W Cudnychniebach. Listy - Agnieszka Martyka - ebook

W Cudnychniebach. Listy ebook

Agnieszka Martyka

0,0

Opis

W Cudnychniebach jest pięknie, w Cudnychniebach życie toczy się spokojnym rytmem. Cudnenieba to idealne miejsce na przytulny pensjonat. Ale czy jest to wymarzone miejsce na  zbudowanie życia od nowa?

 

Dla Zuzanny, mimo jej zachwytu nad sielską okolicą i mazurskim błękitnym jeziorem,  zdecydowanie: nie. Musiałaby bowiem wybaczyć, a nawet współpracować z kobietą, która kiedyś ukradła jej ojca.  Sprawiła, że nieżyjący już mężczyzna odszedł od rodziny, a potem nawet do własnego dziecka nigdy się nie odezwał. Nie napisał. Tylko… czy na pewno tak to się odbyło?  Chociaż najlepsza przyjaciółka usiłuje przekonać Zuzannę do zweryfikowania wiedzy na temat tego, co stało się dawno temu, młoda kobieta -  rozbita po wielu traumatycznych przeżyciach – nie chce wracać do przeszłości. Nie chce sprawdzać, boi się pytać, boi się szukać, bo nie potrafi już nikomu zaufać. Nawet mężczyźnie, który – w przeciwieństwie do jej nieżyjącego męża - wydaje się być bliski ideału.

 

Do czego  musi dojść, by Zuzanna otworzyła oczy i wyrwała się z sieci kłamstw?  Musisz  przeczytać, żeby się tego dowiedzieć.    

 

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 254

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Moim Czytelniczkom i Czytelnikom za to, że jesteście.

Rozdział 1

Pozory mylą. Pamiętaj o tym, czytając tę powieść…

Lidia zerkała na starą, drewnianą szopę z tyłu domu.

Jej konstrukcja chyliła się ku ziemi, a farba łuszczyła się tak bardzo, że kolejne odmalowywanie budynku nie miałoby już sensu. Jedyne, co można zrobić, to rozebrać to cholerstwo i postawić w jego miejsce jakiś spory blaszak, żeby było gdzie trzymać kosiarki, narzędzia ogrodowe, węże do podlewania i inne sprzęty.

Obiecała sobie, że kiedy tylko Bartek wróci z Warszawy, poprosi go, żeby zajął się rozbiórką szopy.

Gdyby nie Bartek i jego pomoc, na pewno nie dałaby sobie rady z prowadzeniem pensjonatu.

Kiedyś było ich tu dwoje, ona i Staszek.

Stworzyli to miejsce z miłości do natury, jezior i Mazur. Przez prawie piętnaście lat prowadzenia pensjonatu udało im się pozyskać wielu stałych gości i stworzyć naprawdę klimatyczne miejsce na rubieżach Pojezierza Mrągowskiego.

W maleńkiej wsi o bajecznie brzmiącej nazwie Cudnenieba, gdzie na stałe zamieszkiwało zaledwie siedemdziesiąt sześć osób, ona i jej mąż znaleźli swoje miejsce na ziemi.

Lidia od zawsze marzyła o tym, żeby mieć własny hotelik. W przeciwieństwie do całej swojej rodziny, od pokoleń związanej z cukiernictwem, ona nie chciała zajmować się osładzaniem życia ludziom. Przynajmniej nie poprzez pieczenie ciastek, pączków czy rurek z kremem.

Jej wizja była zgoła inna.

Kiedy poznała Staszka, nie przypuszczała, że uda jej się przekonać go do swojego wielkiego marzenia. Została jednak przyjemnie zaskoczona, kiedy ukochany dość szybko zgodził się na realizację jej, wtedy nieco szalonego, pomysłu. Staszek zainwestował niemal wszystkie oszczędności, by stworzyć „Pensjonat z dala od zgiełku”. Nazwę też wymyślił, a Lidia od razu ją zaakceptowała. Była chwytliwa i idealnie oddawała ducha tego miejsca. Można tu było odpocząć i naładować baterie.

I tak zaczęła się historia „Z dala od zgiełku” w Cudnychniebach. Czyż można marzyć o lepszej nazwie i miejscu?

Tak, tutaj czuli się ze Staszkiem naprawdę szczęśliwi. Najszczęśliwsi na świecie.

Teraz jednak Staszka nie było.

Ostatnie cztery miesiące okazały się dla Lidii wyjątkowo trudne. Nie poddała się i nie załamała tylko ze względu na pamięć ukochanego męża. No i ze względu na jego ostatnią wolę.

Ciężko wzdychając, Lidka spojrzała na leżący przed nią na stole list. Nie był ani zanadto długi, ani zbyt krótki. Kobieta wiele razy wykreślała niektóre zdania lub układała je inaczej niż w pierwotnym zamyśle. Nie była wcale pewna, czy nadała korespondencji ostateczną formę, ale nie miała już czasu na zastanawianie się nad tym.

– O, jesteś, Kaziu! – Lidia oderwała wzrok od kartki i spojrzała na starszego mężczyznę, który pojawił się właśnie w jej przestronnym salonie. – Nie słyszałam, kiedy wszedłeś.

Kazimierz Rymarz uśmiechnął się do niej ciepło spod swoich przyprószonych siwizną, okazałych wąsów. Mimo że był już panem po sześćdziesiątce, jego niezwykle młode oczy i smukła sylwetka dodawały mu energii i odejmowały lat.

– Pukałem, ale najwyraźniej mnie nie słyszałaś, Lidziu – wyjaśnił uprzejmie i podszedł do gospodyni.

– Wybacz. – Kobieta się uśmiechnęła. – Zamyśliłam się.

– A ja przyszedłem, żeby zabrać ten list, który mam wysłać. Jadę właśnie do miasteczka i mógłbym wpaść na pocztę.

Lidia ponownie spojrzała na kartkę. Sięgnęła po kopertę, ale zanim ją zakleiła, po raz kolejny sprawdziła adres. Wyglądało na to, że wszystko się zgadza.

– Jesteś pewna, że mam go wysłać? – Kazimierz patrzył na napiętą twarz przyjaciółki.

– Tak. – Zdecydowanym ruchem podała mu list. – Postaraj się, proszę, żeby to doszło do niej jak najszybciej.

– Wyślę priorytetem, za potwierdzeniem odbioru. – Rymarz skinął głową i dodał: – Myślisz, że przyjedzie? Na pogrzeb się nie pofatygowała…

– Nie było jej w Polsce, przecież wiesz – odpowiedziała poważnie Lidia. – Nie mogliśmy czekać, aż wróci. To natomiast inna sprawa. Mam nadzieję, że przyjedzie. W zasadzie – musi.

– Nie jestem tego taki pewien. – Kazimierz pokręcił głową. – Ale oczywiście wyślę list i przyniosę ci potwierdzenie nadania. A teraz będę już uciekał, chcę zdążyć do urzędu, zanim go zamkną.

– Tak, tak, jedź już, Kaziu. Dziękuję ci za pomoc.

– Nie ma za co. – Mężczyzna ponownie ciepło się uśmiechnął, po czym wyszedł.

Lidia odwróciła twarz w stronę okna, po szybach właśnie zaczynały spływać krople wiosennej mżawki.

Od kiedy pamiętała, uwielbiała pierwszy deszcz. Za każdym razem, gdy padał, niósł ze sobą nadzieję na oczyszczenie. Po burzy zawsze pojawiało się słońce.

Lidia Kosiba liczyła, że tej wiosny także i dla niej nadejdzie czas oczyszczenia.

Rozdział 2

Dzwonek do drzwi oderwał Elwirę od telewizora.

Zaklęła pod nosem, niezgrabnie próbując wstać z fotela. Po raz kolejny przeszło jej przez myśl, że koniecznie powinna schudnąć kilka kilogramów. Z trudem się podniosła i podążyła w stronę przedpokoju.

– Dziękuję, panie Władku. – Tymczasem Zuza podpisywała pokwitowanie odbioru, które podał jej Władysław Grabiec, ich wieloletni listonosz. – Przykro mi, że musiał się pan fatygować, ale najwidoczniej nie wszyscy jeszcze wiedzą, że już nie mieszkam na Browarnej.

– Nic się nie przejmuj, Zuzanko. – Pan Władek, jak miewał w zwyczaju, poklepał ją z werwą po ramieniu. – Póki żyję i jestem na chodzie, będę ci przynosił korespondencję tutaj. To zdarza się niezmiernie rzadko – stwierdził i z ciekawością spojrzał na dostarczony właśnie list. – Swoją drogą – podrapał się po skroni – prywatny list, nie z urzędu, a nadawca zażyczył sobie potwierdzenie odbioru… To dziwne, ale się zdarza. Chociaż ja to mam wrażenie, że czasy już się tak zmieniły, że listy niedługo całkiem odejdą już do lamusa. No, może poza tymi urzędowymi. Nic, będę leciał. – Poprawił czapkę i zrobił lekki skłon w stronę nieco zniecierpliwionej Zuzy. – Do widzenia, Zuzanko. Ukłony dla cioci!

– Oczywiście, zaraz przekażę. Do widzenia, panie Władku – grzecznie odparła Zuza i zamknęła drzwi.

Spoglądała z zaciekawieniem na kopertę, kiedy do przedpokoju dotarła Elwira i od razu oparła się o framugę drzwi, posapując z wysiłku.

– Czy to był Władek? – spytała.

– Tak. – Zuza spojrzała na ciotkę. – Przyniósł mi list.

– List? – Elwira wydała się zaciekawiona.

– Polecony – wyjaśniła kobieta. – Jest zaadresowany na Browarną. Widać ktoś nie wie, że już tam nie mieszkam. – Zuzanna trzymała kopertę niedbale, nie przyglądając się jej wcale.

Elwira się skrzywiła.

– Ten ktoś jest mocno niedoinformowany. Nie mieszkasz tam przecież już od dwóch lat.

– Najwidoczniej – rzuciła Zuza od niechcenia i zwróciła się w stronę schodów na piętro.

– Nie przeczytasz tutaj? – Ciotka nie mogła nie zadać tego pytania.

Zuza westchnęła. Cała ciotka Elwira! Ciekawska do bólu.

– Pójdę do siebie, ciociu.

– Jak tam chcesz. – Elwira machnęła ręką – Nie żebym była ciekawa! – dodała, a Zuza zaśmiała się w duchu, słysząc jej słowa, po czym wybiegła na piętro.

Usiadła na łóżku i spojrzała na równe, ewidentnie kobiece pismo na kopercie. Nie znała tego charakteru pisma, ale bardzo jej się podobało. Od razu można było się domyślić, że nadawca jest osobą poukładaną i zorganizowaną.

Nie czekając dłużej, rozdarła kopertę. Rozprostowała złożoną równiutko na cztery części kartkę.

Cudnenieba, 4 kwietnia 2020

Droga Zuzanno,

nie bardzo wiem, jak zacząć, więc przejdę od razu do sedna.

Zapewne dotarła do Ciebie informacja, że Twój ojciec, Stanisław Kosiba, zmarł w grudniu ubiegłego roku.

Nie będę wchodzić w szczegóły, to nie miejsce i czas. Jeżeli będziesz chciała dowiedzieć się czegoś więcej, oczywiście odpowiem na wszystkie Twoje pytania.

Wiem, że nie widzieliście się z ojcem od kilkunastu lat.

Mimo to Stanisław był Twoim Tatą i dlatego pozostawił Ci część swojego majątku.

Jestem w posiadaniu jego testamentu i zapraszam Cię na jego odczytanie, które odbędzie się w przyszłym tygodniu, tj. 14 kwietnia 2020 roku, w kancelarii notarialnej mecenas Jolanty Budnik, ul. Rozsądna 15/3 w Mrągowie, o godzinie 11.00.

Jeżeli z jakiegoś powodu nie będziesz mogła stawić się w tym terminie, bardzo Cię proszę o kontakt bezpośrednio ze mną. Przełożymy w razie potrzeby.

Podaję swój numer telefonu: 505 123 500

Ze swej strony bardzo liczę, że się pojawisz.

Pozdrawiam

Lidia Kosiba, wdowa po Stanisławie

Zuzie trzęsły się ręce. Odłożyła list na łóżko, lecz zaraz sięgnęła po niego z powrotem. Przeczytała go kilkakrotnie, nim wreszcie dotarła do niej jego treść. Oraz to, kto list do niej wysłał. Jak mogła od razu nie zwrócić uwagi na nadawcę!

Położyła się na łóżku i przyciskała kartkę do piersi. Serce biło jej jak oszalałe. Wpatrywała się w sufit, mając jednocześnie wrażenie, że pokój wiruje dookoła, co wywoływało u niej mdłości.

Ojciec nie żyje. Ojciec nie żyje. Ojciec nie żyje…

Nagle gwałtownie się podniosła. Rozłożyła przed sobą list.

Podaję swój numer telefonu: 505 123 500

505 123 500

– Boże… – wyrwało się cicho z jej piersi. – Co ja mam teraz zrobić?

Odgłos pukania wyrwał ją z odrętwienia.

– Zuzia? Mogę wejść? – Ciotka stała za drzwiami i domagała się, by ją wpuścić.

Jak zwykle, miała idealne wyczucie chwili!

– Momencik! – Zuza otarła pojedynczą łzę, która, nie wiedzieć kiedy, potoczyła się po jej bladej twarzy. Podeszła do drzwi i otworzyła.

– Wejdź, ciociu. – Gestem dłoni zaprosiła Elwirę do środka.

Karasiowa zlustrowała ją wzrokiem.

– Płakałaś? – zapytała. – Stało się coś? – Weszła do widnego pokoju siostrzenicy i rozsiadła się w kraciastym fotelu przy oknie. – Mów, dziewczyno, co się dzieje? To przez ten list? – Elwira wymownie wskazała palcem kartkę, którą Zuza wciąż kurczowo przyciskała do piersi.

Młoda kobieta usiadła na skraju łóżka. Założyła swoje sięgające tuż za uszy, kasztanowe włosy i z posępną miną spojrzała na ciotkę.

– Ojciec nie żyje.

Twarz Elwiry Karaś stężała w ułamku sekundy. Splotła dłonie na wysokości klatki piersiowej i nerwowo odchrząknęła.

– Nie żyje? – zapytała, robiąc przy tym dziwną minę. – Jak to nie żyje?

– Zmarł w grudniu ubiegłego roku.

– To było w tym liście? – Ciotka ponownie wskazała dłonią kartkę.

Zuza skinęła głową.

– Tak.

– Kto to przysłał? – przytomnie zapytała Elwira, ale w jej głosie dało się wyczuć nutę dziwnego napięcia.

– To ta kobieta. – Twarz Zuzy ściągnęła się w nerwowym grymasie. – Ta Lidia.

Elwira poruszyła się w fotelu. Położyła dłonie na jego podłokietnikach. Przełknęła głośniej ślinę.

Milczała, ale jej mina zdradzała, że układa sobie w głowie, co powiedzieć.

– Po co ci o tym napisała? – To jedyne, co w tej chwili przyszło jej na myśl.

– Ojciec zostawił testament – rzeczowo odpowiedziała Zuza. – Lidia chce, żebym przyjechała na jego otwarcie.

Elwira wydała z siebie niekontrolowany odgłos, coś pomiędzy głośnym westchnieniem a cichym jęknięciem.

– Testament… – Pojedyncze słowo wybrzmiało w ciszy pomieszczenia.

Zuza wstała i podeszła do okna wychodzącego na tył podwórka. Objęła się ramionami.

– Nie wiem, co o tym myśleć – powiedziała sama do siebie.

Elwira przytomnie skomentowała słowa siostrzenicy.

– A co tu myśleć? – zaperzyła się. – Ojciec zostawił ciebie i matkę dla tej wywłoki i ulotnił się na całe lata. Marysia przez niego straciła zdrowie. A teraz łaskawie zostawił ci jakiś majątek? Dobre sobie! – Sapiąc, Elwira dźwignęła się z fotela i zrobiła dwa kroki do przodu. – Co on niby takiego miał? Gołodupiec jeden…

Zuza odwróciła się do ciotki.

– Nie wiem, co miał i mało mnie to interesuje – powiedziała, a ton jej głosu nie pozostawiał wątpliwości w tej kwestii. – Nie pojadę na żadne otwarcie testamentu. Nie chcę mieć do czynienia z tą kobietą. Ale swoją drogą, to dziwne…

– Co jest dziwne? – zapytała wyraźnie niespokojna Elwira, nie pozwalając Zuzie dokończyć zdania.

– Popatrz – dziewczyna podeszła do ciotki i wskazała palcem na jedne z pierwszych słów listu – ona tu pisze, że zapewne dotarła do mnie informacja o śmierci ojca. – Podniosła wzrok na krewną. – A ja przecież nie dostałam tej informacji. Nie przyszedł do mnie żaden list, nikt nie dzwonił, aby mnie o tym poinformować. Dlaczego więc Lidia pisze o tym w taki sposób, jakby była pewna, że wiedziałam, co się stało? Ciociu, a może jednak była do mnie jakaś korespondencja? Nie odebrałaś czegoś w moim imieniu? Ty albo wujek? Zastanów się, proszę.

Elwira zaperzyła się, a na jej policzkach wykwitł rumieniec.

– Co też ty opowiadasz, Zuzia! Jakby cokolwiek do ciebie przyszło, to zaraz bym ci przekazała. Ale nie było żadnej korespondencji. Telefonów zresztą też nie – dodała stanowczo, czując, jak przyspiesza jej puls.

– W takim razie, dlaczego ta kobieta myśli, że wiedziałam o śmierci ojca? – zastanowiła się głośno Zuzka.

– A mnie skąd to wiedzieć? – Karasiowa wzruszyła ramionami. – Może i ona wysłała jakieś zawiadomienie, ale wiesz, jak to bywa, czasem poczta nawala i list mógł gdzieś zaginąć. Może tak było, a może nie. Równie dobrze mogła ot tak, napisać bez zastanowienia, że dotarła do ciebie wiadomość, a wcale jej wcześniej nie przekazała. Ludzie czasem automatycznie piszą różne rzeczy.

Zuza machnęła ręką.

– W porządku. Było, jak było. To teraz nie jest istotne. Ważne, że nie zamierzam jechać na żadne otwarcie testamentu.

Elwira przysunęła się bliżej. Jej nalaną twarz rozjaśnił teraz nieśmiały uśmiech.

– I bardzo mądrze, dziecko. – Położyła pulchne dłonie na ramionach siostrzenicy. – Niepotrzebne ci żadne ochłapy od tego człowieka. Tym nie da się wymazać prawie dwudziestu lat nieobecności. Dasz sobie radę bez jego jałmużny.

Mówiąc to, Karasiowa przyciągnęła dziewczynę do siebie. Zuza nie lubiła tych czułości ze strony ciotki, ale tym razem mimowolnie odwzajemniła uścisk.

Po śmierci matki, cztery lata wcześniej, ciotka Elwira i jej rodzina stały się najbliższymi osobami, jakie Zuza miała na świecie. Poza nimi i Remkiem nie miała nikogo.

Teraz, kiedy Remek także odszedł, Elwira Karaś, jej mąż i dzieci stanowili jedyną rodzinę Zuzy Wizner.

– Chodź na dół, dziecko. – Ciotka odsunęła siostrzenicę od siebie. – Napijemy się kawki, co? Nie siedź tu sama w pokoju i nie myśl już o tym. A najlepiej wyrzuć ten list i zapomnij o tej wstrętnej kobiecie.

– Zaraz przyjdę, ciociu. – Zuza wyprasowała dłońmi bluzkę, lekko pomiętą od mocnego uścisku krewnej. – Daj mi pięć minut, dobrze?

– Dobrze, skarbie. – Elwira się uśmiechnęła. – To ja zejdę na dół nastawić ekspres, tak?

– Tak, jasne.

Karasiowa, ociężałym krokiem, wyszła z pokoju.

Zuza opadła na fotel, który chwilę wcześniej zajmowała ciotka.

Znowu sięgnęła po list.

Ze swej strony bardzo liczę, że się pojawisz, kolejny raz przeczytała słowa Lidii.

– Niczego od was nie chcę – powiedziała sama do siebie. – Po cholerę do mnie napisałaś? – dodała, wpatrując się w eleganckie, okrągłe, kobiece pismo.

Podjęła już decyzję.

Nie pojedzie do Cudnychnieb. Nie chce znać treści testamentu ojca.

A przede wszystkim – nie chce widzieć się z Lidią.

Redakcja:

Barbara Mikulska, Joanna Czarkowska

Korekta:

Ewelina Plewa

Projekt okładki:

Joanna Halerz

Skład wersji elektronicznej:

Hotch Studio Paweł Czarkowski

Wydanie I, Warszawa 2026

ISBN 978-83-66767-97-3

Copyright © by Agnieszka Martyka, Gdów 2026

Copyright © for all editions by Wydawnictwo Alegoria, Warszawa 2026

Wydawnictwo Alegoria Sp. z o.o.

Ul. Chmielna 73 B, lok 14

00-801 Warszawa

tel. 600 762 716

e-mail: [email protected]