Umiera się tylko raz - Robert Dugoni - ebook
Opis

Kiedy w pozostawionej w chłodnych wodach cieśniny Puget pułapce na kraby zostaje odnalezione ciało kobiety, Tracy jest przekonana, że będzie to jedna z najtrudniejszych spraw w jej policyjnej karierze. Po pierwsze, musi zidentyfikować ofiarę. A sekcja zwłok ujawnia, że zamordowana włożyła wiele wysiłku w ukrycie swojej tożsamości. Najwyraźniej się kogoś bała…

Gdy ustalenia policji zaczynają wskazywać, że ofiarą może być kobieta, która przed kilkoma miesiącami zaginęła w górach, sprawa staje się dla detektyw Tracy Crosswhite bardziej osobista. Wciąż nękają ją bolesne wspomnienia w związku z morderstwem młodszej siostry i świadomością, że z winy policji przez dwadzieścia lat Tracy nie mogła zamknąć tej sprawy. A historia lubi się powtarzać. Choć śledczy wnikliwie badają przeszłość zabitej kobiety, znajdują więcej pytań niż odpowiedzi. Dopiero dociekliwość Tracy doprowadza do odkrycia pełnej niespójności historii, w której zdrada i chciwość odgrywają główną rolę.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 505

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Okładka

O książce

Strona tytułowa

O autorze

Tego autora

Strona redakcyjna

Dedykacja

Motto

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Rozdział 29

Rozdział 30

Rozdział 31

Rozdział 32

Rozdział 33

Rozdział 34

Rozdział 35

Rozdział 36

Rozdział 37

Epilog

Podziękowania

Przypisy

CZWARTA POWIEŚĆ Z DETEKTYW TRACY CROSSWHITE

BESTSELLER #1 „WALL STREET JOURNAL”

KSIĄŻKA AUTORA DWA RAZY NOMINOWANEGO DO NAGRODY HARPER LEE I DWUKROTNEGO FINALISTY KONKURSU ITW NA NAJLEPSZY THRILLER ROKU

ZANIM ZACZNIE SZUKAĆ ZABÓJCY, MUSI ODKRYĆ, KIM JEST OFIARA…

W wodach zatoki w pobliżu Seat t le zostają znalezione – w pułapce na kraby – zwłoki kobiety zabitej strzałem w głowę. Sekcja zwłok ujawnia, że ofiara zrobiła wszystko, by ukryć swoją tożsamość. Mimo kil ku tropów, za którymi podąża detektyw Tracy Crosswhite, dochodzenie posuwa się wolno – jak niegdyś śledztwo w sprawie śmierci jej siostry. Przełom następuje dopiero wtedy, gdy okazuje się, że ofiarą mogła być Andrea Strickland, która jakiś czas temu zaginęła podczas górskiej wspinaczki, czy raczej upozorowała swoje zniknięcie. Ale im bardziej Tracy zagłębia się w jej przeszłość, tym więcej pojawia się pytań.

ROBERT DUGONI

Amerykański pisarz urodzony w 1961 r. Po uzyskaniu licencjatu z dziennikarstwa na Uniwersytecie Stanforda współpracował m.in. z „Los Angeles Times”. Następnie ukończył prawo na Uniwersytecie Kalifornijskim i przez 13 lat pracował w kancelarii adwokackiej w San Francisco, zanim całkowicie poświęcił się pisarstwu. Autor osiemnastu powieści, z których dwie były nominowane do Nagrody Harper Lee. Dwukrotnie wyróżniony przez Pacific Northwest Writer’s Association i zdobywca wielu innych prestiżowych nagród.

Książki Dugoniego zostały przetłumaczone na kilkanaście języków i opublikowane w ponad 20 krajach.

Umiera się tylko raz jest czwartą z cyklu książek z detektyw Tracy Crosswhite. Pierwsza, Grób mojej siostry, nominowana do Nagrody Harper Lee, została uznana przez International Thriller Writers za najlepszą książkę w tym gatunku.

ROBERTDUGONI.COM

Tego autora

GRÓB MOJEJ SIOSTRY

JEJ OSTATNI ODDECH

NA POLANIE WISIELCÓW

UMIERA SIĘ TYLKO RAZ

Tytuł oryginału:

THE TRAPPED GIRL

Copyright © Robert Dugoni 2017

All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o. 2019

Polish translation copyright © Lech Z. Żołędziowski 2019

Redakcja: Marta Gral

Zdjęcie na okładce: © Dave Wall/Arcangel Images

Projekt graficzny okładki i serii: Kasia Meszka

ISBN 978-83-8125-556-1

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS SP. Z O.O.Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.comFacebook.com/WydawnictwoAlbatros | Instagram.com/wydawnictwoalbatros

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Michał Nakoneczny, hachi.media

Doktorowi Joemu Doucette.

Brak mi słów na wyrażenie wdzięczności za Twój czas, wiedzę i pomoc.

Do zobaczenia po dziewięćdziesiątce.

Nawet byle pies czuje, kiedy ktoś się o niego potyka, a kiedy go kopie.

Sędzia Oliver Wendell Holmes Jr

Rozdział 1

Seattle, stan Waszyngtonsobota, 24 czerwca 2017

Kurt Schill przeciągnął czterometrową aluminiową łódź po dróżce z belek ułożonych na plaży, żeby nie szorować dnem po żwirze. Dbał o stan swojego najnowszego nabytku, ale jeszcze bardziej chodziło mu o to, by nie narażać się mieszkańcom apartamentowców nad wąskim przesmykiem do cieśniny Puget. Hałasowanie o wpół do piątej rano nie byłoby przez nich mile widziane. Mogliby donieść policji, że przeciąga łódkę po deptaku, a on nie miałby nic na swoje usprawiedliwienie. O tym, że dróżka była przeznaczona wyłącznie dla spacerowiczów, informowały liczne tablice ostrzegawcze.

Schill zszedł do wody i przez gumowce poczuł, jak w wodzie cieśniny, o temperaturze poniżej ośmiu stopni, drętwieją mu nogi. Zepchnął łódź i wskoczył do środka, boleśnie uderzając kolanem w burtę; gwałtownie kołysał się na boki, póki nie udało mu się usadowić pośrodku i złapać równowagi. Ale i tak dzięki kadłubowi w kształcie litery V łódź była dużo stabilniejsza od jego poprzedniej łódki z włókna szklanego, którą przy wietrze trudno było manewrować. Wiedział, że musi odpłynąć trochę od brzegu, nim odpali sześciokonny silnik Hondy i uzyska pełną kontrolę nad łodzią.

Wsunął drewniane wiosła w dulki i wsłuchując się w ciche plaskanie piór i stukot dulek, niemal bezgłośnie odpłynął od brzegu. Aluminiowy kadłub ślizgał się gładko po smoliście czarnej wodzie cieśniny. To również podobało mu się w nowym nabytku. Zbierał na tę łódź pieniądze i kupił ją wraz z przyczepą z ogłoszenia w internecie za dwa tysiące dolarów – płacąc pięćset więcej, niż zakładał – pożyczywszy brakującą kwotę od ojca i wiedząc, że będzie musiał mu ją oddać. Liczył, że zaoszczędzi na opłatach pobieranych w miejscowych marinach i złowi więcej krabów. Władze ustaliły wprawdzie limit połowu na pięć kieszeńców na osobę, ale Schill nie zamierzał się tym przejmować. Miał stałych odbiorców wśród restauratorów, którzy płacili żywą gotówką z ręki do ręki.

Wiosłował w stronę Blake Island, wystającego z wody dużego czarnego garbu, choć na tle wznoszących się za nim znacznie większych wysp Bremerton i Vashon wyglądał na niewielki. Na północy widać było światła promu pełznącego na wschód z Bremerton do Seattle; z daleka przypominał świecącego owada wodnego. Pod kamizelką ratunkową Schillowi spływały po piersiach krople potu i znikały pod sięgającymi brzucha waderami. Było tak gorąco, że z przyjemnością wystawiał twarz i kark na chłodzące podmuchy wiatru.

Kilkaset metrów od brzegu odłożył wiosła i przesunął się na tył łodzi. Przypiął do kamizelki linkę wyłącznika awaryjnego, trzykrotnie ścisnął gumową bańkę na przewodzie paliwowym, by wpompować paliwo do silnika, ustawił przepustnicę i pociągnął rozrusznik. Silnik zaskoczył, zakasłał i zgasł. Schill upewnił się, że dźwignia i przepustnica są prawidłowo ustawione, i ponownie szarpnął linkę. Silnik przez chwilę się dławił, po czym wydał z siebie zdrowy warkot.

Zgodnie z obowiązującym prawem łowić kraby o tej porze roku mogli tylko członkowie plemion rdzennych Amerykanów, a kary dla nieprzestrzegających przepisów były naprawdę dotkliwe, ale Schill pod koniec ubiegłego sezonu natknął się na naprawdę obfite łowisko i nie mógł się już doczekać sprawdzenia, czy jego znalezisko jest wciąż tak samo zasobne. By uniknąć przyłapania na kłusowaniu, stawiał kosze już po zachodzie słońca i zbierał je jeszcze przed wschodem, ale i tak mocno ryzykował, a pływanie bez świateł zwiększało ryzyko zderzenia z inną łodzią lub pływającą w wodzie kłodą. Jedno i drugie mogło się skończyć tragicznie.

Przesunął rumpel do końca w prawo i łódź ostro skręciła, po czym wystrzeliła do przodu, zostawiając za sobą głęboki kilwater. Cudownie!

Schill dopłynął do swojego łowiska, przymknął przepustnicę i zwolniwszy, rozejrzał się za rozłupanym drzewem będącym jego znakiem rozpoznawczym. Dojrzał je, ustawił bieg na jałowy i wpatrzył się w powierzchnię wody w poszukiwaniu stożkowatego zarysu swej czerwono-białej pławy. Nie mogąc jej wypatrzyć, zaniepokoił się. Członkowie miejscowych plemion zabierali sprzęt kłusownikom naruszającym ich prawa łowieckie.

Wyjął spod ławeczki latarkę i poświecił po wodzie. Za trzecim podejściem dostrzegł wreszcie tańczącą na falach pławę. Z ulgą podpłynął bliżej, uchwycił pierścień i zaczął ciągnąć za linkę do chwili, aż naprężyła się pod ciężarem kosza. Przełożył ją przez bloczek żurawika na tyle łodzi – kolejnego udogodnienia, którego na poprzedniej, tej z włókna szklanego, nie było – i zaczął ciągnąć linkę, pozwalając, by opadała na dno łodzi u jego stóp.

– Chodźcie tu, krabiki – mruknął pod nosem.

Potrafił ocenić wielkość połowu po ciężarze kosza, choć nie zawsze się to sprawdzało. Zdarzało mu się wyciągać ciężkie kosze i znajdować w nich rozgwiazdy, płastugi i inne denne ryby. Ten kosz był jednak najcięższy ze wszystkich i po chwili Schill poczuł, że ręce mdleją mu z wysiłku. Tak bardzo, że musiał uwiązać linkę i chwilę odsapnąć.

– Cholera – prychnął, czując znajome wiercenie w brzuchu w oczekiwaniu na wielką zdobycz.

Zaparł się nogami o burty łodzi, odwiązał linkę i od razu poczuł w rękach potężny ciężar kosza. Łódź przechyliła się na prawą burtę, wysięgnik żurawika pochylił się ku wodzie. Schill ocenił, że wybrał już jakieś dwadzieścia metrów linki, co znaczyło, że zostało mu jeszcze około pięciu. Ale coś było nie w porządku. Linka wystawała z wody nie pionowo, tylko ukośnie pod kątem czterdziestu pięciu stopni, a to zwykle sygnalizowało zaczepienie o coś.

Cokolwiek to było, zbliżało się do powierzchni wody przed koszem, co nie wróżyło dobrze. Jeśli linka owinęła się wokół dużej kępy wodorostów lub leżącej na dnie starej kotwicy, trzeba będzie ją od tego uwolnić. Może się skończyć tym, że będzie musiał ją odciąć i straci kosz z całą zawartością. I żegnajcie, planowane zyski.

Raz jeszcze pociągnął, czując ból wszystkich mięśni. Krople potu spływały z czoła i zalewały mu oczy, a on potrząsał głową, próbując się ich pozbyć. W końcu pod powierzchnią wody zarysował się kształt pułapki na kraby. Była ledwo widoczna, ale wydała mu się kwadratowa. Jego kosz był ośmiokątny. Albo linka splątała się z linką innego kosza, albo pomylił pławy i wyciągnął cudzy kosz.

Uwiązał linkę i ostrożnie przesunął się na ławeczce.

Wysięgnik żurawika pochylił się ku wodzie o następne kilkanaście centymetrów. Schill ostrożnie chwycił naprężoną linkę i uważając, by nie przewrócić łodzi, zaczął ciągnąć kosz do burty. Udało mu się złapać jego krawędź i przyciągnąć go jeszcze bliżej. Drugą ręką sięgnął po latarkę i oświetlił wnętrze kosza.

Wyglądał na pełny, tylko czego?

Dostrzegł kępę wodorostów, rozgwiazdę, ale także kilka żerujących krabów.

A potem zobaczył rękę.

Rozdział 2

Tracy Crosswhite zaparkowała swego pick-upa, forda F-150, na Beach Drive, zebrała blond włosy w koński ogon i ściągnęła je gumką. Ostatnio rzadko jej się zdarzało tak je nosić. Miała czterdzieści trzy lata i nie chciała być zaliczana do czterdziestolatek udających szczebiotliwe, pełne energii dwudziestolatki, lecz o tak wczesnej porze nie tylko brakowało jej energii, ale było jej obojętne, jak wygląda. Zrezygnowała też z porannego prysznica i makijażu.

Włączyła funkcję dyktafonu w smartfonie i przewinęła wiadomości do początku, gdzie zapisała godzinę otrzymania informacji od Billy’ego Williamsa, jej zwierzchnika w Sekcji Ciężkich Przestępstw Kryminalnych policji w Seattle. Wcisnęła przycisk nagrywania i powiedziała do mikrofonu: „Godzina piąta czterdzieści pięć. Jestem na Beach Drive przy Cormorant Cove”.

Williams zadzwonił do niej jakieś dwadzieścia minut wcześniej. Dyspozytor dostał zawiadomienie z numeru 911 o zwłokach znalezionych w cieśninie Puget, a na drzwiach jej boksu wisiała czaszka. Ludzka czaszka była oczywiście plastikowa, a koledzy w wydziale zabójstw używali jej do oznakowania boksu detektywów – w tym przypadku Tracy i jej partnera, Kinsingtona Rowe’a – pełniących nocny dyżur telefoniczny.

Billy Williams poinformował ją, że nie zna jeszcze wszystkich szczegółów i na razie wiadomo tyle, że ktoś zgłosił znalezienie zwłok w pobliżu Cormorant Cove, parę kilometrów od wynajmowanego przez Tracy domu w dzielnicy Admiral, w zachodnim Seattle. W rezultacie zjawiła się na miejscu przed wszystkimi służbami, tuż po przyjeździe patroli policyjnych. Radiowozy stały po drugiej stronie ulicy, ustawione przodem w odwrotnym niż ona kierunku.

Tracy wysiadła z pick-upa i popatrzyła na niknący na jasnoniebieskim niebie blady zarys księżyca. Było już całkiem ciepło, co znaczyło, że czeka ją kolejny nieprzyjemnie upalny dzień. Z sześcioma dniami o temperaturach powyżej trzydziestu stopni, tegoroczny czerwiec zapowiadał się na najgorętszy w historii.

Tracy nagrała kolejną wiadomość. „Pogoda bezchmurna i bezwietrzna”. Rzuciła okiem na mapkę pogodową na smartfonie. „Dwanaście stopni w zachodnim Seattle”.

Była sobota i Tracy wiedziała, że wkrótce plaża i promenada zaroją się od ludzi z psami, osób uprawiających jogging i rodzin z dziećmi na porannych spacerach. Natknięcie się na zwłoki na plaży zepsułoby wszystkim atmosferę rozpoczynającego się weekendu.

Włożyła na głowę policyjną bejsbolówkę, przewlekła włosy przez wycięcie nad paskiem do regulacji obwodu i opuściła daszek nisko na oczy, po czym wzięła do ręki tubkę kremu przeciwsłonecznego z filtrem 50 i posmarowała nim ręce i ramiona, szyję, dekolt i twarz. Dwa miesiące wcześniej przeżyła moment paniki, kiedy w ramach rutynowych badań lekarz zauważył odbarwienie skóry w okolicach obojczyka. Poszła z tym zaraz do dermatologa, a ten stwierdził uszkodzenie naskórka, ale bez zmian rakowych. Przyjemności związane z wiekiem – zmarszczki, koniec płaskiego brzucha i smarowanie się kremem przed każdym wyjściem na słońce.

Podeszła do trzech czarno-białych radiowozów – dwóch sedanów i jednego SUV-a – które stały zaparkowane przed wjazdem na osiedle Harbor West. Budynki postawiono na wbitych głęboko palach i wychodzących w zatokę pomostach, co nadawało zupełnie nowy sens pojęciu „mieszkanie nad wodą”. Nie, dziękuję, pomyślała. Pierwsze poważniejsze trzęsienie ziemi mogło połamać te pale jak zapałki. Tylko że wynajmowany przez nią dom stał na szczycie sześćdziesięciometrowego wzniesienia i też stanowił swoisty kompromis między widokiem a wygodą. Człowiek musi wybierać. Tu widok rzeczywiście był niesamowity. Cieśnina i widoczne w oddali wyspy Vashon i Bainbridge oraz dużo od nich mniejsza Blake Island tworzyły scenerię, która uzasadniała szokująco wysokie czynsze i ceny mieszkań w budynkach przy Beach Drive.

Stojący na deptaku funkcjonariusze policji przyglądali się, jak Tracy podchodzi do rozciągniętej czarno-żółtej taśmy policyjnej i nawet nie próbuje okazać odznaki policyjnej. Wiedziała, że po dwudziestu latach służby nawet bez policyjnego logo na wiatrówce i napisu POLICJA na otoku bejsbolówki bije od niej nieomylna pewność siebie doświadczonej policjantki.

– Tracy – powitała ją policjantka w mundurze.

Nie mówiąc o tym, że nadal była jedyną kobietą detektyw w wydziale zabójstw i niedawno dostała drugi Medal Zasługi za pokierowanie głośnym śledztwem i doprowadzenie do ujęcia seryjnego zabójcy nazywanego Kowbojem. Szczerze mówiąc, wcale nie zależało jej na rozgłosie. W komendzie policji Seattle już szeptano po kątach, że jakimś dziwnym zrządzeniem losu wszystkie głośne sprawy kryminalne trafiają do niej i jej partnera. Podejrzenia, że kapitan Johnny Nolasco mógł ją w jakikolwiek sposób faworyzować, były całkowicie absurdalne. Relacje między nią a kapitanem były gorsze niż między kobietami w serialu telewizyjnym Housewives of Wherever.

– Witaj, Katie – rzuciła Tracy.

Katie Pryor pracowała w komisariacie Południowy Zachód i była jedną z wielu funkcjonariuszy, których Tracy szkoliła do egzaminu kwalifikacyjnego ze strzelania.

– Co u ciebie? – zapytała Pryor.

– Przydałoby się trochę więcej snu – odparła Tracy.

Machinalnie ogarniała już wzrokiem cały teren. Odnotowała prowadzący do wody i wyłożony drewnianymi belkami deptak i młodego mężczyznę, który stał obok wyciągniętej na brzeg aluminiowej łodzi rybackiej. Za łodzią ciągnęły się jakieś trzy metry naprężonej linki, która znikała w sinoszarej wodzie. Tracy zdziwiło, dlaczego wyciągnięta na piach łódź musi stać na kotwicy.

– Rozumiem, że to on zgłosił znalezienie ciała, tak? – upewniła się.

Pryor spojrzała przez ramię.

– Tak, nazywa się Kurt Schill.

Tracy powiodła wzrokiem po kamienistej plaży, pełnej kawałków drewna zbielałych od słońca i wody.

– A gdzie to ciało? – spytała.

– Podejdę z tobą – powiedziała Pryor.

Nagryzmoliwszy swoje nazwisko na liście obecności, Tracy przeszła pod taśmą. Pryor podała podkładkę z listą jednemu z policjantów.

Tracy zauważyła, że na plaży zaczyna się już zbierać tłumek gapiów.

– Usuńcie wszystkich, niech się wycofają na promenadę na grobli – zwróciła się do funkcjonariuszy z patroli. – Uprzedźcie, że plaża będzie zamknięta przez większość dnia. I dowiedzcie się, czy ktoś czegoś nie widział lub może coś wie. – Powiodła wzrokiem po Beach Drive i dostrzegła niebieski pick-up z przyczepą na łódź. – Jak się ich pozbędziecie, to spiszcie numery rejestracyjne wszystkich samochodów zaparkowanych na Beach Drive do Sześćdziesiątej Pierwszej Alei i dalej na Spokane Street.

Wiedziała, że obie ulice przecinają się z Beach Drive, tworząc trójkąt nierównoboczny, w którym Beach Drive stanowiła najdłuższy bok. Zdarzało się, że zabójca – jeśli mieli do czynienia z morderstwem – wracał na miejsce zbrodni, by obserwować rozwój wypadków.

Ruszyli w stronę brzegu. Po ciągu upalnych dni nad plażą unosił się solankowy zapach. Jeden z mundurowych biedził się z wbiciem kołka w kamieniste podłoże, zapewne po to, by przeciągnąć do niego taśmę policyjną i zamknąć obwód w kształcie litery U.

– Mieliśmy telefon z dyspozytorni o piątej trzydzieści dwie – powiedziała Pryor. Szła ciężko; jej stopy zapadały się z chrzęstem w kamiennym żwirze, wydając dźwięki przypominające potrząsanie garścią bilonu. – Gdy dotarliśmy na miejsce, czekał na nas przy swojej łodzi.

– Powiedziałaś, że jak on się nazywa?

– Kurt Schill. Chodzi do liceum West Seattle.

Tracy zatrzymała się, by przyjrzeć się belkom ciągnącym się równolegle do linii wody.

– To jego dzieło? – spytała.

– Nie jestem pewna.

– Wygląda jak pochylnia do wodowania łodzi. – Tracy wyjęła telefon i zrobiła kilka zdjęć.

– Twierdzi, że wybrał się na kraby i przy wyciąganiu kosza o coś zahaczył – poinformowała ją Pryor.

– O topielca? – zdziwiła się Tracy. Byłby to pierwszy taki przypadek.

– O inny kosz na kraby.

– Myślałam, że natknął się na ciało.

– Chłopak twierdzi, że tam było ciało – potwierdziła Pryor. – W tym drugim koszu.

Tracy spojrzała na łódź i naprężoną linkę w wodzie. Zatem to nie kotwica. Jechała tu z nastawieniem, że czekają na nią zwłoki wyrzucone na brzeg – ofiara utonięcia lub wypadku na łodzi. Coś, co w swym policyjnym żargonie nazywali „wyrzutkiem”, coś oczywistego. Ale jeśli ciało znajdowało się w koszu na kraby, to wszystko się zmieniało. Na gorsze.

– Widziałaś je? – spytała.

– Ciało? – Pryor pokręciła głową. – Jest za głęboko pod wodą. I nie mam pewności, czy chcę je oglądać. Chłopak opowiadał, że zobaczył rękę wystającą spod krabów i rozgwiazd. Brzmiało okropnie. Przyciągnął kosz do brzegu.

– Rękę czy całe ciało?

– Mówi, że widział rękę. Ale sądząc po ciężarze kosza, w środku może być całe ciało.

Tracy wyobraziła sobie przerażenie młodego człowieka na widok rozkładających się zwłok, na których żerują morskie stworzenia.

Podeszła za Pryor do brzegu. Fale łagodnie obmywały kamienie. Rozciągający taśmę policjant stał wyprostowany i ocierał pot z czoła.

– Dziękuję za rozciągnięcie taśmy – powiedziała Tracy. – Ale trzeba będzie znacznie powiększyć ogrodzony teren. Aż tam, do belek, i dalej do promenady. Ustaw też parawan i zasłoń widok od strony grobli. Zrób to, jak go tylko przywiozą. Niczego nie dotykałeś ani nie ruszałeś?

– Niczego, nie licząc paru kamyków przy wbijaniu kołków – odparł partner Pryor.

– A co ze strażą portową? Ktoś ich zawiadomił, żeby przysłali ekipę nurków? – zapytała Tracy.

– Jeszcze nie – wtrąciła się Pryor. – Pomyśleliśmy, że najlepiej będzie zostawić wszystko tak, jak jest, do czasu, aż ktoś się zjawi z planem działania.

– Zadzwoń do nich – zwróciła się Tracy do policjanta. – Powiedz im, że musimy wygrodzić część cieśniny tak, żeby nie kręciły się tu żadne łodzie, dopóki nie ustalimy co i jak. – Spojrzała na Pryor. – Jak zachowywał się ten chłopak z łodzią, kiedy tu dotarłaś?

– Był bardzo roztrzęsiony. Zdezorientowany. Wystraszony.

– I co powiedział?

Pryor zajrzała do notatek.

– Że wypłynął wcześnie rano, żeby wyciągnąć kosz zastawiony w pobliżu Lincoln Park. Powiedział, że umieścił go na głębokości około dwudziestu pięciu metrów, ale jak zaczął go wyciągać, kosz wydał mu się zbyt ciężki. I kiedy znalazł się tuż pod powierzchnią wody, chłopak zdał sobie sprawę, że to nie jego kosz.

– Nie jego? – powtórzyła Tracy.

– Nie. Widocznie linki się splątały. Chłopak twierdzi, że przyświecił latarką z bliska, zobaczył coś, co wydało mu się ludzką ręką, i prawie zesrał się ze strachu. Wypuścił kosz, który poszedł pod wodę i niemal wywrócił łódkę. Chłopakowi udało się jakoś doholować go na płyciznę, wyciągnął łódź na brzeg i zadzwonił na dziewięćset jedenaście.

– Co jeszcze o nim wiemy?

– Właśnie skończył drugą klasę w liceum West Seattle, mieszka przy Czterdziestej Trzeciej Ulicy. Jego rodzice są już w drodze.

– Co nastolatek robi na łodzi o tak wczesnej porze?

– Sądzisz, że znam odpowiedź? – Pryor uśmiechnęła się. – Twierdzi, że wypływa na kraby tak wcześnie, żeby uniknąć konkurencji z większymi łodziami.

– Ale ty mu nie wierzysz? – Tracy wyczuła powątpiewanie w tonie funkcjonariuszki.

– Sezon na kraby jeszcze się nie zaczął. O tej porze roku łowić mogą tylko członkowie miejscowych plemion.

– Skąd to wiesz?

– Dale i ja trochę się bawimy w łowienie krabów. Głównie po to, żeby dziewczynki mogły popływać łodzią. Tutejszym rdzennym Amerykanom wolno łowić praktycznie bez ograniczeń. Dla wszystkich innych sezon połowów zaczyna się dopiero za tydzień, dokładnie drugiego lipca, jeśli się nie mylę.

– To czemu ten chłopak łowi?

– Twierdzi, że o tym nie wiedział, ale sądzę, że udaje głupiego.

– Dlaczego?

Pryor wskazała głową aluminiową łódź na brzegu.

– To wysokiej klasy sprzęt. Ktoś mający taką łódź musi znać przepisy, bo kary bywają bardzo surowe. Myślę, że wymknął się wcześnie rano, żeby wyprzedzić oficjalny sezon i podebrać trochę krabów Indianom. Niektóre miejscowe restauracje dobrze płacą za kraby. To niezły sposób dla przedsiębiorczego nastolatka, żeby zarobić parę groszy.

– Tylko że to wbrew przepisom.

– No, niestety. – Pryor kiwnęła głową.

– Chodźmy do niego – powiedziała Tracy. – A potem byłabym wdzięczna, jeśli mogłabyś zrobić dla mnie parę zdjęć. Czego się da.

Podeszły razem do Kurta Schilla, Pryor przedstawiła ich sobie i odeszła, by porobić zdjęcia. Schill wyciągnął rękę i zaskakująco mocno uścisnął dłoń Tracy. Czoło miał usiane młodzieńczymi wypryskami, twarz zbyt dziecinną, by już zaczął się golić.

– Dobrze się czujesz? – spytała Tracy.

– No. – Schill kiwnął głową.

– Chcesz usiąść?

– Nie, tak jest dobrze.

– Wiem, że opowiedziałeś funkcjonariuszce Pryor o tym, co się wydarzyło. Nie masz nic przeciwko temu, że zadam ci jeszcze kilka pytań?

– Nie. – Przymknął oczy i pokręcił głową. – Znaczy tak… proszę.

– Dobrze. Tylko spokojnie, nie denerwuj się. Kiedy nastawiłeś swój kosz na kraby?

Chłopak zmarszczył czoło.

– Mmm, znaczy to było… nie jestem pewny.

– Słuchaj, chłopcze. – Tracy odczekała, aż podniesie na nią wzrok. – Nie reprezentuję władz ochrony przyrody, jasne? Nie obchodzą mnie żadne okresy ochronne. Zależy mi, żebyś był ze mną szczery i opowiedział, co robiłeś, tylko po to, żebym mogła ustalić, czy coś widziałeś.

– A co miałem widzieć?

– Cofnijmy się do chwili, kiedy zastawiłeś swój kosz.

– Wczoraj wieczorem. Około wpół do jedenastej.

– Dobrze. Rozumiem, że było już ciemno.

– Bardzo ciemno, tak. – Schill pokiwał głową.

W czerwcu słońce w Seattle zachodzi dopiero po dziewiątej wieczorem, półmrok może się utrzymywać jeszcze przez następne trzy kwadranse.

– Czy widziałeś kogoś na wodzie? Jakieś inne łodzie?

– Kilka.

– Łowiące kraby?

– Nie, tak tylko… pływali. Chyba jedna trałowała.

– Ci, co nią płynęli, łowili ryby?

– Łososie.

– W tym samym rejonie, gdzie zastawiłeś kosz?

– Nie. Wie pani, widziałem ich tylko z daleka.

– Czyli nic niezwykłego, tak?

– Niezwykłego? Znaczy co?

– Czy coś zwróciło twoją uwagę, spowodowało, że się zainteresowałeś i odwróciłeś głowę. Coś w tym rodzaju.

– Och, nie, nic takiego. Zupełnie nic.

– O której wypłynąłeś dziś rano?

– Około czwartej.

– Dlaczego zastawiasz kosze tak późno i zbierasz tak wcześnie? – spytała Tracy, choć była pewna, że zna odpowiedź.

Chłopak się skrzywił.

– Żeby wyciągnąć kosz, zanim ktoś mnie zobaczy.

– Często to robisz?

Na twarzy Schilla znów pojawił się wyraz zmieszania.

– W tym tygodniu już drugi raz.

– Spytam jeszcze raz. Nie widziałeś żadnych innych łodzi ani nic, co by cię zastanowiło?

Chwilę dumał nad odpowiedzią.

– Nie, właściwie nie.

– Możemy popłynąć w to miejsce, w którym wyciągnąłeś kosz?

– Co, teraz? – W głosie chłopaka zabrzmiał strach.

– Nie, za chwilę. Czekamy na ekipę nurków. Chciałabym, żebyś nam pokazał, gdzie dokładnie znalazłeś ten kosz.

– Tak, dobrze. – Teraz w jego głosie słychać było wahanie.

– To jakiś problem? – rzuciła Tracy.

– Mam dziś rano matematykę.

– Obawiam się, że dziś będziesz musiał opuścić lekcje.

– Oj!

– Rodzice tu jadą?

– Tata jest w drodze.

– Dobra, poczekamy. Trzymaj się. – Tracy ruszyła w stronę robiącej zdjęcia Pryor.

– Pani detektyw! – zawołał za nią Schill.

Odwróciła głowę.

– Tak?

– Myślę, że ona długo tam nie leżała.

Tracy zawróciła.

– Sądzisz, że to kobieta? – spytała.

– Znaczy… nie jestem pewien, ale ta ręka… paznokcie. Wciąż był na nich lakier.

Chwilę się zastanowiła.

– Dobra. Coś jeszcze?

– Nie.

Katie Pryor zawołała ją i wskazała na drogę.

Na jezdni zatrzymał się wóz transmisyjny Kanału Ósmego telewizji KRIX ze sterczącą na dachu anteną satelitarną i wysiadła z niego zmora wszystkich pracowników Sekcji Ciężkich Przestępstw Kryminalnych, reporterka Maria Vanpelt. Była wschodzącą gwiazdą lokalnej telewizji informacyjnej, mającą nosa do sensacyjnych wydarzeń atrakcyjną blondynką, która została mocno skarcona za nieprofesjonalne zachowanie przy sprawie Kowboja. W rezultacie od wielu miesięcy nie pokazywała się i nikt za nią nie tęsknił. Stykający się z nią detektywi z Sekcji przezywali ją Super Glue i szeptali, że jednym z mężczyzn, do których się kleiła, był ich szef, kapitan Johnny Nolasco.

Tracy zadzwoniła z komórki do Billy’ego Williamsa i poprosiła, by ekipa zajmująca się oględzinami miejsc przestępstw przywiozła ze sobą nie tylko parawan, ale także namiot. Rozstawiony nad samą wodą, miał pomieścić punkt dowodzenia akcją i zapewnić dodatkową dyskrecję poczynań. Tracy wiedziała, że w ślad za wozami transmisyjnymi pojawią się też śmigłowce. Wiedziała też, że ustanowienie strefy zakazu latania niczego nie zmieni, bo jeśli media uznają temat za wystarczająco nośny, będą wolały zapłacić grzywnę i postawić na swoim. Słuchając słów Williamsa, przeniosła wzrok ku wodzie i przyjrzała się ciągnącej się z tyłu łodzi lince.

Zdecydowanie tym razem nie chodziło o wyrzutka.

* * *

Na plażę zajechał policyjny cyrk, co przyciągnęło tłumy gapiów. Ludzie stali łokieć przy łokciu, oparci o metalową barierę, wśród nich przepychali się fotoreporterzy i kamerzyści. Przy brzegu stało kilka radiowozów, po zatoce pływały dwa niebiesko-białe kutry straży portowej, nie pozwalając się zbliżać żaglówkom i motorówkom ciekawskich, po terenie kręciło się kilkunastu umundurowanych policjantów, tuż nad wodą stawiano namiot – wszystko to przyciągało tłumy niczym magnes. Nawet turyści wydawali się bardziej zainteresowani akcją na plaży niż ikonicznymi widokami – wznoszącym się na południowym horyzoncie masywem Mount Rainier i lśniącą w porannym słońcu latarnią morską Alki Point z jej białymi ścianami i dachem z czerwonej dachówki na tle Zatoki Elliotta i dalekiej panoramy wieżowców Seattle.

Nurkom udało się rozsupłać plątaninę lin i wodorostów za rufą łodzi Kurta Schilla, kosz o sześćdziesięciocentymetrowej średnicy został wydobyty i miał być wraz z łodzią przewieziony na przystań policyjną i poddany badaniu na obecność odcisków palców i śladów DNA. Drugi, większy, ze swoją przerażającą zawartością został poddany oględzinom na miejscu w namiocie.

Tkwiły w nim zwłoki kobiety. Była zupełnie naga, jej rozdęte i poszarzałe ciało miało barwę i konsystencję zawartości muszli uchowca: jasnoszare, galaretowate, pokryte siatką fioletowych linii, w paru miejscach nadgryzione przez morskie stworzenia. Kontrastowały z nim jasnoniebieskie paznokcie u rąk, przypominające dłonie porcelanowej lalki, spękane i porysowane po latach używania.

W namiocie trwała dyskusja, jak najlepiej przetransportować ciało do biura koronera przy Jefferson Street w centrum Seattle. Wprawdzie Tracy jako starsza funkcjonariuszka wydziału zabójstw dowodziła pracą ekipy śledczej na miejscu przestępstwa, jej władza nie obejmowała jednak ciała ofiary, które pozostawało w wyłącznej gestii koronera. A Stuart Funk, koroner okręgu King, który lubił stawiać na swoim, uznał, że nie należy wyjmować ciała z kosza, by nie zniszczyć ewentualnych śladów. Problem polegał na tym, że nikt nie był pewny, czy kosz zmieści się do furgonetki koronera w pozycji pionowej, i wszyscy ze strachem myśleli, że przyjdzie im kłaść go na boku na oczach tłumu gapiów. Funk wysłał w końcu kogoś po taśmę mierniczą.

Tracy czekała przed namiotem razem z Kinsem i Billym Williamsem oraz Vikiem Fazzio i Delmem Castigliano, pozostałymi członkami zespołu A Sekcji Ciężkich Przestępstw Kryminalnych. Ubrani w luźne spodnie, sportowe marynarki i mokasyny, Faz i Del wyglądali jak mafiosi z New Jersey, którzy bez powodzenia starają się wmieszać w tłum na Cocoa Beach. Z biura prokuratora okręgowego przysłano też Ricka Cerrabone’a, starszego prokuratora z Wydziału Najcięższych Przestępstw Kryminalnych. Tracy zetknęła się już z nim przy kilku wcześniejszych śledztwach, tyle że tym razem nie bardzo miał co robić na miejscu wyjątkowo niekonwencjonalnego przestępstwa. Należało się spodziewać, że ilość śladów do zabezpieczenia będzie wyjątkowo mała. Woda morska musiała zniszczyć ewentualne odciski palców i ślady DNA na koszu, a ponieważ był wcześniej zanurzony na głębokości dwudziestu kilku metrów, szukanie śladów na plaży nie miało sensu.

– Nie da się nawet ustalić miejsca, gdzie przybiła łódź zabójcy – zauważyła Tracy. – W tej części nabrzeża jest kilka pomostów, nie mówiąc już o ciągnącej się tu przystani Don Armeni. W dodatku nie wiadomo, czy zabójca w ogóle skorzystał z jakiejś przystani, bo Schill na przykład tego nie zrobił.

– Mogli przybić do brzegu gdziekolwiek, od wysp San Juan aż po Olympię – wtrącił Faz swym gardłowym akcentem z New Jersey. Wycierał chustką pot na zmianę to z czoła, to z karku.

– Nie sądzę – powiedziała Tracy. – Gdyby tak było, wrzuciliby kosz do głębszej wody, dalej od brzegu. Podejrzewam, że zostawili je tak blisko, bo tak im było wygodniej. Zabójca zna ten teren albo nie chciało mu się płynąć dalej.

– Wiemy mniej więcej, jak długo leżały tam zwłoki? – spytał Del.

– Według pobieżnej oceny Funka najwyżej kilka dni. Występuje tylko niewielki obrzęk dłoni, zewnętrzna warstwa skóry pozostaje nienaruszona.

– Czeka nas szukanie igły w stogu siana – mruknął Faz.

– Może – przyznał Del. – Ale i tak mamy większą szansę na znalezienie jej, niż ta klatka miała na przypadkowe splątanie się z koszem chłopaka.

– Chyba nie sądzisz, że to on? – rzuciła Tracy.

– Mówię tylko, że to nieprawdopodobny zbieg okoliczności.

– Założę się, że nieprędko weźmie do ust kraba – powiedział Faz.

Tracy rozejrzała się, żeby sprawdzić, czy w pobliżu nie ma jakiegoś mundurowego. Zgodnie z nowymi przepisami ci mieli obowiązek noszenia włączonych kamer osobistych, a to znaczyło, że trzeba uważać, co się mówi i z jaką miną. Na przykład wybuchy śmiechu w gronie detektywów na miejscu przestępstwa mogły łatwo obrócić się przeciwko nim. Ludzie nie rozumieją, że wisielczy humor jest często ratunkiem przed zwymiotowaniem. Smartfony jeszcze sprawę pogorszyły, bo teraz każdy był kamerzystą amatorem.

Williams wskazał na dwa apartamentowce stojące najbliżej wjazdu na plażę.

– Przepytajmy ludzi w tych domach i na marinach – zarządził. – Może ktoś coś widział.

– Byłoby łatwiej, gdybyśmy mieli przyzwoitą podobiznę ofiary – wtrącił Faz. – Można by sprawdzić, czy ktoś jej nie poznaje.

– Nie wybiegamy za bardzo do przodu? – spytał Kins. – Może się nam poszczęści i znajdziemy jej zdjęcia w systemie. Mogła być prostytutką albo narkomanką.

– Nie sądzę, żeby zabójca aż tak się przejmował ukryciem ciała prostytutki czy narkomanki – powiedziała Tracy.

– Więc jeśli ofiara nią nie była, ktoś powinien był zgłosić jej zaginięcie – zwrócił jej uwagę Kins.

– Tak robią mafiosi w moim rodzinnym mieście – wtrącił Faz. – Jedno stuknięcie w tył głowy i stajesz się karmą dla rybek.

– I być może masz rację – przyznał Kins. – Mówię tylko, że może nam się poszczęścić.

Williams jednak pokręcił głową.

– Nie, popytajmy teraz, póki jeszcze wszystko jest świeże. Poza tym jeśli została zastrzelona, to gdzieś jest jeszcze jedno miejsce przestępstwa.

– Którego znalezienie może być równie niemożliwe, jak ustalenie miejsca przybicia łodzi do brzegu – dodał Kins.

Z namiotu wyszedł Funk; tym razem nie przypominał wyglądem roztargnionego profesora. Niedawna wizyta u fryzjera nieco przetrzebiła jego siwą czuprynę, która często sprawiała takie wrażenie, jakby Funk nie miał grzebienia. W okularach przeciwsłonecznych wyglądał dużo młodziej niż w noszonych na co dzień szkłach w srebrnych oprawkach, o wiele za dużych jak na jego wąską czaszkę.

– Klatka zmieści się w naszej furgonetce – oznajmił. – Zabiorę ją w całości do siebie, ale dziś się tym nie zajmę.

– Czy ofiara ma jakieś tatuaże albo przekłucia? – spytała Tracy.

– Na razie niczego takiego nie zauważyłem – odparł Funk.

– A nakłucia po igłach? – wtrącił się Kins.

– Tego też jeszcze nie wiem.

– Jak długo, pańskim zdaniem, przebywała w wodzie? – zapytał Faz.

– Dwa, trzy dni, nie dłużej.

– Chciałabym, żeby kosz pozostał w możliwie nienaruszonym stanie – powiedziała Tracy. – Może nam coś podpowie o miejscu swego pochodzenia.

– Postaram się – obiecał Funk.

– Zawiadom nas, kiedy będziesz gotowy się nią zająć – dodała Tracy.

Po odejściu Funka Williams zwrócił się do Dela i Faza:

– Zacznijcie przepytywać mieszkańców tych domów. – Tracy i Kins mieli popłynąć z patrolem straży portowej do miejsca znalezienia kosza. – Spotkajmy się wszyscy po południu.

Tracy i Kins ruszyli w stronę czekającej motorówki.

– Masz może krem przeciwsłoneczny? – spytał Kins. Gdy wręczyła mu tubkę, wycisnął trochę kremu i rozsmarował sobie na karku. – Znam gorsze sposoby spędzania sobotniego popołudnia.

– Myślę, że ta kobieta byłaby innego zdania – mruknęła Tracy.

* * *

Resztę popołudnia Tracy i Kins spędzili, smażąc się na słońcu. Temperatura powietrza przekraczała trzydzieści stopni, ale na wodzie wydawało się, że jest jeszcze goręcej, a powietrze stało w miejscu. Gdy Schill zabrał ich na swoje łowisko, od razu pojawiły się problemy. Silne prądy i użyta przez niego linka o długości ponad dwudziestu metrów powodowały, że nie był w stanie dokładnie określić miejsca, z którego wyciągnął drugą klatkę, ani nawet tego, gdzie był zanurzony jego kosz. To radykalnie powiększało teren poszukiwań. Ponadto woda na tej głębokości była na tyle mętna, że ograniczała widoczność do niecałego metra. Nurkowie przebadali teren w promieniu rozsądku, ale nie znaleźli ani broni, ani niczego innego, co mogło się kojarzyć z kobietą w pułapce na kraby. Co zresztą nikogo nie zdziwiło. Zabójca najwyraźniej chciał, by nikt nigdy nie odnalazł jej zwłok.

Po powrocie na brzeg Tracy marzyła tylko o tym, by jak najszybciej pojechać do domu i wskoczyć pod zimny prysznic, niestety, musiała się z tym wstrzymać. Razem z Kinsem wrócili na komendę policji i spotkali się w sali konferencyjnej z Fazem, Delem i Billym Williamsem. Faz poinformował ich, że pierwsza runda rozmów z mieszkańcami osiedla i użytkownikami marin nie zaowocowała żadnymi przydatnymi informacjami.

– Byłoby łatwiej, gdybyśmy mieli jej fotografię – powtórzył.

Tuż po zejściu na ląd Tracy zadzwoniła do Funka i usłyszała, że wprawdzie wyjęto zwłoki denatki z klatki, ale uzyskanie jej podobizny w przydatnej jakości jest bardzo problematyczne. Może rysownikowi uda się uzupełnić brakujące fragmenty jej twarzy w miejscach wyżartych przez morskie stworzenia, ale na razie przekazanie Fazowi i Delowi fotografii zrobionej na stole sekcyjnym skończyłoby się wymiotami mieszkańców apartamentowców i właścicieli łodzi w marinach.

Rozdział 3

W poniedziałek rano po długim weekendzie Tracy spotkała się z Kinsem w biurze koronera na rogu Dziewiątej i Jeffersona, tuż obok Centrum Medycznego Harborview. Czternastopiętrowy gmach z elewacją z przyciemnianego szkła zapewniającego naturalne doświetlenie w niczym nie przypominał betonowych katakumb, w których niegdyś mieściło się biuro koronera. Tyle że choć cały budynek przedstawiał się elegancko i nowocześnie, niewiele dało się zrobić z wyglądem sali sekcyjnej, w której Funk i jego ekipa zajmowali się ofiarami zabójstw i wypadków. Jak w poprzednim lokum, wyposażenie stanowiły rzęsiście oświetlone stoły i zlewy ze stali nierdzewnej z odpływami i syfonami i całe pomieszczenie wyglądało odpychająco zimno i sterylnie.

Nagie zwłoki leżały na stole najbliżej wejścia, podpórka wsunięta pod plecy sztucznie wypinała klatkę piersiową ofiary, rozrzucone na boki ręce zwisały bezwładnie, co ułatwiało Funkowi zadanie. Normalnie byłby w użyciu worek na ciało, ale zważywszy na miejsce znalezienia zwłok i inne okoliczności, tym razem z niego zrezygnowano.

Ciało ofiary było w mniejszym stopniu ludzkimi szczątkami, stanowiło raczej materiał dowodowy, który należy pociąć i obejrzeć. Bezosobowy charakter sekcji zwłok stanowił drastyczną cechę tego etapu śledztwa i Tracy wciąż nie była w stanie w pełni się z tym pogodzić, mimo dziewięcioletniego babrania się w ciężkich przestępstwach kryminalnych. U podstaw tego leżała świadomość, że kości jej siostry, wykopane po dwudziestu latach od jej zniknięcia w górach otaczających ich rodzinne miasteczko, kiedyś też leżały ułożone na podobnym stalowym stole i przypominały skamielinę wydobytą na stanowisku archeologicznym. Tracy przyrzekła sobie wtedy nigdy nie zapominać, że leżące na stole sekcyjnym zwłoki były kiedyś żywą, oddychającą istotą ludzką.

Usiadła na taborecie na kółkach, uważając, by nie przeszkodzić Funkowi, Kins stanął obok niej. W milczeniu przyglądali się precyzyjnym ruchom patologa, który z profesjonalną obojętnością opisywał na głos swoje kolejne czynności i dokumentował je mnóstwem fotografii. Zaczął od zważenia i zmierzenia zwłok – miała sto sześćdziesiąt sześć centymetrów wzrostu, choć trudno to było w pełni precyzyjnie ustalić z powodu ściśnięcia ciała w ciasnej klatce, ważyła sześćdziesiąt jeden kilo. Potem pobrał wymazy z pochwy i odbytu do zbadania na obecność nasienia i obejrzał dokładnie skórę pod kątem wybroczyn i krwistych plamek mogących świadczyć o asfiksji, choć i bez tego przyczyna śmierci ofiary była oczywista. Denatkę uśmiercono strzałem w tył głowy, najprawdopodobniej z broni krótkiej kalibru dziewięć milimetrów, choć narzędzie zbrodni nie miało w tej sytuacji większego znaczenia. Nawet gdyby je kiedyś znaleźli, brak pocisku, który przeszedł na wylot przez czaszkę ofiary, i tak uniemożliwiłby jego identyfikację.

Przeprowadzone przez Funka zewnętrzne oględziny nie ujawniły żadnej biżuterii, choć uszy były przekłute, co dodatkowo potwierdzało podejrzenia Tracy, że zabójca świadomie ogołocił ciało ofiary. Funk nie znalazł na nim żadnych tatuaży, wyróżniających znaków szczególnych ani śladów świadczących o tym, że ofiara była narkomanką. Pobrał odciski palców w celu przepuszczenia przez bazę AFIS1, jeśli jednak ofiara za życia nie została skazana za przestępstwo, nie służyła w wojsku ani nie pracowała w zawodzie wymagającym pobierania odcisków palców, w bazie jej nie znajdą. Pobrał też próbki krwi i śliny w celu przeprowadzenia analizy DNA, ale także w tym przypadku jeśli ofiara nie była notowana w bazie CODIS2, przeszukanie jej nic nie da.

Funk zaczął się szykować do prześwietlenia ciała.

– Dobrze się czujesz? – zwrócił się Kins do Tracy.

Obrzuciła go nieobecnym spojrzeniem.

– Co?

– Bo tak jakoś dziwnie patrzysz… I tak cicho siedzisz. Za cicho. – Przez osiem lat współpracy nauczyli się wzajemnie odczytywać swoje nastroje. – Nie podchodź do tego zbyt osobiście, Tracy. Ta sprawa i bez tego wystarczająco śmierdzi.

– Nie podchodzę do tego osobiście, Kins.

– Wiem, że nie. – Dobrze wiedział, co się stało z jej siostrą, i znał zawziętość Tracy wobec morderców młodych kobiet.

– Tylko że nie da się zmienić faktów – rzuciła.

– Ale da się zmienić swój stosunek do nich.

– Może – przyznała takim tonem, by nie zabrzmiało to jak kapitulacja. – Zastanawiam się tylko, skąd się biorą tacy ludzie, którzy strzelają komuś w tył głowy i upychają ciało w pułapce na kraby jak przynętę?

Kins westchnął. Nie pierwszy raz o tym rozmawiali.

– Pomyśl o tym z perspektywy rodziców – poradził jej. – To musi być potworne, usłyszeć, że dziecko zginęło w ten sposób, ale wyobrażam też sobie dramat rodziców, którzy wychowali potwora zdolnego zrobić coś takiego.

– Wygląda na to, że jest coraz gorzej, prawda? – Tracy zamyśliła się. – Ludzie nie szanują granic prywatności innych ludzi. Włamanie się do czyjegoś domu czy samochodu nie stanowi dla nich żadnego problemu. Czytałeś o tych, co w grudniu zeszłego roku kradli spod domów prezenty świąteczne, a z trawników dekoracje?

– Widziałem to.

– Skąd się biorą ludzie, którzy robią takie rzeczy?

– Nie wiem – odparł Kins. – Kiedy gospodarka kuleje, ludziom odbija.

– Gówno prawda – obruszyła się. – Jest mnóstwo biednych ludzi, którym takie rzeczy nie przyszłyby nawet do głowy. – Przeniosła wzrok na stół sekcyjny.

Przez chwilę oboje przyglądali się poczynaniom Funka.

– Co myślisz o tym Schillu? – odezwał się po chwili Kins.

– Myślę, że Faz i Del mają rację. Że nieprędko popłynie kłusować na kraby.

Funk podszedł do komputera, na którego ekranie ukazała się seria zdjęć rentgenowskich ciała kobiety. Patolog dotknął myszki i zaczął przesuwać kolejne obrazy, aż znalazł ten, o który mu chodziło.

– Proszę! Widzicie? – Naprowadził kursor na twarz ofiary. – Na brodzie i na policzkach miała implanty. Zmieniono jej też kształt nosa.

– Poddała się operacji plastycznej? – spytała Tracy.

– Ale nie takiej, o jakiej myślisz – powiedział Funk. – Dokonano zmian w układzie kostnym twarzy.

– Ktoś celowo chciał zmienić jej wygląd – domyśliła się Tracy.

– I to całkiem niedawno. Powiedziałbym, że jakiś miesiąc, góra dwa miesiące temu. Zafarbowano jej też włosy na ciemniejszy kolor. – Funk przeniósł wzrok na zwłoki. – Jej naturalny kolor to ciemny blond.

Z wcześniejszych śledztw Tracy i Kins pamiętali, że implanty są opatrywane numerem seryjnym, a chirurdzy plastyczni mają obowiązek wpisywania tych numerów do dokumentacji medycznej pacjentów i powoływania się na nie w razie reklamacji u producenta.

– Wygląda na to, że możemy machnąć ręką na rysownika – odezwał się Kins. – Chyba właśnie natrafiliśmy na trop prowadzący do naszej nieznajomej.

* * *

Po powrocie na komendę Tracy zidentyfikowała numery seryjne jako należące do Silitone, producenta implantów z Florydy. Pracownica Silitone przyjęła zapytanie i w ciągu godziny oddzwoniła z odpowiedzią, że te konkretne implanty zostały dostarczone doktorowi Yee Wu w Renton w stanie Waszyngton – miasteczku na południowym krańcu jeziora Washington, jakieś dwadzieścia minut jazdy samochodem ze śródmieścia Seattle.

Kins zadzwonił do kliniki doktora Wu i wysłuchał od recepcjonistki cierpkiej tyrady na temat ograniczeń wynikających z HIPAA3 i obowiązku dochowania tajemnicy lekarskiej. Przytkało ją, dopiero gdy Kins oświadczył, że jest detektywem z wydziału zabójstw i prowadzi śledztwo w sprawie morderstwa. Regulacje HIPAA nie przestawały obowiązywać wraz ze śmiercią pacjenta, ale Kinsa i Tracy nie interesowała historia schorzeń ofiary, przynajmniej jeszcze nie teraz. Na tym etapie chodziło im tylko o ustalenie, kim była.

Oboje wsiedli do samochodu i pojechali do Renton. Przyglądając się odrapanemu parterowemu barakowi, Tracy pomyślała, że miałaby opory przed zrobieniem u doktora Wu manikiuru, a co dopiero poddaniem się operacji twarzy. Ale na swej stronie internetowej Wu chwalił się, że jest absolwentem medycyny na uniwersytecie w Hongkongu, ma specjalizację z chirurgii plastycznej na Uniwersytecie Kalifornijskim w Los Angeles i jest członkiem Amerykańskiego Towarzystwa Chirurgów Plastycznych.

– Z przytoczonych wypowiedzi pacjentek wynika, że jest największym rzeźbiarzem od czasów Michała Anioła – powiedziała Tracy.

– A my oczywiście wiemy, że skoro tak piszą w internecie, musi to być prawda – dodał Kins, wjeżdżając na parking.

Wysiedli z samochodu przy akompaniamencie ryku silników odrzutowca startującego z pobliskiego lotniska fabrycznego Boeinga i podeszli do szklanych drzwi. Wewnątrz zdecydowanie pachniało Azją – począwszy od wystroju wnętrza, a skończywszy na kilkuosobowej grupce czekających pacjentów. Drobna Azjatka w niebieskim szpitalnym stroju przedstawiła się jako asystentka medyczna doktora Wu i zapewniła, że chirurg za chwilę ich przyjmie.

– Już to kiedyś słyszałem – mruknął Kins, siadając z Tracy w poczekalni. – Wyobrażasz sobie, co by było, gdyby kierowcy autobusów tak trzymali się rozkładu jazdy jak lekarze swojego planu zajęć? Całe miasto pogrążyłoby się w chaosie.

Tracy podała mu wzięte ze stolika czasopismo po chińsku.

– Przynajmniej nie musisz czytać „Time’a” sprzed sześciu miesięcy.

Asystentka pojawiła się po dziesięciu minutach i nie wywołała ich głośno po nazwisku, tylko dyskretnie poinformowała, że doktor Wu już na nich czeka.

– A już zaczynało mnie to wciągać – mruknął Kins, odkładając czasopismo.

Gdy oboje weszli do ciasnego gabinetu, doktor Wu na ich widok podniósł się zza biurka. Był drobnym mężczyzną liczącym nie więcej niż metr sześćdziesiąt wzrostu, na nosie miał wielkie okulary w srebrnych oprawkach i biały lekarski kitel włożony na białą koszulę z rudawobrązowym krawatem, którego koniec tkwił pod paskiem od spodni.

– Dziękuję, że znalazł pan dla nas czas – powiedziała Tracy.

Dłonie Wu były miękkie i drobne jak u dziecka. Gdy przedstawili się sobie, usiadł za biurkiem i otworzył przygotowaną wcześniej teczkę z dokumentami.

– Implanty o podanych numerach zostały wszczepione pacjentce, która nazywa się Lynn Cora Hoff – powiedział z silnym chińskim akcentem.

Ich anonimowa ofiara miała już nawet nazwisko.

– Co pan nam może o niej powiedzieć? – spytała Tracy.

Jeśli Wu miał jakieś obiekcje w związku z HIPAA, nie dawał tego po sobie poznać. Nasadą dłoni poprawił okulary.

– Pani Hoff ma dwadzieścia cztery lata, wzrost sto sześćdziesiąt osiem centymetrów, waga sześćdziesiąt kilogramów, rasy białej. Miała zoperowany nos i wstawione implanty podbródka i kości policzkowych.

– Kiedy to było?

– Trzeciego czerwca.

– Czyli niedawno – zauważył Kins.

– Tak, całkiem niedawno.

– Czy pani Hoff była wcześniej pańską pacjentką? – spytała Tracy.

– Nie.

– Powiedziała, dlaczego chce się poddać operacji?

Wu podniósł na nią wzrok, jakby nie zrozumiał pytania. Okulary znów zsunęły mu się na czubek nosa.

– Dlaczego? – powtórzył.

– Dlaczego chciała mieć zmienioną twarz? – wyjaśniła Tracy.

– Wiele kobiet poddaje się rekonstrukcji twarzy – odparł, jakby zmiana wyglądu była czymś zupełnie naturalnym. Kciukiem znów podsunął sobie okulary.

– Rozumiem. – Tracy kiwnęła głową. – Tylko że ten zabieg był chyba bardziej inwazyjny od zwykłej operacji plastycznej.

– Kobiety… – Wu spojrzał na Kinsa – …i mężczyźni poddają się operacjom z wielu różnych powodów.

– Czyli nie wyjaśniła dlaczego? – upewnił się Kins.

– Nie.

– Dostarczyła panu swoją dokumentację medyczną?

Wu odchylił mosiężną klamerkę na teczce, wyjął kilkustronicową zawartość i podał Tracy.

Tracy i Kins pochylili się nad nią. Pierwszą kartką był wypełniony długopisem formularz przyjęcia pacjenta na zabieg; Kins spisał z niego datę urodzenia Lynn Hoff, numer ubezpieczenia społecznego i adres w Renton. Hoff wpisała jedynie numer komórkowy i nie podała nazwiska osoby, z którą należało się kontaktować w sytuacji kryzysowej.

Na drugiej stronie były pytania o stan zdrowia. Hoff na wszystkie odpowiedziała przecząco: nie cierpiała na żadne choroby, nie przechodziła żadnych operacji i nie zażywała żadnych lekarstw. W części dotyczącej rodziny na pytania, czy matka i ojciec żyją i czy ma braci lub siostry, udzieliła odpowiedzi „nie”.

– Ma pan jej fotografię sprzed i po operacji? – spytała Tracy, odkładając formularze.

Wu wyprostował się na fotelu.

– Nie.

Tracy spojrzała znacząco na partnera.

– Nie ma pan żadnych zdjęć? – W jej tonie brzmiało niedowierzanie.

– Nie – odparł niemal szeptem Wu.

– Doktorze, czy zrobienie zdjęcia pacjentce przed i po zabiegu nie jest standardową procedurą?

– Tak – potwierdził. – To standardowa procedura.

– Więc dlaczego nie ma pan żadnych zdjęć?

– Po operacji pani Hoff poprosiła o wydanie jej wszystkich.

– Poprosiła o zdjęcia, które pan jej zrobił?

– Tak.

– I pan je oddał?

– Podpisała zrzeczenie. – Pochylił się nad biurkiem, pogrzebał w teczce i podał Tracy dwustronicowy dokument stanowiący zwolnienie z odpowiedzialności. Lynn Hoff potwierdzała przejęcie wszystkich posiadanych przez doktora Wu fotografii i zrzekała się wobec niego wszelkich ewentualnych roszczeń z jakiegokolwiek powodu i w jakichkolwiek okolicznościach.

– Zlecił pan opracowanie tego dokumentu prawnikowi?

– Tak – odparł Wu.

– Zatem to nie jest standardowe postępowanie – domyślił się Kins.

– Nie jest.

– Czy pani Hoff wyjaśniła, dlaczego chce mieć te zdjęcia?

Lekarz pokręcił głową.

– Nie, nie wyjaśniła.

Tracy podejrzewała, że musiał się nad tym zastanawiać i dojść do podobnego wniosku co ona teraz: że być może, nie zdając sobie z tego sprawy, dokonał zmiany wyglądu kogoś ukrywającego się przed organami wymiaru sprawiedliwości lub wrogami.

– Czy pani Hoff wróciła do pana na jakieś dalsze zabiegi?

– Nie.

– Czy to też należy uznać za niestandardowe postępowanie?

– Tak.

– Umówiła się na wizytę kontrolną?

– Wizyta została wyznaczona, ale ona się na nią nie zgłosiła.

– Czy ktoś z pańskiego personelu próbował się z nią skontaktować i czegoś dowiedzieć?

– Jej numer telefonu nie był już aktualny – powiedział Wu.

– Gdzie odbyła się operacja?

– Tutaj. Mamy prawnie zarejestrowaną salę operacyjną. Dzięki temu możemy oferować niższe stawki za zabiegi.

– Ile kosztuje tego typu operacja?

Wu zajrzał do dokumentacji.

– Sześć tysięcy trzysta dwanaście dolarów.

Tracy widziała w recepcji wywieszkę, że klinika przyjmuje płatności kartą Visa i MasterCard.

– Jak płaciła? Bo rozumiem, że ubezpieczenie tego nie pokrywa, prawda?

– Nie, ubezpieczenie nie pokrywa kosztu operacji na życzenie pacjenta – potwierdził Wu. – Pani Hoff zapłaciła gotówką. – Podał jej kopię kwitu kasowego.

Kins spojrzał znacząco na Tracy, a ona wyczytała w jego spojrzeniu, że traktuje to jako kolejny dowód na to, że Lynn Hoff była prostytutką. Zanotowała w pamięci, by kazać Delowi i Fazowi rozejrzeć się po oddziałach banków w Renton i sprawdzić, czy Lynn Hoff miała w nich konto.

– Jak pani Hoff wróciła do domu po operacji? – zadała kolejne pytanie. – Bo rozumiem, że nie była w stanie sama prowadzić.

– Mam tu adnotację, że zamówiła taksówkę.

– A co z jej rekonwalescencją w domu? – zapytał Kins. – Czy ktoś się nią opiekował?

– Tego nie wiem. – Wu wzruszył ramionami.

– Nie pytał jej pan? – Tracy postanowiła trochę go przycisnąć.

– Nie.

– Czy to wszystko nie wydało się panu dziwne, panie doktorze?

– Owszem.

– Ale nigdzie pan tego nie zgłosił?

– A co miałem zgłosić? I komu? – Patrzył na nią obojętnym wzrokiem kogoś, kto już się skonsultował z prawnikiem i jest pewny, że nie popełnił żadnego wykroczenia. – Odpowiadam tylko za pacjentów pod moją opieką.

– To prawda – przyznał Kins. – Problem tylko w tym, że pańska pacjentka znalazła się na dnie cieśniny Puget, a naszym obowiązkiem jest wykrycie, kto ją tam zostawił i dlaczego.

Rozdział 4

14 kwietnia 2016Portland, stan Oregon

Wychodzę za mąż.

Myślałam, że nigdy w życiu nie wypowiem takich słów, a teraz je mówię. Stoję w holu sądu okręgowego Multnomah w śródmieściu Portlandu, ubrana – wyobraźcie sobie – w białą suknię. Szokujące jest nie to, że suknia jest biała. Wszystkie dziewczyny ubierają się do ślubu na biało, bez względu na to, czy… no wiecie. Szokujące jest to, że mam na sobie długą suknię. Przed kupieniem tej nie miałam nawet zwykłej sukienki. Do pracy chodziłam zawsze w spodniach, zwykle w dżinsach. To w końcu Portland, co w tłumaczeniu znaczy „na luzie”. Ludzie noszą tu ciuchy ze spandexu. Nie żartuję. Jeden z naszych likwidatorów ubezpieczeniowych przyjeżdża do pracy na rowerze i łazi po biurze w obcisłych spodenkach, szpanując swoją męskością, z której musi być bardzo dumny, bo wciąż ją eksponuje. Przychodzi do mojego boksu i zadaje jakieś bzdurne pytania, żeby mnie podniecić. No i mu się udaje. Jeśli mogłabym przepłukać oczy środkiem dezynfekcyjnym, tobym to zrobiła.

Ale odbiegam od tematu.

Więc niech gra muzyka… Właśnie idę do ołtarza i już…

Tylko że wcale nie idę do ołtarza ani nawet do kościoła. Jest czwartek po południu i o trzeciej mam stanąć przed sędzią pokoju. Chciałam zaczekać do weekendu, ale ślub w dzień powszedni jest tańszy o trzydzieści pięć dolarów, a Graham – bo on tak się nazywa, Graham Strickland – mówi, że nie ma sensu wyrzucać więcej pieniędzy za to samo.

Nie, to nie jest taki ślub, o jakim marzy każda młoda dziewczyna – z przejściem środkową nawą przez cały kościół, z dłonią wspartą na ramieniu ojca i ciągnącym się z tyłu długim welonem – ale to marzenie umarło już dziewięć lat temu. Miałam trzynaście lat, kiedy pijany kierowca wpadł na środkową barierę, wyleciał w powietrze i spadł na dach naszego samochodu, zabijając oboje moich rodziców. Lekarze powiedzieli, że miałam szczęście i uratowało mnie to, że siedziałam z tyłu. Jakby szczęściem mogło być tkwienie dwie godziny w samochodzie z trupami własnych rodziców. Czujecie, co się ze mną potem działo? Wyobrażacie sobie te lata terapii?

Wyjechałam z Santa Monica, gdzie tata pracował jako lekarz, i zamieszkałam z ciotką i wujkiem w San Bernardino. Dorastała tam moja mama, ale nikogo w tym mieście nie znałam. Powinnam od razu dodać, że u wujka Dale’a mieszkałam tylko jakieś dziewięć miesięcy, bo wtedy właśnie wyznałam terapeucie, że wujek lubi przychodzić w nocy do mojego łóżka. Terapeuta doniósł o tym policji, a oni zawiadomili inspektorów z Towarzystwa Opieki nad Dziećmi i wybuchła straszna awantura. Wyobrażacie sobie moją dalszą terapię?

Poza tym, że nie mam ojca, który by mnie poprowadził przez kościół, nie zapełniłabym rodziną i przyjaciółmi nawet mojego boksu, nie mówiąc już o sali toastów. Boję się też, że nie znaleźlibyśmy nikogo, kto chciałby wygłosić choć półminutowy toast za zdrowie moje i Grahama. Znamy się dopiero niecałe cztery miesiące.

A poza tym nie przepadam za tortami. Wiem, wiem, jak można nie lubić tortu?

No więc ja nie lubię.

Będziemy za to mieli coś w rodzaju miesiąca miodowego. Mamy się wspiąć na Mount Rainier. Wiem, co myślicie, bo ja też tak pomyślałam. Wspinaczka na wysokość czterech tysięcy trzystu metrów i odmrożenie sobie rąk i nóg. Wspaniale… Nie zrozumcie mnie źle. Kocham świeże powietrze i wiele letnich dni spędziłam, włócząc się po Sierra Nevada. Chęć przebywania na świeżym powietrzu to jeden z powodów mojej przeprowadzki do Oregonu. Kolejnym było to, że tu wiecznie pada, więc nie muszę szukać wymówek dla siedzenia w domu i czytania, co jest moją największą pasją w życiu. Tak naprawdę wolałabym to robić także wtedy, kiedy poznałam Grahama.

A było to na imprezie, a właściwie nie tyle na imprezie, ile na przyjęciu służbowym sponsorowanym przez firmę ubezpieczeniową, w której pracuję. Nie pytajcie, skąd się tam wzięła taka szara myszka jak ja. No bo jeśli przebogata i różnorodna oferta ubezpieczeniowa firmy (to sarkazm) oraz bezpłatny alkohol i bezpłatne przekąski (to już bez cienia sarkazmu) nie wystarczały do zwabienia nowych klientów, to nie rozumiem, jak mogła w tym pomóc obecność kogoś takiego jak ja. Ale szefowa, która uparła się odgrywać wobec mnie rolę matki zastępczej, oświadczyła, że moja obecność na przyjęciu „nie podlega dyskusji”.

Po południu w dniu imprezy Brenda Berg weszła do mojego boksu i spytała, dlaczego nie potwierdziłam swojej obecności.

– Bo nie idę – odpowiedziałam, ale takim tonem, jakby na końcu znajdował się znak zapytania.

– Słucham?

– Nie idę – powtórzyłam bardziej zdecydowanym głosem, choć nadal brakowało w nim pewności siebie.

– Dlaczego?

Wzruszyłam ramionami i powróciłam do stukania w klawiaturę. Tak, wiem, to było niegrzeczne.

– Nie lubię takich przyjęć – wyjaśniłam. – Zwykle są nudne.

– Nudniejsze niż siedzenie w domu z nosem w książce?

– Absolutnie – zapewniłam, choć jestem pewna, że jej pytanie było retoryczne.

– I co, będziesz kolejny raz czytała Pięćdziesiąt twarzy Greya?

– Nie – zaprzeczyłam, choć znów bez przekonania, i jestem pewna, że się zarumieniłam. Bo prawda jest taka, że ciekawość we mnie zwyciężyła i rzeczywiście to przeczytałam. Zamówiłam książkę przez internet i podałam adres swojej skrytki pocztowej, a potem przemyciłam ją do domu w zwykłej brązowej kopercie jak butelkę wódki. Książka okazała się dość prosta, ale jak to mówią: Nie kupujesz „Playboya”, żeby w nim czytać artykuły. Oczywiście to nie znaczy, że kiedykolwiek kupiłam „Playboya”. Na pewno nie jestem lesbijką.

– No to mi powiedz, co masz takiego ciekawego w domu, że nie możesz się oderwać na parę godzin i pójść na imprezę? – spytała Brenda, niezrażona moim uporem.

– Takie imprezy są nie w moim stylu – odpowiedziałam. – Nie jestem dobra w nawiązywaniu kontaktów.

– Pomogę ci w tym.

– Nie mam co włożyć.

– W tym też ci mogę pomóc.

Zaczynało mi brakować wymówek i gorączkowo szukałam czegoś w myślach. Pies (którego nie mam) pogryzł mi zaproszenie, tak naprawdę jestem Michaelem Jacksonem przebranym za kobietę, podczas kręcenia reklamy Pepsi stanęłam za blisko wybuchającego rekwizytu i spaliło mi włosy.

– Jesteś bystra – powiedziała Brenda i wiem, że miał to być komplement, ale zabrzmiało to jakoś smutno. – Łapiesz sprawy szybciej od większości naszych pracowników, którzy pokończyli studia i zaliczyli nasz sześciotygodniowy program szkoleniowy. Jeszcze nigdy nie spotkałam kogoś, kto by tak szybko wszystko łapał, a na komputerach znasz się lepiej od naszych informatyków.

Czy wspominałam już, że mam mnóstwo wolnego czasu?

– Musisz tylko wykazać trochę inicjatywy – ciągnęła Brenda – a pewnego dnia może zajmiesz moje miejsce.

Hurra! Przynajmniej będę miała okno, z którego będę mogła wyskoczyć, jak nuda stanie się nie do zniesienia.

– Więc przychodzisz dzisiaj i koniec rozmowy – powiedziała tonem, jaki czasami słyszałam u mamy. – Siedząc w domu i czytając, nigdy nikogo nie poznasz.

– Dobrze, przyjdę. – Dlaczego się zgodziłam? Sama nie wiem. Mam w sobie tę drażniącą potrzebę unikania scysji. Jestem pewna, że istnieje na to termin medyczny w rodzaju Spinus bracus, oznaczający brak kręgosłupa.

– To świetnie – rzuciła Brenda, przyglądając mi się nieufnie. – Jeśli cię tam nie zobaczę, to po ciebie zadzwonię.

– Przyjdę – zapewniłam ją.

– Będę się za tobą rozglądała – powiedziała, po czym z uśmiechem dodała: – Będzie fajnie, zaufaj mi.

Zdaje się, że tak brzmiały ostatnie słowa Custera do żołnierzy, zanim poprowadził ich na rzeź pod Little Bighorn, ale dotrzymałam słowa. Poszłam na to przyjęcie i o dziwo rzeczywiście kogoś tam poznałam. Grahama Stricklanda.

Przyjęcie odbywało się w sali balowej luksusowego hotelu The Nines w śródmieściu Portlandu. Ponieważ mój loft mieścił się w dzielnicy Pearl, przynajmniej nie miałam daleko. Przed wejściem na salę stał stolik z identyfikatorami, ułożonymi w kolejności alfabetycznej. Oczywiście mojego nie było, pewnie dlatego, że nie potwierdziłam obecności. Kobieta za stołem zadała mi najpierw milion pytań, by się upewnić, że nie jestem intruzem, który chce nieproszony wcisnąć się na nudny koktajl firmy ubezpieczeniowej, po czym radosnym głosem oświadczyła, że zaraz wypisze mi identyfikator.

Aż się skuliłam, bo to znaczyło, że zamiast wydrukowanego identyfikatora z logo firmy, jaki będą mieli wszyscy goście, będę miała przyczepioną ręcznie wypisaną kartkę.

– W takim razie już lepiej namaluj mi na czole wielkie Ł jak „łajza” – powiedziałam.

To znaczy chciałam to zrobić, bo wypowiedziałam te słowa tylko w myślach.

Weszłam na salę z ręcznie wypisanym identyfikatorem łajzy, czując się, jakbym miała na czole wielkie szkarłatne A. Sala była pełna ludzi, co też wydało mi się żałosne. Czy oni wszyscy nie mają nic lepszego do roboty?

Nie dojrzałam Brendy, w każdym razie nie od razu, a poza nią nikogo tak naprawdę nie znałam, chyba że z mijania się bez słowa na biurowym korytarzu. Zaczęłam się kręcić bez celu, aż znalazłam się koło bufetu. Uznałam, że zajęcie się jedzeniem przynajmniej stworzy pozory, że jestem tu na miejscu. Ku mojemu zaskoczeniu wybór okazał się całkiem niezły. Szwedzkie kulki mięsne, szaszłyki z kurczaka, owoce i sery, pieczywo. Za stołem stał kucharz i kroił porcje pieczonych żeberek. W domu odżywiam się głównie tuńczykiem z puszki, masłem orzechowym i galaretką, więc dla mnie to była uczta.

Ustawiłam się w kolejce, gdy ktoś za mną powiedział:

– Pani też się zdecydowała w ostatniej chwili, co?

Facet stał tuż za mną, nie byłam jednak pewna, czy mówi do mnie. Ale uśmiechnął się i nie miałam już wątpliwości, że chodzi o mnie. Miłość od pierwszego wejrzenia? A skąd. Pierwsze wrażenie? Pomyślałam, że z nażelowanymi włosami i przedziałkiem z boku, w o numer za małym garniturze z za wąskim krawatem i zbyt eksponowanym jednodniowym zarostem Graham wygląda trochę jak postać z telewizyjnego serialu Mad Men. Po prostu za bardzo się starał.

– Chodzi mi o pani identyfikator – wyjaśnił, wskazując moją karteczkę. – Pewnie też za późno potwierdziła pani obecność.

Dopiero wtedy zauważyłam, że on również ma ręcznie wypisany identyfikator. No kurczę.

– Tak – mruknęłam.

– Ja też – powiedział konfidencjonalnym tonem, jakby robiło to z nas pokrewne dusze.

Rozejrzałam się. Nie wiedziałam, ani kim jest, ani kim są ludzie stojący w zasięgu głosu, ale machnęłam ręką na zachowywanie ostrożności.

– Szefowa powiedziała, że jeśli nie przyjdę, to zwolni mnie z pracy. Myślę, że żartowała, ale pewna nie byłam, więc…

Parsknął śmiechem i zabrzmiało to nawet autentycznie.

– A mój szef powiedział, że jeśli chcę się dochrapać statusu wspólnika, muszę rozwijać znajomości biznesowe.

Powiedział to sztucznie afektowanym tonem.

– Jest pan prawnikiem – domyśliłam się.

– W kancelarii Begley, Smalls, Begley i Timmins. – Nachylił się i ściszył głos. – W skrócie BSBT, czyli Bullshit Big Time4.

Roześmiałam się.

– Powiedział pan dwa razy Begley.

– Ojciec i syn. Stary pierdziel i następca tronu. – Wywrócił oczami. – Gdyby nie był synem założyciela firmy, nalewałby zupę w garkuchni dla ubogich. Facet ma wyobraźnię gryzipiórka, który całymi dniami siedzi za biurkiem i sumuje słupki.

Czyli dokładnie jak ja! – wykrzyknęłam w duchu. Może nas sobie przedstawisz?

– Zdaje się, że moja kancelaria i pani firma robią wspólnie jakieś interesy – dodał.

– Więc jest pan prawnikiem – powtórzyłam, grając na czas i próbując w myślach ocenić jego wiek. Cztery lata w college’u i trzy na prawie… musiał mieć co najmniej dwadzieścia pięć lat. Później się okazało, że miał dwadzieścia osiem, sześć lat więcej ode mnie. – Wygląda na to, że nie jest pan z tego powodu zbyt szczęśliwy. – Nagle uświadomiłam sobie, że blokuję kolejkę do jedzenia. Chwyciłam parę kawałków sera i przesunęłam się wzdłuż stołu.

– Praktykowanie prawa nie jest dla mnie problemem – ciągnął, jeszcze bardziej ściszając głos. – Po prostu nie lubię pracy w korporacji. Z natury jestem przedsiębiorcą. Lubię budować coś od podstaw.

– Ma pan na myśli start-upy?

– Właśnie. Niech pani weźmie żeberka. Dla nich samych warto było tu przyjść.

– Jestem wegetarianką – odparłam. Tyle że wcale nią nie jestem i nie mam pojęcia, dlaczego to zmyśliłam.

Wyciągnął do mnie wolną rękę.

– A ja mięsożercą. Miło cię poznać. – Wskazał ręką swój odręczny identyfikator. – Strickland. – Wymówił nazwisko z brytyjskim akcentem. – Graham Strickland.

Nie skojarzył mi się z Jamesem Bondem. Raczej z krakersami z mąki Grahama, takimi, z których robi się kanapki na wycieczkę. Drugim słowem, jakie przyszło mi do głowy, było „bufon”. Potem jednak uświadomiłam sobie, że rozmowa z kimkolwiek jest lepsza od stania samotnie i sprawiania wrażenia kompletnej niemoty i ta myśl wzięła górę.

– Usiądziemy? – spytał Graham, wskazując wolny okrągły stolik.

– Jasne – odparłam, idąc za moją konstatacją.

Przepchnęliśmy się do stolika z białym lnianym obrusem i bankietowymi krzesłami.

– Napijesz się wina albo piwa? – zapytał Graham, stawiając na stół swój talerz z jedzeniem.

– Nie piję alkoholu.

– Nie pijesz, nie palisz, to co ty robisz? – zanucił, a gdy nie zareagowałam, dodał: – Adam Ant. Goody Two Shoes. To jego piosenka.

– Aa. – Kiwnęłam głową, po czym bez żadnego szczególnego powodu zmieniłam zdanie: – Wino. Wypiję kieliszek wina.

I tak przebiegał ten wieczór. Mówiłam rzeczy, których nigdy wcześniej nie mówiłam, zwłaszcza po drugim kieliszku wina. Jak na przykład wtedy, gdy Graham zapytał: „Chcesz stąd pójść?”, a ja odpowiedziałam: „Jasne”. Albo później, kiedy weszliśmy do baru i spytał: „Napijesz się czegoś?”, a ja znów odpowiedziałam: „Jasne”. Albo jak mnie odwiózł do domu swoim porsche, zaparkował i zapytał: „Zaprosisz mnie na górę na kawę?”, na co ja: „A ty pijesz kawę?”, on na to: „Nie”, a ja: „W porządku”.

No i tak wyszło. Przespałam się z nim. Zaraz pierwszej nocy! Wiem, to okropne, prawda? Może przez wino i koktajle, a może przez czytanie Pięćdziesięciu twarzy Greya. Szczerze przyznam, że nie spodziewałam się go jeszcze kiedyś zobaczyć, przysłał jednak maila; chciał się umówić na wieczór. Myślałam cały dzień nad odpowiedzią. Nie powiedziałam nic Brendzie, ale zwierzyłam się mojej przyjaciółce, Devin Chambers. Zaczęła pracę w naszej firmie w tym samym czasie co ja, tylko że w zespole innego likwidatora. Gdy opowiedziałam jej o swojej nocy z Grahamem, zawołała: „Co?! Kurwa, nie wierzę! Przespałaś się z nim? O kurwa!”.