W pogoni za śmiercią - Nora Roberts - ebook + audiobook

W pogoni za śmiercią ebook

Nora Roberts

0,0
38,90 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Eve Dallas nigdy nie zapomina. I nigdy nie wybacza.

Gdy z pozoru zwyczajna impreza urodzinowa kończy się nagłą śmiercią jubilata, detektyw Eve Dallas wie, że to nie przypadek. Wkrótce odkrywa, że za zbrodnią stoi kobieta, którą sama przed laty wsadziła do więzienia. Teraz tamta kobieta wraca – piękniejsza, sprytniejsza, bardziej okrutna i żądna zemsty.

Dla Eve Dallas to nie tylko sprawa zawodowa – to osobiste starcie z przeszłością, która nigdy nie przestała czaić się w cieniu. Z pomocą Roarke’a, swojego nieprzewidywalnego i czarującego męża, Eve podejmuje grę z przeciwniczką, która zna każdy jej ruch.

Kolejny rozdział serii o Eve Dallas to historia o lojalności, winie i o tym, że sprawiedliwość czasem kosztuje więcej, niż jesteśmy gotowi zapłacić.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 444

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Motto

Są pewne pod­ło­ści zbyt podłe nawet dla męż­czy­zny… kobieta, i tylko uro­cza kobieta, może zary­zy­ko­wać ich popeł­nie­nie.

W.M. Thac­ke­ray

Naj­pew­niej­szą tru­ci­zną jest czas.

R.W. Emer­son

1

Mor­der­stwo jest pracą do wyko­na­nia. Śmierć sta­nowi poważny obo­wią­zek dla mor­dercy, dla ofiary, dla tych, któ­rzy ją prze­żyją. Rów­nież dla tych, któ­rzy potem repre­zen­tują lub zastę­pują zmar­łego. Niektó­rzy solid­nie przy­kła­dają się do tej pracy, inni trak­tują ją z lek­ce­wa­że­niem.

Nie­któ­rzy zaś wkła­dają w nią całą duszę.

Na codzienny poranny spa­cer Wal­ter C. Pet­ti­bone wycho­dził z miesz­ka­nia przy Park Ave­nue w bło­giej nie­świa­do­mo­ści faktu, że ma przed sobą ostat­nie godziny życia. Był krzep­kim sześć­dzie­się­cio­lat­kiem i zręcz­nym biz­nes­me­nem, który pomno­żył i tak nie­mały mają­tek rodziny na kwia­tach i sen­ty­men­tach.

Był bogaty, zdrowy, a przed ponad rokiem przy­gru­chał sobie młodą jasno­włosą żonę, która sek­su­al­nymi ape­ty­tami mogła się rów­nać z suką dober­mana w okre­sie cieczki, za to rozumu nie miała ani tro­chę.

Wal­ter C. Pet­ti­bone uwa­żał, że świat, w któ­rym się obraca, jest aku­rat taki, jaki powi­nien być.

Miał zaj­mu­jącą pracę i dwoje dzieci z pierw­szego mał­żeń­stwa, ocze­ku­ją­cych na prze­ję­cie inte­resu, który ich ojciec prze­jął po swoim rodzi­cielu. Utrzy­my­wał wystar­cza­jąco poprawne sto­sunki ze swoją byłą żoną – uczciwą, roz­sądną kobietą – a syn i córka wyro­śli na sym­pa­tycz­nych, inte­li­gent­nych ludzi i dawali mu liczne powody do dumy i satys­fak­cji.

Miał też wnuka, który był jego oczkiem w gło­wie.

Latem 2059 roku Świat Kwia­tów był poważ­nym mię­dzy­ga­lak­tycz­nym biz­ne­sem z kwia­cia­rzami, ogrod­ni­kami, biu­rami i cie­plar­niami zarówno na Ziemi, jak i w kosmo­sie.

Wal­ter uwiel­biał kwiaty. Nie tylko dla­tego, że dawały zysk. Kochał ich zapach, barwy, fak­turę, urodę liści i kwie­cia, podzi­wiał sam cud ich ist­nie­nia.

Każ­dego ranka odwie­dzał kil­koro kwia­cia­rzy, by spraw­dzić wybór towaru, obej­rzeć, jak go wyeks­po­no­wano… lecz rów­nież po to, by nacie­szyć się pięk­nymi zapa­chami, tro­chę poga­dać, a przede wszyst­kim spę­dzić czas wśród kwia­tów i kocha­ją­cych je ludzi.

Dwa razy w tygo­dniu był na nogach już przed świ­tem i uda­wał się na giełdę ogrod­ni­czą w śród­mie­ściu. Prze­cha­dzał się tam i podzi­wiał kwiaty, skła­dał zamó­wie­nia, cza­sem coś kry­ty­ko­wał.

Przez ostat­nie pół wieku rzadko zda­rzało mu się uczy­nić wyłom w tym sche­ma­cie czyn­no­ści, które ni­gdy go nie męczyły. Tego dnia po spę­dze­niu około godziny wśród kwia­tów wybie­rał się do biura. Miał zamiar zaba­wić tam dłu­żej niż zwy­kle, by zosta­wić żonie dość czasu i prze­strzeni na dokoń­cze­nie przy­go­to­wań do uro­dzi­no­wego przy­ję­cia na jego cześć. Na myśl o tym zachi­cho­tał pod nosem.

To słod­kie maleń­stwo nie umia­łoby zacho­wać tajem­nicy nawet wtedy, gdyby spięło sobie usta biu­ro­wym zszy­wa­czem. Wal­ter wie­dział o przy­ję­ciu od tygo­dni i cze­kał na ten wie­czór z iście dzie­cię­cym entu­zja­zmem. Natu­ral­nie musiał udać zasko­cze­nie, więc z samego rana prze­ćwi­czył przed lustrem różne zdu­mione miny. A tym­cza­sem wypeł­niał swoje codzienne obo­wiązki z uśmie­chem, zazna­czo­nym lek­kim unie­sie­niem kąci­ków ust, i nie miał zie­lo­nego poję­cia, jak wiel­kie zasko­cze­nie go spo­tka.

* * *

Eve miała wra­że­nie, że w życiu nie czuła się lepiej. Wypo­częta, nała­do­wana ener­gią, roz­ru­szana i roz­luź­niona, przy­go­to­wy­wała się do pierw­szego dnia w pracy po cudow­nie bez­tro­skich dwóch tygo­dniach urlopu, pod­czas któ­rych naj­bar­dziej wytrą­ca­jącą z rów­no­wagi decy­zją, jaką musiała pod­jąć, był wybór mię­dzy jedze­niem a spa­niem.

Naj­pierw tydzień w mek­sy­kań­skiej willi, a potem tydzień na pry­wat­nej wyspie. A w obu miej­scach nie bra­ko­wało oka­zji do opa­la­nia się, seksu i miłych drze­mek.

Roarke jesz­cze raz miał rację. Potrze­bo­wali czasu dla sie­bie, żeby pobyć razem. Tylko we dwoje. Oboje mieli rany, które musiały się zabliź­nić. A gdyby samo­po­czu­cie Eve tego ranka miało być wskaź­ni­kiem, to waka­cje speł­niły swoje zada­nie.

Sta­nęła przed gar­de­robą, marsz­cząc czoło na widok mnó­stwa stro­jów, któ­rych jej przy­było, odkąd wyszła za mąż. Coś się nie zga­dzało, choć chyba nie dla­tego, że przez więk­szą część ostat­nich dwóch tygo­dni para­do­wała nago bądź pół­nago. Wyglą­dało na to, że jej męż­czy­zna znów dys­kret­nie wzbo­ga­cił zasoby w gar­de­ro­bie.

Wyjęła długą nie­bie­ską suk­nię z sze­lesz­czą­cego, mie­nią­cego się mate­riału.

– Czy ja to już kie­dyś widzia­łam?

– To twoja szafa. – W dru­giej czę­ści sypialni Roarke z fili­żanką kawy w dłoni prze­glą­dał infor­ma­cje gieł­dowe na ścien­nym ekra­nie. Mimo to zer­k­nął w stronę żony. – Jeśli pla­nu­jesz wło­żyć dzi­siaj tę suk­nię, to zaszo­ku­jesz kry­mi­na­li­stów w całym mie­ście.

– W gar­de­ro­bie jest wię­cej ubrań niż dwa tygo­dnie temu.

– Naprawdę? Cie­kawe, jak to się stało.

– Prze­stań kupo­wać mi góry stro­jów.

Roarke wycią­gnął rękę, chcąc pogła­skać Gala­hada, ale kot odwró­cił łeb. Od ich powrotu poprzed­niego wie­czoru jesz­cze nie prze­stał być obra­żony.

– Dla­czego?

– Bo to jest krę­pu­jące – bąk­nęła i zaczęła szu­kać cze­goś sto­sow­nego do wło­że­nia.

Roarke tylko się do niej uśmiech­nął, patrząc, jak wkłada górę bez ręka­wów i spodnie na smu­kłe ciało, któ­rego wła­ści­wie ani na chwilę nie prze­sta­wał pożą­dać.

Opa­liła się na bla­do­zło­ci­sty odcień, a w jej krót­kich, kasz­ta­no­wych wło­sach poja­wiły się od słońca jaśniej­sze pasemka. Ubrała się szybko, oszczęd­nymi ruchami, jak kobieta, która nie­wiele myśli o modzie. Pew­nie dla­tego nie mógł oprzeć się poku­sie zasy­py­wa­nia żony wytwo­rami mody.

Pomy­ślał, że pod­czas ich wspól­nego urlopu Eve wypo­częła. Z każdą godziną, z każ­dym dniem widział, jak coraz mniej jest na jej twa­rzy śla­dów zmę­cze­nia i trosk. Nawet teraz jej oczy koloru whi­sky lśniły, a na pocią­głej, ład­nej twa­rzy wid­niały rumieńce.

Gdy moco­wała kaburę pod pachą, na jej sze­ro­kich ustach poja­wił się gry­mas; naj­wy­raź­niej porucz­nik Eve Dal­las wró­ciła do swo­ich obo­wiąz­ków. I znowu mogła roz­sta­wiać wszyst­kich po kątach.

– Cie­kawe, co takiego jest w uzbro­jo­nej kobie­cie, że mnie pod­nieca?

Zmie­rzyła go wzro­kiem, po czym się­gnęła do szafy po lekki żakiet.

– Wybij to sobie z głowy. Nie zamie­rzam się spóź­nić do pracy pierw­szego dnia po urlo­pie tylko dla­tego, że masz zastój w inte­re­sie.

O, tak, pomy­ślał, wsta­jąc. Zde­cy­do­wa­nie wró­ciła.

– Kochana Eve… – powie­dział, ale omal się nie wzdry­gnął. – Nie ten żakiet.

– Jak to? – Znie­ru­cho­miała z ramie­niem wło­żo­nym do połowy w rękaw. – Nadaje się na lato i zakrywa broń.

– Ale nie pasuje ci do spodni. – Pod­szedł do szafy, zaj­rzał do środka i wydo­był inny żakiet, wcale nie grub­szy, za to ide­al­nie zgrany kolo­ry­stycz­nie ze spodniami khaki. – Ten jest wła­ściwy.

– Nikt mnie nie będzie fil­mo­wał na wideo. – Posłusz­nie jed­nak zmie­niła okry­cie, bo było to znacz­nie łatwiej­sze niż tocze­nie sporu.

– O, popatrz. – Zanur­ko­wał do szafy jesz­cze raz i wydo­był z niej parę skó­rza­nych pół­bu­ci­ków w odcie­niu świe­żego kasz­tana.

– Skąd to masz?

– Od ducha tej szafy.

Podejrz­li­wie im się przyj­rzała i obma­cała czubki od środka.

– Nie potrze­buję nowych butów. Mam stare, już roz­dep­tane.

– Bar­dzo sub­tel­nie to nazwa­łaś. Przy­mierz te, pro­szę.

– I tak zaraz je wykoń­czę – mruk­nęła, ale usia­dła na porę­czy sofy i zaczęła je wzu­wać. Były mię­ciut­kie i ide­al­nie dopa­so­wane. Stwier­dziw­szy to, spoj­rzała na męża jesz­cze bar­dziej podejrz­li­wie. Praw­do­po­dob­nie kazał wyko­nać je ręcz­nie w jed­nej ze swych nie­zli­czo­nych fabryk. Nie­wąt­pli­wie też pół­bu­ciki kosz­to­wały wię­cej, niż nowo­jor­ski glina może zaro­bić przez dwa mie­siące. – Jak wytłu­ma­czysz to, że duch dosko­nale zna roz­miar mojej stopy?

– Rewe­la­cyjny facet.

– Pew­nie nie ma sensu mu mówić, że poli­cjantka nie potrze­buje dro­gich pół­bu­tów, kiedy włó­czy się za podej­rza­nym, zmyka, gdzie pieprz rośnie albo kop­nia­kiem wywala drzwi. Trud jakiejś wło­skiej mniszki nie­chyb­nie idzie wtedy na marne.

– Och, on wie swoje. – Roarke pogła­skał żonę po gło­wie i przy oka­zji deli­kat­nie pocią­gnął ją za włosy, żeby spoj­rzała mu w oczy. – A w dodatku darzy cię uwiel­bie­niem.

Wciąż ogar­niała ją dziwna sła­bość, gdy sły­szała takie kom­ple­menty i przy­glą­dała się twa­rzy wypo­wia­da­ją­cego je Roarke’a. Czę­sto zasta­na­wiała się, czy nie zako­chała się wła­śnie w jego oczach, figlar­nych i nie­sa­mo­wi­cie nie­bie­skich.

– Jesteś cho­ler­nie ładny. – Nie zamie­rzała tego powie­dzieć, więc aż pod­sko­czyła, sły­sząc wła­sny głos. Zoba­czyła sze­roki uśmiech wykwi­ta­jący na twa­rzy męża, która swą wyra­zi­sto­ścią i uwo­dzi­ciel­skimi ustami poety mogłaby inspi­ro­wać mala­rzy i rzeź­bia­rzy.

Młody irlandzki Bóg – to byłby wła­ściwy tytuł dzieła. Czyż bowiem bogo­wie nie są uwo­dzi­ciel­scy, bez­względni i upo­jeni swoją wła­dzą?

– Muszę iść. – Szybko wstała, ale ponie­waż się nie odsu­nął, wpa­dli na sie­bie. – Roarke…

– Cóż, oboje wra­camy do rze­czy­wi­sto­ści. Ale… – Prze­su­nął dłońmi po jej bokach dłu­gim, zabor­czym ruchem, który przy­po­mniał jej z nie­zwy­kłą dokład­no­ścią, jak potra­fią pie­ścić te zręczne palce. – Myślę, że powin­naś odpu­ścić sobie jesz­cze chwilę i poca­ło­wać mnie na do widze­nia.

– Chcesz, żebym poca­ło­wała cię na do widze­nia?

– Zde­cy­do­wa­nie. – Usły­szała w jego tonie miły zaśpiew, czę­ściowo spo­wo­do­wany irlandz­kim akcen­tem, a czę­ściowo roz­ba­wie­niem.

Prze­krzy­wiła głowę.

– Dobrze. – Bły­ska­wicz­nym ruchem wsu­nęła ręce w jego smo­li­ste włosy, które pra­wie się­gały ramion, i zaci­ska­jąc dło­nie, zło­żyła na jego ustach poca­łu­nek.

Poczuła, że serce Roarke’a zabiło moc­niej, tak samo jak jej. Sły­sząc pomruk zado­wo­le­nia, lekko przy­szczy­pała mu wargę zębami i pozwo­liła sobie na małą igraszkę języ­ków.

Prze­rwała poca­łu­nek tak samo nagle, jak go zaczęła, i natych­miast ener­gicz­nie odsu­nęła się poza zasięg ramion męża.

– Do zoba­cze­nia, asie! – zawo­łała od progu.

– Spo­koj­nego dnia, pani porucz­nik. – Głę­boko ode­tchnął i z powro­tem usiadł na sofie. – Cie­kawe – zwró­cił się do kota – ile będzie mnie kosz­to­wało odzy­ska­nie two­jej przy­jaźni.

* * *

W komen­dzie poli­cji Eve wsko­czyła na pochyl­nię pro­wa­dzącą do wydziału zabójstw. To zro­biw­szy, głę­boko zaczerp­nęła tchu. Nie było tu dra­ma­tycz­nej sce­ne­rii kli­fów zachod­niego Mek­syku ani aro­ma­tycz­nej bryzy tro­pi­kal­nych wysp, ale musiała przy­znać, że stę­sk­niła się za tym oto­cze­niem. Tu pach­niało potem, luro­watą kawą i środ­kami czysz­czą­cymi, lecz przede wszyst­kim powie­trze iskrzyło ener­gią, która powsta­wała w star­ciach gli­nia­rzy z prze­stęp­cami.

Urlop wyostrzył zmy­sły Eve na zna­jome oznaki: niski szmer wielu jed­no­cze­śnie mówią­cych gło­sów, nie­ustanne, choć mało zhar­mo­ni­zo­wane pobrzę­ki­wa­nie łączy i komu­ni­ka­to­rów, tłumy ludzi w biegu, mają­cych pilne sprawy do zała­twie­nia.

Usły­szała soczy­stą wią­zankę, którą ktoś wyrzu­cił z sie­bie tak ener­gicz­nie, że słowa zlały się w jedno.

Witaj w domu, pomy­ślała i z zado­wo­le­niem wes­tchnęła.

Zanim poznała męża, miej­sce pracy było dla niej domem, całym życiem, czymś, co nada­wało sens ist­nie­niu. Zresztą nawet teraz, gdy była z Roar­kiem, a może wła­śnie dla­tego, że już go miała, miej­sce pracy pozo­stało ważną czę­ścią jej osoby.

Kie­dyś była ofiarą, bez­radną, wyko­rzy­sty­waną i zała­maną. Teraz prze­dzierz­gnęła się w wojow­niczkę.

Wtar­gnęła do sali detek­ty­wów gotowa do każ­dej walki.

Inspek­tor Baxter pod­niósł głowę znad papie­rów, wydał prze­cią­gły gwizd i osten­ta­cyj­nie zamru­gał.

– Huuu, Dal­las! Ja cię kręcę!

– Że co? – Zasko­czona obej­rzała się przez ramię, wnet jed­nak uświa­do­miła sobie, że lubieżny uśmiech kolegi jest prze­zna­czony spe­cjal­nie dla niej. – Jesteś cho­rym face­tem, Baxter. Ale dobrze się prze­ko­nać, że nic się nie zmie­niło. To pod­nosi na duchu.

– Nie­przy­tom­nie się odpi­co­wa­łaś. – Wstał i obszedł zesta­wione biurka. – Ład­nie – dodał, ujmu­jąc w palce klapę jej żakietu. – Jesteś jak z żur­nala, Dal­las. Zawsty­dzasz nas, śmier­tel­ni­ków.

– To przez ten żakiet – bąk­nęła skon­ster­no­wana. – Daj spo­kój.

– O, i jesteś opa­lona. Cie­kawe, czy cała.

Uśmiech­nęła się iro­nicz­nie.

– Mam cię kop­nąć w tyłek?

Pogro­ził jej pal­cem, wyraź­nie zado­wo­lony z sie­bie.

– A tu co masz? – Zmie­szana Eve unio­sła ręce do uszu, Baxter zaś zamru­gał tak, jakby spo­tkała go wielka nie­spo­dzianka. – Zdaje mi się, że to się nazywa kol­czyki. W dodatku są ładne.

Nawet zapo­mniała, że je wło­żyła.

– Czyżby w cza­sie, gdy mnie nie było, prze­stęp­czość spa­dła do zera, że masz czas stać nade mną i komen­to­wać mój strój?

– Po pro­stu jestem oszo­ło­miony, pani porucz­nik. Abso­lut­nie oszo­ło­miony tym poka­zem mody. Nowe buty?

– Wypchaj się. – Odwró­ciła się do niego ple­cami, a on wybuch­nął śmie­chem.

– Aha, teraz mam tyły – oświad­czył, co spo­tkało się z gło­śną apro­batą kole­gów.

Młoty, pomy­ślała, idąc do swo­jego pokoju. W nowo­jor­skim Depar­ta­men­cie Poli­cji i Bez­pie­czeń­stwa pra­cuje banda mło­tów.

Jezu, ale się za nimi stę­sk­niła.

Weszła do swo­jego pokoju, ale krok za pro­giem sta­nęła jak wryta i wytrzesz­czyła oczy.

Jej biurko było posprzą­tane. Co wię­cej, lśniło czy­sto­ścią. Zresztą całe pomiesz­cze­nie było nie­ska­zi­telne. Zupeł­nie jakby ktoś przy­szedł z wiel­kim odku­rza­czem i wessał cały zgro­ma­dzony tu kurz, a potem wypu­co­wał to, co zostało. Podejrz­li­wie prze­su­nęła kciu­kiem po ścia­nie. Tak, farba była nie­wąt­pli­wie świeża.

Mru­żąc oczy, kon­ty­nu­owała inspek­cję. Pokój był cia­sny, z jed­nym nędz­nym oknem, zagra­co­nym – teraz odświe­żo­nym do nie­po­zna­nia – biur­kiem i dwoma krze­słami, które w każ­dej chwili mogły ska­le­czyć wysta­jącą sprę­żyną. Kar­to­teka rów­nież została odczysz­czona na błysk. Stała na niej bujna roślina w doniczce.

Wydaw­szy okrzyk nie­po­koju, Eve rzu­ciła się do kar­to­teki i szarp­nię­ciem otwo­rzyła szu­fladę.

– Wie­dzia­łam, no, wie­dzia­łam! Sukin­syn znowu mnie obra­bo­wał.

– Co się stało, pani porucz­nik?

Eve ze zło­ścią odwró­ciła głowę. Na progu stała jej asy­stentka w sztyw­nym od kroch­malu mun­du­rze, tak samo schludna jak odno­wiony pokój.

– Chrza­niony zło­dziej sło­dy­czy znowu dobrał się do mojej skrytki.

Peabody wydęła wargi.

– Mia­łaś cukierki w kar­to­tece? – Prze­krzy­wiła głowę. – Pod M?

– M jak moje, do dia­bła! – Ziry­to­wana Eve zatrza­snęła szu­fladę. – Zapo­mnia­łam je zabrać przed wyjaz­dem. Co tu się, u dia­bła, stało, Peabody? Musia­łam prze­czy­tać tabliczkę na drzwiach, żeby prze­ko­nać się, że tra­fi­łam do swo­jego pokoju.

– Ponie­waż wyje­cha­łaś, nada­rzyła się oka­zja, żeby wszystko posprzą­tać i odma­lo­wać. Było tu już dość obskur­nie.

– Ja tam byłam do tego przy­zwy­cza­jona. Gdzie są moje rze­czy? – spy­tała Eve sta­now­czo. – Mia­łam tu teczki z zale­głymi papie­rami, różne wyniki z labo­ra­to­rium i raporty tech­ni­ków w spra­wie Dun­wo­oda na wypa­dek, gdy­bym przy­szła na chwilę pod­czas urlopu.

– Wszystko zała­twione. Wypeł­ni­łam zale­głe papiery, a raporty w spra­wie Dun­wo­oda odło­ży­łam do akt. – Peabody uśmiech­nęła się cie­pło. Uśmiech odbił się także w jej ciem­nych oczach. – Mia­łam tro­chę wol­nego czasu.

– Odwa­li­łaś całą papier­kową robotę?

– Tak jest, pani porucz­nik.

– I kaza­łaś odno­wić mój pokój?

– Mia­łam wra­że­nie, że po kątach gnieź­dzi się za dużo wie­lo­ko­mór­ko­wych orga­ni­zmów. Już nie żyją.

Eve powoli wci­snęła dło­nie do kie­szeni i prze­nio­sła cię­żar ciała na pięty.

– Nie chcesz chyba w ten spo­sób powie­dzieć, że kiedy jestem w pracy, nie daję ci czasu na zaję­cie się codzien­nymi spra­wami.

– Skądże znowu. Witaj po urlo­pie, Dal­las. Ho, ho… Wyglą­dasz fan­ta­stycz­nie. I masz świetną kre­ację.

Eve głę­boko ode­tchnęła i usia­dła za biur­kiem.

– Jak ja zwy­kle wyglą­dam, do cho­lery?!

– Czy to jest pyta­nie reto­ryczne?

Eve przyj­rzała się twa­rzy asy­stentki, kwa­dra­to­wej, z gru­bymi rysami i czarną czapą wło­sów dookoła.

– Wła­śnie pró­buję usta­lić, czy bra­ko­wało mi two­jej pyska­tej gęby. Nie – stwier­dziła po chwili. – Co to, to nie.

– No, no, jestem pewna, że było ina­czej. Ale się opa­li­łaś. Musia­łaś spę­dzić mnó­stwo czasu na słońcu.

– Na to wygląda. A co z tobą, Peabody?

– Jak to co?

– Opa­le­ni­zna, Peabody. Cho­dzisz do sola­rium?

– Nie, opa­li­łam się na Bimini.

– Masz na myśli tę wyspę? Co tam, u dia­bła, robi­łaś?

– Och, prze­cież wiesz… byłam na urlo­pie tak samo jak ty. Roarke zasu­ge­ro­wał, że skoro wyjeż­dżasz, to może i ja powin­nam wziąć tydzień wol­nego…

Eve unio­sła dłoń.

– Roarke zasu­ge­ro­wał?

– Tak. Uznał, że możemy wyko­rzy­stać z McNa­bem prze­stój, więc…

Eve poczuła, że zaczyna jej drgać mię­sień pod okiem. To była u niej typowa reak­cja na myśl o Peabody i tym przy­stoj­niaczku z wydziału elek­tro­niki.

Bro­niąc się przed tikiem, przy­ci­snęła dwa palce do policzka.

– Ty i McNab. Na Bimini. Razem.

– Och, chyba rozu­miesz. Musimy spraw­dzić, na ile do sie­bie pasu­jemy, więc pomysł wydał nam się bar­dzo atrak­cyjny. Kiedy Roarke powie­dział, że możemy sko­rzy­stać z jego trans­portu i wybrać się do jego posia­dło­ści na Bimini, nie zasta­na­wia­li­śmy się długo.

– Jego trans­port. Jego posia­dłość na Bimini. – Eve poczuła pul­so­wa­nie mię­śnia pod pal­cami.

Peabody zalśniły oczy. Zapo­mniała się do tego stop­nia, że przy­sia­dła na biurku.

– Rany, Dal­las, było super. Jak w pałacu. Tam jest basen z wodo­spa­dem, narty wodne, samo­chody tere­nowe. A w sypialni pana domu jest rewe­la­cyjne łoże, mniej wię­cej wiel­ko­ści Saturna…

– Nie chcę słu­chać o łożu.

– A poza tym to jest pry­watna posia­dłość, mimo że na samym brzegu, więc przez pół pobytu para­do­wa­li­śmy tam nagu­sieńcy jak małpy.

– O tym też nie chcę słu­chać.

Peabody wypchnęła poli­czek języ­kiem.

– Cza­sem byli­śmy tylko pół­na­dzy. Zresztą – dodała, zanim Eve zdą­żyła na nią krzyk­nąć – to była czy­sta magia. Chcia­ła­bym dać Roarke’owi jakiś dzięk­czynny pre­zen­cik. Ale ponie­waż on ma dosłow­nie wszystko, jestem tro­chę bez­radna. Pomy­śla­łam, że pomo­żesz mi coś wymy­ślić.

– Co to, komenda poli­cji czy klub towa­rzy­ski?

– Nie żar­tuj, Dal­las. Wszy­scy mamy tu roboty po uszy. – Peabody uśmiech­nęła się z nadzieją. – Pomy­śla­łam, że może dam mu narzutę zro­bioną przez moją matkę. Wiesz, ona zaj­muje się tkac­twem i naprawdę dobrze jej to idzie. Czy spodo­bałby mu się taki pre­zent?

Eve gło­śno wypu­ściła powie­trze.

– On nie ocze­kuje pre­zen­tów. To nie jest konieczne.

– Mia­łam naj­lep­sze waka­cje w życiu. Chcę, żeby wie­dział, jak bar­dzo mu jestem wdzięczna. To dla mnie wiele zna­czyło, że o tym pomy­ślał.

– O, tak, on zawsze myśli. – Wbrew sobie Eve jed­nak zmię­kła. – W każ­dym razie ręczna robota na pewno sprawi mu wielką frajdę.

– Naprawdę? To świet­nie. Wobec tego dziś wie­czo­rem zadzwo­nię do matki.

– No, skoro już się przy­wi­ta­ły­śmy, Peabody, to powiedz, czy nie czas wziąć się do pracy.

– Chwi­lowo jest posu­cha.

– Przy­nieś mi wobec tego jakieś teczki z nie­roz­wią­za­nymi spra­wami.

– Masz na myśli jakąś kon­kretną?

– Decy­zja należy do cie­bie. Muszę mieć coś do roboty.

– Jasne. – Peabody ruszyła do drzwi, ale po dro­dze przy­sta­nęła. – Wiesz, co jest fajne w wyjaz­dach? To, że się z nich wraca.

* * *

Przed­po­łu­dnie Eve spę­dziła na wer­to­wa­niu nie­wy­ja­śnio­nych przy­pad­ków i wypa­try­wa­niu wąt­ków, które być może zostały prze­oczone, na doszu­ki­wa­niu się czyn­no­ści śled­czych, któ­rych nie wyko­nano. Naj­bar­dziej zain­te­re­so­wała ją sprawa nie­ja­kiej Mar­shy Stibbs, dwu­dzie­sto­sze­ścio­let­niej kobiety, którą mąż, Boyd, po powro­cie z wyjazdu służ­bo­wego zna­lazł uto­pioną w wan­nie.

Pozor­nie wyglą­dało to na jeden z tra­gicz­nych i typo­wych wypad­ków, jakie zda­rzają się w domach, dopóki z raportu leka­rza sądo­wego nie wyni­kło, że kobieta wcale nie uto­nęła, lecz stra­ciła życie, zanim jesz­cze zanu­rzono ją w kąpieli.

Ponie­waż tra­fiła do wanny z roz­trza­skaną czaszką, bez wąt­pie­nia nie mogła się zna­leźć w pach­ną­cej pia­nie z wła­snej woli.

Detek­tyw zna­lazł dowody na to, że Mar­sha miała romans. W szu­fla­dzie z bie­li­zną ofiary był ukryty pakie­cik miło­snych listów sygno­wa­nych literą C. Ich treść była pod wzglę­dem sek­su­al­nym zupeł­nie jed­no­znaczna, zresztą autor bła­gał Mar­shę, by roz­wio­dła się z mężem i zde­cy­do­wała na ucieczkę.

Według akt, obec­ność listów i ich zawar­tość wstrzą­snęła nie tylko mężem, lecz rów­nież wszyst­kimi zna­jo­mymi ofiary, któ­rych prze­słu­chi­wano. Alibi męża było nie do pod­wa­że­nia, a wyniki prze­słu­chań na miej­scu potwier­dzały jego wer­sję.

Boyd Stibbs, regio­nalny przed­sta­wi­ciel firmy han­dlu­ją­cej arty­ku­łami spor­to­wymi, był według wszel­kich zna­ków na nie­bie i ziemi bar­dzo typo­wym Ame­ry­ka­ni­nem, zara­bia­ją­cym nieco powy­żej prze­cięt­nej. Oże­nił się sześć lat temu z dziew­czyną z col­lege’u, która potem zaczęła pra­co­wać w dziale zaku­pów wiel­kiego super­mar­ketu. W nie­dzielę lubił pograć w fut­bol, nie pił, nie upra­wiał hazardu i nie miał kło­po­tów z prze­strze­ga­niem prawa. W jego życio­ry­sie nie było też epi­zo­dów zwią­za­nych z prze­mocą, co wię­cej, dobro­wol­nie pod­dał się prze­słu­cha­niu za pomocą wykry­wa­cza kłamstw i pora­dził sobie śpie­wa­jąco.

Byli bez­dzietni, miesz­kali w cichym miesz­ka­niu na West Side, mieli wąski krąg przy­ja­ciół i aż do chwili tra­gicz­nej śmierci Mar­shy wyka­zy­wali wszel­kie cechy szczę­śli­wego, solid­nego mał­żeń­stwa.

Śledz­two było dro­bia­zgowe, sta­ranne i pełne. A jed­nak nie udało się odna­leźć jakie­go­kol­wiek śladu rze­ko­mego kochanka ukry­wa­ją­cego się pod literą C.

Eve połą­czyła się z asy­stentką.

– Do roboty, Peabody. Postu­kamy ludziom do drzwi. – Wsa­dziła teczkę z aktami do torby, wzięła żakiet z opar­cia krze­sła i opu­ściła pokój.

* * *

– Ni­gdy dotąd nie pra­co­wa­łam nad nie­wy­ja­śnioną sprawą – oświad­czyła Peabody.

– Nie myśl „nie­wy­ja­śniona” – odparła Eve. – Ona jest na­dal otwarta.

– Jak długo?

– Sześć lat.

– Jeśli facet rżnął kogoś na boku i dotąd nic się nie wydało, to jak zamie­rzasz przy­przeć go do muru teraz?

– Poma­lutku, Peabody. Prze­czy­taj listy.

Asy­stentka wyjęła pakie­cik z torby. W poło­wie lek­tury pierw­szego listu wydała z sie­bie gło­śne „Au!”.

– Gorące! Parzy! – powie­działa, dmu­cha­jąc na palce.

– Dalej.

– Daj spo­kój. – Peabody poru­szyła się nie­spo­koj­nie na sie­dze­niu. – Teraz niczym byś mnie już nie powstrzy­mała. Zdo­by­wam przy­datną wie­dzę. – Zagłę­biła się w lek­tu­rze, raz po raz sze­rzej otwie­ra­jąc oczy i gło­śno prze­ły­ka­jąc ślinę. – Jezu, chyba wła­śnie mia­łam orgazm.

– Dzię­kuję za tę uży­teczną infor­ma­cję. Co jesz­cze znaj­du­jesz w tych listach?

– Szczere uwiel­bie­nie i siłę witalną pana C.

– Pozwól, że prze­for­mu­łuję pyta­nie. Czego w nich nie znaj­du­jesz?

– No, ni­gdzie nie ma jego peł­nego imie­nia ani nazwi­ska. – Świa­doma swego nie­chyb­nego prze­ocze­nia, Peabody ponow­nie zer­k­nęła na listy. – Nie ma kopert, więc mogły być dorę­czone albo pocztą, albo przez posłańca. – Wes­tchnęła. – Czuję, że dostanę pałę z tej kla­sówki. Nie mam poję­cia, co ty w nich widzisz takiego, czego ja nie dostrze­gam.

– Nale­ża­łoby raczej powie­dzieć: czego w nich nie widzę. Nie ma żad­nej alu­zji do tego, jak, kiedy i gdzie się spo­tkali. Jak zostali kochan­kami. Nie ma żad­nego szcze­gółu, który wska­zy­wałby, gdzie upra­wiali tę swoją gim­na­stykę ero­tyczną. To mi nasuwa pewną myśl.

Asy­stentka na­dal wyda­wała się zdez­o­rien­to­wana.

– Jaką mia­no­wi­cie?

– Że być może ni­gdy nie było żad­nego pana C.

– Ale…

– W grę wcho­dzi kobieta. Zamężna od kilku lat, ma dobrą, odpo­wie­dzialną pracę i krąg przy­ja­ciół, z któ­rymi utrzy­muje zna­jo­mość rów­nież od kilku lat. Nikomu z tych przy­ja­ciół, jak wynika z zeznań, nawet przez myśl nie prze­szło, że mogłaby z kimś roman­so­wać. Zupeł­nie nie tak się zacho­wy­wała, roz­ma­wiała, żyła. Nie opusz­czała dni w pracy. Kiedy więc miała czas na gim­na­stykę ero­tyczną?

– Jej mąż dość regu­lar­nie wyjeż­dżał.

– Słusz­nie. To daje moż­li­wość roman­so­wa­nia, jeśli ktoś jej szuka. Ale nasza ofiara zdra­dzała wszel­kie objawy lojal­no­ści, odpo­wie­dzial­no­ści, uczci­wo­ści. Cho­dziła z domu do pracy i z pracy do domu. Nie było tajem­ni­czych ani podej­rza­nych roz­mów z jej apa­ratu domo­wego, biu­ro­wego ani z prze­no­śnych łączy. W jaki spo­sób więc uma­wiała się z panem C. na randki?

– Może oso­bi­ście? Na przy­kład z kimś z pracy.

– Może – przy­znała Eve.

– Ale ty jesteś innego zda­nia. Niech ci będzie, wygląda na to, że ona rze­czy­wi­ście była zaan­ga­żo­wana w to mał­żeń­stwo. Z dru­giej strony ludzie z zewnątrz, nawet przy­ja­ciele, nie wie­dzą tak naprawdę, jak wyglą­dają wza­jemne układy mał­żon­ków. Cza­sem nawet part­ner nie wie cze­goś o tym dru­gim.

– Święta racja. Pro­wa­dzący śledz­two zga­dza się z tobą w tej spra­wie… i ma do tego wszel­kie pod­stawy.

– A ty się nie zga­dzasz. – Peabody ode­tchnęła. – Twoim zda­niem, to mąż wszystko ukar­to­wał, upo­zo­ro­wał nie­wier­ność żony i zapew­niw­szy sobie fał­szywe alibi, pota­jem­nie wró­cił do domu i ją zabił albo zle­cił komuś mor­der­stwo.

– Jest taka moż­li­wość. Dla­tego z nim poroz­ma­wiamy.

Eve wje­chała na drugi poziom ulicz­nego par­kingu i zmie­ściła swój pojazd mię­dzy seda­nem i rowe­rem powietrz­nym.

– Ostat­nio naj­czę­ściej pra­cuje w domu. – Wska­zała ski­nie­niem głowy pobli­ski budy­nek miesz­kalny. – Sprawdźmy, czy jest u sie­bie.

* * *

Ow­szem, był u sie­bie, wygim­na­sty­ko­wany, atrak­cyjny męż­czy­zna w spor­to­wych spoden­kach, baweł­nia­nej koszulce, z malu­chem na rękach. Jedno spoj­rze­nie na pla­kietkę Eve wystar­czyło, by w jego oczach poja­wił się cień. Widać było, że żal jest wciąż żywy.

– Czy cho­dzi o Mar­shę? Wie pani coś nowego? – Prze­lot­nie zer­k­nął na jasno­włosą dziew­czynkę, którą trzy­mał. – Och, prze­pra­szam, niech panie wejdą. Już tak dawno nikt nie kon­tak­to­wał się ze mną w tej spra­wie. Jeśli chcą panie usiąść, to zaniosę córkę do jej pokoju. Wolał­bym, żeby nie… – Odru­chowo pogła­dził małą po gło­wie. Tak jakby chciał jej bro­nić. – Niech panie chwilę pocze­kają.

Eve odcze­kała, aż męż­czy­zna znik­nie za drzwiami.

– Ile lat ma to dziecko, Peabody?

– Moim zda­niem, około dwóch.

Eve ski­nęła głową i rozej­rzała się po pokoju dzien­nym. Zabawki były roz­rzu­cone wszę­dzie… jaskrawe, błysz­czące dro­bia­zgi, pasu­jące do lek­kiego, pogod­nego wystroju miesz­ka­nia.

Usły­szały piskliwy dzie­cięcy chi­chot, a potem sta­now­cze żąda­nie:

– Tatuś. Bawić.

– Za chwi­leczkę, Tra­cie. Pobaw się, a kiedy mama wróci do domu, to może pój­dziemy do parku. Ale musisz być grzeczna teraz, kiedy będę roz­ma­wiał z tymi paniami. Umowa stoi?

– Pójdę na huś­tawki?

– Jasne.

Wkrótce wró­cił i prze­cze­sał włosy rękami.

– Nie chcia­łem, żeby sły­szała, jak roz­ma­wiamy o Mar­shy i o tym, co się stało. Czyżby prze­łom? Czyżby poli­cja wresz­cie go zna­la­zła?

– Przy­kro mi, panie Stibbs, ale to tylko ruty­nowa roz­mowa.

– A więc dalej nic nie wia­domo? – Na chwilę zamgliły mu się oczy. – Mia­łem nadzieję… Ech, to pew­nie było głu­pie sądzić, że po tak dłu­gim cza­sie udało się go zna­leźć.

– Nie ma pan poję­cia, z kim pań­ska żona miała romans?

– Nie miała – odpa­lił, a twarz stę­żała mu ze zło­ści. – Nie obcho­dzi mnie, co kto mówi. Ona nie miała romansu. Ni­gdy w to nie uwie­rzę… No, ow­szem, może na początku, kiedy wszy­scy powa­rio­wali i nie mogłem trzeźwo myśleć… Ale Mar­sha nie kła­mała i nie oszu­ki­wała. Kochała mnie.

Zamknął oczy, jakby wra­cał myślami do tam­tych dni.

– Czy możemy usiąść? – spy­tał i opadł na krze­sło. – Prze­pra­szam, że na panie krzyk­ną­łem. Nie potra­fię znieść, jak ludzie mówią tak o Mar­shy. Nie mogę znieść tego, że zna­jomi… przy­ja­ciele tak o niej mówią. Ona nie zasłu­żyła sobie na taką nie­spra­wie­dli­wość.

– W szu­fla­dzie były listy.

– Nic mnie nie obcho­dzą te listy. Ona by mnie nie oszu­kała. Mie­li­śmy…

Zer­k­nął w stronę dzie­cię­cego pokoju, gdzie mała dziew­czynka coś śpie­wała.

– Pro­szę posłu­chać. Było nam ze sobą naprawdę dobrze. Jed­nym z powo­dów, dla któ­rych tak wcze­śnie zde­cy­do­wa­li­śmy się na ślub, było to, że nie umie­li­śmy trzy­mać rąk z dala od sie­bie, a Mar­sha głę­boko wie­rzyła w insty­tu­cję mał­żeń­stwa. Powiem paniom, co myślę. – Pochy­lił się naprzód. – Myślę, że ktoś miał obse­sję na jej punk­cie i fan­ta­zjo­wał. To on musiał jej przy­sy­łać te listy. Może, ale tylko może, ona nie chciała mnie tym mar­twić. On pew­nie przy­szedł tutaj, kiedy byłem w Colum­bus, i zabił ją dla­tego, że nie mógł jej mieć.

Eve odnio­sła wra­że­nie, że męż­czy­zna mówi prawdę. Natu­ral­nie mógł uda­wać, ale w jakim celu? Po co miałby utrzy­my­wać, że ofiara była nie­winna, jeśli obcią­że­nie jej cudzo­łó­stwem słu­ży­łoby jego inte­re­som?

– Nawet jeśli się pan nie myli, panie Stibbs, to rozu­miem, że i tak nie wie pan, kim mógłby być ten męż­czy­zna.

– Nie mam poję­cia. Długo o tym myśla­łem. Przez rok pra­wie w ogóle nie myśla­łem o niczym innym. Chcia­łem wie­rzyć, że poli­cja znaj­dzie tego czło­wieka i zosta­nie on uka­rany, ponie­sie kon­se­kwen­cje tego, co zro­bił. Byli­śmy szczę­śliwi, pani porucz­nik. Inni nic nas nie obcho­dzili. I nagle koniec. – Zaci­snął usta. – Tak po pro­stu koniec.

– Przy­kro mi, panie Stibbs – Eve zro­biła małą prze­rwę. – Bystre dziecko.

– Tra­cie? – Otarł dło­nią twarz, jakby dopiero teraz wró­cił do rze­czy­wi­sto­ści. – Jest świa­tłem mojego życia.

– Czyli oże­nił się pan ponow­nie.

– Pra­wie trzy lata temu. – Wes­tchnął, ramiona lekko mu zadrżały. – Mau­reen jest wspa­niała. Były z Mar­shą przy­ja­ciół­kami. To mię­dzy innymi ona pomo­gła mi prze­trwać pierw­szy rok. Nie wiem, co bym bez niej zro­bił.

Przy jego ostat­nich sło­wach drzwi do miesz­ka­nia się otwo­rzyły. Ładna bru­netka z wiel­kimi tor­bami zaku­pów w obję­ciach weszła do środka i zamknęła je nogą.

– Hej, rodzinko! Jestem w domu. Ni­gdy nie zgad­nie­cie, co…

Urwała na widok obcych. A gdy zatrzy­mała wzrok na mun­du­rze Peabody, Eve dostrze­gła w jej oczach lęk.

2

Boyd rów­nież musiał to wyczuć, bo wstał i szybko do niej pod­szedł.

– Nic się nie stało. – Dotknął krze­pią­cym gestem jej ramie­nia, a potem wziął torby. – Panie przy­szły w spra­wie Mar­shy. Ruty­nowa roz­mowa.

– Ach, rozu­miem… Tra­cie?

– W swoim pokoju. Jest…

Nie zdą­żył dokoń­czyć, bo dziecko wpa­dło do pokoju jak sza­lone i rzu­ciło się do nóg matki.

– Mamu­sia. Idziemy na huś­tawkę.

– Poże­gnamy pań­stwa tak szybko, jak tylko będzie to moż­liwe – zapew­niła ich Eve. – Pani Stibbs, czy mia­łaby pani coś prze­ciwko chwili roz­mowy?

– Prze­pra­szam, ale nie wiem, w czym mogła­bym… Mam zakupy.

– Tra­cie i ja odło­żymy wszystko na miej­sce – zaofe­ro­wał się Boyd. – Prawda, mój pomoc­niku?

– Wola­ła­bym raczej…

– Mamie się zdaje, że nie wiemy, co gdzie leży – prze­rwał żonie Boyd i puścił oko do Tra­cie. – Poka­żemy jej, że to nie­prawda. Chodź, kocha­nie. Cze­kają na nas obo­wiązki kuchenne.

Dziew­czynka pobie­gła przed nim, szcze­bio­cząc nie­zro­zu­miale w dzie­cię­cym języku.

– Pro­szę wyba­czyć, że spra­wiam pani kło­pot – zaczęła Eve. Ale oczy, któ­rymi wpa­try­wała się w Mau­reen, były chłodne i bez­na­miętne. – To nie potrwa długo. Pani była przy­ja­ciółką Mar­shy Stibbs?

– Tak. I jej, i Boyda. On bar­dzo prze­żył tę histo­rię.

– Nie wąt­pię. Jak długo pani znała panią Stibbs?

– Rok, może tro­chę dłu­żej. – Z miną pełną roz­pa­czy Mau­reen zer­k­nęła w stronę kuchni, skąd dobie­gały stuki, grze­cho­ta­nie i śmiech. – Ale Mar­sha nie żyje już od pra­wie sze­ściu lat. Musie­li­śmy się z tym pogo­dzić.

– Sześć dni czy sześć lat, wszystko jedno. Ktoś ode­brał jej życie. Czy panie były z sobą bli­sko?

– Przy­jaź­ni­ły­śmy się. Mar­sha była sza­le­nie bez­po­śred­nia.

– Czy zwie­rzała się pani, że się z kimś spo­tyka?

Mau­reen otwo­rzyła usta, zawa­hała się i pokrę­ciła głową.

– Nie. O niczym takim nie wiem. Roz­ma­wia­łam z poli­cją po tym, co się stało, i powie­dzia­łam im wszystko, co wie­dzia­łam. Straszna histo­ria, ale nie da się tego zmie­nić. Mamy teraz nowe życie. Dobre, spo­kojne. A pani znie­nacka nas nacho­dzi. Boyd znowu zacznie się drę­czyć. Nie życzę sobie trosk w mojej rodzi­nie. Prze­pra­szam, ale chcę, żeby już panie poszły.

Na klatce scho­do­wej Peabody obej­rzała się za sie­bie i zwró­ciła się do prze­ło­żo­nej, idą­cej do windy:

– Ona coś wie.

– Bez wąt­pie­nia.

– Sądzi­łam, że ją tro­chę przy­ci­śniesz.

– Nie na jej tere­nie. – Eve weszła do windy. Już kal­ku­lo­wała, już pró­bo­wała poskła­dać kawałki łami­główki w całość. – Nie w obec­no­ści dziecka i Stib­bsa. Mar­sha cze­kała tak długo, że jesz­cze mała zwłoka jej nie zaszko­dzi.

– Ale on, twoim zda­niem, jest raczej czy­sty.

– Moim zda­niem… – Eve wycią­gnęła z torby akta i dys­kietkę. – Powin­naś się w to wgryźć.

– Słu­cham, pani porucz­nik?

– Wgryźć się w sprawę, Peabody. Dopro­wa­dzić ją do końca.

Asy­stentka spoj­rzała na Eve z sze­roko otwar­tymi ustami.

– Ja? Mam popro­wa­dzić sprawę? Sprawę mor­der­stwa?

– Będziesz musiała to robić głów­nie w swoim wol­nym cza­sie, zwłasz­cza jeśli trafi nam się coś nowego. Prze­czy­taj akta, prze­stu­diuj raporty i zezna­nia. Prze­słu­chaj jesz­cze raz kogo trzeba. Znasz pro­ce­durę.

– Naprawdę dajesz mi sprawę?

– Jeśli będziesz miała pyta­nia, to pytaj. Pomogę ci, kiedy, i jeśli, będziesz tego potrze­bo­wać. Aha, mam dosta­wać wszyst­kie nowe dane i kopie rapor­tów o postę­pach w spra­wie.

Peabody poczuła nagłe ude­rze­nie adre­na­liny i ner­wowe ssa­nie w żołądku.

– Tak jest, pani porucz­nik. Dzię­kuję. Nie zawiodę.

– Nie zawiedź Mar­shy Stibbs.

Peabody przy­ci­snęła teczkę z aktami do piersi niczym uko­chane dziecko. I trzy­mała ją tak przez całą drogę do komendy.

Gdy wyjeż­dżały z par­kingu, zer­k­nęła kątem oka na Eve.

– Pani porucz­nik?

– Hę?

– Zasta­na­wiam się, czy nie mogła­bym popro­sić McNaba, żeby pomógł mi zdo­by­wać dane, do któ­rych potrzebne jest wyko­rzy­sta­nie sprzętu elek­tro­nicz­nego. Wiesz, łącza ofiary, dys­kietki z kamer bez­pie­czeń­stwa budynku i tak dalej.

Eve wci­snęła ręce do kie­szeni.

– To twoja sprawa.

– Moja sprawa – powtó­rzyła Peabody z naboż­nym zachwy­tem. Wciąż uśmie­chała się od ucha do ucha, gdy szły kory­ta­rzem w stronę sali detek­ty­wów.

– A co to za zamie­sza­nie? – Eve unio­sła brwi i instynk­tow­nie się­gnęła po broń, sły­sząc krzyki, gwizdy i widząc objawy ogól­nego roz­przę­że­nia w wydziale zabójstw.

Weszła do środka pierw­sza i omio­tła wzro­kiem pomiesz­cze­nie. Nikt nie sie­dział przy wła­snym biurku ani nawet nie zaj­mo­wał swo­jego sta­no­wi­ska za prze­pie­rze­niem. Umun­du­ro­wani stróże prawa w licz­bie co naj­mniej dzie­się­ciu tło­czyli się pośrodku sali i spra­wiali takie wra­że­nie, jakby uczest­ni­czyli w przy­ję­ciu.

Eve zmarsz­czyła nos. Wyczuła zapach świe­żych wyro­bów pie­kar­ni­czych.

– Co tu się dzieje, do cho­lery?! – Musiała krzyk­nąć, ale i tak w panu­ją­cym roz­gar­dia­szu pra­wie nie było jej sły­chać. – Pear­son, Baxter, Del­ricky! – Ponie­waż dla uła­twie­nia sobie drogi przez ścisk ener­gicz­nie zdzie­liła Pear­sona w ramię, a Baxtera solid­nie kuk­snęła w żołą­dek, w końcu zdo­łała zwró­cić na sie­bie uwagę. – Czyżby wam się zda­wało, że śmierć poje­chała na waka­cje? Od kogo, do stu dia­błów, dosta­li­ście tę babkę?!

W chwili gdy oskar­ży­ciel­sko wysu­nęła przed sie­bie palec, Baxter wci­snął sobie do ust resztki cia­sta. Wsku­tek tego jego wyja­śnie­nie wypa­dło dość beł­ko­tli­wie. Zna­czące były tylko głup­ko­waty uśmiech, który wykwitł mu na war­gach oble­pio­nych kawał­kami lukru, i wycią­gnięta dłoń.

Eve wresz­cie zoba­czyła to samo co inni: mufinki, ciastka i szczątki, które musiały być babką, zanim rzu­ciło się na nią stado gło­do­mo­rów. Pośrodku tego cha­osu dostrze­gła też parę cywi­lów. Wysoki, chu­der­lawy męż­czy­zna i krzepka, ale pełna wdzięku kobieta roz­pły­wali się w uśmie­chach i nale­wali jakie­goś bla­do­ró­żo­wego płynu z wiel­kiego dzbana.

– Rozejść się! Wszy­scy rozejść się i wra­cać do swo­ich spraw! To nie jest her­batka u cioci.

Zanim zdo­łała dopchać się do cywi­lów, usły­szała krzyk Peabody.

Obró­ciła się i w oka­mgnie­niu dobyła pisto­letu, ale omal nie upa­dła, asy­stentka bowiem odtrą­ciła ją na bok i dosłow­nie rzu­ciła się na nie­zna­jo­mych.

Męż­czy­zna chwy­cił krzepką Peabody w obję­cia i mimo że był chu­der­lawy, zdo­łał ją pode­rwać z ziemi. Kobieta odwró­ciła się z sze­le­stem spód­nic i roz­ło­żyła ramiona, by spłasz­czyć ener­giczną poli­cjantkę na pla­cek.

– Moja córeczka, moja DeDe. – Na twa­rzy męż­czy­zny odma­lo­wało się nie­za­prze­czalne uwiel­bie­nie.

Eve scho­wała pisto­let do kabury i opu­ściła rękę.

– Tatuś. – Wydaw­szy odgłos będący na poły szlo­chem, a na poły chi­cho­tem, Peabody wtu­liła twarz w szyję męż­czy­zny.

– Jezu, już nie mogę – mruk­nął Baxter i wziął kolejną mufinkę. – Przy­szli tutaj kwa­drans temu… z tymi wszyst­kimi pysz­no­ściami. Boże, to jest śmier­telna dawka – dodał i odgryzł kawał mufinki.

Eve zabęb­niła pal­cami po udzie.

– Co to była za babka?

Baxter wyszcze­rzył zęby.

– Prze­pyszna – oświad­czył i odszedł do swo­jego biurka.

Kobieta tro­chę roz­luź­niła uścisk ramion na talii Peabody i obró­ciła się. Była cał­kiem ładna, miała ciemne włosy w tym samym odcie­niu co córka, spa­da­jące kaskadą na plecy. Jej nie­bie­ska spód­nica pra­wie się­gała ziemi, choć widać było spod niej zwy­kłe sznur­kowe san­dałki. Bluzka, długa i obszerna, miała kolor jaskrów, a zdo­bił ją przy­naj­mniej tuzin łań­cusz­ków i wisior­ków.

Twarz miała łagod­niej­szą niż Peabody, wokół kąci­ków lśnią­cych piw­nych oczu było widać kurze łapki. Znów wycią­gnęła przed sie­bie ręce i z gra­cją tan­cerki zaczęła się zbli­żać do Eve.

– A to musi być pani porucz­nik Dal­las. Pozna­ła­bym panią wszę­dzie. – Ujęła dło­nie Eve. – Jestem Pho­ebe, matka Delii.

Ręce miała cie­płe, odro­binę szorst­kie, a na pal­cach pełno pier­ścion­ków. Bran­so­letki pobrzę­ki­wały jej na nad­garst­kach.

– Miło mi panią poznać, pani Peabody.

– Pro­szę mówić do mnie po imie­niu. – Wciąż uśmiech­nięta, kobieta pocią­gnęła Eve ku sobie. – Sam, puść córkę, poznasz panią porucz­nik Dal­las.

Męż­czy­zna zmie­nił pozy­cję, ale na­dal ramie­niem cia­sno obej­mo­wał Peabody.

– Bar­dzo się cie­szę, że mogę panią poznać. – Ujął rękę Eve, choć jego żona wciąż jesz­cze ją trzy­mała. – Mam takie wra­że­nie, jak­bym już panią znał, Delia tyle nam o pani opo­wia­dała. No i Zeke. Ni­gdy nie będziemy mogli się odwdzię­czyć za to, co pani zro­biła dla naszego syna.

Tro­chę zakło­po­tana tym nagłym zale­wem pochwał i kom­ple­men­tów, Eve uwol­niła rękę.

– Jak on się miewa?

– Świet­nie. Z pew­no­ścią prze­słałby pani naj­ser­decz­niej­sze pozdro­wie­nia, gdyby wie­dział, że się tu wybie­ramy.

Uśmiech­nął się swo­bod­nie. Teraz Eve dostrze­gła podo­bień­stwo mię­dzy nim a bra­tem Peabody. Wąska twarz apo­stoła, marzy­ciel­skie szare oczy. Ale spoj­rze­nie Sama Peabody było jed­no­cze­śnie prze­ni­kliwe, do tego stop­nia, że Eve poczuła przy­kre mro­wie­nie w karku.

Ten czło­wiek nie był mario­netką jak jego syn.

– Pro­szę prze­ka­zać mu pozdro­wie­nia ode mnie, kiedy będą pań­stwo z nim roz­ma­wiać. Peabody, weź tro­chę wol­nego na sprawy oso­bi­ste.

– Tak jest, pani porucz­nik. Dzię­kuję.

– To bar­dzo miły gest – powie­działa Pho­ebe. – Ale chcia­ła­bym wie­dzieć, czy mogli­by­śmy zająć pani tro­chę czasu. Oba­wiam się, że pani jest bar­dzo zajęta – mówiła, zanim Eve zdą­żyła wydo­być z sie­bie choćby słowo. – Mimo to mia­łam nadzieję, że uda nam się dziś wie­czo­rem zjeść razem kola­cję. Z panią i jej mężem. Chcie­li­by­śmy wrę­czyć wam pre­zenty.

– Pań­stwo nie muszą nam nic dawać.

– To nie są pre­zenty z poczu­cia obo­wiązku, tylko z życz­li­wo­ści, mamy nadzieję, że wam się spodo­bają. Delia wiele nam opo­wia­dała o pani, pani mężu i waszym domu. To musi być piękne miej­sce. Spo­dzie­wam się, że będziemy mieli oka­zję je z Samem obej­rzeć.

Eve czuła, jak z wolna jest obu­do­wy­wana, a wszyst­kie otwory stop­niowo się zaskle­piają. Tym­cza­sem Pho­ebe dalej ślicz­nie się uśmie­chała, a jej córka nagle zain­te­re­so­wała się czymś na sufi­cie.

– Natu­ral­nie. O, mogą pań­stwo przyjść do nas na kola­cję.

– Z naj­więk­szą przy­jem­no­ścią. Czy ósma wie­czo­rem pani odpo­wiada?

– Tak. Peabody zna drogę. Tym­cza­sem witam w Nowym Jorku. Muszę coś zała­twić, prze­pra­szam – dokoń­czyła kulawo Eve i sal­wo­wała się ucieczką.

– Pani porucz­nik? Pani porucz­nik. Zaraz wrócę – powie­działa Peabody do rodzi­ców i puściła się w pogoń za Eve. Zanim dotarły do jej pokoju, poziom hałasu w sali detek­ty­wów osią­gnął znowu znacz­nie wyż­szy poziom. – To jest sil­niej­sze od nich. Mój ojciec uwiel­bia piec, więc wszę­dzie przy­nosi ze sobą różne sma­ko­łyki.

– Jak oni, u dia­bła, prze­wieźli to wszystko samo­lo­tem?

– O, nie. Oni nie latają. Przy­je­chali tu swoim auto­do­mem. Pie­kli po dro­dze – dodała Peabody z nie­pew­nym uśmie­chem. – Czy nie są wspa­niali?

– Ow­szem, są, ale musisz im powie­dzieć, żeby nie przy­wo­zili mufi­nek za każ­dym razem, gdy chcą cię odwie­dzić, bo skoń­czymy, mając gro­madę otłusz­czo­nych detek­ty­wów w śpiączce cukrzy­co­wej.

– Wzię­łam jedną dla cie­bie. – Asy­stentka wycią­gnęła przed sie­bie mufinkę, którą dotąd trzy­mała za ple­cami. – Za dwie godziny wrócę, Dal­las. Tylko pomogę im się tu zain­sta­lo­wać.

– Możesz nie wra­cać do końca dnia.

– Okej. Dzięki. Hę… – Peabody prze­stą­piła z nogi na nogę i zamknęła drzwi pokoju. – Jest coś, co powin­nam ci powie­dzieć. O mojej matce. Ona ma moc.

– Jaką moc?

– Moc wpły­wa­nia na czło­wieka, żeby zro­bił coś, czego nie chce. Potrafi też skło­nić go do powie­dze­nia cze­goś, czego wcale nie zamie­rzał. Może nawet zacząć paplać jak głupi.

– Nie mam zwy­czaju paplać.

– Będziesz – stwier­dziła ponuro Peabody. – Kocham ją. Jest obłędna, ale ma coś takiego. Tylko na cie­bie spoj­rzy i już wie.

Eve usia­dła, marsz­cząc czoło.

– Czy jest sen­sy­tywna?

– Nie. Mój ojciec jest sen­sy­tywny, ale on ma zasady, bar­dzo się pil­nuje, żeby nie naru­szać pry­wat­no­ści innych ludzi. Ona jest po pro­stu… matką. To coś wiąże się z byciem matką, a jej tra­fiło się w nad­mia­rze. Jejku, ona wszystko widzi, wszystko wie i wszyst­kimi rzą­dzi. Czę­sto nawet czło­wiek nie zdaje sobie sprawy z tego, że tak jest. Na przy­kład wbrew swoim zwy­cza­jom zapro­si­łaś ich dziś wie­czo­rem na kola­cję.

– Wcale nie wbrew, zapra­szam róż­nych ludzi.

– Aha. To Roarke zapra­sza. Mogłaś powie­dzieć, że jesteś zajęta, albo zgo­dzić się: dobrze, świetny pomysł, spo­tkajmy się w jakiejś restau­ra­cji. Ale nie, ona chciała przyjść do was na kola­cję, więc ją zapro­si­łaś.

Eve omal nie zaczęła się ner­wowo wier­cić.

– Chcia­łam być uprzejma. Znam zasady dobrego wycho­wa­nia.

– Nie. Padłaś ofiarą spoj­rze­nia. – Peabody pokrę­ciła głową. – Nawet ty jesteś bez­silna wobec jej mocy. Pomy­śla­łam, że powin­nam ci o tym powie­dzieć.

– Wynoś się, Peabody.

– Już się wyno­szę, pani porucz­nik. Aha, tylko… – Asy­stentka zawa­hała się przy drzwiach. – Mam dziś wie­czo­rem coś jakby randkę z McNa­bem, więc może on też przy­szedłby na kola­cję. Wtedy mógłby poznać moich rodzi­ców cał­kiem natu­ral­nie i unik­nę­li­by­śmy dzi­kiej sytu­acji.

Eve zła­pała się za głowę.

– Jezu!

– Dzięki! Do zoba­cze­nia wie­czo­rem.

Zostaw­szy sama, Eve spo­chmur­niała. Paskud­nie się skrzy­wiła. A potem zja­dła mufinkę.

* * *

– Poma­lo­wali mi pokój i ukra­dli sło­dy­cze. Znowu. – Eve ner­wowo cho­dziła tam i z powro­tem po bez­cen­nym wschod­nim dywa­nie przy­kry­wa­ją­cym pod­łogę w prze­stron­nej dzien­nej czę­ści ich domu, ozdo­bio­nej lśnią­cymi anty­kami i mie­nią­cej się szkłem. Roarke dopiero co wró­cił z mia­sta, więc przez ostat­nią godzinę nie miała na kim wyła­do­wać iry­ta­cji.

Z jej punktu widze­nia moż­li­wość wyła­do­wa­nia się na part­ne­rze była jedną z naj­więk­szych zalet mał­żeń­stwa.

– W dodatku pod­czas mojej nie­obec­no­ści Peabody skoń­czyła za mnie całą papier­kową robotę, więc nawet tym nie muszę się zaj­mo­wać.

– Powinna się wsty­dzić. Sama pomyśl. Asy­stentka odwala papier­kową robotę za two­imi ple­cami.

– Uwa­żaj, cwa­niaku, bo i tobie się dosta­nie.

Roarke wycią­gnął przed sobą nogi i skrzy­żo­wał je.

– Ooo. A jak podo­bało się Peabody i McNa­bowi na Bimini?

– Ode­zwał się w tobie król dobro­czyn­no­ści, co? Wysła­łeś ich na jakąś wyspę, żeby mogli tam bie­gać nago i kąpać się w wodo­spa­dach.

– Rozu­miem, że dobrze się bawili.

– Mał­żeń­skie łoże – mruk­nęła. – Nagie małpy.

– Słu­cham?

Pokrę­ciła głową.

– Prze­stań się mie­szać w tę… histo­rię, którą oni wymy­ślili.

– Może prze­stanę – zgo­dził się leni­wie. – Pod warun­kiem, że prze­sta­niesz trak­to­wać ich zwią­zek jak buga­boo.

– Buga­boo? A cóż to jest, do cho­lery?! – Eve z iry­ta­cją prze­su­nęła dło­nią po wło­sach. – Nie trak­tuję ich związku jak buga­boo, bo nawet nie wiem, co to zna­czy. Poli­cjanci…

– Zasłu­gują na to, żeby tro­chę pożyć – wpadł jej w słowo. – Jak każdy. Pro­szę się odprę­żyć, pani porucz­nik. Peabody naprawdę ma głowę na karku.

Eve zro­biła gło­śny wydech i bez­wład­nie opa­dła na krze­sło.

– Buga­boo – par­sk­nęła. – To pew­nie nawet nic nie zna­czy, a jeśli nawet, to coś nie­wy­obra­żal­nie głu­piego. Dałam jej dzi­siaj sprawę.

Roarke wycią­gnął rękę i dotknął jej pal­ców, któ­rymi ner­wowo prze­bie­rała po kola­nie.

– Nie wspo­mnia­łaś dotąd ani sło­wem, że jest jakaś nowa sprawa.

– Nie ma nowej. Wyko­pa­łam sprawę ze sta­rych teczek. Sprzed sze­ściu lat. Ładna młoda kobieta robiąca karierę, mężatka. Mąż wyjeż­dża z mia­sta, wraca i zastaje ją mar­twą w wan­nie. Mor­der­stwo kiep­sko upo­zo­ro­wane na samo­bój­stwo lub wypa­dek. On ma nie­pod­wa­żalne alibi i jest czy­sty jak łza. Wszy­scy prze­słu­chi­wani twier­dzą, że mał­żon­ko­wie byli przy­kładną parą, szczę­śliwą jak dwie ostrygi.

– Czy kie­dy­kol­wiek zasta­na­wia­łaś się nad spo­so­bem pomiaru szczę­ścia ostryg?

– Zosta­wiam to na póź­niej. W każ­dym razie w szu­fla­dzie z bie­li­zną tej kobiety były listy… naprawdę gorące sek­su­alne listy od kogoś, kto pod­pi­suje się C.

– Romans, kłót­nia kochan­ków, mor­der­stwo?

– Pro­wa­dzący śledz­two wła­śnie tak uwa­żał.

– A ty nie?

– Nikt ni­gdy nie zna­lazł tego faceta od listów, nikt go nie widział, nikt nie sły­szał, żeby kobieta o nim wspo­mi­nała. Poszłam więc poroz­ma­wiać z mężem zamor­do­wa­nej, pozna­łam jego nową żonę i dziecko. Mała dziew­czynka, mniej wię­cej dwu­let­nia.

– Można by, nie bez pod­staw, zało­żyć, że po okre­sie żałoby męż­czy­zna roz­po­czął nowe życie.

– Można by zało­żyć – mruk­nęła.

– Ja, natu­ral­nie, nie postą­pił­bym w ten spo­sób. Nie mógł­bym sobie zna­leźć miej­sca, był­bym zała­many, zagu­biony, pozba­wiony poczu­cia sensu.

Przyj­rzała mu się, mru­żąc oczy.

– Czyżby?

– Oczy­wi­ście. A ty teraz powin­naś powie­dzieć coś w tym stylu, że nie wyobra­żasz sobie życia beze mnie.

– Tak, tak. – Roze­śmiała się, gdy ugryzł ją w palce, któ­rymi dotąd się bawił. – A wra­ca­jąc do rze­czy­wi­sto­ści, myślę, że wiem, jak ta sprawa poszła w odstawkę. Tym­cza­sem wystar­czy­łoby kilka ener­gicz­nych posu­nięć i byłaby zamknięta, a nie nie­wy­ja­śniona.

– Ale zamiast wyko­nać te posu­nię­cia, dałaś sprawę Peabody.

– Ona musi zdo­być doświad­cze­nie. Mar­shy Stibbs mała zwłoka po sze­ściu latach na pewno nie zaszko­dzi. Jeśli Peabody pój­dzie w złym kie­runku, to ją zawrócę.

– Pew­nie jest bar­dzo pod­nie­cona.

– Jasne, oczy jej się aż świecą.

Uśmiech­nął się.

– Jaka była pierw­sza sprawa, którą dosta­łaś od Feeneya?

– Tho­mas Car­ter. Któ­re­goś ranka wsiadł do swo­jego sedana, prze­krę­cił klu­czyk w sta­cyjce i wtedy ten złom wyle­ciał w powie­trze, roz­sie­wa­jąc kawałki ofiary po całym West Side. Facet był żonaty, dwoje dzieci, agent ubez­pie­cze­niowy. Nie miał ani podwój­nego życia, ani wro­gów, ani nie obra­cał się w nie­bez­piecz­nych krę­gach. Brak motywu. Kom­pletny zastój w spra­wie, która w końcu poszła ad acta. Feeney ją wyko­pał i kazał mi roz­pra­co­wać.

– I co?

– Wcale nie cho­dziło o tego Tho­masa Car­tera. To miał być Tho­mas K. Car­ter, dru­go­rzętny diler i hazar­dzi­sta. Nie­roz­gar­nięty płatny mor­derca przez pomyłkę uśmier­cił kogoś innego, niż nale­żało. – Eve zer­k­nęła kątem oka na męża i stwier­dziła, że wciąż się do niej uśmie­cha. – Ow­szem, ow­szem, pamię­tam, co czu­łam, kiedy dosta­łam akta, i co było po tym, jak zamknę­łam sprawę.

– Jesteś świet­nym szko­le­niow­cem, Eve, i dobrym przy­ja­cie­lem.

– Przy­jaźń nie ma z tym nic wspól­nego. Gdy­bym nie uwa­żała, że Peabody sobie pora­dzi, nie dała­bym jej tej sprawy.

– To jest wła­śnie punkt widze­nia dobrego szko­le­niowca. Przy­jaźń też wkrótce powinna dać o sobie znać.

Eve odchy­liła głowę i zamknęła oczy.

– Kola­cja. Co, u licha, będziemy z nimi robić, kiedy nie będziemy jeść?

– To się nazywa kon­wer­sa­cja. Życie towa­rzy­skie. Nie­któ­rzy mają to w zwy­czaju i ćwi­czą pra­wie codzien­nie.

– No tak. Ale inni są nie­udani. W każ­dym razie myślę, że polu­bisz pań­stwa Peabody. Mówi­łam ci, że jak wró­ci­łam z mia­sta do pracy, to aku­rat dokar­miali detek­ty­wów mufin­kami i cia­stecz­kami? I babką.

– Jaką babką?

– Nie wiem. Zanim wró­ci­łam, został po niej tylko talerz. Pew­nie ktoś ją zjadł. Ale mufinki były wystrza­łowe. A potem Peabody przy­szła do mojego pokoju i naopo­wia­dała mi dzi­wactw o swo­jej matce.

Roarke bawił się wło­sami Eve. Podo­bało mu się, że ich pasemka mają różne odcie­nie. Rozu­miał, co miał na myśli Boyd Stibbs, mówiąc, że nie umiał utrzy­mać rąk z dala od żony.

– Myśla­łem, że one są w dobrych sto­sun­kach.

– Tak, zdaje się, że jej rodzice jeż­dżą auto­do­mem z miej­sca na miej­sce. – Otwo­rzyła oczy i usia­dła pro­sto. – Ale Peabody powie­działa, że musi mnie ostrzec, bo jej matka ma nie­zwy­kłą moc.

– Magia?

– Aha. I to nie taki beł­kot w duchu Wol­nego Wieku, cho­ciaż Peabody twier­dzi, że ojciec jest sen­sy­tywny. Jej matka podobno umie skła­niać ludzi do robie­nia cze­goś, czego wcale nie chcą robić, i mówie­nia tego, co wole­liby zacho­wać dla sie­bie. Według Peabody, zapro­si­łam jej rodzi­ców na kola­cję wyłącz­nie dla­tego, że matka prze­szyła mnie spoj­rze­niem.

Zain­try­go­wany Roarke prze­krzy­wił głowę.

– Wła­dza nad czy­imiś myślami?

– Mnie to prze­ra­sta, ale Peabody mówi, że jej matka ma coś takiego i że jest w tym naprawdę dobra. Ja tam nie widzę w tym sensu.

– Oboje mamy mało doświad­czeń w kon­tak­tach z mat­kami. Skoro jed­nak nie jest to nasza matka, to powin­ni­śmy być zabez­pie­czeni przed jej mocami.

– Mnie to nie mar­twi, po pro­stu prze­ka­zuję ci ostrze­że­nie.

W drzwiach poja­wił się Sum­mer­set, kamer­dy­ner Roarke’a i prze­kleń­stwo życia Eve. Fuk­nął pod nosem, a na jego kości­stej twa­rzy poja­wiła się kar­cąca mina.

– Ten chip­pen­dale nie jest pod­nóż­kiem, tylko sto­li­kiem do kawy, pani porucz­nik.

– Jak ty możesz cho­dzić z połknię­tym kijem? – odparła, by­naj­mniej nie prze­jąw­szy się repry­mendą. – Że też nie kłuje cię od środka w tyłek.

– Pań­stwa goście przy­byli – oznaj­mił kamer­dy­ner z pra­wie nie­zau­wa­żal­nym gry­ma­sem pogardy.

– Dzię­kuję, Sum­mer­set. – Roarke wstał. – Przy­stawki pro­szę podać tutaj. – Podał rękę Eve.

Celowo odcze­kała, aż Sum­mer­set znaj­dzie się za drzwiami, i dopiero wtedy opu­ściła nogi na pod­łogę.

– Czy mając na wzglę­dzie dobrą atmos­ferę, mogła­byś nie wspo­mi­nać przez resztę wie­czoru o kiju kłu­ją­cym w tyłek? – spy­tał Roarke, gdy szli do holu.

– Okej. Jeśli Sum­mer­set będzie się mądrzył, to po pro­stu wycią­gnę mu ten kij i zdzielę go w łeb.

– To powinno być zabawne.

Kamer­dy­ner już otwo­rzył drzwi i Sam Peabody wła­śnie ener­gicz­nie potrzą­sał jego dło­nią.

– Bar­dzo nam miło u pań­stwa gościć. Dzię­ku­jemy za zapro­sze­nie. Jestem Sam, a to jest Pho­ebe. A to Sum­mer­set, prawda? DeDe opo­wia­dała nam, że pan dba o dom i wszystko, co się w nim znaj­duje.

– To prawda. Witam, pani Peabody. – Kamer­dy­ner skło­nił głowę przed Pho­ebe. – Dobry wie­czór pani poli­cjant i panu detek­ty­wowi. Czy wziąć od pań­stwa rze­czy?

– Nie, dzię­kuję. – Pho­ebe nie chciała wypu­ścić z rąk trzy­ma­nego pudła. – Zie­leń przed domem jest wspa­niała. I zupeł­nie zaska­kuje w środku zur­ba­ni­zo­wa­nego świata.

– Ow­szem, jeste­śmy z tego cał­kiem zado­wo­leni.

– Dzień dobry ponow­nie. – Pho­ebe uśmiech­nęła się do Eve, gdy Sum­mer­set zamknął drzwi. – O, pan Roarke. Mia­łaś rację, Delio, on jest nie­zwy­kle efek­towny.

– Mamo – żach­nęła się córka i spło­nęła rumień­cem.

– Dzię­kuję. – Roarke ujął rękę Pho­ebe i uniósł ją do warg. – Mogę odpła­cić podob­nym kom­ple­men­tem. Bar­dzo się cie­szę, że mogę panią poznać, Pho­ebe. Witam pana, Sam. – Prze­su­nął się tro­chę i ujął dłoń ojca Peabody. – Stwo­rzył pan prze­uro­czą córkę.

– Lubimy ją. – Sam z uśmie­chem uści­snął ramiona Peabody.

– My też. Pro­szę, wejdź­cie i roz­gość­cie się.

Jest dosko­nały, pomy­ślała Eve, gdy mąż roz­sa­dzał gości w salo­nie. Wcie­le­nie ogłady i wytwor­no­ści. Po chwili wszy­scy trzy­mali drinki, a gospo­darz odpo­wia­dał na pyta­nia o roz­ma­ite antyki i dzieła sztuki w salo­nie.

Ponie­waż zajął się pań­stwem Peabody, Eve sku­piła uwagę na McNa­bie. Bystrzak z wydziału elek­tro­niki wystroił się w coś, co musiał uwa­żać za swój naj­bar­dziej kon­ser­wa­tywny strój galowy. Nie­bie­ską koszulę miał wetkniętą w dopa­so­wane kolo­ry­stycz­nie luźne, jedwabne spodnie, spod któ­rych wysta­wały buty z cho­le­wami. W lewym uchu pobły­ski­wało mu pół tuzina zło­tych kol­czy­ków.

Dłu­gie włosy miał zwią­zane w koń­ski ogon, a jego twarz – Eve pomy­ślała, że jest cał­kiem ładna – koja­rzyła się odcie­niem z goto­wa­nym homa­rem.

– Zapo­mnia­łeś o kre­mie z fil­trem, McNab?

– Tylko raz. – Prze­wró­cił zie­lo­nymi oczami. – Powinna pani zoba­czyć mój tyłek.

– Nie­ko­niecz­nie. – Eve upiła łyk wina.

– Och, ja tylko tak, żeby coś powie­dzieć. Jestem tro­chę zde­ner­wo­wany. – Ruchem gałek ocznych wska­zał ojca Peabody. – To naprawdę dziwne, że bawimy się w takie gadki-szmatki, skoro obaj wiemy, że posu­wam jego córkę. Poza tym on jest sen­sy­tywny, więc boję się, że jeśli będę myślał o posu­wa­niu jego córki, to on będzie o tym wie­dział. A to też jest dość dziwne.

– Więc nie myśl o tym.

– Nie mogę. – McNab zapre­zen­to­wał sze­roki uśmiech. – Jestem face­tem.

Przyj­rzała się jego stro­jowi.

– Tak głosi fama.

– Prze­pra­szam. – Pho­ebe dotknęła ramie­nia Eve. – Sam i ja chcie­li­by­śmy wrę­czyć pani i pani mężowi poda­ru­nek. – Podała Eve pudło. – Za hoj­ność i przy­jaźń oka­zy­waną naszym dzie­ciom.

– Dzię­kuję. – Poda­runki zawsze Eve krę­po­wały. Nawet rok z Roar­kiem i jego nawy­kiem obsy­py­wa­nia jej pre­zen­tami nie nauczyły jej, jak zacho­wy­wać się w takiej sytu­acji.

Może dla­tego, że wcze­śniej nie była dla nikogo dość ważna, by otrzy­my­wać pre­zenty.

Posta­wiła pudło na stole i pocią­gnęła za koniec kokardy. Potem odchy­liła wieczko i roz­darła opa­ko­wa­nie. W środku kryły się dwa świecz­niki wyko­nane z lśnią­cych kamieni, jeden zie­lon­kawy, drugi czer­wo­nawy.

– Och, są doprawdy piękne.

– Ten kamień to flu­oryt – wyja­śnił Sam. – Czy­ści aurę, pomaga odzy­skać spo­kój umy­słu i jasność myśle­nia. Uzna­li­śmy, że ponie­waż oboje macie trudną, odpo­wie­dzialną pracę, wła­śnie flu­oryt będzie dla was naj­wła­ściw­szy.

– Piękna robota. – Roarke uniósł jeden ze świecz­ni­ków. – To wasze dzieło?

– Zro­bi­li­śmy je razem – odrze­kła Pho­ebe, prze­sy­ła­jąc mu pro­mienny uśmiech.

– Wobec tego są w dwój­na­sób cenne. Dzię­kuję. Czy pań­stwo sprze­dają swoje wyroby?

– Cza­sami – odrzekł Sam. – Ale wolimy dawać je w pre­zen­cie.

– Jeśli trzeba, to ja sprze­daję – wtrą­ciła jego żona. – Sam ma zbyt mięk­kie serce. Jestem bar­dziej prak­tyczna niż on.

– Prze­pra­szam pań­stwa. – Sum­mer­set znowu sta­nął w drzwiach. – Kola­cja podana.

Wszystko szło łatwiej, niż Eve prze­wi­dy­wała. Pań­stwo Peabody oka­zali się bar­dzo mili, inte­re­su­jący i zabawni. A ich duma z córki była tak oczy­wi­sta, że nie można było nie poczuć do nich sym­pa­tii.

– Mar­twi­li­śmy się – powie­działa Pho­ebe, gdy roz­po­częli kola­cję od zupy z homa­rów – kiedy DeDe powie­działa nam, co i gdzie zamie­rza zro­bić ze swoim życiem. Nie­bez­pieczne zaję­cie w nie­bez­piecz­nym mie­ście. – Uśmiech­nęła się przez stół do córki. – Ale usza­no­wa­li­śmy jej powo­ła­nie i uzna­li­śmy, że będzie sumien­nie wywią­zy­wać się z obo­wiąz­ków.

– Jest bar­dzo dobrą poli­cjantką – przy­znała Eve.

– Co to zna­czy? – Widząc jej zmarsz­czone czoło, Pho­ebe zato­czyła ręką łuk w powie­trzu. – Chcę spy­tać, jak brzmi pani defi­ni­cja dobrego poli­cjanta.

– To jest ktoś, kto sza­nuje poli­cyjną odznakę i war­to­ści przez nią repre­zen­to­wane i przez cały czas stara się coś zmie­nić.

– Tak. – Pho­ebe z apro­batą ski­nęła głową. Jej ciemne, prze­ni­kliwe oczy wciąż wpa­try­wały się w twarz Eve.

W tym spo­koj­nym, rozu­mie­ją­cym spoj­rze­niu było jed­nak coś takiego, co budziło nie­po­kój Eve. Ta kobieta bez wąt­pie­nia byłaby asem w pro­wa­dze­niu roz­mów z podej­rza­nymi.

– Po to tu wszy­scy jeste­śmy, żeby zmie­niać. – Pho­ebe pozdro­wiła ją unie­sie­niem kie­liszka i upiła łyk wina. – Jedni robią to przez modli­twę, inni przez sztukę, jesz­cze inni han­dlują. A nie­któ­rzy oddali się prawu. Ludzie czę­sto sądzą, że zwo­len­nicy Wol­nego Wieku nie wie­rzą w prawo… w prawo kra­jowe, by tak powie­dzieć. Ale prze­cież wie­rzymy. Wie­rzymy w porzą­dek i rów­no­wagę, w prawo jed­nostki do życia i poszu­ki­wa­nia szczę­ścia bez prze­szkód i krzywd ze strony innych. Będąc w służ­bie prawa, jesteś w służ­bie rów­no­wagi i bro­nisz tych ludzi, któ­rych skrzyw­dzono.

– Ode­bra­nie życia innemu czło­wie­kowi… czyn, któ­rego ni­gdy nie zro­zu­miem… powo­duje powsta­nie pustego miej­sca w świe­cie. – Sam poło­żył rękę na dłoni żony. – DeDe nie opo­wiada nam wiele o swo­jej pracy, w każ­dym razie o szcze­gó­łach. Ale mówi, że pani stara się coś zmie­nić.

– Takie zaję­cie.

– A my panią męczymy. – Pho­ebe uśmiech­nęła się i znów unio­sła kie­li­szek. – Lepiej poroz­ma­wiajmy o czymś innym. Mają pań­stwo piękny dom – zwró­ciła się do Roarke’a. – Mam nadzieję, że po kola­cji będziemy mogli go obej­rzeć.

– Wycieczka sze­ścio- czy ośmio­mie­sięczna? – mruk­nęła Eve.

– Moja żona twier­dzi, że są w tym domu pokoje, o któ­rych ist­nie­niu nawet nie wiemy – ode­zwał się Roarke.

– Wie­cie, wie­cie. – Pho­ebe unio­sła brwi. – Zna­cie je wszyst­kie.

– Prze­pra­szam pań­stwa. – Sum­mer­set wszedł do jadalni. – Pani porucz­nik, zgło­sił się dyżurny, mam go na łączu.

– Pro­szę mi wyba­czyć. – Eve wstała od stołu i szybko wyszła na kory­tarz.

Po kilku minu­tach wró­ciła. Jedno spoj­rze­nie na jej twarz wystar­czyło Roarke’owi, by zorien­to­wać się, że już do końca wie­czoru będzie musiał sam bawić gości.

– Peabody, jesteś mi potrzebna. Bar­dzo prze­pra­szam. – Eve omio­tła wzro­kiem twa­rze, na chwilę skrzy­żo­wała spoj­rze­nia z mężem. – Musimy iść.

– Czy ja też, pani porucz­nik?

Zer­k­nęła na McNaba.

– Możesz się przy­dać. Chodź z nami. Prze­pra­szam – powtó­rzyła.

– Nie przej­muj się. – Roarke wstał i deli­kat­nie pogła­skał ją po policzku. – Uwa­żaj na sie­bie.

– Dobrze.

– Ryzyko zawo­dowe. – Roarke usiadł ponow­nie, już tylko z Pho­ebe i Samem.

– Ktoś zgi­nął – rzekł cicho Sam.

– Tak, ktoś zgi­nął. A teraz – dodał Roarke – poli­cja będzie pra­co­wać, żeby przy­wró­cić rów­no­wagę.

3

Wal­ter C. Pet­ti­bone, jubi­lat, przy­szedł do domu dokład­nie o siód­mej trzy­dzie­ści. Stu sie­dem­dzie­się­ciu trzech przy­ja­ciół i współ­pra­cow­ni­ków powi­tało go chó­ral­nym okrzy­kiem NIE­SPO­DZIANKA!, gdy tylko prze­stą­pił próg.

Ale nie to go zabiło.

Roz­pro­mie­nił się jak dziecko, żar­to­bli­wie poła­jał żonę za to, że go nabrała, i życz­li­wie powi­tał gości. O ósmej przy­ję­cie nabrało już roz­ma­chu, a Wal­ter nie żało­wał sobie naj­roz­ma­it­szych sma­ko­ły­ków przy­go­to­wa­nych przez dostaw­ców. Jadł prze­piór­cze jaja, kawior, wędzo­nego łoso­sia i kro­kiety ze szpi­na­kiem.

Ale i to go nie zabiło.

Zatań­czył z żoną, przy­tu­lił dzieci i pozwo­lił sobie nawet uro­nić łzę w podzię­ko­wa­niu za sen­ty­men­talny toast wznie­siony przez syna.

I to prze­żył.

O ósmej czter­dzie­ści pięć, obej­mu­jąc żonę, wzniósł kolejny kie­li­szek szam­pana, popro­sił zebra­nych o uwagę i wygło­sił krótką, lecz wzru­sza­jącą mowę na temat istoty życia męż­czy­zny i bogac­twa, jakie w nim jest, jeśli los da mu przy­ja­ciół i rodzinę.

– Za was wszyst­kich! – zakoń­czył gło­sem prze­sy­co­nym emo­cją. – Za moich dro­gich przy­ja­ciół z ser­decz­nym podzię­ko­wa­niem za to, że chcą dzie­lić ze mną piękno tego dnia. Za moje dzieci, z któ­rych jestem dumny i któ­rym dzię­kuję za wszyst­kie spra­wione mi rado­ści. I za moją piękną żonę, dzięki niej bowiem każ­dego dnia jestem szczę­śliwy, że żyję.

Roz­le­gły się odgłosy aplauzu, potem Wal­ter prze­chy­lił kie­li­szek i wypił jego zawar­tość.

I to wła­śnie go zabiło.

Zaczął się krztu­sić, oczy wystą­piły mu z orbit. Gdy szarp­nął za koł­nie­rzyk koszuli, żona wydała prze­ni­kliwy krzyk. Syn wyrżnął go w plecy. Wal­ter zachwiał się i osu­nął na gości, a roz­trą­ciw­szy ich jak krę­gle, runął na zie­mię w kon­wul­sjach.

Jeden z gości był leka­rzem, więc prze­pchnął się do gospo­da­rza, by udzie­lić mu pomocy. Wezwano ambu­lans, ale choć przy­je­chał już po pię­ciu minu­tach, Wal­ter opu­ścił ziem­ski padół.

Dawka cyjanku w kie­liszku z szam­pa­nem była zupeł­nie nie­ocze­ki­wa­nym pre­zen­tem na uro­dziny.

Eve przyj­rzała się ciału. Lekka nie­bie­skawa obwódka wokół ust, wstrzą­śnięte, sze­roko roz­warte oczy. Dole­ciał ją nie­znaczny, lecz wymowny zapach palo­nych mig­da­łów. Przy pierw­szych pró­bach reani­ma­cji męż­czy­znę prze­nie­siono na sofę i roz­luź­niono mu koł­nie­rzyk. Nikt dotąd nie posprzą­tał potłu­czo­nego szkła i por­ce­lany. W pokoju uno­sił się inten­sywny zapach kwia­tów, wina, kre­we­tek i świe­żej śmierci.

Wal­ter C. Pet­ti­bone, pomy­ślała, czło­wiek, który przy­szedł na świat i odszedł z niego tego samego dnia roku. Pełne koło. Więk­szość ludzi jed­nak wola­łaby tego unik­nąć.

– Chcę poroz­ma­wiać z leka­rzem, który pró­bo­wał go rato­wać – powie­działa do Peabody i przyj­rzała się pod­ło­dze. – Musimy zabrać całe to potłu­czone gówno i stwier­dzić, które naczy­nie bądź naczy­nia zawie­rały zatruty alko­hol. Nikt nie może wyjść! To doty­czy i gości, i per­so­nelu. McNab, możesz zacząć spi­sy­wać nazwi­ska i adresy do prze­słu­chań. Rodzina ma być trzy­mana osobno.

– Zdaje się, że mamy tu zabój­cze przy­ję­cie – stwier­dził na odchod­nym McNab.

– Pani porucz­nik, dok­tor Peter Vance. – Peabody przy­pro­wa­dziła męż­czy­znę śred­niej budowy ciała. Miał krót­kie pia­skowe włosy i bródkę w podob­nym odcie­niu. Gdy prze­niósł wzrok na ciało Wal­tera Pet­ti­bone’a, Eve dostrze­gła w jego oczach smu­tek, lecz rów­nież gniew.

– To był porządny czło­wiek. – Mówił z pew­nym tru­dem, sły­chać było ślad bry­tyj­skiego akcentu. – Dobry przy­ja­ciel.

– Ktoś nie był jego przy­ja­cie­lem – zwró­ciła mu uwagę Eve. – To pan stwier­dził, że go otruto, i pole­cił obsłu­dze ambu­lansu zawia­do­mić poli­cję.

– Tak. Objawy były pod­ręcz­ni­kowe, zmarł bły­ska­wicz­nie. – Odwró­cił wzrok od ciała i skrzy­żo­wał spoj­rze­nia z Eve. – Chciał­bym wie­rzyć, że to pomyłka, jakiś potworny wypa­dek. Ale nie­stety… Wła­śnie skoń­czył wzno­sić dość ckliwy toast… taki w jego stylu. Stał, obej­mu­jąc żonę, a dzieci z mał­żon­kami były obok. Uśmie­chał się od ucha do ucha i miał w oczach łzy. Podzię­ko­wa­li­śmy mu okla­skami, potem Walt wypił szam­pana i zaczął się dła­wić. Natych­miast upadł i dostał kon­wul­sji. Po kilku minu­tach było po wszyst­kim. Nic nie można było pora­dzić.

– Skąd wziął tego drinka?

– Nie potra­fię powie­dzieć. Kel­ne­rzy najęci przez dostaw­ców roz­no­sili szam­pana na tacach. Można też było przy­nieść sobie drinka z zaim­pro­wi­zo­wa­nych bar­ków. Więk­szość gości jest tutaj od około siód­mej. Bambi wycho­dziła z sie­bie, żeby na przy­by­cie Wal­tera wszy­scy już byli na miej­scu.

– Bambi?

– Jego żona. – Vance zdo­był się na wątły uśmiech. – Druga żona. Pobrali się mniej wię­cej rok temu. Ona pla­no­wała to przy­ję­cie od tygo­dni. Walt z pew­no­ścią dobrze o nim wie­dział… To nie jest kobieta, którą nazwa­łoby się bystrą. Ale uda­wał, że jest zasko­czony.

– O któ­rej przy­szedł?

– Dokład­nie o wpół do ósmej. Wszy­scy krzyk­nę­li­śmy chó­rem „Nie­spo­dzianka!”, tak jak kazała nam Bambi. Pośmia­li­śmy się z tego, a potem zaczę­li­śmy jeść i pić. Było tro­chę tań­ców. Walt peł­nił honory pana domu, więc cho­dził od grupki do grupki. Jego syn wzniósł toast. – Vance wes­tchnął. – Szkoda, że nie przy­glą­da­łem się dokład­niej temu, co się dzieje. W każ­dym razie Walt na pewno pił szam­pana.

– Czy wtedy, na początku przy­ję­cia, też widział go pan, jak pije?

– Chyba… – Zamknął oczy, jakby pró­bo­wał przy­wo­łać wcze­śniej­szy obraz. – Chyba tak. Nie potra­fię wyobra­zić go sobie bez kie­liszka po toa­ście wznie­sio­nym przez syna. Wal­ter uwiel­biał swoje dzieci. Potem chyba miał nowy kie­li­szek, pełny. Ale nie potra­fię powie­dzieć z całą pew­no­ścią, czy wziął go z tacy, czy ktoś mu go podał.

– Byli­ście przy­ja­ciółmi?

Twarz znowu mu posmut­niała.

– Dobrymi przy­ja­ciółmi… tak.

– Czy miał jakieś kło­poty w mał­żeń­stwie?

Vance pokrę­cił głową.

– Był bar­dzo szczę­śliwy. Szcze­rze mówiąc, więk­szość jego zna­jo­mych nie potra­fiła zro­zu­mieć, dla­czego poślu­bił Bambi. Z Shelly byli przed­tem… ile…? Zdaje się, że ponad trzy­dzie­ści lat. Roz­wie­dli się w dość przy­ja­ciel­skich sto­sun­kach. Nie minęło pół roku i już zna­lazł sobie Bambi. Więk­szość z nas myślała, że to tylko kry­zys wieku śred­niego, ale oni ze sobą zostali.

– Czy jego pierw­sza żona dzi­siaj tu była?

– Nie. Ich sto­sunki nie były aż tak przy­ja­ciel­skie.

– Czy przy­cho­dzi panu na myśl ktoś, kto mógłby życzyć mu śmierci?

– Abso­lut­nie nikt. – Vance bez­rad­nie roz­ło­żył ręce. – Twier­dze­nie, że nie miał wro­gów, jest natu­ral­nie bana­łem, pani porucz­nik, ale wła­śnie tak powie­dział­bym o Wal­cie. Lubiano go, a wielu ludzi wręcz go uwiel­biało. Był z natury dobro­dusz­nym czło­wie­kiem, szczo­drym pra­co­dawcą i odda­nym ojcem.

No i boga­tym, pomy­ślała Eve, podzię­ko­waw­szy dok­to­rowi. Boga­tym czło­wie­kiem, który zosta­wił pierw­szą żonę dla młod­szej, bar­dziej sek­sow­nej kobiety. A ponie­waż ludzie na ogół nie noszą ze sobą cyjanku na przy­ję­cia uro­dzi­nowe, ktoś przy­szedł tutaj z wyraź­nym zamia­rem zabi­cia Pet­ti­bone’a.

W salo­nie, połą­czo­nym drzwiami z sypial­nią, Eve prze­pro­wa­dziła roz­mowę z drugą żoną denata.

Pokój był mroczny, cięż­kie różowe dra­pe­rie zacią­gnięte, a jedyna lampa osło­nięta pasia­stym aba­żu­rem dawała mdłe, cukier­kowe świa­tło.

Eve stwier­dziła, że wszystko w tym pomiesz­cze­niu jest różowe lub białe i fal­ba­nia­ste. Prze­cu­krzone cia­sto, pomy­ślała. Góry podu­szek, mnó­stwo ser­wet, ser­wetek i bież­nicz­ków, a do tego ciężki zapach zbyt wielu róż zgro­ma­dzo­nych w jed­nym miej­scu.

W tym dziew­czę­cym kró­le­stwie Bambi Pet­ti­bone sie­działa oparta na szez­longu obi­tym różo­wym aksa­mi­tem. Krę­cone włosy miała zebrane w war­kocz i ufar­bo­wane na podobny odcień jak rumieńce lalki. Kom­plet, który nosiła, rów­nież był różowy. Opa­li­zu­jący mate­riał zasła­niał więk­szą część jed­nej piersi, druga nato­miast była kokie­te­ryj­nie prze­sło­nięta prze­zro­czy­stą wstawką w kształ­cie róży.

Wiel­kie nie­bie­skie oczy pani Pet­ti­bone uro­czo lśniły od łez, które ście­kały małymi, ślicz­nymi kro­plami po gład­kich policz­kach. Twarz spra­wiała wra­że­nie mło­dej i nie­win­nej, ciało mówiło jed­nak co innego.

Kobieta trzy­mała na kola­nach białą kudłatą kulę.

– Pani Pet­ti­bone?

Blon­dynka zaszlo­chała i wtu­liła twarz w białe kudły. Gdy kula nagle wydała z sie­bie szczek­nię­cie, Eve uznała, że praw­do­po­dob­nie jest to pies dziw­nej rasy.

– Jestem porucz­nik Dal­las z nowo­jor­skiej poli­cji, a to moja asy­stentka, Peabody. Jest nam bar­dzo przy­kro z powodu straty, jaką pani ponio­sła.

– Boney nie żyje. Mój drogi Boney.

Boney i Bambi, pomy­ślała Eve. Co tym ludziom odbija?

– Wiem, że prze­żywa pani trudne chwile… – Eve rozej­rzała się i pojęła, że nie ma innego wyj­ścia, jak usiąść na czymś pucha­tym i różo­wym. – Ale muszę zadać pani kilka pytań.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki