W biegu do marzeń - Zuza Kordel - ebook + książka
NOWOŚĆ

W biegu do marzeń ebook

Zuza Kordel

0,0

27 osób interesuje się tą książką

Opis

Czasem najtrudniejszy dystans do pokonania dzieli nas od drugiego człowieka

Dominika zawsze była w ruchu. Biega, ćwiczy, działa – jakby zatrzymanie się choć na chwilę mogło sprawić, że dogoni ją przeszłość. A przecież dobrze wie, że przed niektórymi rzeczami nie da się uciec. Nawet jeśli ma się świetną kondycję.

Czwarta z dobrze znanej czytelniczkom paczki przyjaciółek po serii nieudanych związków w końcu odnajduje to, czego tak długo szukała – przy Michale czuje spokój i bezpieczeństwo. Przy nim po raz pierwszy od dawna nie musi udawać silniejszej, niż jest naprawdę.

Pojawiają się jednak sygnały, których nie sposób ignorować. Dziwne przeczucia, coraz więcej pytań i to uporczywe wrażenie, że Michał nie mówi jej całej prawdy. Dominika nie chce czekać, aż los odkryje przed nią najgorsze karty, i sama postanawia znaleźć odpowiedź na swoje wątpliwości. Tyle że kiedy emocje przejmują stery, łatwo pomylić intuicję ze strachem. Zwłaszcza jeśli przez życie niesie się ciężar bolesnych doświadczeń z przeszłości…

W biegu do marzeń to pełna emocji opowieść o miłości, za którą zawsze warto pobiec. I która jak nic innego dopinguje do przekraczania granic swoich możliwości i walki o spełnienie marzeń.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 274

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Copyright © 2026 by IWR WE sp. z o.o.

Copyright © 2026 by Zuzanna Jabłońska-Kordel

Redaktor prowadzący: Magdalena Kędzierska-Zaporowska

Adiustacja językowo-stylistyczna: Katarzyna Machowska

Korekta: Anna Strakowska

Redakcja techniczna: Paweł Kremer

Projekt okładki: Lena Wójcik

Zdjęcie autorki: Jakub Jabłoński-Kordel

Zdjęcie na okładce: Adobe Firefly

Wydanie I | Kraków 2026

ISBN ebook: 978-83-8404-190-1

Emocje Plus Minus, ul. Meissnera 20, 31-457 Kraków

Dział sprzedaży: [email protected]

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotował Jan Żaborowski

Prolog

Ta kawiarnia w niczym nie przypominała Krainy Słodkiego Jutra. Nie powiem, żeby wnętrze nie było stylowe, również cynamonka, którą raczyłam się trochę na pocieszenie, a trochę dlatego, że byłam głodna jak wilk, nie była najgorsza, choć oczywiście do tych Haniowych się nie umywała. Jednak czegoś tam brakowało. Tej wyjątkowej przytulności, atmosfery zachęcającej do tego, by rozsiąść się na jednym z odnowionych krzeseł albo zapaść się w mięciutkim fotelu uszaku. Poczucia, że jesteś mile widzianym gościem. Tutaj z każdej ściany, każdej ozdoby precyzyjnie ustawionej na fikuśnym stoliku wyzierała anonimowość.

A może po prostu brakuje mi tam przyjaciółki, która była moją powiernicą, wsparciem i, trochę wbrew swojej woli, moją partner in crime. Tam za ladą stała dziewczyna z mnóstwem tatuaży i kolczyków, serio, były wszędzie! W brwiach, nosie, nawet w policzkach, i według mnie wyglądało to naprawdę cool. Bardzo rockowo. A ja kochałam taki rockowy styl. Oczywiście powiedziałam tej lasce, że wygląda niesamowicie. Chciałam dodać, że zawsze marzyło mi się więcej kolczyków ponad te w płatkach uszu, ale to ta jedna jedyna rzecz w życiu, na którą brakowało mi odwagi. Kompletnie nie potrafiłam sobie wyobrazić, jak wyglądałabym, dajmy na to, z takim septum. Nawet rozwój sztucznej inteligencji nie pomógł. Choć wielokrotnie przerabiałam swoje zdjęcie i wyraźnie widziałam, jak się prezentuję, nadal nie potrafiłam się zdecydować. Cóż, może to akurat nie było dla mnie. Jednak nie podzieliłam się przemyśleniami z dziewczyną, bo w odpowiedzi na mój komplement jedynie wzruszyła ramionami i rzuciła „dzięki” pod nosem. Nie miałam jej tego za złe, bo, tak jak zawsze powtarzała mi Patka, nie każdy musi uwielbiać zagadywać ludzi i w ogóle uwielbiać ludzi, como yo. Właśnie, ostatnio zaczęłam uczyć się hiszpańskiego. Gdy powiedziałam o tym Anastazji, załamała ręce i spytała, czemu mój wybór nie padł na włoski. Zapomniałam, że przecież Ana doskonale mówiła po hiszpańsku. Z entuzjazmem wyjaśniłam naprędce, że ona mieszkając w Bellagio, z pewnością w końcu nauczy się włoskiego i będziemy miały dwa nowe języki do dyspozycji podczas wspólnych wojaży! Szybko zostało mi przypomniane, że Nastka mówi po hiszpańsku niemal jak rodowita Kastylijka.

W ten sposób Anastazja została moim native’em, choć ostatnio zdarzyło mi się raz czy dwa opuścić umówione rozmowy. I było mi cholernie wstyd, bo te nibylekcje to był tak naprawdę mój czas z przyjaciółką, która mieszkała półtora tysiąca kilometrów stąd.

No, nie stąd. Z Warszawy, gdzie mieszkam. Stąd do Bellagio mam coś około tysiąca dwustu kilometrów.

Drodzy widzowie, spytacie, skąd do was nadaję. Już tłumaczę…

Chwila. W końcu po drugiej stronie ulicy zobaczyłam to, czego wypatrywałam już dobrze ponad godzinę. Zerwałam się z krzesła, jednocześnie słysząc, jak moje nowe, niemal fluorescencyjne pomarańczowe legginsy zaczepiają się o jakiś wystający ze struktury tego dziwnego mebla kawałek… czegoś. Może metalu. Nie miałam pojęcia, co to było, ale mówiłam, że z tą kawiarnią coś było nie tak! Postanowiłam chwilowo nie zawracać sobie głowy zaciągnięciem na materiale i nie przejmując się baristką, kucnęłam przy oknie, tak jakby ktokolwiek z drugiej strony ulicy miał szansę dostrzec mnie na piętrze budynku, w którym mieściła się kawiarnia. Sięgnęłam po lornetkę zawieszoną na szyi (czy to możliwe, żeby to przez nią dziewczyna z kolczykami patrzyła na mnie jak na szurniętą?) i zbliżyłam ją do oczu. To, co zobaczyłam, złamało mi serce.

Michał wysiadł z samochodu i podszedł do auta od strony pasażera. I wszystko stało się jasne. Łudziłam się jeszcze, że po prostu chce wziąć z fotela plecak, ale w głębi siebie wiedziałam, że tak nie będzie. Plecak zawsze wkładał na tylną kanapę. Wiedziałam, bo znałam go tak dobrze jak siebie.

A przynajmniej tak mi się wydawało. Może muszę przestać polegać na tym, co mi się wydaje. Przecież tak samo było z Patrycją. Byłam więcej niż przekonana, że przyjaciółka powiedziałaby mi o wszystkim, a tymczasem ukrywała przede mną jedną z najważniejszych decyzji swojego życia. Jeśli nie najważniejszą. Ale pokochałam tę decyzję, a Patrycji wybaczyłam.

Jemu nie będę w stanie wybaczyć, gdy już zobaczę to, na co wcale nie chciałam patrzeć, ale nie mogłam oderwać się od lornetki, którą kupiłam, kiedy jeszcze udawałam, że to wszystko zabawa, gra, że nie ma się czym martwić.

Zanim Michał podszedł do drzwi pasażera, na chwilę stanął za autem i smętnie zwiesił głowę. Pewnie dręczyła go myśl, że w końcu będzie musiał mi powiedzieć, że prowadzi podwójne życie. A może wcale mi tego nie wyjaśni? Może rzuci wyświechtany frazes o tym, że to, co między nami, to po prostu nie to? A może nie dam mu tej szansy. Może tylko zobaczę tę kobietę i wybiegnę stąd, i wygarnę mu wszystko przy niej. A może ona też nie ma o mnie pojęcia? Wyświadczyłabym jej przysługę.

W końcu otworzył drzwi i delikatnie pochylił się, by podać kobiecie rękę. Wiedziałam, że to kobieta, bo poza autem były już jej eleganckie, sięgające za kostkę botki, milion razy odpowiedniejsze na tę porę roku niż moje jaskrawe buty z siatki do fitnessu. W geście Michała jest tyle czułości, którą przecież znałam, że aż ścisnęło mnie w piersi. Dzięki lornetce byłam w stanie dostrzec, z jaką delikatnością ujął dłoń kobiety. Poczułam, że tracę grunt pod nogami.

I wtedy ona wyszła z auta, a ja dopiero po chwili zorientowałam się, że szczęka dosłownie mi opadła i wgapiałam się w okno z otwartymi ustami, z lornetką wciąż przytkniętą do oczu. Michał wraz ze znajomą mi kobietą zmierzali w stronę klatki schodowej mojego chłopaka. Szli bardzo powoli, jakby chodzenie sprawiało jej problem.

– Proszę pani? – Usłyszałam zza pleców głos baristki. Odwróciłam się w jej stronę. – Proszę pani, myślę, że powinna pani już iść… – dodała, sugestywnie patrząc na lornetkę w mojej dłoni.

– Chyba tak – zgodziłam się, nie mając pojęcia, co tu się, do cholery, działo. Wzięłam swoje rzeczy i zostawiłam oniemiałą dziewczynę samą przy oknie. Byłam pewna, że próbowała wypatrzeć, co bez reszty zajmowało moją uwagę przez ostatnich kilka minut. A może to nawet nie była minuta. Nie byłam w stanie stwierdzić.

Natomiast wiedziałam jedno. Jeśli ten dzień miał dać mi odpowiedzi, których szukałam, to kompletnie się nie spisał. Za to pojawiło się jeszcze więcej pytań.

Jakiś czas wcześniej

Totalnie nie rozumiałam, jak można nie lubić jesieni. Jasne, byłam największą zadeklarowaną wielbicielką lata, jaką ta planeta widziała, ale, hello? Jesień jest kozacka!

Pomyślcie tylko: promienie słońca tańczące pośród liści o wszystkich odcieniach brązu i pomarańczu. Widzicie je? No to do tego widoku dołóżcie pumpkin spice latte i kawałek idealnie pikantnego, nie za słodkiego ciasta dyniowego spod ręki Hani. No, ludzie, czy to nie jest zestaw idealny?! I tak, wiem, nie każdej jesieni można przyznać medal w kategorii „złota”, ale chwila, przecież każda jest polska, więc opis z powiedzeniem zawsze się sprawdza w minimum połowie! Tak, wiem… Moje żarty nie zawsze są śmieszne.

Ale za to ciasta Hanki zawsze są pyszne, a od kiedy, nie mogąc już słuchać, że przez jej biznes ja stracę pracę, bo będę przypominać pełną szczęścia cukrową kulkę, wprowadziła fitzamienniki najbardziej lubianych ciast, mogłam się nimi cieszyć niemal bez ograniczeń i nie obawiać się, że jeszcze chwila, a przestanę móc biegać i skakać, co w przypadku trenerki fitness slash personalnej mogłoby stanowić niejakie utrudnienie. Ale już nie musiałam się tym martwić, więc teraz też siedziałam w cukierni mojej przyjaciółki i czekałam, aż pomiędzy jednym a drugim klientem znajdzie dla mnie chwilę.

Z zachwytem patrzyłam na baristkę majstrującą coś przy ekspresie i chłopaka, który biegał pomiędzy stolikami, zabierając naczynia i przyjmując kolejne zamówienia. Z tym zachwytem nie przesadzałam. A czemu, Dominisiu, tak zachwycasz się tymi nieznajomymi ludźmi, spytacie. Ano dlatego, że dwójkę kelnerów Hania zatrudniła praktycznie od pierwszego dnia po otwarciu, ale wiedziałam, że miała wątpliwości, czy podoła utrzymaniu lokalu i pracowników. A tymczasem nie tylko utrzymywała tego chłopaka, który okazał się niemal niezastąpiony, ale i drugą kelnerkę, która dziś akurat nie miała zmiany, a do tego zatrudniła baristkę, by nie poprzestawać jedynie na popularnych kawowych wyborach, ale dać też gościom coś wyjątkowego. Baristka była jedną z najbardziej ponurych osób, jakie w życiu widziałam. Nie miałam pewności, czy kiedykolwiek się uśmiechnęła, i zastanawiałam się, czy z jej nerwami twarzy wszystko jest w porządku. Jednak z kawą miała takie same relacje, jak Hania z deserami i wypiekami. Gdy tylko zaczynała przygotowywać ten napój godny bogów, jej ruchy nabywały czegoś mistycznego, jakby spływało na nią natchnienie. I Hania, i jej baristka były artystkami, choć ich dzieła nie miały szansy przetrwać pokoleń, bo, cóż, smakowały po prostu zbyt pysznie, a i surowce były, jak by to ująć… nieco nietrwałe.

Hania doradzała niezdecydowanym klientom. Byłam przekonana, że to influencerzy, którzy dzięki tytanicznej pracy Any i jej, proszę o werble!, narzeczonego Alessandra, którzy pomagali Hani w prowadzeniu social mediów, nadciągali do Krainy Słodkiego Jutra, bo tak nazywała się cukiernia mojej przyjaciółki, nie tylko z każdego zakątka Warszawy, ale też z okolicznych miejscowości. Miałam w zwyczaju mówić, że z całej Polski, ale Hania kategorycznie zabroniła mi tak to określać, upierając się, że to nieprawda.

Prawda, tylko Hanka była zbyt skromna, żeby to przyznać.

No, ale w końcu udało się jej doprowadzić do finalizacji zamówienia. W sytuacjach, gdy ktoś nie był przekonany, na co ma ochotę, zgodnie z ustaleniami kelner wysyłał go do Hani, która umiała sprawić, by klient czuł się nie tak, jakby wybierał ciastko, tylko przynajmniej jakby w grę wchodziła designerska torebka. Ale właśnie taka była moja przyjaciółka. Z sercem na dłoni i czasem dla każdego. Cieszyłam się, że w końcu zaczęła obdarzać tym dobrem nie tylko innych, ale i siebie.

Teraz wytarła świeżo umyte ręce w papierowy ręcznik i wyszła zza lady, zmierzając w stronę mojego stolika. Celowo użyłam tego określenia, bo robię wszystko, żeby siedzieć właśnie przy nim. To mój ulubiony punkt w całym tym lokalu, oczywiście pomijając ladę z ciastami. Hania postawiła przede mną nową kawę, choć jeszcze nie dopiłam pierwszej.

‒ Spróbuj jeszcze tego ‒ powiedziała i niemal na jednym wdechu dodała: ‒ Musisz wiedzieć, że… ‒ Ale nie było jej dane dokończyć. Drzwi do cukierni otworzyły się i zanim jeszcze zobaczyłam, kto wchodzi, usłyszałam najsłodszy śmiech na świecie, słodszy nawet od Haninych ciast.

‒ Fuck, fuck, fuck ‒ wyszeptałam, a Hania zacisnęła usta.

‒ Właśnie chciałam ci powiedzieć ‒ również szepnęła. ‒ Dopiero co napisała, że wpadnie. Coś wymyślimy ‒ dodała i spojrzała na mnie w sposób, który zwykle dodawał mi animuszu. Ale tym razem poczułam wyrzuty sumienia. Hania nie cierpiała kręcenia, kłamania i wymyślania, a ja poniekąd ją do tego zmuszałam. Poza tym znowu miałyśmy tajemnice przed Patką, której córeczka Malina właśnie mnie zauważyła. Nie było w tym nic dziwnego, bo to też jej ulubiony stolik.

‒ Ciocia fitnesiara! ‒ krzyknęła mała, która okropnie szybko stawała się duża, i rzuciła mi się w otwarte ramiona. Porwałam ją w górę i, uważając, by nie zahaczyć o stolik albo, co gorsza, innych gości, zrobiłam kilka obrotów, trzymając ją na rękach. Od kiedy Malina nazwała Anastazję „włoską ciocią”, każda z nas dorobiła się własnego przydomka. Hania była „ciocią słodkiego jutra”, na którą awansowała ze „smutnej cioci”, co bardzo trafnie oddaje zmianę, jaka nastąpiła w życiu naszej przyjaciółki cukierniczki w ciągu ostatnich miesięcy.

Malina wyświadczyła mi dużą przysługę, bo nie musiałam się zmuszać do uśmiechu na widok Patrycji. Ojej, to zabrzmiało okropnie. Ja zawsze, ale to zawsze cieszyłam się, gdy Patka była w pobliżu. Ale nie cierpiałam mieć przed nią sekretów. Kiedyś nie dzieliły nas żadne tajemnice, a później… Nie chodziło o to, że Patrycja miesiącami ukrywała przed nami najpierw ogromne cierpienie, a później wielkie zmiany, które następowały w jej życiu. Hania kilka miesięcy wcześniej powiedziała mi o tym, jakim koszmarem była jej własna codzienność, bo została do tego dosłownie zmuszona. Ale ona chciała zachować to w sekrecie, by nikogo nie martwić. A ja to uszanowałam, jednak gdy Patrycja się dowiedziała, przyjęła ten sekret… powiedzmy, że nie do końca spokojnie.

A dziś znowu mam przed moją najbardziej wieloletnią przyjaciółką tajemnice, ale tym razem robię to dla jej dobra. Bo w życiu nie postawiłabym jej i jej męża między młotem a kowadłem. To byłoby po prostu podłe, ale wiem, że gdyby jakimś cudem Patrycja nagle zyskała supermoce czytania mi w myślach i zobaczyłaby to, o czym jej nie mówię, byłaby, delikatnie mówiąc, ostro wkurzona, że trzymam ją z dala od moich problemów. Ale, choć nie znałam się na prawdopodobieństwie, to raczej w kontekście nagłej przemiany Patrycji w medium czy jak to tam się nazywa, było ono dość nikłe. Mogłam więc spojrzeć na przyjaciółkę, posyłając jej uśmiech. Najpierw zobaczyłam na jej twarzy zaskoczenie, które płynnie przeszło w radość, a ta z kolei zmieniła się w zmartwienie. Rozpoznałam je po pionowej zmarszczce, która pojawiła się między brwiami Patki.

‒ Zaraz przyjdę ‒ wyczytałam z ruchu jej warg. Wokół jej nóg plątał się Futrzak, piesek, który kilka miesięcy temu był małą, puchatą kulką, a teraz wyglądał jak psi nastolatek. Długi, chudy i wciąż pełen energii. Jesienne słońce tego dnia się nie obijało i grzało jak szalone, więc Patka prowadziła Futrzaka na taras, gdzie dla psów jej i Hani został wydzielony specjalny kojec. Po chwili do naszych uszu dotarły radosne popiskiwania. Futrzak i Diego Hani byli ze sobą związani jeszcze przed tym, kiedy dziewczyny adoptowały czworonogi, i każde spotkanie było powodem do tak wielkiej psiej radości, której chyba nie da się opisać słowami.

‒ Malinko, czego się napijesz? ‒ spytała Hania dziewczynki, przybierając śmieszny ton.

‒ Hm, pogadam z Irenką! ‒ wykrzyknęła i już miała w podskokach udać się do baristki, ale delikatnie ją przytrzymałam.

‒ Chcesz, żeby twoja mama urwała nam głowy za to, że nie przypilnowałyśmy, żebyś zdjęła kurtkę? ‒ spytałam, a ona rzuciła okiem na swój jesienny płaszczyk. Zanim zaczęła go rozpinać, chwilę się nad czymś zastanawiała. W końcu poważnie pokiwała głową.

‒ Fakt, byłaby do tego zdolna ‒ powiedziała bez cienia wesołości, co zmusiło mnie i Hanię do powstrzymania wybuchu śmiechu. ‒ Ale miałam nadzieję, że nie zauważycie, bo, ciocie, ten płaszcz jest tak szalenie elegancki! ‒ dodała z ekspresją, a ja tym razem nie zdołałam się powstrzymać i parsknęłam śmiechem pod nosem. ‒ Co się stało, ciociu fitnesiaro? Zakrztusiłaś się kawką? ‒ Dziewczynka spojrzała na mnie uważnie.

‒ Nie, Malinko, po prostu jestem wzruszona tym, jak dużą uwagę przywiązujesz do stroju ‒ powiedziałam, choć podobno dzieci nie można okłamywać, ale niestety jestem skłonna przyznać, że w taki nieszkodliwy sposób zdarzyło mi się raz czy dwa wcisnąć Malinie jakiś kit. No, może miało to miejsce trochę częściej. Ale dzięki temu byłam jej, co prawda samozwańczą, ale ulubioną ciotką!

‒ To dobrze ‒ uznała Malina. ‒ Mamo, idę do Irenki, żeby mi doradziła jakiś spektakularny trunek ‒ oznajmiła Patrycji, która w międzyczasie zdążyła wrócić do stolika.

‒ Nie męcz zbytnio Irenki! ‒ krzyknęła w ślad za nią Patka i z rezygnacją pokręciła głową.

‒ Irena ją lubi ‒ powiedziała uspokajająco Hania, zajmując jedno z krzeseł. ‒ Wiem, że nie wygląda, ale naprawdę jest w porządku, po prostu… nie za często się uśmiecha ‒ dokończyła Hania szeptem, tak by jej słowa nie dotarły do uszu baristki Ireny. Zerknęłyśmy w kierunku Maliny, która z właściwą sobie energią opowiadała coś wspomnianej dziewczynie. Ta, jak zwykle, minę miała poważną, ale widać było, że uważnie słucha dziewczynki.

‒ To dziecko ją wykończy, zaraz po tym, jak wykończy mnie ‒ powiedziała Patka z westchnieniem, ale emocje w jej głosie przeczyły udręczeniu, które miały wyrażać słowa. Patrycja miała to, o czym od dawna marzyła. Rodzinę jak z obrazka, ona, mąż, córka i pies. A dodatkowo oni naprawdę byli szczęśliwi. Nieraz zmęczeni, ale szczęśliwi. Zerknęłam na Patkę. Na jej ustach błądził delikatny uśmiech i chyba odpłynęła myślami nieco dalej. Już, już myślałam, że mi się upiecze, gdy nagle wzrok mojej przyjaciółki odzyskał czujność i wycelowała we mnie spojrzeniem. Dosłownie. Poczułam się, jakby miała mnie na muszce.

‒ A w zasadzie co ty tu robisz? ‒ zapytała, a między jej brwi powróciła pionowa zmarszczka.

‒ Przyszłam na ciasto i przetestować nowe specjalności Ireny ‒ odparłam, wskazując na kawę, którą przyniosła mi Hania. Na potwierdzenie swoich słów pociągnęłam łyk ze szklanki. ‒ Stara, to jest pyszne! ‒ niemal krzyknęłam, patrząc na Hankę, ale to była szczera reakcja. Nie liczyłam, że zmylę w ten sposób Patkę.

No, może jednak miałam na to nadzieję. Ale tylko taką malutką.

‒ Dzięki, stara ‒ odpowiedziała matowym głosem Irena, do której widać dotarł mój werbalny zachwyt.

‒ No dobra, ale co robisz tu bez Michała? ‒ spytała Patrycja, a ja westchnęłam w duchu, jednak nie byłam zaskoczona. ‒ Pokaż mi to, bo chyba serio ci smakuje ‒ powiedziała, zanim odpowiedziałam, i sięgnęła po moją szklankę. Tym samym kupiła mi trochę czasu. ‒ Ej, ale pyszne! Co tu jest? ‒ spytała Hani z zachwytem.

‒ Irena zazdrośnie strzeże swoich sekretów ‒ odparła Hanka bez cienia żalu. Sama nie dzieliła się swoimi przepisami, więc dobrze rozumiała pracownicę. ‒ Ale według listy alergenów, którą przygotowała, uznałam, że to jest tonik espresso, tylko z dodatkiem jakiegoś specjalnego syropu, który sama robi. Na pewno jest tam świeży imbir. Irena uznała, że na początek jesieni dobrze będzie mieć w karcie napojów coś na zimno, ale już takiego, wiecie… korzennego ‒ dokończyła.

‒ Irena jest geniuszką ‒ powiedziałam, kończąc kawałek marchewkowego ciasta. W tym czasie kelner przyniósł Patce jej zamówienie.

‒ Aż żałuję, że nie wiedziałam, co pijesz, gdy zamawiałam ‒ powiedziała Patrycja, patrząc na moją szklankę.

‒ Wypijemy na pół ‒ zaproponowałam.

‒ Nie wygłupiajcie się. ‒ Hania parsknęła. ‒ Patka, zaraz ci przyniosę to samo co Dominice. I tak, zgarnę przy okazji Malinę ‒ dodała, zanim Patrycja zdążyła ją o to poprosić.

‒ Jesteś aniołem ‒ powiedziała w ślad za nią, a później wbiła widelczyk w pomarańczowo-cynamonowe ciasto, które wyglądało obłędnie.

‒ Daj spróbować. ‒ Wyciągnęłam swój widelczyk w kierunku talerzyka, który do mnie przysunęła. ‒ Jak dobrze, że Hania wprowadziła fitopcje, bo naprawdę miałabym plus dziesięć kilo na wadze ‒ wymruczałam zachwycona kolejną nowością z jesiennego menu.

‒ Chyba też muszę choć częściowo przerzucić się na wersje bez cukru ‒ mruknęła Patka. ‒ No to? Gdzie Michał? ‒ Znów wbiła we mnie to spojrzenie śledczego z CSI, ale ja już zdążyłam się przygotować na odpowiedź.

‒ Coś mu wypadło w pracy i musiał zostać w Krakowie ‒ wyjaśniłam, trzymając się wersji, którą sama usłyszałam.

I w którą nie do końca umiałam uwierzyć. A chciałam, naprawdę. Chciałam być jedynie trochę zawiedziona i nieco smutna z tego względu, że nie spędzę z ukochanym weekendu. I byłam. Za pierwszym razem, gdy odwołał swój przyjazd do Warszawy. I za drugim, i za trzecim też. Każdej normalnej osobie czerwona lampka już by nie mrugała, ale urządzała w myślach dyskotekę, tylko ja chyba po prostu nie umiałam nie ufać ludziom, których kochałam. Nawet jeśli intuicja podpowiadała mi, że ktoś robi mnie w balona, ja uparcie wierzyłam, że nawet jeżeli, to takiego z helem, żebym mogła się wznieść do gwiazd. Ale w pewnym momencie nie mogłam już tego ignorować, a dodatkowo najzwyczajniej w świecie tęskniłam. Zaproponowałam, że znajdę sobie zastępstwo na sobotę w klubie na poranne zajęcia sportowe i że to ja przyjadę do Krakowa. Mam mówić szczerze? Do tamtej chwili byłam przekonana, że Michał powie coś w stylu: „Cudownie! Nie chciałem, żebyś musiała kombinować z grafikiem, dlatego sam nie zaproponowałem, żebyś ty wpadła do mnie” i że któregoś razu w chwili słabości niepotrzebnie zawróciłam Hani głowę swoimi obawami, a tymczasem… odmówił. Cisza po drugiej stronie połączenia panowała o sekundę za długo, żebym mogła sobie wmawiać, że wszystko jest okej. Owszem, argumenty miał racjonalne. Musiał jechać do klienta podłączyć jakieś serwery i miało to trwać całą sobotę i kawałek niedzieli. Przez większość czasu byłabym po prostu sama. Ale… No właśnie, zawsze jest jakieś „ale”. Od samego początku naszej znajomości Michał podkreślał, że może robić nadgodziny i brać dodatkowe zlecenia czy nawet pracować po nocach, ale jedynie w tygodniu. Że jeśli decyduje się na jakąś robotę w weekend, to tylko dla stałych klientów i wtedy, gdy nie ma innego rozwiązania. Przez długi czas tak właśnie było. W tym okresie miał może dwa weekendowe zlecenia, które przyjął, i o nich wiedział z wyprzedzeniem. A później coś się zmieniło. Weekendowe zlecenia były częstsze i pojawiały się z dnia na dzień. I było coś jeszcze… Jakiś dystans, który pojawił się między nami. Podczas tych coraz rzadszych chwil, w których byliśmy razem, coraz częściej miałam wrażenie, że Michał myślami jest zupełnie gdzie indziej. A ja nie miałam pojęcia, gdzie…

‒ Aua! ‒ syknęłam, gdy strumień moich myśli przerwał łokieć Patrycji, wbijający mi się pod żebra. Spojrzałam na nią z pretensją. ‒ A to za co?

‒ Nie wiem, gdzie byłaś, ale z pewnością nie tutaj ze mną, więc przywołałam cię z powrotem ‒ odpowiedziała z beztroskim wzruszeniem ramion. Mimo własnych zmartwień poczułam, że zaczynam się uśmiechać. Od kiedy w życiu Patrycji i Szymona pojawiła się Malina, moja przyjaciółka zyskała coś, czego nie umiałam do końca opisać… Emanowała takim wewnętrznym światłem, bił od niej spokój, choć przecież nie raz i nie dwa, jak to matka, musiała się nieźle nagimnastykować, żeby dojść z córką do porozumienia. Przy Anastazji czułam się podobnie. Nawet wtedy, gdy turyści dawali jej popalić, pod płaszczem irytacji i zmęczenia było to coś, jakby… spełnienie? ‒ Halo, nie odpływaj znowu! Co się z tobą dzieje? ‒ Patka zmarszczyła czoło. ‒ Pytałam, jakim cudem znowu mu coś wypadło.

To jest clue, dla którego nie chciałam angażować Patrycji w moje zmartwienia, których źródłem był Michał. Patrycja to moja przyjaciółka i żona Szymona. Szymon to przyjaciel Michała i mąż Patrycji. Poza tym przyjaźnimy się też na krzyż, to znaczy ja z Szymonem, a Patka z Michałem. Tłumaczenia wychodzą mi podobnie jak czasem żarty, czyli co najwyżej miernie, ale mogę wam to rozrysować.

‒ Wiesz, rynek się zmienia ‒ powiedziałam, starając się brzmieć tak, jakbym wiedziała, o czym mówię, i udając zainteresowanie okruszkami ciasta, które zostały na moim talerzyku. ‒ Jest coraz więcej automatyzacji różnych procesów… ‒ Przerwałam na chwilę, podniosłam wzrok na Patkę i widząc jej minę, uświadomiłam sobie, że te słowa to nie jest moja genialna myśl uwolniona, tylko wypowiedź Szymona sprzed paru dni, którą jednym uchem wpuściłam, a drugim wypuściłam, bo, przepraszam za szczerość, ale rynek informatyczny jest czymś, czym mimo starań nie potrafię się zainteresować. A jednak te słowa zostały zakopane gdzieś głęboko w mojej podświadomości po to, by zemścić się za grzech mamtowdupizmu i nawiedzić mnie w najmniej odpowiednim momencie. Ale skoro powiedziałam A, to musiałam wyśpiewać alfabet do końca. ‒ I pewnie Michał nie chce marnować okazji do wzięcia zlecenia ‒ wybąkałam, odwracając wzrok od Patki.

‒ Mam déjà vu ‒ powiedziała Patrycja, w końcu odrywając ode mnie wzrok i wbijając go w okno. ‒ Wydaje mi się, że ostatnio już coś na ten temat słyszałam ‒ mruknęła pod nosem z zamyśleniem, a ja w duchu odtańczyłam taniec zwycięstwa. Po pierwsze, nie przyłapała mnie na ukrywaniu przed nią zmartwień. Po drugie, nie jestem wyrodną partnerką, bo Patka też nie umie wykrzesać z siebie zainteresowania rynkiem IT. Albo obie jesteśmy wyrodne, ale zawsze lepiej nie być w czymś sama, prawda? ‒ Hej, ale Szymon i Michał nie stracą pracy? ‒ Patrycja znowu wbiła we mnie spojrzenie i już, już zastanawiałam się, czy przypadkiem jednak mnie nie rozgryzła.

‒ Nie, bo oni są w topce dobrych specjalistów ‒ odpowiedziałam, znowu słysząc w głowie głos Szymona, który tym razem postanowił dopomóc mi w opresji, w którą, jakkolwiek by patrzeć, sam mnie wpędził. Patka chyba nie zastawiała na mnie pułapki, bo odetchnęła z ulgą. ‒ Ale wiesz, nie mogą odpuszczać, muszą się starać ‒ dodałam, by uwiarygodnić powód, dla którego miałam się w nadchodzący weekend nie zobaczyć z Michałem. Patrycja zbyła to machnięciem dłoni.

‒ Skoro dalej będą zarabiać, możemy już zostawić te nudy ‒ powiedziała i odsunęła się od stolika, bo właśnie dołączyły do nas Hania z Maliną i dziewczynka chciała się wpakować matce na kolana.

‒ Przepraszam, że tyle czekałyście ‒ powiedziała Hania. Chciała coś dodać, ale Malina weszła jej w słowo.

‒ Ciociu słodkiego jutra, ty nie przepraszaj. Ja zresztą też nie będę, bo mama i ciocia fitnesiara dzięki nam mogą teraz oglądać dzieło sztuki ‒ powiedziała z dumą, wskazując na talerzyk, na który do tej pory nie zwróciłyśmy uwagi. Babeczka z waniliowym nadzieniem wyglądała jak senny koszmar każdego cukiernika. Każdego, poza tym, który kocha Malinę, bo Hania nie wyglądała na przerażoną, wręcz przeciwnie, z czułością uśmiechała się do dziewczynki.

‒ Wow ‒ skomentowała Patka z grymasem, który mógł oznaczać dosłownie wszystko. Malina wzięła to za zachwyt i na jej twarzyczce pojawił się wyraz ukontentowania.

‒ Dobrze ‒ Malina pochwaliła matkę za stosowną reakcję, a później przeniosła wzrok na mnie. ‒ A co ty powiesz, ciociu fitnesiaro?

‒ Mnie to zabrakło słów ‒ powiedziałam, przyciskając dłonie do serca i, jak miałam nadzieję, z zachwytem wpatrując się w babeczkę.

‒ Nie dziwię ci się. W końcu nie co dzień odkrywa się w dziecku talent ‒ odparła z westchnieniem, przenosząc wzrok ze mnie na swoje dzieło. ‒ No cóż, sztuka nie może być wieczna ‒ dodała i odgryzła spory kawałek babeczki. ‒ Idę do piesków, bo wy przynudzacie. ‒ Zsunęła się z kolan Patki i z babeczką w dłoni w podskokach ruszyła na taras.

‒ Tylko się z nimi nie dziel! ‒ krzyknęła w ślad za nią Patrycja, a gdy Malina znajdowała się już poza zasięgiem i nie mogła nas usłyszeć, wszystkie trzy wybuchnęłyśmy śmiechem.

‒ Jestem wzruszona odkryciem talentu w dziecku ‒ wykrztusiła Patka pomiędzy jednym a drugim napadem wesołości. ‒ Hania, może sobie u ciebie dorobi, co?

‒ Oj, bardzo bym chciała, ale to się może nie spodobać rzecznikowi praw dziecka ‒ powiedziała Hania z udawanym żalem, ocierając łzę. ‒ Nie pamiętam, kiedy płakałam ze śmiechu.

Ja też się zdrowo uśmiałam. Na chwilę nawet zapomniałam o tym, o czym chciałam dzisiaj z Hanią porozmawiać. Ale tylko na chwilę. Moje obawy zaraz wróciły do mnie jak bumerang.

Nie chciałabym wyjść na zołzę, ale gdy Patrycja pojechała do domu, odetchnęłam z ulgą. Podeszłam do Hani, która myła witrynę cukierniczą.

‒ Zamknąć? ‒ spytałam, a Hania pokiwała głową i podała mi klucz. Kiedyś by odmówiła, kazała mi usiąść i chciałaby każdą, nawet najdrobniejszą rzecz zrobić sama. Ale ostatnie miesiące nauczyły moją przyjaciółkę, że życie to gra multiplayer i w pojedynkę nie ma się w niej szans. Podeszłam do drzwi i przekręciłam klucz. Później, gdy będziemy wychodzić, Hania uruchomi alarm, ale miałyśmy spędzić w Krainie Słodkiego Jutra jeszcze dobrych parę chwil. Nie pytając, zaczęłam podnosić krzesła na stoły, a później wzięłam się do odkurzania. Może dobrze się stało, że nie czekałam w domu na Michała, tylko byłam tutaj, z przyjaciółką. Dziś wyjątkowo jej pracownicy mieli jakieś ważne sprawy od razu po pracy i puściła ich oboje wcześniej. To się w Hani nie zmieniło. Ta dziewczyna miała po prostu dobre serce i nie dała mu zamienić się w kamień mimo koszmaru ‒ nie boję się użyć tego słowa ‒ który przeżywała w ostatnich latach. Gdy postanowiła zawalczyć o siebie, nie stała się kimś innym, tylko najlepszą wersją tej Hani, którą była od zawsze.

Gdy umyłam podłogę, a Hania uporała się ze sprzątaniem zaplecza i założyła Diegowi obrożę, niespiesznie wyszłyśmy wraz z psem na zewnątrz. Po uruchomieniu alarmu Hania zapięła się pod samą szyję.

‒ Czuć, że lato się skończyło, co? ‒ spytała, a ja skinęłam głową. ‒ Pierwszy raz od dawna nie boję się zimy ‒ dodała tak cicho, że nie byłam pewna, czy w ogóle kierowała te słowa do mnie. Spojrzałam na przyjaciółkę z troską.

‒ Dlaczego bałaś się akurat zimy? ‒ zapytałam.

‒ Wiesz, zimą mniej czasu spędza się na zewnątrz. Ludzie bunkrują się w swoich przytulnych mieszkaniach, oglądają filmy, dłużej śpią ‒ mówiła spokojnie. ‒ Ale ja nie cierpiałam być w domu, gdy był tam Wiktor. Wiesz, że między nami nie było rozmowy, tylko dźwięki telewizora, ale ten spokój był pozorny. Byłam w ciągłym napięciu, czekałam na atak ‒ opowiadała mi o tym, co niby już wiedziałam, ale za każdym razem, gdy ten temat się pojawiał, pękało mi serce. Chyba sama Hania szybciej ułożyła się z tym, co wydarzyło się w jej życiu, niż ja. Nie mogłam znieść myśli, że najlepsza, najcieplejsza osoba, jaką znam, tak długo cierpiała w ciszy. ‒ Ale teraz jest inaczej ‒ powiedziała pogodnie i posłała mi uśmiech. ‒ Naprawdę cieszę się na zimę. Ona daje tyle możliwości, tyle ciast kojarzy się z zimą właśnie ‒ dodała, a ja wyobrażałam sobie, że przed oczami ma teraz nie chodnik i kolorowe liście, które jeszcze nie opadły z drzew, ale torty, ciasta i ciasteczka, których czas nadejdzie szybciej, niż nam się wydaje.

‒ Na razie nie spróbowałam wszystkich nowości z jesiennego menu ‒ powiedziałam z uśmiechem.

‒ Jeszcze długo będziesz miała okazję. Przejdziesz się ze mną i Diego? ‒ zaproponowała. Hania była delikatna i subtelna. Wiedziałam, że właśnie daje mi przestrzeń, bym mogła wyrzucić z siebie wszystkie wątpliwości, zmartwienia i obawy.

‒ Chętnie ‒ przyjęłam propozycję i niemal od razu zaczęłam mówić o tym, co siedziało we mnie od momentu, w którym Michał poinformował mnie, że jednak znowu się nie zobaczymy. ‒ Chyba jednak będę musiała się wybrać do Krakowa bez zapowiedzi.

‒ Ale chyba nie w ten weekend? ‒ spytała Hania. ‒ Skoro powiedział, że to nie ma sensu… ‒ Zdążyłam streścić jej moją rozmowę z Michałem, jeszcze zanim do cukierni przyszła Patrycja.

‒ Nie, w ten nie. ‒ Pokręciłam głową. ‒ Ale w kolejny już tak. Tylko że nie będę z nim tego uzgadniać. Odwoła swój przyjazd, a ja po prostu wsiądę w samochód i do niego pojadę.

‒ Może nie odwoła ‒ powiedziała Hania. ‒ Może naprawdę coś się wydarzyło, a może coś planuje… ‒ Zawiesiła głos, a ja spojrzałam w jej stronę.

‒ Patrycja coś ci wspominała? ‒ spytałam, czując, że moje serce gwałtownie przyspieszyło. Jednak gdy na twarzy Hani odmalowało się poczucie winy, oczywiście niepotrzebne, zrozumiałam, że źle odebrałam jej słowa.

‒ Przepraszam, Domciaku ‒ powiedziała, krótko ściskając mnie za dłoń. ‒ Nie chciałam, żeby to zabrzmiało, jakbym coś wiedziała…

‒ Daj spokój. ‒ Machnęłam ręką, nie chcąc dać po sobie poznać, że czuję się jak przebity balonik. ‒ Przecież rozmawiamy normalnie, a ja wszędzie doszukuję się sygnałów…

‒ A powiedz ‒ zaczęła Hania. ‒ Skoro masz teraz takie wątpliwości… Przyjęłabyś oświadczyny?

Zamilkłam i, jak na siebie, nie odzywałam się nienaturalnie długo. Nie dlatego, że szukałam odpowiedzi, wręcz przeciwnie. Zwlekałam z podjęciem tematu, bo doskonale wiedziałam, że powiedziałabym „tak”. A przecież jeśli ma się jakiekolwiek wątpliwości, nie powinno się podejmować tak ważnej decyzji. Poprzednia wiosna i odkrycie przez Hanię kart, uświadomienie mi, co może się dziać za zamkniętymi drzwiami, gdy pozornie nie mają tam miejsca żadne okropieństwa, powinny dać mi do myślenia. I dały, ale ja wciąż uparcie kierowałam się sercem. Nie umiałam tego opanować. Poczułam, że mimowolnie zaciskam wargi.

‒ Hej ‒ cichy głos Hani wdarł się w moje rozmyślania i poczułam, jak ściska mnie za rękę. ‒ To nic złego, wiesz o tym? Kochasz Michała, a tak naprawdę nic się nie stało. To wszystko to tylko domysły, nic więcej. ‒ Skinęłam głową, bo gdybym spróbowała się odezwać, z moich oczu trysnęłaby fontanna. Niesamowicie wzruszało mnie to, że są na świecie osoby, które tak dobrze mnie znają, akceptują i nie mają wobec mnie oczekiwań, że zachowam się „jak należy”. ‒ Mimo wszystko dobrze by było, gdybyś rozwiała wątpliwości i, Domi, tak sobie myślę… ‒ Moja przyjaciółka na chwilę zawiesiła głos, a ja wstrzymałam oddech, bo dobrze wiedziałam, co zaraz nastąpi. ‒ Dlaczego nie wyłożysz kawy na ławę i po prostu nie porozmawiacie szczerze? Kto jak kto, ale ty jesteś mistrzynią w takich konfrontacjach i nigdy nie owijasz w bawełnę ‒ powiedziała i miała rację… Tylko że nie w tym przypadku.

Randki i przelotne związki to była moja specjalność. A dlaczego zawsze odcinałam się, gdy zaczynało się robić naprawdę na serio? Bo zwyczajnie się bałam.

Bałam się zranienia, odrzucenia, bycia niewystarczającą. Ale przede wszystkim obawiałam się tego, że nigdy, przenigdy w żadnym związku nie poczuję się bezpiecznie. A właśnie o tym bezpieczeństwie marzyłam. Nikt nie musiał się mną szczególnie opiekować. Poduszkę finansową też umiałam sobie zapewnić w pojedynkę. Chodziło o to, by wracać do domu z przekonaniem, że wszystko, ale to wszystko będzie tam w porządku. Nie musieć biec na złamanie karku, zastanawiając się, czy zastanę w mieszkaniu wszystko to, co było tam, gdy wychodziłam do pracy…

Odsunęłam od siebie te nieprzyjemne myśli i popatrzyłam na Hanię. Poczułam, jak wbrew mojej woli na twarzy pojawia mi się szeroki uśmiech, a ja sama zaczynam kipieć energią. Nie wiedziałam, skąd ona się bierze, ale w sytuacjach, gdy ktoś dla mnie ważny zaczynał się za bardzo martwić, czułam, jakby mój mózg produkował jakąś szaloną dawkę endorfin, która nieprzytomnie poszukiwała ujścia na zewnątrz. I wtedy moje obawy, problemy i lęki zostały spychane gdzieś tam, daleko na samo dno świadomości. A ja z tego korzystałam.

‒ Zrobię to ‒ zapewniłam, choć sama nie wierzyłam sobie za grosz. ‒ Muszę tylko się z nim spotkać. Na odległość niczego nie załatwię ‒ dodałam i popatrzyłam na przyjaciółkę. Skinęła głową, ale w jej oczach widziałam, że nie do końca mi uwierzyła.

Dalsza część w wersji pełnej

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Prolog

Jakiś czas wcześniej

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Meritum publikacji