W kinie panoramicznym - Juraj Kováčik - ebook
NOWOŚĆ

W kinie panoramicznym ebook

Juraj Kováčik

0,0

Opis

„Kováčik poszukuje w życiu zwykłych ludzi niezwykłych momentów i kluczowych zwrotów. Innego narratora porwałoby w tej sytuacji gorączkowe tempo, ale Juraj potrafi zafundować czytelnikom przyjemność płynącą z obrazów plastycznych niczym W kinie panoramicznym” – Pavol Rankov

Zbiór jedenastu opowiadań o miłości i śmierci rozgrywających się w różnych czasach i różnych krajach. Ten kalejdoskop postaci i środowisk autor przedstawia z filmową wręcz plastycznością. Poszczególne obrazy są połączone w całość wyłaniającymi się stopniowo powiązaniami, prowadzącymi do zaskakujących, a czasem wręcz fatalnych skutków. Czy na pewno my sami tworzymy historię naszego życia swoimi czynami? Czy jest odwrotnie i to właśnie historie, z którymi się utożsamiamy, determinują nasze postępowanie i losy?

To zaproszenie do niezwykłej podróży po oryginalnej wyobraźni pisarza, szczególnie wyczulonej na urodę świata i ludzi. Być może dzięki doświadczeniu fotografa Kováčik może lepiej uchwycić w słowach najważniejsze rzeczy, a swoimi opisami przenieść czytelnika do świata swoich bohaterów.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 185

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS



Tytuł oryginału: V panoramatickom kine

Copyright © 2018 by Slovart Publishing Ltd, Bratislava, Slovakia Text © 2018 by Juraj Kováčik

All rights reserved

Copyright © for the Polish translation by Michał Wirchniański, 2021 Copyright © for the Polish edition by Biblioteka Analiz, 2021

Ebook na podstawie wydania pierwszego

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody wydawcy jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Redakcja: Ewa Tenderenda-Ożóg Korekta: Joanna Gradowska Projekt okładki: Paľo Čejka

Przystosowanie okładki i opracowanie graficzne: Jolanta Ugorowska

Warszawa, 2021

ISBN 978-83-958867-3-7

The book has received a subsidy from SLOLIA Committee, the Centre for Information on Literature in Bratislava, Slovakia

Książka została opublikowana dzięki finansowemu wsparciu SLOLIA – Centrum Informacji o Literaturze w Bratysławie

Wydawca:

Biblioteka Analiz ul. Mazowiecka 6/8 00–048 Warszawa

tel. 22 828 36 31

www.biblioteka-slow.plFacebook.com/bibliotekaanalizFacebook.com/WydawnictwoBibliotekaSlow

KonwersjaEpubeum

Niniejsza książka jest dziełem fikcji. Ewentualne podobieństwo do rzeczywistości jest więc wynikiem przypadku, wypadku lub konieczności.

Na zachodzie bez zmian

Po raz pierwszy zobaczył ją siedzącą na pufie przy oknie, z jedną nogą podwiniętą pod siebie. Miała na sobie białą koszulę w małe czarne kropki, ciemne wąskie spodnie i czarną marynarkę. Trzy górne guziki koszuli były rozpięte, kołnierzyk z jednej strony wychodził na marynarkę. Na nogach miała płaskie, skórkowe buty. Zdaje się, że nawet nie pomyślała, iż komuś mogłoby przeszkadzać, że podeszwa jednego z nich dotyka siedziska. Plecy miała wyprostowane, ramiona rozluźnione, a głowę pochyloną. Wokół owalnej, pociągłej twarzy opadały gęste, czarno-siwe włosy, od czubka głowy wił się kręty przedziałek. Nie była umalowana, przynajmniej Artur nie potrafił zidentyfikować niczego, co przypominałoby makijaż. W ręce opartej na biodrze trzymała książkę. Czytała.

Obserwację przerwał Arturowi pryszczaty chłopak szukający działu z podręcznikami do programowania. Skierował go w przeciwległy róg, między nauki przyrodnicze a ekonomię. Artura niezmiennie bawiło to, jak wielkie prawdy świata zaszyfrowane są w układzie księgarni. Ekonomowie pasują do prawników, erotyka do wiedzy o zdrowiu, a pomieszczenie z ezoteryką sąsiaduje z działem filozofii. Otworzył zeszyt, żeby zanotować tytuły książek, które należy domówić, kiedy zorientował się, że ktoś przed nim stoi. To była ona, kobieta z pufy. W wyciągniętej ręce trzymała książkę. Z bliska dostrzegł na jej twarzy więcej zmarszczek oraz ciemne worki pod oczami, wyglądała, jakby całą noc czytała. Podała mu eseje O fotografii Susan Sontag. Lewą ręką teatralnie podrapał się po brodzie i biorąc od niej książkę, powiedział:

— O, widzę, że kupiła pani nowy aparat. Świetny wybór. Lepszego poradnika dla początkujących fotografów pani nie znajdzie. Z tym kwitkiem uda się pani do kasy i zapłaci, później z paragonem zapraszam do mnie, ja wydam książkę.

— Wiem, znam wasz system.

Wydawało się mu, że uśmiechnęła się, ale naprawdę nieznacznie. Może była zmęczona, a jego żart, trzeba przyznać, nie był szczególnie wyszukany. Odwróciła się i odeszła, w jednej ręce kwitek, druga schowana do kieszeni spodni.

Książkę musiał jej wydać ktoś inny. Artura zawołali do pomocy na dział fizyki, gdzie jakiś nawiedzony klient przewrócił stos książek ułożonych obok regałów w wysoki komin. Sądząc po akcencie, mężczyzna pochodził z Europy Środkowej. Sumitował się, chciał tylko wydobyć wykłady Feynmana dla syna, który zamierza studiować fizykę na uniwersytecie o jakiejś zabawnie brzmiącej nazwie, gdzieś tam u nich. Artur poprosił kolegę, żeby wydał klientowi kwitek, a sam zajął się odbudową przewróconej wieży. Nieźle się przy tym zasapał. Niedługo, powiedział sobie w myślach, będę musiał siadać, żeby zawiązać but.

W nagrodę wybrał się na kawę. Na drugim piętrze znajdowała się kawiarnia, otwarta przestrzeń pełna stolików, krzeseł i ludzi. Przy ladzie Artur nałożył sobie na małą plastikową tackę kawałek tortu czekoladowego i zamówił kawę. Gdy przyszło do płacenia, z kieszeni brązowych, sfatygowanych spodni razem z garścią drobnych wyciągnął klucze, żeton z zestawu pokera dla dzieci, wykałaczkę, napoczęte opakowanie gum do żucia, miętówkę bez papierka oblepioną okruszkami, zmiętą chusteczkę oraz zgniecioną kartkę, na której w poniedziałek rano zapisał plany na nadchodzący tydzień. Rzucił to wszystko na ladę, żeby sprzedawca mógł wybrać żądaną kwotę. To, co zostało, zgarnął na dłoń i wsypał z powrotem do kieszeni. Kawiarnia była pełna, wszystkie stoliki zajęte, tylko przy wąskim długim stole pod oknami było wolnych kilka krzeseł barowych. Na jednym z nich siedziała kobieta w czerni, przed nią leżała świeżo zakupiona książka. Tom był zamknięty. Kobieta nie czytała, obserwowała przez okno ruch na ulicy. Obok książki stała filiżanka herbaty, zużyta czarna torebka ciasno owinięta białą nitką leżała na brzegu porcelanowego talerzyka, z jednym rogiem wystającym poza jego obrys, kilka ciemnych kropli skapnęło na blat.

Artur się dosiadł. Tackę z tortem niedbałym gestem odsunął na bok, jakby nie należała do niego. Przed sobą postawił filiżankę z kawą. Przytrzymał ją oburącz i podniósł do ust. Upił łyk, mlasnął językiem. Odstawił kawę i odwrócił głowę w kierunku kobiety:

— Czasem sobie myślę, że zamiast książek powinniśmy sprzedawać ten widok.

Spojrzała na niego, a kiedy go poznała, lekko skinęła głową.

— Już sprzedajecie, herbata z torebki za trzy funty?

Wskazała w dół, na ulicę. Jej palec, wręcz zaskakująco długi, delikatnie wygięty, w świetle padającym z zewnątrz nie był zupełnie niepodobny do pazura.

— Wszyscy się spieszą. Niech pan zobaczy, jak szybko chodzą. Im większe miasto, tym szybciej ludzie w nim chodzą.

— Musimy zdążyć załatwić wiele spraw, póki…

— Póki możemy?

— Póki nam się jeszcze chce.

— A co, panu już się przestało chcieć? – Taksowała go spojrzeniem, komentując na bieżąco: – Siwa broda, naciągnięty podkoszulek z nadrukiem 42, jakieś dziesięć kilo nadwagi…

— Pani mnie nie docenia, co najmniej piętnaście! Roześmiała się, krótko i szybko.

— I co z tego. Ambicja to domena idiotów, ale o tym chyba wie pani co nieco.

— Hm, ambicja jako domena idiotów, to miał być cytat? Robienie czegoś, wszystko jedno czego, jest jedynym lekiem na samotność. A coś mi się zdaje, że z kolei pan wie co nieco o samotności.

— Samotność czyni mężczyznę silnym. To był cytat.

— Poważnie? Z „Reader’s Digest”? Ale należy wierzyć w to, co nam pomaga.

— A co pani pomaga? Praca, miłość, a może nienawiść?

Odwróciła się od niego i wpatrzyła w okno.

— Czasem wieczorem, późną wiosną, jak teraz, na ulicę pada taka specyficzna poświata. Jest miękka i płynna jak rozgrzany miód. Wszystko nie tyle zwalnia, co wręcz zamiera, do tego stopnia, że idąc przez miasto, widzę serię obrazów, którą wystarczyłoby wydrukować i oddać zecerowi do złożenia w książkę. I to by była dobra książka. Ale nigdy nie widziałam takiego zdjęcia. Nikt dotąd nie sfotografował tak tego miasta, a ja staram się dociec dlaczego.

— Pani nie fotografuje?

— Nie. Jestem edytorką i od rana do wieczora pracuję ze słowami. Czytam słowa innych ludzi i staram się znaleźć te, które będą się później, także u was, dobrze sprzedawać.

Odwróciła się do niego i spojrzała mu w oczy.

— Nigdy nie ufałam fotografiom. Gdy widzę siebie na zdjęciu, to nie jestem ja. Wierzę słowom, nie obrazom.

Zamilkła. Pochyliła się nad stołem i pogrążona w zadumie zamieszała łyżką, choć filiżanka była już pusta. Spojrzała na zegarek z wielkim złotym cyferblatem i ciemnymi wskazówkami. Nabrała powietrza i wstała.

— Muszę już iść.

Gdy wychodziła, Artur odprowadzał ją wzrokiem. Powinien wstać, mówił sobie, zagadać do niej, poprosić o numer telefonu, zaproponować spotkanie. Zamiast tego siedział na krześle. Uświadomił sobie, że ma spięte plecy i szyję. Pochylił się nad stołem, przyciągnął talerzyk z tortem i zaczął jeść. W tej chwili cały oklapł, jak dętka, której wentyl naciskasz palcem, wypuszczając z niej powietrze.

Następnego dnia znów było słonecznie. Do południa w księgarni panował niespotykany wręcz spokój. Artur stał za ladą i wertował grube katalogi zapowiedzi wydawniczych, które przyszły wczoraj z Penguin Books. Z głośników leciało World Gone Wrong z nowego albumu Dylana. Dźwięki leniwie torowały sobie drogę wśród cząsteczek kurzu tańczących w wiosennych promieniach słonecznych. Zaskrzypiał parkiet. Podniósł głowę i zobaczył ją.

— Ta książka jest zła. – Podeszła do lady, kładąc na niej swój wczorajszy zakup. – To znaczy wybrakowana, nie zła. Jeden arkusz jest wszyty do góry nogami. Mógłby mi pan ją wymienić? Oczywiście da się ją czytać, ale za każdym razem, gdy obracam książkę do góry nogami, kręci mi się w głowie. Wiem, że to głupie, ale boję się, że coś z niej wypadnie. Albo, że ja wypadnę.

— Niektóre rzeczy lepiej, żeby nam się nie przytrafiały, są próby, na które lepiej się nie wystawiać i przeżycia, których lepiej uniknąć. Proszę za mną, poszukamy innego egzemplarza. Takie błędy zdarzają się w seriach – powiedział, podchodząc do regałów z esejami. Wodził palcem po grzbietach, od lewej do prawej, z góry na dół.

— Błędy zawsze zdarzają się w seriach. Kiedy znajdzie pan jedną czerwoną plamę na białym prześcieradle i zacznie śledztwo, zawsze odkryje pan coś jeszcze. O Boże, ależ dziś jestem patetyczna. Nienawidzę wiosny. Wszystkich tych wierszy o wiosennej miłości. Powinno się zamknąć je w klatce, a klucz wydawać tylko tym, którzy nie ukończyli osiemnastego roku życia. Wczoraj pytał pan, co mnie napędza, praca, miłość czy nienawiść? Zapomniał pan, że w stawce jest jeszcze gra.

Artur znalazł książkę, zdjął ją z półki i odwrócił się. Był zaskoczony, jak blisko niego stoi. Jej oczy były niewiele niżej od jego. Podał jej książkę. Zanim się odezwał, musiał odkaszlnąć, krótko, z zamkniętymi ustami. Zabrzmiało to jak nieudana próba odpalenia samochodu na mrozie.

— Nie wybierzemy się na kawę?

— Chętnie, ale nie tutaj.

— Dziś kończę dopiero o siódmej, możemy pójść na kolację. Gdyby pani chciała. Niedaleko jest mała indyjska restauracja. Nic nowoczesnego, ale robią świetne curry, nie ma tam wielu turystów i leją dobre piwo. Indyjskie.

Odgarnęła ręką włosy, odsłaniając ucho bez kolczyka.

— Dobrze. Mam czekać przed głównym wejściem?

— Nie, przed bocznym, od przecznicy.

— A, naprzeciwko sex shopu.

Wymienili porozumiewawcze uśmiechy.

— Tę książkę musi pan znowu wbić na kasę?

— Nie, może ją pani zabrać.

— Dobrze, do zobaczenia wieczorem.

— Do zobaczenia.

— A na imię mam Tara.

Kiedy Artur po pracy wychodził z księgarni, na podkoszulek narzucił krótką czarną kurtkę z delikatnej skórki. Rozejrzał się po ulicy. Wieczór był przyjemny. Górne piętra kamienic oświetlało na czerwono zachodzące słońce, ale na poziomie jezdni zapadała już ciemność. Zobaczył Tarę stojącą kilka metrów dalej, przed witryną z beletrystyką. Pod ciemną marynarką miała koszulę w biało-niebieskie prążki. Gdy odwróciła głowę w jego stronę, jej twarz rozświetliły światła ulicy. Usta znów miała nieuszminkowane, wąskie wargi podniosły się w przelotnym powitalnym uśmiechu.

— Wie pan, jaką zaliczkę dostał Martin Amis przed wydaniem Informacji? Pół miliona funtów.

— Wskazała palcem książkę na wystawie. Na żółtym tle pyszniło się nazwisko autora wypisane wielkimi literami rozciągniętej czcionki szeryfowej, poniżej mały czarny czworokąt, tytuł książki mniejszą czcionką na samym dole.

— O tę książkę pokłócił się ze swoim agentem i znalazł sobie nowego. Wszyscy go za to znienawidzili, krytycy i inni autorzy.

Ruszyli w kierunku głównej ulicy.

— U nas nie sprzedaje się aż tak dobrze. Słyszałem, że negocjują z wydawnictwem zwrot części zamówienia. Zalega w magazynie. Tak czy inaczej, pisarz, którego nazwisko wydrukowano na okładce większymi literami niż tytuł książki, musi mieć się niezgorzej. Może wszystko, albo prawie wszystko.

— To rzemiosło samotników. Krąży taka anegdota, podobno zdarzyło się to właśnie tutaj. Dawno temu, jeszcze przed wojną, wszedł do tej księgarni Arnold Bennett. Na półkach pojawiło się właśnie nowe wydanie jego The Old Wives’ Tale. Zagaił córkę właścicieli o to, jak się sprzedaje. W trakcie rozmowy wyciągnął z kieszeni portfel i pokazał jej starą, wymiętą pięciofuntówkę. Powiedział, że nosi ją przy sobie od dwudziestu lat. Zamierzał dać ją pierwszemu napotkanemu człowiekowi czytającemu jego książkę.

Skręcili w jeszcze węższą uliczkę, która biegła po łuku. Na jej końcu niknął rowerzysta, poza nim nie było tam nikogo. Nad restauracją wisiał mały żółty szyld z zielonym napisem. Gdy weszli, kelner przywitał ich skinieniem głowy. Usiedli przy dwuosobowym stoliku przy oknie wychodzącym na ulicę. Po chwili stały już przed nimi małe, brązowe butelki piwa z wielobarwną etykietą.

— To na zdrowie.

— Twoje zdrowie.

Tara napiła się ze smakiem. Na jej górnej wardze została cienka smużka białej piany. Otarła usta wierzchem lewej dłoni.

— Naprawdę dobre. Zimorodek. Dziwna nazwa dla piwa. Damy nie powinny pić piwa, chyba że nazywa się Zimorodek. Pewnie dlatego tak je nazwali, żeby mogły je pić żony kolonialnych urzędników.

— To takie piękne, kiedy kobiety wykonują męskie zajęcia. Ekscytujące. Kręcisz film? Weź piękną młodą kobietę i daj jej do ręki miecz, przepis na sukces kasowy murowany.

— Piękną i młodą, niektóre rzeczy się nie zmieniają – sarknęła.

— Masz kogoś?

Dolała piwa do kufla i ponownie się napiła.

— Kiedyś miałam wydawnictwo. Tworzyliśmy je we dwójkę, tylko ja z mężem. Wydawaliśmy jakieś dwadzieścia tytułów rocznie. Ale ciągle balansowaliśmy na granicy opłacalności. Wiązaliśmy jakoś koniec z końcem, aż pewnego dnia złożyła nam ofertę duża oficyna. Pewnie ze względu na trójkę młodych autorów, z którymi mieliśmy podpisane umowy. Starczyło na spłatę długów i jeden bajeczny urlop. Mąż przeszedł do nich na stanowisko szefa działu, ja zostałam zatrudniona jako edytorka. Z tej trójki autorów koniec końców nic nie wyszło, ale nikt nam tego nie wyrzucał. Przeciwnie. Mężowi spodobało się życie w korporacji. Zaczął robić karierę. Interesów nie omawiał już w zadymionej knajpie, tylko na polu golfowym. A na pewnym etapie kariery wypada znaleźć sobie nową, młodszą żonę. Po rozwodzie wyprowadził się do Stanów, aby tam kierować amerykańskim oddziałem wydawnictwa, a mnie zostawił tutaj. Reasumując, nieźle mnie załatwił. Podręcznikowo. Strasznie banalna historia.

— A dzieci?

Tylko pokręciła głową, wpatrzona w blat stołu.

— Mam nadzieję, że teraz go czkawka szarpie, chujka. Ale może dobrze, że się stało, jak się stało. Minęły lata. Sama jestem sobie sterem i jeśli coś mnie w tym układzie drażni, to konieczność przekonywania ludzi wokół, że mi to nie przeszkadza. A z biegiem czasu, kiedy śledzisz historie ludzi rozgrywające się na twoich oczach… – urwała.

— Koniec końców każdy jest sam, zmienia się tylko sposób i forma uświadomienia sobie tej samotności. Na szczęście świat jest dziś pełen rzeczy, które pozwalają nam zapomnieć.

— Och, znów jesteśmy tak pięknie patetyczni. Jak dwaj żołnierze, rozprawiający w okopach wieczorem w przeddzień szturmu. Tkwią w tym bagnie od tygodni, zimno, wilgoć, smród, mokre nogi zaczyna trawić gangrena. I właściwie nie mogą doczekać się sygnału trąbki, który rano wezwie ich do ataku. Wszystko będzie lepsze niż sterczenie w tym parszywym okopie choćby o jeden dzień dłużej. A my sobie siedzimy w ciepełku, popijamy piwko, zobacz, nawet kurczak już idzie.

Zaczęli jeść. Tara trzymała widelec w prawej ręce, lewą opuściła pod stół.

— A ty, byłeś żonaty?

— Nie. – Odłożył sztućce i oparł się. – Wiesz, mówiłem ci, że samotność czyni mężczyznę silniejszym. Oczywiście to tylko frazes. Ale istota jest prosta. Jak jesteś młody, jesteś nieśmiertelny. Później widzisz, jak umiera ktoś, kto był ci naprawdę bliski i zdajesz sobie sprawę, że ty też umrzesz. I nawet się cieszysz, że nie ma obok ciebie nikogo, kto musiałby znosić to z tobą, dzień po dniu obserwować, jak ci się pogarsza. Wolniej się ruszasz. Trudniej wzruszasz. Wolniej myślisz. Jedyne, co przyspiesza, to czas.

— Więc tylko się położyłeś i dajesz się nieść z prądem?

Wzruszył ramionami:

— A ty co? Jeszcze wierzgasz?

— Nie, ale lubię się po drodze zabawić. – Oparła widelec o brzeg talerza, podniosła szklankę do ust. Jej oczy obserwowały go znad krawędzi szkła, wesołe i ciekawskie.

Tara zeszła z niego chwilę po jego ostatnim spazmie. Przetoczyła się na swoją połówkę łóżka. Wyciągnęła się, wysoko oparta, z poduszką podłożoną pod lędźwie. Nogi i łono przykryła kołdrą. Artur leżał na boku, podłożył tylko rękę pod głowę, żeby lepiej widzieć. Jej łopatki i głowa opierały się o biały kosmaty kilim wiszący nad łóżkiem. Dokładnie na wysokości wzroku miał krzywizny jej drobnych, dziewczęcych piersi, oświetlonych miękkim światłem latarni ukrytej za rogiem uchylonego okna. Oddychała coraz wolniej, ale wiedział, że nie śpi, choć oczy miała przymknięte. Po suficie przebiegały światła samochodów jadących ulicą, w oddali przemknął z rykiem motocykl. Wyciągnął wolną rękę i pogłaskał ją po ramieniu, sunął dwoma palcami przez miękkie wgłębienie na łokciu aż do grzbietu dłoni. Kciukiem i wskazującym delikatnie ścisnął jej palce. Z zewnątrz dobiegł dźwięk rozbijanej szyby. Uwolniła rękę, sięgnęła do szafki nocnej i wzięła z niej papierosa. Na brzuchu, zaraz pod pępkiem, położyła małą porcelanową popielniczkę, biały filigranowy bibelot ze złotym brzeżkiem. Zapaliła. Pierwsze zaciągnięcie się było długie, miarowe i głębokie, na kilka sekund wstrzymała oddech, po czym wypuściła dym nosem. Zakaszlała. Popielniczka na jej brzuchu zatańczyła.

— Dziś w pracy czytałam dziwną książkę. Rozgrywało się to gdzieś na wschodzie, kilka lat przed upadkiem muru berlińskiego. Małe miasteczko zbudowane po wojnie obok wielkiej fabryki zbrojeniowej. Całe miasto wybudowane jednocześnie. Rozlokowane wokół placu centralnego, jak sobie je wyobrazisz na mapie, to było symetryczne: z prawej do lewej, z góry na dół.

— Dobre to było? Wydacie to?

— Myślę, że nie. Jeszcze się nie zdecydowałam, ale chyba tego nie zarekomenduję. Nie wiem, czy to ma szansę.

— A my?

— Co my?

— Mamy szansę?

Tara roześmiała się krótko i ponownie odkaszlnęła.

— Szansę na co?

Przewrócił się na plecy, ręce założył za głowę.

— Wyobraź sobie, ktoś buduje naraz całe miasto w szczerym polu, to przecież świetna perspektywa. Wszystko możesz sobie z góry zaplanować, zgrać. Tu będzie supermarket, tutaj księgarnia, tam damy aptekę, tu policję, a obok straż pożarną. Ulice są proste i szerokie, wszystko jest jasne i czyste. Zero improwizacji. Nie ma miejsca na błędy, pomyłki, wypadki. Mniej więcej tak wyobrażam sobie raj.

— Wydaje mi się, że w tych czasach na wschodzie nie mieli supermarketów. Ale poza tym tak. Z jednym zastrzeżeniem. Nie wiem, jak w niebie, ale założę się, że tu, na Ziemi, ta ich doskonałość nie trwała długo. Prędzej czy później przychodzi chaos. Może potrzebujemy krętych uliczek? Żebyśmy mieli gdzie zabłądzić. Kiedy byłam mała, bardzo się bałam, że się zgubię. Zostanę sama i spotka mnie coś strasznego. Nie wiedziałam, co dokładnie, ale było to ohydne, straszne i bolesne. Całą noc musiałam mieć zapaloną lampkę, a pod łóżko nie zajrzałabym za żadne skarby.

Podsunął się wyżej i otoczył ją ramieniem.

— A kiedy przestałaś się bać?

— To po prostu minęło. Zniknęło. Z nikim o tym wtedy nie rozmawiałam. Nie miałam rodzeństwa, więc nie musiałam się nikim opiekować, mną też nikt się nie opiekował. Po tobie od razu widać, że jesteś młodszym bratem. Nie mam racji?

— Sherlock z ciebie – zaśmiał się Artur. – Aż tak to po mnie widać? Nie niszcz, proszę, mojej iluzji o tym, jaką mam wolną wolę i jak sam decyduję, kim jestem i co robię – ponownie się roześmiał. – Gdzieś czytałem, że wprawdzie nie możemy zmienić swojego DNA, ale nasze ciało w zależności od otoczenia i okoliczności może wybrać, jaką część kodu genetycznego wykorzysta. Czyli nie możesz zmienić swojego ciała, swoich parametrów fizycznych za pomocą woli, ale możesz je zmienić tym, gdzie i jak żyjesz.

— Że niby będę miała niebieskie oczy, jak się przeprowadzę do Argentyny?

— To raczej nie. Chyba nie możesz mieć w swoim DNA jednocześnie informacji genetycznej dla niebieskich i brązowych oczu. Ale nie wiem. Może tak. To by było świetne. Byłyby specjalne sanatoria, specjalne turnusy, które mogłabyś zamówić z katalogu. Nad morzem, w górach, na pustyni. Wyjeżdżałabyś na trzy miesiące, a po powrocie już na pierwszy rzut oka byłabyś innym człowiekiem.

— Hm… Gdziekolwiek pojedziesz na trzy miesiące, wrócisz stamtąd jako inny człowiek. Jak sobie wyobrażę, że jestem żoną kapitana żeglugi morskiej, który opływa świat, a do domu zawija raz na pół roku… To za każdym razem byłby to inny, nowy mężczyzna.

— Może w tym, co naprawdę się liczy, wcale nie potrafimy się zmienić. Rzeczy, które raz są dane, są dane na zawsze. Jeśli twój kapitan żeglugi jest poczciwiną lub furiatem, to pozostanie nim, choćby trzykrotnie opłynął równik. Robili badania, jak zmieniło się życie ludzi, którzy wygrali na loterii. Wyszło, że nijak. Ci, którzy byli zadowoleni przed wygraną, byli zadowoleni także po, a ci, którzy byli nieszczęśliwi, pozostali nieszczęśliwi.

Wstała z łóżka i podeszła do okna. Otworzyła je na oścież i wychyliła się na zewnątrz.

— Z ulicy musi być na ciebie niezły widok. W każdym razie stąd jest świetny. Muszę kiedyś ułożyć odę do twojego tyłka. O, ty obła, lśniąca bielą mogiło, wznosząca się w księżycowej poświacie, przed tobą się korzę, tobie się kłaniam, ciebie wyznaję i ciebie proszę…

— Wsadź sobie tę odę… – przerwała mu ze śmiechem. Odwróciła głowę w jego stronę, ciągle stojąc tyłem, ręce miała oparte o parapet. – Jaka ciepła noc.

Wstał i zbliżył się do niej. Ręką założył jej włosy za ucho i zbliżył do niego swoje usta.

— Jesteś wygraną, której nie zmarnuję – wyszeptał.

Tara odwróciła się do niego całym ciałem, rękami złapała go za ramię i zabębniła palcami.

— Zobaczymy. Wygraną jeszcze nie byłam.

— Kończę – powiedziała.

Restauracja była po obiedzie wyludniona. Na środku stał różowy cadillac cabrio. Białe skórzane siedzenia były zwrócone do sobie, a między nimi stał stolik. Artur i Andrea siedzieli w jednym z okrągłych boksów obitych ciemnobrązową skórą w kącie pomieszczenia. Na ścianie nad nimi wisiały stylizowane fotografie. Chłopcy w spodniach z wąskimi nogawkami, koszulach w kratę z podwiniętymi rękawami i grzywkami ułożonymi w skomplikowane fale. Dziewczyny w szeroko rozkloszowanych sukniach, w płaskich butach i białych skarpetach. Z głośników leciała ścieżka dźwiękowa Gorączki sobotniej nocy.

— Wybacz muzykę – usprawiedliwiła się Andrea — ale ubóstwiam te ich koktajle – dodała, kołysząc swoją blond główką w takt piosenki i sącząc napój przez słomkę wetkniętą w wysoki biały pucharek.

— Z czym kończysz? – zapytał.

— To chyba oczywiste, z pracą. Nie będę pracować dla tego debila. Efektywność, opłacalność, optymalizacja, ble, ble, ble. Ohyda. Do diabła, w końcu jesteśmy księgarnią czy zakładem produkcyjnym?!

Jej wielkie okrągłe okulary podskakiwały w rytm wypowiadanych słów. Czubek nosa, na którym się trzymały, unosił się ku górze. Jakby ciągle opierała się nim o szybę, pomyślał.

— Rzucę to. Zaproponowali mi posadę w tym małym antykwariacie za halą targową.

Sąsiedni stolik zajęli turyści, chyba Japończycy. Oboje mieli na szyjach przewieszone lustrzanki z napisami wyszytymi złotą nicią na szerokich czarnych paskach. Jego obiektyw był dwa raz dłuższy niż jej, ale jej z kolei był dwa razy szerszy.

Artur skinął na kelnera, poprosił o rachunek i zapłacił.

— Jak chcesz, to dopij sobie. Ja już idę.

— Co w ciebie znów wstąpiło? – oburzyła się, ale posłusznie wstała i podążyła za nim.

Artur zobaczył Tarę, jak tylko przestąpił próg lokalu, a jego oczy przywykły do światła słonecznego popołudnia. Stała po drugiej stronie ulicy. Miała na sobie ciemne spodnie, śnieżnobiałą koszulę i marynarkę z ciemnego materiału w jaśniejsze prążki. Rozmawiała z młodą kobietą w jasnoczerwonej sukience, która przyciągała wzrok jak płomień świecy ćmę. Tara odwróciła się w jego kierunku. Artur podniósł rękę w geście pozdrowienia. Nie był pewien, czy go widzi, czy go poznała, więc trzymał rękę w górze i machał dłonią.

— Wiesz co, idź, proszę, sama, muszę tu jeszcze coś załatwić – powiedział do Andrei.

— Kto to jest, ta kobieta po drugiej stronie ulicy? — zapytała.

Artur na moment przymknął oczy.

— Idź już, proszę.

Nawet przez zamknięte powieki widział rozdrażnienie Andrei. Gdy otworzył oczy, oddalała się drobnym szybkim krokiem, plecy sztywne, głowa spuszczona. Po chwili zniknęła w tłumie płynącym chodnikiem.

Dopiero za drugim razem udało mu się przejść przez ulicę. Przy pierwszej próbie omal nie rozjechał go autobus. Artur źle ocenił jego prędkość. Nie wydawało mu się, żeby tak wielki pojazd w tak gęstym ruchu mógł poruszać się aż tak szybko. Kierowca miał na nosie wielkie ciemne okulary. Hamował gwałtownie, ale wcale się przy tym nie pochylił, jakby jego tułów był na stałe połączony z oparciem fotela. Twarz miał rozluźnioną i nieobecną, bez wyrazu, jak widz, który w domu na kanapie śledzi nudny program telewizyjny. Twarz losu. Przerażony Artur uskoczył z powrotem na chodnik, wpadając przy tym na kogoś plecami. Gdy autobus przemknął, zobaczył Tarę stojącą po drugiej stronie, już samą. Patrzyła na niego. Muszę wyglądać śmiesznie, pomyślał. Za drugim razem udało mu się przebiec przez jezdnię. Ręce w biegu trzymał przy kieszeniach spodni, jakby się bał, że coś mu z nich wypadnie. Nóg prawie nie zginał w kolanach, więc kiwał się z boku na bok jak kaczka. Kilka kroków przed nią zwolnił, uświadomił sobie, że dostał zadyszki.

— Kto to był, twoja uczennica? – zapytała Tara.

Kiedy w końcu złapał oddech, rzucił tylko:

— Znajoma z pracy.

— Piękna dziewczyna, przypominasz jej ojca? — drążyła, patrząc mu w oczy.

— To nic ważnego, naprawdę.

Na chwilę przymknął oczy, po czym błagalnie podniósł brwi i sięgnął w kierunku jej ramienia, jakby chciał ją pogłaskać. Tylko ją musnął, zaraz cofając rękę.

— Jak masz czas, możemy się przejść. Albo gdzieś usiąść – zaproponował.

Dłonie miała wbite głęboko w kieszenie spodni, aż napięły jej się szelki. Jej twarz była pozbawiona wyrazu, wrażenie nieobecności przypomniało mu facjatę kierowcy autobusu. Ale ona nagle odwróciła się na pięcie i ruszając, powiedziała:

— Dobrze, chodźmy.