Uciec od samotności - Maciej Parszewski - ebook + książka

Uciec od samotności ebook

Maciej Parszewski

0,0
40,99 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Każdy pragnie bliskości. Nie każdy jest gotów ponieść jej cenę.

Patryk ma dwadzieścia siedem lat, prowadzi niewielki antykwariat i od dawna przywykł do codzienności, w której każdy dzień wygląda tak samo.

Aneta wiedzie z pozoru idealne życie: ma kochające córki, stabilną pracę i męża. A jednak coraz bardziej dostrzega, że czegoś jej brakuje…

Jedno przypadkowe spotkanie na weselu burzy porządek ich rzeczywistości. To, co miało być tylko jednorazową, gorącą przygodą, przeistacza się w relację, której żadne z nich nie potrafi zakończyć. Przy sobie odnajdują uwagę, namiętność i bliskość, za którymi tęsknili od lat.

Niestety każda wspólnie przeżyta chwila ma swoją cenę. Bo im mocniej uciekają od samotności, tym bardziej ryzykują utratę wszystkiego, co do tej pory budowali…

„Uciec od samotności” to opowieść o dwóch ludziach, których połączyło pożądanie i pragnienie bycia naprawdę dostrzeżonym. I o tym, że czasem największa tęsknota dopada nas wtedy, gdy z pozoru niczego nam nie brakuje.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 339

Rok wydania: 2026

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Hi­sto­ria cał­ko­wi­cie zmy­ślo­na...

A szko­da.

Rozdział 1.

Nic się nie wydarzy

Mi­nę­ły już dwa lata, od­kąd za­czął pra­co­wać w an­ty­kwa­ria­cie. Wła­ści­cie­la, pana Edwar­da, po­znał oko­ło pię­ciu lat wcze­śniej, jesz­cze za­nim wy­je­chał na stu­dia do Po­zna­nia. Gdy cho­dził do tech­ni­kum, od­wie­dzał „Ka­za­ma­ty” w po­szu­ki­wa­niu pod­ręcz­ni­ków szkol­nych. Jesz­cze wte­dy pan Edward – nie­wy­so­ki, ły­sie­ją­cy – pro­wa­dził ten an­ty­kwa­riat ra­zem z żoną Ma­rią. Tak na­praw­dę to ona zaj­mo­wa­ła się lo­ka­lem, bo jej mąż cho­ro­wał na ser­ce i Pa­tryk pra­wie go nie wi­dy­wał, kie­dy tam za­glą­dał.

Nie­ste­ty gdy Pa­tryk był na dru­gim roku stu­diów, pani Ma­ria zmar­ła na­gle tuż przed świę­ta­mi wiel­ka­noc­ny­mi. Ni­g­dy na nic się nie skar­ży­ła, nie było po niej wi­dać żad­nych oznak cho­ro­by. Cza­sa­mi tyl­ko po­bo­le­wa­ła ją gło­wa, ale za­wsze zwa­la­ła ten ból na zmia­nę ci­śnie­nia. Oka­za­ło się jed­nak, że pękł tęt­niak w mó­zgu.

Od tam­tej pory pan Edward pra­co­wał w an­ty­kwa­ria­cie sam. Tyl­ko la­tem po­ma­gał mu pe­wien stu­dent, któ­ry spe­cjal­nie przy­jeż­dżał z Po­zna­nia do ro­dzi­ców i w wol­nych chwi­lach spę­dzał czas w „Ka­za­ma­tach”.

Pa­tryk ni­g­dy nie lu­bił czy­tać lek­tur szkol­nych, ale kla­sy­kę li­te­ra­tu­ry i wie­le in­nych cie­ka­wych ksią­żek po­chła­niał w du­żych ilo­ściach. Kie­dy tyl­ko uda­ło mu się za­osz­czę­dzić tro­chę pie­nię­dzy, szedł do an­ty­kwa­ria­tu miesz­czą­ce­go się w sta­rej ka­mie­ni­cy z po­pę­ka­nym tyn­kiem, nie­da­le­ko uli­cy Mak­sy­mi­lia­na Kol­be­go.

An­ty­kwa­riat znaj­do­wał się w piw­ni­cy, lecz wej­ście do nie­go pro­wa­dzi­ło bez­po­śred­nio z uli­cy. Przed drzwia­mi i okna­mi były za­mon­to­wa­ne kra­ty, z któ­rych łusz­czy­ła się żół­ta far­ba. Po otwar­ciu drzwi scho­dzi­ło się kil­ko­ma schod­ka­mi do wnę­trza. Prak­tycz­nie wszyst­kie ścia­ny były za­sło­nię­te przez pół­ki i re­ga­ły, na któ­rych znaj­do­wa­ły się sto­sy ksią­żek. Każ­dy mógł tam zna­leźć coś dla sie­bie. Na pół­kach sta­ły i le­ża­ły ro­man­se, książ­ki hi­sto­rycz­ne, dra­ma­ty, kry­mi­na­ły, po­wie­ści przy­go­do­we, scien­ce fic­tion, bio­gra­ficz­ne, fi­lo­zo­ficz­ne, psy­cho­lo­gicz­ne, hor­ro­ry, róż­ne­go ro­dza­ju pod­ręcz­ni­ki szkol­ne i do na­uki ję­zy­ków ob­cych, słow­ni­ki, a na­wet kil­ka po­rad­ni­ków.

Tuż przy wej­ściu, po le­wej stro­nie, gdzie znaj­do­wa­ły się okna, sta­ło nie­du­że biur­ko, za któ­rym sie­dział pan Edward. Pa­tryk ni­g­dy nie za­py­tał go o wiek, ale na oko oce­niał go mię­dzy sześć­dzie­siąt pięć a sie­dem­dzie­siąt lat. Miał już wy­ro­bio­ny styl ubie­ra­nia się – za­wsze no­sił bia­łą lub ja­sno­kre­mo­wą ko­szu­lę z dłu­gi­mi rę­ka­wa­mi, kra­wat w róż­nych od­cie­niach brą­zu i spodnie od gar­ni­tu­ru, na ogół czar­ne lub gra­na­to­we.

Pa­tryk za­wsze się za­sta­na­wiał, czy an­ty­kwa­riusz tę swo­ją szcze­ci­nę ja­koś przy­ci­nał, czy ze sta­ro­ści prze­sta­ła mu ro­snąć. I ni­g­dy nie miał od­wa­gi, aby o to za­py­tać.

W po­wie­trzu uno­sił się cha­rak­te­ry­stycz­ny za­pach sta­rych ksią­żek, wy­da­nych od kil­ku do kil­ku­na­stu, a na­wet kil­ku­dzie­się­ciu lat temu.

Mi­ja­ło lato za la­tem, a mię­dzy mło­dym stu­den­tem a Edwar­dem na­ro­dzi­ła się przy­jaźń. Nie­ste­ty nie mo­gła trwać tak dłu­go, jak obaj by chcie­li. Po obro­nie pra­cy ma­gi­ster­skiej Pa­tryk pró­bo­wał zna­leźć pra­cę w sto­li­cy Wiel­ko­pol­ski, jak za­pew­ne każ­dy ab­sol­went uczel­ni wyż­szej w tym re­gio­nie. Jed­nym uda­wa­ło się to od razu, in­nym rów­nież, ale po­dej­mo­wa­li nie taką pra­cę, jaką chcie­li, a jesz­cze inni szu­ka­li, szu­ka­li… bez re­zul­ta­tu.

W koń­cu i Pa­try­ko­wi uda­ło się zna­leźć pra­cę. Nie mia­ła wie­le wspól­ne­go z kie­run­kiem stu­diów, któ­re ukoń­czył, i nie była tak do­brze płat­na, jak­by chciał, ale była. I na­gle, pew­ne­go cie­płe­go lip­co­we­go po­ran­ka ode­brał te­le­fon.

– Cześć, sy­nek, co ro­bisz? – To była mama. – Je­steś w pra­cy czy w domu? – do­py­ty­wa­ła.

– Cześć, mamo. Dzi­siaj mam wol­ne, a cze­mu py­tasz?

Pa­tryk do dru­giej w nocy czy­tał książ­kę. Ja­kiś kry­mi­nał ku­pio­ny w ko­szu z książ­ka­mi w hi­per­mar­ke­cie. Ty­tuł nie zro­bił na nim wra­że­nia, ale po­sta­no­wił dać mu szan­sę. No i dał. Za­kład­ka w książ­ce była wsu­nię­ta mię­dzy sto dwu­dzie­stą pierw­szą a sto dwu­dzie­stą dru­gą stro­ną.

– Słu­chaj, pan Edward miał za­wał i nie żyje. – Głos jego mat­ki nie­co drżał w słu­chaw­ce. Do­brze wie­dzia­ła, że jej syn za­przy­jaź­nił się z wła­ści­cie­lem an­ty­kwa­ria­tu.

– Ale jak? Kie­dy? – Do Pa­try­ka nie od razu do­tar­ło, że jego znacz­nie star­szy przy­ja­ciel od­szedł, ale po­sta­no­wił za­cho­wać spo­kój.

– Do­wie­dzia­łam się, że do­stał za­wa­łu w an­ty­kwa­ria­cie i zmarł w szpi­ta­lu wczo­raj wie­czo­rem. Sy­nek, bar­dzo mi przy­kro. Za dwa dni jest już po­grzeb. Przy­je­dziesz?

– Tak, przy­ja­dę. Jesz­cze dzi­siaj będę. Do zo­ba­cze­nia i dzię­ki, że za­dzwo­ni­łaś.

Pa­tryk się roz­łą­czył. Usiadł na brze­gu łóż­ka. Naj­pierw pa­trzył przed sie­bie, po­tem na małe bia­łe chmu­ry na błę­kit­nym nie­bie. Sam nie wie­dział, czy my­ślał o czymś, o kimś, czy może miał w gło­wie zu­peł­ną pust­kę. Po­czuł jed­nak, że po po­licz­ku spły­nę­ła mu łza.

I wte­dy za­czął pła­kać. Tak po pro­stu. Pła­kał tak, jak się pła­cze po stra­cie bli­skiej oso­by. W swo­im ży­ciu tyl­ko dwa razy tak się czuł i tak pła­kał. Za pierw­szym ra­zem, gdy zmarł jego oj­ciec, kie­dy chło­pak był w kla­sie ma­tu­ral­nej, a za dru­gim ra­zem, gdy rap­tem kil­ka mie­się­cy póź­niej roz­stał się ze swo­ją pierw­szą dziew­czy­ną.

Po dłuż­szej chwi­li wziął się w garść. Wstał z łóż­ka, po­szedł do ła­zien­ki i prze­mył twarz zim­ną wodą. Na­stęp­nie chwy­cił smart­fon i za­dzwo­nił do pra­cy z in­for­ma­cją, że ma po­grzeb w ro­dzi­nie i musi wy­je­chać na dwa dni do Piły. Na­wet nie cze­kał na od­po­wiedź, tyl­ko od razu się roz­łą­czył.

Ko­lej­ną rze­czą, jaką mu­siał zro­bić, było po­szu­ka­nie w In­ter­ne­cie, o któ­rej go­dzi­nie od­jeż­dża naj­bliż­szy po­ciąg do ro­dzin­ne­go mia­sta. Po spraw­dze­niu roz­kła­du i ku­pie­niu bi­le­tu szyb­ko się spa­ko­wał, po­cząw­szy od czar­ne­go gar­ni­tu­ru, któ­ry słu­żył mu ostat­nio pod­czas obro­ny pra­cy ma­gi­ster­skiej. Nie spo­dzie­wał się, że przyj­dzie mu po­now­nie go wło­żyć, i to jesz­cze w ta­kich oko­licz­no­ściach.

Pan Edward spo­czął obok swo­jej uko­cha­nej mał­żon­ki, za któ­rą szcze­rze tę­sk­nił. Po­grzeb był świec­ki, po­nie­waż ta­kie było ży­cze­nie zmar­łe­go. Był ka­to­li­kiem śred­nio wie­rzą­cym, a prak­ty­ku­ją­cym – wła­ści­wie wca­le. Z Bo­giem po­kłó­cił się na do­bre po śmier­ci Ma­rii. Te­raz miał oka­zję, aby się z Nim po­go­dzić.

Nie było sty­py. Bo i dla kogo mia­ła­by być i kto miał­by ją urzą­dzić? Przy gro­bie, poza Pa­try­kiem i jego mat­ką, sta­ło jesz­cze paru są­sia­dów z jego ka­mie­ni­cy przy uli­cy Tu­chol­skiej i kil­ku sta­łych klien­tów „Ka­za­mat”. I tyle.

Cho­ciaż nie… Był jesz­cze ktoś. Stał tro­chę z boku i cier­pli­wie cze­kał na ko­niec ce­re­mo­nii. Pa­tryk go nie wi­dział. Za­uwa­żył go do­pie­ro wte­dy, gdy od­cho­dził od gro­bu. Ten nie­zna­jo­my męż­czy­zna – szczu­pły, śred­nie­go wzro­stu, o in­te­li­gent­nym spoj­rze­niu – oka­zał się praw­ni­kiem. Po­wie­dział, że Edward zo­sta­wił po so­bie te­sta­ment i że Pa­tryk jest wy­mie­nio­ny w tym do­ku­men­cie.

– Wolą pana Edwar­da było, aby od­czy­tać te­sta­ment nie­zwłocz­nie po po­grze­bie – po­in­for­mo­wał doj­rza­ły, a jed­no­cze­śnie bar­dzo de­li­kat­ny głos czter­dzie­sto­pię­cio­let­nie­go praw­ni­ka z kan­ce­la­rii no­ta­rial­nej.

– Te­sta­ment? Jaki te­sta­ment? Ni­g­dy mi nie wspo­mi­nał o żad­nym te­sta­men­cie. – Pa­tryk mó­wił praw­dę. Choć roz­ma­wia­li na róż­ne te­ma­ty, to o śmier­ci i te­sta­men­tach ni­g­dy mowy nie było. – Jest pan pew­ny, że o mnie cho­dzi?

– Tak. Je­stem pew­ny, a te­sta­ment zo­stał spi­sa­ny w mo­jej kan­ce­la­rii ja­kieś dwa… nie, prze­pra­szam, trzy mie­sią­ce temu.

– A, chy­ba że tak. – Pa­tryk na mo­ment się za­my­ślił. – Do­brze, to kie­dy od­bę­dzie się od­czy­ta­nie tego te­sta­men­tu?

– Ju­tro, o go­dzi­nie dzie­wią­tej – oznaj­mił praw­nik i wy­cią­gnął z we­wnętrz­nej kie­sze­ni ma­ry­nar­ki swo­ją wi­zy­tów­kę, po czym wrę­czył ją Pa­try­ko­wi. – Tu­taj ma pan ad­res mo­jej kan­ce­la­rii.

Pa­tryk ode­brał wi­zy­tów­kę od praw­ni­ka i już miał się że­gnać, gdy na­gle po­ja­wi­ła się jego mat­ka i za­py­ta­ła:

– A co jest w tym te­sta­men­cie? Może ja­kieś dłu­gi do spła­ce­nia?

– Nie mogę zdra­dzić tre­ści te­sta­men­tu przed jego ofi­cjal­nym od­czy­ta­niem. Za­pra­szam ju­tro pana i tyl­ko pana, bo tyl­ko pan jest stro­ną wy­mie­nio­ną w te­sta­men­cie.

Pa­tryk prze­pro­sił za mamę, ale praw­nik nie był zły. Jesz­cze raz zło­żył szcze­re kon­do­len­cje i od­szedł w stro­nę bra­my głów­nej, od stro­ny uli­cy Mo­ty­lew­skiej, gdzie stał za­par­ko­wa­ny jego czar­ny Le­xus.

Na­stęp­ne­go dnia, punk­tu­al­nie o go­dzi­nie ósmej pięć­dzie­siąt, Pa­tryk przy­był do Kan­ce­la­rii Praw­ni­czej Kan­dy­ne­wicz i Wspól­ni­cy. Kan­ce­la­ria zaj­mo­wa­ła całe dru­gie pię­tro ka­mie­ni­cy, prze­ro­bio­nej cał­ko­wi­cie na biu­ra na pię­trach i skle­py na par­te­rze.

– Dzień do­bry, ja na od­czy­ta­nie te­sta­men­tu. Je­stem Pa­tryk Wi­niar­ski – przy­wi­tał się z se­kre­tar­ką, któ­rą uznał za ład­ną, ale w tam­tym mo­men­cie nie było mu w gło­wie flir­to­wa­nie z tą ko­bie­tą.

– Dzień do­bry. – Uśmiech nie zni­kał z jej twa­rzy od chwi­li, gdy wszedł do pierw­sze­go po­miesz­cze­nia, któ­re peł­ni­ło funk­cję re­cep­cji i po­cze­kal­ni przed wej­ściem do ga­bi­ne­tu me­ce­na­sa. – Pan dok­tor Kan­dy­ne­wicz ma te­raz waż­ną roz­mo­wę te­le­fo­nicz­ną. Pro­szę usiąść i za­cze­kać.

Pa­tryk usiadł na głę­bo­kiej skó­rza­nej ka­na­pie i roz­glą­dał się po po­miesz­cze­niu.

– Może ze­chce pan kawy lub her­ba­ty? – do­py­ty­wa­ła se­kre­tar­ka.

– Nie, dzię­ku­ję. Her­ba­tę już pi­łem w domu, a kawy w ogó­le nie piję. – Chy­ba to miej­sce spra­wi­ło, że Pa­tryk stał się wy­jąt­ko­wo uprzej­my, mimo że cią­gle tra­pi­ła go myśl, co może być za­pi­sa­ne w tym te­sta­men­cie.

I gdy tak sie­dział i roz­my­ślał, z tych my­śli wy­rwa­ła go se­kre­tar­ka, któ­ra po­in­for­mo­wa­ła, że me­ce­nas już na nie­go cze­ka.

Ga­bi­net me­ce­na­sa oka­zał się więk­szy, niż Pa­tryk so­bie wy­obra­żał. Drew­nia­ne, sta­ro­mod­ne drzwi po­ma­lo­wa­ne były na bia­ło. Na wprost drzwi znaj­do­wał się rząd okien – wy­mie­nio­nych pod­czas ge­ne­ral­ne­go re­mon­tu ka­mie­ni­cy bli­sko dzie­sięć lat wcze­śniej. Po le­wej stro­nie, w dal­szej czę­ści ga­bi­ne­tu, stał na me­ta­lo­wych no­gach stół ze szkla­nym bla­tem, a wo­kół nie­go usta­wio­no osiem krze­seł w kre­mo­wym ko­lo­rze. Mię­dzy sto­łem a biur­kiem me­ce­na­sa, na drew­nia­nych pa­ne­lach, le­żał ciem­ny dy­wan bez wzo­rów.

Biur­ko me­ce­na­sa sta­no­wi­ło ze sto­łem kom­plet. Róż­ni­ło się je­dy­nie tym, że le­żał na nim czar­ny pod­kład na do­ku­men­ty z biu­ro­wym wy­po­sa­że­niem. Me­ce­nas, sie­dzą­cy na czar­nym, skó­rza­nym i bar­dzo wy­god­nym fo­te­lu biu­ro­wym, odło­żył tecz­kę z do­ku­men­ta­mi za sie­bie, do jed­nej z pla­sti­ko­wych ku­wet na re­ga­le.

– Dzień do­bry, pa­nie Pa­try­ku. Bar­dzo się cie­szę, że jest pan na czas – po­wi­tał go. – Pro­szę spo­cząć. – Wska­zał na wą­ski skó­rza­ny fo­tel po dru­giej stro­nie biur­ka, ewi­dent­nie prze­zna­czo­ny dla jego klien­tów.

– Dzień do­bry. – Usiadł na fo­te­lu. – To na kogo jesz­cze cze­ka­my? – Pa­tryk za­uwa­żył, że poza nim i me­ce­na­sem nie ma ni­ko­go wię­cej.

– Je­ste­śmy już w kom­ple­cie. Pan Edward nie miał dzie­ci ze swo­ją mał­żon­ką. Poza tym w te­sta­men­cie uwzględ­nił tyl­ko pana. – Me­ce­nas otwo­rzył tecz­kę, któ­ra le­ża­ła na jego biur­ku, kie­dy przy­szedł Pa­tryk, i wy­jął te­sta­ment. – Jest pan go­to­wy, pa­nie Pa­try­ku?

– Tak. – Ski­nął gło­wą na po­twier­dze­nie.

Me­ce­nas za­czął od wstę­pu, jaki za­wie­ra stan­dar­do­wy te­sta­ment. Pa­tryk słu­chał z uwa­gą i sku­pie­niem. Dło­nie lek­ko za­ci­skał na udach.

– Punkt pierw­szy – me­ce­nas za­czął od­czy­ty­wać te­sta­ment – moje miesz­ka­nie na pod­da­szu w ka­mie­ni­cy przy uli­cy Tu­chol­skiej za­pi­su­ję panu Pa­try­ko­wi Wi­niar­skie­mu na wła­sność. Wraz z ca­łym jego wy­po­sa­że­niem. Punkt dru­gi: an­ty­kwa­riat „Ka­za­ma­ty” za­pi­su­ję rów­nież panu Pa­try­ko­wi i moją wolą jest, aby da­lej pro­wa­dził wy­żej wy­mie­nio­ny pod­miot wraz ze wszyst­ki­mi książ­ka­mi, pod­ręcz­ni­ka­mi, en­cy­klo­pe­dia­mi itp. Punkt trze­ci: a żeby na start ży­cia za­wo­do­we­go nie był bez gro­sza, za­pi­su­ję mu wszyst­kie moje oszczęd­no­ści. Pa­try­ku, przez ten czas bar­dzo cię po­lu­bi­łem. Mam na­dzie­ję, że z wza­jem­no­ścią. A na ko­niec, mam na­dzie­ję, że znaj­dziesz w swo­im ży­ciu po­krew­ną du­szę, jak ja zna­la­złem ją w swo­jej Ma­rii. Po­wo­dze­nia i nie że­gnam się z tobą. Po­cze­kam na cie­bie tam, po dru­giej stro­nie, ale się nie śpiesz. Edward. – Me­ce­nas za­koń­czył od­czy­ty­wa­nie ostat­niej woli.

– O cho­le­ra. – Pa­tryk prze­rwał ci­szę, któ­ra przez chwi­lę opa­no­wa­ła ga­bi­net me­ce­na­sa.

I tak oto Pa­tryk stał się wła­ści­cie­lem an­ty­kwa­ria­tu oraz miesz­ka­nia. Od cza­su prze­ję­cia „Ka­za­mat” wpro­wa­dził to miej­sce w dwu­dzie­sty pierw­szy wiek, czy­li do In­ter­ne­tu, i za­czął sprze­da­wać książ­ki na ser­wi­sach au­kcyj­nych, a cza­sa­mi włą­czał li­cy­ta­cje eg­zem­pla­rzy, któ­re uzna­wał za „bia­łe kru­ki”. Oczy­wi­ście naj­pierw sam je czy­tał, bo ina­czej nie mógł­by so­bie póź­niej tego da­ro­wać. W ten spo­sób za­rów­no sprze­da­wał, jak i ku­po­wał książ­ki.

Wła­śnie prze­glą­dał w miesz­ka­niu przy Tu­chol­skiej ko­lej­ne au­kcje na lap­to­pie, obok któ­re­go le­ża­ło za­pro­sze­nie na we­se­le.

***

– Kur­wa, spóź­nię się do pra­cy. – Ane­ta syk­nę­ła ze zło­ścią sama na sie­bie, gdy po­now­nie spoj­rza­ła na go­dzi­nę na wy­świe­tla­czu te­le­fo­nu.

Co praw­da mo­gła wstać, kie­dy włą­czył się alarm, ale w pierw­szym od­ru­chu po prze­bu­dze­niu po­my­śla­ła, że usta­wi­ła go na wcze­śniej­szą go­dzi­nę i ma jesz­cze tro­chę cza­su. Nie spa­ła już, ale oczy mia­ła na­dal za­mknię­te. Le­ża­ła tak z pięć mi­nut, nie dłu­żej, a gdy po­now­nie spoj­rza­ła na wy­świe­tlacz te­le­fo­nu, w ułam­ku se­kun­dy uświa­do­mi­ła so­bie, że to, co było w jej od­czu­ciu pię­cio­ma mi­nu­ta­mi, w rze­czy­wi­sto­ści oka­za­ło się pra­wie czter­dzie­sto­ma.

Mo­gła nie roz­ma­wiać z Bła­że­jem, swo­im mę­żem, do pra­wie pierw­szej w nocy na Mes­sen­ge­rze, ale on wcze­śniej nie mógł, bo miał szko­le­nie. Wy­je­chał trzy dni temu do Po­zna­nia i miał wró­cić do­pie­ro w po­nie­dzia­łek.

Bła­żej Gar­lic­ki miał trzy­dzie­ści sie­dem lat i był kimś waż­nym w du­żej fir­mie trans­por­to­wej Tau­rus, ale nie był jej wła­ści­cie­lem. Jej sie­dzi­ba mie­ści­ła się gdzieś na obrze­żach To­ru­nia, mia­sta, w któ­rym miesz­ka­li, ale prak­tycz­nie na dru­gim jego koń­cu. Oni miesz­ka­li na ci­chym i spo­koj­nym osie­dlu dom­ków jed­no­ro­dzin­nych.

Kie­dyś in­te­re­so­wa­ła się jego pra­cą, ale z cza­sem prze­sta­ła. W ogó­le od ja­kie­goś cza­su Ane­ta czu­ła, że coś się wy­pa­li­ło w ich mał­żeń­stwie, i na­wet nie wie­dzia­ła, kie­dy to mo­gło się za­cząć. Do­my­śla­ła się, ale nie mia­ła pew­no­ści. My­śla­ła, że na­stą­pi­ło to po uro­dze­niu dru­giej có­recz­ki. Jak­by jej mąż nie chciał mieć już wię­cej dzie­ci, a jej ma­rze­niem była za­wsze trój­ka. Ja­koś ni­g­dy z nim o tym nie roz­ma­wia­ła. Może po­win­na była zro­bić to wcze­śniej, ale obec­nie już jej się nie chcia­ło. Ta noc­na roz­mo­wa wy­ni­ka­ła bar­dziej z obo­wiąz­ku czy przy­zwy­cza­je­nia niż z re­al­nej po­trze­by.

Ane­ta Gar­lic­ka, trzy­dzie­sto­sze­ścio­let­nia na­uczy­ciel­ka ję­zy­ka pol­skie­go w ka­to­lic­kim li­ceum ogól­no­kształ­cą­cym, była mat­ką dwóch có­rek: sze­ścio­let­niej Nad­ii i czte­ro­let­niej Mai.

I wła­śnie mu­sia­ła je obu­dzić, umyć, ubrać, zro­bić im śnia­da­nie i za­wieźć do przed­szko­la. Dzię­ki Bogu, przed­szko­le mia­ła po dro­dze do szko­ły, więc wie­rzy­ła, że zdą­ży przed po­ran­ny­mi kor­ka­mi. Mu­sia­ła je­chać Szo­są Cheł­miń­ską, któ­ra po­tra­fi­ła być za­kor­ko­wa­na w go­dzi­nach po­ran­ne­go szczy­tu. Za­sta­na­wia­ła się, czy skoń­czy­li już re­mon­to­wać jed­ną z ni­tek.

Ale za­nim za­ję­ła się dzieć­mi, sama mu­sia­ła się ogar­nąć, bo ak­tu­al­nie była w ko­szu­li noc­nej. Dla­te­go szyb­ko wsta­ła i po­szła do po­ko­ju swo­ich có­rek, po dro­dze wta­pia­jąc pal­ce w swo­je krę­co­ne wło­sy o na­tu­ral­nie wy­ra­zi­stym ru­dym ko­lo­rze i dra­piąc się po gło­wie.

Kie­dyś, jesz­cze w szko­le pod­sta­wo­wej, w gim­na­zjum i na po­cząt­ku li­ceum, mie­wa­ła nie­przy­jem­no­ści z po­wo­du swo­ich wło­sów. Zmie­ni­ło się to, gdy po­zna­ła swo­je­go pierw­sze­go chło­pa­ka, z któ­rym była pra­wie rok. To on prze­ko­nał ją, że jej wło­sy nie są prze­kleń­stwem, lecz atu­tem.

We­szła do nie­du­że­go po­ko­ju, w któ­rym spa­ły jej có­recz­ki. Nad­ia, po le­wej stro­nie od wej­ścia, zno­wu mia­ła koł­drę na dy­wa­nie, ale dzi­siaj Ane­ta nie mia­ła cza­su na­wet po­my­śleć o tym, aby zwró­cić jej uwa­gę. Nie, dzi­siaj nie. Maja, któ­rej chy­ba za­wsze było zim­no, le­ża­ła za­wi­nię­ta w swo­ją koł­der­kę jak na­le­śnik, na łóż­ku po pra­wej stro­nie od wej­ścia.

I dziw­nie ja­koś te geny się uło­ży­ły, bo Nad­ia mia­ła pro­ste, ja­sno­ru­de wło­sy, a Maja krę­co­ne, w ko­lo­rze wło­sów ojca, czy­li ciem­ny blond. Pew­nie z wie­kiem jej się roz­ja­śnią – tak nie­raz my­śla­ła so­bie Ane­ta, gdy na nią spo­glą­da­ła.

Za­pa­li­ła świa­tło włącz­ni­kiem znaj­du­ją­cym się po pra­wej stro­nie od drzwi. Ja­skra­wy blask lam­py wy­peł­nił po­kój. W czerw­cu po­ran­ki są już ja­sne, ale w po­ko­ju dziew­czy­nek za­mon­to­wa­ne były gra­na­to­we ro­le­ty, przez co było dość ciem­no. Nad­ia i Maja pra­wie od razu za­czę­ły mru­żyć oczy i się prze­cią­gać.

– Dziew­czyn­ki! Wsta­je­my. – Ane­ta po­de­szła naj­pierw do jed­nej cór­ki, po­tem do dru­giej, i de­li­kat­nie je szturch­nę­ła. – Już jest póź­no. No, wsta­waj­cie i idź­cie do ła­zien­ki się myć. Mama w tym cza­sie szyb­ko zro­bi śnia­da­nie.

Dzie­ci nie­śpiesz­nie wsta­ły i po­czła­pa­ły do du­żej ła­zien­ki znaj­du­ją­cej się na pół­pię­trze. Ze­szły do niej po drew­nia­nych scho­dach. Co cie­ka­we, gdy one scho­dzi­ły lub wcho­dzi­ły po tych scho­dach, to trze­ci sto­pień od góry nie skrzy­piał. Kie­dy prze­cho­dził tam­tę­dy kto inny, roz­le­ga­ło się cha­rak­te­ry­stycz­ne skrzyp­nię­cie tego jed­ne­go stop­nia. Mąż Ane­ty miał na­pra­wić ten scho­dek już daw­no temu, ale wciąż nie miał cza­su, a gdy tyl­ko de­li­kat­nie mu o tym przy­po­mi­na­ła, za­pew­niał, że pa­mię­ta.

Ane­ta za­bra­ła się za ro­bie­nie śnia­da­nia dla sie­bie i dzie­ci. Dla có­rek było ła­twiej – płat­ki śnia­da­nio­we i po to­ście z dże­mem tru­skaw­ko­wym. Ona sama szyb­ko zje to­sta i za­pi­je go so­kiem. Kawę wy­pi­je do­pie­ro w szko­le, a w skle­pi­ku szkol­nym kupi so­bie buł­kę – droż­dżów­ki z se­rem i kru­szon­ką za­wsze były świet­ne.

Maja i Nad­ia Gar­lic­kie w kwe­stii śnia­dań rów­nież się od sie­bie róż­ni­ły. Na­wet w wy­bo­rze płat­ków śnia­da­nio­wych. Jed­na lu­bi­ła płat­ki ku­ku­ry­dzia­ne albo z do­dat­kiem mio­du, a dru­ga nie tknę­ła in­nych niż cze­ko­la­do­we, naj­le­piej w kształ­cie mu­sze­lek. Do­brze, że po­dob­nie jak ich mat­ka, lu­bi­ły dże­my o każ­dym sma­ku.

Gdy dziew­czyn­ki ja­dły śnia­da­nie, Ane­ta przy­go­to­wa­ła im ubra­nia do przed­szko­la. Jej cór­ki po śnia­da­niu uda­ły się pro­sto do po­ko­ju, aby się ubrać, a Ane­ta w tym cza­sie sama po­szła do ła­zien­ki się wy­szy­ko­wać.

Sta­ła tyl­ko w bie­liź­nie, my­jąc zęby. Spoj­rza­ła na swo­je cia­ło. Lu­bi­ła na nie pa­trzeć. Ak­cep­to­wa­ła je, bo wy­glą­da­ło nie­mal jak przed pierw­szą cią­żą. Ta sama bar­dzo ja­sna skó­ra – nie­któ­rzy kie­dyś jej do­ku­cza­li, że jest za bla­da.

Zmie­ni­ły się za to jej pier­si. Już nie było to jędr­ne 70C. Na­dal jej się po­do­ba­ły, ale tyl­ko w sta­ni­ku, któ­ry eks­po­no­wał biust. Ta­kie jak kie­dyś to już ni­g­dy nie będą.

Wło­sy spię­ła szyb­ko zie­lo­ną gum­ką, aby jej nie prze­szka­dza­ły. Wło­sy. Na­tu­ral­nie krę­co­ne i rude. Jako je­dy­na ruda dziew­czy­na w kla­sie ni­g­dy nie mia­ła ła­two. Nie lu­bi­ła wra­cać my­śla­mi do tam­tych cza­sów. Przez te lata na­uczy­ła się być od­por­na i ak­cep­to­wać sie­bie taką, jaką była. I na­uczy­ła się lu­bić sie­bie.

Pa­trzy­ła w swo­je zie­lo­ne oczy, na chu­de ra­mio­na i szczu­płe cia­ło – uda­ło jej się wró­cić do for­my po uro­dze­niu dziew­czy­nek. Uwa­ża­ła sie­bie samą za ko­bie­tę atrak­cyj­ną, bo w rze­czy­wi­sto­ści taka była, ale czu­ła, że jej mąż już jej ta­kiej nie wi­dzi.

Tego po­ran­ka nie mia­ła jed­nak już cza­su na roz­my­śla­nie o tym ko­lej­ny raz. Za­po­wia­dał się bar­dzo cie­pły pią­tek, więc wło­ży­ła se­le­dy­no­wą ko­szul­kę z de­kol­tem szer­szym niż głęb­szym. Wzię­ła jesz­cze cien­ki ciem­no­zie­lo­ny swe­te­rek za­pi­na­ny na gu­zi­ki. Nie ma­lo­wa­ła się. Nie z po­wo­du bra­ku cza­su, choć rze­czy­wi­ście go nie mia­ła, ale dla­te­go, że tego nie po­trze­bo­wa­ła. Kon­trast mię­dzy ja­sną skó­rą twa­rzy a jej wło­sa­mi był wy­raź­ny. Uwa­gę, poza nimi, przy­cią­ga­ły usta. Na­tu­ral­nie peł­ne. Gdy się uśmie­cha­ła, w ką­ci­kach jej ust two­rzy­ły się cha­rak­te­ry­stycz­ne ma­lut­kie do­łecz­ki.

Tego ran­ka sam Bóg mu­siał być po jej stro­nie, bo co praw­da na Szo­sie Cheł­miń­skiej był duży ruch sa­mo­cho­do­wy, ale bez pro­ble­mu zdą­ży­ła za­wieźć dzie­ci do przed­szko­la i do­je­chać do Ka­to­lic­kie­go Li­ceum Ogól­no­kształ­cą­ce­go im. Jana Paw­ła II, w któ­rym pra­co­wa­ła. Uczy­ła ję­zy­ka pol­skie­go.

Le­d­wo wbie­gła do po­ko­ju na­uczy­ciel­skie­go po dzien­nik kla­sy 1A, gdy za­dzwo­nił dzwo­nek, za­pra­sza­ją­cy na­uczy­cie­li – a uczniów w szcze­gól­no­ści – na pierw­szą lek­cję tego dnia. Był to ostat­ni dzień wy­sta­wia­nia ocen koń­co­wych. Po­śpiech zro­bił swo­je, bo ucznio­wie cze­ka­ją­cy przed salą ję­zy­ka pol­skie­go zo­ba­czy­li jej po­licz­ki roz­grza­ne do czer­wo­no­ści.

Czas w szko­le spę­dzi­ła spo­koj­nie, żeby nie po­wie­dzieć: nud­no. Do­pie­ro na dru­giej lek­cji prze­py­ta­ła ucznia kla­sy 2C – Szy­mo­na, kla­so­wą gwiaz­dę, któ­re­mu gro­zi­ła oce­na nie­do­sta­tecz­na. Ane­ta nie lu­bi­ła wy­sta­wiać ta­kich ocen, dla­te­go słab­szym uczniom sta­ra­ła się po­ma­gać – prze­py­ty­wa­ła ich tak, aby sami przy­po­mi­na­li so­bie wła­ści­we od­po­wie­dzi. I po­dob­nie było w tym przy­pad­ku. Dzię­ki jej wska­zów­kom uczeń wy­szedł z za­gro­że­nia.

Dwa mie­sią­ce wcze­śniej kla­sy ma­tu­ral­ne za­koń­czy­ły na­ukę, więc w szko­le było o pra­wie jed­ną trze­cią klas mniej. Dla­te­go, po­mi­mo jed­ne­go okien­ka, skoń­czy­ła pra­cę przed go­dzi­ną dwu­na­stą i mo­gła ode­brać dziew­czyn­ki z ka­to­lic­kie­go przed­szko­la pro­wa­dzo­ne­go przez sio­stry za­kon­ne i wró­cić do domu.

Gdy dziew­czyn­ki ja­dły obiad, Ane­ta mia­ła czas na do­pa­ko­wa­nie się na week­en­do­wy wy­jazd do Piły. Mia­ła po­wód – je­cha­ła na we­se­le swo­jej przy­ja­ciół­ki jesz­cze ze szko­ły pod­sta­wo­wej. Mu­sia­ła spa­ko­wać tyl­ko su­kien­kę, ale jesz­cze się wa­ha­ła. Spo­śród trzech pro­po­zy­cji, nad któ­ry­mi się za­sta­na­wia­ła, wy­bra­ła tę, któ­ra jej się po­do­ba­ła od po­cząt­ku. I już za­pi­na­ła wa­liz­kę, gdy uświa­do­mi­ła so­bie, że musi do­brać inne buty, bo te nie będą pa­so­wać do osta­tecz­nie wy­bra­nej kre­acji. Szyb­ko wy­mie­ni­ła obu­wie na we­se­le, na­stęp­nie za­mknę­ła nie­du­żą wa­liz­kę i aku­rat wte­dy przy­je­cha­ła jej młod­sza sio­stra.

Dag­ma­ra Bo­et­ke, młod­sza o pięć lat od Ane­ty, rów­nież mę­żat­ka i mat­ka rocz­ne­go An­to­nie­go, zgo­dzi­ła się za­jąć dzieć­mi sio­stry, aby mo­gła spo­koj­nie je­chać na we­se­le. Bez męża, bo ten był na szko­le­niu. Pra­co­ho­lik.

– Cześć, sio­stra! – za­wo­ła­ła Dag­ma­ra od pro­gu.

Ane­ta po­ja­wi­ła się na scho­dach.

– Cześć, Daga, su­per, że już je­steś. Dzi­siaj czu­ję, że z ni­czym się nie wy­ra­biam. Do­brze, że dziew­czyn­ki spa­ko­wa­łam już wczo­raj. – Wska­za­ła ge­stem gło­wy na dwie małe wa­li­zecz­ki w ko­lo­rze ta­kim sa­mym jak jej wa­liz­ka, któ­rą po­sta­wi­ła obok.

Dziew­czyn­ki wy­bie­gły z kuch­ni, aby przy­wi­tać się z cio­cią.

– Cio­ooocia­aaaaaa! – krzy­cza­ły, bie­gnąc do Dag­ma­ry.

Po obie­dzie szyb­ko umy­ła na­czy­nia, na­stęp­nie wy­łą­czy­ła prąd, za­krę­ci­ła głów­ny za­wór gazu i wody. „Strze­żo­ne­go Pan Bóg strze­że”, jak za­wsze mó­wi­ła jej mat­ka. Sa­mo­chód zo­sta­wi­ła w ga­ra­żu. Je­cha­ły au­tem Dag­ma­ry, a ra­czej jej i jej męża, Ada­ma.

Mu­sia­ły się tro­chę śpie­szyć, po­nie­waż rów­no o pięt­na­stej od­jeż­dżał po­ciąg In­ter­Ci­ty Za­moy­ski. Po­je­cha­ły Szo­są Cheł­miń­ską, jed­ną z głów­nych ar­te­rii mia­sta, pro­sto na Dwo­rzec Głów­ny PKP. Je­cha­ły nie­co po­nad dwa­dzie­ścia mi­nut, więc Ane­ta mia­ła jesz­cze oko­ło kwa­dran­sa, aby po­że­gnać się z dzieć­mi i przy­tu­lić sio­strę w po­dzię­ko­wa­niu za to, że zaj­mie się jej dziew­czyn­ka­mi. Bi­let mia­ła w te­le­fo­nie, bo ku­pi­ła go w ze­szłym ty­go­dniu przez In­ter­net. W bu­dyn­ku dwor­ca, na elek­tro­nicz­nej ta­bli­cy z żół­tym na­pi­sem „OD­JAZ­DY” u góry spraw­dzi­ła, z któ­re­go pe­ro­nu od­je­dzie po­ciąg, ale obok nu­me­ru pe­ro­nu prze­su­wał się po­wo­li ja­kiś na­pis na bia­łym tle. „Opóź­nie­nie 45 mi­nut”. Taki sam ko­mu­ni­kat po­ja­wił się w ję­zy­ku an­giel­skim i nie­miec­kim.

Za­je­bi­ście – po­my­śla­ła Ane­ta. W brzu­chu jej za­bur­cza­ło, bo nie zja­dła w domu obia­du, a w szko­le tyl­ko buł­kę peł­no­ziar­ni­stą. Na dwor­cu zna­la­zła małe bi­stro, gdzie za­mó­wi­ła za­pie­kan­kę XXL z pie­czar­ka­mi, se­rem i su­rów­ką. Była tak głod­na, że zja­dła całą za­pie­kan­kę, któ­ra mia­ła chy­ba z pięć­dzie­siąt cen­ty­me­trów. Do tego wzię­ła pół­li­tro­wą bu­tel­kę Coca-Coli.

Po zje­dze­niu obia­du prze­cha­dza­ła się jesz­cze po dwor­cu, bo mia­ła nie­co cza­su do od­jaz­du po­cią­gu. Na­gle wpa­dła na po­mysł, aby spra­wić przy­jem­ność swo­jej przy­ja­ciół­ce, i w jed­nym z kio­sków na­ku­po­wa­ła pier­ni­ków to­ruń­skich. Jak po dro­dze zgłod­nie­je, to też so­bie zje – po­my­śla­ła.

Po­ciąg na szczę­ście nie wy­dłu­żył już swo­je­go spóź­nie­nia i przy­je­chał – zgod­nie z ak­tu­al­nym roz­kła­dem – po­nad czter­dzie­ści mi­nut po cza­sie. Gdy zo­ba­czy­ła, jak na pe­ron wjeż­dża nie­bie­ska lo­ko­mo­ty­wa EP-07 z bia­łym po­zio­mym pa­sem, po­my­śla­ła, że gdy­by je­cha­ła sa­mo­cho­dem, już daw­no by­ła­by poza To­ru­niem. Ale by­ła­by głod­na, więc mu­sia­ła­by zje­chać na sta­cję pa­liw i tam coś zjeść. Wła­ści­wie więc cza­so­wo nic by nie zy­ska­ła.

Po­ciąg za­czął ha­mo­wać i po pe­ro­nie roz­niósł się pisk ha­mul­ców. Wa­gon, w któ­rym mia­ła miej­sce, był dru­gi od koń­ca. Po­ciąg za­trzy­mał się ide­al­nie przed nią – „Wa­gon nu­mer 17, miej­sce 32, okno”. Za­pa­mię­ta­ła in­for­ma­cję za­war­tą na bi­le­cie po­dróż­nym.

Za­cze­ka­ła cier­pli­wie, aż z przed­nich drzwi wa­go­nu, przed któ­rym sta­ła wraz z nie­du­żą gru­pą pa­sa­że­rów, wyj­dą po­dróż­ni koń­czą­cy swo­ją po­dróż tego dnia. Ane­ta nie pa­mię­ta­ła już, kie­dy ostat­ni raz je­cha­ła po­cią­giem, i Za­moy­ski zdą­żył ru­szyć, nim zna­la­zła od­po­wied­nie miej­sce. Po­gu­bi­ła się w nu­me­ra­cji. Pew­nie nie ona jed­na.

Po­dróż pla­no­wo mia­ła trwać pra­wie dwie go­dzi­ny, bo na dwor­cu głów­nym w Pile mia­ła wy­siąść o go­dzi­nie 16:50, ale do­li­cza­jąc spóź­nie­nie i ewen­tu­al­ne dal­sze opóź­nie­nia, po­sta­no­wi­ła na­pi­sać do pra­wie już pan­ny mło­dej z in­for­ma­cją o sy­tu­acji.

Ewe­li­na – jesz­cze pan­na, a już za chwi­lę pani Pa­proc­ka – przy­ja­ciół­ka Ane­ty, cze­ka­ła wła­śnie na dru­gim pe­ro­nie dwor­ca głów­ne­go PKP w Pile. Już w so­bo­tę mia­ła wziąć ślub ze swo­im uko­cha­nym na­rze­czo­nym Wojt­kiem. Wie­dzia­ła, że po­ciąg ma opóź­nie­nie, więc sko­rzy­sta­ła z oka­zji i prze­szła się po kil­ku skle­pach w ga­le­rii han­dlo­wej obok dwor­ca.

Pe­ron był osło­nię­ty, a cień da­wał ochło­dę w to piąt­ko­we, czerw­co­we po­po­łu­dnie. Ewe­li­na mia­ła na­dzie­ję, że w dniu ślu­bu bę­dzie nie­co chłod­niej. Przez gło­śnik sły­chać było ko­mu­ni­kat za­po­wia­da­ją­cy przy­jazd po­cią­gu. Brzmiał, jak­by był wy­ge­ne­ro­wa­ny przez ja­kiś pro­gram kom­pu­te­ro­wy. Po krót­kiej chwi­li zo­ba­czy­ła po swo­jej le­wej stro­nie cha­rak­te­ry­stycz­ną nie­bie­ską lo­ko­mo­ty­wę, a chwi­lę póź­niej roz­brzmiał pisk wy­do­by­wa­ją­cy się spod ha­mu­ją­cych że­la­znych kół.

Ane­ta Gar­lic­ka wy­sła­ła Ewe­li­nie zdję­cie z po­cią­gu, aby ta mo­gła ją roz­po­znać na za­tło­czo­nym pe­ro­nie, kie­dy pa­sa­że­ro­wie wy­sia­da­ją­cy z po­cią­gu zmie­sza­ją się z tymi wsia­da­ją­cy­mi. Pew­nie i tak by ją roz­po­zna­ła po jej ru­dych wło­sach, ale wo­la­ła się za­bez­pie­czyć, gdy­by jej cha­rak­te­ry­stycz­ny ko­lor wło­sów oka­zał się mało rzu­ca­ją­cy się w oczy. Ewe­li­na zre­wan­żo­wa­ła się tym sa­mym, kie­dy była jesz­cze w ga­le­rii. Po­ciąg się za­trzy­mał. Ewe­li­na sta­nę­ła na wy­so­ko­ści wa­go­nu nu­mer 14, więc mu­sia­ła się cof­nąć do wła­ści­we­go, ale wy­sia­da­ją­cy i wsia­da­ją­cy pa­sa­że­ro­wie utrud­nia­li jej spraw­ne i szyb­kie doj­ście. Do­szła do wa­go­nu nu­mer 17 w mo­men­cie, kie­dy Ane­ta wy­sia­da­ła. Rude loki były na tyle cha­rak­te­ry­stycz­ne, że wy­róż­nia­ły się w tłu­mie.

Ane­ta za­czę­ła się roz­glą­dać po pe­ro­nie, sta­jąc na drob­nej ko­st­ce bru­ko­wej. Na­wet nie wie­dzia­ła, że kost­ka w tym miej­scu ma prze­szło sto lat. Szu­ka­ła ni­skiej bru­net­ki o dłu­gich i pro­stych wło­sach. Na­dal no­si­ła oku­la­ry. Jed­nak to Ewe­li­na za­uwa­ży­ła ją jako pierw­sza.

– Ane­ta! – krzyk­nę­ła z ra­do­ści i rzu­ci­ła się jej w ra­mio­na.

Moc­no się uści­snę­ły, uca­ło­wa­ły w po­licz­ki i ro­ze­śmia­ły się gło­śno.

– Ewe­la! Jak cu­dow­nie cię wi­dzieć.

Po przy­wi­ta­niu się Ewe­li­na wzię­ła od Ane­ty wa­liz­kę. Prze­szły pod­ziem­nym przej­ściem mię­dzy pe­ro­nem dru­gim a pierw­szym. Tam ru­do­wło­są To­ru­nian­kę urze­kły małe, pro­sto­kąt­ne, po­zio­me ka­fel­ki w ko­lo­rze kre­mo­wo­bia­łym z jed­nym rzę­dem nie­bie­skich, któ­re cią­gnę­ły się przez cały tu­nel.

– W To­ru­niu ta­kich nie ma – za­uwa­ży­ła Ane­ta.

– Bo zro­bi­li bez­sen­sow­ny re­mont. Dwo­rzec w To­ru­niu mi się nie po­do­ba. Ale to nic. Zo­ba­czysz, jak wy­glą­da tu­taj dwo­rzec w środ­ku. Bę­dziesz w szo­ku.

I fak­tycz­nie. Ze­szły do przej­ścia pod­ziem­ne­go pod pe­ro­na­mi i za­czę­ły wy­cho­dzić na po­wierzch­nię. We­szły po ka­mien­nych scho­dach, tak samo sta­rych jak kost­ka bru­ko­wa na pe­ro­nie, na pierw­szy pe­ron, przy któ­rym stał bu­dy­nek dwor­ca głów­ne­go.

Ane­ta przy­sta­nę­ła na chwi­lę. Mu­sia­ła zro­bić zdję­cie bu­dyn­ko­wi dwor­ca. Był pięk­nie od­re­stau­ro­wa­ny, miał ja­sno­żół­ty ko­lor z bia­ły­mi ob­ra­mo­wa­nia­mi na ścia­nach. Na­stęp­nie prze­szły przez uchy­lo­ne drew­nia­ne, cięż­kie drzwi i Ane­ta, któ­rą Ewe­li­na pu­ści­ła pierw­szą, po­czu­ła się, jak­by prze­szła do in­ne­go świa­ta. A ra­czej jak­by cof­nę­ła się w cza­sie o przy­naj­mniej sto lat.

Od razu otwo­rzy­ła w te­le­fo­nie apa­rat i za­czę­ła ro­bić zdję­cia. Sta­nę­ła na środ­ku po­cze­kal­ni i ob­ra­ca­ła się wo­kół wła­snej osi, aby wszyst­ko do­kład­nie zo­ba­czyć. Po­po­łu­dnio­wi pa­sa­że­ro­wie w ni­czym jej nie prze­szka­dza­li. Drew­nia­ne i zło­te zdo­bie­nia nada­wa­ły tej sali hi­sto­rycz­ny cha­rak­ter.

– Chodź, po­ka­żę ci coś. – Ewe­li­na wska­za­ła na otwar­te drzwi po jej pra­wej stro­nie, gdy Ane­ta za­trzy­ma­ła się na­prze­ciw wi­szą­cej na ścia­nie elek­tro­nicz­nej ta­bli­cy od­jaz­dów po­cią­gów.

I we­szły do Sali Ce­sar­skiej, któ­ra pier­wot­nie mia­ła być spe­cjal­ną salą dla ce­sa­rza pru­skie­go i jego go­ści oraz urzęd­ni­ków. Ane­ta sta­nę­ła w drzwiach i zo­ba­czy­ła trój­bocz­ną ab­sy­dę, któ­ra roz­świe­tla­ła na­tu­ral­nym świa­tłem całe po­miesz­cze­nie. We­szła głę­biej do sali i wszyst­ko do­kład­nie ob­ser­wo­wa­ła oraz ro­bi­ła zdję­cia.

– Ej, Ewe­li­na, zo­bacz, te bo­aze­rie i strop wy­glą­da­ją, jak­by były zro­bio­ne od zera. – Ane­ta była pod wra­że­niem tego, co wi­dzia­ła. My­śla­ła, że ta­kich dwor­ców już nie ma, że ist­nie­ją tyl­ko no­wo­cze­sne.

– Bo to są sta­re bo­aze­rie i ten strop też jest sta­ry. Po pro­stu wszyst­ko zo­sta­ło pod­da­ne re­no­wa­cji – wy­ja­śni­ła Ewe­li­na i za­py­ta­ła: – A zwró­ci­łaś uwa­gę na drzwi? A w szcze­gól­no­ści na to, co się na nich znaj­du­je?

– Tak, ale nie wiem, co to jest. – Ane­ta te­raz do­kład­niej się przy­glą­da­ła jed­nym z tych dwu­skrzy­dło­wych, cięż­kich, czar­nych drew­nia­nych drzwi ze zło­ty­mi zdo­bie­nia­mi.

– To ce­sar­ski em­ble­mat z ini­cja­łem sa­me­go ce­sa­rza pru­skie­go.

– Ale to jest nie­zwy­kłe. Pięk­na ręcz­na ro­bo­ta. Dziś tak już się nie robi.

Czas pły­nął szyb­ko i zro­bi­ło się już póź­ne po­po­łu­dnie. Ane­ta na chwi­lę za­po­mnia­ła o tym, że jej przy­ja­ciół­ka ju­tro ma swój naj­waż­niej­szy dzień w ży­ciu.

Wy­szły z Sali Ce­sar­skiej, prze­szły przez po­cze­kal­nię i jed­nym kro­kiem zna­la­zły się w XXI wie­ku. W no­wo­cze­sno­ści. A po­tem znów cof­nę­ły się w cza­sie, bo aby wyjść na mia­sto, mu­sia­ły przejść przez pod­ziem­ny tu­nel. Zno­wu Ane­ta czu­ła pod po­de­szwa­mi bu­tów ka­mien­ne scho­dy, trzy­ma­ła się przy tym drew­nia­nej po­rę­czy osa­dzo­nej w pięk­nie zdo­bio­nej że­liw­nej kon­struk­cji po­ma­lo­wa­nej na czar­no.

Szyb­ko po­czu­ła, że nie jest tak przy­jem­nie, jak w tu­ne­lu mię­dzy pe­ro­na­mi. Rap­tem po trzech, może czte­rech kro­kach po­czu­ła smród mo­czu. Za­głę­bie­nia ryn­no­we znaj­du­ją­ce się po obu stro­nach tu­ne­lu czę­sto słu­ży­ły jako pi­su­ary dla tych, któ­rzy wy­pi­li o kil­ka piw za dużo w oko­licz­nych ba­rach i nie wie­dzie­li, gdzie są to­a­le­ty. Ane­ta po­sta­no­wi­ła przy­śpie­szyć krok, aby jak naj­szyb­ciej wy­do­stać się z tu­ne­lu. Wi­dzia­ła, że wy­glą­dał iden­tycz­nie jak wcze­śniej­szy tu­nel, ale odór był na tyle sil­ny, że nie po­zwa­lał jej się na tym sku­pić.

W koń­cu wy­szły i Ane­ta mo­gła ode­tchnąć peł­ną pier­sią. Ewe­li­na od razu za­pro­wa­dzi­ła swo­ją przy­ja­ciół­kę na par­king przed ga­le­rią han­dlo­wą, gdzie za­par­ko­wa­ła sa­mo­chód. Wa­liz­kę wło­ży­ły do ba­gaż­ni­ka i ru­szy­ły w dro­gę.

Ewe­li­na miesz­ka­ła z Wojt­kiem od za­rę­czyn. Nie chcie­li uda­wać cno­tli­wych i żyć osob­no do ślu­bu. Wzię­li kre­dyt na dom, któ­ry nie­daw­no wy­koń­czy­li i się do nie­go wpro­wa­dzi­li. Ro­dzi­ce pary mło­dej do­ło­ży­li za to spo­ro do ślu­bu.

Ru­szy­ły spod ga­le­rii han­dlo­wej, po­je­cha­ły przez most pro­sto w uli­cę Okól­ną i da­lej uli­cą Ku­so­ciń­skie­go. Po pra­wej stro­nie mi­ja­ły ko­lo­ro­we wie­żow­ce, a po le­wej gę­ste za­ro­śla, po­nad któ­ry­mi wi­dać było wy­so­kie masz­ty oświe­tle­nio­we.

Ane­ta nie mu­sia­ła o nic py­tać Ewe­li­ny, bo ta cały czas jej wy­ja­śnia­ła, co wi­dzą, więc do­wie­dzia­ła się, że to masz­ty oświe­tle­nio­we sta­dio­nu żuż­lo­we­go. Nasz w To­ru­niu jest więk­szy i wi­docz­ny, Ane­ta za­śmia­ła się w du­chu i po­my­śla­ła, że ani razu nie była na żad­nym me­czu. Chęt­nie by po­szła, ale ni­g­dy nie chcia­ła iść sama, a Bła­żej nie in­te­re­so­wał się spor­tem.

Na­stęp­nie skrę­ci­ły w pra­wo na uli­cę Kos­sa­ka i je­cha­ły da­lej pro­sto, a po­tem w lewo, wjeż­dża­jąc w uli­cę Phi­lip­sa. W koń­cu zo­ba­czy­ły przy otwar­tej bra­mie Wojt­ka, któ­ry na nie cze­kał. Ane­ta wi­dzia­ła go tyl­ko na zdję­ciach na Fa­ce­bo­oku albo kie­dy cza­sa­mi roz­ma­wia­ły na Sky­pie i po­ja­wiał się w tle. Na żywo wy­glą­dał le­piej niż na zdję­ciach. Ewe­li­na do­brze tra­fi­ła.

Resz­tę wie­czo­ru dziew­czy­ny spę­dzi­ły na roz­mo­wie, ale nie na tak dłu­giej, jak­by chcia­ły. Ewe­li­na na­stęp­ne­go dnia bra­ła ślub, a Ane­ta też czu­ła się zmę­czo­na po ca­łym dniu. Roz­pa­ko­wa­ła się w po­ko­iku go­ścin­nym, wzię­ła prysz­nic, wło­ży­ła ko­szu­lę noc­ną i po­ło­ży­ła się spać. Po­ga­da­ła jesz­cze przez te­le­fon z sio­strą, do­py­ty­wa­ła, czy dziew­czyn­ki za bar­dzo jej nie mę­czą. Chcia­ła też z nimi po­roz­ma­wiać, ale już spa­ły. Na ko­niec na­pi­sa­ła jesz­cze tyl­ko Bła­że­jo­wi, że jest już na miej­scu. Cze­ka­ła chwi­lę, aż od­pi­sze, i za­snę­ła.

Rozdział 2.

Ślub

Ane­ta Gar­lic­ka zbie­ra­ła się do wyj­ścia na ślub. Grze­ba­ła w to­reb­ce, aby wy­jąć błysz­czyk do ust. Z za­sko­cze­niem od­kry­ła, że za­bra­ła ze sobą za­pro­sze­nie na ślub i we­se­le. Po co wzię­łam je ze sobą? – po­my­śla­ła i od­ru­cho­wo prze­czy­ta­ła wy­tłusz­czo­ny frag­ment: „w Ko­ście­le pw. św. An­to­nie­go Pa­dew­skie­go w Pile, o go­dzi­nie 15:00” i da­lej data.

Na tę wy­jąt­ko­wą oka­zję Ane­ta zde­cy­do­wa­ła się wło­żyć su­kien­kę ko­lo­ru bu­tel­ko­wej zie­le­ni, przy­le­ga­ją­cą do cia­ła, się­ga­ją­cą ko­lan oraz za­pi­na­ną na za­mek bły­ska­wicz­ny na ple­cach. Ta­lię pod­kre­ślił lek­ki, sze­ro­ki czar­ny pas z cien­ką me­ta­lo­wą klam­rą. Bi­żu­te­rię, któ­rą wy­bra­ła na tę szcze­gól­ną oko­licz­ność w ży­ciu jej przy­ja­ciół­ki, sta­no­wi­ły sre­brzy­sto­bia­łe kol­czy­ki przy­le­ga­ją­ce do uszu i cien­ki łań­cu­szek ze srebr­nym, lek­ko pę­ka­tym ser­dusz­kiem. Zo­sta­ło tyl­ko za­ło­żyć na lewy nad­gar­stek cien­ki ze­ga­rek i już mo­gła wy­cho­dzić.

A wła­śnie że nie! Za­po­mnia­ła o bu­tach. Nie wy­pa­ko­wa­ła swo­ich sied­mio­cen­ty­me­tro­wych czar­nych szpi­lek z za­pię­ciem nad kost­ką. Daw­no nie mia­ła na no­gach tak wy­so­kich ob­ca­sów, a kie­dyś uwiel­bia­ła w nich cho­dzić. Jed­nak ła­twiej i wy­god­niej było bie­gać za dziew­czyn­ka­mi w wy­god­nych adi­da­sach niż w szpil­kach.

Po­go­da tego dnia za­po­wia­da­ła się na bar­dzo cie­płą. Na nie­bie nie było ani jed­nej chmur­ki. Pro­gno­zo­wa­li oko­ło dwu­dzie­stu stop­ni Cel­sju­sza i chy­ba mia­ło się to spraw­dzić.

Ane­ta za­bra­ła się sa­mo­cho­dem z in­ny­mi człon­ka­mi ro­dzi­ny pana mło­de­go.

Przy­je­cha­li przed ko­ściół jako pierw­si i chy­ba byli nie­co za wcze­śnie, dzię­ki cze­mu Ane­ta mo­gła do­kład­niej zo­ba­czyć świą­ty­nię z ze­wnątrz. Sam bu­dy­nek zo­stał wznie­sio­ny we wcze­snym sty­lu ro­mań­skim, co było cha­rak­te­ry­stycz­ne dla nie­miec­kich ar­chi­tek­tów tego okre­su. Cięż­kie, mo­sięż­ne drzwi otwo­rzy­ły się za­ska­ku­ją­co lek­ko, gdy Ane­ta chcia­ła wejść do środ­ka.

Za­chwy­ci­ło ją wnę­trze, któ­re przy­po­mi­na­ło ka­ta­kum­by. Spoj­rza­ła w kie­run­ku oł­ta­rza i aż się za­trzy­ma­ła. Za oł­ta­rzem na ścia­nie wi­siał drew­nia­ny krzyż z przy­bi­tym do nie­go drew­nia­nym Je­zu­sem Chry­stu­sem. Pa­trzy­ła na praw­do­po­dob­nie naj­więk­szy drew­nia­ny krzyż w Eu­ro­pie. Po le­wej stro­nie, na ścia­nie, zo­ba­czy­ła na­ma­lo­wa­ne sce­ny dro­gi krzy­żo­wej, a po pra­wej – wą­skie, ale bar­dzo wy­so­kie wi­tra­że. Dłu­gie, drew­nia­ne ławy przy­stro­jo­ne zo­sta­ły bia­łym ma­te­ria­łem, ja­kie­go uży­wa się do szy­cia fi­ra­nek. Do­dat­ko­wo zo­stał przy­ozdo­bio­ny ga­łąz­ka­mi. Mię­dzy rzę­da­mi ław, po­środ­ku po­ło­żo­no czer­wo­ny dy­wan pro­wa­dzą­cy pro­sto do oł­ta­rza. Tam sta­ły krze­sła za­rów­no dla pary mło­dej, jak i dla świad­ków, rów­nież przy­stro­jo­ne na bia­ło. Było tak przy­jem­nie chłod­no, że nie chcia­ła wy­cho­dzić na ze­wnątrz. Za­ję­ła miej­sce i po­sta­no­wi­ła po­cze­kać.

Le­d­wo usia­dła w ła­wie po pra­wej stro­nie, kie­dy za­czę­li wcho­dzić go­ście. Roz­legł się stu­kot wie­lu par mę­skich bu­tów na twar­dych po­de­szwach, a tak­że wie­lu par dam­skich bu­tów z ob­ca­sa­mi. Po chwi­li za­mie­sza­nia i ha­ła­su za­czę­ła się ce­re­mo­nia.

Po czer­wo­nym dy­wa­nie po­wo­li, do­stoj­nie, ale pew­nie też z prze­ję­ciem i uczu­ciem stre­su, a tak­że szczę­ścia, szła jej przy­ja­ciół­ka wraz ze swo­im przy­szłym mę­żem.

Ewe­li­na – za mo­ment już Pa­proc­ka – nie zde­cy­do­wa­ła się na we­lon. Mia­ła za to wło­sy spię­te w kok bia­łą klam­rą. Na szyi wi­siał zło­ty łań­cu­szek z bursz­ty­nem. Do­sta­ła go w pre­zen­cie od na­rze­czo­ne­go, gdy pierw­szy raz po­je­cha­li ra­zem nad mo­rze do Sar­bi­no­wa. Suk­nia ślub­na była bez ra­mią­czek, trzy­ma­ła się na biu­ście. I nie była śnież­no­bia­ła, lecz ja­sno­kre­mo­wa. Dłu­ga do sa­mej zie­mi. Ma­te­riał na wy­so­ko­ści pier­si miał kwie­ci­sty wzór, a ko­ron­ko­we bo­ler­ko, rów­nież ozdo­bio­ne kwiet­nym wzo­rem, za­sła­nia­ło gołe ra­mio­na. Smu­kłe dło­nie pan­ny mło­dej trzy­ma­ły bu­kiet skła­da­ją­cy się z bia­łych kwia­tów o de­li­kat­nych list­kach, a tak­że dwóch błę­kit­nych i dwóch ró­żo­wych.

Ksiądz sta­nął przed oł­ta­rzem, któ­ry miał za sobą, przed sobą zaś miał Ewe­li­nę i Wojt­ka, któ­rzy uklę­kli przed nim. Ksiądz roz­ło­żył ręce na boki, dło­nie skie­ro­wał ku gó­rze. Roz­po­czę­ła się ce­re­mo­nia. Ka­płan miał przed sobą mi­kro­fon, któ­ry trzy­mał jego po­moc­nik – je­den z bra­ci ka­pu­cy­nów. Zwró­cił się do pary mło­dej z na­stę­pu­ją­cy­mi py­ta­nia­mi:

– Czy chce­cie do­bro­wol­nie i bez żad­ne­go przy­mu­su za­wrzeć zwią­zek mał­żeń­ski?

– Chce­my – od­po­wie­dzie­li jed­no­cze­śnie, zgod­nie z ry­tu­ałem.

– Czy chce­cie wy­trwać w tym związ­ku w zdro­wiu i w cho­ro­bie, w do­brej i w złej doli, aż do koń­ca ży­cia?

– Chce­my.

– Czy chce­cie z mi­ło­ścią przy­jąć i po ka­to­lic­ku wy­cho­wać po­tom­stwo, któ­rym Bóg was ob­da­rzy?

– Chce­my.

– A te­raz, pro­szę, od­mów­my wspól­nie mo­dli­twę do Du­cha Świę­te­go – kon­ty­nu­ował ksiądz.

– Du­chu Świę­ty, przyjdź do na­sze­go mał­żeń­stwa, przyjdź przez po­tęż­ne wsta­wien­nic­two Nie­po­ka­la­ne­go Ser­ca Ma­ryi, Two­jej umi­ło­wa­nej ob­lu­bie­ni­cy. Du­chu Świę­ty, przyjdź do na­sze­go mał­żeń­stwa z da­rem mi­ło­ści, wier­no­ści i uczci­wo­ści. – Ksiądz pierw­szy mó­wił sło­wa mo­dli­twy, sto­su­jąc od­po­wied­nie prze­rwy, a para mło­da rów­no­cze­śnie je po­wta­rza­ła.

Ewe­li­na i Woj­tek na chwi­lę usie­dli na krze­słach.

Po mo­dli­twie ksiądz przy­stą­pił do przy­się­gi mał­żeń­skiej. Po­pro­sił o po­wsta­nie. Za­nim do­szło do jej zło­że­nia, ksiądz zwró­cił się do mło­dych na­stę­pu­ją­cy­mi sło­wa­mi:

– Sko­ro za­mier­za­cie za­wrzeć sa­kra­men­tal­ny zwią­zek mał­żeń­ski, po­daj­cie so­bie pra­we dło­nie…

W tym mo­men­cie Ewe­li­na i Woj­tek sta­nę­li przo­dem do sie­bie, a po ich bo­kach znaj­do­wa­li się ksiądz i zgro­ma­dze­ni go­ście.

– …i wo­bec Boga – ksiądz ob­wi­jał stu­łą pra­we dło­nie pary mło­dej – i Ko­ścio­ła po­wta­rzaj­cie za mną sło­wa przy­się­gi mał­żeń­skiej.

Pierw­szy mó­wił Woj­tek.

Ja, Woj­ciech, bio­rę cie­bie, Ewe­li­no, za żonę i ślu­bu­ję ci…

Tak, bio­rę cie­bie za żonę… Ane­ta kie­dyś bar­dzo chcia­ła zo­stać żoną Bła­że­ja Gar­lic­kie­go. Chy­ba na­wet bar­dziej niż on sam. W tam­tym cza­sie mia­ła go za cud, wrę­cza ide­ał. Te­raz nie wie­dzia­ła, czy wte­dy był inny niż te­raz,, czy ona po pro­stu nie chcia­ła tego do­strze­gać. W jej wy­obra­że­niach nie był taki. Był ko­cha­ny, za­baw­ny, in­te­li­gent­ny, tro­skli­wy, ro­man­tycz­ny. Ucie­szy­ła się bar­dzo, kie­dy się jej oświad­czył. Po ślu­bie szyb­ko przy­zwy­cza­iła się do no­we­go na­zwi­ska. Cho­ciaż na po­cząt­ku my­li­ła się, gdy pod­pi­sy­wa­ła do­ku­men­ty.

…mi­łość…

Na po­cząt­ku ko­chał. Te­raz? Ane­ta nie lu­bi­ła za­da­wać so­bie tego py­ta­nia. Już tego nie oka­zy­wał tak, jak kie­dyś. Nie pa­mię­ta­ła, kie­dy ostat­ni raz usły­sza­ła od nie­go „ko­cham cię” ani kie­dy do­sta­ła od nie­go kwia­ty z oka­zji rocz­ni­cy ślu­bu, jej uro­dzin czy Dnia Ko­biet. Za to dziew­czyn­ki ją ko­cha­ły. Tro­chę na swój spo­sób, ale cza­sa­mi mó­wi­ły: „mamo, ko­cham cię”, i to spra­wia­ło Ane­cie przy­jem­ność.

… wier­ność…

Bła­żej Gar­lic­ki był wier­ny Ane­cie i ona to wie­dzia­ła. Oczy­wi­ście ni­g­dy jej tego nie po­wie­dział, ale ona to czu­ła – bar­dziej niż jego mi­łość. Po­dob­no gdy męż­czy­zna zdra­dza swo­ją ko­bie­tę, to za­czy­na bar­dziej o sie­bie dbać. Nie tyl­ko zmie­nia die­tę na zdrow­szą, ale za­czy­na dbać o swo­je cia­ło, na przy­kład upra­wia­jąc ja­kiś sport, aby po­pra­wić swo­ją syl­wet­kę; na­gle ubie­ra się w lep­sze ciu­chy, któ­re sam ku­pił; czę­ściej cho­dzi ogo­lo­ny i za­czy­na ład­niej pach­nieć. A u nie­go wszyst­ko było tak samo – cho­dze­nie w sta­rym i dziu­ra­wym dre­sie albo w sa­mych bok­ser­kach po domu, go­le­nie się raz na ty­dzień, albo i jesz­cze rza­dziej, a od lat ten sam żel pod prysz­nic, któ­re­go za­pach jej re­cep­to­ry w no­sie już daw­no prze­sta­ły od­bie­rać.

…i uczci­wość mał­żeń­ską…

Czym jest uczci­wość w mał­żeń­stwie, Ane­ta Gar­lic­ka pa­mię­ta­ła z kur­su przed­mał­żeń­skie­go, któ­ry pro­wa­dził mło­dy ksiądz w pa­ra­fii na Wrzo­sach w To­ru­niu. Nie­raz by­wa­ło za­baw­nie pod­czas tych spo­tkań, ale też cie­ka­wie.

Do­kład­niej mó­wiąc, zna­ła de­fi­ni­cję, ale tyl­ko de­fi­ni­cję. Obec­nie Ane­ta nie wi­dzia­ła tej uczci­wo­ści w ich domu. Od ja­kie­goś cza­su tyl­ko do sie­bie mó­wi­li, a po­win­ni roz­ma­wiać z peł­nym sza­cun­kiem i zro­zu­mie­niem.

Z tych wszyst­kich ele­men­tów naj­dłu­żej utrzy­ma­ła się szcze­rość, lecz osa­mot­nio­na co­raz czę­ściej do­pro­wa­dza­ła do kłót­ni mię­dzy nimi, więc i ją za­czę­li so­bie wza­jem­nie daw­ko­wać. Chy­ba na­dal się wspie­ra­li. Na pew­no Ane­ta wspie­ra­ła Bła­że­ja, ale czy on ją? Nie czu­ła tego. A przy­naj­mniej nie tak, jak czu­ła kie­dyś, gdy Bła­żej był dla niej wszyst­kim. Chy­ba ten brak od­po­wied­nie­go wspar­cia za­czął się ja­kiś czas po uro­dze­niu dru­giej cór­ki. Nie­raz by­wa­ło cięż­ko, ale wy­ro­bi­ła so­bie sys­tem sa­mo­wspar­cia i au­to­mo­ty­wo­wa­nia się. Mu­sia­ła jed­nak uczci­wie przy­znać, że Bła­żej jest bar­dzo ko­cha­ją­cym oj­cem. Dziew­czyn­ki go uwiel­bia­ją i Ane­ta wi­dzia­ła, że cza­sa­mi pró­bu­ją go na­śla­do­wać.

…oraz że cię nie opusz­czę aż do śmier­ci…

Tu­taj Ane­ta zbyt­nio nie roz­my­śla­ła, bo jako prak­ty­ku­ją­ca uczest­nicz­ka ży­cia Ko­ścio­ła rzym­sko­ka­to­lic­kie­go nie uzna­wa­ła roz­wo­dów po ślu­bie ko­ściel­nym. Sa­kra­ment mał­żeń­stwa był świę­ty i nie moż­na go było w ża­den spo­sób zła­mać, bo to był cięż­ki grzech. Nie­za­leż­nie, co by się dzia­ło w ich mał­żeń­stwie, ona od nie­go nie odej­dzie. Na­wet je­śli bę­dzie się mę­czyć, bę­dzie nie­szczę­śli­wa czy za­nie­dba­na jako ko­bie­ta, to i tak nie odej­dzie. Chy­ba że…

Spoj­rza­ła na dłoń po­ło­żo­ną na udzie, na pa­lec, na któ­rym mia­ła zło­tą ob­rącz­kę. Pal­ca­mi dru­giej dło­ni ob­ra­ca­ła ją na pal­cu i nie­spo­dzie­wa­nie usły­sza­ła swój głos w gło­wie. To była tyl­ko myśl, ale taka, że po­czu­ła, jak sut­ki, scho­wa­ne w gład­kim bia­łym biu­sto­no­szu, ro­bią BAH!

Woj­tek Pa­proc­ki swo­ją przy­się­gę koń­czył sło­wa­mi:

– Tak mi do­po­móż, Pa­nie Boże Wszech­mo­gą­cy, w Trój­cy je­dy­ny, i wszy­scy świę­ci.

***

W so­bo­ty an­ty­kwa­riat „Ka­za­ma­ty” był czyn­ny do go­dzi­ny trzy­na­stej, lecz z po­wo­du ślu­bu ko­le­gi Pa­tryk za­mknął go go­dzi­nę wcze­śniej, o czym klien­ci byli już po­in­for­mo­wa­ni kil­ka dni wcze­śniej – na drzwiach wej­ścio­wych od stro­ny uli­cy, na kart­ce for­ma­tu A4 za­wisł od­po­wied­ni ko­mu­ni­kat. Zresz­tą dzi­siaj mógł w ogó­le nie otwie­rać, bo i tak nikt nie przy­szedł.

Dro­ga z pra­cy do domu za­ję­ła mu nie­ca­łe pół go­dzi­ny. Wziął szyb­ki prysz­nic, ogo­lił się, co moż­na było uznać za wy­jąt­ko­wą sy­tu­ację, bo ro­bił to tyl­ko w nie­dzie­lę. Ta­kie przy­zwy­cza­je­nie. Szyb­ko coś zjadł, taki mały obiad, czy­li pod­grzał so­bie wcze­śniej zro­bio­ne da­nie jed­no­garn­ko­we z ziem­nia­ka­mi, kieł­ba­są i wa­rzy­wa­mi. Kil­ka mie­się­cy temu ku­pił so­bie książ­kę z prze­pi­sa­mi na ta­kie da­nia i uznał, że to ide­al­na opcja dla sa­mot­nych fa­ce­tów. Szyb­kie, pro­ste i przez na­stęp­ne dni mało zmy­wa­nia.

Miesz­ka­nie Pa­try­ka było dość bli­sko ko­ścio­ła, w któ­rym miał się od­być ślub Ewe­li­ny i Wojt­ka, dla­te­go stwier­dził, że ma jesz­cze czas, aby spo­koj­nie so­bie obej­rzeć tyl­ko je­den od­ci­nek se­ria­lu na Net­fli­xie. Znał się na ze­gar­ku, ale na ze­gar­ku do­brze dzia­ła­ją­cym. Ze­gar, któ­ry miał w sa­lo­nie, spóź­niał się oko­ło dzie­się­ciu mi­nut. Przy­po­mniał so­bie o tym do­pie­ro, gdy zer­k­nął od­ru­cho­wo na go­dzi­nę w te­le­fo­nie.

– Cho­le­ra ja­sna! Spóź­nię się! – wrza­snął sam do sie­bie i czym prę­dzej za­brał się za ubie­ra­nie.

[…]

Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.

Uciec od sa­mot­no­ści

isbn: 978-83-8423-765-6

© Ma­ciej Par­szew­ski i Wy­daw­nic­two No­vae Res 2026

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Ko­pio­wa­nie, re­pro­duk­cja lub od­czyt ja­kie­go­kol­wiek frag­men­tu tej książ­ki w środ­kach ma­so­we­go prze­ka­zu wy­ma­ga pi­sem­nej zgo­dy Wy­daw­nic­twa No­vae Res.

re­dak­cja: No­vae Res

ko­rek­ta: Pau­li­na Gór­ska

okład­ka: Pau­li­na Ra­dom­ska-Skier­kow­ska

kon­wer­sja e-bo­oka: Ga­briel Wy­glę­dacz – Stu­dio Aka­pit

Wy­daw­nic­two No­vae Res na­le­ży do gru­py wy­daw­ni­czej Za­czy­ta­ni.

Gru­pa Za­czy­ta­ni sp. z o.o.

ul. Świę­to­jań­ska 9/4, 81-368 Gdy­nia

tel.: 58 716 78 59, e-mail: se­kre­ta­riat@gru­pa­za­czy­ta­ni.pl

https://no­va­eres.pl

Pu­bli­ka­cja do­stęp­na jest na stro­nie za­czy­ta­ni.pl.