49,90 zł
Funkcjonariuszka Sloan Cooper ledwo uchodzi z życiem po napadzie w sklepie spożywczym, na który natrafia wracając z akcji służbowej – strzelanina kończy się ciężkimi obrażeniami. Cudem uratowana, Sloan musi na nowo nauczyć się funkcjonować i pogodzić z faktem, że powrót do służby może być trudny.
W czasie rekonwalescencji zamieszkuje w niewielkiej, górskiej miejscowości Heron’s Rest, gdzie cisza i bliskość natury mają pomóc jej odzyskać równowagę. Jednak spokój okazuje się pozorny. W okolicy dochodzi do serii zaginięć, a trop prowadzi do zamkniętej, hermetycznej społeczności, w której lojalność wobec „swoich” znaczy więcej niż prawo.
Sloan, mimo zakazów i własnych ograniczeń, zaczyna interesować się sprawą. Wspierana przez sąsiada i rodzinę, stopniowo odkrywa, że za idyllicznym krajobrazem Appalachów kryje się przemoc i manipulacja, sięgające znacznie głębiej, niż ktokolwiek przypuszczał.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 550
Tytuł oryginału: Hidden Nature
Wydawca: Adrian Tomczyk Redaktor prowadzący: Iwona Denkiewicz Redakcja: Magdalena Hildebrand Korekta: Ewa Grabowska
Copyright © 2025 by Nora Roberts All rights reserved Copyright © for the Polish translation by Jan Kabat, 2026
Producent Dressler Dublin Sp. z o.o. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 e-mail: sekretariat@dressler.com.pl, tel. + 48 22 733 50 00 www.dressler.com.pl
Dane do kontaktu Wydawnictwo Świat Książki 02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2 e-mail: biuro@swiatksiazki.pl tel. + 48 22 45 70 402 www.wydawnictwoswiatksiazki.pl
Warszawa 2026
Księgarnie internetowe: swiatksiazki.pl, ksiazki.pl, czytam.pl
Dystrybucja Dressler Dublin Sp. z o.o. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 e-mail: dystrybucja@dressler.com.pl, tel. +48 22 733 50 31/32 www.dressler.com.pl
ISBN 978-83-68872-14-9
Wersję elektroniczną przygotowano w systemie Zecer
Dla Bruce’a i Jasona, moich osobistych panów od wszelkich napraw
Dzień, w którym Sloan Cooper zmarła, zaczął się przed świtem, a skończył tuż przed północą. Jako kapral w policji Departamentu Zasobów Naturalnych pomogła aresztować trzech facetów, którzy nękali, okradali i napadali amatorów pieszych wędrówek na szlakach górskich zachodniego Marylandu.
Trzej mężczyźni – dwaj bracia i ich ojciec – jako „suwerenni” obywatele, uważali tereny publiczne za swoją własność, a wszystkich, którzy przekraczali ich granice, za intruzów.
Teraz, po trzydniowej akcji, podczas której osobiście rozbroiła wspomnianego ojca, niejakiego Johna, alias Red Bowson, wszyscy trzej przebywali w areszcie. Sloan przypuszczała, że czeka ich długi i miły pobyt w więzieniu federalnym, gdzie będą mogli przemyśleć swoje błędy.
Niezwykle satysfakcjonujące.
Nie wspominając już o tym, że chciała mieć ten trzeci szewron, oznaczający rangę sierżanta, a ostatnia akcja mogła się do tego przyczynić.
Ponieważ losowanie wypadło na jej korzyść, prowadziła wóz w drodze powrotnej do wydziału operacji specjalnych, podczas gdy jej partner kontaktował się z żoną.
Joel Warren, chudy jak tyczka mężczyzna o śniadej skórze i krótkich lokach pod służbowym kapeluszem, odznaczał się zwodniczo leniwym sposobem bycia, który maskował przenikliwy umysł i energię zdolną oświetlić całe miasto.
Przeszli razem szkolenie i oboje zgłosili się do Biura Śledczego do spraw Kryminalnych. Joel, urodzony w Waszyngtonie, i Sloan, z małego miasteczka w tych zachodnich górach, szybko znaleźli wspólny rytm.
Choć różnili się pod względem osobowości – i może właśnie dlatego – ich blisko pięcioletnie partnerstwo funkcjonowało jak należy. On: na luzie, odwalić robotę i pojechać do domu. Ona: poważna, ambitna i sumienna.
Prowadząc, słuchała jednym uchem, kiedy mówił swojej ukochanej Sari, że już wracają do domu.
Bagatelizował to, co wydarzyło się w ciągu trzech pełnych brutalności dni, nie wspominając, że do nich strzelano ani o podbitym oku Sloan, która oberwała w trakcie aresztowania zbirów.
Nie dlatego, by zaoszczędzić Sari drastycznych szczegółów, o czym Sloan doskonale wiedziała. Było, minęło. Ważne jest to, co teraz.
Podziwiała siłą rzeczy tę jego zdolność kategoryzacji.
Skończył rozmawiać i zmienił ułożenie długich nóg.
– Miałem ci jeszcze nie mówić…
– Czego? Gadaj, skoro i tak zamierzałeś.
– Powiedziałem mamie, a Sari powiedziała swoim rodzicom. Chciałem zaczekać jakieś dwa, trzy tygodnie, ale…
Była wyszkolonym funkcjonariuszem dochodzeniowym i znała Joela jak brata, którego nigdy nie miała.
– Żartujesz! Sari jest w ciąży?
Jego piwne oczy błysnęły, kiedy na nią spojrzał.
– Widzisz, nic ci nie powiedziałem, a ty sama na to wpadłaś, i to bezbłędnie, siostrzyczko. Spisałem się. Jakieś dziewięć tygodni temu.
– Ja pieprzę, Joel! – Wyrzuciła z radości pięści w górę, a potem walnęła go w ramię. – Będziesz tatą.
– Już się nim czuję. Dziwne, owszem, ale już się czuję. Mama mówi, że będzie dziewczynka, a wiesz, że ona nigdy się nie myli.
– Fakt. Mama Dee zawsze ma rację. Ale będzie w porządku, jeśli się okaże, że to chłopak?
– Pewnie.
– Jak się Sari czuje?
– Rzygała rano przez miesiąc, ale już jej przeszło. Bogu dzięki, bez dwóch zdań. Mówi, że nie może się już doczekać, kiedy przytyje. Będzie za co dziękować w Dzień Indyka. To już za dwa tygodnie. – Spojrzał na nią z szerokim uśmiechem. – Zostaniesz ciocią, siostrzyczko.
– Na ciocię Sloan możesz zawsze liczyć. Tak się cieszę, Joel. Boże, cieszę się z waszego szczęścia. Będziesz wspaniałym ojcem.
– A ty i Matias? Myślałaś kiedykolwiek o kolejnym kroku?
– Żeby zamieszkać razem?
Nie przyszło jej do głowy kontaktować się z mężczyzną, z którym spotykała się prawie od roku, tak jak robił to Joel z Sari. Z drugiej strony Matias wcale tego nie oczekiwał – i z pewnością nie doceniłby tego teraz, po dziesiątej wieczorem.
– Nie jestem pewna – przyznała w końcu. – Raczej nie, ale pewna nie jestem. I wiem, co myślisz. – Zerknęła na niego. – „Nie jestem pewna” oznacza po prostu „nie”. Ale tak naprawdę oznacza „nie jestem pewna” i „jeszcze nie”. Dobrze nam tak, jak jest.
– Mhm.
Przewróciła oczami, bo znała to mruknięcie. W jego przekonaniu oznaczało, że oszukuje samą siebie.
Może, ale odpowiadało jej takie życie.
– Potrzebuję Dr. Peppera – oznajmił tylko.
– Zawsze go potrzebujesz.
– Daje mi kopa.
– Tak twierdzisz, ale niech będzie. I tak muszę iść do toalety. Przy okazji możemy zatankować.
Kawałek drogi w tę, czy w tamtą stronę zmieniłby wszystko, ale ona zjechała na prawy pas i skręciła w najbliższy zjazd.
Pokonała półtora kilometra pustkowi i zatrzymała się na krótki postój, podjeżdżając pod dystrybutory.
– Zatankuj, a ja kupię przyszłemu tacie jego ulubiony napój. Tacie – powtórzyła. – Jasna cholera, Joel!
Wysiadła z wozu, atletycznie zbudowana kobieta z blond włosami związanymi w kok pod kapeluszem. Oczy (lewe podbite) duże, w kształcie migdałów i intensywnie zielone, dominowały w twarzy o silnie zaznaczonych kościach policzkowych, szczupłym nosie i wąskich wyrazistych ustach.
Podobnie jak w przypadku swobodnego sposobu bycia Joela, ludzie często brali te duże i przywodzące na myśl wróżkę oczy za oznakę miękkości. Potrafiła wyciskać na ławce siedemdziesiąt pięć kilo – piętnaście ponad jej wagę – sprawić, że worek treningowy śpiewał pod jej ciosami, i przebiec półtora kilometra dokładnie w sześć minut.
Przez całe dzieciństwo przemierzała szlaki w Alleghenach, pływała latem w jeziorze albo żeglowała, zimą zaś jeździła na nartach i wędrowała w rakietach śnieżnych. Ta aktywność na świeżym powietrzu kształtowała jej sylwetkę i mentalność, które służyły doskonale jej ambicjom i karierze, na jaką się zdecydowała.
Weszła do niewielkiego marketu, myśląc o tym, by opróżnić pęcherz, a potem pokonać drugą połowę drogi do domu, wziąć długi gorący prysznic i zasnąć we własnym łóżku.
Gdy tylko drzwi się za nią zamknęły, zorientowała się, że coś jest nie tak.
Postawa mężczyzny obróconego do niej plecami – białego, o kasztanowych włosach, wzroście ponad metr osiemdziesiąt i wadze osiemdziesięciu kilogramów – a także szeroko otwarte i pełne przerażenia oczy sprzedawcy za ladą kazały jej położyć dłoń na kolbie broni.
Wszystko potoczyło się szybko.
Wszystko trwało wieczność.
Mężczyzna obrócił się na pięcie, a broń, którą trzymał już w dłoni, wypaliła.
Pierwszy pocisk drasnął ją w czoło – ostre, przyprawiające o szok żądło; zdążyła się cofnąć.
Ale drugi pocisk trafił ją w klatkę piersiową, odrzucił do tyłu i powalił na podłogę, sprawiając nieopisany ból.
Dostrzegła przebiegającego obok mężczyznę – po trzydziestce, piwne oczy, niewielka blizna na prawym policzku – podczas gdy oddychała spazmatycznie, a ból rozlewał się po niej coraz większą falą.
Próbowała unieść broń, ale świat pogrążał się nieubłaganie w szarości; starała się krzyknąć ostrzegawczo do Joela, ale nie mogła złapać tchu.
Strzelec – czarne adidasy, szary trencz, dżinsy postrzępione u dołu – zaczął znikać z jej umysłu.
Jak przez mgłę usłyszała jeszcze jeden strzał, potem następny.
A potem Joel był przy niej, naciskając na jej klatkę piersiową i przyprawiając o wrzask bólu, który rozsadzał jej głowę.
– Sloan! Sloan! Spójrz na mnie. Kurwa, zostań ze mną. Postrzelony funkcjonariusz. Postrzelony funkcjonariusz. Pomoc medyczna, natychmiast!
Wpatrywała się w jego twarz – znała tę twarz – a jego słowa cichły, zanikając gdzieś w próżni.
A potem jego twarz znalazła się blisko, tak blisko, że przysłoniła wszystko inne, a jego oczy, ciemne niczym dwa księżyce w nowiu, miały w sobie zawziętość.
– Zostań ze mną. Pomoc w drodze. Jestem tutaj, jestem przy tobie.
– Boli.
– Wiem, siostrzyczko, wiem. Wykorzystaj to, wykorzystaj ten ból i zostań ze mną. Jestem przy tobie. Nie waż się dokądkolwiek odejść. Zostań tu, zostań ze mną.
Ból przyćmiewał czas i przestrzeń. Tonęła w nim, zanurzała się pod powierzchnię. Kiedy znów wypływała, ból powracał wraz z nią. Przenikliwy jak wycie syren. Nieznajome twarze wyrzucały z siebie słowa, których nie rozumiała.
Zimno, okrywało ją przenikliwe zimno, ale nie przytępiało dzikiego, bezlitosnego bólu.
Słyszała jednak Joela – gdzieś, podczas gdy świat przemykał w pędzie obok.
– Jesteś silna. Jesteś kurewsko twarda i będziesz walczyć. Słyszysz mnie? Słyszysz mnie, Sloan?
Wszystko było białe. Wszyscy krzyczeli, ale te głosy odbijały się od jej uszu i ulatywały. Światła, zbyt wiele świateł raniło jej oczy, więc je zamknęła.
Potem znów pojawił się Joel; trzymał ją za rękę, wzrok miał zawzięty.
– Jestem tutaj. I będę. Walcz, do diabła, Sloan. Nie poddawaj się.
A potem wszystko zniknęło. Ból, światła, głosy. Wszystko przemieniło się w czerń.
Gdy światło powróciło, było miękkie, przezroczyste. Czuła się wolna, unosząc się w nim i patrząc na kobietę, która leżała na stole operacyjnym. Tak bladą, tak nieruchomą. Tyle krwi.
Ci wszyscy ludzie wokół niej. Rozcięli biedaczkę, pomyślała, nim sobie uświadomiła z łagodnym zainteresowaniem, że to ona jest tą biedaczką.
To ja, tam w dole.
Ktoś krzyknął: „Odsunąć się!”, a jej ciało podskoczyło gwałtownie. Westchnęła. Tak bardzo się starali, a ona – „Ja” – sprawiała wrażenie zmęczonej tym wszystkim. Bardzo zmęczonej.
Pozwólcie jej odejść, pomyślała. Pozwólcie mi odejść.
Łyżki defibrylatora znowu uderzyły, a ona je zignorowała.
Widziała tak dużo z miejsca, w którym się unosiła. Joel, chodzący tam i z powrotem, z telefonem przy uchu. Słyszała go nawet.
– Wciąż jest na sali operacyjnej. Jej rodzina już jedzie. Zadzwonię, kiedy skończą.
Przyglądała się, jak ociera łzy, i to ją wzruszyło. Pragnęła mu powiedzieć, że nic jej nie jest, że czuje się błogo w tym miękkim i ładnym świetle. Ale miał krew na koszuli, a w jego oczach malowała się rozpacz.
– Nie stracimy jej, Sari. Wykluczone. Będzie walczyć. Nie podda się. Jeszcze nie dała za wygraną. Nie poddaje się, Sari.
W porządku, w porządku, do diabła.
Ponownie spojrzała na samą siebie. Pomyślała o Joelu i dziecku, które ma się urodzić. Pomyślała o swoich rodzicach, o swojej siostrze.
Łyżki defibrylatora uderzyły ją kolejny raz, wtedy pozwoliła, by czerń znów ją pochłonęła.
*
Kiedy się obudziła, ból wciąż trwał, ale przytępiony, jakby ktoś przykrył go ciepłym kocem. Powietrze miało w sobie coś gryzącego, od razu skojarzyła to ze szpitalem, jeszcze nim dotarło do niej popiskiwanie maszynerii.
Światło, przyćmione, ale ostre, napierało na jej powieki; pragnęła, by choć przez chwilę było miękkie i przezroczyste.
– Budzi się, Joel. Sloan? Kochanie, to ja, mama. Otwórz oczy, maleńka. Sloan, dziecinko, otwórz oczy.
Zamrugała. Wymagało to niebywałego wysiłku, a ponieważ wszystko się rozmazało, uznała, że nie warto się było starać. Znów zaczęła przymykać powieki.
– No dalej. Ściśnij mi rękę i otwórz oczy. No, wspaniale.
Poczuła, jak matczyne usta przywierają do wierzchu jej dłoni, do palców.
– Dobra dziewczyna.
– Szpital – zdołała wymówić.
Miała wrażenie, że po jej gardle przejechano papierem ściernym, a język jest gruby i suchy jak deska.
– Tak, a z tobą będzie wszystko dobrze. Po prostu dobrze.
Wtedy to powróciło. Niewielki market, mężczyzna przy ladzie. Eksplozja bólu.
– Strzelił do mnie! – Próbowała się dźwignąć, ledwie mogła poruszać głową. – Joel.
– Jestem tu, siostrzyczko.
Widziała ich teraz, gdy jej wzrok się wyostrzył. Matkę, bladą jak ściana, niebieskie oczy zamglone i podkrążone, i swojego partnera, który wydawał się śmiertelnie znużony.
– Bardzo źle?
– Nie aż tak, żeby cię załatwić na dobre. – Ścisnął jej dłoń, pochylając się jednocześnie i całując jej matkę w czubek głowy. – Zawołam doktora.
– Wszystko będzie dobrze. – Elsie Cooper znów przywarła ustami do jej dłoni. Łzy, dwie ciepłe krople, rozlały się na kłykciach Sloan. – Tata i Drea są obok. Siedzieliśmy przy tobie na zmianę.
– Jak długo? Jak długo?
– Trochę przespałaś, dochodząc do siebie. To trzeci dzień. Wprowadzili cię najpierw w śpiączkę, żebyś mogła po prostu spać. A teraz się budzisz. Dziecinko? Wyczuwasz ten guzik? – Nakierowała dłoń córki. – Jeśli będzie bolało, możesz go nacisnąć i dostaniesz lek.
– Okej. Czuję się… rozmiękła.
Elsie uśmiechnęła się, a po jej policzku spłynęła łza.
– Nic dziwnego. O, jest pielęgniarka. Była dla ciebie bardzo dobra. Dla nas wszystkich.
– Cieszę się, że się obudziłaś.
Pielęgniarka miała czarne włosy z siwymi pasemkami upięte w kok, a jej bladoniebieski fartuch zdobiły czerwone kwiatki. Sloan oceniła ją na jakieś czterdzieści lat i poczuła ulgę, widząc, że piwne oczy kobiety uśmiechają się wraz z jej ustami.
– Zaraz przyjdzie doktor Vincenti. Elsie, Joel, zostawicie nas na kilka chwil, żebym mogła zająć się Sloan?
– Będziemy tuż obok – zapewniła Elsie córkę.
– Jak poważnie? – spytała Sloan, gdy tylko drzwi się zamknęły. – Jak poważnie jestem ranna?
Angie sprawdziła kroplówkę, zerknęła na monitory, zbadała jej puls.
– Joel powiedział, że chcesz wiedzieć, więc powiem, że było kiepsko. Jest już znacznie lepiej. Odzyskasz w pełni siły, ale nie wolno ci się z tym spieszyć. A jeśli chodzi o doktora Vincenti i zespół chirurgiczny? Nie mogłaś trafić lepiej.
– Umarłam.
– Jesteś teraz żywa, i to bardzo. – Angie przysunęła do jej warg kubek ze słomką. – Napij się trochę wody.
Sloan, dręczona pragnieniem, usłuchała.
– Umarłam na stole operacyjnym. Musieli sprowadzić mnie z powrotem.
Angie odstawiła kubek, potem ujęła dłoń Sloan.
– Doświadczyłaś śmierci?
– Czy doświadczyłam? Defibrylowali mnie, prawda? Moje serce się zatrzymało, więc mnie defibrylowali. Chyba trzy razy.
– Kula minęła serce, ale powiedzmy, że operacja była skomplikowana. Vincenti to świetny chirurg. Jesteś młoda, zdrowa i silna. Pomijając to wszystko, nie nadszedł jeszcze twój czas.
– Trzy razy.
– Tak. A teraz tu jesteś, żywa, obudzona i świadoma. Najważniejsze funkcje w porządku. Jesteś stabilna. I jeśli potrafię ocenić, a potrafię, to w ciągu dwudziestu czterech godzin twój stan poprawi się jeszcze bardziej. No dobrze, jeśli nie czujesz się szczególnie zmęczona, choć jeśli się czujesz, to też okej, reszta krewnych chce się z tobą zobaczyć.
– Tak, proszę.
– Rodzina też jest ważna. – Angie pomogła Sloan usiąść i obróciła poduszkę na drugą, chłodniejszą stronę. – Ludzie, którzy cię kochają, są ważni. A ty jesteś kochana. Daj znać, jeśli będziesz mnie potrzebowała. Doktor Vincenti zajrzy tu niedługo.
Do pokoju weszli jej ojciec i siostra. Ojciec – w jego kasztanowych włosach i przystrzyżonej bródce zaczęły pojawiać się już srebrzyste pasemka, a zielone oczy błyszczały od łez – pochylił się i przywarł szorstkim i nieogolonym policzkiem do jej twarzy.
Poczuła, jak drży; odetchnął głęboko, by zapanować nad płaczem.
– Wszystko dobrze, tato. Powiedzieli, że wszystko dobrze.
– Przeraziłaś mnie śmiertelnie, Sloan. Daj mi chwilę.
Czekając, spojrzała ponad ojcowskim ramieniem na siostrę. Miała twarz wilgotną od łez, a jej olśniewające zwykle kasztanowe włosy były pozbawione blasku i zebrane w niechlujny warkocz. Otarła oczy niebieskie jak u matki. Wzięła Sloan za rękę i uśmiechnęła się.
– O rany – westchnęła.
– Nic dodać, nic ująć.
Dean Cooper uniósł głowę, potem ujął twarz Sloan w dłonie, szorstkie jak zarost na twarzy.
– Spróbuj więcej tego nie robić.
– Dobrze, tato.
Jak to mieli w zwyczaju, ucałował jej czoło, policzki, usta.
– Wiem, że jesteś zmęczona i że najbardziej potrzebujesz odpoczynku. Ale pamiętaj, że tu jesteśmy.
– Wiem. – Starała się usilnie przegnać chmury spowijające jej umysł. – Kto pilnuje interesu?
– Zajęliśmy się tym. Nie martw się.
– Mnóstwo ludzi w Heron’s Rest ci kibicowało – dodała Drea. – Wielu się zgłosiło, żeby pomagać.
– A Joel? – wtrącił ojciec. – To nasz bohater. Oboje jesteście naszymi bohaterami.
Poczuła, że odpływa, i walczyła, by zachować przytomność.
– Dorwali go? Facet po trzydziestce, śniady i brązowe… Dorwali go?
W tym momencie straciła świadomość i nie usłyszała odpowiedzi.
*
Kiedy ból znowu ją obudził, siedział przy niej Joel, czytając To Stephena Kinga. Zawsze miał ten podniszczony egzemplarz w swojej torbie.
Sloan przypomniała sobie, jak go pytała, dlaczego nie rozstaje się akurat z tą konkretną książką. Powiedział, że gdy jest daleko od domu, przypomina mu, że z czymkolwiek przyjdzie im się zmierzyć, nic nie będzie tak straszne jak Pennywise. By przekonać się o słuszności tej teorii, też przeczytała tę powieść, i mogła się jedynie zgodzić.
– Niewiele tym razem brakowało – wymamrotała.
Podniósł wzrok i odłożył książkę.
– Cześć.
– Dorwaliśmy go?
– Wezwij kogoś. Boli cię.
Pokręciła głową i zdziwiła się, że ten odruch wywołuje jeszcze więcej bólu.
– Chcę być przytomna. Ten facet…
– Usłyszałem strzały. Dwa. Wybiegł, wywalił do mnie. Chybił. Odpowiedziałem ogniem i trafiłem go w ramię. Zapamiętałem numer rejestracyjny, markę i model gruchota, do którego wskoczył, ale nie mogłem go ścigać. Leżałaś na podłodze w kałuży krwi.
– Coś mi się wydało podejrzane… sprzedawca był przerażony. Trzymałam dłoń na broni, ale tamten odwrócił się błyskawicznie i strzelił. Dwukrotnie?
– Tak.
– Nie zdążyłam nawet wyciągnąć spluwy.
– Owszem, wyciągnęłaś, siostrzyczko. Miałaś ją w dłoni, kiedy do ciebie dotarłem. Wezwałem pomoc i przekazałem numer rejestracyjny, rodzaj pojazdu i opis podejrzanego. Złapali go, zanim znalazłaś się w karetce. Wciśnij guzik, a opowiem ci resztę.
Zrobiła to, a ból nieco zelżał.
– Okej, świadkowie zauważyli samochód, jechał zygzakiem, nic dziwnego, skoro trafiłem kierowcę tuż pod pachą. Stracił kontrolę nad tym swoim gruchotem, uderzył bokiem w drzewo. Grat nie wytrzymał. I ten tępy gnojek zaczął strzelać. Zginął na miejscu.
– Ktoś jeszcze oberwał?
– Nie.
– A ten cywil, sprzedawca…
– Cały i zdrowy. Był tak roztrzęsiony, że chyba zlał się w gacie. Ale chwycił podkoszulek z wieszaka, żebym mógł zatamować ci krew.
– Tamten strzelił dwa razy. Nie pamiętam dokładnie, ale… – Zdezorientowana uniosła dłoń do prawej strony czoła i wyczuła bandaż.
– Tak, tylko draśnięcie. Masz tam z dziesięć szwów.
Postrzał w głowę, pomyślała. Jak użądlenia tysiąca wściekłych os.
– Mogło być gorzej.
– Mogło.
– Mama, tata, Drea… Byli tu, prawda?
– Tak.
– Pamiętam to jak przez mgłę.
– Może się tak zdarzać przez jakiś czas. Nie martw się tym. Byli tu przy tobie. Namawiałem ich, żeby pojechali do domu, bo mieli tylko to, co na sobie. Wrócą rano.
– Kiedy będę mogła stąd wyjść? Nie powinnam porozmawiać z lekarzem?
– Rozmawiałaś z nim.
– Kiedy?
– Dziś po południu. Odpływałaś co chwila. Przeprowadzili mnóstwo badań, okazało się, że twój stan się poprawia. Pewnie pozwolą ci jutro wstać i trochę pochodzić.
– Kiedy mnie stąd wypuszczą? – Miała ochotę wyć i z trudem się powstrzymywała. – Cuchnie tu chorymi ludźmi.
Ponieważ powiedziała dokładnie to samo ostatnim razem, kiedy oprzytomniała, uśmiechnął się tylko.
– Jesteś chora, siostrzyczko. Muszą sprawdzać, czy nie ma infekcji albo jakiegoś innego świństwa. No i muszą podnieść cię z tego łóżka i postawić na nogi. Posłuchaj, kula otarła się o… daj mi chwilę. – Zamknął oczy. – Rękojeść mostka. Tak, właśnie, i żebro. Usunęli fragmenty kości. Masz strzaskane żebro i dziurę w klatce piersiowej. Nie wspominając o ranie na twojej twardej głowie. Usiądź wygodnie i zrelaksuj się. To potrwa jeszcze kilka dni.
– Naprawdę chcę porozmawiać z doktorem. Możesz go zawołać?
– Sloan, jest druga w nocy. Daj mu odetchnąć.
– Druga? W nocy? Co ty tu robisz, u diabła? Idź do domu. – Poruszona zdołała dźwignąć się odrobinę, potem znów osunęła się na poduszkę. – Sari jest w ciąży. Jest w ciąży, prawda? Nie przyśniło mi się?
– Jest w ciąży, bez dwóch zdań, ciociu Sloan. Zajrzała do ciebie wczoraj. Wszyscy z wydziału dochodzeniowego przyszli. I każdy oddał krew. Straciłaś jej mnóstwo. – By zapanować nad drżeniem dłoni, potarł się nimi po udach. – Wszyscy już tu byli. Miałaś dziadków, jednych i drugich, wuja, kuzynów, kapitana Hamma, i cały wydział.
– Nic z tego nie pamiętam. Wszystko się cholernie miesza i jest niewyraźne. Prócz tego, że… umarłam na stole. Na stole operacyjnym.
– Przywrócili cię do życia.
– Tak. Trzy razy musieli mnie defibrylować. Unosiłam się. – Ale jeśli wszystko inne wydawało się rozmazane, to jedno pozostawało wyraźne niczym wypolerowane szkło. – Obserwowałam ich. – Mówiła wolno, przypominając sobie każdy szczegół. – Widziałam cię, krążyłeś po korytarzu z krwią na koszuli. Z moją krwią. Po jakimś korytarzu, rozmawiałeś przez telefon. Popłakiwałeś. Powiedziałeś, że przyjeżdża moja rodzina i że zadzwonisz, kiedy operacja się skończy. Leżałam na chirurgii, a ty miałeś zadzwonić, kiedy mnie stamtąd zabiorą.
Potarł jej dłoń.
– Nabierasz mnie?
– To jest takie wyraźne, Joel. Jakim cudem jest takie, a wszystko inne nie? Chciałam odpuścić. Czułam się taka lekka, byłoby łatwo dać sobie spokój. Ale ty płakałeś i przypomniałam sobie, jak mi mówiłeś, żebym walczyła. Nie poddawała się, tylko walczyła. Więc tak zrobiłam.
Wstał i podszedł do okna. Odchylił nieznacznie zasłony i wlepił wzrok w ciemność.
– Rozmawiałem z Sari. Była przerażona, płakała, chciała tu przyjechać. Kocha cię.
– Wiem. Ja też ją kocham.
Po chwili znów usiadł obok niej.
– Doznałaś cudu, siostrzyczko.
– Nie czuję się tak. Wystaje ze mnie jakaś rurka.
– Sączek. Tak powiedzieli. Wyjmą go z ciebie niedługo.
– Podłączyli mnie do tego wszystkiego… do tej maszynerii.
– Kroplówka z płynami, cewnik na mocz.
– Nie do przyjęcia – oceniła. – Poza tym cholernie mnie boli. Wszędzie. Dlaczego się uśmiechasz?
– Poprawia ci się. Zrzędzisz.
– Super. Pomóż mi stąd zwiać. No dalej, zabierz mnie stąd. Umieram z głodu.
Wyprostował się.
– Chce ci się jeść?
– Jakby tak było, to poprosiłabym o paczkę chipsów. Powiedziałam, że umieram z głodu.
– Coś ci przyniosę.
Kiedy wyszedł pospiesznie, poddała się i znów nacisnęła guzik.
Odpłynęła, ale tuż pod powierzchnię. Oprzytomniała ponownie, gdy pojawił się Joel z małą plastikową miseczką i łyżką.
– Powiedzieli, żebyś zaczęła od tego.
– Co to jest?
– Rosół wołowy.
– Nie brzmi zachęcająco. – Kobiecie, która zaledwie kilka dni wcześniej wyciskała na ławce sztangę o wadze siedemdziesięciu pięciu kilogramów, jedna łyżka rosołu jawiła się jak pięciokilowy ciężar. – Paskudztwo – oznajmiła i zjadła jeszcze trochę. Zdołała przełknąć cztery małe łyki, nim całkiem opadła z sił. – Przepraszam, więcej nie dam rady.
Czuła, że znów zanurza się pod powierzchnię.
– Jedź do domu, Joel – poprosiła.
Ale on odstawił tylko miseczkę, potem przesunął kostkami dłoni po jej policzku i znowu usiadł. Wziął do ręki książkę, rozprostował nogi i zaczął czytać.
*
Gdy się obudziła, przez odsłonięte okno wpadało światło słoneczne. Obok siedziała jej siostra, rozwiązując krzyżówkę na tablecie. Luźne błyszczące włosy spływały jej na ramiona.
– O kurczę.
Drea podniosła wzrok i uśmiechnęła się promiennie.
– Ciebie też dobrze widzieć.
– Na jak długo odpłynęłam tym razem?
– Jest po dziewiątej w ten słoneczny listopadowy poranek. Wykopałam Joela, co nie było łatwe. Mama i tata zjawią się po południu. Chcesz śniadanie?
– Może. Ale chcę przede wszystkim stąd wyjść, Drea.
– A kto by nie chciał? O ile wiem, podejmujesz już pierwsze kroki w tym celu, i to dosłownie, dzisiaj. Dowiem się, co z jedzeniem dla ciebie.
Kiedy jej siostra wyszła, Sloan zdołała odszukać pilota i podniosła o kilka centymetrów wezgłowie łóżka. Potem po raz pierwszy rozejrzała się wokół.
Wszędzie kwiaty - za które była wdzięczna. Cieszyłaby się jeszcze bardziej, gdyby znalazła się razem z nimi w swoim mieszkaniu, ale i tak było jej przyjemnie.
Pokój miał beżowe ściany, jak to w szpitalu, zauważyła też mnóstwo urządzeń, dwa krzesła, drzwi, zapewne od łazienki. Przez okno widziała kilka budynków, drzewa, parking.
Po raz pierwszy uświadomiła sobie, że nie wie, gdzie się znajduje.
– Gdzie, u diabła, jestem? – spytała, gdy Drea wróciła do pokoju.
– W Hagerstown. To był najbliższy szpital, a personel spisał się wspaniale. Angie przyniesie ci śniadanie, no i mam dla ciebie wiadomość! Zjawi się lekarz, żeby wyjąć ci cewnik. I pospacerujesz.
– Na zewnątrz?
– Nie. – Drea ciągnęła profesjonalnie pogodnym tonem, jakim zwracała się do klientów: – Możemy zaproponować różnorodne zajęcia w pomieszczeniach zamkniętych z myślą o pani dobrym samopoczuciu.
– Pocałuj mnie gdzieś.
Nie zwracając na te słowa uwagi, Drea kontynuowała:
– Fizjoterapia! Rany! Badanie krwi, badanie moczu. Co za frajda! I mamy też mnóstwo krzyżówek, wyłącznie dla ciebie.
– To ty jesteś od nich uzależniona.
Drea na swój uczynny sposób podniosła delikatnie Sloan, potem wygładziła i poklepała poduszkę.
– Zapewniają mnie, że to świetne ćwiczenie dla twojego umysłu. No i jest też mój zapasowy tablet. Możesz oglądać filmy, telewizję, co tylko chcesz.
W rozbudzoną przed chwilą nadzieję wdarła się rzeczywistość i towarzyszące jej przerażenie.
– Jezu, Drea, jak długo będę tu tkwiła?
– Jeszcze kilka dni, ale spytaj doktora. Jest uroczy, tak na marginesie.
– Chcesz się dobrać do mojego lekarza?
– Dobrałabym się, ale nosi obrączkę.
Odwróciła się, kiedy do pokoju weszła Angie z tacą.
– Jak się dziś czujesz?
– Lepiej. Jakby nadeszła pora, by wrócić do domu.
– Sprawdźmy, jak pójdzie ci śniadanie.
– Tylko nie rosół wołowy.
– Nie. Jajecznica, mus jabłkowy, jogurt.
– Kawa?
– Chwilowo smoothie. Spytamy o kawę doktora. Robi właśnie obchód, więc niedługo tu będzie.
– Mówiłaś o tym wcześniej, jak mi się wydaje, Joel też powiedział, że z nim rozmawiałam, to znaczy z doktorem. Nie pamiętam tego.
– Bierzesz silne środki. Jak już porozmawiasz z lekarzem, podniesiemy cię. Powinnaś sobie pospacerować kilka razy dziennie. Później przyjdzie terapeuta i pokaże ci parę ćwiczeń oddechowych.
– Mogę wziąć prysznic?
– Wkrótce. Nie damy ci odpocząć do końca pobytu. Potraktuj to jako motywację. Szybciej stąd wyjdziesz. Jedzenie pomaga.
Poklepała Sloan po dłoni i wyszła.
Sloan zdołała przełknąć trochę jajecznicy, potem oparła się o poduszkę.
– Wydaje mi się, że umieram z głodu, więc zaczynam jeść. To wyczerpujące. Nic nie smakuje jak trzeba.
– Spróbuj smoothie – poradziła Drea, przysuwając słomkę do ust siostry.
Sloan skosztowała i pokręciła głową.
– Chce mi się cholernej kawy, chcę, żeby mi to wyjęli i żebym mogła wysikać się jak normalny człowiek. Chcę, kurwa, opuścić to miejsce i chcę… – urwała, przycisnęła dłonie do twarzy i, zażenowana, poczuła w oczach łzy. – Jezu Chryste, co ja wygaduję! Zachowuję się jak rozwydrzona dziesięciolatka. Żyję, choć mogłam, może powinnam, być martwa, tymczasem tylko narzekam. Przepraszam, przepraszam, czuję się po prostu zrzędliwie.
– Hej, jakiś sukinsyn postrzelił moją siostrę. Ja też czuję się cholernie zrzędliwie.
Oddychając już spokojniej, Sloan opuściła dłonie.
– Ja jestem super zrzędą. Możesz mi w tym co najwyżej asystować.
– Kapuję. Twoja asystentka mówi, żebyś spróbowała zjeść trochę więcej.
– Okej.
Skosztowała odrobiny jajek, łyknęła jogurtu.
– Przepraszam, kochana, więcej nie dam rady.
Skinąwszy głową, Drea zabrała tacę.
– Cholera, Matias wie?
Odwrócona plecami do siostry Drea układała kwiaty.
– Przyszedł cię odwiedzić dzień po twojej operacji.
– Gdzie jest mój telefon? Powinnam do niego zadzwonić albo przynajmniej wysłać esemesa.
Drea obróciła się na pięcie, oczy jej płonęły.
– Wpuścili go do ciebie. Tata i mama na to nalegali. Został jakieś trzy minuty, albo i mniej. Od tamtej pory się nie pokazał.
– Och. – Sloan starała się to przetrawić. – W porządku.
– Naprawdę? W porządku?
– Nie, oczywiście, że nie. W najmniejszym stopniu. Poradzę sobie z tym.
– Jeśli nie kopniesz tego samolubnego gnoja w tyłek, to przysięgam, zaczekam, aż odzyskasz sprawność… nie, jesteś ode mnie silniejsza i wredniejsza. Zaczekam, aż staniesz na nogi i sama skopię ci tyłek.
W obliczu siostrzanej furii Sloan straciła trochę ze swej wredności.
– Nawet wtedy nie dałabyś mi rady. Nie będę musiała go rzucać, Drea. Sam odszedł. I albo jestem zbyt zmęczona, by się przejmować, albo się po prostu nie przejmuję. Będziesz tak dobra i zabierzesz stąd to jedzenie? Nawet zapach jest paskudny.
– Jasne.
Kiedy Drea sięgnęła po tacę, Sloan ujęła jej dłoń.
– Kocham cię, nawet jeśli uważasz się za tę ładniejszą.
– Ja też cię kocham. Wierz mi, w tej chwili jestem niezaprzeczalnie tą ładniejszą.
– Aż tak źle?
– Unikaj luster przez kilka następnych dni. Zaraz wrócę.
Kiedy Drea wyszła, Sloan zerknęła w stronę łazienki. Teraz musiała za wszelką cenę spojrzeć w lustro, ale nie wiedziała, jak ma to zrobić.
Gdy się nad tym zastanawiała, do pokoju wpadł doktor Vincenti.
Drea miała rację. Był uroczy.
Vincenti odznaczał się swobodnym sposobem bycia i urokiem osobistym. Starała się nie myśleć o tym, jak jego urocze – niewątpliwie sprawne – dłonie zagłębiały się w jej klatce piersiowej.
Sprawdził jej kartę, potem obejrzał rany.
Miał czarne włosy, zaczesane perfekcyjnie do tyłu, intensywnie piwne oczy o ciężkich powiekach, twarz opaloną na złoty brąz i głos, który wydał jej się miękki i jednocześnie liryczny.
– Dziękuję za ocalenie życia.
– To zasługa twojego partnera. Wykorzystał w pełni pięć złotych minut, tamował krew, mówił do ciebie, żebyś nie odpłynęła.
– Musiał mnie pan reanimować.
– Zgadza się i oto jesteś tutaj. Wszystko się dobrze goi. Wyjmę cewnik, a Angie wybierze się z tobą na krótki spacer. Nie możesz jeszcze wstawać z łóżka o własnych siłach. – Wskazał na nią. – Widzę w twoich oczach to, co powiedzieli mi twoi bliscy. Więc będę szczery. Jakikolwiek upadek wstrzyma proces leczenia i spowoduje komplikacje. Wykaż się rozsądkiem i dzwoń po pielęgniarkę, jeśli zechcesz wstać albo uznasz, że musisz.
– Kiedy będę mogła wrócić do domu?
Uśmiech tylko dodał mu uroku.
– Nikt nie chce zostać w naszym wspaniałym ośrodku. To rani moje uczucia.
– Może dlatego, że jest tu pełno chorych ludzi?
– A my staramy się, by wydobrzeli i mogli stąd wyjść. Sprawdzimy za dwadzieścia cztery godziny, na czym stoimy. Doznałaś poważnego urazu i przeszłaś poważną operację.
Też starała się uśmiechnąć.
– Ale jest pan niezwykle sprawnym chirurgiem, a ja jestem młoda, silna i zdrowa.
– Owszem, jestem sprawny, a ty jesteś młoda, silna i zdrowa. Ale nie odzyskasz pełnej sprawności w ciągu kilku dni. Uda ci się to za sprawą czasu, wysiłku, cierpliwości i uporu.
– Mam wrażenie, że przykucie do łóżka męczy mnie i jeszcze bardziej osłabia.
– Podniesiesz się dzisiaj i trochę poruszasz. Kilka razy. Zaczniesz fizjoterapię, zmniejszymy też dawki leków przeciwbólowych. Półpłynne posiłki przez dzień czy dwa, a potem zobaczymy.
Osobiście zmienił jej opatrunek, a kiedy przystąpił do wyjmowania cewnika, wpatrywała się uparcie w sufit.
Uśmiechnął się na dźwięk odgłosu, który wyrwał jej się z ust.
– Ulga, prawda?
– Ogromna. Musiałam… musiałam iść do toalety. Kupić Dr. Peppera dla Joela, a on miał zatankować samochód. Dlatego weszłam do tamtego minimarketu. Teraz sobie przypominam.
– Możesz mieć chwilowe luki w pamięci. Nie należy się tym przejmować.
Uniosła dłoń do czoła.
– Mogło być gorzej.
Tym razem się nie uśmiechnął.
– I często tak bywa. Zajrzę do ciebie później.
– Podniesiemy cię powoli – oznajmiła Angie. – Poczujesz lekkie zawroty głowy i poczekasz, aż miną. Twoja koszula rozchyla się z przodu, więc tyłek masz zakryty.
– Dobrze wiedzieć.
Nie wyobrażała sobie, że aby stanąć w pozycji wyprostowanej, będzie potrzebowała aż tyle czasu, i miała wrażenie, że jej stopy oderwane są od nóg przypominających rozgotowane spaghetti.
Zdołała jednak dotrzeć do drzwi, ciągnąc za sobą stojak z kroplówką, potem zrobiła kilka kroków na korytarzu, gdzie już czekała Drea z wózkiem inwalidzkim.
– Wsparcie.
Zrzędliwość znowu się odezwała.
– Nie chcę tego. Nie potrzebuję.
Ostatecznie jednak potrzebowała i mogła tylko tłumić gniew, który w niej wzbierał.
– Jesteś sfrustrowana, ale niepotrzebnie – zauważyła Angie. – Chodziłaś przez ponad dwie minuty. Po południu znowu się przejdziesz. I wieczorem.
– Może jesteś super zrzędą – oznajmiła Drea, pchając wózek. – Ale nie poddajesz się łatwo.
Święte słowa. Tak więc przez następne trzy niekończące się dni chodziła. Przez dwie minuty, przez trzy, potem przez pięć, i to nieprzerwanie. Wykonywała zalecone ćwiczenia oddechowe co godzina w ciągu dnia i w nocy, ilekroć się budziła.
Nie wspominała nikomu o koszmarach, które wyrywały ją ze snu. Były jej osobistą sprawą, ona zaś żywiła przekonanie, że z czasem przeminą. Przeżywanie na nowo chwili, kiedy napastnik odwrócił się i strzelił do niej, uważała za rzecz normalną.
Była pewna, że to przetrwa. Miała określony cel – wyjść ze szpitala.
Gdy ten dzień wreszcie nadszedł, wywołał najpierw radość, potem szok i lekki gniew.
Siedziała na jednym z krzeseł – ulga i postęp. Vincenti siedział na drugim.
– Powrót do zdrowia przebiega prawidłowo. Gorzej z apetytem.
– Z powodu szpitalnego jedzenia?
– Myślisz, że nie wiem, co ci przynoszono? Rosół drobiowy twojej babki, bardzo smaczny, nawiasem mówiąc, cheeseburgera i frytki z McDonalda, szarpaną wieprzowinę i pieczone ziemniaki, które przyrządziła twoja matka. Przesłała przepis mojej żonie, i to na moją prośbę. Beznadziejny ze mnie kucharz.
– Nic panu nie umknie, doktorze.
– Także to, że ledwie to tknęłaś. Straciłaś na wadze ponad pięć kilo od chwili przyjęcia do szpitala. Nic nadzwyczajnego, ale należy to skorygować.
– Popracuję nad tym.
– Kiedy zjawisz się za dwa tygodnie na badaniach kontrolnych, chciałbym zanotować przyrost wagi o co najmniej półtora kilograma.
– Za dwa tygodnie? Ale…
– Badania kontrolne – przerwał jej. – Wychodzisz rano. – Podniósł dłoń. – Ale pod określonymi warunkami.
– Spełnię je.
– Nie możesz przebywać teraz sama. Ocenimy to za dwa tygodnie. Twoje mieszkanie jest na drugim piętrze, w budynku bez windy. Na razie się nie nadaje. Twoi rodzice zapewnili mnie, że możesz się u nich zatrzymać, dopóki nie wyzdrowiejesz.
– Mieszkam w Stevensville, a moja rodzina w Heron’s Rest. To prawie cztery godziny jazdy samochodem.
– Pozostajesz na zwolnieniu lekarskim, Sloan. Potrzebujesz kolejnych trzydziestu dni. I nie wolno ci prowadzić samochodu, dopóki znów się ze mną nie zobaczysz. Ważne są ćwiczenia oddechowe. Kontynuuj je. Kontynuuj chodzenie. Żadnych wyczerpujących zajęć, żadnego podnoszenia ciężarów ponad dwa i pół kilograma. Angie pokaże ci jeszcze raz, jak zmieniać opatrunki, będziesz też sprawdzać regularnie, czy na twojej klatce piersiowej nie pojawiło się zaczerwienienie albo opuchlizna. Przy najmniejszym objawie, Sloan, masz się ze mną natychmiast skontaktować. – Dostrzegając wyraz jej twarzy, rozsiadł się wygodnie. – Takie są warunki i musisz ich dotrzymać.
– Świetnie.
Tylko dwa tygodnie, pomyślała. I nie tutaj. Dwa tygodnie z rodziną, w rodzinnym domu. Jak mogłaby narzekać?
– A teraz poważna sugestia. Miewasz koszmary senne.
Już otworzyła usta, by zaprzeczyć, ale zawsze ceniła prawdomówność, więc tylko wzruszyła ramionami.
– To nic niezwykłego. Czytałam o tym.
– Jeśli tak, to dowiedziałaś się pewnie, że trzeba powiedzieć o tym swojemu lekarzowi, czego nie zrobiłaś. Machnijmy na to ręką. Dowiedziałaś się też bez wątpienia, że są dostępne terapie.
– Nie potrzebuję psychiatry.
Wpatrywał się w nią swoimi nieskończenie cierpliwymi oczami.
– Tak mówi na ogół każdy, komu przydałaby się jakaś terapia. Postrzelono cię i byłaś przez dwie minuty w stanie śmierci klinicznej. Doznałaś fizycznej, emocjonalnej i mentalnej traumy. Odnoszę wrażenie, że choć jesteś dostatecznie uparta, by odrzucać wszelką pomoc, to jednocześnie jesteś dostatecznie inteligentna, by wiedzieć, że jej potrzebujesz. Więc pomyśl o tym.
– W porządku, pomyślę. Chcę wrócić do dawnego życia. Chcę wrócić do pracy. Nie umarłam, więc chcę żyć.
– Słuszna postawa. Spełnij warunki, rozważ moją sugestię. Żyj. Odwalam dobrą robotę, więc jej nie schrzań.
Przekonywała samą siebie, że nie jest to ostatecznie takie złe, gdy zjawił się kapitan – jej szef – i wszystko popsuł.
Kiedy wyszedł, siedziała zamyślona, dopóki nie zjawił się Joel. Od razu popatrzył na nią ze współczuciem.
– Kapitan postawił sprawę jasno?
– Nie tylko miesiąc zwolnienia lekarskiego. Kolejne dwa przy biurku. Potem ma mnie zbadać lekarz i psychiatra w naszym wydziale. Kurwa, Joel.
– Przykro mi, siostrzyczko, ale nie mogę się z tym wszystkim nie zgodzić. To, że stąd wychodzisz, to po prostu kolejny krok. Potem musisz zrobić następny, i jeszcze następny.
– Nie mogę nawet wrócić do siebie. Jak byś się czuł, gdybyś musiał zamieszkać w swojej dziecięcej sypialni?
– Dopóki Sari byłaby ze mną, nie miałbym nic przeciwko temu. Moja mama jest cholernie dobrą kucharką. À propos, przysłała ci kurczaka i kluseczki. Osłodzą ci wszystko.
Ludzie się przejmowali, przypomniała sobie. To pomagało.
Dąsy, narzekanie, użalanie się nad sobą – wręcz przeciwnie.
– Jestem wdzięczna.
– Słuchaj, siostrzyczko, musisz się lepiej odżywiać. Wiesz o tym.
– Wiem, słowo daję. Ale… wiedzieć o czymś i robić to… nie zawsze idzie w parze. Dopada mnie głód, a kiedy tylko zaczynam jeść, natychmiast mi się odechciewa. Może byłoby inaczej, gdybym znowu mogła się ruszać. Tak na całego. Muszę czymś zająć myśli. Potrzebuję pracy, a rozwiązuję krzyżówki i oglądam Netflixa.
– Można tam zobaczyć niezłe rzeczy.
Przesunęła dłonią po włosach, próbując nie pamiętać, że nie umyłaby ich bez pomocy.
– Jestem sobą zmęczona, Joel, nie ma co ukrywać. Zmęczona tkwieniem we własnej głowie. Zmęczona tym, że nie potrafię chodzić przez dziesięć minut, nie mając wrażenia, że przebiegłam trzy kilometry. Zmęczona nakłuwaniem i opukiwaniem. Jestem cholernie poirytowana sama sobą.
– Dobrze, że jestem bardziej tolerancyjny. – Usiadł, potem wyjął zdjęcie z kieszeni. – Chcesz zobaczyć moją córeczkę?
– Co? Jezu, dawaj! – Wyrwała mu z dłoni zdjęcie z USG, popatrzyła na nie, po czym je obróciła. – Gdzie ona jest?
– Też musieli mi pokazać, ale teraz się orientuję.
Nachylił się i przesunął palcem po zarysie.
– Okej, jeszcze raz. – Potem skinęła głową, uśmiechając się szeroko. Nie udawała radości. – Widzę ją! Rany. Jest piękna. – Zwróciła mu zdjęcie. – Kupię jej żółtego pluszaka. Będę wiedziała jakiego, kiedy go zobaczę. Dzięki, że podzieliłeś się ze mną jakimś szczęściem.
– Tym najlepiej się dzielić.
– Już ktoś to zrobił. Matias przysłał mi wiadomość z informacją o naszym rozstaniu.
– Skurwiel.
– Nie, raczej słaby tchórz. Nie, czekaj. Słaby, tchórzliwy skurwiel. Dał mi zasadniczo do zrozumienia, że nie może sobie z tym poradzić. Widząc mnie w takim stanie w szpitalu, uświadomił sobie, że nie było nam pisane. Potem poprosił, żebym odesłała mu jego rzeczy, które u mnie zostały. I że wysyła moje na adres rodziców, bo nie wie, kiedy wrócę. Na koniec życzył mi wszystkiego najlepszego.
– Gdzie tu szczęście?
– Zamierzałam się z nim spotkać, jak już stąd wyjdę, powiedzieć mu, że z nami koniec, bo okazał się samolubnym dupkiem, skoro spędził ze mną w szpitalu niespełna dwie minuty, kiedy byłam ranna. Oszczędził mi kłopotu.
– Daj mi tę listę jego rzeczy, siostrzyczko.
– Poradzę sobie, Joel.
– Nie. Daj mi listę rzeczy tego dupka, a ja mu je dostarczę. Pojadę do twojego mieszkania z twoją siostrą czy kimś, kto będzie wiedział, co trzeba ci spakować na tych kilka tygodni w Heron’s Rest.
– Mogę to sama załatwić. Nikt nie musi…
– Nie możesz prowadzić, zgadza się?
Znowu poirytowana na samą siebie, westchnęła z wysiłkiem.
– Nie.
– Więc po co ktoś ma cię tam wieźć, poświęcać czas, żebyś zabrała potrzebne rzeczy, i marnować choćby pięć minut na tego palanta, skoro możesz wyjść stąd i pojechać do rodziny? Czasem trzeba pozwolić, by ludzie się tobą zajęli.
– Wszyscy się zajmują i klnę się na Boga, że to doceniam.
– Będziesz musiała to doceniać jeszcze przez jakiś czas. Daj mi tę listę.
– Nie ma tego tak dużo. Trochę ubrań w garderobie w sypialni i w lewej górnej szufladzie komody. W lodówce kwarta mleka owsianego i trochę tofu. Mleko już pewnie zdążyło skwaśnieć. Nie zastanawiałam się nad tym wcześniej.
– Więc je wywalę. Co jeszcze?
Kiedy przebiegała wzrokiem listę, uświadomiła sobie, jak starannie i całkowicie oddzielał swoje rzeczy – cokolwiek to było – od jej. Dlaczego nie zauważyła tego wcześniej?
Teraz to już bez znaczenia, zdecydowała. Rozdział zamknięty.
– A co z rzeczami, których potrzebujesz? Mogę je przekazać twoim rodzicom.
– To dłuższa lista.
– Nigdzie mi się nie spieszy.
Kiedy się z tym uporała, odprowadziła Joela do windy, potem zrobiła obchód piętra. Może i poruszała się wolno, ale była dumna, że to robi, i to bez szczególnego bólu.
Dyskomfort, zmęczenie – mogła sobie z tym poradzić. I postanowiła, że sobie poradzi. No i kolejna obietnica.
Koniec z narzekaniem.
*
Dręczona przez koszmary, spała kiepsko ostatniej nocy w szpitalu.
Szła od dystrybutorów do minimarketu, wiatr hulał i zawodził. Liście zerwane z drzew pędziły i szorowały po ziemi. Światła sklepu jarzyły się, niemal piekąc ją w oczy. Nie widziała przez witrynę nic prócz tej bezlitosnej iluminacji.
Otworzyła drzwi, zawiasy zaskrzypiały przeraźliwie, a powietrze wewnątrz zgęstniało i zrobiło się gorące.
Kiedy tylko zobaczyła w tym twardym i okrutnym świetle mężczyznę stojącego do niej plecami, zaczęło jej walić serce, przyprawiając o ból w klatce piersiowej. Oddech, płytki i słaby, dobywał się ze świstem z jej krtani, gdy kładła dłoń na kolbie broni.
Jej umysł krzyczał: Uciekaj!
On się jednak obrócił. Nie miał twarzy, tylko maskę z trupią czaszką wewnątrz czarnego kaptura. Wziął zamach i uderzył ją trzymaną w rękach kosą w pierś. Usiadła gwałtownie na łóżku, dysząc spazmatycznie.
Przycisnęła dłonie do galopującego serca i poczuła krew przeciekającą przez palce.
Gdy jednak spuściła wzrok, ogarnięta paniką, okazało się, że ma suche ręce. Drżące, ale suche.
Starając się zapanować nad oddechem, położyła się. Przez chwilę widziała siebie unoszącą się w górze, jak wtedy, kiedy przestało bić jej serce.
W głowie rozbrzmiewał jej własny głos.
Czasem umieranie jest łatwiejsze niż życie.
Może, pomyślała. Może. Postanowiła, że będzie żyć. Koszmary przeminą, a ona będzie żyć.
*
Rodzina zjawiła się w południe, a grupie przewodził ojciec.
– Jesteś wypisana, twoje rzeczy są w samochodzie. Gotowa opuścić tę spelunę?
– Bardziej niż gotowa.
Jej siostra podjechała wózkiem.
– Mogę iść. Chcą, żebym chodziła.
– Tak trzeba. Regulamin szpitala.
Koniec z narzekaniem, przypomniała sobie. I usadowiła się na wózku.
Zatrzymali się przy pokoju pielęgniarek, żeby się pożegnać i podziękować.
– Przebyłaś długą drogę w krótkim czasie – oznajmiła Angie. – Cecha charakterystyczna dobrego pacjenta.
Sloan parsknęła śmiechem.
– Dobry pacjent? Ja?
– Tak, właściwie bardzo dobry. Słuchałaś poleceń, nawet kiedy nie miałaś na to ochoty. Tylko tak dalej.
– Dopilnujemy tego – zapewniła matka. – Nigdy nie zdołamy wam się odwdzięczyć za tak wspaniałą opiekę nad naszą dziewczyną.
– To nasza praca. Masz bardzo miłą rodzinę, Sloan. Pomoże ci wrócić do formy.
Drea wprowadziła wózek do windy. Tym razem jednak nie chodziło o kolejne prześwietlenie czy badanie, tylko powrót do domu.
Na zewnątrz Sloan wciągnęła w płuca chłodne powietrze, które przypominało perfumy.
– Ani śladu szpitalnej woni! Tylko powietrze, zimne jesienne powietrze.
Stając na własnych nogach, odstawiła w głowie pełen szczęścia taniec. Drea odprowadziła wózek, podczas gdy ojciec poszedł po samochód. Matka obejmowała ją ramieniem.
– Dam radę iść – zapewniła Sloan.
– Jest zimno, dziecinko. Pofolguj nam trochę tego pierwszego dnia. Wiem, że będziesz upierać się przy swoim, a ja obiecuję, że nie pozwolimy ci się obijać. Ale my też czekaliśmy wszyscy na tę chwilę. Wracasz do domu.
– Jeśli obiecam, że nie będę robiła niczego ponad siły, to czy ty obiecasz, że nie będziecie zaniedbywać swoich obowiązków, martwić się i skakać nade mną?
– Nie ma na świecie rodzica, który obiecałby, że nie będzie się martwił, i dotrzymał słowa. Ale naprawdę się postaramy i nie będziemy nad tobą skakać.
– Zgoda.
Kiedy pojawiła się Drea, podjechał samochód.
– Siadasz z przodu.
– Nie ma mowy. Nie naruszymy tradycji. Rodzice z przodu, dzieci z tyłu.
– Zgoda – oznajmiła matka, całując Sloan w policzek.
– Wszyscy zajęli swoje miejsca? – Dean zatarł ręce. – No to jazda.
Roześmiała się, rozbawiona przywołaniem kolejnej tradycji. Ojciec mówił tak za każdym razem, gdy wybierali się w podróż.
Ruszyli z włączonym radiem, przy dźwiękach ulubionego ojcowskiego klasycznego rocka.
– Jak interes z jesiennym wynajmem? – spytała na początek Sloan.
– Brak wolnych miejsc. – Matka spojrzała przez ramię. – Bensonowie przyjeżdżają we wtorek na tydzień z okazji Święta Dziękczynienia. Doczekali się w tym roku dwojga wnucząt, więc wynajęli dwa domki. Chcą pojeździć na nartach, ale kilkoro starszych dzieciaków ma zamiar wypróbować rakiety śnieżne. Też mają rezerwację.
Pamiętała Bensonów, ponieważ przyjeżdżali do Rest od czasów jej dzieciństwa. Wynajmowali którąś chatkę jesienią, a potem znowu latem. Najpierw narty i piesze wędrówki, a w sezonie wakacyjnym wypożyczanie łodzi.
Rodzinny interes, All the Rest – w trzecim pokoleniu, z udziałem Drei – polegał na utrzymywaniu i wynajmie domków letniskowych i łodzi – motorowych, żaglowych, kajaków, canoe, desek do pływania z wiosłem.
Organizowali spływy górskie, wynajmowali kwatery amatorom narciarstwa i snowboardingu, a także pieszych wycieczek z przewodnikiem.
Heron’s Rest, usadowione głęboko w górach i położone wokół jeziora Mirror, nie przyciągało turystów jak Deep Creek czy modne kurorty, ale cieszyło się powodzeniem u tych, którzy cenili sobie spokojniejszą, bardziej intymną atmosferę.
I oferowało wszystko, czego ludzie pragnęli podczas czterech pór roku. Wszystkich czterech, z ich indywidualnym pięknem i urokiem, pomyślała Sloan.
Nie mogła jeszcze przez jakiś czas wrócić do swojego mieszkania, mogła za to, i zamierzała, wybierać się na krótkie wędrówki po znajomych szlakach i długie spacery nad jeziorem. By odzyskać siły i sprawność.
Droga na północ i zachód też była znajoma. Ciągnąca się bez końca autostrada, która biegła długimi zakrętami przez góry, te zaś z każdym kolejnym kilometrem robiły coraz większe wrażenie.
Opuścili szpital o zimnym, ale suchym poranku, teraz jednak, im dłużej jechali, pojawiało się więcej śniegu na zboczach i polach. Pokrywał wierzchołki gór, spływał dolinami. Przywierał do sosnowych gałęzi; wszystko przypominało staromodną kartkę bożonarodzeniową.
Uwielbiała patrzeć na to wszystko, chłonąć atmosferę, czuć zapach, kiedy wędrowała po tych głębokich lasach. Ten urok stanowił jeden z powodów, dla których zdecydowała się na taki, a nie inny zawód.
Znała piękno natury – jej niebezpieczeństwa, jej kapryśność. I odczuwała jak zawsze silną potrzebę ochraniania jej i zachowania.
Zdrzemnęła się, potem ocknęła, poirytowana sobą. Jak dziecko, pomyślała, albo starsza dama, niezdolna zachować przytomność przez kilka godzin w samochodzie.
Żadnego narzekania, upomniała się. Dzięki drzemce podróż upłynęła szybciej.
Poza tym byli już blisko domu.
Samochód zjechał z autostrady, a droga wiła się i wspinała, biegła zakosami i opadała. Wokół dominowały gęste lasy skąpane w zieleni i bieli, oblodzone skały, głębokie morza śniegu, wzniesienia Alleghenów. Jakby nowoczesne trasy nigdy nie istniały.
Zerknęła na siostrę, która wpatrywała się w swój telefon.
– Jakiś problem?
– Hm? Nie, nic takiego. Dlaczego na tym kilometrowym odcinku nigdy nie ma zasięgu?
– Jestem pewna, że ktokolwiek jest po drugiej stronie, zaczeka trzy albo cztery minuty, dopóki nie wyjedziemy z tej dziury.
– Może zaczekać dłużej. – Drea ze zmarszczonym czołem wciąż wpatrywała się w telefon. – Wszystko w porządku. Nienawidzę po prostu, kiedy nie daję rady się połączyć. Wiem, że to trochę chore. Może lubię być trochę chora.
– A może powinnaś przykleić sobie komórkę do dłoni.
– Rozważałam to. Muszę być na bieżąco z pracą – tak jak ty.
– Mam nadzieję, że jeszcze pamiętam, jak się pracuje.
– Nie żartuj. – Drea położyła komórkę na udzie, ekranem do dołu. – Jakie buty nosi tata?
– Wysokie, za kostkę. Timberlandy, ciemnobrązowe. Łatwizna.
– Nie patrz w dół i powiedz, jakie buty ja noszę.
– Czarne, za kostkę, czarno-białe sznurowadła w kratkę. – Sloan zacisnęła powieki. – Marki UGG. Ładne, wyglądają na nowe.
– Są ładne i nowe. Nie pożyczę ci ich. Nawet o tym nie myśl.
Typowe, przyszło Sloan do głowy.
– Mogę sobie załatwić własne.
– Powinnaś. Są niesamowite. Widzisz, chłoniesz, zapamiętujesz. Chciałabym być w połowie tak bystra jak ty.
Boże, ależ była zmęczona. Niewiarygodnie zmęczona; zmagała się ze sobą, by zachować przytomność, świadomość.
– Kwestia spostrzegawczości.
– Nie, nie tylko – zastrzegła Drea.
Tak czy inaczej, Sloan zamierzała wykorzystywać tę szczególną umiejętność, wyostrzać ją. Wyostrzać umysł.
Powiązania. Ćwiczyła kiedyś jogę z instruktorem, który mówił (trochę za dużo) o połączeniu umysłu, ciała i ducha.
Postanowiła, że wykorzysta to teraz i popracuje nad tym triem.
Dostrzegła przelotnie jezioro, tylko błysk, gdy światło słoneczne dotknęło wody. Następny zakręt, potem jeszcze jeden, i oto się pojawiło, nieskończenie błękitne jak niebo, z odbijającymi się w jego powierzchni górami, ich pofałdowaniami i wierzchołkami, z brązem, bielą i sosnową zielenią jesieni.
Od razu poprawił jej się nastrój.
Obserwowała rodzinę łabędzi – mama, tata i sześć niemal dorosłych dzieci, płynących razem. Niebawem odlecą, a potem wrócą, przynajmniej rodzice, by znów połączyć się w parę i sunąć po jeziorze z pisklętami.
Pomyślała, że jeszcze kilka tygodni i jezioro zamarznie, jeśli pogoda się utrzyma; będzie można jeździć na łyżwach i łowić ryby w przerębli.
Zbocza gór poprzecinane były szlakami, narciarze, maleńcy w dali, śmigali po zboczach.
Dojrzała smugi dymu dobywające się z kominów chat wtulonych w brązy i zielenie i uroczych domków nad wodą.
I w blasku słońca błysk okien domu jej dzieciństwa nad jeziorem.
Zaskoczyło ją przepełnione sentymentem nagłe drgnienie serca. Przyjeżdżała tu przynajmniej raz w miesiącu, zatrzymywała się czasem na weekend, gdy pozwalała jej na to praca.
Uświadomiła sobie jednak, że tym razem jest inaczej. Ten powrót miał odmienny charakter.
Stwierdziła, że działa kojąco na jej umysł i ducha.
Aż do tej chwili nie zdawała sobie sprawy, jak bardzo pragnęła tu przyjechać.
Chciała usiąść opatulona przy palenisku na dworze i obserwować odbijający się w wodzie zachód słońca. Chciała usłyszeć głos nurów, śledzić lot czapli, napawać się widokiem majestatycznego bielika.
Z okna swego mieszkania w Annapolis mogła dojrzeć przelotnie zatokę. Lecz nie, pomyślała, to nie było to samo.
Na razie, przynajmniej na razie, jak zrozumiała wreszcie, potrzebuje właśnie tego.
Potrzebowała starego dwukondygnacyjnego domu z okiennicami, rozległymi tarasami, wielką kuchnią, frontowym gankiem, na którym można spędzić trochę czasu.
Była spragniona widoku drzew wspinających się po zboczach gór za oknem jej sypialni. Była spragniona wygody i spokoju, tak samo jak tego, by znów poczuć się dawną Sloan.
Ojciec wprowadził wóz do garażu, zgasił silnik i obrócił się do niej z uśmiechem.
– Witaj w domu.
Nie było to jej własne lokum, ale był to dom rodzinny, a jego swojskość przynosiła pociechę.
Wielki kudłaty pies, Mop – jak nazwali go jej rodzice – przyczłapał, by ją powitać.
– Cześć, stary. Znowu tarzałeś się w śniegu.
– Niczego tak nie uwielbia, pomijając kąpiel w jeziorze – oznajmiła Drea. – Pobiegnę do siebie, muszę sprawdzić parę rzeczy. Zejdę na dół trochę później.
Ruszyła po schodach przylegających do ściany garażu, które prowadziły do jej mieszkania na piętrze.
Sloan weszła z rodzicami do domu; pies biegł przodem.
Stary kamienny kominek z grubym drewnianym gzymsem, obudowany półkami na książki, dominował nad częścią mieszkalną, która niegdyś – za czasów jej dziadka ze strony ojca, nim się ożenił – była chatą z jedną sypialnią.
To właśnie Ezra Cooper zapoczątkował rodzinny biznes, rozwijając go stopniowo, a potem, kiedy już założył rodzinę, powiększył domostwo. Dobudował piętro, wielką wiejską kuchnię i jadalnię, przeznaczoną niemal wyłącznie do spożywania świątecznych posiłków i przyjmowania gości.
Wraz z dwoma synami uzupełnił domostwo o tarasy i garaż, zainstalował większe okna. I jednocześnie inwestował w pozostałe chaty, łodzie i sprzęt, aż wreszcie All the Rest zapewniało wynajem, sprzedaż, przewodników i jeszcze więcej turystom, którzy przyjeżdżali nad jezioro.
Starszy brat Deana porzucił rodzinny interes i kontynuował swoją edukację. Profesor historii na Uniwersytecie Wirginii Zachodniej osiadł z żoną w Morgantown.
Chociaż to Dean i Elsie prowadzili biznes od chwili przejścia ich rodziców na emeryturę, Archer służył pomocą, jeśli zachodziła taka konieczność. Jego najstarszy syn, Jonah, mieszkał o rzut kamieniem ze swoją rodziną i był prawą ręką Deana, a także pilotem spływów górskich – i wszystkim, czego firma potrzebowała.
W sytuacji, gdy Drea zajmowała się marketingiem, komunikacją społeczną i sprzedażą, a matka czuwała nad wystrojem wnętrz, zaopatrzeniem i inwentaryzacją, interes kwitł dzięki trzem pokoleniom.
Podobnie jak jej wuj, Sloan poszła własną drogą. Nie umniejszyło to jednak jej dumy z osiągnięć rodzinnej firmy.
Dom, wzniesiony i przebudowywany latami przez jej dziadka i jego synów, powitał ją, jakby powstał zaledwie wczoraj.
– Umieściliśmy twoje rzeczy w twoim pokoju. – Gdy Sloan zdjęła czapkę, Elsie przesunęła dłonią po jej włosach. – Lekarz powiedział, że jedna kondygnacja schodów jest w porządku, ale jeśli uważasz, że nie dasz rady, możemy cię urządzić w gabinecie.
– Nie, nie trzeba. Muszę się ruszać. – I zrobiła to teraz, podchodząc do dużego frontowego okna, które wychodziło na jezioro i odbite w nim jak w zwierciadle zwieńczone śniegiem góry. – Ten widok nigdy się nie starzeje.
– Święte słowa. Może zrobić ci kanapkę?
– Mamo, nie musisz mnie obsługiwać.
– Tylko dzisiaj. – Elsie objęła córkę wpół i nachyliła ku niej głowę. – Pozwól mi się trochę nad tobą porozczulać. Tak dobrze mieć cię przez chwilę w domu i widzieć, że znów przypominasz dawną siebie.
– Nie czuję się taka.
– Ale poczujesz – wtrącił Dean, który zdjął płaszcz, powiesił go w szafie (jedna z rodzinnych zasad), a potem przyklęknął przy kominku, żeby zająć się podpałką, podczas gdy pies usadowił się od razu obok. – A teraz zasadnicze pytanie bez niewłaściwej odpowiedzi. – Podniósł się płynnym i zdradzającym siłę ruchem. – Święto Dziękczynienia. Jeśli nie pasuje ci dom pełen krewnych, to powiedz. Wszyscy zrozumieją.
– Nie, nie, dobrze będzie wszystkich zobaczyć. Mówię szczerze. Potrzebuję czegoś normalnego, a dom pełen bliskich w świąteczny dzień to właśnie coś normalnego.
Odwróciła się do nich i pomyślała jak zawsze: zwarty oddział. Byli ze sobą nierozerwalnie związani, jak mało kto.
A ona stanowiła ich hybrydę – tak jak Drea. Odziedziczyła karnację po matce, a Drea – po ojcu. Z kolorem oczu było na odwrót.
Rodzice powołali ją do życia i nie tylko trzymali się razem, ale też stali za nią murem.
– Chcecie się zamartwiać, a ja to rozumiem. To wszystko, cała ta historia musiała wystraszyć was bardziej niż mnie. Byłam zbyt nieprzytomna, żeby się bać. I dobrze być w domu. Naprawdę dobrze. Ale jeśli znów mam się czuć sobą, to muszę robić rzeczy, które mi w tym pomogą.
– A więc pełna chata. – Elsie podeszła do córki i ją objęła. – Nie wystraszyliśmy się. Byliśmy przerażeni. Ale to już za nami. Przygotuję ci coś do jedzenia.
– Nie musicie oboje zarabiać na życie?
– Drea jest u siebie i właśnie to robi. Jonah zajmuje się innymi sprawami. Jutro wrócimy do roboty. – Dean poklepał ją po ramieniu. – Dzisiaj mamy wolne.
Elsie skusiła ją domową zupą i świeżym chlebem, a Sloan robiła, co mogła, by coś przełknąć. Wciąż nie miała apetytu.
W przeciwieństwie do potrzeby ruchu.
– Pójdę na spacer. Krótki – obiecała. – Dobrze jest pobyć na świeżym powietrzu. Poczuć się sobą – dodała.
– Jedna prośba, tylko dzisiaj – zwróciła się do niej Elsie. – Nie będziesz się oddalała od domu?
– Tak zawsze mówiłaś, kiedy miałam osiem lat. – Sloan roześmiała się mimo wszystko. – Umowa stoi. Zupa była pyszna, mamo. Jak zawsze.
– Mop zechce się z tobą wybrać.
– Mop jest zawsze mile widziany.
Gdy tylko włożyła płaszcz, pies podniósł się ze swojego miejsca, przeciągnął i zamerdał ogonem.
Ponieważ była spragniona widoku jeziora, wyszła od frontu. Mop od razu pognał przed siebie, brnąc przez śnieg niczym czworonożny pług.
Powietrze szczypało, ale sprawiało jednocześnie ogromną przyjemność, kiedy tchnęło swym oddechem w jej twarz. Chłonęła zapach jeziora, sosen, śniegu; to wszystko też jawiło się jako dom. Postanowiła, że będzie wychodzić codziennie, tyle razy, ile tylko zdoła. Wybierać się nad jezioro albo penetrować zaśnieżone lasy, kiedy jej matka nie będzie się już tak bardzo niepokoić.
A za dwa tygodnie, podczas badania kontrolnego, doktor Vincenti da jej zielone światło. Przyrzekła sobie, że do świąt Bożego Narodzenia w pełni odzyska siły.
Zeszła na pomost, gdzie przez cały sezon cumowała żaglówka, i postanowiła, że zrobi sobie tego lata prawdziwe wakacje, tu, w domu. Będzie spędzała czas na żeglowaniu, wędrówkach, pływaniu kajakiem i to doceni.
Może musiała umierać przez kilka minut, by uświadomić sobie, że zbyt wiele ją omijało. Czas na kolejne przyrzeczenie, zdecydowała. Nie zamierzała wpaść ponownie w pułapkę. Praca przynosiła satysfakcję. Bóg jeden wie, jak bardzo ją kochała, ale przez kilka ostatnich lat szala wagi przechyliła się niebezpiecznie w jedną stronę.
Kiedy podążała ścieżką wzdłuż jeziora, pies biegł przodem, zawracał, znowu biegł przodem. I przypominał, że ona porusza się jak inwalidka.
– Przepraszam, Mop, nie jestem w pełni sprawna.
Musiała przyznać, że nie przebyła nawet dwustu metrów, a już opadała z sił.
Jej słuch wciąż działał prawidłowo, więc obróciła się na dźwięk kroków. I czekała, dając sercu okazję do ochłonięcia, gdy zobaczyła, że zbliża się do niej Drea.
– Nie zamierzam zrzędzić – uprzedziła Sloan.
– Cholera. Liczyłam na to. Przypomniałabym ci, że zaledwie tydzień temu ledwie mogłaś chodzić po szpitalnym korytarzu przez dwie minuty.
– Sama to sobie przypomniałam, co tłumaczy, dlaczego nie zrzędzę. Ale…
– No, zaczyna się!
– Nie zrzędzenie, tylko fakt. Wciąż czuję, że coś jest ze mną nie tak. Cholernie nie tak.
– Podam ci więcej faktów. – Wpatrując się niebieskimi oczami w zielone oczy Sloan, Drea wzięła ją za rękę. – Wyglądasz na zmęczoną i jesteś blada, więc chwilowo wystarczy. Wróć do domu, wykonaj ćwiczenia oddechowe i się zdrzemnij. Potem wstań i zrób to ponownie.
– Widać, która z nas dwóch nosi spodnie.
– Z dumą i wrodzonym stylem. Chodź.
Drea wzięła siostrę pod rękę, nie pozostawiając jej na dobrą sprawę wyboru.
– Wyświadczysz mi przysługę? – spytała Sloan.
– Może.
Ta odpowiedź wydała się zabawna.
– Przekonuj ich w miarę możliwości, żeby się o mnie nie martwili. To istne brzemię. A ja nie chcę im tego powiedzieć. Martwią się coraz bardziej i starają się tego nie okazywać.
– Kiedy zobaczą, że przestrzegasz zaleceń lekarza, będą się mniej martwić. A ja będę ich przekonywać w miarę możliwości, ponieważ zamierzasz przestrzegać zaleceń lekarza.
– To nie przysługa, tylko umowa.
– Tak czy nie?
– Tak. – Kiedy dotarły do domu, Sloan przystanęła. – Zacznę od teraz. – Otworzyła drzwi i przykleiła uśmiech do twarzy. – Było świetnie! Trochę się zmęczyłam, i to też jest dobre. Idę na górę, poćwiczę oddech, może zdrzemnę się na chwilę.
– Jeśli czegoś potrzebujesz… – zaczęła Elsie.
– Mam wszystko. – Sloan z udawaną starannością powiesiła płaszcz w szafie, a szalik, czapkę, rękawiczki włożyła do koszyka. – Zamierzam zaskoczyć lekarza podczas badania kontrolnego.
Schody przypominały zbocze wysokiej góry, ale dała radę. Na korytarzu skierowała się do łazienki i spryskała twarz chłodną wodą.
W jej dziecięcej sypialni, naprzeciwko, stało łóżko z czterema rzeźbionymi słupkami, przykryte śnieżnobiałą kołdrą i ciemnoniebieską narzutą w nogach. Krzesło, z drugą narzutą przerzuconą przez oparcie, stało zachęcająco w kącie.
Ściany, w kojącym odcieniu mglistego błękitu, zdobiły lokalne dzieła sztuki kolekcjonowane przez rodziców. Obrazy tutejszej wiosny i jesieni, jeziora, gór, kwiatów polnych rozsianych po lasach.
Ponieważ zawarła z siostrą umowę, wykonała kilka ćwiczeń oddechowych, kaszląc zgodnie z zaleceniem po długim wydechu.
To także ją zmęczyło i była zadowolona, że matka postawiła na stoliku nocnym przykryty dzbanek z wodą i szklankę.
Kwiaty – chryzantemy w rdzawych i złotych odcieniach – stały na jej starej komodzie i nasycały powietrze korzenną wonią.
Krótka drzemka, pomyślała, i położyła się na kołdrze, potem naciągnęła na siebie narzutę. Dwadzieścia minut, żeby naładować baterie.
Spała przez dziewięćdziesiąt i nie obudziła się, dopóki koszmar nie wyrwał jej ze snu.
*
Nazajutrz ustaliła rutynę na najbliższy czas. Wzięła prysznic, zmieniła opatrunek na piersi – upewniła się, że rana goi się prawidłowo. Przyglądała się ciału, próbując nie poddawać się emocjom.
Dzień pierwszy, pomyślała. Godzina zero. Tak, wyglądała kiepsko. Tak, straciła na wadze i napięcie w mięśniach. Mogła jednak stać i chodzić i choć pewne czynności wywoływały ból, nie cierpiała zbytnio.
Podobnie jak rana na piersi, ta na czole pozostawi po sobie bliznę. Ale jedna i druga będą jej przypominać, że przeżyła.
Miała ogromne szczęście.
Ubrała się, po czym zaczęła się zastanawiać nad makijażem. Doszła do wniosku, że róż, tusz do rzęs i cała reszta i tak nikogo by nie zwiodły.
Kiedy zeszła na dół, ojciec i matka siedzieli nad kawą przy kuchennym stole. Oboje obrzucili ją uważnym spojrzeniem, a ona poczuła się prześwietlana do szpiku kości.
Rodzicielski rentgen.
– Pomyśleliśmy, że może pośpisz dłużej. – Elsie zaczęła się podnosić. – Zjesz śniadanie?
– Mamo, usiądź. Mówię poważnie. Wezmę kubek z kawą i przejdę się – zalecenia lekarza. Nie musicie zająć się pracą?
– Zamierzałem właśnie wyjść – oznajmił ojciec. – Dobrze spałaś?
– Jak kamień.
– Pomyślałam, żeby zostać dzisiaj w domu – zaczęła Elsie. – Trzeba przygotować mnóstwo rzeczy na najbliższy czwartek. Mogłabym się dzisiaj do tego zabrać.
– Chcę, żebyś poszła do pracy. Chcę, żebyś zrobiła to, co powinnaś dziś zrobić. Wiem, że będziesz musiała zerwać się rano we środę, żeby przygotować ciasta i tak dalej, ale musisz iść do pracy. Chcę móc spędzić dzień o własnych siłach. Wiem, że nie jestem w pełni sprawna. Daleko mi do tego. Znam swoje ograniczenia. Zapewniam cię, że ciało nie pozwoli mi o tym zapomnieć.
Elsie przesunęła spojrzenie na męża.
– Już słyszę, jak myślisz: a nie mówiłem? Odpuść sobie.
Uśmiechnął się tylko i wzruszył ramionami.
– Weźmiesz telefon?
– Tak, mamo.
– I zadzwonisz albo prześlesz wiadomość, jeśli będziesz czegoś potrzebowała?
– Tak, mamo.
Elsie skrzywiła się nieznacznie, słysząc ton córki.
– I zjesz coś. No, jeszcze jeden kęs.
Sloan nie mogła powstrzymać śmiechu, słysząc tę zgraną śpiewkę z czasów dzieciństwa. I tak jak wtedy, przewróciła oczami.
– Tak, mamo.
Dean podniósł się i zaniósł puste kubki do zlewu.
– Mop zostaje i pójdzie z tobą. Taka jest umowa.
– W porządku. A teraz już idźcie, żeby zapewnić mi większy spadek.
Koniec końców wyszła z nimi na dwór, z Mopem przy boku. Pożegnała się z rodzicami, potem położyła dłoń na psiej głowie.
– Ruszajmy.
Mimo słońca powietrze kłuło zimnem, wyostrzone przez porywisty wiatr, który marszczył taflę jeziora i przenikał konary drzew. Patrzyła, jak czapla szybuje, jak pływają łabędzie. Skupiając na nich uwagę, dotarła do miejsca, w którym poprzedniego dnia przerwała wędrówkę. Dysząc z wysiłku, zatrzymała się, by uspokoić organizm. Mop opuścił ją na chwilę, zaczął skakać i tarzać się w śniegu.
Jeszcze dziesięć kroków, powiedziała sobie, i słowa dotrzymała.
Nie przesadzać, pomyślała. Bez pośpiechu, stopniowo.
– To wszystko, na co mnie stać – poinformowała psa. – Zrobimy to jeszcze raz później. I ponownie. Dziesięć kroków więcej.
Pomimo zimna czuła na plecach strużki potu, kiedy wracała do domu. Nogi drżały jej trochę, gdy wchodziła do środka, a w głowie kręciło się na tyle, że musiała na chwilę usiąść, zanim zdjęła płaszcz.
– Potrzebuję drewna.
Dorzuciła go trochę do kominka w salonie, potem schowała kurtkę do szafy.
W kuchni przyrządziła sobie miseczkę owsianki, dodała połówkę banana i garść borówek.
Zdołała pochłonąć połowę, nim wyczerpała ją sama myśl, że je. Wzięła oddech i zjadła jeszcze trochę.
– Tylko mnie nie wydaj, Mop.
Postawiła miseczkę na podłodze, a potem przyglądała się, jak pies wylizuje jej zawartość.
Zmusiła się, by wstać, i napełniła butelkę wodą.
– Następny punkt planu dziennego: fizjoterapia.
Najwyraźniej zadowolony z towarzystwa Mop udał się z nią do siłowni jej rodziców. Może wybór kilogramowych odważników zamiast dziesięciokrotnie cięższych ranił jej dumę, ale… no cóż, dzień pierwszy.
Usiadła na ławce i zaczęła wzmacniać rytmicznie mięśnie ramion, aż poczuła w rękach palący ból. Potem wycisnęła ciężary jeszcze dwa razy. Po kilku innych ćwiczeniach spróbowała zrobić parę wykopów.
Odpoczęła, napiła się wody, znowu zaczęła ćwiczyć.
– Na więcej mnie nie stać.
Zanotowała wszystko. Jak długo spacerowała, ile wycisnęła i tak dalej.
Doszła do wniosku, że prowadzenie rejestru wzmacnia motywację.
Mop położył łeb na jej kolanach, a ona go pogłaskała.
– Jutro spróbujemy jogi, powoli i bez wysiłku. Ale teraz chyba się wyciągnę na chwilę.
Rozpaliła ogień w kominku i zamknęła oczy.
Pomyślała, że może rozwiąże jedną ze słynnych krzyżówek siostry w ramach ćwiczenia umysłu. Zastanawiając się nad tym, zasnęła.
Kiedy się obudziła, pies siedział grzecznie obok, patrząc na nią.
– Chcesz znowu wyjść? – Lekko zamroczona sięgnęła po komórkę, którą wcześniej położyła na stole. – Och, Boże. Spałam ponad godzinę.
Podnosząc się, dokonała przeglądu osiągnięć. Wiedziała, że sobie poradzi.
– Daj mi chwilę. I tak najwyższy czas pospacerować.
Wiatr wciąż wiał nieustępliwie i zaganiał chmury przysłaniające słońce. Spadnie więcej śniegu, pomyślała. Widziała ludzi – jasne ubrania na tle bieli – zjeżdżających na sankach po wschodnim zboczu. Z kominów dobywał się dym. Pomimo zimna po przeciwległej stronie jeziora wodę pruły dwa kajaki. Ktoś ulepił okazałego bałwana przed jednym z wakacyjnych domków nad brzegiem.
Dotarła do swego pierwszego przystanku, musiała odpocząć, odetchnąć, potem zrobiła dziesięć kroków do następnego. Chciała zrobić jeszcze dziesięć, ale przystanęła po pięciu.
– Znaj i szanuj swoje ograniczenia, Sloan.
Choć musiała zatrzymać się dwukrotnie w drodze powrotnej, pokonała ją.
Już w domu usiadła, odzyskała siły i choć nie miała na to ochoty, podgrzała trochę zupy. I odrobinę zjadła.
Potem popatrzyła na psa.
– Co teraz? Jest dopiero pierwsza po południu. Jeśli się położę, to zasnę. Jeśli wezmę jakąś książkę albo spróbuję obejrzeć film, to też skończy się tym, że padnę. I nie wmawiaj mi, że sen jest najlepszym lekarstwem. Naprawdę zostały mi tylko krzyżówki?
Poszła na górę, zniosła na dół laptopa. Zrobiła arkusz kalkulacyjny swoich aktywności i postępów. Dobrze było zobaczyć to wszystko czarno na białym. Może nawet zacznie zapisywać godziny.
I choć było to trochę wkurzające, uwzględniła także czas poświęcony na sen. W tym przypadku mniej znaczyło więcej. Przynajmniej według jej własnej miary.
Po skończonej pracy poczuła się zorganizowana i spełniona.
I śmiertelnie znudzona.
Zdesperowana wyświetliła krzyżówkę na laptopie. Potem zaczęła krążyć po domu, żeby po prostu nie zasnąć. Natknęła się na koszyk, z którego jej matka korzystała, gdy była akurat w nastroju do szydełkowania i robienia na drutach.
Zainspirowana Sloan zaniosła koszyk do salonu i postawiła obok kominka, po czym znalazła na YouTubie filmik o podstawach robótek ręcznych.
Kiedy jej mózg spowiła mgiełka, przewinęła wideo i obejrzała je od początku. Musiała się skupić, skoncentrować; posługując się szydełkiem i włóczką, wyczarowała bardzo precyzyjny łańcuszek.
Ponieważ musiała jednocześnie słuchać, obserwować i liczyć, angażowała umysł. Po wyczerpującej godzinie miała zaczątki szalika w bożonarodzeniowej czerwieni.
Przyznała sobie nagrodę w postaci pepsi.
– Okej, Mop, potrafię to robić. Nie wiem, czy chcę w gruncie rzeczy, ale potrafię. Może potraktuję to jako terapię zajęciową. Teraz znów się przejdziemy, a potem kolejna runda z podnoszeniem ciężarów. Zmuszę się do zjedzenia jakichś owoców albo sera, a później zabiorę się do robótek.
Nim rodzice wrócili wieczorem do domu, musiała się jeszcze raz zdrzemnąć, ale zrekompensowała to sobie, bo wykonała więcej kroków i więcej ćwiczeń, a także wydziergała w dwudziestu pięciu procentach – według jej obliczeń – czerwony szalik.
Elsie popatrzyła na koszyk z robótkami, oceniła długość szalika – teraz to była jedna trzecia – i spojrzała na córkę.
– Kiedy się nauczyłaś szydełkować?
– Dziś po południu.
Elsie wzięła do ręki nieukończone dzieło, przyjrzała mu się od końca do końca.
– Bardzo ładne wykonanie. Ile razy próbowałam cię nauczyć?
– Zawsze rezygnowałaś, ponieważ według ciebie nie potrafiłam wysiedzieć przy tym dostatecznie długo.
Usłyszała warkot odśnieżarki, co oznaczało, że ojciec będzie odśnieżał ścieżki.
A Mop zaatakuje radośnie chmury białego pyłu.
– Wiem, że teraz muszę. Terapia zajęciowa. Trzeba rozruszać szare komórki.
– Pasuje ci to? Szalik?
– Tak, a kiedy skończę, będziesz musiała go nosić. Cienie macierzyństwa.
– Raczej blaski. Może napijesz się gorącej czekolady i opowiesz mi przy okazji, jak ci dzisiaj poszło?
– A może wino? I zrelacjonujemy sobie nawzajem miniony dzień?
– Doskonale. – Elsie położyła dłoń na jej policzku. – Wyglądasz lepiej.
– Naprawdę?
– Tak. Znowu widzę blask w tych twoich magicznych oczach.
Sloan poczuła w nich łzy, ponieważ wiedziała, że matka nie kłamie.
– To był dzień pierwszy. Sporządziłam arkusz kalkulacyjny.
– Ma się rozumieć. Wielka szkoda, że nie dołączyłaś do rodzinnego biznesu, panno Zorganizowana.
– Taka już jestem – powiedziała, kiedy weszły do kuchni. – Ale to dobrze śledzić swoje postępy. I zaraz do tego dojdziemy. Zacznijmy od ciebie, bo tata też będzie chciał wiedzieć, co dziś robiłam, jak się zjawi.
– Napadało kolejne siedem centymetrów, więc uparł się, żeby to odśnieżyć zanim przez noc dosypie jeszcze więcej. Może być wino czerwone? Wciąż zostało mi mnóstwo zamrożonego sosu po sezonie na pomidory. Na kolację będzie makaron.
– Czerwone jest w sam raz.
– No dobrze. Wypożyczyliśmy turystom z tuzin sań i toboganów, kilka sprzedaliśmy. Mam kolejne zamówienia. Na pewno chcesz tego wszystkiego słuchać?
Sloan usadowiła się przy blacie.
– Tak.
– Na grudzień i styczeń mamy komplet. Luty też już prawie pełny. Kampania reklamowa Drei, „Zimowe Cuda”, okazała się skuteczna. Długoterminowe prognozy przewidują, że jezioro zamarznie do połowy stycznia, więc w pierwszym tygodniu lutego zorganizujemy zawody w wędkarstwie podlodowym. Tu też mamy połowę miejsc już zarezerwowanych. – Elsie łyknęła wina i przyjrzała się kieliszkowi. – To był niezły pomysł.
– Wciąż przychodzą mi do głowy.
– Och, mam też nowiny z Heron’s Rest. Pamiętasz dom starego Parkera?
Sloan sięgnęła do przegródek w pamięci.
– Wielki walący się piętrowy budynek w połowie drogi do miasta, z szerokim zapadniętym gankiem. Jeśli szło się tamtędy w wietrzny dzień, to można było usłyszeć wiatr świszczący w oknach. I jeszcze ten rozpadający się garaż połączony z warsztatem. Wszystko w głębi lasu z długim wąskim podjazdem, zawsze pełnym dziur.
– Sama bym tego lepiej nie opisała. Brady Parker machnął na domostwo ręką, kiedy zmarł jego ojciec, chyba z dziesięć lat temu, a i wtedy nie prezentowało się najlepiej. No cóż, sprzedał je dwa miesiące temu.
– Ktoś kupił tę ruinę? Z myślą o ziemi? Nie jest może pierwszej klasy, a sam dom wymaga porządnego remontu, ale szkoda byłoby go zburzyć. Ma charakter.
– Chodzi o coś innego. Nabył go pewien Nowojorczyk, i jak się dowiedziałam, zamierza go wyremontować.
Sloan zmarszczyła czoło nad swoim kieliszkiem.
– Naprawdę?
– Tak. Podobno chce tu zamieszkać, otworzyć własny biznes. Majster od wszystkiego. Złota rączka. Jeśli jest w tym dobry, to wspaniale. Kolejna wiadomość. Maggie Wells namówiła wreszcie Barry’ego na przeprowadzkę na Florydę. Polegaliśmy na Barrym przy wszelkich naprawach i przeróbkach przekraczających możliwości taty i Jonaha.
– Maggie i Barry… jak sobie bez nich poradzicie?
– Przekonamy się. Wyjeżdżają pierwszego grudnia. Muszę mieć nadzieję, że ten przyjezdny z Nowego Jorku okaże się dobrym fachowcem. Biorąc pod uwagę wynajem, sklepy – i niech Bóg ma nas w swojej opiece, twój tata ma na oku tę małą chatę, która powinna pojawić się na rynku w nowym roku – trudno będzie funkcjonować bez kogoś tak dobrego i solidnego jak nasz Barry.
