Ukryta natura - Nora Roberts - ebook

Ukryta natura ebook

Nora Roberts

0,0
49,90 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Funkcjonariuszka Sloan Cooper ledwo uchodzi z życiem po napadzie w sklepie spożywczym, na który natrafia wracając z akcji służbowej – strzelanina kończy się ciężkimi obrażeniami. Cudem uratowana, Sloan musi na nowo nauczyć się funkcjonować i pogodzić z faktem, że powrót do służby może być trudny.

W czasie rekonwalescencji zamieszkuje w niewielkiej, górskiej miejscowości Heron’s Rest, gdzie cisza i bliskość natury mają pomóc jej odzyskać równowagę. Jednak spokój okazuje się pozorny. W okolicy dochodzi do serii zaginięć, a trop prowadzi do zamkniętej, hermetycznej społeczności, w której lojalność wobec „swoich” znaczy więcej niż prawo.

Sloan, mimo zakazów i własnych ograniczeń, zaczyna interesować się sprawą. Wspierana przez sąsiada i rodzinę, stopniowo odkrywa, że za idyllicznym krajobrazem Appalachów kryje się przemoc i manipulacja, sięgające znacznie głębiej, niż ktokolwiek przypuszczał.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 550

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł ory­gi­nału: Hid­den Nature

Wydawca: Adrian Tom­czyk Redak­tor pro­wa­dzący: Iwona Den­kie­wicz Redak­cja: Mag­da­lena Hil­de­brand Korekta: Ewa Gra­bow­ska

Copy­ri­ght © 2025 by Nora Roberts All rights rese­rved Copy­ri­ght © for the Polish trans­la­tion by Jan Kabat, 2026

Pro­du­cent Dres­sler Dublin Sp. z o.o. 05-850 Oża­rów Mazo­wiecki, ul. Poznań­ska 91 e-mail: sekre­ta­riat@dres­sler.com.pl, tel. + 48 22 733 50 00 www.dres­sler.com.pl

Dane do kon­taktu Wydaw­nic­two Świat Książki 02-103 War­szawa, ul. Han­kie­wi­cza 2 e-mail: biuro@swiatk­siazki.pl tel. + 48 22 45 70 402 www.wydaw­nic­two­swiatk­siazki.pl

War­szawa 2026

Księ­gar­nie inter­ne­towe: swiatk­siazki.pl, ksiazki.pl, czy­tam.pl

Dys­try­bu­cja Dres­sler Dublin Sp. z o.o. 05-850 Oża­rów Mazo­wiecki, ul. Poznań­ska 91 e-mail: dys­try­bu­cja@dres­sler.com.pl, tel. +48 22 733 50 31/32 www.dres­sler.com.pl

ISBN 978-83-68872-14-9

Wer­sję elek­tro­niczną przy­go­to­wano w sys­te­mie Zecer

Dla Bruce’a i Jasona, moich oso­bi­stych panów od wszel­kich napraw

Część pierwsza. Śmierć

Rozdział 1

Dzień, w któ­rym Sloan Cooper zmarła, zaczął się przed świ­tem, a skoń­czył tuż przed pół­nocą. Jako kapral w poli­cji Depar­ta­mentu Zaso­bów Natu­ral­nych pomo­gła aresz­to­wać trzech face­tów, któ­rzy nękali, okra­dali i napa­dali ama­to­rów pie­szych wędró­wek na szla­kach gór­skich zachod­niego Mary­landu.

Trzej męż­czyźni – dwaj bra­cia i ich ojciec – jako „suwe­renni” oby­wa­tele, uwa­żali tereny publiczne za swoją wła­sność, a wszyst­kich, któ­rzy prze­kra­czali ich gra­nice, za intru­zów.

Teraz, po trzy­dnio­wej akcji, pod­czas któ­rej oso­bi­ście roz­bro­iła wspo­mnia­nego ojca, nie­ja­kiego Johna, alias Red Bow­son, wszy­scy trzej prze­by­wali w aresz­cie. Sloan przy­pusz­czała, że czeka ich długi i miły pobyt w wię­zie­niu fede­ral­nym, gdzie będą mogli prze­my­śleć swoje błędy.

Nie­zwy­kle satys­fak­cjo­nu­jące.

Nie wspo­mi­na­jąc już o tym, że chciała mieć ten trzeci szew­ron, ozna­cza­jący rangę sier­żanta, a ostat­nia akcja mogła się do tego przy­czy­nić.

Ponie­waż loso­wa­nie wypa­dło na jej korzyść, pro­wa­dziła wóz w dro­dze powrot­nej do wydziału ope­ra­cji spe­cjal­nych, pod­czas gdy jej part­ner kon­tak­to­wał się z żoną.

Joel War­ren, chudy jak tyczka męż­czy­zna o śnia­dej skó­rze i krót­kich lokach pod służ­bo­wym kape­lu­szem, odzna­czał się zwod­ni­czo leni­wym spo­so­bem bycia, który masko­wał prze­ni­kliwy umysł i ener­gię zdolną oświe­tlić całe mia­sto.

Prze­szli razem szko­le­nie i oboje zgło­sili się do Biura Śled­czego do spraw Kry­mi­nal­nych. Joel, uro­dzony w Waszyng­to­nie, i Sloan, z małego mia­steczka w tych zachod­nich górach, szybko zna­leźli wspólny rytm.

Choć róż­nili się pod wzglę­dem oso­bo­wo­ści – i może wła­śnie dla­tego – ich bli­sko pię­cio­let­nie part­ner­stwo funk­cjo­no­wało jak należy. On: na luzie, odwa­lić robotę i poje­chać do domu. Ona: poważna, ambitna i sumienna.

Pro­wa­dząc, słu­chała jed­nym uchem, kiedy mówił swo­jej uko­cha­nej Sari, że już wra­cają do domu.

Baga­te­li­zo­wał to, co wyda­rzyło się w ciągu trzech peł­nych bru­tal­no­ści dni, nie wspo­mi­na­jąc, że do nich strze­lano ani o pod­bi­tym oku Sloan, która obe­rwała w trak­cie aresz­to­wa­nia zbi­rów.

Nie dla­tego, by zaosz­czę­dzić Sari dra­stycz­nych szcze­gó­łów, o czym Sloan dosko­nale wie­działa. Było, minęło. Ważne jest to, co teraz.

Podzi­wiała siłą rze­czy tę jego zdol­ność kate­go­ry­za­cji.

Skoń­czył roz­ma­wiać i zmie­nił uło­że­nie dłu­gich nóg.

– Mia­łem ci jesz­cze nie mówić…

– Czego? Gadaj, skoro i tak zamie­rza­łeś.

– Powie­dzia­łem mamie, a Sari powie­działa swoim rodzi­com. Chcia­łem zacze­kać jakieś dwa, trzy tygo­dnie, ale…

Była wyszko­lo­nym funk­cjo­na­riu­szem docho­dze­nio­wym i znała Joela jak brata, któ­rego ni­gdy nie miała.

– Żar­tu­jesz! Sari jest w ciąży?

Jego piwne oczy bły­snęły, kiedy na nią spoj­rzał.

– Widzisz, nic ci nie powie­dzia­łem, a ty sama na to wpa­dłaś, i to bez­błęd­nie, sio­strzyczko. Spi­sa­łem się. Jakieś dzie­więć tygo­dni temu.

– Ja pie­przę, Joel! – Wyrzu­ciła z rado­ści pię­ści w górę, a potem wal­nęła go w ramię. – Będziesz tatą.

– Już się nim czuję. Dziwne, ow­szem, ale już się czuję. Mama mówi, że będzie dziew­czynka, a wiesz, że ona ni­gdy się nie myli.

– Fakt. Mama Dee zawsze ma rację. Ale będzie w porządku, jeśli się okaże, że to chło­pak?

– Pew­nie.

– Jak się Sari czuje?

– Rzy­gała rano przez mie­siąc, ale już jej prze­szło. Bogu dzięki, bez dwóch zdań. Mówi, że nie może się już docze­kać, kiedy przy­tyje. Będzie za co dzię­ko­wać w Dzień Indyka. To już za dwa tygo­dnie. – Spoj­rzał na nią z sze­ro­kim uśmie­chem. – Zosta­niesz cio­cią, sio­strzyczko.

– Na cio­cię Sloan możesz zawsze liczyć. Tak się cie­szę, Joel. Boże, cie­szę się z waszego szczę­ścia. Będziesz wspa­nia­łym ojcem.

– A ty i Matias? Myśla­łaś kie­dy­kol­wiek o kolej­nym kroku?

– Żeby zamiesz­kać razem?

Nie przy­szło jej do głowy kon­tak­to­wać się z męż­czy­zną, z któ­rym spo­ty­kała się pra­wie od roku, tak jak robił to Joel z Sari. Z dru­giej strony Matias wcale tego nie ocze­ki­wał – i z pew­no­ścią nie doce­niłby tego teraz, po dzie­sią­tej wie­czo­rem.

– Nie jestem pewna – przy­znała w końcu. – Raczej nie, ale pewna nie jestem. I wiem, co myślisz. – Zer­k­nęła na niego. – „Nie jestem pewna” ozna­cza po pro­stu „nie”. Ale tak naprawdę ozna­cza „nie jestem pewna” i „jesz­cze nie”. Dobrze nam tak, jak jest.

– Mhm.

Prze­wró­ciła oczami, bo znała to mruk­nię­cie. W jego prze­ko­na­niu ozna­czało, że oszu­kuje samą sie­bie.

Może, ale odpo­wia­dało jej takie życie.

– Potrze­buję Dr. Pep­pera – oznaj­mił tylko.

– Zawsze go potrze­bu­jesz.

– Daje mi kopa.

– Tak twier­dzisz, ale niech będzie. I tak muszę iść do toa­lety. Przy oka­zji możemy zatan­ko­wać.

Kawa­łek drogi w tę, czy w tamtą stronę zmie­niłby wszystko, ale ona zje­chała na prawy pas i skrę­ciła w naj­bliż­szy zjazd.

Poko­nała pół­tora kilo­me­tra pust­kowi i zatrzy­mała się na krótki postój, pod­jeż­dża­jąc pod dys­try­bu­tory.

– Zatan­kuj, a ja kupię przy­szłemu tacie jego ulu­biony napój. Tacie – powtó­rzyła. – Jasna cho­lera, Joel!

Wysia­dła z wozu, atle­tycz­nie zbu­do­wana kobieta z blond wło­sami zwią­za­nymi w kok pod kape­lu­szem. Oczy (lewe pod­bite) duże, w kształ­cie mig­da­łów i inten­syw­nie zie­lone, domi­no­wały w twa­rzy o sil­nie zazna­czo­nych kościach policz­ko­wych, szczu­płym nosie i wąskich wyra­zi­stych ustach.

Podob­nie jak w przy­padku swo­bod­nego spo­sobu bycia Joela, ludzie czę­sto brali te duże i przy­wo­dzące na myśl wróżkę oczy za oznakę mięk­ko­ści. Potra­fiła wyci­skać na ławce sie­dem­dzie­siąt pięć kilo – pięt­na­ście ponad jej wagę – spra­wić, że worek tre­nin­gowy śpie­wał pod jej cio­sami, i prze­biec pół­tora kilo­me­tra dokład­nie w sześć minut.

Przez całe dzie­ciń­stwo prze­mie­rzała szlaki w Alle­ghe­nach, pły­wała latem w jezio­rze albo żeglo­wała, zimą zaś jeź­dziła na nar­tach i wędro­wała w rakie­tach śnież­nych. Ta aktyw­ność na świe­żym powie­trzu kształ­to­wała jej syl­wetkę i men­tal­ność, które słu­żyły dosko­nale jej ambi­cjom i karie­rze, na jaką się zde­cy­do­wała.

Weszła do nie­wiel­kiego mar­ketu, myśląc o tym, by opróż­nić pęcherz, a potem poko­nać drugą połowę drogi do domu, wziąć długi gorący prysz­nic i zasnąć we wła­snym łóżku.

Gdy tylko drzwi się za nią zamknęły, zorien­to­wała się, że coś jest nie tak.

Postawa męż­czy­zny obró­co­nego do niej ple­cami – bia­łego, o kasz­ta­no­wych wło­sach, wzro­ście ponad metr osiem­dzie­siąt i wadze osiem­dzie­się­ciu kilo­gra­mów – a także sze­roko otwarte i pełne prze­ra­że­nia oczy sprze­dawcy za ladą kazały jej poło­żyć dłoń na kol­bie broni.

Wszystko poto­czyło się szybko.

Wszystko trwało wiecz­ność.

Męż­czy­zna obró­cił się na pię­cie, a broń, którą trzy­mał już w dłoni, wypa­liła.

Pierw­szy pocisk dra­snął ją w czoło – ostre, przy­pra­wia­jące o szok żądło; zdą­żyła się cof­nąć.

Ale drugi pocisk tra­fił ją w klatkę pier­siową, odrzu­cił do tyłu i powa­lił na pod­łogę, spra­wia­jąc nie­opi­sany ból.

Dostrze­gła prze­bie­ga­ją­cego obok męż­czy­znę – po trzy­dzie­stce, piwne oczy, nie­wielka bli­zna na pra­wym policzku – pod­czas gdy oddy­chała spa­zma­tycz­nie, a ból roz­le­wał się po niej coraz więk­szą falą.

Pró­bo­wała unieść broń, ale świat pogrą­żał się nie­ubła­ga­nie w sza­ro­ści; sta­rała się krzyk­nąć ostrze­gaw­czo do Joela, ale nie mogła zła­pać tchu.

Strze­lec – czarne adi­dasy, szary trencz, dżinsy postrzę­pione u dołu – zaczął zni­kać z jej umy­słu.

Jak przez mgłę usły­szała jesz­cze jeden strzał, potem następny.

A potem Joel był przy niej, naci­ska­jąc na jej klatkę pier­siową i przy­pra­wia­jąc o wrzask bólu, który roz­sa­dzał jej głowę.

– Sloan! Sloan! Spójrz na mnie. Kurwa, zostań ze mną. Postrze­lony funk­cjo­na­riusz. Postrze­lony funk­cjo­na­riusz. Pomoc medyczna, natych­miast!

Wpa­try­wała się w jego twarz – znała tę twarz – a jego słowa cichły, zani­ka­jąc gdzieś w próżni.

A potem jego twarz zna­la­zła się bli­sko, tak bli­sko, że przy­sło­niła wszystko inne, a jego oczy, ciemne niczym dwa księ­życe w nowiu, miały w sobie zawzię­tość.

– Zostań ze mną. Pomoc w dro­dze. Jestem tutaj, jestem przy tobie.

– Boli.

– Wiem, sio­strzyczko, wiem. Wyko­rzy­staj to, wyko­rzy­staj ten ból i zostań ze mną. Jestem przy tobie. Nie waż się dokąd­kol­wiek odejść. Zostań tu, zostań ze mną.

Ból przy­ćmie­wał czas i prze­strzeń. Tonęła w nim, zanu­rzała się pod powierzch­nię. Kiedy znów wypły­wała, ból powra­cał wraz z nią. Prze­ni­kliwy jak wycie syren. Nie­zna­jome twa­rze wyrzu­cały z sie­bie słowa, któ­rych nie rozu­miała.

Zimno, okry­wało ją prze­ni­kliwe zimno, ale nie przy­tę­piało dzi­kiego, bez­li­to­snego bólu.

Sły­szała jed­nak Joela – gdzieś, pod­czas gdy świat prze­my­kał w pędzie obok.

– Jesteś silna. Jesteś kurew­sko twarda i będziesz wal­czyć. Sły­szysz mnie? Sły­szysz mnie, Sloan?

Wszystko było białe. Wszy­scy krzy­czeli, ale te głosy odbi­jały się od jej uszu i ula­ty­wały. Świa­tła, zbyt wiele świa­teł raniło jej oczy, więc je zamknęła.

Potem znów poja­wił się Joel; trzy­mał ją za rękę, wzrok miał zawzięty.

– Jestem tutaj. I będę. Walcz, do dia­bła, Sloan. Nie pod­da­waj się.

A potem wszystko znik­nęło. Ból, świa­tła, głosy. Wszystko prze­mie­niło się w czerń.

Gdy świa­tło powró­ciło, było mięk­kie, prze­zro­czy­ste. Czuła się wolna, uno­sząc się w nim i patrząc na kobietę, która leżała na stole ope­ra­cyj­nym. Tak bladą, tak nie­ru­chomą. Tyle krwi.

Ci wszy­scy ludzie wokół niej. Roz­cięli bie­daczkę, pomy­ślała, nim sobie uświa­do­miła z łagod­nym zain­te­re­so­wa­niem, że to ona jest tą bie­daczką.

To ja, tam w dole.

Ktoś krzyk­nął: „Odsu­nąć się!”, a jej ciało pod­sko­czyło gwał­tow­nie. Wes­tchnęła. Tak bar­dzo się sta­rali, a ona – „Ja” – spra­wiała wra­że­nie zmę­czo­nej tym wszyst­kim. Bar­dzo zmę­czo­nej.

Pozwól­cie jej odejść, pomy­ślała. Pozwól­cie mi odejść.

Łyżki defi­bry­la­tora znowu ude­rzyły, a ona je zigno­ro­wała.

Widziała tak dużo z miej­sca, w któ­rym się uno­siła. Joel, cho­dzący tam i z powro­tem, z tele­fo­nem przy uchu. Sły­szała go nawet.

– Wciąż jest na sali ope­ra­cyj­nej. Jej rodzina już jedzie. Zadzwo­nię, kiedy skoń­czą.

Przy­glą­dała się, jak ociera łzy, i to ją wzru­szyło. Pra­gnęła mu powie­dzieć, że nic jej nie jest, że czuje się błogo w tym mięk­kim i ład­nym świe­tle. Ale miał krew na koszuli, a w jego oczach malo­wała się roz­pacz.

– Nie stra­cimy jej, Sari. Wyklu­czone. Będzie wal­czyć. Nie podda się. Jesz­cze nie dała za wygraną. Nie pod­daje się, Sari.

W porządku, w porządku, do dia­bła.

Ponow­nie spoj­rzała na samą sie­bie. Pomy­ślała o Joelu i dziecku, które ma się uro­dzić. Pomy­ślała o swo­ich rodzi­cach, o swo­jej sio­strze.

Łyżki defi­bry­la­tora ude­rzyły ją kolejny raz, wtedy pozwo­liła, by czerń znów ją pochło­nęła.

*

Kiedy się obu­dziła, ból wciąż trwał, ale przy­tę­piony, jakby ktoś przy­krył go cie­płym kocem. Powie­trze miało w sobie coś gry­zą­cego, od razu sko­ja­rzyła to ze szpi­ta­lem, jesz­cze nim dotarło do niej popi­ski­wa­nie maszy­ne­rii.

Świa­tło, przy­ćmione, ale ostre, napie­rało na jej powieki; pra­gnęła, by choć przez chwilę było mięk­kie i prze­zro­czy­ste.

– Budzi się, Joel. Sloan? Kocha­nie, to ja, mama. Otwórz oczy, maleńka. Sloan, dzie­cinko, otwórz oczy.

Zamru­gała. Wyma­gało to nie­by­wa­łego wysiłku, a ponie­waż wszystko się roz­ma­zało, uznała, że nie warto się było sta­rać. Znów zaczęła przy­my­kać powieki.

– No dalej. Ści­śnij mi rękę i otwórz oczy. No, wspa­niale.

Poczuła, jak mat­czyne usta przy­wie­rają do wierz­chu jej dłoni, do pal­ców.

– Dobra dziew­czyna.

– Szpi­tal – zdo­łała wymó­wić.

Miała wra­że­nie, że po jej gar­dle prze­je­chano papie­rem ścier­nym, a język jest gruby i suchy jak deska.

– Tak, a z tobą będzie wszystko dobrze. Po pro­stu dobrze.

Wtedy to powró­ciło. Nie­wielki mar­ket, męż­czy­zna przy ladzie. Eks­plo­zja bólu.

– Strze­lił do mnie! – Pró­bo­wała się dźwi­gnąć, led­wie mogła poru­szać głową. – Joel.

– Jestem tu, sio­strzyczko.

Widziała ich teraz, gdy jej wzrok się wyostrzył. Matkę, bladą jak ściana, nie­bie­skie oczy zamglone i pod­krą­żone, i swo­jego part­nera, który wyda­wał się śmier­tel­nie znu­żony.

– Bar­dzo źle?

– Nie aż tak, żeby cię zała­twić na dobre. – Ści­snął jej dłoń, pochy­la­jąc się jed­no­cze­śnie i cału­jąc jej matkę w czu­bek głowy. – Zawo­łam dok­tora.

– Wszystko będzie dobrze. – Elsie Cooper znów przy­warła ustami do jej dłoni. Łzy, dwie cie­płe kro­ple, roz­lały się na kłyk­ciach Sloan. – Tata i Drea są obok. Sie­dzie­li­śmy przy tobie na zmianę.

– Jak długo? Jak długo?

– Tro­chę prze­spa­łaś, docho­dząc do sie­bie. To trzeci dzień. Wpro­wa­dzili cię naj­pierw w śpiączkę, żebyś mogła po pro­stu spać. A teraz się budzisz. Dzie­cinko? Wyczu­wasz ten guzik? – Nakie­ro­wała dłoń córki. – Jeśli będzie bolało, możesz go naci­snąć i dosta­niesz lek.

– Okej. Czuję się… roz­mię­kła.

Elsie uśmiech­nęła się, a po jej policzku spły­nęła łza.

– Nic dziw­nego. O, jest pie­lę­gniarka. Była dla cie­bie bar­dzo dobra. Dla nas wszyst­kich.

– Cie­szę się, że się obu­dzi­łaś.

Pie­lę­gniarka miała czarne włosy z siwymi pasem­kami upięte w kok, a jej bla­do­nie­bie­ski far­tuch zdo­biły czer­wone kwiatki. Sloan oce­niła ją na jakieś czter­dzie­ści lat i poczuła ulgę, widząc, że piwne oczy kobiety uśmie­chają się wraz z jej ustami.

– Zaraz przyj­dzie dok­tor Vin­centi. Elsie, Joel, zosta­wi­cie nas na kilka chwil, żebym mogła zająć się Sloan?

– Będziemy tuż obok – zapew­niła Elsie córkę.

– Jak poważ­nie? – spy­tała Sloan, gdy tylko drzwi się zamknęły. – Jak poważ­nie jestem ranna?

Angie spraw­dziła kro­plówkę, zer­k­nęła na moni­tory, zba­dała jej puls.

– Joel powie­dział, że chcesz wie­dzieć, więc powiem, że było kiep­sko. Jest już znacz­nie lepiej. Odzy­skasz w pełni siły, ale nie wolno ci się z tym spie­szyć. A jeśli cho­dzi o dok­tora Vin­centi i zespół chi­rur­giczny? Nie mogłaś tra­fić lepiej.

– Umar­łam.

– Jesteś teraz żywa, i to bar­dzo. – Angie przy­su­nęła do jej warg kubek ze słomką. – Napij się tro­chę wody.

Sloan, drę­czona pra­gnie­niem, usłu­chała.

– Umar­łam na stole ope­ra­cyj­nym. Musieli spro­wa­dzić mnie z powro­tem.

Angie odsta­wiła kubek, potem ujęła dłoń Sloan.

– Doświad­czy­łaś śmierci?

– Czy doświad­czy­łam? Defi­bry­lo­wali mnie, prawda? Moje serce się zatrzy­mało, więc mnie defi­bry­lo­wali. Chyba trzy razy.

– Kula minęła serce, ale powiedzmy, że ope­ra­cja była skom­pli­ko­wana. Vin­centi to świetny chi­rurg. Jesteś młoda, zdrowa i silna. Pomi­ja­jąc to wszystko, nie nad­szedł jesz­cze twój czas.

– Trzy razy.

– Tak. A teraz tu jesteś, żywa, obu­dzona i świa­doma. Naj­waż­niej­sze funk­cje w porządku. Jesteś sta­bilna. I jeśli potra­fię oce­nić, a potra­fię, to w ciągu dwu­dzie­stu czte­rech godzin twój stan poprawi się jesz­cze bar­dziej. No dobrze, jeśli nie czu­jesz się szcze­gól­nie zmę­czona, choć jeśli się czu­jesz, to też okej, reszta krew­nych chce się z tobą zoba­czyć.

– Tak, pro­szę.

– Rodzina też jest ważna. – Angie pomo­gła Sloan usiąść i obró­ciła poduszkę na drugą, chłod­niej­szą stronę. – Ludzie, któ­rzy cię kochają, są ważni. A ty jesteś kochana. Daj znać, jeśli będziesz mnie potrze­bo­wała. Dok­tor Vin­centi zaj­rzy tu nie­długo.

Do pokoju weszli jej ojciec i sio­stra. Ojciec – w jego kasz­ta­no­wych wło­sach i przy­strzy­żo­nej bródce zaczęły poja­wiać się już sre­brzy­ste pasemka, a zie­lone oczy błysz­czały od łez – pochy­lił się i przy­warł szorst­kim i nie­ogo­lo­nym policz­kiem do jej twa­rzy.

Poczuła, jak drży; ode­tchnął głę­boko, by zapa­no­wać nad pła­czem.

– Wszystko dobrze, tato. Powie­dzieli, że wszystko dobrze.

– Prze­ra­zi­łaś mnie śmier­tel­nie, Sloan. Daj mi chwilę.

Cze­ka­jąc, spoj­rzała ponad ojcow­skim ramie­niem na sio­strę. Miała twarz wil­gotną od łez, a jej olśnie­wa­jące zwy­kle kasz­ta­nowe włosy były pozba­wione bla­sku i zebrane w nie­chlujny war­kocz. Otarła oczy nie­bie­skie jak u matki. Wzięła Sloan za rękę i uśmiech­nęła się.

– O rany – wes­tchnęła.

– Nic dodać, nic ująć.

Dean Cooper uniósł głowę, potem ujął twarz Sloan w dło­nie, szorst­kie jak zarost na twa­rzy.

– Spró­buj wię­cej tego nie robić.

– Dobrze, tato.

Jak to mieli w zwy­czaju, uca­ło­wał jej czoło, policzki, usta.

– Wiem, że jesteś zmę­czona i że naj­bar­dziej potrze­bu­jesz odpo­czynku. Ale pamię­taj, że tu jeste­śmy.

– Wiem. – Sta­rała się usil­nie prze­gnać chmury spo­wi­ja­jące jej umysł. – Kto pil­nuje inte­resu?

– Zaję­li­śmy się tym. Nie martw się.

– Mnó­stwo ludzi w Heron’s Rest ci kibi­co­wało – dodała Drea. – Wielu się zgło­siło, żeby poma­gać.

– A Joel? – wtrą­cił ojciec. – To nasz boha­ter. Oboje jeste­ście naszymi boha­terami.

Poczuła, że odpływa, i wal­czyła, by zacho­wać przy­tom­ność.

– Dorwali go? Facet po trzy­dzie­stce, śniady i brą­zowe… Dorwali go?

W tym momen­cie stra­ciła świa­do­mość i nie usły­szała odpo­wie­dzi.

*

Kiedy ból znowu ją obu­dził, sie­dział przy niej Joel, czy­ta­jąc To Ste­phena Kinga. Zawsze miał ten pod­nisz­czony egzem­plarz w swo­jej tor­bie.

Sloan przy­po­mniała sobie, jak go pytała, dla­czego nie roz­staje się aku­rat z tą kon­kretną książką. Powie­dział, że gdy jest daleko od domu, przy­po­mina mu, że z czym­kol­wiek przyj­dzie im się zmie­rzyć, nic nie będzie tak straszne jak Pen­ny­wise. By prze­ko­nać się o słusz­no­ści tej teo­rii, też prze­czy­tała tę powieść, i mogła się jedy­nie zgo­dzić.

– Nie­wiele tym razem bra­ko­wało – wymam­ro­tała.

Pod­niósł wzrok i odło­żył książkę.

– Cześć.

– Dorwa­li­śmy go?

– Wezwij kogoś. Boli cię.

Pokrę­ciła głową i zdzi­wiła się, że ten odruch wywo­łuje jesz­cze wię­cej bólu.

– Chcę być przy­tomna. Ten facet…

– Usły­sza­łem strzały. Dwa. Wybiegł, wywa­lił do mnie. Chy­bił. Odpo­wie­dzia­łem ogniem i tra­fi­łem go w ramię. Zapa­mię­ta­łem numer reje­stra­cyjny, markę i model gru­chota, do któ­rego wsko­czył, ale nie mogłem go ści­gać. Leża­łaś na pod­ło­dze w kałuży krwi.

– Coś mi się wydało podej­rzane… sprze­dawca był prze­ra­żony. Trzy­ma­łam dłoń na broni, ale tam­ten odwró­cił się bły­ska­wicz­nie i strze­lił. Dwu­krot­nie?

– Tak.

– Nie zdą­ży­łam nawet wycią­gnąć spluwy.

– Ow­szem, wycią­gnę­łaś, sio­strzyczko. Mia­łaś ją w dłoni, kiedy do cie­bie dotar­łem. Wezwa­łem pomoc i prze­ka­za­łem numer reje­stra­cyjny, rodzaj pojazdu i opis podej­rza­nego. Zła­pali go, zanim zna­la­złaś się w karetce. Wci­śnij guzik, a opo­wiem ci resztę.

Zro­biła to, a ból nieco zelżał.

– Okej, świad­ko­wie zauwa­żyli samo­chód, jechał zyg­za­kiem, nic dziw­nego, skoro tra­fi­łem kie­rowcę tuż pod pachą. Stra­cił kon­trolę nad tym swoim gru­cho­tem, ude­rzył bokiem w drzewo. Grat nie wytrzy­mał. I ten tępy gno­jek zaczął strze­lać. Zgi­nął na miej­scu.

– Ktoś jesz­cze obe­rwał?

– Nie.

– A ten cywil, sprze­dawca…

– Cały i zdrowy. Był tak roz­trzę­siony, że chyba zlał się w gacie. Ale chwy­cił pod­ko­szu­lek z wie­szaka, żebym mógł zata­mo­wać ci krew.

– Tam­ten strze­lił dwa razy. Nie pamię­tam dokład­nie, ale… – Zdez­o­rien­to­wana unio­sła dłoń do pra­wej strony czoła i wyczuła ban­daż.

– Tak, tylko dra­śnię­cie. Masz tam z dzie­sięć szwów.

Postrzał w głowę, pomy­ślała. Jak użą­dle­nia tysiąca wście­kłych os.

– Mogło być gorzej.

– Mogło.

– Mama, tata, Drea… Byli tu, prawda?

– Tak.

– Pamię­tam to jak przez mgłę.

– Może się tak zda­rzać przez jakiś czas. Nie martw się tym. Byli tu przy tobie. Nama­wia­łem ich, żeby poje­chali do domu, bo mieli tylko to, co na sobie. Wrócą rano.

– Kiedy będę mogła stąd wyjść? Nie powin­nam poroz­ma­wiać z leka­rzem?

– Roz­ma­wia­łaś z nim.

– Kiedy?

– Dziś po połu­dniu. Odpły­wa­łaś co chwila. Prze­pro­wa­dzili mnó­stwo badań, oka­zało się, że twój stan się popra­wia. Pew­nie pozwolą ci jutro wstać i tro­chę pocho­dzić.

– Kiedy mnie stąd wypusz­czą? – Miała ochotę wyć i z tru­dem się powstrzy­my­wała. – Cuch­nie tu cho­rymi ludźmi.

Ponie­waż powie­działa dokład­nie to samo ostat­nim razem, kiedy oprzy­tom­niała, uśmiech­nął się tylko.

– Jesteś chora, sio­strzyczko. Muszą spraw­dzać, czy nie ma infek­cji albo jakie­goś innego świń­stwa. No i muszą pod­nieść cię z tego łóżka i posta­wić na nogi. Posłu­chaj, kula otarła się o… daj mi chwilę. – Zamknął oczy. – Ręko­jeść mostka. Tak, wła­śnie, i żebro. Usu­nęli frag­menty kości. Masz strza­skane żebro i dziurę w klatce pier­sio­wej. Nie wspo­mi­na­jąc o ranie na two­jej twar­dej gło­wie. Usiądź wygod­nie i zre­lak­suj się. To potrwa jesz­cze kilka dni.

– Naprawdę chcę poroz­ma­wiać z dok­to­rem. Możesz go zawo­łać?

– Sloan, jest druga w nocy. Daj mu ode­tchnąć.

– Druga? W nocy? Co ty tu robisz, u dia­bła? Idź do domu. – Poru­szona zdo­łała dźwi­gnąć się odro­binę, potem znów osu­nęła się na poduszkę. – Sari jest w ciąży. Jest w ciąży, prawda? Nie przy­śniło mi się?

– Jest w ciąży, bez dwóch zdań, cio­ciu Sloan. Zaj­rzała do cie­bie wczo­raj. Wszy­scy z wydziału docho­dze­nio­wego przy­szli. I każdy oddał krew. Stra­ci­łaś jej mnó­stwo. – By zapa­no­wać nad drże­niem dłoni, potarł się nimi po udach. – Wszy­scy już tu byli. Mia­łaś dziad­ków, jed­nych i dru­gich, wuja, kuzy­nów, kapi­tana Hamma, i cały wydział.

– Nic z tego nie pamię­tam. Wszystko się cho­ler­nie mie­sza i jest nie­wy­raźne. Prócz tego, że… umar­łam na stole. Na stole ope­ra­cyj­nym.

– Przy­wró­cili cię do życia.

– Tak. Trzy razy musieli mnie defi­bry­lo­wać. Uno­si­łam się. – Ale jeśli wszystko inne wyda­wało się roz­ma­zane, to jedno pozo­sta­wało wyraźne niczym wypo­le­ro­wane szkło. – Obser­wo­wa­łam ich. – Mówiła wolno, przy­po­mi­na­jąc sobie każdy szcze­gół. – Widzia­łam cię, krą­ży­łeś po kory­ta­rzu z krwią na koszuli. Z moją krwią. Po jakimś kory­ta­rzu, roz­ma­wia­łeś przez tele­fon. Popła­ki­wa­łeś. Powie­dzia­łeś, że przy­jeż­dża moja rodzina i że zadzwo­nisz, kiedy ope­ra­cja się skoń­czy. Leża­łam na chi­rur­gii, a ty mia­łeś zadzwo­nić, kiedy mnie stam­tąd zabiorą.

Potarł jej dłoń.

– Nabie­rasz mnie?

– To jest takie wyraźne, Joel. Jakim cudem jest takie, a wszystko inne nie? Chcia­łam odpu­ścić. Czu­łam się taka lekka, byłoby łatwo dać sobie spo­kój. Ale ty pła­ka­łeś i przy­po­mnia­łam sobie, jak mi mówi­łeś, żebym wal­czyła. Nie pod­da­wała się, tylko wal­czyła. Więc tak zro­bi­łam.

Wstał i pod­szedł do okna. Odchy­lił nie­znacz­nie zasłony i wle­pił wzrok w ciem­ność.

– Roz­ma­wia­łem z Sari. Była prze­ra­żona, pła­kała, chciała tu przy­je­chać. Kocha cię.

– Wiem. Ja też ją kocham.

Po chwili znów usiadł obok niej.

– Dozna­łaś cudu, sio­strzyczko.

– Nie czuję się tak. Wystaje ze mnie jakaś rurka.

– Sączek. Tak powie­dzieli. Wyjmą go z cie­bie nie­długo.

– Pod­łą­czyli mnie do tego wszyst­kiego… do tej maszy­ne­rii.

– Kro­plówka z pły­nami, cew­nik na mocz.

– Nie do przy­ję­cia – oce­niła. – Poza tym cho­ler­nie mnie boli. Wszę­dzie. Dla­czego się uśmie­chasz?

– Popra­wia ci się. Zrzę­dzisz.

– Super. Pomóż mi stąd zwiać. No dalej, zabierz mnie stąd. Umie­ram z głodu.

Wypro­sto­wał się.

– Chce ci się jeść?

– Jakby tak było, to popro­si­ła­bym o paczkę chip­sów. Powie­dzia­łam, że umie­ram z głodu.

– Coś ci przy­niosę.

Kiedy wyszedł pospiesz­nie, pod­dała się i znów naci­snęła guzik.

Odpły­nęła, ale tuż pod powierzch­nię. Oprzy­tom­niała ponow­nie, gdy poja­wił się Joel z małą pla­sti­kową miseczką i łyżką.

– Powie­dzieli, żebyś zaczęła od tego.

– Co to jest?

– Rosół wołowy.

– Nie brzmi zachę­ca­jąco. – Kobie­cie, która zale­d­wie kilka dni wcze­śniej wyci­skała na ławce sztangę o wadze sie­dem­dzie­się­ciu pię­ciu kilo­gra­mów, jedna łyżka rosołu jawiła się jak pię­cio­ki­lowy cię­żar. – Paskudz­two – oznaj­miła i zja­dła jesz­cze tro­chę. Zdo­łała prze­łknąć cztery małe łyki, nim cał­kiem opa­dła z sił. – Prze­pra­szam, wię­cej nie dam rady.

Czuła, że znów zanu­rza się pod powierzch­nię.

– Jedź do domu, Joel – popro­siła.

Ale on odsta­wił tylko miseczkę, potem prze­su­nął kost­kami dłoni po jej policzku i znowu usiadł. Wziął do ręki książkę, roz­pro­sto­wał nogi i zaczął czy­tać.

*

Gdy się obu­dziła, przez odsło­nięte okno wpa­dało świa­tło sło­neczne. Obok sie­działa jej sio­stra, roz­wią­zu­jąc krzy­żówkę na table­cie. Luźne błysz­czące włosy spły­wały jej na ramiona.

– O kur­czę.

Drea pod­nio­sła wzrok i uśmiech­nęła się pro­mien­nie.

– Cie­bie też dobrze widzieć.

– Na jak długo odpły­nę­łam tym razem?

– Jest po dzie­wią­tej w ten sło­neczny listo­pa­dowy pora­nek. Wyko­pa­łam Joela, co nie było łatwe. Mama i tata zja­wią się po połu­dniu. Chcesz śnia­da­nie?

– Może. Ale chcę przede wszyst­kim stąd wyjść, Drea.

– A kto by nie chciał? O ile wiem, podej­mu­jesz już pierw­sze kroki w tym celu, i to dosłow­nie, dzi­siaj. Dowiem się, co z jedze­niem dla cie­bie.

Kiedy jej sio­stra wyszła, Sloan zdo­łała odszu­kać pilota i pod­nio­sła o kilka cen­ty­me­trów wez­gło­wie łóżka. Potem po raz pierw­szy rozej­rzała się wokół.

Wszę­dzie kwiaty - za które była wdzięczna. Cie­szy­łaby się jesz­cze bar­dziej, gdyby zna­la­zła się razem z nimi w swoim miesz­ka­niu, ale i tak było jej przy­jem­nie.

Pokój miał beżowe ściany, jak to w szpi­talu, zauwa­żyła też mnó­stwo urzą­dzeń, dwa krze­sła, drzwi, zapewne od łazienki. Przez okno widziała kilka budyn­ków, drzewa, par­king.

Po raz pierw­szy uświa­do­miła sobie, że nie wie, gdzie się znaj­duje.

– Gdzie, u dia­bła, jestem? – spy­tała, gdy Drea wró­ciła do pokoju.

– W Hager­stown. To był naj­bliż­szy szpi­tal, a per­so­nel spi­sał się wspa­niale. Angie przy­nie­sie ci śnia­da­nie, no i mam dla cie­bie wia­do­mość! Zjawi się lekarz, żeby wyjąć ci cew­nik. I pospa­ce­ru­jesz.

– Na zewnątrz?

– Nie. – Drea cią­gnęła pro­fe­sjo­nal­nie pogod­nym tonem, jakim zwra­cała się do klien­tów: – Możemy zapro­po­no­wać róż­no­rodne zaję­cia w pomiesz­cze­niach zamknię­tych z myślą o pani dobrym samo­po­czu­ciu.

– Poca­łuj mnie gdzieś.

Nie zwra­ca­jąc na te słowa uwagi, Drea kon­ty­nu­owała:

– Fizjo­te­ra­pia! Rany! Bada­nie krwi, bada­nie moczu. Co za frajda! I mamy też mnó­stwo krzy­żó­wek, wyłącz­nie dla cie­bie.

– To ty jesteś od nich uza­leż­niona.

Drea na swój uczynny spo­sób pod­nio­sła deli­kat­nie Sloan, potem wygła­dziła i pokle­pała poduszkę.

– Zapew­niają mnie, że to świetne ćwi­cze­nie dla two­jego umy­słu. No i jest też mój zapa­sowy tablet. Możesz oglą­dać filmy, tele­wi­zję, co tylko chcesz.

W roz­bu­dzoną przed chwilą nadzieję wdarła się rze­czy­wi­stość i towa­rzy­szące jej prze­ra­że­nie.

– Jezu, Drea, jak długo będę tu tkwiła?

– Jesz­cze kilka dni, ale spy­taj dok­tora. Jest uro­czy, tak na mar­gi­ne­sie.

– Chcesz się dobrać do mojego leka­rza?

– Dobra­ła­bym się, ale nosi obrączkę.

Odwró­ciła się, kiedy do pokoju weszła Angie z tacą.

– Jak się dziś czu­jesz?

– Lepiej. Jakby nade­szła pora, by wró­cić do domu.

– Sprawdźmy, jak pój­dzie ci śnia­da­nie.

– Tylko nie rosół wołowy.

– Nie. Jajecz­nica, mus jabł­kowy, jogurt.

– Kawa?

– Chwi­lowo smo­othie. Spy­tamy o kawę dok­tora. Robi wła­śnie obchód, więc nie­długo tu będzie.

– Mówi­łaś o tym wcze­śniej, jak mi się wydaje, Joel też powie­dział, że z nim roz­ma­wia­łam, to zna­czy z dok­to­rem. Nie pamię­tam tego.

– Bie­rzesz silne środki. Jak już poroz­ma­wiasz z leka­rzem, pod­nie­siemy cię. Powin­naś sobie pospa­ce­ro­wać kilka razy dzien­nie. Póź­niej przyj­dzie tera­peuta i pokaże ci parę ćwi­czeń odde­cho­wych.

– Mogę wziąć prysz­nic?

– Wkrótce. Nie damy ci odpo­cząć do końca pobytu. Potrak­tuj to jako moty­wa­cję. Szyb­ciej stąd wyj­dziesz. Jedze­nie pomaga.

Pokle­pała Sloan po dłoni i wyszła.

Sloan zdo­łała prze­łknąć tro­chę jajecz­nicy, potem oparła się o poduszkę.

– Wydaje mi się, że umie­ram z głodu, więc zaczy­nam jeść. To wyczer­pu­jące. Nic nie sma­kuje jak trzeba.

– Spró­buj smo­othie – pora­dziła Drea, przy­su­wa­jąc słomkę do ust sio­stry.

Sloan skosz­to­wała i pokrę­ciła głową.

– Chce mi się cho­ler­nej kawy, chcę, żeby mi to wyjęli i żebym mogła wysi­kać się jak nor­malny czło­wiek. Chcę, kurwa, opu­ścić to miej­sce i chcę… – urwała, przy­ci­snęła dło­nie do twa­rzy i, zaże­no­wana, poczuła w oczach łzy. – Jezu Chry­ste, co ja wyga­duję! Zacho­wuję się jak roz­wy­drzona dzie­się­cio­latka. Żyję, choć mogłam, może powin­nam, być mar­twa, tym­cza­sem tylko narze­kam. Prze­pra­szam, prze­pra­szam, czuję się po pro­stu zrzę­dli­wie.

– Hej, jakiś sukin­syn postrze­lił moją sio­strę. Ja też czuję się cho­ler­nie zrzę­dli­wie.

Oddy­cha­jąc już spo­koj­niej, Sloan opu­ściła dło­nie.

– Ja jestem super zrzędą. Możesz mi w tym co naj­wy­żej asy­sto­wać.

– Kapuję. Twoja asy­stentka mówi, żebyś spró­bo­wała zjeść tro­chę wię­cej.

– Okej.

Skosz­to­wała odro­biny jajek, łyk­nęła jogurtu.

– Prze­pra­szam, kochana, wię­cej nie dam rady.

Ski­nąw­szy głową, Drea zabrała tacę.

– Cho­lera, Matias wie?

Odwró­cona ple­cami do sio­stry Drea ukła­dała kwiaty.

– Przy­szedł cię odwie­dzić dzień po two­jej ope­ra­cji.

– Gdzie jest mój tele­fon? Powin­nam do niego zadzwo­nić albo przy­naj­mniej wysłać ese­mesa.

Drea obró­ciła się na pię­cie, oczy jej pło­nęły.

– Wpu­ścili go do cie­bie. Tata i mama na to nale­gali. Został jakieś trzy minuty, albo i mniej. Od tam­tej pory się nie poka­zał.

– Och. – Sloan sta­rała się to prze­tra­wić. – W porządku.

– Naprawdę? W porządku?

– Nie, oczy­wi­ście, że nie. W naj­mniej­szym stop­niu. Pora­dzę sobie z tym.

– Jeśli nie kop­niesz tego samo­lub­nego gnoja w tyłek, to przy­się­gam, zacze­kam, aż odzy­skasz spraw­ność… nie, jesteś ode mnie sil­niej­sza i wred­niej­sza. Zacze­kam, aż sta­niesz na nogi i sama sko­pię ci tyłek.

W obli­czu sio­strza­nej furii Sloan stra­ciła tro­chę ze swej wred­no­ści.

– Nawet wtedy nie dała­byś mi rady. Nie będę musiała go rzu­cać, Drea. Sam odszedł. I albo jestem zbyt zmę­czona, by się przej­mo­wać, albo się po pro­stu nie przej­muję. Będziesz tak dobra i zabie­rzesz stąd to jedze­nie? Nawet zapach jest paskudny.

– Jasne.

Kiedy Drea się­gnęła po tacę, Sloan ujęła jej dłoń.

– Kocham cię, nawet jeśli uwa­żasz się za tę ład­niej­szą.

– Ja też cię kocham. Wierz mi, w tej chwili jestem nie­za­prze­czal­nie tą ład­niej­szą.

– Aż tak źle?

– Uni­kaj luster przez kilka następ­nych dni. Zaraz wrócę.

Kiedy Drea wyszła, Sloan zer­k­nęła w stronę łazienki. Teraz musiała za wszelką cenę spoj­rzeć w lustro, ale nie wie­działa, jak ma to zro­bić.

Gdy się nad tym zasta­na­wiała, do pokoju wpadł dok­tor Vin­centi.

Drea miała rację. Był uro­czy.

Rozdział 2

Vin­centi odzna­czał się swo­bod­nym spo­so­bem bycia i uro­kiem oso­bi­stym. Sta­rała się nie myśleć o tym, jak jego uro­cze – nie­wąt­pli­wie sprawne – dło­nie zagłę­biały się w jej klatce pier­sio­wej.

Spraw­dził jej kartę, potem obej­rzał rany.

Miał czarne włosy, zacze­sane per­fek­cyj­nie do tyłu, inten­syw­nie piwne oczy o cięż­kich powie­kach, twarz opa­loną na złoty brąz i głos, który wydał jej się miękki i jed­no­cze­śnie liryczny.

– Dzię­kuję za oca­le­nie życia.

– To zasługa two­jego part­nera. Wyko­rzy­stał w pełni pięć zło­tych minut, tamo­wał krew, mówił do cie­bie, żebyś nie odpły­nęła.

– Musiał mnie pan reani­mo­wać.

– Zga­dza się i oto jesteś tutaj. Wszystko się dobrze goi. Wyjmę cew­nik, a Angie wybie­rze się z tobą na krótki spa­cer. Nie możesz jesz­cze wsta­wać z łóżka o wła­snych siłach. – Wska­zał na nią. – Widzę w two­ich oczach to, co powie­dzieli mi twoi bli­scy. Więc będę szczery. Jaki­kol­wiek upa­dek wstrzyma pro­ces lecze­nia i spo­wo­duje kom­pli­ka­cje. Wykaż się roz­sąd­kiem i dzwoń po pie­lę­gniarkę, jeśli zechcesz wstać albo uznasz, że musisz.

– Kiedy będę mogła wró­cić do domu?

Uśmiech tylko dodał mu uroku.

– Nikt nie chce zostać w naszym wspa­nia­łym ośrodku. To rani moje uczu­cia.

– Może dla­tego, że jest tu pełno cho­rych ludzi?

– A my sta­ramy się, by wydo­brzeli i mogli stąd wyjść. Spraw­dzimy za dwa­dzie­ścia cztery godziny, na czym sto­imy. Dozna­łaś poważ­nego urazu i prze­szłaś poważną ope­ra­cję.

Też sta­rała się uśmiech­nąć.

– Ale jest pan nie­zwy­kle spraw­nym chi­rur­giem, a ja jestem młoda, silna i zdrowa.

– Ow­szem, jestem sprawny, a ty jesteś młoda, silna i zdrowa. Ale nie odzy­skasz peł­nej spraw­no­ści w ciągu kilku dni. Uda ci się to za sprawą czasu, wysiłku, cier­pli­wo­ści i uporu.

– Mam wra­że­nie, że przy­ku­cie do łóżka męczy mnie i jesz­cze bar­dziej osła­bia.

– Pod­nie­siesz się dzi­siaj i tro­chę poru­szasz. Kilka razy. Zaczniesz fizjo­te­ra­pię, zmniej­szymy też dawki leków prze­ciw­bó­lo­wych. Pół­płynne posiłki przez dzień czy dwa, a potem zoba­czymy.

Oso­bi­ście zmie­nił jej opa­tru­nek, a kiedy przy­stą­pił do wyj­mo­wa­nia cew­nika, wpa­try­wała się upar­cie w sufit.

Uśmiech­nął się na dźwięk odgłosu, który wyrwał jej się z ust.

– Ulga, prawda?

– Ogromna. Musia­łam… musia­łam iść do toa­lety. Kupić Dr. Pep­pera dla Joela, a on miał zatan­ko­wać samo­chód. Dla­tego weszłam do tam­tego mini­mar­ketu. Teraz sobie przy­po­mi­nam.

– Możesz mieć chwi­lowe luki w pamięci. Nie należy się tym przej­mo­wać.

Unio­sła dłoń do czoła.

– Mogło być gorzej.

Tym razem się nie uśmiech­nął.

– I czę­sto tak bywa. Zaj­rzę do cie­bie póź­niej.

– Pod­nie­siemy cię powoli – oznaj­miła Angie. – Poczu­jesz lek­kie zawroty głowy i pocze­kasz, aż miną. Twoja koszula roz­chyla się z przodu, więc tyłek masz zakryty.

– Dobrze wie­dzieć.

Nie wyobra­żała sobie, że aby sta­nąć w pozy­cji wypro­sto­wa­nej, będzie potrze­bo­wała aż tyle czasu, i miała wra­że­nie, że jej stopy ode­rwane są od nóg przy­po­mi­na­ją­cych roz­go­to­wane spa­ghetti.

Zdo­łała jed­nak dotrzeć do drzwi, cią­gnąc za sobą sto­jak z kro­plówką, potem zro­biła kilka kro­ków na kory­ta­rzu, gdzie już cze­kała Drea z wóz­kiem inwa­lidz­kim.

– Wspar­cie.

Zrzę­dli­wość znowu się ode­zwała.

– Nie chcę tego. Nie potrze­buję.

Osta­tecz­nie jed­nak potrze­bo­wała i mogła tylko tłu­mić gniew, który w niej wzbie­rał.

– Jesteś sfru­stro­wana, ale nie­po­trzeb­nie – zauwa­żyła Angie. – Cho­dzi­łaś przez ponad dwie minuty. Po połu­dniu znowu się przej­dziesz. I wie­czo­rem.

– Może jesteś super zrzędą – oznaj­miła Drea, pcha­jąc wózek. – Ale nie pod­da­jesz się łatwo.

Święte słowa. Tak więc przez następne trzy nie­koń­czące się dni cho­dziła. Przez dwie minuty, przez trzy, potem przez pięć, i to nie­prze­rwa­nie. Wyko­ny­wała zale­cone ćwi­cze­nia odde­chowe co godzina w ciągu dnia i w nocy, ile­kroć się budziła.

Nie wspo­mi­nała nikomu o kosz­ma­rach, które wyry­wały ją ze snu. Były jej oso­bi­stą sprawą, ona zaś żywiła prze­ko­na­nie, że z cza­sem prze­miną. Prze­ży­wa­nie na nowo chwili, kiedy napast­nik odwró­cił się i strze­lił do niej, uwa­żała za rzecz nor­malną.

Była pewna, że to prze­trwa. Miała okre­ślony cel – wyjść ze szpi­tala.

Gdy ten dzień wresz­cie nad­szedł, wywo­łał naj­pierw radość, potem szok i lekki gniew.

Sie­działa na jed­nym z krze­seł – ulga i postęp. Vin­centi sie­dział na dru­gim.

– Powrót do zdro­wia prze­biega pra­wi­dłowo. Gorzej z ape­ty­tem.

– Z powodu szpi­tal­nego jedze­nia?

– Myślisz, że nie wiem, co ci przy­no­szono? Rosół dro­biowy two­jej babki, bar­dzo smaczny, nawia­sem mówiąc, che­ese­bur­gera i frytki z McDo­nalda, szar­paną wie­przo­winę i pie­czone ziem­niaki, które przy­rzą­dziła twoja matka. Prze­słała prze­pis mojej żonie, i to na moją prośbę. Bez­na­dziejny ze mnie kucharz.

– Nic panu nie umknie, dok­to­rze.

– Także to, że led­wie to tknę­łaś. Stra­ci­łaś na wadze ponad pięć kilo od chwili przy­ję­cia do szpi­tala. Nic nad­zwy­czaj­nego, ale należy to sko­ry­go­wać.

– Popra­cuję nad tym.

– Kiedy zja­wisz się za dwa tygo­dnie na bada­niach kon­tro­l­nych, chciał­bym zano­to­wać przy­rost wagi o co naj­mniej pół­tora kilo­grama.

– Za dwa tygo­dnie? Ale…

– Bada­nia kon­tro­lne – prze­rwał jej. – Wycho­dzisz rano. – Pod­niósł dłoń. – Ale pod okre­ślo­nymi warun­kami.

– Speł­nię je.

– Nie możesz prze­by­wać teraz sama. Oce­nimy to za dwa tygo­dnie. Twoje miesz­ka­nie jest na dru­gim pię­trze, w budynku bez windy. Na razie się nie nadaje. Twoi rodzice zapew­nili mnie, że możesz się u nich zatrzy­mać, dopóki nie wyzdro­wie­jesz.

– Miesz­kam w Ste­ven­sville, a moja rodzina w Heron’s Rest. To pra­wie cztery godziny jazdy samo­cho­dem.

– Pozo­sta­jesz na zwol­nie­niu lekar­skim, Sloan. Potrze­bu­jesz kolej­nych trzy­dzie­stu dni. I nie wolno ci pro­wa­dzić samo­chodu, dopóki znów się ze mną nie zoba­czysz. Ważne są ćwi­cze­nia odde­chowe. Kon­ty­nuuj je. Kon­ty­nuuj cho­dze­nie. Żad­nych wyczer­pu­ją­cych zajęć, żad­nego pod­no­sze­nia cię­ża­rów ponad dwa i pół kilo­grama. Angie pokaże ci jesz­cze raz, jak zmie­niać opa­trunki, będziesz też spraw­dzać regu­lar­nie, czy na two­jej klatce pier­sio­wej nie poja­wiło się zaczer­wie­nie­nie albo opu­chli­zna. Przy naj­mniej­szym obja­wie, Sloan, masz się ze mną natych­miast skon­tak­to­wać. – Dostrze­ga­jąc wyraz jej twa­rzy, roz­siadł się wygod­nie. – Takie są warunki i musisz ich dotrzy­mać.

– Świet­nie.

Tylko dwa tygo­dnie, pomy­ślała. I nie tutaj. Dwa tygo­dnie z rodziną, w rodzin­nym domu. Jak mogłaby narze­kać?

– A teraz poważna suge­stia. Mie­wasz kosz­mary senne.

Już otwo­rzyła usta, by zaprze­czyć, ale zawsze ceniła praw­do­mów­ność, więc tylko wzru­szyła ramio­nami.

– To nic nie­zwy­kłego. Czy­ta­łam o tym.

– Jeśli tak, to dowie­dzia­łaś się pew­nie, że trzeba powie­dzieć o tym swo­jemu leka­rzowi, czego nie zro­bi­łaś. Mach­nijmy na to ręką. Dowie­dzia­łaś się też bez wąt­pie­nia, że są dostępne tera­pie.

– Nie potrze­buję psy­chia­try.

Wpa­try­wał się w nią swo­imi nie­skoń­cze­nie cier­pli­wymi oczami.

– Tak mówi na ogół każdy, komu przy­da­łaby się jakaś tera­pia. Postrze­lono cię i byłaś przez dwie minuty w sta­nie śmierci kli­nicz­nej. Dozna­łaś fizycz­nej, emo­cjo­nal­nej i men­tal­nej traumy. Odno­szę wra­że­nie, że choć jesteś dosta­tecz­nie uparta, by odrzu­cać wszelką pomoc, to jed­no­cze­śnie jesteś dosta­tecz­nie inte­li­gentna, by wie­dzieć, że jej potrze­bu­jesz. Więc pomyśl o tym.

– W porządku, pomy­ślę. Chcę wró­cić do daw­nego życia. Chcę wró­cić do pracy. Nie umar­łam, więc chcę żyć.

– Słuszna postawa. Speł­nij warunki, roz­waż moją suge­stię. Żyj. Odwa­lam dobrą robotę, więc jej nie schrzań.

Prze­ko­ny­wała samą sie­bie, że nie jest to osta­tecz­nie takie złe, gdy zja­wił się kapi­tan – jej szef – i wszystko popsuł.

Kiedy wyszedł, sie­działa zamy­ślona, dopóki nie zja­wił się Joel. Od razu popa­trzył na nią ze współ­czu­ciem.

– Kapi­tan posta­wił sprawę jasno?

– Nie tylko mie­siąc zwol­nie­nia lekar­skiego. Kolejne dwa przy biurku. Potem ma mnie zba­dać lekarz i psy­chia­tra w naszym wydziale. Kurwa, Joel.

– Przy­kro mi, sio­strzyczko, ale nie mogę się z tym wszyst­kim nie zgo­dzić. To, że stąd wycho­dzisz, to po pro­stu kolejny krok. Potem musisz zro­bić następny, i jesz­cze następny.

– Nie mogę nawet wró­cić do sie­bie. Jak byś się czuł, gdy­byś musiał zamiesz­kać w swo­jej dzie­cię­cej sypialni?

– Dopóki Sari byłaby ze mną, nie miał­bym nic prze­ciwko temu. Moja mama jest cho­ler­nie dobrą kucharką. À pro­pos, przy­słała ci kur­czaka i klu­seczki. Osło­dzą ci wszystko.

Ludzie się przej­mo­wali, przy­po­mniała sobie. To poma­gało.

Dąsy, narze­ka­nie, uża­la­nie się nad sobą – wręcz prze­ciw­nie.

– Jestem wdzięczna.

– Słu­chaj, sio­strzyczko, musisz się lepiej odży­wiać. Wiesz o tym.

– Wiem, słowo daję. Ale… wie­dzieć o czymś i robić to… nie zawsze idzie w parze. Dopada mnie głód, a kiedy tylko zaczy­nam jeść, natych­miast mi się ode­chciewa. Może byłoby ina­czej, gdy­bym znowu mogła się ruszać. Tak na całego. Muszę czymś zająć myśli. Potrze­buję pracy, a roz­wią­zuję krzy­żówki i oglą­dam Net­flixa.

– Można tam zoba­czyć nie­złe rze­czy.

Prze­su­nęła dło­nią po wło­sach, pró­bu­jąc nie pamię­tać, że nie umy­łaby ich bez pomocy.

– Jestem sobą zmę­czona, Joel, nie ma co ukry­wać. Zmę­czona tkwie­niem we wła­snej gło­wie. Zmę­czona tym, że nie potra­fię cho­dzić przez dzie­sięć minut, nie mając wra­że­nia, że prze­bie­głam trzy kilo­me­try. Zmę­czona nakłu­wa­niem i opu­ki­wa­niem. Jestem cho­ler­nie poiry­to­wana sama sobą.

– Dobrze, że jestem bar­dziej tole­ran­cyjny. – Usiadł, potem wyjął zdję­cie z kie­szeni. – Chcesz zoba­czyć moją córeczkę?

– Co? Jezu, dawaj! – Wyrwała mu z dłoni zdję­cie z USG, popa­trzyła na nie, po czym je obró­ciła. – Gdzie ona jest?

– Też musieli mi poka­zać, ale teraz się orien­tuję.

Nachy­lił się i prze­su­nął pal­cem po zary­sie.

– Okej, jesz­cze raz. – Potem ski­nęła głową, uśmie­cha­jąc się sze­roko. Nie uda­wała rado­ści. – Widzę ją! Rany. Jest piękna. – Zwró­ciła mu zdję­cie. – Kupię jej żół­tego plu­szaka. Będę wie­działa jakiego, kiedy go zoba­czę. Dzięki, że podzie­li­łeś się ze mną jakimś szczę­ściem.

– Tym naj­le­piej się dzie­lić.

– Już ktoś to zro­bił. Matias przy­słał mi wia­do­mość z infor­ma­cją o naszym roz­sta­niu.

– Skur­wiel.

– Nie, raczej słaby tchórz. Nie, cze­kaj. Słaby, tchórz­liwy skur­wiel. Dał mi zasad­ni­czo do zro­zu­mie­nia, że nie może sobie z tym pora­dzić. Widząc mnie w takim sta­nie w szpi­talu, uświa­do­mił sobie, że nie było nam pisane. Potem popro­sił, żebym ode­słała mu jego rze­czy, które u mnie zostały. I że wysyła moje na adres rodzi­ców, bo nie wie, kiedy wrócę. Na koniec życzył mi wszyst­kiego naj­lep­szego.

– Gdzie tu szczę­ście?

– Zamie­rza­łam się z nim spo­tkać, jak już stąd wyjdę, powie­dzieć mu, że z nami koniec, bo oka­zał się samo­lub­nym dup­kiem, skoro spę­dził ze mną w szpi­talu nie­spełna dwie minuty, kiedy byłam ranna. Oszczę­dził mi kło­potu.

– Daj mi tę listę jego rze­czy, sio­strzyczko.

– Pora­dzę sobie, Joel.

– Nie. Daj mi listę rze­czy tego dupka, a ja mu je dostar­czę. Pojadę do two­jego miesz­ka­nia z twoją sio­strą czy kimś, kto będzie wie­dział, co trzeba ci spa­ko­wać na tych kilka tygo­dni w Heron’s Rest.

– Mogę to sama zała­twić. Nikt nie musi…

– Nie możesz pro­wa­dzić, zga­dza się?

Znowu poiry­to­wana na samą sie­bie, wes­tchnęła z wysił­kiem.

– Nie.

– Więc po co ktoś ma cię tam wieźć, poświę­cać czas, żebyś zabrała potrzebne rze­czy, i mar­no­wać choćby pięć minut na tego palanta, skoro możesz wyjść stąd i poje­chać do rodziny? Cza­sem trzeba pozwo­lić, by ludzie się tobą zajęli.

– Wszy­scy się zaj­mują i klnę się na Boga, że to doce­niam.

– Będziesz musiała to doce­niać jesz­cze przez jakiś czas. Daj mi tę listę.

– Nie ma tego tak dużo. Tro­chę ubrań w gar­de­ro­bie w sypialni i w lewej gór­nej szu­fla­dzie komody. W lodówce kwarta mleka owsia­nego i tro­chę tofu. Mleko już pew­nie zdą­żyło skwa­śnieć. Nie zasta­na­wia­łam się nad tym wcze­śniej.

– Więc je wywalę. Co jesz­cze?

Kiedy prze­bie­gała wzro­kiem listę, uświa­do­miła sobie, jak sta­ran­nie i cał­ko­wi­cie oddzie­lał swoje rze­czy – cokol­wiek to było – od jej. Dla­czego nie zauwa­żyła tego wcze­śniej?

Teraz to już bez zna­cze­nia, zde­cy­do­wała. Roz­dział zamknięty.

– A co z rze­czami, któ­rych potrze­bu­jesz? Mogę je prze­ka­zać twoim rodzi­com.

– To dłuż­sza lista.

– Ni­gdzie mi się nie spie­szy.

Kiedy się z tym upo­rała, odpro­wa­dziła Joela do windy, potem zro­biła obchód pię­tra. Może i poru­szała się wolno, ale była dumna, że to robi, i to bez szcze­gól­nego bólu.

Dys­kom­fort, zmę­cze­nie – mogła sobie z tym pora­dzić. I posta­no­wiła, że sobie pora­dzi. No i kolejna obiet­nica.

Koniec z narze­ka­niem.

*

Drę­czona przez kosz­mary, spała kiep­sko ostat­niej nocy w szpi­talu.

Szła od dys­try­bu­to­rów do mini­mar­ketu, wiatr hulał i zawo­dził. Liście zerwane z drzew pędziły i szo­ro­wały po ziemi. Świa­tła sklepu jarzyły się, nie­mal pie­kąc ją w oczy. Nie widziała przez witrynę nic prócz tej bez­li­to­snej ilu­mi­na­cji.

Otwo­rzyła drzwi, zawiasy zaskrzy­piały prze­raź­li­wie, a powie­trze wewnątrz zgęst­niało i zro­biło się gorące.

Kiedy tylko zoba­czyła w tym twar­dym i okrut­nym świe­tle męż­czy­znę sto­ją­cego do niej ple­cami, zaczęło jej walić serce, przy­pra­wia­jąc o ból w klatce pier­sio­wej. Oddech, płytki i słaby, doby­wał się ze świ­stem z jej krtani, gdy kła­dła dłoń na kol­bie broni.

Jej umysł krzy­czał: Ucie­kaj!

On się jed­nak obró­cił. Nie miał twa­rzy, tylko maskę z tru­pią czaszką wewnątrz czar­nego kap­tura. Wziął zamach i ude­rzył ją trzy­maną w rękach kosą w pierś. Usia­dła gwał­tow­nie na łóżku, dysząc spa­zma­tycz­nie.

Przy­ci­snęła dło­nie do galo­pu­ją­cego serca i poczuła krew prze­cie­ka­jącą przez palce.

Gdy jed­nak spu­ściła wzrok, ogar­nięta paniką, oka­zało się, że ma suche ręce. Drżące, ale suche.

Sta­ra­jąc się zapa­no­wać nad odde­chem, poło­żyła się. Przez chwilę widziała sie­bie uno­szącą się w górze, jak wtedy, kiedy prze­stało bić jej serce.

W gło­wie roz­brzmie­wał jej wła­sny głos.

Cza­sem umie­ra­nie jest łatwiej­sze niż życie.

Może, pomy­ślała. Może. Posta­no­wiła, że będzie żyć. Kosz­mary prze­miną, a ona będzie żyć.

*

Rodzina zja­wiła się w połu­dnie, a gru­pie prze­wo­dził ojciec.

– Jesteś wypi­sana, twoje rze­czy są w samo­cho­dzie. Gotowa opu­ścić tę spe­lunę?

– Bar­dziej niż gotowa.

Jej sio­stra pod­je­chała wóz­kiem.

– Mogę iść. Chcą, żebym cho­dziła.

– Tak trzeba. Regu­la­min szpi­tala.

Koniec z narze­ka­niem, przy­po­mniała sobie. I usa­do­wiła się na wózku.

Zatrzy­mali się przy pokoju pie­lę­gnia­rek, żeby się poże­gnać i podzię­ko­wać.

– Prze­by­łaś długą drogę w krót­kim cza­sie – oznaj­miła Angie. – Cecha cha­rak­te­ry­styczna dobrego pacjenta.

Sloan par­sk­nęła śmie­chem.

– Dobry pacjent? Ja?

– Tak, wła­ści­wie bar­dzo dobry. Słu­cha­łaś pole­ceń, nawet kiedy nie mia­łaś na to ochoty. Tylko tak dalej.

– Dopil­nu­jemy tego – zapew­niła matka. – Ni­gdy nie zdo­łamy wam się odwdzię­czyć za tak wspa­niałą opiekę nad naszą dziew­czyną.

– To nasza praca. Masz bar­dzo miłą rodzinę, Sloan. Pomoże ci wró­cić do formy.

Drea wpro­wa­dziła wózek do windy. Tym razem jed­nak nie cho­dziło o kolejne prze­świe­tle­nie czy bada­nie, tylko powrót do domu.

Na zewnątrz Sloan wcią­gnęła w płuca chłodne powie­trze, które przy­po­mi­nało per­fumy.

– Ani śladu szpi­tal­nej woni! Tylko powie­trze, zimne jesienne powie­trze.

Sta­jąc na wła­snych nogach, odsta­wiła w gło­wie pełen szczę­ścia taniec. Drea odpro­wa­dziła wózek, pod­czas gdy ojciec poszedł po samo­chód. Matka obej­mo­wała ją ramie­niem.

– Dam radę iść – zapew­niła Sloan.

– Jest zimno, dzie­cinko. Pofol­guj nam tro­chę tego pierw­szego dnia. Wiem, że będziesz upie­rać się przy swoim, a ja obie­cuję, że nie pozwo­limy ci się obi­jać. Ale my też cze­ka­li­śmy wszy­scy na tę chwilę. Wra­casz do domu.

– Jeśli obie­cam, że nie będę robiła niczego ponad siły, to czy ty obie­casz, że nie będzie­cie zanie­dby­wać swo­ich obo­wiąz­ków, mar­twić się i ska­kać nade mną?

– Nie ma na świe­cie rodzica, który obie­całby, że nie będzie się mar­twił, i dotrzy­mał słowa. Ale naprawdę się posta­ramy i nie będziemy nad tobą ska­kać.

– Zgoda.

Kiedy poja­wiła się Drea, pod­je­chał samo­chód.

– Sia­dasz z przodu.

– Nie ma mowy. Nie naru­szymy tra­dy­cji. Rodzice z przodu, dzieci z tyłu.

– Zgoda – oznaj­miła matka, cału­jąc Sloan w poli­czek.

– Wszy­scy zajęli swoje miej­sca? – Dean zatarł ręce. – No to jazda.

Roze­śmiała się, roz­ba­wiona przy­wo­ła­niem kolej­nej tra­dy­cji. Ojciec mówił tak za każ­dym razem, gdy wybie­rali się w podróż.

Ruszyli z włą­czo­nym radiem, przy dźwię­kach ulu­bio­nego ojcow­skiego kla­sycz­nego rocka.

– Jak inte­res z jesien­nym wynaj­mem? – spy­tała na począ­tek Sloan.

– Brak wol­nych miejsc. – Matka spoj­rzała przez ramię. – Ben­so­no­wie przy­jeż­dżają we wto­rek na tydzień z oka­zji Święta Dzięk­czy­nie­nia. Docze­kali się w tym roku dwojga wnu­cząt, więc wyna­jęli dwa domki. Chcą pojeź­dzić na nar­tach, ale kil­koro star­szych dzie­cia­ków ma zamiar wypró­bo­wać rakiety śnieżne. Też mają rezer­wa­cję.

Pamię­tała Ben­so­nów, ponie­waż przy­jeż­dżali do Rest od cza­sów jej dzie­ciń­stwa. Wynaj­mo­wali któ­rąś chatkę jesie­nią, a potem znowu latem. Naj­pierw narty i pie­sze wędrówki, a w sezo­nie waka­cyj­nym wypo­ży­cza­nie łodzi.

Rodzinny inte­res, All the Rest – w trze­cim poko­le­niu, z udzia­łem Drei – pole­gał na utrzy­my­wa­niu i wynaj­mie dom­ków let­ni­sko­wych i łodzi – moto­ro­wych, żaglo­wych, kaja­ków, canoe, desek do pły­wa­nia z wio­słem.

Orga­ni­zo­wali spływy gór­skie, wynaj­mo­wali kwa­tery ama­to­rom nar­ciar­stwa i snow­bo­ar­dingu, a także pie­szych wycie­czek z prze­wod­ni­kiem.

Heron’s Rest, usa­do­wione głę­boko w górach i poło­żone wokół jeziora Mir­ror, nie przy­cią­gało tury­stów jak Deep Creek czy modne kurorty, ale cie­szyło się powo­dze­niem u tych, któ­rzy cenili sobie spo­koj­niej­szą, bar­dziej intymną atmos­ferę.

I ofe­ro­wało wszystko, czego ludzie pra­gnęli pod­czas czte­rech pór roku. Wszyst­kich czte­rech, z ich indy­wi­du­al­nym pięk­nem i uro­kiem, pomy­ślała Sloan.

Nie mogła jesz­cze przez jakiś czas wró­cić do swo­jego miesz­ka­nia, mogła za to, i zamie­rzała, wybie­rać się na krót­kie wędrówki po zna­jo­mych szla­kach i dłu­gie spa­cery nad jezio­rem. By odzy­skać siły i spraw­ność.

Droga na pół­noc i zachód też była zna­joma. Cią­gnąca się bez końca auto­strada, która bie­gła dłu­gimi zakrę­tami przez góry, te zaś z każ­dym kolej­nym kilo­me­trem robiły coraz więk­sze wra­że­nie.

Opu­ścili szpi­tal o zim­nym, ale suchym poranku, teraz jed­nak, im dłu­żej jechali, poja­wiało się wię­cej śniegu na zbo­czach i polach. Pokry­wał wierz­chołki gór, spły­wał doli­nami. Przy­wie­rał do sosno­wych gałęzi; wszystko przy­po­mi­nało sta­ro­modną kartkę bożo­na­ro­dze­niową.

Uwiel­biała patrzeć na to wszystko, chło­nąć atmos­ferę, czuć zapach, kiedy wędro­wała po tych głę­bo­kich lasach. Ten urok sta­no­wił jeden z powo­dów, dla któ­rych zde­cy­do­wała się na taki, a nie inny zawód.

Znała piękno natury – jej nie­bez­pie­czeń­stwa, jej kapry­śność. I odczu­wała jak zawsze silną potrzebę ochra­nia­nia jej i zacho­wa­nia.

Zdrzem­nęła się, potem ock­nęła, poiry­to­wana sobą. Jak dziecko, pomy­ślała, albo star­sza dama, nie­zdolna zacho­wać przy­tom­ność przez kilka godzin w samo­cho­dzie.

Żad­nego narze­ka­nia, upo­mniała się. Dzięki drzemce podróż upły­nęła szyb­ciej.

Poza tym byli już bli­sko domu.

Samo­chód zje­chał z auto­strady, a droga wiła się i wspi­nała, bie­gła zako­sami i opa­dała. Wokół domi­no­wały gęste lasy ską­pane w zie­leni i bieli, oblo­dzone skały, głę­bo­kie morza śniegu, wznie­sie­nia Alle­ghe­nów. Jakby nowo­cze­sne trasy ni­gdy nie ist­niały.

Zer­k­nęła na sio­strę, która wpa­try­wała się w swój tele­fon.

– Jakiś pro­blem?

– Hm? Nie, nic takiego. Dla­czego na tym kilo­me­tro­wym odcinku ni­gdy nie ma zasięgu?

– Jestem pewna, że kto­kol­wiek jest po dru­giej stro­nie, zaczeka trzy albo cztery minuty, dopóki nie wyje­dziemy z tej dziury.

– Może zacze­kać dłu­żej. – Drea ze zmarsz­czo­nym czo­łem wciąż wpa­try­wała się w tele­fon. – Wszystko w porządku. Nie­na­wi­dzę po pro­stu, kiedy nie daję rady się połą­czyć. Wiem, że to tro­chę chore. Może lubię być tro­chę chora.

– A może powin­naś przy­kleić sobie komórkę do dłoni.

– Roz­wa­ża­łam to. Muszę być na bie­żąco z pracą – tak jak ty.

– Mam nadzieję, że jesz­cze pamię­tam, jak się pra­cuje.

– Nie żar­tuj. – Drea poło­żyła komórkę na udzie, ekra­nem do dołu. – Jakie buty nosi tata?

– Wyso­kie, za kostkę. Tim­ber­landy, ciem­no­brą­zowe. Łatwi­zna.

– Nie patrz w dół i powiedz, jakie buty ja noszę.

– Czarne, za kostkę, czarno-białe sznu­ro­wa­dła w kratkę. – Sloan zaci­snęła powieki. – Marki UGG. Ładne, wyglą­dają na nowe.

– Są ładne i nowe. Nie poży­czę ci ich. Nawet o tym nie myśl.

Typowe, przy­szło Sloan do głowy.

– Mogę sobie zała­twić wła­sne.

– Powin­naś. Są nie­sa­mo­wite. Widzisz, chło­niesz, zapa­mię­tu­jesz. Chcia­ła­bym być w poło­wie tak bystra jak ty.

Boże, ależ była zmę­czona. Nie­wia­ry­god­nie zmę­czona; zma­gała się ze sobą, by zacho­wać przy­tom­ność, świa­do­mość.

– Kwe­stia spo­strze­gaw­czo­ści.

– Nie, nie tylko – zastrze­gła Drea.

Tak czy ina­czej, Sloan zamie­rzała wyko­rzy­sty­wać tę szcze­gólną umie­jęt­ność, wyostrzać ją. Wyostrzać umysł.

Powią­za­nia. Ćwi­czyła kie­dyś jogę z instruk­to­rem, który mówił (tro­chę za dużo) o połą­cze­niu umy­słu, ciała i ducha.

Posta­no­wiła, że wyko­rzy­sta to teraz i popra­cuje nad tym triem.

Dostrze­gła prze­lot­nie jezioro, tylko błysk, gdy świa­tło sło­neczne dotknęło wody. Następny zakręt, potem jesz­cze jeden, i oto się poja­wiło, nie­skoń­cze­nie błę­kitne jak niebo, z odbi­ja­ją­cymi się w jego powierzchni górami, ich pofał­do­wa­niami i wierz­choł­kami, z brą­zem, bielą i sosnową zie­le­nią jesieni.

Od razu popra­wił jej się nastrój.

Obser­wo­wała rodzinę łabę­dzi – mama, tata i sześć nie­mal doro­słych dzieci, pły­ną­cych razem. Nie­ba­wem odlecą, a potem wrócą, przy­naj­mniej rodzice, by znów połą­czyć się w parę i sunąć po jezio­rze z pisklę­tami.

Pomy­ślała, że jesz­cze kilka tygo­dni i jezioro zamar­z­nie, jeśli pogoda się utrzyma; będzie można jeź­dzić na łyż­wach i łowić ryby w prze­rę­bli.

Zbo­cza gór poprze­ci­nane były szla­kami, nar­cia­rze, maleńcy w dali, śmi­gali po zbo­czach.

Doj­rzała smugi dymu doby­wa­jące się z komi­nów chat wtu­lo­nych w brązy i zie­le­nie i uro­czych dom­ków nad wodą.

I w bla­sku słońca błysk okien domu jej dzie­ciń­stwa nad jezio­rem.

Zasko­czyło ją prze­peł­nione sen­ty­men­tem nagłe drgnie­nie serca. Przy­jeż­dżała tu przy­naj­mniej raz w mie­siącu, zatrzy­my­wała się cza­sem na week­end, gdy pozwa­lała jej na to praca.

Uświa­do­miła sobie jed­nak, że tym razem jest ina­czej. Ten powrót miał odmienny cha­rak­ter.

Stwier­dziła, że działa kojąco na jej umysł i ducha.

Aż do tej chwili nie zda­wała sobie sprawy, jak bar­dzo pra­gnęła tu przy­je­chać.

Chciała usiąść opa­tu­lona przy pale­ni­sku na dwo­rze i obser­wo­wać odbi­ja­jący się w wodzie zachód słońca. Chciała usły­szeć głos nurów, śle­dzić lot cza­pli, napa­wać się wido­kiem maje­sta­tycz­nego bie­lika.

Z okna swego miesz­ka­nia w Anna­po­lis mogła doj­rzeć prze­lot­nie zatokę. Lecz nie, pomy­ślała, to nie było to samo.

Na razie, przy­naj­mniej na razie, jak zro­zu­miała wresz­cie, potrze­buje wła­śnie tego.

Potrze­bo­wała sta­rego dwu­kon­dy­gna­cyj­nego domu z okien­ni­cami, roz­le­głymi tara­sami, wielką kuch­nią, fron­to­wym gan­kiem, na któ­rym można spę­dzić tro­chę czasu.

Była spra­gniona widoku drzew wspi­na­ją­cych się po zbo­czach gór za oknem jej sypialni. Była spra­gniona wygody i spo­koju, tak samo jak tego, by znów poczuć się dawną Sloan.

Ojciec wpro­wa­dził wóz do garażu, zga­sił sil­nik i obró­cił się do niej z uśmie­chem.

– Witaj w domu.

Rozdział 3

Nie było to jej wła­sne lokum, ale był to dom rodzinny, a jego swoj­skość przy­no­siła pocie­chę.

Wielki kudłaty pies, Mop – jak nazwali go jej rodzice – przy­czła­pał, by ją powi­tać.

– Cześć, stary. Znowu tarza­łeś się w śniegu.

– Niczego tak nie uwiel­bia, pomi­ja­jąc kąpiel w jezio­rze – oznaj­miła Drea. – Pobie­gnę do sie­bie, muszę spraw­dzić parę rze­czy. Zejdę na dół tro­chę póź­niej.

Ruszyła po scho­dach przy­le­ga­ją­cych do ściany garażu, które pro­wa­dziły do jej miesz­ka­nia na pię­trze.

Sloan weszła z rodzi­cami do domu; pies biegł przo­dem.

Stary kamienny komi­nek z gru­bym drew­nia­nym gzym­sem, obu­do­wany pół­kami na książki, domi­no­wał nad czę­ścią miesz­kalną, która nie­gdyś – za cza­sów jej dziadka ze strony ojca, nim się oże­nił – była chatą z jedną sypial­nią.

To wła­śnie Ezra Cooper zapo­cząt­ko­wał rodzinny biz­nes, roz­wi­ja­jąc go stop­niowo, a potem, kiedy już zało­żył rodzinę, powięk­szył domo­stwo. Dobu­do­wał pię­tro, wielką wiej­ską kuch­nię i jadal­nię, prze­zna­czoną nie­mal wyłącz­nie do spo­ży­wa­nia świą­tecz­nych posił­ków i przyj­mo­wa­nia gości.

Wraz z dwoma synami uzu­peł­nił domo­stwo o tarasy i garaż, zain­sta­lo­wał więk­sze okna. I jed­no­cze­śnie inwe­sto­wał w pozo­stałe chaty, łodzie i sprzęt, aż wresz­cie All the Rest zapew­niało wyna­jem, sprze­daż, prze­wod­ni­ków i jesz­cze wię­cej tury­stom, któ­rzy przy­jeż­dżali nad jezioro.

Star­szy brat Deana porzu­cił rodzinny inte­res i kon­ty­nu­ował swoją edu­ka­cję. Pro­fe­sor histo­rii na Uni­wer­sy­te­cie Wir­gi­nii Zachod­niej osiadł z żoną w Mor­gan­town.

Cho­ciaż to Dean i Elsie pro­wa­dzili biz­nes od chwili przej­ścia ich rodzi­ców na eme­ry­turę, Archer słu­żył pomocą, jeśli zacho­dziła taka koniecz­ność. Jego naj­star­szy syn, Jonah, miesz­kał o rzut kamie­niem ze swoją rodziną i był prawą ręką Deana, a także pilo­tem spły­wów gór­skich – i wszyst­kim, czego firma potrze­bo­wała.

W sytu­acji, gdy Drea zaj­mo­wała się mar­ke­tin­giem, komu­ni­ka­cją spo­łeczną i sprze­dażą, a matka czu­wała nad wystro­jem wnętrz, zaopa­trze­niem i inwen­ta­ry­za­cją, inte­res kwitł dzięki trzem poko­le­niom.

Podob­nie jak jej wuj, Sloan poszła wła­sną drogą. Nie umniej­szyło to jed­nak jej dumy z osią­gnięć rodzin­nej firmy.

Dom, wznie­siony i prze­bu­do­wy­wany latami przez jej dziadka i jego synów, powi­tał ją, jakby powstał zale­d­wie wczo­raj.

– Umie­ści­li­śmy twoje rze­czy w twoim pokoju. – Gdy Sloan zdjęła czapkę, Elsie prze­su­nęła dło­nią po jej wło­sach. – Lekarz powie­dział, że jedna kon­dy­gna­cja scho­dów jest w porządku, ale jeśli uwa­żasz, że nie dasz rady, możemy cię urzą­dzić w gabi­ne­cie.

– Nie, nie trzeba. Muszę się ruszać. – I zro­biła to teraz, pod­cho­dząc do dużego fron­to­wego okna, które wycho­dziło na jezioro i odbite w nim jak w zwier­cia­dle zwień­czone śnie­giem góry. – Ten widok ni­gdy się nie sta­rzeje.

– Święte słowa. Może zro­bić ci kanapkę?

– Mamo, nie musisz mnie obsłu­gi­wać.

– Tylko dzi­siaj. – Elsie objęła córkę wpół i nachy­liła ku niej głowę. – Pozwól mi się tro­chę nad tobą poroz­czu­lać. Tak dobrze mieć cię przez chwilę w domu i widzieć, że znów przy­po­mi­nasz dawną sie­bie.

– Nie czuję się taka.

– Ale poczu­jesz – wtrą­cił Dean, który zdjął płaszcz, powie­sił go w sza­fie (jedna z rodzin­nych zasad), a potem przy­klęk­nął przy kominku, żeby zająć się pod­pałką, pod­czas gdy pies usa­do­wił się od razu obok. – A teraz zasad­ni­cze pyta­nie bez nie­wła­ści­wej odpo­wie­dzi. – Pod­niósł się płyn­nym i zdra­dza­ją­cym siłę ruchem. – Święto Dzięk­czy­nie­nia. Jeśli nie pasuje ci dom pełen krew­nych, to powiedz. Wszy­scy zro­zu­mieją.

– Nie, nie, dobrze będzie wszyst­kich zoba­czyć. Mówię szcze­rze. Potrze­buję cze­goś nor­mal­nego, a dom pełen bli­skich w świą­teczny dzień to wła­śnie coś nor­mal­nego.

Odwró­ciła się do nich i pomy­ślała jak zawsze: zwarty oddział. Byli ze sobą nie­ro­ze­rwal­nie zwią­zani, jak mało kto.

A ona sta­no­wiła ich hybrydę – tak jak Drea. Odzie­dzi­czyła kar­na­cję po matce, a Drea – po ojcu. Z kolo­rem oczu było na odwrót.

Rodzice powo­łali ją do życia i nie tylko trzy­mali się razem, ale też stali za nią murem.

– Chce­cie się zamar­twiać, a ja to rozu­miem. To wszystko, cała ta histo­ria musiała wystra­szyć was bar­dziej niż mnie. Byłam zbyt nie­przy­tomna, żeby się bać. I dobrze być w domu. Naprawdę dobrze. Ale jeśli znów mam się czuć sobą, to muszę robić rze­czy, które mi w tym pomogą.

– A więc pełna chata. – Elsie pode­szła do córki i ją objęła. – Nie wystra­szy­li­śmy się. Byli­śmy prze­ra­żeni. Ale to już za nami. Przy­go­tuję ci coś do jedze­nia.

– Nie musi­cie oboje zara­biać na życie?

– Drea jest u sie­bie i wła­śnie to robi. Jonah zaj­muje się innymi spra­wami. Jutro wró­cimy do roboty. – Dean pokle­pał ją po ramie­niu. – Dzi­siaj mamy wolne.

Elsie sku­siła ją domową zupą i świe­żym chle­bem, a Sloan robiła, co mogła, by coś prze­łknąć. Wciąż nie miała ape­tytu.

W prze­ci­wień­stwie do potrzeby ruchu.

– Pójdę na spa­cer. Krótki – obie­cała. – Dobrze jest pobyć na świe­żym powie­trzu. Poczuć się sobą – dodała.

– Jedna prośba, tylko dzi­siaj – zwró­ciła się do niej Elsie. – Nie będziesz się odda­lała od domu?

– Tak zawsze mówi­łaś, kiedy mia­łam osiem lat. – Sloan roze­śmiała się mimo wszystko. – Umowa stoi. Zupa była pyszna, mamo. Jak zawsze.

– Mop zechce się z tobą wybrać.

– Mop jest zawsze mile widziany.

Gdy tylko wło­żyła płaszcz, pies pod­niósł się ze swo­jego miej­sca, prze­cią­gnął i zamer­dał ogo­nem.

Ponie­waż była spra­gniona widoku jeziora, wyszła od frontu. Mop od razu pognał przed sie­bie, brnąc przez śnieg niczym czwo­ro­nożny pług.

Powie­trze szczy­pało, ale spra­wiało jed­no­cze­śnie ogromną przy­jem­ność, kiedy tchnęło swym odde­chem w jej twarz. Chło­nęła zapach jeziora, sosen, śniegu; to wszystko też jawiło się jako dom. Posta­no­wiła, że będzie wycho­dzić codzien­nie, tyle razy, ile tylko zdoła. Wybie­rać się nad jezioro albo pene­tro­wać zaśnie­żone lasy, kiedy jej matka nie będzie się już tak bar­dzo nie­po­koić.

A za dwa tygo­dnie, pod­czas bada­nia kon­tro­l­nego, dok­tor Vin­centi da jej zie­lone świa­tło. Przy­rze­kła sobie, że do świąt Bożego Naro­dze­nia w pełni odzy­ska siły.

Zeszła na pomost, gdzie przez cały sezon cumo­wała żaglówka, i posta­no­wiła, że zrobi sobie tego lata praw­dziwe waka­cje, tu, w domu. Będzie spę­dzała czas na żeglo­wa­niu, wędrów­kach, pły­wa­niu kaja­kiem i to doceni.

Może musiała umie­rać przez kilka minut, by uświa­do­mić sobie, że zbyt wiele ją omi­jało. Czas na kolejne przy­rze­cze­nie, zde­cy­do­wała. Nie zamie­rzała wpaść ponow­nie w pułapkę. Praca przy­no­siła satys­fak­cję. Bóg jeden wie, jak bar­dzo ją kochała, ale przez kilka ostat­nich lat szala wagi prze­chy­liła się nie­bez­piecz­nie w jedną stronę.

Kiedy podą­żała ścieżką wzdłuż jeziora, pies biegł przo­dem, zawra­cał, znowu biegł przo­dem. I przy­po­mi­nał, że ona poru­sza się jak inwa­lidka.

– Prze­pra­szam, Mop, nie jestem w pełni sprawna.

Musiała przy­znać, że nie prze­była nawet dwu­stu metrów, a już opa­dała z sił.

Jej słuch wciąż dzia­łał pra­wi­dłowo, więc obró­ciła się na dźwięk kro­ków. I cze­kała, dając sercu oka­zję do ochło­nię­cia, gdy zoba­czyła, że zbliża się do niej Drea.

– Nie zamie­rzam zrzę­dzić – uprze­dziła Sloan.

– Cho­lera. Liczy­łam na to. Przy­po­mnia­ła­bym ci, że zale­d­wie tydzień temu led­wie mogłaś cho­dzić po szpi­tal­nym kory­ta­rzu przez dwie minuty.

– Sama to sobie przy­po­mnia­łam, co tłu­ma­czy, dla­czego nie zrzę­dzę. Ale…

– No, zaczyna się!

– Nie zrzę­dze­nie, tylko fakt. Wciąż czuję, że coś jest ze mną nie tak. Cho­ler­nie nie tak.

– Podam ci wię­cej fak­tów. – Wpa­tru­jąc się nie­bie­skimi oczami w zie­lone oczy Sloan, Drea wzięła ją za rękę. – Wyglą­dasz na zmę­czoną i jesteś blada, więc chwi­lowo wystar­czy. Wróć do domu, wyko­naj ćwi­cze­nia odde­chowe i się zdrzem­nij. Potem wstań i zrób to ponow­nie.

– Widać, która z nas dwóch nosi spodnie.

– Z dumą i wro­dzo­nym sty­lem. Chodź.

Drea wzięła sio­strę pod rękę, nie pozo­sta­wia­jąc jej na dobrą sprawę wyboru.

– Wyświad­czysz mi przy­sługę? – spy­tała Sloan.

– Może.

Ta odpo­wiedź wydała się zabawna.

– Prze­ko­nuj ich w miarę moż­li­wo­ści, żeby się o mnie nie mar­twili. To istne brze­mię. A ja nie chcę im tego powie­dzieć. Mar­twią się coraz bar­dziej i sta­rają się tego nie oka­zy­wać.

– Kiedy zoba­czą, że prze­strze­gasz zale­ceń leka­rza, będą się mniej mar­twić. A ja będę ich prze­ko­ny­wać w miarę moż­li­wo­ści, ponie­waż zamie­rzasz prze­strze­gać zale­ceń leka­rza.

– To nie przy­sługa, tylko umowa.

– Tak czy nie?

– Tak. – Kiedy dotarły do domu, Sloan przy­sta­nęła. – Zacznę od teraz. – Otwo­rzyła drzwi i przy­kle­iła uśmiech do twa­rzy. – Było świet­nie! Tro­chę się zmę­czy­łam, i to też jest dobre. Idę na górę, poćwi­czę oddech, może zdrzemnę się na chwilę.

– Jeśli cze­goś potrze­bu­jesz… – zaczęła Elsie.

– Mam wszystko. – Sloan z uda­waną sta­ran­no­ścią powie­siła płaszcz w sza­fie, a sza­lik, czapkę, ręka­wiczki wło­żyła do koszyka. – Zamie­rzam zasko­czyć leka­rza pod­czas bada­nia kon­tro­l­nego.

Schody przy­po­mi­nały zbo­cze wyso­kiej góry, ale dała radę. Na kory­ta­rzu skie­ro­wała się do łazienki i spry­skała twarz chłodną wodą.

W jej dzie­cię­cej sypialni, naprze­ciwko, stało łóżko z czte­rema rzeź­bio­nymi słup­kami, przy­kryte śnież­no­białą koł­drą i ciem­no­nie­bie­ską narzutą w nogach. Krze­sło, z drugą narzutą prze­rzu­coną przez opar­cie, stało zachę­ca­jąco w kącie.

Ściany, w koją­cym odcie­niu mgli­stego błę­kitu, zdo­biły lokalne dzieła sztuki kolek­cjo­no­wane przez rodzi­ców. Obrazy tutej­szej wio­sny i jesieni, jeziora, gór, kwia­tów polnych roz­sia­nych po lasach.

Ponie­waż zawarła z sio­strą umowę, wyko­nała kilka ćwi­czeń odde­cho­wych, kasz­ląc zgod­nie z zale­ce­niem po dłu­gim wyde­chu.

To także ją zmę­czyło i była zado­wo­lona, że matka posta­wiła na sto­liku noc­nym przy­kryty dzba­nek z wodą i szklankę.

Kwiaty – chry­zan­temy w rdza­wych i zło­tych odcie­niach – stały na jej sta­rej komo­dzie i nasy­cały powie­trze korzenną wonią.

Krótka drzemka, pomy­ślała, i poło­żyła się na koł­drze, potem nacią­gnęła na sie­bie narzutę. Dwa­dzie­ścia minut, żeby nała­do­wać bate­rie.

Spała przez dzie­więć­dzie­siąt i nie obu­dziła się, dopóki kosz­mar nie wyrwał jej ze snu.

*

Naza­jutrz usta­liła rutynę na naj­bliż­szy czas. Wzięła prysz­nic, zmie­niła opa­tru­nek na piersi – upew­niła się, że rana goi się pra­wi­dłowo. Przy­glą­dała się ciału, pró­bu­jąc nie pod­da­wać się emo­cjom.

Dzień pierw­szy, pomy­ślała. Godzina zero. Tak, wyglą­dała kiep­sko. Tak, stra­ciła na wadze i napię­cie w mię­śniach. Mogła jed­nak stać i cho­dzić i choć pewne czyn­no­ści wywo­ły­wały ból, nie cier­piała zbyt­nio.

Podob­nie jak rana na piersi, ta na czole pozo­stawi po sobie bli­znę. Ale jedna i druga będą jej przy­po­mi­nać, że prze­żyła.

Miała ogromne szczę­ście.

Ubrała się, po czym zaczęła się zasta­na­wiać nad maki­ja­żem. Doszła do wnio­sku, że róż, tusz do rzęs i cała reszta i tak nikogo by nie zwio­dły.

Kiedy zeszła na dół, ojciec i matka sie­dzieli nad kawą przy kuchen­nym stole. Oboje obrzu­cili ją uważ­nym spoj­rze­niem, a ona poczuła się prze­świe­tlana do szpiku kości.

Rodzi­ciel­ski rent­gen.

– Pomy­śle­li­śmy, że może pośpisz dłu­żej. – Elsie zaczęła się pod­no­sić. – Zjesz śnia­da­nie?

– Mamo, usiądź. Mówię poważ­nie. Wezmę kubek z kawą i przejdę się – zale­ce­nia leka­rza. Nie musi­cie zająć się pracą?

– Zamie­rza­łem wła­śnie wyjść – oznaj­mił ojciec. – Dobrze spa­łaś?

– Jak kamień.

– Pomy­śla­łam, żeby zostać dzi­siaj w domu – zaczęła Elsie. – Trzeba przy­go­to­wać mnó­stwo rze­czy na naj­bliż­szy czwar­tek. Mogła­bym się dzi­siaj do tego zabrać.

– Chcę, żebyś poszła do pracy. Chcę, żebyś zro­biła to, co powin­naś dziś zro­bić. Wiem, że będziesz musiała zerwać się rano we środę, żeby przy­go­to­wać cia­sta i tak dalej, ale musisz iść do pracy. Chcę móc spę­dzić dzień o wła­snych siłach. Wiem, że nie jestem w pełni sprawna. Daleko mi do tego. Znam swoje ogra­ni­cze­nia. Zapew­niam cię, że ciało nie pozwoli mi o tym zapo­mnieć.

Elsie prze­su­nęła spoj­rze­nie na męża.

– Już sły­szę, jak myślisz: a nie mówi­łem? Odpuść sobie.

Uśmiech­nął się tylko i wzru­szył ramio­nami.

– Weź­miesz tele­fon?

– Tak, mamo.

– I zadzwo­nisz albo prze­ślesz wia­do­mość, jeśli będziesz cze­goś potrze­bo­wała?

– Tak, mamo.

Elsie skrzy­wiła się nie­znacz­nie, sły­sząc ton córki.

– I zjesz coś. No, jesz­cze jeden kęs.

Sloan nie mogła powstrzy­mać śmie­chu, sły­sząc tę zgraną śpiewkę z cza­sów dzie­ciń­stwa. I tak jak wtedy, prze­wró­ciła oczami.

– Tak, mamo.

Dean pod­niósł się i zaniósł puste kubki do zlewu.

– Mop zostaje i pój­dzie z tobą. Taka jest umowa.

– W porządku. A teraz już idź­cie, żeby zapew­nić mi więk­szy spa­dek.

Koniec koń­ców wyszła z nimi na dwór, z Mopem przy boku. Poże­gnała się z rodzi­cami, potem poło­żyła dłoń na psiej gło­wie.

– Ruszajmy.

Mimo słońca powie­trze kłuło zim­nem, wyostrzone przez pory­wi­sty wiatr, który marsz­czył taflę jeziora i prze­ni­kał konary drzew. Patrzyła, jak cza­pla szy­buje, jak pły­wają łabę­dzie. Sku­pia­jąc na nich uwagę, dotarła do miej­sca, w któ­rym poprzed­niego dnia prze­rwała wędrówkę. Dysząc z wysiłku, zatrzy­mała się, by uspo­koić orga­nizm. Mop opu­ścił ją na chwilę, zaczął ska­kać i tarzać się w śniegu.

Jesz­cze dzie­sięć kro­ków, powie­działa sobie, i słowa dotrzy­mała.

Nie prze­sa­dzać, pomy­ślała. Bez pośpie­chu, stop­niowo.

– To wszystko, na co mnie stać – poin­for­mo­wała psa. – Zro­bimy to jesz­cze raz póź­niej. I ponow­nie. Dzie­sięć kro­ków wię­cej.

Pomimo zimna czuła na ple­cach strużki potu, kiedy wra­cała do domu. Nogi drżały jej tro­chę, gdy wcho­dziła do środka, a w gło­wie krę­ciło się na tyle, że musiała na chwilę usiąść, zanim zdjęła płaszcz.

– Potrze­buję drewna.

Dorzu­ciła go tro­chę do kominka w salo­nie, potem scho­wała kurtkę do szafy.

W kuchni przy­rzą­dziła sobie miseczkę owsianki, dodała połówkę banana i garść boró­wek.

Zdo­łała pochło­nąć połowę, nim wyczer­pała ją sama myśl, że je. Wzięła oddech i zja­dła jesz­cze tro­chę.

– Tylko mnie nie wydaj, Mop.

Posta­wiła miseczkę na pod­ło­dze, a potem przy­glą­dała się, jak pies wyli­zuje jej zawar­tość.

Zmu­siła się, by wstać, i napeł­niła butelkę wodą.

– Następny punkt planu dzien­nego: fizjo­te­ra­pia.

Naj­wy­raź­niej zado­wo­lony z towa­rzy­stwa Mop udał się z nią do siłowni jej rodzi­ców. Może wybór kilo­gra­mo­wych odważ­ni­ków zamiast dzie­się­cio­krot­nie cięż­szych ranił jej dumę, ale… no cóż, dzień pierw­szy.

Usia­dła na ławce i zaczęła wzmac­niać ryt­micz­nie mię­śnie ramion, aż poczuła w rękach palący ból. Potem wyci­snęła cię­żary jesz­cze dwa razy. Po kilku innych ćwi­cze­niach spró­bo­wała zro­bić parę wyko­pów.

Odpo­częła, napiła się wody, znowu zaczęła ćwi­czyć.

– Na wię­cej mnie nie stać.

Zano­to­wała wszystko. Jak długo spa­ce­ro­wała, ile wyci­snęła i tak dalej.

Doszła do wnio­sku, że pro­wa­dze­nie reje­stru wzmac­nia moty­wa­cję.

Mop poło­żył łeb na jej kola­nach, a ona go pogła­skała.

– Jutro spró­bu­jemy jogi, powoli i bez wysiłku. Ale teraz chyba się wycią­gnę na chwilę.

Roz­pa­liła ogień w kominku i zamknęła oczy.

Pomy­ślała, że może roz­wiąże jedną ze słyn­nych krzy­żó­wek sio­stry w ramach ćwi­cze­nia umy­słu. Zasta­na­wia­jąc się nad tym, zasnęła.

Kiedy się obu­dziła, pies sie­dział grzecz­nie obok, patrząc na nią.

– Chcesz znowu wyjść? – Lekko zamro­czona się­gnęła po komórkę, którą wcze­śniej poło­żyła na stole. – Och, Boże. Spa­łam ponad godzinę.

Pod­no­sząc się, doko­nała prze­glądu osią­gnięć. Wie­działa, że sobie pora­dzi.

– Daj mi chwilę. I tak naj­wyż­szy czas pospa­ce­ro­wać.

Wiatr wciąż wiał nie­ustę­pli­wie i zaga­niał chmury przy­sła­nia­jące słońce. Spad­nie wię­cej śniegu, pomy­ślała. Widziała ludzi – jasne ubra­nia na tle bieli – zjeż­dża­ją­cych na san­kach po wschod­nim zbo­czu. Z komi­nów doby­wał się dym. Pomimo zimna po prze­ciw­le­głej stro­nie jeziora wodę pruły dwa kajaki. Ktoś ule­pił oka­za­łego bał­wana przed jed­nym z waka­cyj­nych dom­ków nad brze­giem.

Dotarła do swego pierw­szego przy­stanku, musiała odpo­cząć, ode­tchnąć, potem zro­biła dzie­sięć kro­ków do następ­nego. Chciała zro­bić jesz­cze dzie­sięć, ale przy­sta­nęła po pię­ciu.

– Znaj i sza­nuj swoje ogra­ni­cze­nia, Sloan.

Choć musiała zatrzy­mać się dwu­krot­nie w dro­dze powrot­nej, poko­nała ją.

Już w domu usia­dła, odzy­skała siły i choć nie miała na to ochoty, pod­grzała tro­chę zupy. I odro­binę zja­dła.

Potem popa­trzyła na psa.

– Co teraz? Jest dopiero pierw­sza po połu­dniu. Jeśli się położę, to zasnę. Jeśli wezmę jakąś książkę albo spró­buję obej­rzeć film, to też skoń­czy się tym, że padnę. I nie wma­wiaj mi, że sen jest naj­lep­szym lekar­stwem. Naprawdę zostały mi tylko krzy­żówki?

Poszła na górę, znio­sła na dół lap­topa. Zro­biła arkusz kal­ku­la­cyjny swo­ich aktyw­no­ści i postę­pów. Dobrze było zoba­czyć to wszystko czarno na bia­łym. Może nawet zacznie zapi­sy­wać godziny.

I choć było to tro­chę wku­rza­jące, uwzględ­niła także czas poświę­cony na sen. W tym przy­padku mniej zna­czyło wię­cej. Przy­naj­mniej według jej wła­snej miary.

Po skoń­czo­nej pracy poczuła się zor­ga­ni­zo­wana i speł­niona.

I śmier­tel­nie znu­dzona.

Zde­spe­ro­wana wyświe­tliła krzy­żówkę na lap­to­pie. Potem zaczęła krą­żyć po domu, żeby po pro­stu nie zasnąć. Natknęła się na koszyk, z któ­rego jej matka korzy­stała, gdy była aku­rat w nastroju do szy­deł­ko­wa­nia i robie­nia na dru­tach.

Zain­spi­ro­wana Sloan zanio­sła koszyk do salonu i posta­wiła obok kominka, po czym zna­la­zła na YouTu­bie fil­mik o pod­sta­wach robó­tek ręcz­nych.

Kiedy jej mózg spo­wiła mgiełka, prze­wi­nęła wideo i obej­rzała je od początku. Musiała się sku­pić, skon­cen­tro­wać; posłu­gu­jąc się szy­deł­kiem i włóczką, wycza­ro­wała bar­dzo pre­cy­zyjny łań­cu­szek.

Ponie­waż musiała jed­no­cze­śnie słu­chać, obser­wo­wać i liczyć, anga­żo­wała umysł. Po wyczer­pu­ją­cej godzi­nie miała zaczątki sza­lika w bożo­na­ro­dze­nio­wej czer­wieni.

Przy­znała sobie nagrodę w postaci pepsi.

– Okej, Mop, potra­fię to robić. Nie wiem, czy chcę w grun­cie rze­czy, ale potra­fię. Może potrak­tuję to jako tera­pię zaję­ciową. Teraz znów się przej­dziemy, a potem kolejna runda z pod­no­sze­niem cię­ża­rów. Zmu­szę się do zje­dze­nia jakichś owo­ców albo sera, a póź­niej zabiorę się do robó­tek.

Nim rodzice wró­cili wie­czo­rem do domu, musiała się jesz­cze raz zdrzem­nąć, ale zre­kom­pen­so­wała to sobie, bo wyko­nała wię­cej kro­ków i wię­cej ćwi­czeń, a także wydzier­gała w dwu­dzie­stu pię­ciu pro­cen­tach – według jej obli­czeń – czer­wony sza­lik.

Elsie popa­trzyła na koszyk z robót­kami, oce­niła dłu­gość sza­lika – teraz to była jedna trze­cia – i spoj­rzała na córkę.

– Kiedy się nauczy­łaś szy­deł­ko­wać?

– Dziś po połu­dniu.

Elsie wzięła do ręki nie­ukoń­czone dzieło, przyj­rzała mu się od końca do końca.

– Bar­dzo ładne wyko­na­nie. Ile razy pró­bo­wa­łam cię nauczyć?

– Zawsze rezy­gno­wa­łaś, ponie­waż według cie­bie nie potra­fi­łam wysie­dzieć przy tym dosta­tecz­nie długo.

Usły­szała war­kot odśnie­żarki, co ozna­czało, że ojciec będzie odśnie­żał ścieżki.

A Mop zaata­kuje rado­śnie chmury bia­łego pyłu.

– Wiem, że teraz muszę. Tera­pia zaję­ciowa. Trzeba roz­ru­szać szare komórki.

– Pasuje ci to? Sza­lik?

– Tak, a kiedy skoń­czę, będziesz musiała go nosić. Cie­nie macie­rzyń­stwa.

– Raczej bla­ski. Może napi­jesz się gorą­cej cze­ko­lady i opo­wiesz mi przy oka­zji, jak ci dzi­siaj poszło?

– A może wino? I zre­la­cjo­nu­jemy sobie nawza­jem miniony dzień?

– Dosko­nale. – Elsie poło­żyła dłoń na jej policzku. – Wyglą­dasz lepiej.

– Naprawdę?

– Tak. Znowu widzę blask w tych two­ich magicz­nych oczach.

Sloan poczuła w nich łzy, ponie­waż wie­działa, że matka nie kła­mie.

– To był dzień pierw­szy. Spo­rzą­dzi­łam arkusz kal­ku­la­cyjny.

– Ma się rozu­mieć. Wielka szkoda, że nie dołą­czy­łaś do rodzin­nego biz­nesu, panno Zor­ga­ni­zo­wana.

– Taka już jestem – powie­działa, kiedy weszły do kuchni. – Ale to dobrze śle­dzić swoje postępy. I zaraz do tego doj­dziemy. Zacznijmy od cie­bie, bo tata też będzie chciał wie­dzieć, co dziś robi­łam, jak się zjawi.

– Napa­dało kolejne sie­dem cen­ty­me­trów, więc uparł się, żeby to odśnie­żyć zanim przez noc dosy­pie jesz­cze wię­cej. Może być wino czer­wone? Wciąż zostało mi mnó­stwo zamro­żo­nego sosu po sezo­nie na pomi­dory. Na kola­cję będzie maka­ron.

– Czer­wone jest w sam raz.

– No dobrze. Wypo­ży­czy­li­śmy tury­stom z tuzin sań i tobo­ga­nów, kilka sprze­da­li­śmy. Mam kolejne zamó­wie­nia. Na pewno chcesz tego wszyst­kiego słu­chać?

Sloan usa­do­wiła się przy bla­cie.

– Tak.

– Na gru­dzień i sty­czeń mamy kom­plet. Luty też już pra­wie pełny. Kam­pa­nia rekla­mowa Drei, „Zimowe Cuda”, oka­zała się sku­teczna. Dłu­go­ter­mi­nowe pro­gnozy prze­wi­dują, że jezioro zamar­z­nie do połowy stycz­nia, więc w pierw­szym tygo­dniu lutego zor­ga­ni­zu­jemy zawody w węd­kar­stwie pod­lo­do­wym. Tu też mamy połowę miejsc już zare­zer­wo­wa­nych. – Elsie łyk­nęła wina i przyj­rzała się kie­lisz­kowi. – To był nie­zły pomysł.

– Wciąż przy­cho­dzą mi do głowy.

– Och, mam też nowiny z Heron’s Rest. Pamię­tasz dom sta­rego Par­kera?

Sloan się­gnęła do prze­gró­dek w pamięci.

– Wielki walący się pię­trowy budy­nek w poło­wie drogi do mia­sta, z sze­ro­kim zapad­nię­tym gan­kiem. Jeśli szło się tam­tędy w wietrzny dzień, to można było usły­szeć wiatr świsz­czący w oknach. I jesz­cze ten roz­pa­da­jący się garaż połą­czony z warsz­ta­tem. Wszystko w głębi lasu z dłu­gim wąskim pod­jaz­dem, zawsze peł­nym dziur.

– Sama bym tego lepiej nie opi­sała. Brady Par­ker mach­nął na domo­stwo ręką, kiedy zmarł jego ojciec, chyba z dzie­sięć lat temu, a i wtedy nie pre­zen­to­wało się naj­le­piej. No cóż, sprze­dał je dwa mie­siące temu.

– Ktoś kupił tę ruinę? Z myślą o ziemi? Nie jest może pierw­szej klasy, a sam dom wymaga porząd­nego remontu, ale szkoda byłoby go zbu­rzyć. Ma cha­rak­ter.

– Cho­dzi o coś innego. Nabył go pewien Nowo­jor­czyk, i jak się dowie­dzia­łam, zamie­rza go wyre­mon­to­wać.

Sloan zmarsz­czyła czoło nad swoim kie­lisz­kiem.

– Naprawdę?

– Tak. Podobno chce tu zamiesz­kać, otwo­rzyć wła­sny biz­nes. Maj­ster od wszyst­kiego. Złota rączka. Jeśli jest w tym dobry, to wspa­niale. Kolejna wia­do­mość. Mag­gie Wells namó­wiła wresz­cie Barry’ego na prze­pro­wadzkę na Flo­rydę. Pole­ga­li­śmy na Bar­rym przy wszel­kich napra­wach i prze­rób­kach prze­kra­cza­ją­cych moż­li­wo­ści taty i Jonaha.

– Mag­gie i Barry… jak sobie bez nich pora­dzi­cie?

– Prze­ko­namy się. Wyjeż­dżają pierw­szego grud­nia. Muszę mieć nadzieję, że ten przy­jezdny z Nowego Jorku okaże się dobrym fachow­cem. Bio­rąc pod uwagę wyna­jem, sklepy – i niech Bóg ma nas w swo­jej opiece, twój tata ma na oku tę małą chatę, która powinna poja­wić się na rynku w nowym roku – trudno będzie funk­cjo­no­wać bez kogoś tak dobrego i solid­nego jak nasz Barry.