarówno na Ziemi, jak i w kosmosie.
Walter uwielbiał kwiaty. Nie tylko dlatego, że dawały zysk. Kochał ich zapach, barwy, fakturę, urodę liści i kwiecia, podziwiał sam cud ich istnienia.
Każdego ranka odwiedzał kilkoro kwiaciarzy, by sprawdzić wybór towaru, obejrzeć, jak go wyeksponowano… lecz również po to, by nacieszyć się pięknymi zapachami, trochę pogadać, a przede wszystkim spędzić czas wśród kwiatów i kochających je ludzi.
Dwa razy w tygodniu był na nogach już przed świtem i udawał się na giełdę ogrodniczą w śródmieściu. Przechadzał się tam i podziwiał kwiaty, składał zamówienia, czasem coś krytykował.
Przez ostatnie pół wieku rzadko zdarzało mu się uczynić wyłom w tym schemacie czynności, które nigdy go nie męczyły. Tego dnia po spędzeniu około godziny wśród kwiatów wybierał się do biura. Miał zamiar zabawić tam dłużej niż zwykle, by zostawić żonie dość czasu i przestrzeni na dokończenie przygotowań do urodzinowego przyjęcia na jego cześć. Na myśl o tym zachichotał pod nosem.
To słodkie maleństwo nie umiałoby zachować tajemnicy nawet wtedy, gdyby spięło sobie usta biurowym zszywaczem. Walter wiedział o przyjęciu od tygodni i czekał na ten wieczór z iście dziecięcym entuzjazmem. Naturalnie musiał udać zaskoczenie, więc z samego rana przećwiczył przed lustrem różne zdumione miny. A tymczasem wypełniał swoje codzienne obowiązki z uśmiechem, zaznaczonym lekkim uniesieniem kącików ust, i nie miał zielonego pojęcia, jak wielkie zaskoczenie go spotka.
Eve miała wrażenie, że w życiu nie czuła się lepiej. Wypoczęta, naładowana energią, rozruszana i rozluźniona, przygotowywała się do pierwszego dnia w pracy po cudownie beztroskich dwóch tygodniach urlopu, podczas których najbardziej wytrącającą z równowagi decyzją, jaką musiała podjąć, był wybór między jedzeniem a spaniem.
Najpierw tydzień w meksykańskiej willi, a potem tydzień na prywatnej wyspie. A w obu miejscach nie brakowało okazji do opalania się, seksu i miłych drzemek.
Roarke jeszcze raz miał rację. Potrzebowali czasu dla siebie, żeby pobyć razem. Tylko we dwoje. Oboje mieli rany, które musiały się zabliźnić. A gdyby samopoczucie Eve tego ranka miało być wskaźnikiem, to wakacje spełniły swoje zadanie.
Stanęła przed garderobą, marszcząc czoło na widok mnóstwa strojów, których jej przybyło, odkąd wyszła za mąż. Coś się nie zgadzało, choć chyba nie dlatego, że przez większą część ostatnich dwóch tygodni paradowała nago bądź półnago. Wyglądało na to, że jej mężczyzna znów dyskretnie wzbogacił zasoby w garderobie.
Wyjęła długą niebieską suknię z szeleszczącego, mieniącego się materiału.
– Czy ja to już kiedyś widziałam?
– To twoja szafa. – W drugiej części sypialni Roarke z filiżanką kawy w dłoni przeglądał informacje giełdowe na ściennym ekranie. Mimo to zerknął w stronę żony. – Jeśli planujesz włożyć dzisiaj tę suknię, to zaszokujesz kryminalistów w całym mieście.
– W garderobie jest więcej ubrań niż dwa tygodnie temu.
– Naprawdę? Ciekawe, jak to się stało.
– Przestań kupować mi góry strojów.
Roarke wyciągnął rękę, chcąc pogłaskać Galahada, ale kot odwrócił łeb. Od ich powrotu poprzedniego wieczoru jeszcze nie przestał być obrażony.
– Dlaczego?
– Bo to jest krępujące – bąknęła i zaczęła szukać czegoś stosownego do włożenia.
Roarke tylko się do niej uśmiechnął, patrząc, jak wkłada górę bez rękawów i spodnie na smukłe ciało, którego właściwie ani na chwilę nie przestawał pożądać.
Opaliła się na bladozłocisty odcień, a w jej krótkich, kasztanowych włosach pojawiły się od słońca jaśniejsze pasemka. Ubrała się szybko, oszczędnymi ruchami, jak kobieta, która niewiele myśli o modzie. Pewnie dlatego nie mógł oprzeć się pokusie zasypywania żony wytworami mody.
Pomyślał, że podczas ich wspólnego urlopu Eve wypoczęła. Z każdą godziną, z każdym dniem widział, jak coraz mniej jest na jej twarzy śladów zmęczenia i trosk. Nawet teraz jej oczy koloru whisky lśniły, a na pociągłej, ładnej twarzy widniały rumieńce.
Gdy mocowała kaburę pod pachą, na jej szerokich ustach pojawił się grymas; najwyraźniej porucznik Eve Dallas wróciła do swoich obowiązków. I znowu mogła rozstawiać wszystkich po kątach.
– Ciekawe, co takiego jest w uzbrojonej kobiecie, że mnie podnieca?
Zmierzyła go wzrokiem, po czym sięgnęła do szafy po lekki żakiet.
– Wybij to sobie z głowy. Nie zamierzam się spóźnić do pracy pierwszego dnia po urlopie tylko dlatego, że masz zastój w interesie.
O, tak, pomyślał, wstając. Zdecydowanie wróciła.
– Kochana Eve… – powiedział, ale omal się nie wzdrygnął. – Nie ten żakiet.
– Jak to? – Znieruchomiała z ramieniem włożonym do połowy w rękaw. – Nadaje się na lato i zakrywa broń.
– Ale nie pasuje ci do spodni. – Podszedł do szafy, zajrzał do środka i wydobył inny żakiet, wcale nie grubszy, za to idealnie zgrany kolorystycznie ze spodniami khaki. – Ten jest właściwy.
– Nikt mnie nie będzie filmował na wideo. – Posłusznie jednak zmieniła okrycie, bo było to znacznie łatwiejsze niż toczenie sporu.
– O, popatrz. – Zanurkował do szafy jeszcze raz i wydobył z niej parę skórzanych półbucików w odcieniu świeżego kasztana.
– Skąd to masz?
– Od ducha tej szafy.
Podejrzliwie im się przyjrzała i obmacała czubki od środka.
– Nie potrzebuję nowych butów. Mam stare, już rozdeptane.
– Bardzo subtelnie to nazwałaś. Przymierz te, proszę.
– I tak zaraz je wykończę – mruknęła, ale usiadła na poręczy sofy i zaczęła je wzuwać. Były mięciutkie i idealnie dopasowane. Stwierdziwszy to, spojrzała na męża jeszcze bardziej podejrzliwie. Prawdopodobnie kazał wykonać je ręcznie w jednej ze swych niezliczonych fabryk. Niewątpliwie też półbuciki kosztowały więcej, niż nowojorski glina może zarobić przez dwa miesiące. – Jak wytłumaczysz to, że duch doskonale zna rozmiar mojej stopy?
– Rewelacyjny facet.
– Pewnie nie ma sensu mu mówić, że policjantka nie potrzebuje drogich półbutów, kiedy włóczy się za podejrzanym, zmyka, gdzie pieprz rośnie albo kopniakiem wywala drzwi. Trud jakiejś włoskiej mniszki niechybnie idzie wtedy na marne.
– Och, on wie swoje. – Roarke pogłaskał żonę po głowie i przy okazji delikatnie pociągnął ją za włosy, żeby spojrzała mu w oczy. – A w dodatku darzy cię uwielbieniem.
Wciąż ogarniała ją dziwna słabość, gdy słyszała takie komplementy i przyglądała się twarzy wypowiadającego je Roarke’a. Często zastanawiała się, czy nie zakochała się właśnie w jego oczach, figlarnych i niesamowicie niebieskich.
– Jesteś cholernie ładny. – Nie zamierzała tego powiedzieć, więc aż podskoczyła, słysząc własny głos. Zobaczyła szeroki uśmiech wykwitający na twarzy męża, która swą wyrazistością i uwodzicielskimi ustami poety mogłaby inspirować malarzy i rzeźbiarzy.
Młody irlandzki Bóg – to byłby właściwy tytuł dzieła. Czyż bowiem bogowie nie są uwodzicielscy, bezwzględni i upojeni swoją władzą?
– Muszę iść. – Szybko wstała, ale ponieważ się nie odsunął, wpadli na siebie. – Roarke…
– Cóż, oboje wracamy do rzeczywistości. Ale… – Przesunął dłońmi po jej bokach długim, zaborczym ruchem, który przypomniał jej z niezwykłą dokładnością, jak potrafią pieścić te zręczne palce. – Myślę, że powinnaś odpuścić sobie jeszcze chwilę i pocałować mnie na do widzenia.
– Chcesz, żebym pocałowała cię na do widzenia?
– Zdecydowanie. – Usłyszała w jego tonie miły zaśpiew, częściowo spowodowany irlandzkim akcentem, a częściowo rozbawieniem.
Przekrzywiła głowę.
– Dobrze. – Błyskawicznym ruchem wsunęła ręce w jego smoliste włosy, które prawie sięgały ramion, i zaciskając dłonie, złożyła na jego ustach pocałunek.
Poczuła, że serce Roarke’a zabiło mocniej, tak samo jak jej. Słysząc pomruk zadowolenia, lekko przyszczypała mu wargę zębami i pozwoliła sobie na małą igraszkę języków.
Przerwała pocałunek tak samo nagle, jak go zaczęła, i natychmiast energicznie odsunęła się poza zasięg ramion męża.
– Do zobaczenia, asie! – zawołała od progu.
– Spokojnego dnia, pani porucznik. – Głęboko odetchnął i z powrotem usiadł na sofie. – Ciekawe – zwrócił się do kota – ile będzie mnie kosztowało odzyskanie twojej przyjaźni.
W komendzie policji Eve wskoczyła na pochylnię prowadzącą do wydziału zabójstw. To zrobiwszy, głęboko zaczerpnęła tchu. Nie było tu dramatycznej scenerii klifów zachodniego Meksyku ani aromatycznej bryzy tropikalnych wysp, ale musiała przyznać, że stęskniła się za tym otoczeniem. Tu pachniało potem, lurowatą kawą i środkami czyszczącymi, lecz przede wszystkim powietrze iskrzyło energią, która powstawała w starciach gliniarzy z przestępcami.
Urlop wyostrzył zmysły Eve na znajome oznaki: niski szmer wielu jednocześnie mówiących głosów, nieustanne, choć mało zharmonizowane pobrzękiwanie łączy i komunikatorów, tłumy ludzi w biegu, mających pilne sprawy do załatwienia.
Usłyszała soczystą wiązankę, którą ktoś wyrzucił z siebie tak energicznie, że słowa zlały się w jedno.
Witaj w domu, pomyślała i z zadowoleniem westchnęła.
Zanim poznała męża, miejsce pracy było dla niej domem, całym życiem, czymś, co nadawało sens istnieniu. Zresztą nawet teraz, gdy była z Roarkiem, a może właśnie dlatego, że już go miała, miejsce pracy pozostało ważną częścią jej osoby.
Kiedyś była ofiarą, bezradną, wykorzystywaną i załamaną. Teraz przedzierzgnęła się w wojowniczkę.
Wtargnęła do sali detektywów gotowa do każdej walki.
Inspektor Baxter podniósł głowę znad papierów, wydał przeciągły gwizd i ostentacyjnie zamrugał.
– Huuu, Dallas! Ja cię kręcę!
– Że co? – Zaskoczona obejrzała się przez ramię, wnet jednak uświadomiła sobie, że lubieżny uśmiech kolegi jest przeznaczony specjalnie dla niej. – Jesteś chorym facetem, Baxter. Ale dobrze się przekonać, że nic się nie zmieniło. To podnosi na duchu.
– Nieprzytomnie się odpicowałaś. – Wstał i obszedł zestawione biurka. – Ładnie – dodał, ujmując w palce klapę jej żakietu. – Jesteś jak z żurnala, Dallas. Zawstydzasz nas, śmiertelników.
– To przez ten żakiet – bąknęła skonsternowana. – Daj spokój.
– O, i jesteś opalona. Ciekawe, czy cała.
Uśmiechnęła się ironicznie.
– Mam cię kopnąć w tyłek?
Pogroził jej palcem, wyraźnie zadowolony z siebie.
– A tu co masz? – Zmieszana Eve uniosła ręce do uszu, Baxter zaś zamrugał tak, jakby spotkała go wielka niespodzianka. – Zdaje mi się, że to się nazywa kolczyki. W dodatku są ładne.
Nawet zapomniała, że je włożyła.
– Czyżby w czasie, gdy mnie nie było, przestępczość spadła do zera, że masz czas stać nade mną i komentować mój strój?
– Po prostu jestem oszołomiony, pani porucznik. Absolutnie oszołomiony tym pokazem mody. Nowe buty?
– Wypchaj się. – Odwróciła się do niego plecami, a on wybuchnął śmiechem.
– Aha, teraz mam tyły – oświadczył, co spotkało się z głośną aprobatą kolegów.
Młoty, pomyślała, idąc do swojego pokoju. W nowojorskim Departamencie Policji i Bezpieczeństwa pracuje banda młotów.
Jezu, ale się za nimi stęskniła.
Weszła do swojego pokoju, ale krok za progiem stanęła jak wryta i wytrzeszczyła oczy.
Jej biurko było posprzątane. Co więcej, lśniło czystością. Zresztą całe pomieszczenie było nieskazitelne. Zupełnie jakby ktoś przyszedł z wielkim odkurzaczem i wessał cały zgromadzony tu kurz, a potem wypucował to, co zostało. Podejrzliwie przesunęła kciukiem po ścianie. Tak, farba była niewątpliwie świeża.
Mrużąc oczy, kontynuowała inspekcję. Pokój był ciasny, z jednym nędznym oknem, zagraconym – teraz odświeżonym do niepoznania – biurkiem i dwoma krzesłami, które w każdej chwili mogły skaleczyć wystającą sprężyną. Kartoteka również została odczyszczona na błysk. Stała na niej bujna roślina w doniczce.
Wydawszy okrzyk niepokoju, Eve rzuciła się do kartoteki i szarpnięciem otworzyła szufladę.
– Wiedziałam, no, wiedziałam! Sukinsyn znowu mnie obrabował.
– Co się stało, pani porucznik?
Eve ze złością odwróciła głowę. Na progu stała jej asystentka w sztywnym od krochmalu mundurze, tak samo schludna jak odnowiony pokój.
– Chrzaniony złodziej słodyczy znowu dobrał się do mojej skrytki.
Peabody wydęła wargi.
– Miałaś cukierki w kartotece? – Przekrzywiła głowę. – Pod M?
– M jak moje, do diabła! – Zirytowana Eve zatrzasnęła szufladę. – Zapomniałam je zabrać przed wyjazdem. Co tu się, u diabła, stało, Peabody? Musiałam przeczytać tabliczkę na drzwiach, żeby przekonać się, że trafiłam do swojego pokoju.
– Ponieważ wyjechałaś, nadarzyła się okazja, żeby wszystko posprzątać i odmalować. Było tu już dość obskurnie.
– Ja tam byłam do tego przyzwyczajona. Gdzie są moje rzeczy? – spytała Eve stanowczo. – Miałam tu teczki z zaległymi papierami, różne wyniki z laboratorium i raporty techników w sprawie Dunwooda na wypadek, gdybym przyszła na chwilę podczas urlopu.
– Wszystko załatwione. Wypełniłam zaległe papiery, a raporty w sprawie Dunwooda odłożyłam do akt. – Peabody uśmiechnęła się ciepło. Uśmiech odbił się także w jej ciemnych oczach. – Miałam trochę wolnego czasu.
– Odwaliłaś całą papierkową robotę?
– Tak jest, pani porucznik.
– I kazałaś odnowić mój pokój?
– Miałam wrażenie, że po kątach gnieździ się za dużo wielokomórkowych organizmów. Już nie żyją.
Eve powoli wcisnęła dłonie do kieszeni i przeniosła ciężar ciała na pięty.
– Nie chcesz chyba w ten sposób powiedzieć, że kiedy jestem w pracy, nie daję ci czasu na zajęcie się codziennymi sprawami.
– Skądże znowu. Witaj po urlopie, Dallas. Ho, ho… Wyglądasz fantastycznie. I masz świetną kreację.
Eve głęboko odetchnęła i usiadła za biurkiem.
– Jak ja zwykle wyglądam, do cholery?!
– Czy to jest pytanie retoryczne?
Eve przyjrzała się twarzy asystentki, kwadratowej, z grubymi rysami i czarną czapą włosów dookoła.
– Właśnie próbuję ustalić, czy brakowało mi twojej pyskatej gęby. Nie – stwierdziła po chwili. – Co to, to nie.
– No, no, jestem pewna, że było inaczej. Ale się opaliłaś. Musiałaś spędzić mnóstwo czasu na słońcu.
– Na to wygląda. A co z tobą, Peabody?
– Jak to co?
– Opalenizna, Peabody. Chodzisz do solarium?
– Nie, opaliłam się na Bimini.
– Masz na myśli tę wyspę? Co tam, u diabła, robiłaś?
– Och, przecież wiesz… byłam na urlopie tak samo jak ty. Roarke zasugerował, że skoro wyjeżdżasz, to może i ja powinnam wziąć tydzień wolnego…
Eve uniosła dłoń.
– Roarke zasugerował?
– Tak. Uznał, że możemy wykorzystać z McNabem przestój, więc…
Eve poczuła, że zaczyna jej drgać mięsień pod okiem. To była u niej typowa reakcja na myśl o Peabody i tym przystojniaczku z wydziału elektroniki.
Broniąc się przed tikiem, przycisnęła dwa palce do policzka.
– Ty i McNab. Na Bimini. Razem.
– Och, chyba rozumiesz. Musimy sprawdzić, na ile do siebie pasujemy, więc pomysł wydał nam się bardzo atrakcyjny. Kiedy Roarke powiedział, że możemy skorzystać z jego transportu i wybrać się do jego posiadłości na Bimini, nie zastanawialiśmy się długo.
– Jego transport. Jego posiadłość na Bimini. – Eve poczuła pulsowanie mięśnia pod palcami.
Peabody zalśniły oczy. Zapomniała się do tego stopnia, że przysiadła na biurku.
– Rany, Dallas, było super. Jak w pałacu. Tam jest basen z wodospadem, narty wodne, samochody terenowe. A w sypialni pana domu jest rewelacyjne łoże, mniej więcej wielkości Saturna…
– Nie chcę słuchać o łożu.
– A poza tym to jest prywatna posiadłość, mimo że na samym brzegu, więc przez pół pobytu paradowaliśmy tam nagusieńcy jak małpy.
– O tym też nie chcę słuchać.
Peabody wypchnęła policzek językiem.
– Czasem byliśmy tylko półnadzy. Zresztą – dodała, zanim Eve zdążyła na nią krzyknąć – to była czysta magia. Chciałabym dać Roarke’owi jakiś dziękczynny prezencik. Ale ponieważ on ma dosłownie wszystko, jestem trochę bezradna. Pomyślałam, że pomożesz mi coś wymyślić.
– Co to, komenda policji czy klub towarzyski?
– Nie żartuj, Dallas. Wszyscy mamy tu roboty po uszy. – Peabody uśmiechnęła się z nadzieją. – Pomyślałam, że może dam mu narzutę zrobioną przez moją matkę. Wiesz, ona zajmuje się tkactwem i naprawdę dobrze jej to idzie. Czy spodobałby mu się taki prezent?
Eve głośno wypuściła powietrze.
– On nie oczekuje prezentów. To nie jest konieczne.
– Miałam najlepsze wakacje w życiu. Chcę, żeby wiedział, jak bardzo mu jestem wdzięczna. To dla mnie wiele znaczyło, że o tym pomyślał.
– O, tak, on zawsze myśli. – Wbrew sobie Eve jednak zmiękła. – W każdym razie ręczna robota na pewno sprawi mu wielką frajdę.
– Naprawdę? To świetnie. Wobec tego dziś wieczorem zadzwonię do matki.
– No, skoro już się przywitałyśmy, Peabody, to powiedz, czy nie czas wziąć się do pracy.
– Chwilowo jest posucha.
– Przynieś mi wobec tego jakieś teczki z nierozwiązanymi sprawami.
– Masz na myśli jakąś konkretną?
– Decyzja należy do ciebie. Muszę mieć coś do roboty.
– Jasne. – Peabody ruszyła do drzwi, ale po drodze przystanęła. – Wiesz, co jest fajne w wyjazdach? To, że się z nich wraca.
Przedpołudnie Eve spędziła na wertowaniu niewyjaśnionych przypadków i wypatrywaniu wątków, które być może zostały przeoczone, na doszukiwaniu się czynności śledczych, których nie wykonano. Najbardziej zainteresowała ją sprawa niejakiej Marshy Stibbs, dwudziestosześcioletniej kobiety, którą mąż, Boyd, po powrocie z wyjazdu służbowego znalazł utopioną w wannie.
Pozornie wyglądało to na jeden z tragicznych i typowych wypadków, jakie zdarzają się w domach, dopóki z raportu lekarza sądowego nie wynikło, że kobieta wcale nie utonęła, lecz straciła życie, zanim jeszcze zanurzono ją w kąpieli.
Ponieważ trafiła do wanny z roztrzaskaną czaszką, bez wątpienia nie mogła się znaleźć w pachnącej pianie z własnej woli.
Detektyw znalazł dowody na to, że Marsha miała romans. W szufladzie z bielizną ofiary był ukryty pakiecik miłosnych listów sygnowanych literą C. Ich treść była pod względem seksualnym zupełnie jednoznaczna, zresztą autor błagał Marshę, by rozwiodła się z mężem i zdecydowała na ucieczkę.
Według akt, obecność listów i ich zawartość wstrząsnęła nie tylko mężem, lecz również wszystkimi znajomymi ofiary, których przesłuchiwano. Alibi męża było nie do podważenia, a wyniki przesłuchań na miejscu potwierdzały jego wersję.
Boyd Stibbs, regionalny przedstawiciel firmy handlującej artykułami sportowymi, był według wszelkich znaków na niebie i ziemi bardzo typowym Amerykaninem, zarabiającym nieco powyżej przeciętnej. Ożenił się sześć lat temu z dziewczyną z college’u, która potem zaczęła pracować w dziale zakupów wielkiego supermarketu. W niedzielę lubił pograć w futbol, nie pił, nie uprawiał hazardu i nie miał kłopotów z przestrzeganiem prawa. W jego życiorysie nie było też epizodów związanych z przemocą, co więcej, dobrowolnie poddał się przesłuchaniu za pomocą wykrywacza kłamstw i poradził sobie śpiewająco.
Byli bezdzietni, mieszkali w cichym mieszkaniu na West Side, mieli wąski krąg przyjaciół i aż do chwili tragicznej śmierci Marshy wykazywali wszelkie cechy szczęśliwego, solidnego małżeństwa.
Śledztwo było drobiazgowe, staranne i pełne. A jednak nie udało się odnaleźć jakiegokolwiek śladu rzekomego kochanka ukrywającego się pod literą C.
Eve połączyła się z asystentką.
– Do roboty, Peabody. Postukamy ludziom do drzwi. – Wsadziła teczkę z aktami do torby, wzięła żakiet z oparcia krzesła i opuściła pokój.
– Nigdy dotąd nie pracowałam nad niewyjaśnioną sprawą – oświadczyła Peabody.
– Nie myśl „niewyjaśniona” – odparła Eve. – Ona jest nadal otwarta.
– Jak długo?
– Sześć lat.
– Jeśli facet rżnął kogoś na boku i dotąd nic się nie wydało, to jak zamierzasz przyprzeć go do muru teraz?
– Pomalutku, Peabody. Przeczytaj listy.
Asystentka wyjęła pakiecik z torby. W połowie lektury pierwszego listu wydała z siebie głośne „Au!”.
– Gorące! Parzy! – powiedziała, dmuchając na palce.
– Dalej.
– Daj spokój. – Peabody poruszyła się niespokojnie na siedzeniu. – Teraz niczym byś mnie już nie powstrzymała. Zdobywam przydatną wiedzę. – Zagłębiła się w lekturze, raz po raz szerzej otwierając oczy i głośno przełykając ślinę. – Jezu, chyba właśnie miałam orgazm.
– Dziękuję za tę użyteczną informację. Co jeszcze znajdujesz w tych listach?
– Szczere uwielbienie i siłę witalną pana C.
– Pozwól, że przeformułuję pytanie. Czego w nich nie znajdujesz?
– No, nigdzie nie ma jego pełnego imienia ani nazwiska. – Świadoma swego niechybnego przeoczenia, Peabody ponownie zerknęła na listy. – Nie ma kopert, więc mogły być doręczone albo pocztą, albo przez posłańca. – Westchnęła. – Czuję, że dostanę pałę z tej klasówki. Nie mam pojęcia, co ty w nich widzisz takiego, czego ja nie dostrzegam.
– Należałoby raczej powiedzieć: czego w nich nie widzę. Nie ma żadnej aluzji do tego, jak, kiedy i gdzie się spotkali. Jak zostali kochankami. Nie ma żadnego szczegółu, który wskazywałby, gdzie uprawiali tę swoją gimnastykę erotyczną. To mi nasuwa pewną myśl.
Asystentka nadal wydawała się zdezorientowana.
– Jaką mianowicie?
– Że być może nigdy nie było żadnego pana C.
– Ale…
– W grę wchodzi kobieta. Zamężna od kilku lat, ma dobrą, odpowiedzialną pracę i krąg przyjaciół, z którymi utrzymuje znajomość również od kilku lat. Nikomu z tych przyjaciół, jak wynika z zeznań, nawet przez myśl nie przeszło, że mogłaby z kimś romansować. Zupełnie nie tak się zachowywała, rozmawiała, żyła. Nie opuszczała dni w pracy. Kiedy więc miała czas na gimnastykę erotyczną?
– Jej mąż dość regularnie wyjeżdżał.
– Słusznie. To daje możliwość romansowania, jeśli ktoś jej szuka. Ale nasza ofiara zdradzała wszelkie objawy lojalności, odpowiedzialności, uczciwości. Chodziła z domu do pracy i z pracy do domu. Nie było tajemniczych ani podejrzanych rozmów z jej aparatu domowego, biurowego ani z przenośnych łączy. W jaki sposób więc umawiała się z panem C. na randki?
– Może osobiście? Na przykład z kimś z pracy.
– Może – przyznała Eve.
– Ale ty jesteś innego zdania. Niech ci będzie, wygląda na to, że ona rzeczywiście była zaangażowana w to małżeństwo. Z drugiej strony ludzie z zewnątrz, nawet przyjaciele, nie wiedzą tak naprawdę, jak wyglądają wzajemne układy małżonków. Czasem nawet partner nie wie czegoś o tym drugim.
– Święta racja. Prowadzący śledztwo zgadza się z tobą w tej sprawie… i ma do tego wszelkie podstawy.
– A ty się nie zgadzasz. – Peabody odetchnęła. – Twoim zdaniem, to mąż wszystko ukartował, upozorował niewierność żony i zapewniwszy sobie fałszywe alibi, potajemnie wrócił do domu i ją zabił albo zlecił komuś morderstwo.
– Jest taka możliwość. Dlatego z nim porozmawiamy.
Eve wjechała na drugi poziom ulicznego parkingu i zmieściła swój pojazd między sedanem i rowerem powietrznym.
– Ostatnio najczęściej pracuje w domu. – Wskazała skinieniem głowy pobliski budynek mieszkalny. – Sprawdźmy, czy jest u siebie.
Owszem, był u siebie, wygimnastykowany, atrakcyjny mężczyzna w sportowych spodenkach, bawełnianej koszulce, z maluchem na rękach. Jedno spojrzenie na plakietkę Eve wystarczyło, by w jego oczach pojawił się cień. Widać było, że żal jest wciąż żywy.
– Czy chodzi o Marshę? Wie pani coś nowego? – Przelotnie zerknął na jasnowłosą dziewczynkę, którą trzymał. – Och, przepraszam, niech panie wejdą. Już tak dawno nikt nie kontaktował się ze mną w tej sprawie. Jeśli chcą panie usiąść, to zaniosę córkę do jej pokoju. Wolałbym, żeby nie… – Odruchowo pogładził małą po głowie. Tak jakby chciał jej bronić. – Niech panie chwilę poczekają.
Eve odczekała, aż mężczyzna zniknie za drzwiami.
– Ile lat ma to dziecko, Peabody?
– Moim zdaniem, około dwóch.
Eve skinęła głową i rozejrzała się po pokoju dziennym. Zabawki były rozrzucone wszędzie… jaskrawe, błyszczące drobiazgi, pasujące do lekkiego, pogodnego wystroju mieszkania.
Usłyszały piskliwy dziecięcy chichot, a potem stanowcze żądanie:
– Tatuś. Bawić.
– Za chwileczkę, Tracie. Pobaw się, a kiedy mama wróci do domu, to może pójdziemy do parku. Ale musisz być grzeczna teraz, kiedy będę rozmawiał z tymi paniami. Umowa stoi?
– Pójdę na huśtawki?
– Jasne.
Wkrótce wrócił i przeczesał włosy rękami.
– Nie chciałem, żeby słyszała, jak rozmawiamy o Marshy i o tym, co się stało. Czyżby przełom? Czyżby policja wreszcie go znalazła?
– Przykro mi, panie Stibbs, ale to tylko rutynowa rozmowa.
– A więc dalej nic nie wiadomo? – Na chwilę zamgliły mu się oczy. – Miałem nadzieję… Ech, to pewnie było głupie sądzić, że po tak długim czasie udało się go znaleźć.
– Nie ma pan pojęcia, z kim pańska żona miała romans?
– Nie miała – odpalił, a twarz stężała mu ze złości. – Nie obchodzi mnie, co kto mówi. Ona nie miała romansu. Nigdy w to nie uwierzę… No, owszem, może na początku, kiedy wszyscy powariowali i nie mogłem trzeźwo myśleć… Ale Marsha nie kłamała i nie oszukiwała. Kochała mnie.
Zamknął oczy, jakby wracał myślami do tamtych dni.
– Czy możemy usiąść? – spytał i opadł na krzesło. – Przepraszam, że na panie krzyknąłem. Nie potrafię znieść, jak ludzie mówią tak o Marshy. Nie mogę znieść tego, że znajomi… przyjaciele tak o niej mówią. Ona nie zasłużyła sobie na taką niesprawiedliwość.
– W szufladzie były listy.
– Nic mnie nie obchodzą te listy. Ona by mnie nie oszukała. Mieliśmy…
Zerknął w stronę dziecięcego pokoju, gdzie mała dziewczynka coś śpiewała.
– Proszę posłuchać. Było nam ze sobą naprawdę dobrze. Jednym z powodów, dla których tak wcześnie zdecydowaliśmy się na ślub, było to, że nie umieliśmy trzymać rąk z dala od siebie, a Marsha głęboko wierzyła w instytucję małżeństwa. Powiem paniom, co myślę. – Pochylił się naprzód. – Myślę, że ktoś miał obsesję na jej punkcie i fantazjował. To on musiał jej przysyłać te listy. Może, ale tylko może, ona nie chciała mnie tym martwić. On pewnie przyszedł tutaj, kiedy byłem w Columbus, i zabił ją dlatego, że nie mógł jej mieć.
Eve odniosła wrażenie, że mężczyzna mówi prawdę. Naturalnie mógł udawać, ale w jakim celu? Po co miałby utrzymywać, że ofiara była niewinna, jeśli obciążenie jej cudzołóstwem służyłoby jego interesom?
– Nawet jeśli się pan nie myli, panie Stibbs, to rozumiem, że i tak nie wie pan, kim mógłby być ten mężczyzna.
– Nie mam pojęcia. Długo o tym myślałem. Przez rok prawie w ogóle nie myślałem o niczym innym. Chciałem wierzyć, że policja znajdzie tego człowieka i zostanie on ukarany, poniesie konsekwencje tego, co zrobił. Byliśmy szczęśliwi, pani porucznik. Inni nic nas nie obchodzili. I nagle koniec. – Zacisnął usta. – Tak po prostu koniec.
– Przykro mi, panie Stibbs – Eve zrobiła małą przerwę. – Bystre dziecko.
– Tracie? – Otarł dłonią twarz, jakby dopiero teraz wrócił do rzeczywistości. – Jest światłem mojego życia.
– Czyli ożenił się pan ponownie.
– Prawie trzy lata temu. – Westchnął, ramiona lekko mu zadrżały. – Maureen jest wspaniała. Były z Marshą przyjaciółkami. To między innymi ona pomogła mi przetrwać pierwszy rok. Nie wiem, co bym bez niej zrobił.
Przy jego ostatnich słowach drzwi do mieszkania się otworzyły. Ładna brunetka z wielkimi torbami zakupów w objęciach weszła do środka i zamknęła je nogą.
– Hej, rodzinko! Jestem w domu. Nigdy nie zgadniecie, co…
Urwała na widok obcych. A gdy zatrzymała wzrok na mundurze Peabody, Eve dostrzegła w jej oczach lęk.
Boyd również musiał to wyczuć, bo wstał i szybko do niej podszedł.
– Nic się nie stało. – Dotknął krzepiącym gestem jej ramienia, a potem wziął torby. – Panie przyszły w sprawie Marshy. Rutynowa rozmowa.
– Ach, rozumiem… Tracie?
– W swoim pokoju. Jest…
Nie zdążył dokończyć, bo dziecko wpadło do pokoju jak szalone i rzuciło się do nóg matki.
– Mamusia. Idziemy na huśtawkę.
– Pożegnamy państwa tak szybko, jak tylko będzie to możliwe – zapewniła ich Eve. – Pani Stibbs, czy miałaby pani coś przeciwko chwili rozmowy?
– Przepraszam, ale nie wiem, w czym mogłabym… Mam zakupy.
– Tracie i ja odłożymy wszystko na miejsce – zaoferował się Boyd. – Prawda, mój pomocniku?
– Wolałabym raczej…
– Mamie się zdaje, że nie wiemy, co gdzie leży – przerwał żonie Boyd i puścił oko do Tracie. – Pokażemy jej, że to nieprawda. Chodź, kochanie. Czekają na nas obowiązki kuchenne.
Dziewczynka pobiegła przed nim, szczebiocząc niezrozumiale w dziecięcym języku.
– Proszę wybaczyć, że sprawiam pani kłopot – zaczęła Eve. Ale oczy, którymi wpatrywała się w Maureen, były chłodne i beznamiętne. – To nie potrwa długo. Pani była przyjaciółką Marshy Stibbs?
– Tak. I jej, i Boyda. On bardzo przeżył tę historię.
– Nie wątpię. Jak długo pani znała panią Stibbs?
– Rok, może trochę dłużej. – Z miną pełną rozpaczy Maureen zerknęła w stronę kuchni, skąd dobiegały stuki, grzechotanie i śmiech. – Ale Marsha nie żyje już od prawie sześciu lat. Musieliśmy się z tym pogodzić.
– Sześć dni czy sześć lat, wszystko jedno. Ktoś odebrał jej życie. Czy panie były z sobą blisko?
– Przyjaźniłyśmy się. Marsha była szalenie bezpośrednia.
– Czy zwierzała się pani, że się z kimś spotyka?
Maureen otworzyła usta, zawahała się i pokręciła głową.
– Nie. O niczym takim nie wiem. Rozmawiałam z policją po tym, co się stało, i powiedziałam im wszystko, co wiedziałam. Straszna historia, ale nie da się tego zmienić. Mamy teraz nowe życie. Dobre, spokojne. A pani znienacka nas nachodzi. Boyd znowu zacznie się dręczyć. Nie życzę sobie trosk w mojej rodzinie. Przepraszam, ale chcę, żeby już panie poszły.
Na klatce schodowej Peabody obejrzała się za siebie i zwróciła się do przełożonej, idącej do windy:
– Ona coś wie.
– Bez wątpienia.
– Sądziłam, że ją trochę przyciśniesz.
– Nie na jej terenie. – Eve weszła do windy. Już kalkulowała, już próbowała poskładać kawałki łamigłówki w całość. – Nie w obecności dziecka i Stibbsa. Marsha czekała tak długo, że jeszcze mała zwłoka jej nie zaszkodzi.
– Ale on, twoim zdaniem, jest raczej czysty.
– Moim zdaniem… – Eve wyciągnęła z torby akta i dyskietkę. – Powinnaś się w to wgryźć.
– Słucham, pani porucznik?
– Wgryźć się w sprawę, Peabody. Doprowadzić ją do końca.
Asystentka spojrzała na Eve z szeroko otwartymi ustami.
– Ja? Mam poprowadzić sprawę? Sprawę morderstwa?
– Będziesz musiała to robić głównie w swoim wolnym czasie, zwłaszcza jeśli trafi nam się coś nowego. Przeczytaj akta, przestudiuj raporty i zeznania. Przesłuchaj jeszcze raz kogo trzeba. Znasz procedurę.
– Naprawdę dajesz mi sprawę?
– Jeśli będziesz miała pytania, to pytaj. Pomogę ci, kiedy, i jeśli, będziesz tego potrzebować. Aha, mam dostawać wszystkie nowe dane i kopie raportów o postępach w sprawie.
Peabody poczuła nagłe uderzenie adrenaliny i nerwowe ssanie w żołądku.
– Tak jest, pani porucznik. Dziękuję. Nie zawiodę.
– Nie zawiedź Marshy Stibbs.
Peabody przycisnęła teczkę z aktami do piersi niczym ukochane dziecko. I trzymała ją tak przez całą drogę do komendy.
Gdy wyjeżdżały z parkingu, zerknęła kątem oka na Eve.
– Pani porucznik?
– Hę?
– Zastanawiam się, czy nie mogłabym poprosić McNaba, żeby pomógł mi zdobywać dane, do których potrzebne jest wykorzystanie sprzętu elektronicznego. Wiesz, łącza ofiary, dyskietki z kamer bezpieczeństwa budynku i tak dalej.
Eve wcisnęła ręce do kieszeni.
– To twoja sprawa.
– Moja sprawa – powtórzyła Peabody z nabożnym zachwytem. Wciąż uśmiechała się od ucha do ucha, gdy szły korytarzem w stronę sali detektywów.
– A co to za zamieszanie? – Eve uniosła brwi i instynktownie sięgnęła po broń, słysząc krzyki, gwizdy i widząc objawy ogólnego rozprzężenia w wydziale zabójstw.
Weszła do środka pierwsza i omiotła wzrokiem pomieszczenie. Nikt nie siedział przy własnym biurku ani nawet nie zajmował swojego stanowiska za przepierzeniem. Umundurowani stróże prawa w liczbie co najmniej dziesięciu tłoczyli się pośrodku sali i sprawiali takie wrażenie, jakby uczestniczyli w przyjęciu.
Eve zmarszczyła nos. Wyczuła zapach świeżych wyrobów piekarniczych.
– Co tu się dzieje, do cholery?! – Musiała krzyknąć, ale i tak w panującym rozgardiaszu prawie nie było jej słychać. – Pearson, Baxter, Delricky! – Ponieważ dla ułatwienia sobie drogi przez ścisk energicznie zdzieliła Pearsona w ramię, a Baxtera solidnie kuksnęła w żołądek, w końcu zdołała zwrócić na siebie uwagę. – Czyżby wam się zdawało, że śmierć pojechała na wakacje? Od kogo, do stu diabłów, dostaliście tę babkę?!
W chwili gdy oskarżycielsko wysunęła przed siebie palec, Baxter wcisnął sobie do ust resztki ciasta. Wskutek tego jego wyjaśnienie wypadło dość bełkotliwie. Znaczące były tylko głupkowaty uśmiech, który wykwitł mu na wargach oblepionych kawałkami lukru, i wyciągnięta dłoń.
Eve wreszcie zobaczyła to samo co inni: mufinki, ciastka i szczątki, które musiały być babką, zanim rzuciło się na nią stado głodomorów. Pośrodku tego chaosu dostrzegła też parę cywilów. Wysoki, chuderlawy mężczyzna i krzepka, ale pełna wdzięku kobieta rozpływali się w uśmiechach i nalewali jakiegoś bladoróżowego płynu z wielkiego dzbana.
– Rozejść się! Wszyscy rozejść się i wracać do swoich spraw! To nie jest herbatka u cioci.
Zanim zdołała dopchać się do cywilów, usłyszała krzyk Peabody.
Obróciła się i w okamgnieniu dobyła pistoletu, ale omal nie upadła, asystentka bowiem odtrąciła ją na bok i dosłownie rzuciła się na nieznajomych.
Mężczyzna chwycił krzepką Peabody w objęcia i mimo że był chuderlawy, zdołał ją poderwać z ziemi. Kobieta odwróciła się z szelestem spódnic i rozłożyła ramiona, by spłaszczyć energiczną policjantkę na placek.
– Moja córeczka, moja DeDe. – Na twarzy mężczyzny odmalowało się niezaprzeczalne uwielbienie.
Eve schowała pistolet do kabury i opuściła rękę.
– Tatuś. – Wydawszy odgłos będący na poły szlochem, a na poły chichotem, Peabody wtuliła twarz w szyję mężczyzny.
– Jezu, już nie mogę – mruknął Baxter i wziął kolejną mufinkę. – Przyszli tutaj kwadrans temu… z tymi wszystkimi pysznościami. Boże, to jest śmiertelna dawka – dodał i odgryzł kawał mufinki.
Eve zabębniła palcami po udzie.
– Co to była za babka?
Baxter wyszczerzył zęby.
– Przepyszna – oświadczył i odszedł do swojego biurka.
Kobieta trochę rozluźniła uścisk ramion na talii Peabody i obróciła się. Była całkiem ładna, miała ciemne włosy w tym samym odcieniu co córka, spadające kaskadą na plecy. Jej niebieska spódnica prawie sięgała ziemi, choć widać było spod niej zwykłe sznurkowe sandałki. Bluzka, długa i obszerna, miała kolor jaskrów, a zdobił ją przynajmniej tuzin łańcuszków i wisiorków.
Twarz miała łagodniejszą niż Peabody, wokół kącików lśniących piwnych oczu było widać kurze łapki. Znów wyciągnęła przed siebie ręce i z gracją tancerki zaczęła się zbliżać do Eve.
– A to musi być pani porucznik Dallas. Poznałabym panią wszędzie. – Ujęła dłonie Eve. – Jestem Phoebe, matka Delii.
Ręce miała ciepłe, odrobinę szorstkie, a na palcach pełno pierścionków. Bransoletki pobrzękiwały jej na nadgarstkach.
– Miło mi panią poznać, pani Peabody.
– Proszę mówić do mnie po imieniu. – Wciąż uśmiechnięta, kobieta pociągnęła Eve ku sobie. – Sam, puść córkę, poznasz panią porucznik Dallas.
Mężczyzna zmienił pozycję, ale nadal ramieniem ciasno obejmował Peabody.
– Bardzo się cieszę, że mogę panią poznać. – Ujął rękę Eve, choć jego żona wciąż jeszcze ją trzymała. – Mam takie wrażenie, jakbym już panią znał, Delia tyle nam o pani opowiadała. No i Zeke. Nigdy nie będziemy mogli się odwdzięczyć za to, co pani zrobiła dla naszego syna.
Trochę zakłopotana tym nagłym zalewem pochwał i komplementów, Eve uwolniła rękę.
– Jak on się miewa?
– Świetnie. Z pewnością przesłałby pani najserdeczniejsze pozdrowienia, gdyby wiedział, że się tu wybieramy.
Uśmiechnął się swobodnie. Teraz Eve dostrzegła podobieństwo między nim a bratem Peabody. Wąska twarz apostoła, marzycielskie szare oczy. Ale spojrzenie Sama Peabody było jednocześnie przenikliwe, do tego stopnia, że Eve poczuła przykre mrowienie w karku.
Ten człowiek nie był marionetką jak jego syn.
– Proszę przekazać mu pozdrowienia ode mnie, kiedy będą państwo z nim rozmawiać. Peabody, weź trochę wolnego na sprawy osobiste.
– Tak jest, pani porucznik. Dziękuję.
– To bardzo miły gest – powiedziała Phoebe. – Ale chciałabym wiedzieć, czy moglibyśmy zająć pani trochę czasu. Obawiam się, że pani jest bardzo zajęta – mówiła, zanim Eve zdążyła wydobyć z siebie choćby słowo. – Mimo to miałam nadzieję, że uda nam się dziś wieczorem zjeść razem kolację. Z panią i jej mężem. Chcielibyśmy wręczyć wam prezenty.
– Państwo nie muszą nam nic dawać.
– To nie są prezenty z poczucia obowiązku, tylko z życzliwości, mamy nadzieję, że wam się spodobają. Delia wiele nam opowiadała o pani, pani mężu i waszym domu. To musi być piękne miejsce. Spodziewam się, że będziemy mieli okazję je z Samem obejrzeć.
Eve czuła, jak z wolna jest obudowywana, a wszystkie otwory stopniowo się zasklepiają. Tymczasem Phoebe dalej ślicznie się uśmiechała, a jej córka nagle zainteresowała się czymś na suficie.
– Naturalnie. O, mogą państwo przyjść do nas na kolację.
– Z największą przyjemnością. Czy ósma wieczorem pani odpowiada?
– Tak. Peabody zna drogę. Tymczasem witam w Nowym Jorku. Muszę coś załatwić, przepraszam – dokończyła kulawo Eve i salwowała się ucieczką.
– Pani porucznik? Pani porucznik. Zaraz wrócę – powiedziała Peabody do rodziców i puściła się w pogoń za Eve. Zanim dotarły do jej pokoju, poziom hałasu w sali detektywów osiągnął znowu znacznie wyższy poziom. – To jest silniejsze od nich. Mój ojciec uwielbia piec, więc wszędzie przynosi ze sobą różne smakołyki.
– Jak oni, u diabła, przewieźli to wszystko samolotem?
– O, nie. Oni nie latają. Przyjechali tu swoim autodomem. Piekli po drodze – dodała Peabody z niepewnym uśmiechem. – Czy nie są wspaniali?
– Owszem, są, ale musisz im powiedzieć, żeby nie przywozili mufinek za każdym razem, gdy chcą cię odwiedzić, bo skończymy, mając gromadę otłuszczonych detektywów w śpiączce cukrzycowej.
– Wzięłam jedną dla ciebie. – Asystentka wyciągnęła przed siebie mufinkę, którą dotąd trzymała za plecami. – Za dwie godziny wrócę, Dallas. Tylko pomogę im się tu zainstalować.
– Możesz nie wracać do końca dnia.
– Okej. Dzięki. Hę… – Peabody przestąpiła z nogi na nogę i zamknęła drzwi pokoju. – Jest coś, co powinnam ci powiedzieć. O mojej matce. Ona ma moc.
– Jaką moc?
– Moc wpływania na człowieka, żeby zrobił coś, czego nie chce. Potrafi też skłonić go do powiedzenia czegoś, czego wcale nie zamierzał. Może nawet zacząć paplać jak głupi.
– Nie mam zwyczaju paplać.
– Będziesz – stwierdziła ponuro Peabody. – Kocham ją. Jest obłędna, ale ma coś takiego. Tylko na ciebie spojrzy i już wie.
Eve usiadła, marszcząc czoło.
– Czy jest sensytywna?
– Nie. Mój ojciec jest sensytywny, ale on ma zasady, bardzo się pilnuje, żeby nie naruszać prywatności innych ludzi. Ona jest po prostu… matką. To coś wiąże się z byciem matką, a jej trafiło się w nadmiarze. Jejku, ona wszystko widzi, wszystko wie i wszystkimi rządzi. Często nawet człowiek nie zdaje sobie sprawy z tego, że tak jest. Na przykład wbrew swoim zwyczajom zaprosiłaś ich dziś wieczorem na kolację.
– Wcale nie wbrew, zapraszam różnych ludzi.
– Aha. To Roarke zaprasza. Mogłaś powiedzieć, że jesteś zajęta, albo zgodzić się: dobrze, świetny pomysł, spotkajmy się w jakiejś restauracji. Ale nie, ona chciała przyjść do was na kolację, więc ją zaprosiłaś.
Eve omal nie zaczęła się nerwowo wiercić.
– Chciałam być uprzejma. Znam zasady dobrego wychowania.
– Nie. Padłaś ofiarą spojrzenia. – Peabody pokręciła głową. – Nawet ty jesteś bezsilna wobec jej mocy. Pomyślałam, że powinnam ci o tym powiedzieć.
– Wynoś się, Peabody.
– Już się wynoszę, pani porucznik. Aha, tylko… – Asystentka zawahała się przy drzwiach. – Mam dziś wieczorem coś jakby randkę z McNabem, więc może on też przyszedłby na kolację. Wtedy mógłby poznać moich rodziców całkiem naturalnie i uniknęlibyśmy dzikiej sytuacji.
Eve złapała się za głowę.
– Jezu!
– Dzięki! Do zobaczenia wieczorem.
Zostawszy sama, Eve spochmurniała. Paskudnie się skrzywiła. A potem zjadła mufinkę.
– Pomalowali mi pokój i ukradli słodycze. Znowu. – Eve nerwowo chodziła tam i z powrotem po bezcennym wschodnim dywanie przykrywającym podłogę w przestronnej dziennej części ich domu, ozdobionej lśniącymi antykami i mieniącej się szkłem. Roarke dopiero co wrócił z miasta, więc przez ostatnią godzinę nie miała na kim wyładować irytacji.
Z jej punktu widzenia możliwość wyładowania się na partnerze była jedną z największych zalet małżeństwa.
– W dodatku podczas mojej nieobecności Peabody skończyła za mnie całą papierkową robotę, więc nawet tym nie muszę się zajmować.
– Powinna się wstydzić. Sama pomyśl. Asystentka odwala papierkową robotę za twoimi plecami.
– Uważaj, cwaniaku, bo i tobie się dostanie.
Roarke wyciągnął przed sobą nogi i skrzyżował je.
– Ooo. A jak podobało się Peabody i McNabowi na Bimini?
– Odezwał się w tobie król dobroczynności, co? Wysłałeś ich na jakąś wyspę, żeby mogli tam biegać nago i kąpać się w wodospadach.
– Rozumiem, że dobrze się bawili.
– Małżeńskie łoże – mruknęła. – Nagie małpy.
– Słucham?
Pokręciła głową.
– Przestań się mieszać w tę… historię, którą oni wymyślili.
– Może przestanę – zgodził się leniwie. – Pod warunkiem, że przestaniesz traktować ich związek jak bugaboo.
– Bugaboo? A cóż to jest, do cholery?! – Eve z irytacją przesunęła dłonią po włosach. – Nie traktuję ich związku jak bugaboo, bo nawet nie wiem, co to znaczy. Policjanci…
– Zasługują na to, żeby trochę pożyć – wpadł jej w słowo. – Jak każdy. Proszę się odprężyć, pani porucznik. Peabody naprawdę ma głowę na karku.
Eve zrobiła głośny wydech i bezwładnie opadła na krzesło.
– Bugaboo – parsknęła. – To pewnie nawet nic nie znaczy, a jeśli nawet, to coś niewyobrażalnie głupiego. Dałam jej dzisiaj sprawę.
Roarke wyciągnął rękę i dotknął jej palców, którymi nerwowo przebierała po kolanie.
– Nie wspomniałaś dotąd ani słowem, że jest jakaś nowa sprawa.
– Nie ma nowej. Wykopałam sprawę ze starych teczek. Sprzed sześciu lat. Ładna młoda kobieta robiąca karierę, mężatka. Mąż wyjeżdża z miasta, wraca i zastaje ją martwą w wannie. Morderstwo kiepsko upozorowane na samobójstwo lub wypadek. On ma niepodważalne alibi i jest czysty jak łza. Wszyscy przesłuchiwani twierdzą, że małżonkowie byli przykładną parą, szczęśliwą jak dwie ostrygi.
– Czy kiedykolwiek zastanawiałaś się nad sposobem pomiaru szczęścia ostryg?
– Zostawiam to na później. W każdym razie w szufladzie z bielizną tej kobiety były listy… naprawdę gorące seksualne listy od kogoś, kto podpisuje się C.
– Romans, kłótnia kochanków, morderstwo?
– Prowadzący śledztwo właśnie tak uważał.
– A ty nie?
– Nikt nigdy nie znalazł tego faceta od listów, nikt go nie widział, nikt nie słyszał, żeby kobieta o nim wspominała. Poszłam więc porozmawiać z mężem zamordowanej, poznałam jego nową żonę i dziecko. Mała dziewczynka, mniej więcej dwuletnia.
– Można by, nie bez podstaw, założyć, że po okresie żałoby mężczyzna rozpoczął nowe życie.
– Można by założyć – mruknęła.
– Ja, naturalnie, nie postąpiłbym w ten sposób. Nie mógłbym sobie znaleźć miejsca, byłbym załamany, zagubiony, pozbawiony poczucia sensu.
Przyjrzała mu się, mrużąc oczy.
– Czyżby?
– Oczywiście. A ty teraz powinnaś powiedzieć coś w tym stylu, że nie wyobrażasz sobie życia beze mnie.
– Tak, tak. – Roześmiała się, gdy ugryzł ją w palce, którymi dotąd się bawił. – A wracając do rzeczywistości, myślę, że wiem, jak ta sprawa poszła w odstawkę. Tymczasem wystarczyłoby kilka energicznych posunięć i byłaby zamknięta, a nie niewyjaśniona.
– Ale zamiast wykonać te posunięcia, dałaś sprawę Peabody.
– Ona musi zdobyć doświadczenie. Marshy Stibbs mała zwłoka po sześciu latach na pewno nie zaszkodzi. Jeśli Peabody pójdzie w złym kierunku, to ją zawrócę.
– Pewnie jest bardzo podniecona.
– Jasne, oczy jej się aż świecą.
Uśmiechnął się.
– Jaka była pierwsza sprawa, którą dostałaś od Feeneya?
– Thomas Carter. Któregoś ranka wsiadł do swojego sedana, przekręcił kluczyk w stacyjce i wtedy ten złom wyleciał w powietrze, rozsiewając kawałki ofiary po całym West Side. Facet był żonaty, dwoje dzieci, agent ubezpieczeniowy. Nie miał ani podwójnego życia, ani wrogów, ani nie obracał się w niebezpiecznych kręgach. Brak motywu. Kompletny zastój w sprawie, która w końcu poszła ad acta. Feeney ją wykopał i kazał mi rozpracować.
– I co?
– Wcale nie chodziło o tego Thomasa Cartera. To miał być Thomas K. Carter, drugorzętny diler i hazardzista. Nierozgarnięty płatny morderca przez pomyłkę uśmiercił kogoś innego, niż należało. – Eve zerknęła kątem oka na męża i stwierdziła, że wciąż się do niej uśmiecha. – Owszem, owszem, pamiętam, co czułam, kiedy dostałam akta, i co było po tym, jak zamknęłam sprawę.
– Jesteś świetnym szkoleniowcem, Eve, i dobrym przyjacielem.
– Przyjaźń nie ma z tym nic wspólnego. Gdybym nie uważała, że Peabody sobie poradzi, nie dałabym jej tej sprawy.
– To jest właśnie punkt widzenia dobrego szkoleniowca. Przyjaźń też wkrótce powinna dać o sobie znać.
Eve odchyliła głowę i zamknęła oczy.
– Kolacja. Co, u licha, będziemy z nimi robić, kiedy nie będziemy jeść?
– To się nazywa konwersacja. Życie towarzyskie. Niektórzy mają to w zwyczaju i ćwiczą prawie codziennie.
– No tak. Ale inni są nieudani. W każdym razie myślę, że polubisz państwa Peabody. Mówiłam ci, że jak wróciłam z miasta do pracy, to akurat dokarmiali detektywów mufinkami i ciasteczkami? I babką.
– Jaką babką?
– Nie wiem. Zanim wróciłam, został po niej tylko talerz. Pewnie ktoś ją zjadł. Ale mufinki były wystrzałowe. A potem Peabody przyszła do mojego pokoju i naopowiadała mi dziwactw o swojej matce.
Roarke bawił się włosami Eve. Podobało mu się, że ich pasemka mają różne odcienie. Rozumiał, co miał na myśli Boyd Stibbs, mówiąc, że nie umiał utrzymać rąk z dala od żony.
– Myślałem, że one są w dobrych stosunkach.
– Tak, zdaje się, że jej rodzice jeżdżą autodomem z miejsca na miejsce. – Otworzyła oczy i usiadła prosto. – Ale Peabody powiedziała, że musi mnie ostrzec, bo jej matka ma niezwykłą moc.
– Magia?
– Aha. I to nie taki bełkot w duchu Wolnego Wieku, chociaż Peabody twierdzi, że ojciec jest sensytywny. Jej matka podobno umie skłaniać ludzi do robienia czegoś, czego wcale nie chcą robić, i mówienia tego, co woleliby zachować dla siebie. Według Peabody, zaprosiłam jej rodziców na kolację wyłącznie dlatego, że matka przeszyła mnie spojrzeniem.
Zaintrygowany Roarke przekrzywił głowę.
– Władza nad czyimiś myślami?
– Mnie to przerasta, ale Peabody mówi, że jej matka ma coś takiego i że jest w tym naprawdę dobra. Ja tam nie widzę w tym sensu.
– Oboje mamy mało doświadczeń w kontaktach z matkami. Skoro jednak nie jest to nasza matka, to powinniśmy być zabezpieczeni przed jej mocami.
– Mnie to nie martwi, po prostu przekazuję ci ostrzeżenie.
W drzwiach pojawił się Summerset, kamerdyner Roarke’a i przekleństwo życia Eve. Fuknął pod nosem, a na jego kościstej twarzy pojawiła się karcąca mina.
– Ten chippendale nie jest podnóżkiem, tylko stolikiem do kawy, pani porucznik.
– Jak ty możesz chodzić z połkniętym kijem? – odparła, bynajmniej nie przejąwszy się reprymendą. – Że też nie kłuje cię od środka w tyłek.
– Państwa goście przybyli – oznajmił kamerdyner z prawie niezauważalnym grymasem pogardy.
– Dziękuję, Summerset. – Roarke wstał. – Przystawki proszę podać tutaj. – Podał rękę Eve.
Celowo odczekała, aż Summerset znajdzie się za drzwiami, i dopiero wtedy opuściła nogi na podłogę.
– Czy mając na względzie dobrą atmosferę, mogłabyś nie wspominać przez resztę wieczoru o kiju kłującym w tyłek? – spytał Roarke, gdy szli do holu.
– Okej. Jeśli Summerset będzie się mądrzył, to po prostu wyciągnę mu ten kij i zdzielę go w łeb.
– To powinno być zabawne.
Kamerdyner już otworzył drzwi i Sam Peabody właśnie energicznie potrząsał jego dłonią.
– Bardzo nam miło u państwa gościć. Dziękujemy za zaproszenie. Jestem Sam, a to jest Phoebe. A to Summerset, prawda? DeDe opowiadała nam, że pan dba o dom i wszystko, co się w nim znajduje.
– To prawda. Witam, pani Peabody. – Kamerdyner skłonił głowę przed Phoebe. – Dobry wieczór pani policjant i panu detektywowi. Czy wziąć od państwa rzeczy?
– Nie, dziękuję. – Phoebe nie chciała wypuścić z rąk trzymanego pudła. – Zieleń przed domem jest wspaniała. I zupełnie zaskakuje w środku zurbanizowanego świata.
– Owszem, jesteśmy z tego całkiem zadowoleni.
– Dzień dobry ponownie. – Phoebe uśmiechnęła się do Eve, gdy Summerset zamknął drzwi. – O, pan Roarke. Miałaś rację, Delio, on jest niezwykle efektowny.
– Mamo – żachnęła się córka i spłonęła rumieńcem.
– Dziękuję. – Roarke ujął rękę Phoebe i uniósł ją do warg. – Mogę odpłacić podobnym komplementem. Bardzo się cieszę, że mogę panią poznać, Phoebe. Witam pana, Sam. – Przesunął się trochę i ujął dłoń ojca Peabody. – Stworzył pan przeuroczą córkę.
– Lubimy ją. – Sam z uśmiechem uścisnął ramiona Peabody.
– My też. Proszę, wejdźcie i rozgośćcie się.
Jest doskonały, pomyślała Eve, gdy mąż rozsadzał gości w salonie. Wcielenie ogłady i wytworności. Po chwili wszyscy trzymali drinki, a gospodarz odpowiadał na pytania o rozmaite antyki i dzieła sztuki w salonie.
Ponieważ zajął się państwem Peabody, Eve skupiła uwagę na McNabie. Bystrzak z wydziału elektroniki wystroił się w coś, co musiał uważać za swój najbardziej konserwatywny strój galowy. Niebieską koszulę miał wetkniętą w dopasowane kolorystycznie luźne, jedwabne spodnie, spod których wystawały buty z cholewami. W lewym uchu pobłyskiwało mu pół tuzina złotych kolczyków.
Długie włosy miał związane w koński ogon, a jego twarz – Eve pomyślała, że jest całkiem ładna – kojarzyła się odcieniem z gotowanym homarem.
– Zapomniałeś o kremie z filtrem, McNab?
– Tylko raz. – Przewrócił zielonymi oczami. – Powinna pani zobaczyć mój tyłek.
– Niekoniecznie. – Eve upiła łyk wina.
– Och, ja tylko tak, żeby coś powiedzieć. Jestem trochę zdenerwowany. – Ruchem gałek ocznych wskazał ojca Peabody. – To naprawdę dziwne, że bawimy się w takie gadki-szmatki, skoro obaj wiemy, że posuwam jego córkę. Poza tym on jest sensytywny, więc boję się, że jeśli będę myślał o posuwaniu jego córki, to on będzie o tym wiedział. A to też jest dość dziwne.
– Więc nie myśl o tym.
– Nie mogę. – McNab zaprezentował szeroki uśmiech. – Jestem facetem.
Przyjrzała się jego strojowi.
– Tak głosi fama.
– Przepraszam. – Phoebe dotknęła ramienia Eve. – Sam i ja chcielibyśmy wręczyć pani i pani mężowi podarunek. – Podała Eve pudło. – Za hojność i przyjaźń okazywaną naszym dzieciom.
– Dziękuję. – Podarunki zawsze Eve krępowały. Nawet rok z Roarkiem i jego nawykiem obsypywania jej prezentami nie nauczyły jej, jak zachowywać się w takiej sytuacji.
Może dlatego, że wcześniej nie była dla nikogo dość ważna, by otrzymywać prezenty.
Postawiła pudło na stole i pociągnęła za koniec kokardy. Potem odchyliła wieczko i rozdarła opakowanie. W środku kryły się dwa świeczniki wykonane z lśniących kamieni, jeden zielonkawy, drugi czerwonawy.
– Och, są doprawdy piękne.
– Ten kamień to fluoryt – wyjaśnił Sam. – Czyści aurę, pomaga odzyskać spokój umysłu i jasność myślenia. Uznaliśmy, że ponieważ oboje macie trudną, odpowiedzialną pracę, właśnie fluoryt będzie dla was najwłaściwszy.
– Piękna robota. – Roarke uniósł jeden ze świeczników. – To wasze dzieło?
– Zrobiliśmy je razem – odrzekła Phoebe, przesyłając mu promienny uśmiech.
– Wobec tego są w dwójnasób cenne. Dziękuję. Czy państwo sprzedają swoje wyroby?
– Czasami – odrzekł Sam. – Ale wolimy dawać je w prezencie.
– Jeśli trzeba, to ja sprzedaję – wtrąciła jego żona. – Sam ma zbyt miękkie serce. Jestem bardziej praktyczna niż on.
– Przepraszam państwa. – Summerset znowu stanął w drzwiach. – Kolacja podana.
Wszystko szło łatwiej, niż Eve przewidywała. Państwo Peabody okazali się bardzo mili, interesujący i zabawni. A ich duma z córki była tak oczywista, że nie można było nie poczuć do nich sympatii.
– Martwiliśmy się – powiedziała Phoebe, gdy rozpoczęli kolację od zupy z homarów – kiedy DeDe powiedziała nam, co i gdzie zamierza zrobić ze swoim życiem. Niebezpieczne zajęcie w niebezpiecznym mieście. – Uśmiechnęła się przez stół do córki. – Ale uszanowaliśmy jej powołanie i uznaliśmy, że będzie sumiennie wywiązywać się z obowiązków.
– Jest bardzo dobrą policjantką – przyznała Eve.
– Co to znaczy? – Widząc jej zmarszczone czoło, Phoebe zatoczyła ręką łuk w powietrzu. – Chcę spytać, jak brzmi pani definicja dobrego policjanta.
– To jest ktoś, kto szanuje policyjną odznakę i wartości przez nią reprezentowane i przez cały czas stara się coś zmienić.
– Tak. – Phoebe z aprobatą skinęła głową. Jej ciemne, przenikliwe oczy wciąż wpatrywały się w twarz Eve.
W tym spokojnym, rozumiejącym spojrzeniu było jednak coś takiego, co budziło niepokój Eve. Ta kobieta bez wątpienia byłaby asem w prowadzeniu rozmów z podejrzanymi.
– Po to tu wszyscy jesteśmy, żeby zmieniać. – Phoebe pozdrowiła ją uniesieniem kieliszka i upiła łyk wina. – Jedni robią to przez modlitwę, inni przez sztukę, jeszcze inni handlują. A niektórzy oddali się prawu. Ludzie często sądzą, że zwolennicy Wolnego Wieku nie wierzą w prawo… w prawo krajowe, by tak powiedzieć. Ale przecież wierzymy. Wierzymy w porządek i równowagę, w prawo jednostki do życia i poszukiwania szczęścia bez przeszkód i krzywd ze strony innych. Będąc w służbie prawa, jesteś w służbie równowagi i bronisz tych ludzi, których skrzywdzono.
– Odebranie życia innemu człowiekowi… czyn, którego nigdy nie zrozumiem… powoduje powstanie pustego miejsca w świecie. – Sam położył rękę na dłoni żony. – DeDe nie opowiada nam wiele o swojej pracy, w każdym razie o szczegółach. Ale mówi, że pani stara się coś zmienić.
– Takie zajęcie.
– A my panią męczymy. – Phoebe uśmiechnęła się i znów uniosła kieliszek. – Lepiej porozmawiajmy o czymś innym. Mają państwo piękny dom – zwróciła się do Roarke’a. – Mam nadzieję, że po kolacji będziemy mogli go obejrzeć.
– Wycieczka sześcio- czy ośmiomiesięczna? – mruknęła Eve.
– Moja żona twierdzi, że są w tym domu pokoje, o których istnieniu nawet nie wiemy – odezwał się Roarke.
– Wiecie, wiecie. – Phoebe uniosła brwi. – Znacie je wszystkie.
– Przepraszam państwa. – Summerset wszedł do jadalni. – Pani porucznik, zgłosił się dyżurny, mam go na łączu.
– Proszę mi wybaczyć. – Eve wstała od stołu i szybko wyszła na korytarz.
Po kilku minutach wróciła. Jedno spojrzenie na jej twarz wystarczyło Roarke’owi, by zorientować się, że już do końca wieczoru będzie musiał sam bawić gości.
– Peabody, jesteś mi potrzebna. Bardzo przepraszam. – Eve omiotła wzrokiem twarze, na chwilę skrzyżowała spojrzenia z mężem. – Musimy iść.
– Czy ja też, pani porucznik?
Zerknęła na McNaba.
– Możesz się przydać. Chodź z nami. Przepraszam – powtórzyła.
– Nie przejmuj się. – Roarke wstał i delikatnie pogłaskał ją po policzku. – Uważaj na siebie.
– Dobrze.
– Ryzyko zawodowe. – Roarke usiadł ponownie, już tylko z Phoebe i Samem.
– Ktoś zginął – rzekł cicho Sam.
– Tak, ktoś zginął. A teraz – dodał Roarke – policja będzie pracować, żeby przywrócić równowagę.
Walter C. Pettibone, jubilat, przyszedł do domu dokładnie o siódmej trzydzieści. Stu siedemdziesięciu trzech przyjaciół i współpracowników powitało go chóralnym okrzykiem NIESPODZIANKA!, gdy tylko przestąpił próg.
Ale nie to go zabiło.
Rozpromienił się jak dziecko, żartobliwie połajał żonę za to, że go nabrała, i życzliwie powitał gości. O ósmej przyjęcie nabrało już rozmachu, a Walter nie żałował sobie najrozmaitszych smakołyków przygotowanych przez dostawców. Jadł przepiórcze jaja, kawior, wędzonego łososia i krokiety ze szpinakiem.
Ale i to go nie zabiło.
Zatańczył z żoną, przytulił dzieci i pozwolił sobie nawet uronić łzę w podziękowaniu za sentymentalny toast wzniesiony przez syna.
I to przeżył.
O ósmej czterdzieści pięć, obejmując żonę, wzniósł kolejny kieliszek szampana, poprosił zebranych o uwagę i wygłosił krótką, lecz wzruszającą mowę na temat istoty życia mężczyzny i bogactwa, jakie w nim jest, jeśli los da mu przyjaciół i rodzinę.
– Za was wszystkich! – zakończył głosem przesyconym emocją. – Za moich drogich przyjaciół z serdecznym podziękowaniem za to, że chcą dzielić ze mną piękno tego dnia. Za moje dzieci, z których jestem dumny i którym dziękuję za wszystkie sprawione mi radości. I za moją piękną żonę, dzięki niej bowiem każdego dnia jestem szczęśliwy, że żyję.
Rozległy się odgłosy aplauzu, potem Walter przechylił kieliszek i wypił jego zawartość.
I to właśnie go zabiło.
Zaczął się krztusić, oczy wystąpiły mu z orbit. Gdy szarpnął za kołnierzyk koszuli, żona wydała przenikliwy krzyk. Syn wyrżnął go w plecy. Walter zachwiał się i osunął na gości, a roztrąciwszy ich jak kręgle, runął na ziemię w konwulsjach.
Jeden z gości był lekarzem, więc przepchnął się do gospodarza, by udzielić mu pomocy. Wezwano ambulans, ale choć przyjechał już po pięciu minutach, Walter opuścił ziemski padół.
Dawka cyjanku w kieliszku z szampanem była zupełnie nieoczekiwanym prezentem na urodziny.
Eve przyjrzała się ciału. Lekka niebieskawa obwódka wokół ust, wstrząśnięte, szeroko rozwarte oczy. Doleciał ją nieznaczny, lecz wymowny zapach palonych migdałów. Przy pierwszych próbach reanimacji mężczyznę przeniesiono na sofę i rozluźniono mu kołnierzyk. Nikt dotąd nie posprzątał potłuczonego szkła i porcelany. W pokoju unosił się intensywny zapach kwiatów, wina, krewetek i świeżej śmierci.
Walter C. Pettibone, pomyślała, człowiek, który przyszedł na świat i odszedł z niego tego samego dnia roku. Pełne koło. Większość ludzi jednak wolałaby tego uniknąć.
– Chcę porozmawiać z lekarzem, który próbował go ratować – powiedziała do Peabody i przyjrzała się podłodze. – Musimy zabrać całe to potłuczone gówno i stwierdzić, które naczynie bądź naczynia zawierały zatruty alkohol. Nikt nie może wyjść! To dotyczy i gości, i personelu. McNab, możesz zacząć spisywać nazwiska i adresy do przesłuchań. Rodzina ma być trzymana osobno.
– Zdaje się, że mamy tu zabójcze przyjęcie – stwierdził na odchodnym McNab.
– Pani porucznik, doktor Peter Vance. – Peabody przyprowadziła mężczyznę średniej budowy ciała. Miał krótkie piaskowe włosy i bródkę w podobnym odcieniu. Gdy przeniósł wzrok na ciało Waltera Pettibone’a, Eve dostrzegła w jego oczach smutek, lecz również gniew.
– To był porządny człowiek. – Mówił z pewnym trudem, słychać było ślad brytyjskiego akcentu. – Dobry przyjaciel.
– Ktoś nie był jego przyjacielem – zwróciła mu uwagę Eve. – To pan stwierdził, że go otruto, i polecił obsłudze ambulansu zawiadomić policję.
– Tak. Objawy były podręcznikowe, zmarł błyskawicznie. – Odwrócił wzrok od ciała i skrzyżował spojrzenia z Eve. – Chciałbym wierzyć, że to pomyłka, jakiś potworny wypadek. Ale niestety… Właśnie skończył wznosić dość ckliwy toast… taki w jego stylu. Stał, obejmując żonę, a dzieci z małżonkami były obok. Uśmiechał się od ucha do ucha i miał w oczach łzy. Podziękowaliśmy mu oklaskami, potem Walt wypił szampana i zaczął się dławić. Natychmiast upadł i dostał konwulsji. Po kilku minutach było po wszystkim. Nic nie można było poradzić.
– Skąd wziął tego drinka?
– Nie potrafię powiedzieć. Kelnerzy najęci przez dostawców roznosili szampana na tacach. Można też było przynieść sobie drinka z zaimprowizowanych barków. Większość gości jest tutaj od około siódmej. Bambi wychodziła z siebie, żeby na przybycie Waltera wszyscy już byli na miejscu.
– Bambi?
– Jego żona. – Vance zdobył się na wątły uśmiech. – Druga żona. Pobrali się mniej więcej rok temu. Ona planowała to przyjęcie od tygodni. Walt z pewnością dobrze o nim wiedział… To nie jest kobieta, którą nazwałoby się bystrą. Ale udawał, że jest zaskoczony.
– O której przyszedł?
– Dokładnie o wpół do ósmej. Wszyscy krzyknęliśmy chórem „Niespodzianka!”, tak jak kazała nam Bambi. Pośmialiśmy się z tego, a potem zaczęliśmy jeść i pić. Było trochę tańców. Walt pełnił honory pana domu, więc chodził od grupki do grupki. Jego syn wzniósł toast. – Vance westchnął. – Szkoda, że nie przyglądałem się dokładniej temu, co się dzieje. W każdym razie Walt na pewno pił szampana.
– Czy wtedy, na początku przyjęcia, też widział go pan, jak pije?
– Chyba… – Zamknął oczy, jakby próbował przywołać wcześniejszy obraz. – Chyba tak. Nie potrafię wyobrazić go sobie bez kieliszka po toaście wzniesionym przez syna. Walter uwielbiał swoje dzieci. Potem chyba miał nowy kieliszek, pełny. Ale nie potrafię powiedzieć z całą pewnością, czy wziął go z tacy, czy ktoś mu go podał.
– Byliście przyjaciółmi?
Twarz znowu mu posmutniała.
– Dobrymi przyjaciółmi… tak.
– Czy miał jakieś kłopoty w małżeństwie?
Vance pokręcił głową.
– Był bardzo szczęśliwy. Szczerze mówiąc, większość jego znajomych nie potrafiła zrozumieć, dlaczego poślubił Bambi. Z Shelly byli przedtem… ile…? Zdaje się, że ponad trzydzieści lat. Rozwiedli się w dość przyjacielskich stosunkach. Nie minęło pół roku i już znalazł sobie Bambi. Większość z nas myślała, że to tylko kryzys wieku średniego, ale oni ze sobą zostali.
– Czy jego pierwsza żona dzisiaj tu była?
– Nie. Ich stosunki nie były aż tak przyjacielskie.
– Czy przychodzi panu na myśl ktoś, kto mógłby życzyć mu śmierci?
– Absolutnie nikt. – Vance bezradnie rozłożył ręce. – Twierdzenie, że nie miał wrogów, jest naturalnie banałem, pani porucznik, ale właśnie tak powiedziałbym o Walcie. Lubiano go, a wielu ludzi wręcz go uwielbiało. Był z natury dobrodusznym człowiekiem, szczodrym pracodawcą i oddanym ojcem.
No i bogatym, pomyślała Eve, podziękowawszy doktorowi. Bogatym człowiekiem, który zostawił pierwszą żonę dla młodszej, bardziej seksownej kobiety. A ponieważ ludzie na ogół nie noszą ze sobą cyjanku na przyjęcia urodzinowe, ktoś przyszedł tutaj z wyraźnym zamiarem zabicia Pettibone’a.
W salonie, połączonym drzwiami z sypialnią, Eve przeprowadziła rozmowę z drugą żoną denata.
Pokój był mroczny, ciężkie różowe draperie zaciągnięte, a jedyna lampa osłonięta pasiastym abażurem dawała mdłe, cukierkowe światło.
Eve stwierdziła, że wszystko w tym pomieszczeniu jest różowe lub białe i falbaniaste. Przecukrzone ciasto, pomyślała. Góry poduszek, mnóstwo serwet, serwetek i bieżniczków, a do tego ciężki zapach zbyt wielu róż zgromadzonych w jednym miejscu.
W tym dziewczęcym królestwie Bambi Pettibone siedziała oparta na szezlongu obitym różowym aksamitem. Kręcone włosy miała zebrane w warkocz i ufarbowane na podobny odcień jak rumieńce lalki. Komplet, który nosiła, również był różowy. Opalizujący materiał zasłaniał większą część jednej piersi, druga natomiast była kokieteryjnie przesłonięta przezroczystą wstawką w kształcie róży.
Wielkie niebieskie oczy pani Pettibone uroczo lśniły od łez, które ściekały małymi, ślicznymi kroplami po gładkich policzkach. Twarz sprawiała wrażenie młodej i niewinnej, ciało mówiło jednak co innego.
Kobieta trzymała na kolanach białą kudłatą kulę.
– Pani Pettibone?
Blondynka zaszlochała i wtuliła twarz w białe kudły. Gdy kula nagle wydała z siebie szczeknięcie, Eve uznała, że prawdopodobnie jest to pies dziwnej rasy.
– Jestem porucznik Dallas z nowojorskiej policji, a to moja asystentka, Peabody. Jest nam bardzo przykro z powodu straty, jaką pani poniosła.
– Boney nie żyje. Mój drogi Boney.
Boney i Bambi, pomyślała Eve. Co tym ludziom odbija?
– Wiem, że przeżywa pani trudne chwile… – Eve rozejrzała się i pojęła, że nie ma innego wyjścia, jak usiąść na czymś puchatym i różowym. – Ale muszę zadać pani kilka pytań.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
