Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Ulica Krzywoustego mieści się w Gliwicach. Stoi przy niej jeden jedyny dom – willa w ogrodzie, opuszczona tuż po wojnie przez niemieckich mieszkańców. W okresie, kiedy toczy się akcja, między wrześniem 1961 a kwietniem 1963 roku, z sześciorga bohaterów-narratorów powieści mieszka tu troje. Na pierwszym piętrze nastoletni Antek, którego rodzice przyjechali do Gliwic ze Lwowa powojennym transportem; a także zamieszkująca z nimi w pokoju sublokatorskim Profesorowa, wdowa po rektorze Politechniki Lwowskiej. Na parterze Wanda Bobeszko, lektorka francuskiego na miejscowej Politechnice, przybyła do Gliwic z Jaworzna, gdzie się wychowała, ale romanistykę kończyła w Paryżu. Jeszcze dwaj z trojga pozostałych pochodzą ze Lwowa. Doktor Fajman, bywający w willi jako lekarz domowy, należy do zróżnicowanej społeczności gliwickich Żydów. Wojtek marzy o aktorstwie; na razie gra w Studenckim Teatrze Poezji STEP, wystawiającym spektakle w pobliskim Kinoteatrze X. Tylko Anna Freitag, pomoc domowa u rodziców Antka, jest autochtonką, urodzoną w niemieckim Gleiwitz. Działania postaci krzyżują się pod tytułowym adresem, nakładając się zarazem na najważniejsze wydarzenia polityczne i artystyczne ówczesnej Polski.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 519
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Każdy dzień skraca ogłowę jedną godzinę dzieciństwa
Daj oku czas
iczasowi pozwól na rozrzutność
Horst Bienek, gliwickie dzieciństwo, 1966
Działo się to wszystko […] wczasach, gdy źródłem informacji były gazety, aźródłem wiedzy – książki. Czy żyło się wtedy prościej, czy nudniej? Jedno idrugie, amoże ani jedno, ani drugie?
Julian Barnes, Elizabeth Finch, 2022
WRZESIEŃ
Antek
Mija długa chwila, nim Antek zorientuje się, gdzie się zbudził. Najpierw ma wrażenie, że jest wmieszkaniu dziadków na Dietla wKrakowie, ajeśli tak, trzeba się upewnić, czy sufit przecięty długą, rozstępującą się rysą pozostał na swoim miejscu. Ale nie chce mu się jeszcze otwierać oczu. Słyszy, że ojciec już nie śpi, wstał izaraz ściągnie koc zokna. Nie ma jeszcze zasłon, koc musi wystarczyć. Czyli to dom. Gliwice, willa na Krzywoustego. Złazienki dociera do Antka odgłos lejącej się wody. To Profesorowa. Wszyscy tak oniej mówią (tylko jedna jej znajoma, także profesorowa, zwraca się do niej „pani Zofio”). To jej kolej, po mamie, która już przed godziną pojechała do Zabrza, do biura. Porządek jest ustalony: po Profesorowej ojciec, dopiero po nim Antek wejdzie do łazienki iprzekręci gałki kranów zwypisanymi na czarno literami: warm ikalt. Długo przypuszczał, że to normalne, widocznie wcałej Polsce te napisy są po niemiecku.
Teraz można już popatrzeć na świat. Jego łóżko przylega do ściany. Kiedy obróci się wstronę światła, zobaczy swoje biurko stojące przy prostopadłej ścianie, dalej wprawo duże drzwi balkonowe ibiurko ojca. Anaprzeciw niego dwa duże, przylegające do siebie łóżka rodziców, nad nimi Chrystus, obok niego pamiątki – tableau maturalne ze Lwowa, rodzinne zdjęcia za szybą, brzydki góral narysowany węglem przez Władysława Skoczylasa. Na wprost nich wejście do pokoju jadalnego. Wnim – oprócz prostokątnego stołu na środku – wrogu nieustająca od kilku lat atrakcja: telewizor na stoliku. Ana wprost drzwi – biblioteczka, wktórej ma już swoją półkę zdwoma rzędami książek. Odkąd przeczytał Emila idetektywów, Antek zalicza Ericha Kästnera do swoich ulubionych pisarzy. Ukochaną książką-wzorcem pozostaje Serce Amicisa, ale niemiecki autor ma pewną cechę, która go zWłochem łączy: pisze otym, co zna zwidzenia. Jakby słuchał rady starszego kelnera Nietenführa zEmila: że pisać można tylko orzeczach, które widziało się na własne oczy. Iwłaśnie wszystko, oczym się uKästnera czytało, działo się wcodzienności, którą relacjonował bez zadęcia, siadał iszast-prast zaczynał opowiadanie. Wdodatku był od Amicisa zabawniejszy.
Zachwycił Antka już sam początek Emila idetektywów,wktórym autor zwierza się, że zamierzał napisać zupełnie inną książkę – egzotyczną, oprzygodach wkrainie tygrysów, palm daktylowych iludożerców, ale właśnie potrzeba pewności, że wie się, oczym mowa, naprowadziła go na opowiadanie ozwyczajnych chłopcach. Na tego Emila zmiasteczka Neustadt, który na czas wakacji wysłany zostaje przez matkę do Berlina, żeby zawieźć babci pieniądze. Zwyczajności historii sprzyjały rysunki Bohdana Butenki, ujmujące bylejakością po ilustracjach pięknisia Szancera. Mogło się Antkowi wydawać, że tak jak rysuje Butenko, on też by potrafił. Podobnie odsłaniał przed nim swój warsztat Kästner: pokazywał, jak zkawałków tworzy historię. Itłumaczył, oczym donosi prasa, wprosty sposób, który jednak Antkowi nie przyszedłby do głowy: „Wszystko, co się dzieje, dostaje się do gazety. Musi to być tylko trochę niezwykłe. Jeżeli pan Miller jest przyzwoitym człowiekiem, nikt nie chce otym wiedzieć. Jeżeli jednak pan Miller dodaje wody do mleka isprzedaje taką lurę jako słodką śmietankę, dostaje się do gazety. Czy chce, czy nie chce”. Tak często czytał ten kawałek, że nauczył się go na pamięć.
Podobała się też Antkowi scena, wktórej okradziony przez złego współpasażera Emil postanawia się nie poddawać isamemu złapać złodzieja, wskakuje za nim do tramwaju, nie ma jednak pieniędzy na bilet, akonduktor biletu się domaga inie chce słuchać wyjaśnień chłopca. Wtedy bez wahania płaci za jego bilet przypadkowy świadek sceny. Złodziej zostaje wkońcu złapany przez Emila ibandę poznanych wBerlinie chłopców. Wtedy okazuje się, że dziennikarzem, który zentuzjazmem opisał wgazecie całą historię, jest pan ztramwaju. Emil przypomina mu się iprzedstawia:
„– Nazywam się Emil Tischbein.
– Ja nazywam się Kästner – powiedział dziennikarz ipodali sobie ręce”.
Czytając te zdania, Antek czuł, że to najprostszy sposób autora, by budzić do siebie sympatię. Może nawet zbyt prosty. Ale nie miało się ochoty oskarżać go oautoreklamę. No iskoro już polubił Kästnera, dbał oto, żeby dostawać wszystkie kolejne jego książki. Kiedy miał czas, niektóre czytał od razu. Inne odkładał na wakacje.
Przez drzwi balkonu dociera słońce, jeszcze niezdecydowane, ale już widać, że to będzie ciepły dzień, jak wczoraj. Antek uwielbia ten balkon. Po jego prawej stronie jeszcze miesiąc temu można było zrywać wiśnie zrosnącego wogrodzie drzewa. Na wprost widok na rozległy plac. Wjego centrum mieści się wprawdzie ponura, dymiąca kotłownia, ale po lewej stronie – tył gmachu Wydziału Elektrycznego Politechniki, na wprost widoczne zoddali boisko kleryków, ana nim wyliczył sobie krokami sześćdziesięciometrową bieżnię. Nie jest to wyliczenie ścisłe, ale na jego potrzeby wystarczy. Wzeszłym roku dostał od ojca stoper, odtąd zapisuje wnotesie swoje wyniki. Dziś po południu będzie tam biegał. Awieczorem zacznie czytać następną powieść Kästnera. Wstaje.
Szybkie śniadanie wkuchni zojcem, Profesorowa jada wswoim pokoju. Odbywają rutynową rundę pytań iodpowiedzi. Ojciec nie przywiązuje wagi do szczegółów, za to kontroluje emocje syna. Nie pyta ostopnie; obserwuje, co Antka cieszy. Nie interesują go zapisane wjego notesie wyniki na sześćdziesiąt metrów; sprawdza, czy dotrzymuje własnych postanowień.
Po śniadaniu jedenastominutowa droga do szkoły, ma to policzone, lubi być na czas, na ostatnią chwilę. Najpierw kilkadziesiąt kroków chodnikiem po pustawej ulicy Krzywoustego. Po lewej wąski pas ziemi, za nim wzdłuż całej ulicy parterowy barak hotelu robotniczego; wieczorami dochodzą stamtąd czasem odgłosy awantur. Od prawej strony do chodnika przylega półmetrowej wysokości murek, za nim trawnik. Oddziela on ulicę od ogrodu przylegającego do domu Antka, jedynego na całej ulicy, apotem od szarego gmachu Wydziału Elektrycznego Politechniki, ozdobionego na wysokości pierwszego piętra ceglastymi płaskorzeźbami, wyobrażającymi małe zwierzęta, na zmianę: raka, sowę, ślimaka, żabę, pszczołę. Chłopiec za każdym razem im się przygląda. Ulica przechodzi wplac przed Wydziałem, działający na Antka kojąco, bo tu nauczył się jeździć na rowerze.
Teraz pierwsze przejście przez jezdnię, ulicą Katowicką. Potem wejście wpiękną, całą wzieleni ulicę Rugijską prowadzącą do czarnej, cuchnącej gliwickiej rzeki Kłodnicy; na jej drugim brzegu widać już domy ulicy Zimnej Wody, przy której mieści się szkoła Antka. Nie ma jednak na wprost od Rugijskiej żadnego mostu ani kładki, trzeba więc skręcić wlewo wKaszubską inią dopiero, obok budynku straży pożarnej, dojść do mostu. Za mostem, od skrzyżowania skręca się wZimnej Wody, na której końcu jest szkoła. Antek przemierza tę drogę codziennie rano, awraca dłuższą trasą, atrakcyjniejszą, przez Plac Krakowski.
Po szkole przychodzi do domu na obiad, który znów zjada zojcem; mama wraca później. Obiad gotuje pani Anna; tak zwracają się do niej wszyscy domownicy. Przychodzi przed dziesiątą zzakupami, ścieli łóżka, sprząta, gotuje obiad, podaje go do pokoju stołowego, sama je wkuchni, myje naczynia, czeka na mamę, żeby ustalić znią zakupy na następny dzień. Wrozmowach ze znajomymi rodzice używają słowa „dochodząca”, „służąca” brzmiałoby brzydko.
Dochodzącymi są zreguły autochtonki. Antek poznał znaczenie tego obcego słowa pewnego dnia, kiedy mama wysłała go do pani Anny późnym popołudniem (nie mieli przecież telefonu). Na obiad następnego dnia zapowiedzieli się nieoczekiwani goście, trzeba było poszerzyć listę zakupów. Droga do mieszkania pani Anny przy ulicy Pszczyńskiej zajmowała więcej czasu niż ta do szkoły. Nie odległość jednak była barierą. Wraz zwejściem wobszar gęstej zabudowy Pszczyńskiej wkraczało się winny świat. Tutaj nie było widać mężczyzn. Przed domami siedziały starsze kobiety wfartuchach izożywieniem rozmawiały po niemiecku. Wjednej znich zaskoczony Antek rozpoznał panią Annę. Zmieszała się. Zaprosiła go do środka, do mieszkania na parterze. Wtedy poznał matkę pani Anny, októrej istnieniu dotąd nie miał pojęcia. Była ubrana wdomową suknię do kostek, mówiła – inaczej niż córka – czystą polszczyzną iprzedstawiła się jowialnie: Petronela. Wyczuwało się wniej ciepło. Wkącie siedziała przy stole Trudka, córka pani Anny, którą Antek już znał; odrabiała lekcje, uczyła się wzawodówce. Sprawiała wrażenie, jakby wstydziła się za obie tamte kobiety – matkę ibabkę. Pani Petronela zaproponowała Antkowi herbatę, na co przystał. To jednak wzmogło jeszcze sztuczność całej sytuacji. Opuszczał Pszczyńską zdumiony tym, co zobaczył.
Od pewnego czasu Antek pozwala sobie zwracać się do pani Anny Frau. Czasem dodaje zwrot danke sehr, meine liebe Frau, podsłuchany wczasie obozu harcerskiego, na którym był wlipcu wNRD. Ona śmieje się wtedy, odpowiada bitte sehr, mein lieber Junge. Bawi ich ta komitywa, zaczęli więc mnożyć takie rytualne zwroty. Ot, choćby teraz, przed deserem: ojciec dostaje kompot, aAntek ma zamówioną herbatę, pani Anna uprzedza więc konfidencjonalnie:
– Ja, ja, jo wiym, pół herbaty, pół esencji, apół wody.
Wzięło się to stąd, że chłopiec, odkąd zaczął cenić smak herbaty, upominał się omocniejszą niż ta, którą podawano wdomu. Prosząc owięcej esencji, pomylił się itym właśnie omyłkowym zwrotem pani Anna parodiuje odtąd jego zamówienie. Ale rzeczywiście zaczęła mu parzyć mocniejszą herbatę.
Po obiedzie Antek odrabia pierwszą część lekcji. Zaczyna od czegoś, co wydaje się najprostsze, czyli od matematyki. Dziś nie ma wypracowania zpolskiego; to by go wciągnęło imogło uniemożliwić wyjście na boisko. Ama przed sobą ustaloną porcję treningu. Rok wcześniej, na olimpiadzie wRzymie (pierwszej, którą można było oglądać wtelewizorze), podpatrzył, jak lekko przyśpiesza na prostej triumfator dwustu metrów, okularnik Livio Berruti. Biegał elegancko, nie tak siłowo jak krajowy mistrz tego dystansu Marian Foik. Antek miał ten krok przed oczami ipróbował go naśladować. Od olimpiady kupował też miesięcznik „Lekka Atletyka”, który kosztował aż pięć złotych, ale był świetnie redagowany (naczelnym był wielki trener Jan Mulak), równie ciekawy dla kibiców, jak dla adeptów.
Antek zrobił sobie notatki zartykułu Gerarda Macha (olimpijczyka zHelsinek) otreningu czterystumetrowców; bieganie na tym dystansie było jego marzeniem. Po rozgrzewce ze skakanką (skakankę uwielbiał) – trening wytrzymałości tempowej: sześćdziesiąt metrów szybko, trucht, osiemdziesiąt metrów wtempie, znowu trucht, wreszcie sto dwadzieścia szybko. Mach zalecał dłuższe dystanse, ale Antek wolał dochodzić do nich stopniowo. Wciąż miał wpamięci, jak kompletnie stracił oddech po pierwszym przebiegnięciu pełnego okrążenia na prawdziwej bieżni; zupełnie go zatkało. Odtąd czuł, że skoro postanowił trenować sam, musi to robić racjonalnie, nie narzucać sobie zbyt dużego wysiłku.
Poczeka jednak jeszcze na wybiegnięcie zdomu, żeby obejrzeć wtelewizorze ulubioną audycję. To tylko dwadzieścia minut, Pedagogika żartobliwa Janusza Korczaka. Antek uwielbia jej słuchać. Właśnie bardziej słuchać, niż oglądać, bo czytający kolejne odcinki aktor Tadeusz Bartosik wydaje mu się na Korczaka za gruby. No ale czyta dobrze. Tytuł dzisiejszej: Wcześnie spać.Coś dla niego! Codziennie przecież walczy zrodzicami opozwolenie na dłuższe czytanie przed snem. Jeśli dobrze rozumie, Korczak jest po jego stronie! Upewniwszy się otym, może już wyjść pobiegać.
Tego dnia jednak wcześnie przerywa trening. Na pustym boisku pojawia się na rowerze Marek Fajman, podjeżdża do Antka.
– Cześć! Sam tak ćwiczysz?
– Próbuję. Mierzę sobie czas.
– Masz stoper, no, no.
– Dostałem od ojca. Zapisuję wyniki.
Marek kiwa głową zuznaniem. Wysoki isilny, trenuje wklubie koszykówkę, budzi respekt swoją fizyczną przewagą. Chodzi do VII b, równoległej do VII aAntka, wszkole widują się tylko przelotnie, ale zaprzyjaźnili się dwa lata wcześniej, kiedy znaleźli się na tej samej kolonii. Okazało się, że Marek czyta mnóstwo książek, czym zaimponował Antkowi. Znali te same filmy, Marek nawet więcej, bo jako wyższego wpuszczano go na seanse dozwolone od szesnastu lat. Lubią zsobą rozmawiać. Od czasu tej kolonii zaczęli się też odwiedzać. Oddziela ich dziesięciominutowy spacer, Antkowi wystarczyło dojść do końca swojej ulicy wodwrotnym kierunku niż do szkoły, skręcić wprawo Łużycką ipo chwili był na Wrocławskiej, przy której mieszkał Marek zojcem istarszym bratem. Wdodatku ojciec przyjaciela był lekarzem rodzinnym Antka ijego rodziców, popularnym wcałej dzielnicy. Kilka lat wcześniej owdowiał; komentowano jego dramat. Kiedy Antek znalazł się po raz pierwszy wpokoju Marka po wizycie lekarskiej udoktora Fajmana, spytał go, czy płakał po śmierci mamy. Odpowiedział, że tak.
Teraz odzywa się zroweru:
– No dobra, nie musisz dziś już chyba dalej trenować? Może byśmy się wybrali do radiostacji? To ciekawa droga, ale daleko, samemu źle się jedzie.
Jasne, pomysł podoba się Antkowi. Sam nie wyprawia się wtakie dalekie trasy, oradiostacji tylko słyszał. Biegnie więc do domu, uprzedza, że wróci trochę później ipo chwili jest zpowrotem. Nawykli już do wspólnej jazdy po mieście, płynnie zmieniają się na prowadzeniu. Tym razem jednak Antek nie zna większości drogi. Umówili się, że poprowadzi pierwszy, jakby jechał do szkoły, potem, za skrzyżowaniem nad Kłodnicą, wstronę Częstochowskiej (teraz nazywa się Gottwalda, ale nikt nie używa nowej nazwy) poprowadzi już Marek. Zna drogę wiaduktem, nad torami kolejowymi; dalej, kiedy już wjechali wTarnogórską, przy której stoi radiostacja, mogą się na powrót zmieniać. Pędzą szybko, samochody rzadko ich mijają.
Nazywają to „radiostacja”, ale chodzi właściwie oponadstumetrową drewnianą wieżę, od samego budynku radiostacji trochę oddaloną. Wiedzą, że to tutaj zaczęła się ostatnia wojna, przed wakacjami byli razem wKinie X na NRD-owskim filmie Tu radio Gliwice,który otym opowiadał. Czekający wgliwickim Hotelu Haus Oberschlesien oficer hitlerowskiej służby bezpieczeństwa Alfred Naujocks, po otrzymaniu przez telefon umówionego hasła „Babcia umarła”, wtargnął wieczorem 31 sierpnia 1939 roku wraz ze swymi podwładnymi na teren radiostacji. Przedstawili się jako polscy bojownicy, sterroryzowali załogę, zastrzelili stawiającego im opór Ślązaka, Franza. Nazajutrz Niemcy oskarżyli Polskę owywołanie wojny. Nazwano to prowokacją gliwicką.
Antek iMarek nie rozmawiają teraz ofilmie. Niby to samo miejsce, ale sytuacja przecież odmienna. Kiedy po lewej stronie wyłania się nagle korpus wieży, podjeżdżają wjej kierunku. Nie można się dostać na teren radiostacji, uniemożliwia to drewniane ogrodzenie.
– Ostatnio też było zamknięte, ale myślałem, że wreszcie otworzą – tłumaczy się Marek.
Podjeżdżają kawałek dalej, żeby rozłożyć się na pustej polance. Wyjmują po butelce oranżady kupionej wsklepiku po drodze, smakuje teraz. Zaczynają rozmawiać oszkole. Marek opowiada owygłupach kolegi zklasy, Stachowa, którego bezczelność drażni go, ale jednocześnie imponuje. Antek rad byłby zapytać oBasię Rosenzweig zVII b, której zamyślonemu uśmiechowi przygląda się często na przerwach, zdaleka; intryguje go to, że nigdy sama się nie odzywa, tylko słucha koleżanek. Ale nie zdobywa się na to. Marek też zresztą nic nie mówi odziewczynach.
– Co teraz czytasz? – pyta, na co Antek odpowiada zożywieniem, że skończył właśnie Emila idetektywów iczeka na niego 35 maja.– Mnie Kästner nudzi – oświadcza Marek. – Czytałem Latającą klasę iwydała mi się przesłodzona. Wszyscy tam są sympatyczni, nauczyciele idealni. Nie ma dziewczyn. Coś mi się nie zgadza. Ja czytam Jeźdźca bez głowy,brat mi polecił. Dzieje się na Dzikim Zachodzie, bohater jest łowcą mustangów, łapie je na lasso. Kapitalna rzecz, nie można się oderwać. Znasz to?
– Nie. Lubię westerny wkinie, ale do książkowych nie mogę się przekonać. Przestałem czytać Winnetou,kiedy mi ojciec powiedział, że Karol May nigdy nie wyjechał zNiemiec iwszystko oDzikim Zachodzie zmyślił.
– Ale Jeździec bez głowy to co innego, napisał go Amerykanin, wszystko zpierwszej ręki. Pożyczę ci, jak skończę.
– Akto to właściwie ten jeździec bez głowy? Brzmi jak bajka, nie mam zaufania do takich pomysłów.
– To skomplikowane, za dużo musiałbym ci opowiedzieć. Zresztą nie doszedłem jeszcze do końca, ale już widać, że tajemnica wyjaśni się wzgodzie ze zdrowym rozsądkiem.
– Afilm wczoraj oglądałeś? – zagaduje zkolei Antek.
Jasne, że Marek oglądał. Jemu także ojciec nie ogranicza dostępu do telewizora. Sprawa jest otyle ekscytująca, że chodzi ofrancuski film Niebezpieczne związki. Nie jakiś skandaliczny, ale jednak… Scena łóżkowa sfilmowana dyskretnie, lecz jednoznacznie. Marek jest jednak wspomnieniem filmu nie tyle podekscytowany, ile rozbawiony. Przypomina sobie komentarze pani Emmy, niziutkiej kobiety, która – wprzeciwieństwie do Anny – nie jest „dochodzącą”, tylko mieszka udoktora Fajmana na stałe, wsłużbówce. Obie się zresztą znają inieraz wzajemnie powiadamiają, co kupują na obiad dla swoich państwa.
– Kiedy kobieta ijej kochanek zostali sami wpokoju – śmieje się Marek – zdenerwowanie pani Emmy rosło. Zabije ją! – przewidywała podniecona. – Zaraz ją zabije. Jakby się nie orientowała, wjakim celu oni idą razem do łóżka…
Obaj chłopcy też nie są tego do końca świadomi. No, może zgrubsza.
Kiedy wieczorem Antek jak zwykle zasiada zrodzicami przed telewizorem, brakuje mu pani Anny. Ciekaw byłby jej komentarzy do „Dziennika”. Owszem, towarzyszy im Profesorowa, ale to co innego. Ona na ogół przy „Dzienniku” milczy; przekonała się już, że jej uwagi irytują ojca Antka, asama słabo wytrzymuje jego naiwne poparcie dla obecnej władzy. Nauczyła się odpuszczać. Wogóle mało się rozmawia. Okres naiwnej fascynacji niewielkim odbiornikiem Wisła domownicy mają już za sobą.
Inaczej to wyglądało trzy lata wcześniej, wtedy Wisła wywołała prawdziwą sensację. Ojciec Antka – poznawszy wczasie urlopu inżyniera zwarszawskich Zakładów Kasprzaka iudzieliwszy mu jakiejś konstrukcyjnej rady – nie tylko jako jeden zpierwszych wdzielnicy sprowadził do mieszkania na Krzywoustego telewizor, ale natychmiast zdołał go uruchomić. Ich mieszkanie na pierwszym piętrze odwiedzili wkrótkim czasie wszyscy bliżsi idalsi sąsiedzi. Pierwszy sprawdził jakość odbiornika profesor Kowalewski zza ściany (jakby nie było specjalista od urządzeń elektrycznych), który dopiero miesiąc później sprawił sobie nieco większy telewizor Belweder. Któregoś popołudnia zajrzał doktor Fajman, choć wszyscy akurat cieszyli się dobrym zdrowiem. Rodziców Antka zaczęła nawet odwiedzać zawsze zachowująca dystans pani Bobeszko, sąsiadka zparteru. Wtedy jednak nie było jeszcze miejsca na spięcia polityczne. Liczyła się nowość zjawiska, adzięki ostrości obrazu nie przeszkadzał niewielki rozmiar ekranu. Dopiero zczasem, gdy zaczęto się oswajać zurządzeniem, pojawiły się dyskusje otym, co zobaczono na ekranie.
Kiedy więc pojawia się najczęściej pokazywany wrelacjach zzagranicy radziecki przywódca Chruszczow, Profesorowa nie może nie przypomnieć, co ten chłopek-roztropek wygadywał do lwowskich Polaków, kiedy wybrała się zmężem wpaździerniku 1939 roku do Teatru Wielkiego na mityng znową władzą (potem już opuszczali takie wydarzenia).
– Ale dziś musimy słuchać tego chłopka-roztropka, nie mamy wyjścia – kontruje cierpliwie ojciec.
Antek nie ma jeszcze wyrobionego zdania. Oczywiście sam puszcza dalej wobieg niezliczone dowcipy, których prześmiewczym obiektem jest Chruszczow (– Nikita, nażom jewo, nażom – zwraca się do męża podczas przyjęcia dyplomatycznego jego poczciwie wyglądająca żona. – Kawo? – Zrywa się znad talerza Chruszczow), ale kiedy wdzienniku przytacza się jego antyamerykańskie wypowiedzi, budzą one wAntku instynktowne poczucie bezpieczeństwa. Teraz na szczęście „Dziennik” się kończy, przychodzi pora na prognozę pogody, aprzedstawiający ją zażywny redaktor Czesław Nowicki nazywany Wicherkiem jest lubiany przez wszystkich, choć jego przewidywania rzadko się sprawdzają. Na wieczornym filmie Profesorowa zwykle już nie zostaje, podobnie jak Antek, który wraca do lekcji albo do lektury. Ale przez pół godziny po „Dzienniku” wszyscy jeszcze zostają przed telewizorem. Przychodzi pora na ulubione programy: któryś zmagazynów (popularnonaukową „Eurekę”, kulturalny „Pegaz”, polityczny „Peryskop”), anajchętniej oglądają teleturnieje, wśród których dwa – „20 pytań” oraz „Kółko ikrzyżyk” – same stały się na pewien czas chętnie uprawianą rozrywką towarzyską.
Antek lubi zwłaszcza „20 pytań” prowadzone przez eleganckiego Ryszarda Serafinowicza. Trzeba zgadnąć ukryte hasło – wiadomo tylko, czy to „przedmiot pochodzenia ludzkiego, zwierzęcego, roślinnego czy materialnego” – po zadaniu nie więcej niż dwudziestu pytań, na które można odpowiadać „tak” lub „nie”. Wstudiu rywalizują trzy drużyny: matematyków, dziennikarzy itelewidzów. Zabawa skończy się po kilku latach, kiedy matematycy wymyślą metodę encyklopedyczną; wystarczy rozpocząć serię pytań od: „czy hasło znajduje się wWielkiej Encyklopedii Powszechnej między AaL?” itak dalej, żeby każda zagadka mogła zostać odgadnięta. Ale Antek zojcem nie znają jeszcze na razie tego podstępu ina przeciąg parunastu miesięcy „20 pytań” staje się ich ulubioną zabawą. Po pewnym czasie ograniczą się do „przedmiotów pochodzenia ludzkiego”, czyli po prostu do zgadywania nazwisk sławnych ludzi. Grają wto najczęściej, kiedy – umówiwszy się pod jakimś pretekstem wkatedrze ojca na Politechnice (mieści się ona przy końcu ulicy Konarskiego, oparę minut od szkoły Antka) – wracają stamtąd do domu przez Park Chrobrego.
Powiedzmy więc, że ojciec wybiera dla syna hasło Albert Einstein (bo oczywiście traktuje zabawę edukacyjnie; Antek wymyśla wodwecie zwykle nazwiska pisarzy albo sportowców, wczym czuje się mocniejszy). Jak można tego Einsteina zgadnąć, powiedzmy do dziesięciu pytań?
– Czy to jest mężczyzna?
– Tak.
– Artysta albo pisarz?
– Nie.
– Polityk albo sportowiec?
– Nie.
– Uczony?
– Tak.
– Zzakresu medycyny albo fizyki?
– Tak.
– Medycyny?
– Nie.
– Fizyk amerykański?
– Nie.
– Europejski?
– Tak.
– Laureat Nagrody Nobla?
– Tak.
Za dziesiątym strzałem może już pojawić się Einstein.
Gdyby ktoś go oto spytał, Antek wyznałby chyba, że ten Park Chrobrego uważa za najpiękniejszy na świecie! Jest taki rozległy, tajemniczy ityle wnim ławek, tylko na nich siadać iczytać albo przyglądać się drzewom. Ojciec nie wspomina ani słowem oParku Stryjskim, mimo że na pewno przypomina go sobie wtrakcie spacerów zsynem. Antkowi jednak cała ta okolica wydaje się odwieczna itrwała. Park Chrobrego nad śmierdzącą rzeką Kłodnicą, ulice Konarskiego, Zimnej Wody, Rugijska iKrzywoustego, awstronę centrum – Katowicka wzdłuż Placu Krakowskiego, dalej Strzody, no iwśrodku najważniejsza – ulica Zwycięstwa.
Do dziś pamiętam szok, jaki przeżyłem wkrótce po kupieniu pod koniec lat siedemdziesiątych książki Wcieniu Lorelei. Antologia wierszy poetów Republiki Federalnej Niemiec (do roku 1975). Wróciwszy do domu (już wKrakowie), bez wielkich nadziei zacząłem przeglądać ten tom wbiałej obwolucie, by wSpisie treści trafić na tytuł: gliwickie dzieciństwo –autor Horst Bienek, przekład Wilhelm Szewczyk. Zacząłem czytać:
Wspomnienie zimowego lasu
herszta zbójnickiego Pistulki
brudnej rzeki nieskorej wswym biegu
procesji Bożego Ciała
pijackiego wrzasku uMańków sąsiadów
potem również: milczenie radia
strzały
krótko przed wielką wojną
To wszystko
kilka klatek
zprześwietlonego filmu
Kilka lat później przeczytałem powieść tego samego autora Pierwsza polka,awniej scenę wieczornej przejażdżki rowerowej pary niemieckich nastolatków, Andreasa iUlli, tarnogórską szosą. Ciotka wysłała Andreasa zzaproszeniem do swojej znajomej na wesele córki, jakie wyprawiała tego wieczoru wHaus Oberschlesien, najwytworniejszym hotelu wmieście. Zasiedziawszy się iwracając koło radiostacji, Andreas iUlla stali się przypadkowymi świadkami niezrozumiałych dla siebie wydarzeń, wktórych czytelnik rozpoznawał słynną później prowokację gliwicką. Wtamto wrześniowe popołudnie zajechaliśmy na rowerach zmoim gliwickim przyjacielem wto samo miejsce, zktórego raptem dwadzieścia dwa lata wcześniej Andreas iUlla usłyszeli strzały. Krótko przed wielką wojną. Dopiero teraz uświadamiam sobie tę zbieżność.
Profesorowa
Profesorowa ostrożnie schodzi zpierwszego piętra gliwickiego ratusza. Stopień po stopniu, trzymając się poręczy. Te schody są wysokie. Przychodzi tu wypożyczać książki. Sama już nie pamięta, kiedy wymyśliła ambitny projekt nadrobienia wszystkich lektur Kaspra – tych wkażdym razie, októrych wiedziała, że kiedyś go zachwyciły (wciąż lubiła odtwarzać wpamięci iskry wjego oczach), aona, uwikłana wcodzienne zajęcia, nie zdążyła ich przeczytać. Teraz właśnie oddała ostatnią zserii powieści historycznych Emila Ludwiga, jednego zulubionych autorów męża. Na to miejsce niosła zsobą do domu dwa pierwsze tomy Jana Krzysztofa Romain Rollanda, choć zgóry wiedziała, że za pasjami muzycznymi Kaspra itak nie nadąży.
Zmieszanymi uczuciami przeczytała Syna człowieczego Ludwiga; to nie to, co jego świetny Napoleon.Choć na pozór temat powinien jej być bliższy. Isama realizacja zamiaru, by zmieścić wjednym krótkim tomie wszystkie te Chrystusowe reguły, które zawsze starała się mieć wpamięci, znajważniejszym dla niej zdaniem „Co tobie niemiłe, tego nie czyń innym”, powinna była jej wystarczyć. Jednak Syn człowieczy nie spełnił jej oczekiwań. Drażniły ją oczywiste biograficzne odstępstwa. Przecież wiadomo, że Chrystus był jedynakiem, musiał być jedynym synem Marii. AuLudwiga miał liczne rodzeństwo, takie rzeczy psuły jej przyjemność. Ale końcowy rozdział opojedynku zPiłatem wywarł na niej wrażenie. Tak właśnie to sobie wyobrażała: że Piłat musiał ulec urokowi Chrystusa. „Jednej godziny rozmowy zPiłatem byłoby dość, abyłby poszedł za nami” – zapamiętała sobie to zdanie.
Przed nią była droga zRynku do domu, którą nauczyła się już pokonywać automatycznie. Nawet naturalność zdania „wracam do domu” przestała ją dziwić. Dom to dom, tak się po prostu mówi. Na karykaturalność tego sublokatorskiego pokoiku, który jej przypadł, nie miała przecież wpływu. Przez długi czas była przekonana, że po rozstrzelaniu męża isyna jej dalsze życie straciło sens, zaczęło być skandalem. Ale miesiące mijały. Żyła. Budziła się wnocy wtym swoim obcym pokoju, którego ubóstwo początkowo jej uwłaczało. Zczasem zaczęła rozpoznawać sprzęty jako swoje. Taki los jej przypadł, zkażdym mijającym rokiem czuła się znim mocniej pogodzona.
Dzisiaj także pokonuje tę drogę automatycznie, co nie znaczy, by nie miała na niej ulubionych punktów. Zaraz po opuszczeniu ratusza przystaje na chwilę, by objąć perspektywę długiej ulicy Zwycięstwa. Rażą ją oczywiście czerwone tramwaje po łagodnej, niebieskiej barwie lwowskich; ale czar wielkomiejskości dodaje jej otuchy. Potem ulica Matejki prowadząca zRynku do pasa zieleni wokół Kościoła Piotra iPawła; zakręt tej ulicy wydaje się jej bliski, sama nie wie dlaczego. Kiedy dalej przechodzi Stawową, przy której mieszka Ludka, lubi zaglądać do niewielkiego ormiańskiego kościółka; pewnie, że to nie to samo, co piękna lwowska katedra ormiańska, jakoś jej ją jednak przypomina, zwłaszcza kiedy czasem spotyka wśrodku księdza Roszko iprzez chwilę sobie wspominają. Najnudniejszy inajbardziej męczący jest końcowy odcinek trasy, ulicą Łużycką, ale itutaj uśmiecha się do siebie na sam widok kolejnego – Kościółka Świętego Michała na rogu Krzywoustego – który stał się ostatecznie jej kościołem.
Przez dwa-trzy pierwsze lata, odkąd trafiła do Gliwic, cała ta droga wydawała się jej odrażająca. Wszystko było obce, żadnego porównania ze swojskim spacerem po Lwowie. Już sam krótki odcinek od ich mieszkania na początku Romanowicza do jej ulubionej ulicy Akademickiej – jaki barwny! Kiedy wyruszała na spacer zKasprem pod rękę, trzymali się prawej strony, wtedy przecinając Łozińskiego iFredry mijali Kawiarnię Szkocką, co dawało mężowi okazję przytoczenia jakiejś najświeższej anegdoty otym, jak profesor Steinhaus zapisał całe równanie na serwetce, aprofesor Banach odpowiedział mu na swojej, tylko trochę mniejszej. Kolejni mężczyźni kłaniali się Kasprowi, on też przed każdym uchylał kapelusza; żartowała, że powinien przez całą drogę trzymać go wręce. Ale kiedy szła sama albo wcześniej, kiedy prowadziła za rękę Józefa, wybierała lewą stronę: wtedy zawsze przystawała przez chwilę przy pomniku Fredry, by zdaleka objąć wzrokiem katedrę. Potem, po minięciu apteki iKina Rialto, można było zajść na ciastka do Cukierni Zalewskiego. Dalej Kino Chimera ipokój śniadankowy Teliczkowej, który jednak – mimo jego sławy – zawsze omijała, bo unich śniadania jadało się wdomu. Teraz już tylko piękny gmach Banku Związkowego, aza nim najbardziej gwarna część miasta: Plac Mickiewicza, dalej długa, rozdwojona aleja zwidokiem na teatr. Można ją było przejść środkiem, przez Wały Hetmańskie, ale wdni powszednie wybierała zawsze lewą stronę: ciąg sklepów na Legionów, tu zawsze było coś do załatwienia. Potem pod teatr iHetmańską zpowrotem. Korso.
Teraz wchodzi wolno zŁużyckiej wulicę Krzywoustego iod domu dzieli ją już tylko sto kilkadziesiąt kroków. Zagląda jeszcze na swoją grządkę wogródku przed domem; po drodze zrywa begonie dla pani Ireny, aprzed wieczorem będzie musiała na nowo podlać wszystkie kwiaty. Na szczęście drewniane schody na pierwsze piętro, choć skrzypią, są znacznie wygodniejsze od tych wratuszu. Wraca do siebie, na wczesny, jak zawsze, obiad. Zupa została jej zwczoraj, tylko podgrzać. Na drugie danie wystarczy umyć sałatę idodać trochę oliwy, ana deser przygotowany wcześniej kisiel. Jada teraz coraz mniej. Potrzeba było paru lat, zanim dogadały się ostatecznie zpokojówką jej współlokatorów. Pani Anna jest milkliwa inieufna, przyzwyczajona do stawiania na swoim. Nie to, co Jadwinia, ostatnia lwowska służąca Profesorowej, młoda iuprzedzająco grzeczna, trochę bezbarwna. Ślązaczka Anna ma swoje lata itrudno przezwyciężyć jej upór. Na szczęście zachowała wewnętrzną pogodę, co zaczyna ją skłaniać do ustępstw.
– Będzie pani jeszcze potrzebny ten palnik, pani Anno, czy mogę go teraz zająć?
– Ja, ja, róbcie se tukej, jo terazki ida oszkrobać kartofle.
Dzięki tej komitywie Profesorowa coraz częściej pozwala sobie na kierowanie do Anny próśb, którym ta nie odmawia.
Akurat kilka dni temu poczuła się gorzej inie miała dość sił, by złożyć imieninową (Ireny!) wizytę profesorowej Walkowiczowej. Lubi ją bardzo, najbardziej chyba zwszystkich lwowskich znajomych, które jej zostały. Za jej stały uśmiech, wymagający – wjej obecnej sytuacji rodzinnej – prawdziwego hartu ducha. Właśnie konfrontacji zchorobą profesora Walkowicza Profesorowa się obawia. Od jego udaru minęło już dwanaście lat, ale nie zdołano przywrócić mu zdolności mówienia. Przyglądanie się, jak ten błyskotliwy iwciąż przystojny mężczyzna – starając się dobrze wypaść – bełkoce, przekracza siły Profesorowej. Dzień wcześniej uprosiła więc Annę, by powiadomiła panią Walkowiczową, że zpowodu niedyspozycji nie dotrze na Kaszubską na imieniny, za to zaprasza solenizantkę do siebie, na czwartek, poza porą wtorkowego jour fixe’u; ma ochotę pobyć trochę zsamą panią Ireną. Wymagało to od Anny nadłożenia drogi, za to spacer był ładny: zKrzywoustego pięć minut prosto na Kaszubską, zpowrotem kwadrans przez Redena na Pszczyńską.
No iwłaśnie dziś jest czwartek, Profesorowa czeka na Walkowiczową, która ma ją odwiedzić otrzeciej po południu. Przygotowała bukiet różowych begonii, które sama wyhodowała na swojej grządce. Wypiła herbatę. Załączyła radio. Przebrała się wswój ciemny kostium. Nieodmiennie jeszcze przygnębia ją widok wnętrza szafy. Słabo już pamięta szafę zRomanowicza, ale niektóre stroje przywołuje czasem wpamięci, zwłaszcza jasne sukienki ibluzki, które zostały we Lwowie. Samo pakowanie przed kolejową podróżą wnieznane zatarło się jej wpamięci. Ukłuło ją teraz uczucie zazdrości wobec pani Ireny: ona przecież wróciła ze Lwowa całą rodziną, zmężem isynami. Przez delikatność nie wracały do tych wspomnień. Może dziś uda się je przywołać?
Wpopołudniowych wiadomościach nagle przykuwa jej uwagę komunikat: wczoraj wieczorem pod Łodzią zginął reżyser Andrzej Munk, na jego auto najechała ciężarówka. Nie dożył nawet czterdziestu lat. Co za absurdalny wypadek! Musi zaraz podzielić się tą wiadomością zpanią Ireną. Niedawno, chyba wiosną zeszłego roku, były razem wKinie Bajka na Zezowatym szczęściu.Jej samej film się nie podobał. Nie wszystko może być tematem żartów, na pewno nie bombardowanie, jak wtym filmie. Nie zaakceptowała też Kobieli, który szarżował prawie jak klown wcyrku, gorzej od Dymszy; aona lubi umiar. Pamięta jednak, że Irena była zachwycona; wszystko jej się wfilmie podobało, chwaliła gagi, Kobielę izwłaszcza reżysera Munka, za inteligencję. Profesorowa tak ją lubi, że prawie dała się przekonać.
No iteraz pukanie; gwałtowność dzwonka nie pasowałaby do pani Ireny. Profesorowa sama wychodzi do korytarza ją przywitać. Nie wie, ile lat dokładnie ma ta jej znajoma. Pewnie jest ocałe pokolenie od niej młodsza, zawsze zadbana, pachnąca, uśmiechnięta.
– No ijak pani się czuje, Zofio? Lepiej dzisiaj? Przyniosłam parę kawałków tortu zmoich imienin, powinny smakować. Ijeszcze ten słoiczek: kupiłam wDelikatesach na Zwycięstwa nowość, którą zaufana sprzedawczyni bardzo mi zachwalała. Nazywa się keczup. Nie wiem właściwie, jak się wymawia, czy keczap zangielska. Ale pisownia jest polska, więc chyba keczup, podobno to jest zresztą chiński przepis. Taka przyprawa pomidorowa do ryb albo mięs, rzeczywiście smaczna, delikatna.
– Bardzo dziękuję, mam nadzieję, że nie będzie to za kwaśne. Aja mam dla pani kwiatki zmojej grządki, które miałam przynieść zsobą.
Siadają. Pani Irena, jak zawsze, chwali jeden zdwóch wiszących tu pejzażyków Stanisławskiego, ten, na który „nie może się napatrzyć”. Profesorowa dzieli się znią świeżą wiadomością zradia.
– Tak, ja też usłyszałam otym dziś rano iod razu przypomniało mi się to nasze wspólne kino. Nigdy nie mogę się pogodzić zinformacjami oczyjejś nagłej śmierci. Aprzecież wgruncie rzeczy człowiek powinien być gotowy zawsze, wkażdej chwili. My coś otym wiemy, prawda?
– Sama myślę otym coraz częściej, pani Ireno. Że już muszę być gotowa. Kiedy usłyszałam, że on nie miał jeszcze czterdziestu lat, od razu pomyślałam, że sama mam siedemdziesiąt sześć iciągle żyję. Tam ginie człowiek aktywny, zdolny, wpełni sił, który tyle mógł jeszcze zrobić wartościowego, aja, otrzydzieści sześć lat starsza, ciągle żyję. Jaka to okrutna niesprawiedliwość!
– Nie, pani Zofio, nie zgadzam się. Proszę mi wybaczyć, ale taka licytacja nie ma sensu. Jeśli októrejś znas można mówić, że ma szczęście, to najwyżej omnie. Kiedy dwa miesiące temu pokazano nieoczekiwanie wtelewizji program na dwudziestolecie zamordowania lwowskich profesorów, przez cały wieczór myślałam opani. Nie potrafię sobie nawet wyobrazić, co pani wtedy przeżyła. Samo myślenie otym jest nieludzkie.
Profesorowa czuje wdzięczność dla swojej rozmówczyni. Nigdy jeszcze chyba nie poruszały tak bezpośrednio tego tematu; wszyscy wiedzieli, że wrozmowach znią wypada go unikać. Aona akurat dzisiaj ma dziwną potrzebę przypomnienia tamtego wieczoru. 3 lipca minęło dwadzieścia lat! Dwadzieścia lat od chwili, kiedy usłyszeli wieczorem walenie do drzwi iwpuścili do mieszkania trzech gestapowców, oficera idwóch podoficerów wtych ich eleganckich szarozielonych mundurach. Nikt się ich nie spodziewał, choć pewnie należało. Mieli puste twarze bez wyrazu, wydawali rozkazy automatycznie. Oficer sprawdzał personalia ich obojga, zaglądał do jakichś papierów, które wyjął zteczki. Aona myślała tylko otym, co teraz zrobi Józef, który akurat wszedł do łazienki; odwiedził ich tamtego wieczoru, trochę się zasiedział, no aod dwudziestej pierwszej była godzina policyjna, więc został na noc. Szczęśliwie się nie ruszał. No nie, wyszedł jednak, jakby nie wytrzymał.
– Apan to kto? – spytał oficer, wciąż tym samym obojętnym tonem.
– Jestem synem. Odwiedziłem dziś rodziców, to chyba wolno?
Wtedy hitlerowiec uderzył Józefa wtwarz. Iostro zakomenderował:
– Stanie pan tam pod ścianą, obok matki.
Oficer dalej przeszukiwał Kaspra, zabsurdalną dokładnością przeliczył jego gotówkę, ułożył na biurku ołówki, ekierki, cyrkle. Czuło się, że jest zaskoczony biegłą niemczyzną Kaspra, iże drażni go jego wyniosła uprzejmość. Zapytał oniemieckie nazwisko, czy jego ojciec nie był przypadkiem Niemcem. Nie, wżadnym wypadku, był Polakiem, tyle że austriackiego pochodzenia. Jak wielu ludzi wGalicji.
– Galicja jest niemiecka! – żachnął się oficer.
Kazał Zofii przynieść całą biżuterię; zdjęła pierścionki ikolczyki, położyła je na biurku obok przyrządów męża. Zapytał, czy to wszystko. Nie, nie wszystko. Przyniosła więc jeszcze złoto ze szkatułki, którą trzymała wswoim pokoju. Znowu kazał jej stanąć pod ścianą. Pozostali dwaj gestapowcy hałaśliwie wyprowadzili Kaspra iJózefa. Pod samymi drzwiami Kasper odwrócił się jeszcze iuśmiechnął się do niej, jakby chciał powiedzieć, żeby się nie martwiła. Oficer zatrzasnął za sobą drzwi.
To wszystko. Została sama. Po chwili usłyszała odgłos odjeżdżającego samochodu.
Położyła się, chyba dość długo się trzęsła, nie mogła się uspokoić, wkońcu jakoś zasnęła. Czekał ją straszny dzień, kiedy kompletnie nie wiedziała, co robić. Zaraz rano poszła na Pełczyńską na gestapo, żeby się dowiedzieć, co zrobili zjej mężem isynem. Gestapowiec na dyżurce oświadczył, że nic nie wiedzą. Po kilku dniach zatelefonowała do niej profesorowa Łomnicka, żona Antoniego Łomnickiego, zktórym Kasper był najbliżej spośród aresztowanych tamtej nocy. Zapytała, czy może Zofię odwiedzić. Po chwili przyszła, żeby ją powiadomić, że wie zpewnego źródła orozstrzelaniu całej grupy ujętych tamtej nocy, na Wzgórzach Wuleckich. Wśród nich byli ich mężowie. Zaraz potem zewsząd zaczęły dochodzić wiadomości potwierdzające tę straszną wiadomość. Musiała przestać się łudzić. Jeszcze przez kilka lat, co najmniej do końca wojny, stale miała przed oczami ostatni uśmiech Kaspra, zanim zatrzasnęły się drzwi.
Kiedy przed dwoma miesiącami pokazano wtelewizji, zaraz po „Dzienniku”, program otej lwowskiej zbrodni, Profesorowa opuściła pokój iwróciła do siebie. Ale kiedy się położyła, przypomniała sobie cały tamten wieczór, minuta po minucie. Gdy zostawała sama, to wspomnienie stawało się znośne. Zresztą niejeden raz musiała je już relacjonować. Przeżyła przecież Krysia, żona Józefa. Wyszła drugi raz za mąż, mieszkają zmężem wJeleniej Górze. Niby utrzymuje kontakt zsynową, ale to już nie to samo. Nie rozumie radosnych opowieści onowinach zjej życia. Teraz odczuwa ulgę, że Irena jej wysłuchała.
Dopytuje ozdrowie jej męża. Ta się uśmiecha: jest trochę lepiej. Właśnie kilka dni temu była zWłodzimierzem wZabrzu, na badaniach wtamtejszej klinice. Nie wypadły najgorzej. To zresztą widać na co dzień: ostatnio podczas przyjęcia imieninowego siedział zgośćmi do końca iuczestniczył wrozmowach.
– Chyba jednak cały proces powrotu do zdrowia po udarze przebiegałby bez porównania szybciej, gdyby zaraz po wojnie władze zaakceptowały wybór pani męża na rektora Politechniki. Jego pozycja byłaby całkiem inna, wysłano by go na leczenie na Zachodzie. Była przecież mowa okuracji wSzwajcarii…
– Rzeczywiście, Maciej stale otym wspomina. – Pani Irena unosi brwi. – Ale powracanie do tamtych żalów nie ma już sensu. Jest jak jest. Trzeba się cieszyć zobecnej poprawy.
Nawiązują do wydarzeń sprzed piętnastu lat, kiedy doszło do wolnych wyborów rektora Politechniki. Profesor Walkowicz cieszył się wyjątkową sympatią wśrodowisku akademickim Gliwic, od profesorów po studentów; nikt inny nie miał takiego autorytetu. Profesorowa podzielała tę opinię. Pamiętała, jak jej imponował ten ocałe dwadzieścia lat młodszy kolega jej męża. Wporównaniu zKasprem był chłodniejszy, zawsze zdystansowany, ironiczny, pewnie skłonny do ugody. Ale jednocześnie miał wewnętrzną siłę. Czuło się, że kiedy dojdzie do spraw zasadniczych, ten człowiek potrafi powiedzieć „nie”, zwszystkimi tego konsekwencjami. Imówił to najpierw Sowietom, potem hitlerowcom. Jak to się stało, że nie znalazł się na tajnych listach tych ostatnich inie podzielił losu Kaspra? Opowiadano, że te listy opracowywano na podstawie donosów studentów ukraińskich; aci mogli wyczuć tolerancję Walkowicza dla ich narodowej odrębności. Może zresztą uratował go nieodłączny ironiczny uśmiech?
Ale po wojnie ta ironia mu już nie pomogła. W1946 roku został wybrany na rektora dużą większością głosów, mając jednoznaczne poparcie całego środowiska naukowego. Nowa władza nie zatwierdziła jednak tego wyboru. Według powszechnej opinii zadecydowała jego stanowcza odmowa wstąpienia do partii. Kiedy teraz wrozmowie wracają do tych wydarzeń, Profesorowa czuje się zdezorientowana. Spodziewała się po pani Irenie choćby cienia twardości. Ale nie, jej uśmiech wskazuje, że skłonna jest wszystko wybaczyć. Stało się, jak się stało, nie wracajmy… Pilnuje się, żeby znajoma nie dostrzegła tego ukłucia zazdrości, które czuje teraz, już drugi raz wciągu jej wizyty. Tym razem nie oto, że jej mąż isynowie przeżyli, że są teraz wGliwicach wkomplecie, wczwórkę. Do zgody na to miała czas przywyknąć. Oco innego jest zazdrosna. Oto, że Walkowicz okazał się do końca nieugięty. Że nic się już wtej kwestii nie zmieni. Anie jest pewna, jak wtakiej sytuacji zachowałby się jej – zawsze ujmujący wkontaktach zludźmi – Kasper. Czy on również potrafiłby powiedzieć „nie”? Profesorowa obawia się, że pani Irena wyczuwa wniej ten brak pewności.
Wojtek
Wojtek wybiega zbudynku Wydziału Budownictwa, wholu kiwa jeszcze porozumiewawczo do znajomej portierki, starszej pani, zktórą zwykli się przekomarzać po śląsku. Nie zdołał załatwić tego, oco prosił go szef katedry, profesor Kaufman. Miał się dodzwonić do jakiegoś inżyniera wsprawie obiecanej dostawy stali zbrojeniowej. Nie zastał go, inżynier ma być dostępny po dziewiętnastej, trzeba więc będzie zatelefonować zradiowęzła przy Łużyckiej. Sam Wojtek nie interesuje się oczywiście stalą zbrojeniową, ale wie już, jak taka stal wygląda, zdążył sprawdzić. Musi wspomagać finansowo matkę; skromna pensja laboranta przy Katedrze Budownictwa Żelbetowego zapewnia mu to.
Spóźni się teraz na mecz na boisku kleryków, ale mecz także nie za bardzo go interesuje. Pasjonuje go teatr, który założyli tu nieopodal, wKlubie Spirala przy Kinoteatrze X. Aludzie zradiowęzła, zktórymi umówił się na meczu, stanowią część tego samego fajnego środowiska. To studenci miejscowej Politechniki, którym technika nie wystarczy. Potrzebują czegoś więcej: czytają, słuchają, działają. Wojtek dobrze się wtym towarzystwie czuje, choć nie do końca jest jego częścią. Nie studiuje, nie ma jeszcze matury. Ajak już ją zda, to przecież nie tutaj będzie studiował. Na razie nie jest jeszcze gotowy.
Od boiska kleryków dzieli go niewielka odległość. Przebiega pustą ulicę Krzywoustego, skręca przez drzwiczki wogrodzeniu jedynej na tej ulicy willi, przechodzi przez ogród iwielki plac węglowy, na którym niedawno coś załatwiał na zlecenie profesora, iwpada już na boisko. Mecz się zaczął. Boisko jest niewielkie, należy do pobliskiego seminarium duchownego ina co dzień grywają na nim klerycy. Ale przylega do – prostopadłej do Krzywoustego – ulicy Łużyckiej, przy której od kilku lat stoją trzy akademiki, jeden żeński idwa męskie. Wśrodkowym męskim działa radiowęzeł nadający codziennie ogromnie popularny program radiowy. Uczelnia dogadała się zkurią iprzez dwa dni wtygodniu, wczwartki iniedziele, boisko jest udostępniane studentom. Oni zaś założyli ligę izorganizowali regularne rozgrywki. Szczupłość boiska pozwala na grę drużynom siedmioosobowym, jakby to była piłka ręczna. Bramki także są mniejsze od siedmiometrowych na stadionie, ale trochę większe od tych do szczypiorniaka. Dziś założono wnich siatki, co wygląda profesjonalnie. Dla publiczności jednak pozostają tylko miejsca stojące, naturalna więc była inicjatywa sprawozdań dla radiowęzła zkażdego meczu ligowego. Wybór sprawozdawcy okazał się tak trafiony, że relacji na żywo słuchają zwypiekami na policzkach mieszkańcy wszystkich trzech akademików, zżeńskim włącznie. Właśnie spotkanie zMariuszem, sprawozdawcą, jest dla Wojtka dodatkowym powodem wizyty na meczu.
Mariusz usadowił się za jedną zbramek, na podwyższeniu, żeby mieć widok na całe boisko. Tęgawy, niewysoki, ocharakterystycznej twarzy, prowadzi relację całym sobą, poddając się emocjom ipodgrzewając jednocześnie emocje słuchaczy. Najwyraźniej zna wszystkich graczy po imieniu, choć ich koszulki nie mają numerów, różnią się tylko barwą. Wojtek orientuje się, że grają drużyny FC Barcelony iDukli Praga. Kiedy przyszedł, Barcelona prowadziła już 1:0, po chwili jej środkowy napastnik, Paweł, strzelił drugą bramkę. Zauważa swego kumpla zradiowęzła, Zygmunta, także stojącego po tej stronie bramki. Będą się trzymać razem do wieczora.
Witają się wprzerwie, kiedy doping widzów na moment słabnie.
– Po meczu spotykamy się wakademiku, wsalce naprzeciw radiowęzła – powiadamia Zygmunt. – Mariusz zaprasza na poczęstunek, świętuje zjakiejś okazji. Zdaje się, obronił dyplom. Ale uprzedza, że impreza będzie krótka, bo musi nie bardzo późno dotrzeć do Katowic, do swojej dziewczyny. Otyle dobrze się składa, że ja przed dwudziestą pierwszą idę na „Kobrę”, tu niedaleko, do znajomych.
Wojtek upewnia się, czy będzie mógł pójść znim. Wsali telewizyjnej akademika jest zbyt wielki ścisk, nic nie widać.
– Pewnie. Myślę, że nie będą mieli nic przeciwko twojej obecności, to mili ludzie. Poczekaj, stoi tu ich syn, Antek, zapytam go.
Zygmunt przedstawia Antka Wojtkowi. Chłopak ręczy, że oczywiście, wszyscy wdomu oglądają. Uprzedza, że na „Kobrę” zawsze przychodzi Profesorowa, ale pomieszczą się razem przy telewizorze. Panowie mogą przyjść przed samą 20.40, kiedy zaczyna się spektakl.
Wojtek prostuje.
– Jak jesteś po imieniu zZygmuntem, to do mnie mów Wojtek. Ile ty masz lat, dwanaście?
– Dwanaście – potwierdza Antek.
– To na tyle wyglądasz. Aja mam dziewiętnaście. Za mała różnica, żebyś mi mówił pan. Komu tu kibicujesz?
– Mnie wszystko jedno, Barcelona czy Praga. Przychodzę słuchać sprawozdań pana Mariusza. Jest prawie tak dobry jak Bohdan Tomaszewski, dużo lepszy od Witolda Dobrowolskiego.
Mecz skończył się wynikiem 3:1. Paweł strzelił jeszcze jedną bramkę dla Barcelony, awkońcówce mały, zwinny obrońca zdobył honorowego gola dla Dukli. Ekipa radiowęzła skupiła się wokół swego komentatora. Wojtek komplementował Mariusza, który – wciąż zmikrofonem ikablem wręce – szedł znim razem wkierunku radiowęzła na Łużyckiej.
– Ależ ci to wychodzi! Skąd znasz tych wszystkich zawodników?
– Nie jestem pewien, czy zkażdym imieniem trafiam. Ale dbam okonsekwencję: jak raz okimś mówię Edward, to już potem zostaje Edwardem. Mówili ci, że teraz zapraszam na poczęstunek?
– Tak jest. Podobno skończyłeś swoją słynną pracę dyplomową oodsalaniu wód kopalnianych wKopalni Makoszowy?
– Nareszcie skończyłem. Trochę wniej nazmyślałem, więc nie jest wielkim powodem do dumy. Okazja do świętowania jest inna. Wyobraź sobie, wracam po tym egzaminie do akademika, aportier mi mówi, że czeka na mnie jakaś korespondencja. To był oficjalny list zRadiokomitetu, na firmówce. Zawiadomienie, że wygrałem radiowy konkurs na sprawozdawcę sportowego, októrym zdążyłem już zapomnieć, imam przybyć do Radia Katowice na spotkanie zredaktorem Witoldem Dobrowolskim. Termin wypada akurat jutro rano, więc pojadę jeszcze dziś wieczorem, przenocuję uBożeny.
– Czyli zaczynasz poważne życie zawodowe, gratuluję! Akto będzie za ciebie odsalał kopalnie?
– Inżynier itak byłby ze mnie marny. Choć mój zabity wKatyniu ojciec, Karol Walter, który był sędzią we Lwowie, wolałby pewnie widzieć mnie na solidniejszej posadzie niż radio.
– Nie wiem, czy masz rację. Mój tata też pewnie nie przepadałby za mną radiowcem, ale podobałoby mu się, że robię to, co lubię.
Rozmawiając, doszli do męskiego akademika B. Minęła właśnie dziewiętnasta iradiowcy – po relacji sportowej – zaczęli swoją codzienną audycję ze studia, więc nie można im przeszkadzać wpokoju radiowęzła ani woddzielonej od niego szybą amplifikatorni, gdzie stoją przemyślnie zsobą połączone magnetofony, odbiornik radiowy iwzmacniacze. Zbierają się po drugiej stronie korytarza, wtak zwanym pokoju gościnnym. Dziewczyny robią kanapki, pozdrawia wszystkich uśmiechnięta Krysia, narzeczona Zygmunta. On sam pomaga jeszcze kolegom przy sprzęcie wamplifikatorni, jako jedyny człowiek wiedzący wszystko otechnice radiowej. Mariusz pyta oczami Stefana, szefa radiowęzła, czy ma. Ten uspokajająco kiwa głową, że ma, oczywiście. Stefan, jako człowiek posiadający dojścia, robi stale zakupy wsklepie górniczym, nie miał więc trudności znabyciem kilkunastu butelek węgierskiego Egri Bikavera; właśnie je wyjmuje ze swojej tajnej szafki, po czym sprawnym ruchem wybija korek zpierwszej butelki idaje znak dziewczynom, że pora na kieliszki. Pojawia się zpowrotem Zygmunt, Stefan może już wznieść toast.
– Drodzy moi, oto ważna chwila wkrótkich dziejach naszego radiowęzła. Jeszcze nie doczekaliśmy pięciolecia, ajuż nasza ekipa zaczyna się przerzedzać. Dziś żegnamy najzdolniejszego spośród nas. Mariusz dopiero co został dyplomowanym inżynierem, ajuż od razu porzuca ten zawód, by zdobywczo wkroczyć wrejony radiowego zawodowstwa. Twoje zdrowie, Mariuszu! Mam nadzieję, że nie zapomnisz oulicy Łużyckiej.
Wszyscy zebrani kosztują wina, dziewczyny intonują Sto lat. Mariusz jest ulubieńcem zespołu. Nie dość, że fajny isprawny zawodowo, to jeszcze zprzedwojennymi manierami. Każdą dziewczynę całuje wrękę, kłania się grzecznie portierkom. Teraz zapewnia, że choć pokój wakademiku musi wkrótce opróżnić iprzeprowadza się do Katowic, to współpracy zradiowęzłem nie zerwie przecież zdnia na dzień, zanadto do niej przywykł. Stefan dopytuje operspektywy pracy wkatowickim radiu. Mariusz wyjaśnia, że najbardziej liczy na opiekę Witolda Dobrowolskiego, bo to fachura iprzy tym człowiek wykształcony, zhumanistyczną ogładą. Póki co, ma zdaje się robić sprawozdania, czyli właściwie to, co ukleryków, ligowa młócka. Będzie więcej nazwisk do zapamiętania, na razie zna na pamięć tylko skład Polonii Bytom, bo to swoi, jakby Pogoń Lwów, tyle że po drugiej stronie granicy. Polonii kibicują iLwowianie, iŚlązacy.
Wojtek daje znaki Zygmuntowi, że musi zadzwonić, ten wyprowadza go ikieruje do tajnych zakamarków na zapleczu portierni. Tam jest radiowęzłowy telefon, rzadkie dobro. Wojtek nie tylko nie ma go wdomu, ale nie zna nikogo, kto by miał. Zamawia połączenie zKatowicami, trwa to chwilę, Zygmunt zostawił go tu samego. Udało się, zastaje faceta od stali zbrojeniowej. Ten pamięta ozamówieniu profesora, dostarczy zgodnie zumową, powinna być na poniedziałek. Wojtek wraca do pokoju gościnnego, zamyka drzwi iprzekazuje tajny klucz Zygmuntowi.
Atu rozmowy wtoku, Bikavéra na razie wystarczy. Proszą Wojtka onowy dowcip oWillim Masztalskim. Czemu nie, on nigdy nie daje się prosić, opowiada jedną zzasłyszanych niedawno anegdot. Na powszechne wybuchy śmiechu nie trzeba czekać do pointy. Sprawia to niepodrabialna intonacja Wojtka, który mówi, jakby się tu urodził. Aprzecież urodził się całkiem gdzie indziej. Ito starszy brat poradził mu, że jak chce myśleć oaktorstwie, to musi się pozbyć swojej naturalnej lwowskiej intonacji. No dobrze, po Wojtku nikt się już nie odważy na śląskie dowcipy, pojawia się więc tradycyjny repertuar, niewyczerpane źródło spotkań Francuza, Polaka iRuskiego, albo Salci iMońka, ale dochodzą pierwsze sygnały, że Mariusz musi wyruszać. Trzeba dojść do przystanku dwójki albo czwórki ina dworzec.
Wojtek iZygmunt mają przed sobą znacznie krótszą drogę. Żegnają się, obiecując, że za półtorej godziny będą zpowrotem. Po wyjściu zakademika przechodzą przez Łużycką, potem obok Kościoła św. Michała wchodzą wulicę Krzywoustego.
– Skąd znasz tych ludzi, do których idziemy? – pyta Wojtek.
– To znajomi moich rodziców, aoni poznali ich przez moją ciotkę, siostrę mamy. Jeszcze przed maturą przyjechaliśmy do nich zmamą na taką niewinną konsultację. Bo ja wiem, czy niewinną, no tak się wkażdym razie to odbyło. Ten pan był wtedy prodziekanem wydziału, na który miałem zdawać. Możesz sobie wyobrazić, jak mi było głupio, ale wizyta okazała się sympatyczna. Zadał mi kilka pytań, powiedział, na co zwracać uwagę przy egzaminach. Egzaminy były zresztą łatwe, zżadnym zadaniem nie miałem kłopotu. Potem parę razy radziłem się go wsprawach technicznych radiowęzła, on się na tym zna. Aodkąd kupili telewizor, przyjęło się, że wczwartki przychodzę do nich na „Kobrę”. Ich sublokatorką jest ta słynna profesorowa, wdowa po Weiglu, rektorze Politechniki Lwowskiej.
– Tak, słyszałem oniej.
Kiedy weszli do willi, Wojtek się zdziwił.
– Coś podobnego, właściwie mogłem się domyślić, że to tutaj. Od dwóch lat przechodzę koło tego domu niemal codziennie, przecież to po drodze zArkońskiej do mojej katedry. Czułem, że prędzej czy później zobaczę, jak tu wygląda wśrodku.
Wchodzą na piętro, dzwonią do drzwi. Otwiera im Antek, uprzedzony oich wizycie. Przez korytarz wprowadza gości do pokoju, przedstawia ich Profesorowej irodzicom. Zygmunt zagaja grzecznie:
– Bardzo jesteśmy wdzięczni obaj zkolegą. Bo wakademiku teraz histeryczne sceny, jak zawsze wczwartek przed „Kobrą”. Każdy chce się dostać do sali telewizyjnej udziewczyn, aona nie jest zgumy.
Profesorowa bez uśmiechu, ale raczej przygnębiona niż wyniosła. Wojtek odnosi wrażenie, jakby cała była pokryta szronem, aż trudno rozpoznać jej rysy pod siwymi włosami. Przedstawiony jej, wspomina, że jego mama miała kiedyś zaszczyt poznać profesora Weigla wKlubie Literackim we Lwowie.
– To możliwe – rozchmurzyła się nieco. – Ten klub to było oczko wgłowie męża.
Pani domu niska, bezpośrednia, choć małomówna. Najbardziej wylewny jest gospodarz, ajego intonacja przypomina Wojtkowi wschodni zaśpiew ojca. Teraz uprzejmie ścisza telewizor, spektakl jeszcze się nie zaczął.
– Czyli pańscy rodzice pochodzą ze Lwowa?
– No tak, ja też, chyba po mnie słychać. Przyjechaliśmy do Gliwic wczterdziestym piątym, jak prawie wszyscy tutaj. Ojciec zmarł sześć lat temu, właściwie ztęsknoty za swoim miastem. Ale reszta rodziny – mama, dwaj starsi bracia ija – my aż tak już nie tęsknimy. Przyzwyczailiśmy się.
– To mnie byłoby bliżej do pańskiego ojca. Apan co studiuje?
– Jeszcze nic, nie miałem okazji zrobić matury. Umnie znauką było trochę komplikacji, dużo by opowiadać. Uczę się wzaocznym liceum, pracuję jako laborant wKatedrze Budownictwa Żelbetowego.
– Uprofesora Kaufmana?
– Tak, uniego.
– Czyli po maturze zechce pan pewnie studiować na Wydziale Budownictwa?
– Ale skąd, nie, politechnika nie dla mnie. Nie dałbym sobie rady, nie mówiąc otym, że bym się zanudził. Myślę otym, żeby zostać aktorem.
– O, to oryginalne. Tam nie zanudzi się pan na pewno.
– Mam taką nadzieję, sądząc po moim bracie. On pracuje wKrakowie, gra wStarym Teatrze. Na imię ma zresztą Antek, jak syn państwa.
– Czyli to pod wpływem brata taki pomysł?
– Nie, raczej pomimo niego. Aktorstwo to moja zupełnie prywatna potrzeba. Nie wyobrażam sobie, że miałbym co innego robić wżyciu.
Wojtek sam się sobie dziwi, że zdobył się na takie wyznanie. Zdarzyło mu się to już drugi raz wtym tygodniu, jak gdyby chciał nie mieć już odwrotu. Rozgląda się po wnętrzu. Jego urządzenie wydaje mu się skromniejsze nawet niż unich na Arkońskiej. Zwykły stół, zwykłe krzesła, biblioteczka, na ścianach parę obrazów, kicz Rychter--Janowskiej, jak wszędzie. Owszem, przyznaje, że placek ze śliwkami podany przez panią domu ma swojski smak. Pojawia się sygnał „Kobry”, wszyscy milkną. Tym razem jest to widowisko według Patricka Hamiltona pod tytułem Gasnący płomień.Nazwisko autora chyba nic nikomu nie mówi, ale tytuł dobry. Godzina przeszła niezauważenie, wszyscy oglądali jak urzeczeni.
Ależ to działa! – podziwia Wojtek. Ledwo co widać, konwencja bije woczy, aprzecież zamurowało go przed tym małym ekranikiem.
Spektakl się skończył, zapalono górne światło, pani domu proponuje gościom repetę herbaty iciasta. Tylko Profesorowa odmawia iod razu chłodno się żegna. Wojtek znowu odnosi wrażenie, że jest zanadto przygnębiona, aby brać udział wrozmowie. Zygmunt uprzedził, że obaj będą lecieć, ale Wojtek zapewnia, że na kolejny kawałek placka, owszem, reflektuje. Gospodarz zwraca się do niego:
– Pan to pewnie zauważa głównie aktorów? Mamy szczęście, dzięki telewizji. Przecież nie jeździmy do teatru do Warszawy, ani nawet do Krakowa, na żywo oglądamy tylko tych znaszej operetki. Ateraz najlepsi aktorzy przychodzą do domu. My bardzo lubimy Łapickiego.
– Zauważam aktorów, tak, żeby pan wiedział. Ito wcale nie ze względów zawodowych, żeby ich podglądać. Ja myślę, że utożsamienie się zwybranym aktorem to wogóle najlepszy sposób odbioru teatru. To kanalizuje moje emocje. Tutaj od razu skupiłem się na Mrozowskiej. Nie tylko dlatego, że to piękna kobieta, taka delikatna. Ale ona jedna była nieprzewidywalna. Łapicki jako wstrętny mąż – wiadomo, jak się zachowa, Jasiukiewicz, detektyw – także. Tylko na jej reakcje się czeka, bo nie wiadomo, co zrobi. Acałe przedstawienie warto było obejrzeć dla końcowych pięciu minut. Wydaje się, że znowu podda się mężowi, atu jednak nie, nagle kpi sobie zniego, wten sposób mszcząc się na nim. Wsamym finale Łapicki się uśmiecha, patrząc na nią, apowinien zrobić coś więcej, choćby ukłonić się wgeście uznania.
Zaczynają się żegnać. Nieoczekiwanie przy samym wyjściu Wojtek mówi jeszcze:
– Wiecie państwo, było mi tu bardzo miło. Może będę miał okazję się odwdzięczyć. Założyliśmy zkolegami taki teatr studencki, gramy tu niedaleko, wKinoteatrze X. Może zechcecie państwo kiedyś przyjąć moje zaproszenie. Jeszcze nie na to przedstawienie, które teraz przygotowujemy, ale jak kiedyś zrobimy coś ekstra.
Na ulicy Krzywoustego ogarnia ich miły chłód. Prawie całkiem ciemno, tylko słabe światło rzadkich latarń.
– Ależ się rozgadałeś! – komentuje Zygmunt.
– Wiesz, brakuje mi tego, atmosfery normalnego domu. Póki było nas pięcioro, zojcem ibraćmi, miałem to na co dzień. Teraz mieszkamy we dwójkę, mama nikogo już nie przyjmuje. To nie to samo.
Już dobrze po dziesiątej, ale pod akademikiem na Łużyckiej ożywienie. Wchodzą do środka. Wradiowęźle balanga. Bezpośrednie nadawanie programu właśnie się skończyło, więc ekipa rozluźniona, zbierają się goście. Wszyscy chwalą piosenkę, którą właśnie puścili. Dziewczyny nucą „Aj lawju, bejbi”. Pytają Stefana:
– Skąd bierzecie takie cudne kawałki? Ach, ten Paul Anka!
– Mamy swoje sposoby. Radio Luxemburg, krótko mówiąc, wszczegóły nie będziemy chyba wchodzić. Nasze radio Szmaragd całkiem przyzwoicie ich odbiera.
– Inikt was za to nie ściga?
– Akto ma nas ścigać, daj spokój.
Wejście Wojtka przyjęto zradością. Towarzystwo liczy na nowy wariant jego tradycyjnego kawału telefonicznego. Do tego najlepiej nadaje się późna pora, kiedy rozmówcy zaczynają kłaść się spać. Jeszcze zostało trochę Egri Bikavera zpoczęstunku Mariusza.
– Tylko do kogo mam dziś dzwonić? – pyta Wojtek, udając rozterkę. – Ostatnio był szpital, to może dziś spróbujemy zrzeźnią. Możecie mnie połączyć? – Zygmunt łączy tak, że słychać głośno rozmówcę.
– Suchejcie ino, jest tako szprawa – zaczyna Wojtek. – Jo trzimia wbadycimerze kalymba, unej cosik jest wwymiónczko, nie idzie jej wydoić. Docie rada pomósz?
– No ja, ino jo jest portier. Co jo moga na waszo kalymba? Terazki dejcie pokój, dzwóńcie rano.
Rzucił słuchawką. Towarzystwo zachwycone już po tej pierwszej próbce.
– Co to jest ta kalymba, Wojtek?
– Jak to co? No przecież krowa. Trzymam krowę włazience. Nie znasz podstawowych słów wludzkim języku? Ten portier coś niechętny, trzeba go będzie podejść. – Zygmunt znów łączy ztym samym numerem, podaje Wojtkowi słuchawkę.
– Suchejcie, jo wiym, co wyście som portier. Ino wiycie, mój szwigerfater zna waszego dyrechtora (Wojtek podaje nazwisko), to mi przeca pomóżcie. Jest tam uwos jakisik dochtór, to dejcie mi go do telefona.
Na dźwięk nazwiska, portier nieoczekiwanie mięknie. Łączy usłużnie.
– Tu dyżurny weterynarz, słucham.
– Wicie, sie rozchodzi ota moja kalymba, co żech godoł portierowi. Ona już jest staro, acht roków, to jo wiym, że ni moga dużo wymagać. Ino co ona dawała jeszcze durch mlika, aterozki jo doja inic nie leci. To jej wymiónczko je czerwóne ispuchło.
– Akiedyście ją doili?
– Godzina tymu, aterazki nic nie leci.
– To widocznie trzeba zrobić przerwę, poczekajcie do jutra. Agdyby opuchlizna została, natrzyjcie jej wymię octem.
Odłożył słuchawkę. Towarzystwo kona ze śmiechu. Wojtek nie daje za wygraną, prosi oponowne połączenie.
– Suchejcie, to zaś jo, ten weteryniarz cosik mi godoł, ino jo zapomnioł, dejcie mi go jeszcze.
– Słucham, dyżurny weterynarz.
– Wiycie, jo żech chcioł jej natrzeć to wymiónczko, ino ta kalymba wyrwała mi ocet icałko butelke wypiła. Terazki biego po badycimerze. Co mom robić?
Weterynarz podenerwowany:
– Panie, ja wam tej krowy przez telefon nie wyleczę. Trzeba tu będzie znią przyjechać.
– Jo mom jechać do wos zkalymbą? Jak byście to chcieli, furmanką? Dyć nie róbcie mnie za błozna!
Teraz już dziewczyny ugotowane, weterynarz rzucił słuchawką, scena ma się ku końcowi. Zebrani ocierają łzy śmiechu izaczynają myśleć ojutrzejszych kolokwiach. Wojtek się zbiera, trzeba dotrzeć do domu. Kilkaset metrów Łużycką prosto, Lutycką wlewo ijuż się znajdzie na Arkońskiej. Mama czeka. Oco znowu będzie miała dziś pretensje?
