Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł
12 osób interesuje się tą książką
Piorunowe dzieci. Niezwykła więź. I przeznaczenie, którego nikt nie powstrzyma
Nad Kaszubami szalała burza, gdy przyszli na świat. Bliźnięta. Dziewczynka i chłopiec. „Piorunowe dzieci” – szepnęła babka. – „Nieść będą grzmot w sercu”.
Waleria i Walerian dorastają w świecie, który właśnie zaczyna pękać. Wielka wojna zabiera im ojca, głód zagląda do rodzinnego domu, a historia brutalnie wdziera się w ich codzienność. Ale ich więź jest niezwykła - nierozerwalna, dzika i obsesyjna. Razem przeciwstawiają się światu, razem odkrywają jego okrucieństwo i pokusy. Ale wojna zostawia ślad w każdym sercu. A miłość, nawet ta najgłębsza, potrafi stać się niebezpieczna.
Między niemieckim mundurem, polską nadzieją i kaszubską tożsamością rodzi się saga o ludziach rozdartych między tym, kim są, a kim każą im być. To opowieść o rodzinie, namiętnościach i traumach dziedziczonych przez pokolenia. O Kaszubach, jakich nie znamy – pełnych dawnych wierzeń, surowego piękna i ludzi, którzy musieli nauczyć się żyć pomiędzy granicami, językami i historiami.
Daria Kaszubowska (kaszub. Dariô Kaszëbòwskô) to Kaszubka z krwi i kości, z dziada pradziada. Całym sercem kocha swoją małą ojczyznę i pragnie przybliżać Czytelnikom historię tych ziem i zamieszkujących ją ludzi. Jest osobą wysoce wrażliwą, lecz wojowniczą, skłonną do kompromisów, ale upartą, czasem ekstrawertyczką, czasem samotnikiem, artystyczną duszą, którą życie nauczyło twardo stąpać po ziemi. Uwielbia historię, literaturę non-fiction, filmy biograficzne... i taniec. Otwarta na potrzeby innych, udziela się charytatywnie, działa społecznie. Prywatnie mama i żona.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 252
Data ważności licencji: 6/17/2031
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Projekt okładki: Karolina Żelazińska-Sobiech
Redaktor inicjujący: Monika Mielke
Redaktor prowadzący: Grażyna Muszyńska
Redakcja: Dorota Kielczyk
Redakcja techniczna: Sylwia Rogowska-Kusz
Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski
Korekta: Anna Sośnicka (Lingventa)
© by Daria Kaszubowska
© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2026
ISBN 978-83-287-3783-9
MUZA SA
Wydanie I
Warszawa 2026
–fragment–
Ten e-book jest zgodny z wymogami Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA).
MUZA SA
ul. Sienna 73
00-833 Warszawa
tel. +4822 6211775
e-mail: [email protected]
Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl
Wersja elektroniczna: MAGRAF sp.j., Bydgoszcz
Bóg się zmylił. Włożył jedno serce w dwa ciała – orzekła óma1 Hedwiga, gdy w rodzinie Richertów na świat przyszły bliźnięta. Dziewczynka i chłopiec. Ona urodziła się pierwsza, jakby silniejszy brat popchnął ją ku światu. Albo jakby ona, z natury wszędobylska i ciekawska, nie mogła już doczekać się nowej przygody.
Na zewnątrz szalała burza. Óma zapaliła gromnicę w izbie rodzącej synowej, aby święty ogień chronił dom przed piorunami. Kołyszący się płomień rzucał w półmroku tajemnicze bursztynowe kręgi. Nagle sine niebo rozdarło się na pół i rozświetliły je dwie błyskawice, jedna za drugą. Huk, który po nich nastąpił, był ogłuszający i przez moment nie było słychać nawet krzyku narodzonych dzieci. Chata Richertów zatrzęsła się w posadach – od kamiennych fundamentów, przez szachulcowe mury, aż po słomiany dach.
– Do Paróna2! – przeklęła Hedwiga z cicha, patrząc na nowo narodzone maluchy leżące na matczynej piersi. – Piorunowe dzieci. Nieść będą grzmòt3 w sercu.
Do izby wpadł przerażony Marcin Richert. Spojrzał wpierw na przygarbione plecy matki, pochylone nad gromnicą, potem na młodą Basię, dziewkę zatrudnioną do pomocy w gospodarstwie, a wreszcie na leżącą w barłogu żonę Stefanię, ledwo żywą ze zmęczenia.
– Słyszeliście ten trzask? – zapytał z przejęciem.
– Głuchy by usłyszał – mruknęła óma, odwracając do syna żółtą jak wosk twarz o głęboko osadzonych oczach, znikających w cieniu brwi.
– Gruszę w sadzie powaliło. Tę najlepszą. Na błotko spadła jak most.
– Gruszę… – powtórzyła Hedwiga niczym echo. Nie chciała straszyć młodych, ale to nie była dobra wróżba w dniu narodzin. Grusza: symbol miłości i długiego życia. Źle, bardzo źle, że runęła właśnie dziś.
– Knôpa4 masz – powiedziała zamiast tego. – I dzéùsa5 – dodała.
Marcin jakby dopiero się obudził. Spojrzał na Stefanię ze zdumieniem i wówczas zauważył dwa tłumoczki, które żona trzymała przy sobie. Nie był w stanie nawet drgnąć, nogi wrosły mu w podłogę. Od kilku godzin czekał cały w nerwach i nie wiedział, że już jest po wszystkim.
– Pój le6. – Stefania uśmiechnęła się do męża słabo, lecz z czułością.
Dopiero teraz odważył się zbliżyć. Ostrożnie, na miękkich nogach, jakby kroczył przez świątynię. Kobieta leżała na wysokich poduszkach. Obu ramionami przygarniała dzieci do piersi pod rozchełstaną koszulą. Maluchy były jeszcze niewykąpane, umazane krwią i śluzem, osłonięte jedynie prześcieradłem. Nie krzyczały już, jakby uspokajały je ciepło i zapach matczynej skóry oraz bicie jej serca. Wyglądały jak lustrzane odbicia. Pomarszczone, czerwone buzie, płowe pozlepiane mazią włosy i śliczne usteczka, intensywnie szukające matczynych sutków. Chłopiec miał na szyi pod prawym uchem dwa maleńkie znamiona, a dziewczynka identyczne na prawym ramieniu. Marcin pochylił się i złożył na ciepłych czołach pocałunki. Pachniały… życiem. Jak nowo narodzone źrebaki. A potem z wdzięcznością spojrzał w twarz żony, poszarzałą od cierpienia, ale rozświetloną jakimś wewnętrznym blaskiem.
– Bóg zapłac – wyszeptał do niej ze wzruszeniem.
Na zewnątrz znów zadudnił grzmot, ale już nie tak przerażający jak poprzednie. Burza zaczynała się oddalać. Tylko deszcz szumiał jednostajnie, a wiatr szarpał gałęziami drzew i malwami za oknem.
– Ojciec musi nadać dzieciom imiona – przypomniała óma.
– Niech będą silne… odważne… jak dzisiejszy grzmòt. Niech noszą imiona Waleria i Walerian – oznajmił, a zdawało się, że każde jego słowo drży jak powietrze podczas burzy.
Stefania przytaknęła z uznaniem.
Hedwiga też pokiwała głową, ale znacznie dłużej, z powagą, jakby przypieczętowywała tę decyzję i los wnucząt. A następnie spojrzała szorstko na Basię. Dziewczyna młoda była i płocha, z pewnością nie miała jeszcze nawet szesnastu lat.
– Co tak stoisz jak cielę? Wodę masz już zagrzaną? Dzieci trzeba kąpać! – pogoniła ją.
Basia, szurając bosymi stopami, pobiegła do kuchni sprawdzić, czy woda w wielkim garze już się zagotowała na piecu. Marcin uśmiechnął się do żony, a potem wyszedł zająć się codziennymi obowiązkami.
Choć Marcin zamówił u cieśli drugą kołyskę, bliźnięta za nic nie chciały spać osobno. Ich krzyk czasem trwał całą noc, aż do świtu… dopóki umęczeni rodzice nie zauważyli, że dzieci zasypiają dopiero wtedy, gdy jedno czuje u swego boku drugie. Sprzedali więc zbędną kołyskę i upychali maluchy w jednej. Nierzadko zdarzało się, że podczas snu piąstki brata i siostry splatały się ze sobą, jak pewnie nieraz splatały się wcześniej w matczynym łonie.
Gdy podrośli na tyle, że przestali się mieścić w kołysce, do izby wstawiono łóżko. Też tylko jedno. Na drugie i tak nie starczyłoby miejsca.
Waleria i Walerian jedli sporo i rośli jak młodzowi kùch7. Nadal wyglądali jak dwie krople wody, z coraz gęstszymi płowymi włosami i oczami jak woda w kaszubskich jeziorach, ni to szarymi, ni to niebieskimi, ni to zielonymi. W ubraniach – byli nie do odróżnienia. Dlatego Stefania doszyła do koszulek córki wstążki błękitne jak szaty Matki Boskiej, a do syna – różowe jak barwy wojownika.
– Në, i rok przeleciał jak z bicza strzelił! – oznajmiła óma Hedwiga pierwszego dnia sierpnia, gramoląc się ze swojego miejsca na zapiecku.
Przeciągnęła się, aż zatrzeszczały stare kości, a potem zajęła zabawianiem wnuków drewnianą grzechotką, by nie kręciły się pod nogami matki, zajętej skrobaniem warzyw na zupę. Jednak one bardziej niż grzechotką zainteresowane były burym kocurem, przeprowadzającym toaletę na sąsiednim taborecie. Gdy Waleria złapała go za ogon, kocur wysunął pazury i uderzył ją łapą w dłoń. Dziewczynka krzyknęła, a wtedy Walerian zamachnął się, by oddać kotu cios za cios, lecz mądre zwierzę zdążyło czmychnąć.
– Masz za swoje, po co drażnisz pùjka8? – fuknęła óma, gdy wnuczka krzyczała wniebogłosy nad raną na dłoni. Ale zaraz ujęła drobną piąstkę i podmuchała, by przestało piec. – A pamiętacie tamten grzmòt, gdy się nam dzieciaki rodziły? – zapytała.
– Zdaje się, że znów będzie grzmòt – mruknął Marcin zza gazety. A widząc, że ani żona, ani matka nie rozumieją, o czym mówi, z westchnieniem złożył ją i pokazał stronę tytułową. Była to „Gazeta Grudziądzka”, którą od lat prenumerował. Duży nagłówek straszył zbliżającą się wojną. Odkąd kilka tygodni temu na odległych Bałkanach zamordowano arcyksięcia austriackiego i jego żonę, wojnę prognozowały wszystkie gazety i rozmawiali o niej wszyscy, nawet ci, którzy nie interesowali się polityką.
– Ala weter jo9, w tych gazetach blós10 głupoty piszą! Nie było wojny od siedemdziesiątego roku, kiedy zginął mój świętej pamięci òjc, i nie będzie jeszcze długo. Ludzie już za mądrzy są, by się dać zabijać! – prychnęła Hedwiga.
– Oby mëma11 miała rację – westchnął Marcin, po czym podniósł się ze stołka. – W pole idę. Żniwa dziś zaczynamy, ziarno już dojrzałe. Obróbcie się flot12 koło domu i przyjdźcie!
Podczas gdy Hedwiga pilnowała wnucząt, reszta domowników, wraz z dziewką do pomocy Basią i parobkiem Kubą, uwijała się na polu, w skwarze i pyle. Wieczorem, umęczeni, spieczeni słońcem, przygarbieni od ciężkiej pracy, pokłuci do łokci i do kolan zbożem, nie mieli już nawet sił myśleć o wojnie.
– To już rok… – wymamrotał Marcin, kręcąc z niedowierzaniem głową, gdy przyglądał się, jak jego pociechy stawiają nieporadne kroczki po kuchni. Oboje porozumiewali się ze sobą jakimś zabawnym językiem, złożonym z sylab i okrzyków, a jednak najwyraźniej doskonale rozumieli siebie nawzajem. Czasem wystarczyło im tylko spojrzenie. Jakby znali swoje myśli.
Na Kaszubach istniał osobliwy zwyczaj – rytuał pierwszych urodzin – w którym przyszłość na moment odsłaniała swoje karty. Przed dzieckiem kładziono cztery przedmioty: różaniec, monetę, książkę i kieliszek. Wybór, dokonany nieświadomie przez drobną dłoń, urastał w oczach dorosłych do rangi przepowiedni. Jeśli palce najpierw zacisnęły się na różańcu, widziano w tym zapowiedź życia przepełnionego wiarą – może nawet drogi prowadzącej ku zakonnej celi lub kapłańskiej sutannie. Moneta błyszczała obietnicą dostatku, przyszłego bogactwa i powodzenia. Książka zwiastowała umysł chłonny i drogę ku wiedzy, która otwiera świat szerzej niż jakiekolwiek drzwi. A kieliszek… ten wybór budził uśmiechy podszyte niepokojem – miał bowiem wróżyć życie, które częściej niż inne będzie szukało ukojenia w nałogach.
– A teraz obaczymy, jaka przińdnota13 na was czeka – oznajmiła óma, kładąc artefakty na stole.
Dzieci, usadzone na ławie, prędko zainteresowały się niecodziennymi przedmiotami. Dorośli, stojąc nieco z tyłu, by ich nie rozpraszać, wpatrywali się w kolekcję jak w wyrocznię. Pulchna dłoń Walerki natychmiast powędrowała do książki i od razu zaczęła obracać kolejne strony, gnąc papier niewprawnymi paluszkami.
– Może szkólną14 będzie – mruknęła óma z zadowoleniem.
Walerian okazał się mniej zdecydowany. Najpierw skierował piąstkę ku różańcowi.
– Księdzem ostanie – szepnęła wzruszona Stefania. Od zawsze marzyła, by mieć syna w służbie Bogu i ludziom.
Chłopiec nie pochwycił jednak drewnianych paciorków, lecz natychmiast zmienił kierunek. Zawahał się nad monetą.
– Bierz, bierz! – zachęcał Marcin. – Nigdy dëtków15 ci nie zabraknie.
Ale i monety nie dotknął. Błyskawicznie porwał kieliszek i uniósł go triumfalnie, jakby w toaście.
– Jezus Maria. Biedne dziecko! – Óma przeżegnała się prędko.
A Stefania, drżąc z gniewu i mamrocząc coś o diabelskich przesądach, zaczęła zbierać wszystkie przedmioty – nieomal wyrywała kieliszek Waleriankowi, a książkę Walerce. Zamierzała udawać, że nic się nie wydarzyło. Lecz krzyk dzieci świadczył o tym, że nikt już nie wymaże tej wróżby. I że zabrała im coś więcej niż tylko zabawki.
A jednak wojna nadeszła.
Tak jak śmierć – zawsze nie w porę, zawsze kpiąca z ludzkich planów. Plakat wzywający do mobilizacji też jakby sobie z nich kpił. Papier czerwony niczym krew, gotyckie litery ostre jak cięcia nożem, układające się w słowo Mobilmachung oraz wytyczne, gdzie i kiedy się zgłosić.
– Unterbleibt die Meldung, so erfolgt Bestrafung nach dem Militärstrafgesetzbuch16 – wyrecytował Albert Plichta, jeden z młodych mężczyzn skupionych przed obwieszczeniem. – Karami chcą nas zmusić do umierania za kajzera, tfu! – dodał i splunął na piach pod karczmą.
Marcin wrócił do domu swojsko pachnącego mydłem i kompotem z rabarbaru i zwalił się na ławę, aż drewno jęknęło głucho. Waleria zaraz przydreptała i oparła się o ojcowskie udo, jak kociak wyczekujący pieszczot, ale on tylko mimochodem potargał jej czuprynkę swoją ciężką, spracowaną dłonią. Stefania spojrzała na męża znad balii z mydlinami z niezawodną kobiecą intuicją. Nie musiała nic mówić – jej pytanie wisiało niewypowiedziane w niebieskich oczach.
– Wojna – oznajmił krótko.
– Jezus Maria – odezwała się óma Hedwiga i natychmiast przydreptała z drugiej izby.
Stefania nie mówiła nic, nadal tylko patrzyła na męża. Tak jakby czekała, kiedy ten wreszcie się roześmieje i wyjawi, że to żart. Miewał czasem takie przyciężkie poczucie humoru i żartował z rzeczy, z których nie wypadało. Nie dlatego, że był szydercą, ale dlatego, że śmiech nieraz stanowił jedyną tarczę.
Teraz jednak się nie uśmiechnął.
– Będę musiał iść.
– Dlaczego ty? – Hedwiga aż złapała się za szyję, jakby nagle ciężko jej było oddychać.
– Każdy chłop w wieku poborowym musi.
Stefania wypuściła z rąk praną koszulę wprost do balii. Powoli się wyprostowała. Twarz miała zaczerwienioną od ciepła i od emocji. Stała tak nieruchomo z kosmykami przylepionymi do spoconego czoła; rękawy podkasane, ręce aż po łokcie mokre i śliskie od mydlin.
– Pójdziesz tam i rzekniesz im, że jesteś jedynym chłopem w rodzinie. Z głodu zemrzemy, jak cię zabiorą – oznajmiła twardo, jak nie ona.
– A bo to Niemców interesuje, że on ma familię? – zapytała z goryczą Hedwiga. – Mojego ojca też zabrali w siedemdziesiątym roku17, choć my już na świecie byli. Matka sama z nami ostała. A on… zginął gdzieś nad Loarą.
Stefania zachwiała się na nogach. Jej wzrok uciekł ku bliźniętom bawiącym się na popękanym klepisku. „Matka sama z nami ostała” – dźwięczało jej w uszach. Porzuciła pranie i pyrkający w garze kompot, po czym zniknęła za zasłonką w mniejszej izbie. W kącie naprzeciwko drzwi wisiała półka ozdobiona dzierganą serwetką, a na niej tania gipsowa figurka Matki Boskiej i kilka świętych obrazków. Leżał też różaniec, ten sam, którego Walerian ostatecznie nie wybrał we wróżbie.
– Zachowaj mi go żywego – wyszeptała, patrząc na nierówne, nieco zezujące oczy gipsowej Matki Boskiej. Jedno z nich łypało na Stefanię, drugie uciekało na zachód, hen tam, gdzie trwały już pierwsze walki.
– Może choć Polska z tej wojny będzie – powiedział Marcin, przystając na szczycie wzgórza, gdzie znajdowało się ich gospodarstwo. Stamtąd droga biegła w dół, wijąc się przez pola, jakby nie mogła się zdecydować, w którym kierunku zamierza poprowadzić. Skręcała trochę ku świerkowemu zagajnikowi, trochę ku bagnom, trochę ku rzece – niepewna jak ludzki los.
Zapatrzył się w dal. Wychował się tutaj, wśród tych pól i łąk, wśród lasów, z dala od świata, z dala nawet od sąsiadów. Nigdy nie ciągnęło go do ludzi – a teraz do ludzi miał iść. Do ludzi i przeciwko ludziom. Choć jeszcze nie miał na sobie munduru, a w ręce nie trzymał broni, czuł ich ciężar głęboko w sobie.
– Polska nigdy nic dobrego Kaszubom nie dała – prychnęła Hedwiga, za szorstkością skrywając smutek pożegnania.
– Niemcy też nie – uciął.
– Niemcy pobudowali nam szkoły i pozwolili kupić ziemię. Za Polaków twoi starkòwie18 dla pana musieli robić. A za Niemca sami zostali panami.
– Ładne to „panowanie”, gdy nawet w naszej rodnej mowie nie pozwalają nam gadać.
– Ale swoje pole możesz obsiewać i własne zwierzęta hodować.
– Na niemieckich warunkach. Dziękuję za taką łaskę.
Stefania pokręciła głową nad kłótnią teściowej i męża. Nie chciała, by ruszył w świat z goryczą w sercu.
– Marcin… – szepnęła i położyła drobną, spracowaną dłoń na jego piersi.
Drugim ramieniem przytrzymywała uwieszonego u jej boku Waleriana. Mąż trzymał Walerię. Dziewczynka właśnie nawijała sobie na malutki paluszek długie ojcowskie kosmyki włosów. Nie dał sobie skrócić fryzury. „Po co tępić nożyce? W wojsku i tak mnie ogolą” – skwitował gorzko.
Marcin ujął dłoń Stefanii i z czcią ucałował palce. Hedwiga uśmiechnęła się do siebie – to ona wybrała synowi żonę, a on, choć przez wiele miesięcy oczy wypatrywał sobie za Hanią, córką biednych pachtbauerów19, uszanował świętą wolę rodziców i ożenił się z tą, którą mu wskazali. Zyskał więcej niż dobrą żonę, bo też konia oraz hektar lasu, które dostała w sposobie20. Hedwiga pomyślała, że warto byłoby już teraz rozejrzeć się za przyszłymi małżonkami dla bliźniąt. Im szybciej małżeństwo zostanie zaklepane, tym lepiej. Żywo interesowała się nowymi dzieciakami we wsi i kalkulowała, z kim najlepiej będzie zawrzeć układy, by jej ukochane wnuczęta miały dobry los.
– Módl się za mnie, Stefcia! – odezwał się Marcin, przyciskając usta do jej czoła, mocno, prawie rozpaczliwie, jakby chciał pieczęcią odcisnąć na jej skórze swoją obecność. Następnie ucałował córkę i syna. – Wychowuj ich na Kaszubów i Polaków – poprosił.
Pochylił się do matki i złożył uroczysty pocałunek na dłoniach tej, która go wychowała i karmiła przez wiele lat. Przekazał jej Walerię. – Z Bogiem – powiedział przez ściśnięte gardło.
– Z Panem Bogiem! – odpowiedziały obie jednocześnie. Każda z nich wiedziała, ile siły wymagało ukrycie łez.
Marcin ruszył w dół wzgórza ku ciemnej dolinie, okrytej strzępami porannej mgły, w kierunku szosy do Pomieczyna. Kobiety z dziećmi w objęciach zostały na szczycie i długo, długo patrzyły na jego oddalającą się sylwetkę.
– Pój dodóm! – szepnęła Hedwiga, bardziej szorstko niż powinna, gdy syn na dobre zniknął między drzewami a mgłą. Świat się walił, ale ktoś przecież musiał prać, sprzątać, gotować i chować kolejne pokolenia.
Stefania skinęła, ale nie zrobiła ani kroku. Hedwiga rozumiała bez słów. Zabrała dzieci do chaty i pozwoliła synowej wypłakać się w samotności.
Pierwsze lata dzieciństwa Walerii i Waleriana upłynęły w cieniu wojny, ale oni byli zbyt mali, by wiedzieć, że mogą wypatrywać słońca. Nie pamiętali innego życia. Wojna, wojna, wojna – to słowo padało w domu nieustannie. Jest bieda, bo wojna; nie ma chleba, bo wojna; na obiad znów suche ziemniaki, bo wojna; piec zimny, bo wojna; brak butów na zimę, bo wojna; nie ma ojca, bo wojna… Parobek Kuba zginął na wojnie. Basia, pomagająca im w obejściu, wyszła za mąż za chłopaka z sąsiedniej wsi – spieszyli się, bo on miał iść na wojnę, a po ślubie zamieszkała z teściami… i szybko owdowiała, też przez wojnę. Kiedy później bliźnięta sięgały pamięcią tak daleko wstecz, jak potrafiły, oboje pamiętali, że cała ich codzienność miała na imię „wojna”.
– A co to „wojna”? – spytała kiedyś Waleria w okolicy swoich czwartych urodzin.
Czwarte urodziny są granicą w pojmowaniu świata – nagle okazuje się, że wokół są sprawy, których nie można dotknąć, a jednak istnieją, i że życie we własnej głowie potrafi być znacznie ciekawsze niż widziane tylko oczyma. To odkrycie stało się dla niej niesamowitą przygodą.
– Wojna to straszny czas, czej21 króle rozkazują, a żołnierze się biją – odparła matka, mieszając grochówkę w garze. Zacisnęła usta w cienkie kreski. Robiła tak od kilku lat niemal bez ustanku, aż w kącikach pojawiły się brzydkie zmarszczki.
Waleria ściągnęła jasne brwi.
– Le ja nie widzę królów ani żołnierzy, a doch22 jest wojna – powiedziała.
– Bo najdzielniejsi żołnierze to cywile – odmruknęła matka.
– Ja będę żołnierzem, jak będę duży. Jak tatk! – stwierdził Walerian.
– Niech cię ręka boska broni! – wykrzyknęła natychmiast óma Hedwiga. – Ty jesteś syn pierworodny i dziedzic Richertów, ty masz ostać tutaj i przejąć ziemię – nakazała stanowczo.
– A ja? Ja też jestem dziedzic? – dopytywała Waleria, szarpiąc babcię za spódnicę.
Óma Hedwiga z uśmiechem pogłaskała krągłą buzię, przy której jej ciemna, zgrubiała dłoń zdawała się jeszcze bardziej zniszczona.
– Tobie znajdziemy dobrego chłopa i, jak Bóg da, urodzisz kiedyś syna i on też będzie dziedzicem – odparła i wymieniła ze Stefanią porozumiewawcze spojrzenia. Niedawno uradziły, że wydadzą Walerię za Aloszę, syna Alberta Plichty.
Dziewczynka jeszcze nie pojmowała, co to dokładnie znaczy, ale już przeczuwała, że nie jest to coś, co mogłoby się jej spodobać.
koniec darmowego fragmentu zapraszamy do zakupu pełnej wersji
1 babcia (kaszub.) [wróć]
2 Parón – kaszubski bóg burzy. [wróć]
3 burzę (kaszub.) [wróć]
4 chłopca (kaszub.) [wróć]
5 dziewczynę (kaszub.) [wróć]
6 No, chodź! (kaszub.) [wróć]
7 ciasto drożdżowe (kaszub.) [wróć]
8 kota (kaszub.) [wróć]
9 Kaszubski okrzyk wyrażający zdumienie. [wróć]
10 wyłącznie (kaszub.) [wróć]
11 mama (kaszub.) [wróć]
12 szybko (kaszub.) [wróć]
13 przyszłość (kaszub.) [wróć]
14 nauczycielką (kaszub.) [wróć]
15 pieniędzy (kaszub.) [wróć]
16 W razie braku zgłoszenia nastąpi ukaranie zgodnie z wojskowym kodeksem karnym (niem.) [wróć]
17 1870–1871 – wojna francusko-pruska; Kaszubi jako poddani króla Wilhelma I Hohenzollerna musieli walczyć w armii pruskiej. [wróć]
18 dziadkowie (kaszub.) [wróć]
19 Niemieckie określenie dzierżawcy gospodarstwa rolnego z XVIII/XIX wieku. [wróć]
20 posag, spadek (kaszub.) [wróć]
21 gdy (kaszub.) [wróć]
22 przecież (kaszub.) [wróć]
