49,99 zł
Kiedy Ziemia staje się planszą gry, stawką jest ludzkość.
Po bezwzględnej wojnie międzyplanetarnej ludzkość jest bliska zagłady. Nieliczni mieszkańcy Ziemi mają obsesję na punkcie planszowej Gry, w której stawką są ogromne majątki, a nawet małżonkowie. Pete Garden właśnie stracił ukochaną posiadłość. A także żonę, ale może będzie miał nową, jeśli tylko wykręci w Grze trójkę. Sytuacja jednak dramatycznie się zmienia, a Pete’a czeka rozgrywka z Tytańczykami, którzy potrafią manipulować rzeczywistością i ludzkimi losami.
W Tytańskich graczach najbardziej niepokojące nie jest to, że Tytańczycy dysponują przewagą technologiczną czy telepatią. Niepokój budzi to, że system działa, ponieważ został zaakceptowany. Gra funkcjonuje tylko wtedy, gdy uczestnicy uznają jej zasady. To prowadzi do pytania o naturę władzy. Czy władza jest wyłącznie przemocą czy raczej zdolnością definiowania rzeczywistości? Jeśli jedna strona określa, jakie procedury obowiązują, kontroluje także możliwe wyniki. - z przedmowy Marka Żelkowskiego i Wiktora Żwikiewicza.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 272
Ubik
Blade runner
Czy androidy marzą o elektrycznych owcach?
Człowiek z Wysokiego Zamku
Valis
Boża inwazja
Transmigracja Timothy’ego Archera
Doktor Bluthgeld
Wyznania łgarza
Trzy stygmaty Palmera Eldritcha
Przez ciemne zwierciadło
Czas poza czasem
Płyńcie łzy moje, rzekł policjant
Świat Jonesa
Wbrew wskazówkom zegara
Marsjański poślizg w czasie
Krótki szczęśliwy żywot brązowego oksforda
Deus Irae
Oko na niebie
Wariant drugi
Kopia ojca
Raport mniejszości
Elektryczna mrówka
Labirynt śmierci
Inwazja z Ganimedesa
Cudowna broń
Słoneczna loteria
Nasi przyjaciele z Frolixa 8
Możemy cię zbudować
Druciarz Galaktyki
Radio Wolne Albemuth
Klany księżyca Alfy
Prawda półostateczna
Teraz czekaj na zeszły rok
Tytańscy gracze
Blade runner
Czy androidy marzą o elektrycznych owcach?
Ubik
Człowiek z Wysokiego Zamku
Trzy stygmaty Palmera Eldritcha
Przez ciemne zwierciadło
Druciarz Galaktyki
Radio Wolne Albemuth
Valis
Boża inwazja
Płyńcie łzy moje, rzekł policjant
Transmigracja Timothy’ego Archera
Labirynt śmierci
Doktor Bluthgeld
Tytańscy gracze
Czytelniku, właśnie wykonałeś ruch w grze. Nie przesunąłeś pionka. Nie rzuciłeś kostką. Zacząłeś czytać.
W świecie Philipa K. Dicka to wystarcza, by znaleźć się na planszy. U niego nikt nie dostaje instrukcji obsługi rzeczywistości: najpierw uczestniczysz, dopiero potem próbujesz zrozumieć reguły. I zwykle jest już za późno na cofnięcie ruchu.
Czytanie uznaje się za czynność niewinną. Otwierasz książkę, zakładasz, że kontrolujesz tempo, że możesz przerwać, wrócić, zdecydować. A przynajmniej tak się wydaje. Tymczasem struktura została przygotowana wcześniej; role rozpisano, stawkę określono, mechanizm uruchomiono. Twoja wolność polega na właściwym lub nie — reagowaniu.
To jądro pomysłu Tytańskich graczy. Konflikt między Ziemią a przybyszami z Tytana nie rozstrzyga się na polu bitwy, lecz przy stole. Stawką są miasta, wpływy, relacje polityczne, a czasem coś bardziej kruchego: poczucie sensu i kontroli. To nie tylko fabularny chwyt, lecz model świata przedstawionego. Rzeczywistość działa tu jak system reguł i konsekwencji. Problem w tym, że nikt nie ma pewności, kto je ustanowił i czy są niezmienne.
Dick lubił takie pęknięcia. Bohater zaczyna od przekonania, że rozumie świat, po czym pojawia się rysa. W Ubiku rzeczywistość rozpada się warstwa po warstwie. W Człowieku z Wysokiego Zamku alternatywna historia podważa oczywistości polityczne i moralne. W Blade runnerze. Czy androidy marzą o elektrycznych owcach? chwiejne staje się samo kryterium człowieczeństwa. W Tytańskich graczach mechanizm jest bardziej przejrzysty: skoro o losach świata decyduje rozgrywka, jednostka musi ustalić, czy jest jej podmiotem, czy elementem.
To powieść o blefie i kontroli informacji — o partii, w której przeciwnik czyta twoje myśli. Jak planować strategię, gdy każda intencja jest przejrzysta? W takim świecie budzi się bohater. I w takim świecie budzi się czytelnik.
Najciekawsze nie jest jednak to, że istnieje rozgrywka. Najciekawsze jest to, że część uczestników może nie wiedzieć, iż bierze w niej udział. To właśnie tu pojawia się istotne uzupełnienie: obok świadomych graczy istnieją ci, których życie staje się stawką, mimo że nie zasiadają przy stole. Ludzie, których miasta wchodzą do puli, chociaż to nie oni podejmują decyzje — ale ponoszą ich konsekwencje. Życie tych osób zależy od cudzych posunięć. Dick pokazuje, że w każdym systemie istnieje różnica między tymi, którzy znają reguły, a tymi, którzy im podlegają.
Wyluzujmy. To tylko literatura.
Czy aby na pewno?
W przypadku Philipa K. Dicka biografia nie jest tłem, jest częścią układanki.
Urodził się w 1928 roku w Chicago. Miał siostrę bliźniaczkę Jane, która zmarła kilka tygodni po narodzinach. Echo tej straty powraca w jego książkach jako motyw podwójności, zastępowalności, drugiego ja, które mogłoby istnieć równolegle. Jakby całe życie pisał do kogoś, kim sam mógłby być.
Dorastał po rozwodzie rodziców, chorowity, wycofany, zanurzony w lekturze. Nie był kimś, kto łatwo ufa światu, raczej kimś, kto podejrzewa, że pod powierzchnią kryje się dodatkowa warstwa. To podejrzenie stało się paliwem jego pisarstwa.
Pisał dużo, często z konieczności finansowej. Miał za sobą kilka małżeństw, problemy z pieniędzmi, epizody depresji i paranoi. W latach siedemdziesiątych przeżył doświadczenia, które interpretował jako mistyczne objawienia i kontakt z wyższą inteligencją. Można widzieć w tym kryzys psychiczny. Można też dostrzegać konsekwencje życia kogoś, kto z uporem podważał oczywistość świata.
Co istotne, Dick nie opisywał chwiejnej rzeczywistości z bezpiecznego dystansu. On tę chwiejność przeżywał. Gdy w jego powieściach struktura świata odsłania się jako konstrukcja, nie jest to czysta spekulacja, lecz literacka transpozycja egzystencjalnego doświadczenia niepewności.
W Tytańskich graczach przybiera ona formę gry regulującej politykę. Pytanie brzmi: czy nasze poczucie kontroli nie jest jedynie efektem przyjęcia reguł, których nie wybieraliśmy?
Dick obsesyjnie wracał do jednego problemu: co jest naprawdę realne? Widzisz stół — wydaje się solidny. Fizyka mówi o cząstkach i pustej przestrzeni, psychologia o interpretowaniu bodźców przez mózg. Dick dopowiada: a jeśli to tylko warstwa operacyjna systemu, który funkcjonuje według innych zasad?
Nie był filozofem akademickim, lecz jego powieści orbitują wokół ontologii i epistemologii. Pytał nie tylko o to, co istnieje, lecz także o to, kto i na jakiej podstawie definiuje realność.
Kiedy w 1963 roku ukazali się Tytańscy gracze, świat nie był spokojnym miejscem. Powieść wyrosła z konkretnego klimatu epoki — napięcia, lęku i poczucia, że jeden nieostrożny ruch może uruchomić reakcję łańcuchową.
To środek zimnej wojny. Stany Zjednoczone i Związek Radziecki stoją naprzeciw siebie jak przeciwnicy w rozciągniętej na dziesiątki lat partii strategicznej. Rok wcześniej kryzys kubański pokazał, że wojna nuklearna nie jest abstrakcją. To doświadczenie pokolenia, które zrozumiało, że decyzje kilku osób mogą przesądzić o losie milionów.
W takim kontekście pomysł, by konflikt rozstrzygać przy stole, a nie na polu bitwy, nabiera szczególnej wymowy. W powieści Ziemia jest wyniszczona, a przybysze z Tytana przejmują kontrolę, proponując system rozgrywek zamiast otwartej wojny. Brzmi to groteskowo, ale jest precyzyjną metaforą epoki: zamiast totalnej zagłady — starcie regulowane zasadami.
Gra w tej książce nie jest metaforą wszystkiego; jest konkretnym narzędziem władzy. Ma ustalone reguły, przewidziane konsekwencje i jasno określoną stawkę. Wygrana lub przegrana przekłada się na realne zmiany polityczne. Miasta stają się przedmiotem negocjacji. Decyzje zapadają w wąskim gronie, lecz skutki odczuwają ci, którzy nie siedzą przy stole.
I tu pojawia się istotny aspekt, często pomijany: obok świadomych graczy funkcjonują nieświadomi uczestnicy systemu. Mieszkańcy miast, których los zależy od partii, nie wybierają strategii, nie znają pełnego obrazu sytuacji, a mimo to ponoszą konsekwencje. Dick pokazuje różnicę między podmiotowością a funkcjonowaniem w strukturze. Nie każdy, kto znajduje się w obrębie systemu, jest jego równoprawnym uczestnikiem.
Lata sześćdziesiąte były również czasem gwałtownego rozwoju technologii i narastającego lęku przed automatyzacją. Komputery obiecywały racjonalność i precyzję, ale rodziły pytanie: czy świat zarządzany algorytmicznie pozostawia miejsce na ludzką spontaniczność? U Dicka technologia nie daje poczucia bezpieczeństwa — raczej podkreśla kruchość ludzkiej kontroli.
Jednocześnie młodsze pokolenie zaczynało kwestionować autorytety i systemowe reguły. Kto ustala zasady? Kto definiuje to, co jest dopuszczalne? Te pytania rezonują w strukturze powieści. Tytańczycy proponują cywilizowane rozwiązanie, ale to oni definiują ramy konfliktu. Symetria jest pozorna.
Dlatego książka jest zakorzeniona w swoim czasie, ale nie ogranicza się do niego. Mechanizm władzy opartej na regułach (akceptowanych, bo skutecznych) pozostaje aktualny także poza realiami zimnej wojny.
Padło już stwierdzenie, że rok 1963 był niezbyt spokojnym miejscem/czasem. A kiedy było inaczej? Lokalność Europy i Stanów pasła się w dobrobycie dzięki militarnej równowadze między Wschodem i Zachodem. Ale — chcemy czy nie — równowaga to zastój. Tytani z Giełdy doskonale zdawali sobie sprawę, że komercja lepiej tworzy rząd dusz niż rdzewiejące czołgi. Było i jest pięknie. Tylko tak się składa, że nie bardzo wiemy, czy Giełda jest jeszcze w tym samym miejscu świata.
Tytani z Tytana mogliby być spokojnie tytanami z Wall Street, z Doliny Krzemowej albo z jakiegoś bardziej współczesnego forum. Dick nie wymyślił prochu — zwyczajnie poszedł właściwym tropem. Przecież o naszym świecie decyduje Giełda. To też gra — ktoś wygrywa, ktoś musi przegrać. Bogactwo i nędzę świata można przesuwać z miejsca na miejsce — dzisiaj Nowy Jork, jutro… to może być gdziekolwiek.
O czym w istocie jest ta powieść?
W największym skrócie — o konflikcie między ludźmi a przybyszami z Tytana. Jednak trudno nazwać ją klasyczną opowieścią o inwazji. Tytańczycy nie niszczą miast z orbity, nie prowadzą otwartego podboju. Narzucają system, w którym wynik rozgrywki przesądza o realnym układzie sił.
W centrum znajduje się zwyczajny, zdezorientowany człowiek — typowy bohater Dicka. Nie jest herosem ani genialnym strategiem. To jednostka wciągnięta w mechanizm większy od siebie. Napięcie budują trzy elementy: Tytańczycy potrafią czytać w myślach, Gra opiera się na blefie, a stawką jest świat materialny.
Jak blefować wobec telepaty? Czy możliwa jest strategia, gdy przeciwnik zna twoje intencje? Dick pokazuje, że nawet w tak asymetrycznej sytuacji istnieje przestrzeń manewru. Wiedza o cudzych zamiarach nie oznacza pełnej kontroli nad rzeczywistością. Zawsze pozostaje czynnik nieprzewidywalny — interpretacja, przypadek, ludzka irracjonalność.
Świat w powieści zostaje uprzedmiotowiony: miasta stają się elementami układu. Dla jednych to dom, dla innych — zasób. Perspektywa decyduje o znaczeniu. Ludzie postrzegają siebie jako podmioty; Tytańczycy mogą widzieć ich jako elementy struktury.
Tu pojawia się pytanie o status jednostki. Kto jest graczem, a kto jedynie figurą w rękach silniejszych? Bohaterowie próbują odzyskać sprawczość poprzez zrozumienie reguł. Nie zawsze skutecznie, ale sam akt próby ma znaczenie.
Istotne jest też to, że system działa tylko dlatego, iż został zaakceptowany. Gra nie wymaga stałej przemocy — wystarcza uznanie jej zasad. To subtelniejsza forma dominacji niż otwarty terror. Władza polega nie tylko na sile, ale też na definiowaniu ram działania.
Dick nie tworzy czarno-białego obrazu. Tytańczycy nie są demonami; są racjonalnymi uczestnikami systemu, który dla nich ma sens. Problem polega na asymetrii: jedna strona ustala warunki, druga musi się do nich dostosować.
W tym sensie powieść mówi mniej o samej rozgrywce, a więcej o strukturze, która ją umożliwia. O procedurze zastępującej wojnę, ale nieeliminującej nierówności.
Motyw Gry w tej powieści pełni funkcję modelu ontologicznego. Gra ma zasady, określone cele i ograniczenia. Uczestnik poznaje je w trakcie. Podobnie człowiek rodzi się w świecie norm, praw i instytucji, których nie wybierał.
U Dicka rozgrywka reguluje rzeczywistość dosłownie. Wynik zmienia układ polityczny. Plansza nie jest metaforą! Jest mechanizmem!
To prowadzi do pytania ontologicznego: czy rzeczywistość jest stabilną substancją czy strukturą zależną od przyjętych reguł? Jeśli świat działa jak system, to jego realność może być efektem obowiązujących zasad.
Drugie pytanie dotyczy epistemologii: skąd wiemy, że coś jest prawdziwe? Telepatia podważa prywatność myśli i autonomię decyzji. Jeżeli twoje intencje są dostępne dla innych, twoja podmiotowość ulega ograniczeniu. Wolność nie znika całkowicie, ale zostaje zawężona do przestrzeni dopuszczalnej przez system.
Dick nie twierdzi, że człowiek jest całkowicie bezradny. Przeciwnie — pokazuje, że nawet w silnie zdeterminowanej strukturze istnieją luki. Wolność przejawia się w sposobie reagowania, w improwizacji, w umiejętności wykorzystania niejednoznaczności reguł.
To istotne rozróżnienie: świat nie jest chaotyczny, lecz uporządkowany według zasad. Problem polega na tym, że nie wszyscy mają do nich równy dostęp. Jedni je interpretują i wykorzystują, inni jedynie im podlegają.
Właśnie ta różnica między świadomością a nieświadomością uczestnictwa stanie się kluczowa w dalszej refleksji nad tożsamością i możliwością zastąpienia jednostki.
Gdyby jeszcze raz spróbować streścić fabułę — obcy z Tytana kontrolują Ziemię, konflikty rozstrzyga się telepatyczną Grą, Blefem, stawką są miasta i ludzie — można by oczekiwać mrocznej dystopii o totalnym zniewoleniu. Tymczasem Philip K. Dick opowiada tę historię z wyraźną domieszką ironii.
Nie jest to komedia wprost, lecz groteska. Stawki są ogromne, a bohaterowie reagują jak zwykli ludzie — z irytacją, nerwowością, poczuciem absurdu. Ten kontrast jest celowy. Im bardziej zwyczajny ton rozmów, tym silniej wybrzmiewa fakt, że od kolejnej partii zależy los miasta. Humor nie unieważnia zagrożenia; przeciwnie — uwypukla jego niedorzeczność.
Gra jako mechanizm regulujący konflikt międzygatunkowy jest zarazem racjonalna i absurdalna. Z jednej strony zapobiega wojnie totalnej, z drugiej — sprowadza dramat ludzkich wspólnot do wymiaru rozgrywki. Dick pokazuje, że system może być logiczny, a jednocześnie moralnie problematyczny.
Śmiech staje się tu formą dystansu. Bohater, który potrafi ironicznie spojrzeć na sytuację, odzyskuje minimalną autonomię. To ważne: nawet jeśli nie kontroluje zasad, może kontrolować własną reakcję. W świecie podporządkowanym procedurze humor jest sposobem na zachowanie podmiotowości.
Jednym z najbardziej niepokojących wątków powieści jest możliwość zastąpienia jednostki. Czy konkretny człowiek jest niezbędny? Jeśli system potrzebuje funkcji, a nie osoby, to czy nie wystarczy obsadzić jej kimś innym?
Motyw podwójności i zastępowalności powracał w twórczości Dicka wielokrotnie. W Blade runnerze. Czy androidy marzą o elektrycznych owcach? pytanie brzmi: co sprawia, że jesteś sobą, skoro android może imitować człowieka? W Ubiku realność jednostki zostaje podważona przez chwiejność samego świata. W Tytańskich graczach problem jest mniej technologiczny, lecz równie dotkliwy.
Jeżeli o losach świata decyduje system rozgrywek, człowiek łatwo zostaje zredukowany do roli wykonawcy ruchów. A rolę można obsadzić ponownie. Funkcja trwa, osoba jest wymienna.
To prowadzi do pytania o tożsamość. W codziennym życiu pełnimy role: pracownika, partnera, obywatela. System społeczny nie potrzebuje konkretnej osoby — potrzebuje kogoś, kto wypełni określone zadania. Dick przenosi tę obserwację na poziom ontologii: a jeśli nasze ja jest w dużej mierze efektem miejsca, które zajmujemy w strukturze?
W tym sensie lęk przed byciem wymienionym jest lękiem przed utratą znaczenia. Jeśli można mnie zastąpić, to czy jestem kimś niepowtarzalnym czy tylko elementem układu?
Dick nie odbiera bohaterom sprawczości całkowicie. Nawet w silnie zdeterminowanym systemie pozostawia im minimalną przestrzeń wyboru. Tożsamość nie jest dana raz na zawsze — kształtuje się w odpowiedzi na kolejne zagrania. Jednostka nie wybiera planszy ani reguł, ale wybiera sposób, w jaki na nie reaguje.
W Tytańskich graczach najbardziej niepokojące nie jest to, że Tytańczycy dysponują przewagą technologiczną czy telepatią. Niepokój budzi to, że system działa, ponieważ został zaakceptowany.
Gra funkcjonuje tylko wtedy, gdy uczestnicy uznają jej zasady. To prowadzi do pytania o naturę władzy. Czy władza jest wyłącznie przemocą czy raczej zdolnością definiowania rzeczywistości? Jeśli jedna strona określa, jakie procedury obowiązują, kontroluje także możliwe wyniki.
Dick pokazuje skrajną sytuację: obcy narzucają formułę konfliktu, lecz przedstawiają ją jako racjonalną alternatywę dla wojny. Rozwiązanie wydaje się cywilizowane. Jednak fakt, że jedna strona ustala warunki, oznacza strukturalną nierówność.
Prawdziwa kontrola polega więc nie na wygrywaniu pojedynczych partii, lecz na definiowaniu samego mechanizmu rozstrzygania sporów. Kto decyduje o zasadach, ten wyznacza horyzont możliwych działań.
To właśnie tutaj powieść wychodzi poza fabułę science fiction. Każdy system społeczny — państwo, rynek, instytucja — opiera się na przyjętych regułach. Większość ludzi funkcjonuje w ich obrębie, nie mając wpływu na kształt tych ciał (podmiotów?). Są uczestnikami, ale nie projektantami.
Dick nie proponuje rewolucji totalnej. Sugeruje raczej, że każda struktura zawiera luki. Improwizacja, reinterpretacja zasad, drobny bunt — to formy odzyskiwania podmiotowości. Nawet jeśli nie da się zmienić całego systemu, można próbować zmienić własną pozycję w jego obrębie.
Manipulacja — brzydkie słowo. A niby dlaczego? Wszystkim zwierzętom Pan Bóg dał jakieś mózgi, ale tylko człowiek ma parę piekielnie sprawnych manipulatorów. I manipuluje od tysięcy lat.
Tylko kto kogo kształtował i kto zbudował cywilizację? Na pewno duet. Prawdą jest, że co pewien czas łapy biorą głowy za gardło. Gdy te odfruną w idealizm. I wtedy intelektualiści wrzeszczą, że nimi się manipuluje. Może zleźliby z obłoków i zrobili w życiu coś konkretnego. Ale nie potrafią, bo w przedszkolu uznali, iż klockami nie powinno się manipulować.
Bez manipulowania niczego się nie nauczysz. I niczego nie dorobisz. Ale mózgi są sprytne. Podglądając łapska, stwierdziły, że manipulowanie to niezły patent. Więc próbują manipulować mózgami innych. Czemu nie? Ale dlaczego krzyczą przy tym, iż ów najsprytniejszy manipuluje wszystkimi? Polityka to czysta codzienna manipulacja. A jeżeli nam się nie podoba nasz własny wódz, z jego chamską polityką, to mamy jak w banku, że ktoś nam zainstaluje dozorcę nieubabranego manipulacją. On będzie wydawał proste, jasne rozkazy: padnij, powstań!
Tacy Rosjanie ścieżkę dostępu do władzy przetestowali na własnej skórze ponad sto lat temu. Też mieli demokrację — bolszewików i mienszewików. Totalitaryzm pojawił się wtedy, gdy mniejszość skasowała większość. Ale czy to jedyna droga do totalitaryzmu? W naszych współczesnych demokracjach po wyborach też mamy bolszewików i mienszewików. Problem w tym, że ich programy przeważnie niczym się od siebie nie różnią. Tak demokracja znosi jajo nowego totalitaryzmu.
Między systemami autorytarnymi a totalitaryzmem demokratycznym jest jedna tylko różnica — w pierwszym przypadku wystarczy rozkaz, w drugim trzeba manipulować.
Na powierzchni mamy konflikt ludzi z obcymi. Głębiej — analizę władzy i tożsamości. Jeszcze głębiej — metaforę ludzkiej egzystencji.
Rodzimy się w określonym świecie. Nie wybieramy czasu, miejsca ani obowiązujących norm. Uczymy się ich w trakcie życia jak instrukcji czytanej już podczas partii. Egzystencjaliści twierdzili, że człowiek definiuje siebie poprzez wybory. Dick pokazuje coś zbliżonego: nie jesteśmy wszechmocni, ale nie jesteśmy też całkowicie zdeterminowani.
Plansza istnieje. Reguły obowiązują. Jednak decyzja o tym, jak zareagować, wciąż należy do jednostki.
To zaskakująco realistyczny wymiar tej powieści. Nie oferuje iluzji pełnej wolności, ale też nie skazuje człowieka na absolutną bezradność. Między determinacją a chaosem pozostaje przestrzeń manewru.
Niestety. W tym miejscu ujawnia się nieoczekiwany konflikt. Między Żelkowskim i Żwikiewiczem. Każdy ma inne zdanie na ten temat, wytacza własne działa i ani myśli się rozbroić.
Żelkowski pozostaje wierny humanistycznej perspektywie.
Żwikiewicz tylko wzrusza ramionami: Decyzje i tak zapadną gdzie indziej — w Wersalu albo poza nim. Najwyżej zostanę wersalskim bękartem — kwituje.
Dick nie przytłacza czytelnika wykładem filozoficznym. Lekka, momentami absurdalna forma maskuje poważne pytania: kim jestem w strukturze, której nie projektowałem? Czy mam realny wpływ na własny los? Czy rzeczywistość jest stabilna czy raczej zależna od przyjętych reguł?
Te motywy powrócą później w Człowieku z Wysokiego Zamku i w Płyńcie łzy moje, rzekł policjant, gdzie problem tożsamości i władzy zostanie rozwinięty jeszcze mocniej. Tytańscy gracze są wcześniejszym, bardziej przejrzystym wariantem tych powieści.
Na końcu pozostają pytania, które nie dotyczą już tylko bohaterów.
Czy jesteś wyłącznie elementem systemu, który funkcjonuje niezależnie od ciebie? Czy masz realny wpływ na swoją pozycję? Czy świadomość reguł zmienia cokolwiek?
Pytania to domena dziecka lub filozofa. Dojrzały człowiek, który wie, że jednej odpowiedzi nie ma, powinien być zadowolony z dobrej literatury. I tym sposobem Dick zmanipulował czytelników i ma swój rząd dusz.
Bo najważniejsze pytanie nie brzmi już: czy świat przypomina rozgrywkę?
Brzmi inaczej: czy potrafisz działać sensownie, nawet jeśli nie ustalałeś zasad?
Marek Żelkowski i Wiktor Żwikiewicz
To był niedobry wieczór, a kiedy chciał pojechać do domu, wdał się w koszmarną sprzeczkę z własnym samochodem.
— Pański stan nie pozwala na prowadzenie wozu, panie Garden. Proszę włączyć autopilota i spocząć z tyłu.
Pete Garden usiadł za sterownicą i odparł, siląc się na dobitność:
— Słuchaj, wolno mi prowadzić. Jeden drink, a właściwie kilka wyostrza refleks. Tak więc dość tych głupot. — Wcisnął starter, ale bez rezultatu. — No, jazda!
— Nie włożył pan kluczyka — odezwało się auto.
— Już dobrze — poddał się upokorzony. Może samochód miał rację. Bez specjalnej nadziei wsunął kluczyk w stacyjkę. Silnik zawarczał, ale układ sterowania nie reagował. Pod karoserią działał efekt Rushmore’a; z nim nie można wygrać. — Niech ci będzie, możesz sobie prowadzić, skoro tak ci na tym zależy — powiedział z jak największą godnością. — I tak pewnie wszystko ci się pochrzani, jak zawsze, kiedy jestem… niedysponowany.
Przeczołgał się na tył i zwalił na siedzenie. Samochód oderwał się od krawężnika i poszybował w noc, mrugając światłami pozycyjnymi. Chryste, jak nędznie Pete się czuł. Ból rozsadzał mu głowę.
Jego myśli jak zwykle powędrowały ku Grze.
Czemu poszło mu tak źle? Wszystkiemu winien był ten pajac Silvanus Angst, jego szwagier, a raczej były szwagier. Prawda, rzekł sobie w duchu Pete; muszę o tym pamiętać. Freya już nie jest moją żoną. Przegraliśmy i nasze małżeństwo zostało rozwiązane. Zaczynamy znów od zera: Freya jest żoną Clema Gainesa, a ja nie jestem żonaty, bo nie udało mi się jeszcze wykręcić trójki.
Jutro wykręcę trójkę, obiecał sobie. A wtedy będą musieli mi importować żonę, bo wykorzystałem już wszystkie w grupie.
Samochód szybował z warkotem nad pustkowiem środkowej Kalifornii, jałową krainą wokół bezludnych miasteczek.
— Czy wiesz, że w grupie nie ma kobiety, która by nie była już moją żoną? — zwrócił się do samochodu. — I jak dotąd nie miałem szczęścia, więc to na pewno przeze mnie. Prawda?
— Prawda — zgodził się samochód.
— Ale nawet gdyby tak było, to i tak nie moja wina, tylko czerwonych Chińczyków. Nie cierpię ich. — Wyciągnął się na wznak i popatrzył na gwiazdy przez przezroczysty dach samochodu. — Mimo wszystko kocham cię; jesteś mój od tylu lat. Nigdy się nie zepsujesz. — Łzy napłynęły mu do oczu. — Mam rację?
— To zależy, czy będzie pan mnie regularnie oddawał do przeglądu.
— Ciekawe, jaką kobietę dla mnie sprowadzą.
— Ciekawe — zawtórował samochód.
Zaraz, z jaką to grupą jego grupa — Błękitnawy Lis — najczęściej utrzymywała kontakty? Chyba z Super Chochołem, który spotykał się w Las Vegas i zrzeszał Posiadaczy z Nevady, Utah i Idaho. Przymknął oczy, próbując sobie przypomnieć, jak wyglądają kobiety z Super Chochoła.
Gdy tylko wyląduję w moim mieszkaniu w Berkeley, pomyślał Pete, to od razu… Nagle przypomniał sobie o czymś paskudnym.
Nie miał po co wracać do Berkeley. Bo właśnie stracił Berkeley w Grze. Zdobył je Walt Remington, kiedy przejrzał jego blef na polu trzydziestym szóstym. I właśnie z tego powodu to był niedobry wieczór.
— Zmiana kursu — wychrypiał do obwodów auta. Wciąż posiadał znaczną część okręgu Marin; tam mógł się zatrzymać. — Lecimy do San Rafael — oznajmił, prostując się na fotelu i trąc czoło.
— Pani Gaines? — odezwał się męski głos.
Podobny do głosu tego koszmarnego Billa Calumine’a, pomyślała niezbyt przytomnie Freya. Szczotkowała krótkie jasne włosy. Nie odwróciła się od lustra.
— Odwieźć cię do domu? — zapytał głos i wtedy uświadomiła sobie, że to jej nowy mąż, Clem Gaines. — Wracasz chyba do domu? — Clem Gaines, wielki, nalany, z niebieskimi oczami niczym pęknięte i sklejone nierówno szkła, przetoczył się przez pokój Gry w jej kierunku. Był wyraźnie zadowolony z tego, że jest jej mężem.
To nie potrwa długo, pocieszyła się Freya. Chyba że będziemy mieli szczęście, pomyślała nagle.
Dalej szczotkowała włosy, nie zwracając uwagi na Clema. Jak na stuczterdziestoletnią kobietę wyglądam nieźle, oceniła bezstronnie. Ale nie miałam wyboru… nikt z nas nie miał wyboru.
Wszyscy bez wyjątku byli zakonserwowani nie czymś, lecz brakiem czegoś. Wraz z osiągnięciem dojrzałości usuwano im gruczoł Hynesa, a po tym wiek nie pozostawiał na nich śladów.
— Lubię cię, Freyo — wyznał Clem. — Działasz otrzeźwiająco. To oczywiste, że mnie nie lubisz. — Nie wydawał się urażony, co było typowe dla półgłówków jego pokroju. — Chodźmy gdzieś i od razu sprawdźmy, czy nam się poszczęści, a ja…
Urwał, bo do pokoju wpełzł wug.
— Patrz, jaki próbuje być miły — rzuciła z niesmakiem Jean Blau, nakładając płaszcz. — Zawsze tak się zachowują. — Cofnęła się.
Jej mąż Jack Blau odszukał wzrokiem wugobij należący do grupy.
— Szturchnę go parę razy, to się zmyje — zaproponował.
— Nie — zaprotestowała Freya. — Jest nieszkodliwy.
— Ma rację — poparł ją Silvanus Angst. Stał przy barku, szykując sobie strzemiennego. — Wystarczy go posypać solą. — Zachichotał.
Wug ewidentnie upatrzył sobie Clema Gainesa. Lubi go, pomyślała Freya. Może z nim by gdzieś pojechał zamiast ze mną.
Dla Clema byłoby to jednak nie do przyjęcia, bo nikt nie spoufalał się z dawnym wrogiem. Nie wypadało i już, mimo starań Tytańczyków, by zabliźnić wyrwę antypatii, spuściznę z czasów wojny. Byli formą życia opartą na krzemie, nie na węglu. Ich cykl metaboliczny był długi, a katalizatorem nie był tlen, lecz metan. Do tego ten ich biseksualizm… zachowanie typowe dla P-ujemnych.
— Dziabnij go — poradził Jackowi Blauowi Bill Calumine.
Jack dźgnął wugobijem galaretowatą cytoplazmę wuga.
— Wynoś się — rzucił ostro. Wyszczerzył zęby do Billa Calumine’a. — A gdyby tak z nim się troszkę zabawić? Namówić go na rozmowę? Hej, wugasie, może gadu-gadu?
Natychmiast dotarły do nich wyraźne myśli Tytańczyka, adresowane do wszystkich ludzi przebywających w apartamencie kondominium.
— Jakieś doniesienia o ciąży? W takich przypadkach prosimy niezwłocznie zwrócić się do naszej służby zdrowia…
— Posłuchaj, wugasie — odezwał się Bill Calumine — jeśli przytrafi nam się szczęście, zachowamy to dla siebie. Powiadomienie cię o tym przynosi pecha, wszyscy to wiemy. Jak to możliwe, że ty o tym nie wiesz?
— Wie, wie — rzekł Silvanus Angst. — Tylko nie ma ochoty o tym myśleć.
— Cóż, najwyższy czas, żeby wugowie spojrzeli prawdzie w oczy — oświadczył Jack Blau. — Nie lubimy ich, i tyle. Zbieraj się — rzucił do żony. — Wracamy do domu. — Niecierpliwym ruchem dłoni przywołał Jean.
Członkowie grupy opuścili pokój i frontowymi schodami udali się do zaparkowanych przed budynkiem samochodów. Freya została sama z wugiem.
— Nie było żadnej ciąży w naszej grupie — oznajmiła, odpowiadając na jego pytanie.
— Tragedia — pomyślał wug w odpowiedzi.
— Ale będzie — zapowiedziała Freya. — Wiem, że już wkrótce będziemy mieli szczęście.
— Dlaczego wasza grupa jest tak wrogo nastawiona do nas? — spytał wug.
— Obwiniamy was o naszą bezpłodność, to chyba jasne — odparła Freya. Zwłaszcza nasz prowadzący, Bill Calumine, dodała w myślach.
— To była wasza broń — zaprotestował wug.
— Wcale nie nasza. Czerwonych Chińczyków.
Wugowi wydawało się to nie sprawiać różnicy.
— Tak czy owak, robimy wszystko, co w naszej mocy…
— Czy moglibyśmy o tym nie rozmawiać? — przerwała mu Freya. — Proszę.
— Przyjmijcie naszą pomoc — rzekł wug.
— Idź do diabła — odparła i szybkim krokiem zeszła po schodach do swojego samochodu stojącego na ulicy.
Chłodne powietrze nocy w Carmel w Kalifornii ją ożywiło. Zrobiła głęboki wdech, chłonąc rześkie, dziewicze zapachy, i spojrzała w gwiazdy.
— Otwórz, chcę wsiąść — zwróciła się do auta.
— Tak jest, pani Garden. — Drzwiczki się rozsunęły.
— Nie jestem już panią Garden, tylko panią Gaines. — Siadła za ręczną sterownicą. — Spróbuj to zapamiętać.
— Tak jest, pani Gaines.
Silnik zawarczał, ledwie wsunęła kluczyk w stacyjkę.
— Czy Pete Garden odjechał? — Omiotła wzrokiem ponurą uliczkę, ale nie zobaczyła jego wozu. — Pewnie tak.
Poczuła smutek. Byłoby miło usiąść razem o północy i w blasku gwiazd uciąć sobie małą pogawędkę, jakby nie przestali być małżeństwem… Cholerna Gra z tymi swoimi odmianami losu. Cholerne szczęście, pech; tyle nam tylko pozostało. Jako rasa jesteśmy skończeni.
Przytknęła zegarek do ucha.
— Druga piętnaście, pani Garden — odezwał się słaby głosik.
— Pani Gaines — warknęła.
— Druga piętnaście, pani Gaines.
Ilu ludzi żyje w tej chwili na Ziemi? — pomyślała. Milion? Dwa? Ile grup bierze udział w Grze? Nie więcej niż kilkaset tysięcy. I gdy dochodzi do gwałtownej śmierci, liczba ludności nieodwracalnie się zmniejsza.
Machinalnie sięgnęła do schowka w poszukiwaniu schludnie opakowanego paska tak zwanego króliczka. Znalazła go — jeszcze starego, nie nowego typu — rozpakowała, włożyła do ust i zagryzła.
W mdłym świetle schowka samochodu obejrzała papierek. Jeden martwy króliczek, pomyślała, przywołując czasy jeszcze sprzed swoich narodzin, kiedy to za ustalenie tego faktu oddawał życie królik. Pasek w świetle schowka miał kolor biały, nie zielony. Nie była w ciąży. Cisnęła zgnieciony papierek do śmietniczki, gdzie uległ natychmiastowemu spaleniu. Szlag by to trafił, pomyślała załamana. No cóż, czego niby mogłam się spodziewać?
Samochód oderwał się od ziemi i poleciał ku jej domowi w Los Angeles.
Jest zbyt wcześnie, by mówić o moim szczęściu z Clemem, uświadomiła sobie. Ponad wszelką wątpliwość. To ją rozpogodziło. Jeszcze tydzień, dwa, a potem kto wie.
Biedny Pete, pomyślała. Nawet nie wykręcił trójki, na dobrą sprawę nie wrócił jeszcze do Gry. Czy powinnam wpaść do jego posiadłości w okręgu Marin? Sprawdzić, czy tam jest? Z drugiej strony był w nocy zalany i nieznośny. Odpychający. Nie ma jednak przepisu ani prawa, które zabraniałoby nam się spotykać poza Grą. Tylko po co? Nie mieliśmy z Pete’em szczęścia, mimo że czuliśmy coś do siebie nawzajem.
Nagle włączyło się radio w samochodzie. Usłyszała emitowany w podnieceniu na wszystkich falach biuletyn informacyjny grupy z Ontario w Kanadzie.
— Tu Szopa Gruszoksięgi — oznajmił entuzjastycznie mężczyzna. — Dziś o dziesiątej wieczór czasu lokalnego spotkało nas szczęście! Jedna z naszych kobiet, pani Don Palmer, jak zwykle bez specjalnej nadziei ugryzła króliczka i wtedy…
Freya wyłączyła radio.
Dotarłszy do ciemnego, opustoszałego mieszkania w San Rafael, Pete Garden skierował pierwsze kroki do apteczki w łazience, aby sprawdzić, jakie leki mógłby wziąć. Bez nich nie zaśnie, dobrze to wiedział. Snoozex? Trzeba by trzech tabletek 25 mg, żeby na niego podziałały; brał Snoozex zbyt często i zbyt długo. Potrzebował czegoś mocniejszego. Zawsze może wziąć fenobarbital, ale jutro będzie do niczego. Bromowodorek skopolaminy; tego mógłby spróbować.
Chyba że, pomyślał, spróbowałbym czegoś zdecydowanie mocniejszego. Emfytalu.
Trzy naraz — i więcej się nie obudzę. Nie przy dawkach, jakie biorę. Tak więc… Zastanawiał się, patrząc na kapsułki na otwartej dłoni. Nikt by mi nie przeszkodził, nie próbował ratować…
— Panie Garden, z powodu pana stanu nawiązuję łączność z doktorem Macym w Salt Lake City — oznajmiła apteczka.
— Nie jestem w żadnym stanie — żachnął się Pete. Szybko wsypał kapsułki emfytalu z powrotem do buteleczki. — Kapujesz? — Czekał. — To była zwykła chwilowa demonstracja. — Co za koszmar — negocjuje z efektem Rushmore’a własnej apteczki. — Już dobrze? — spytał z nadzieją.
Apteczka się zatrzasnęła.
Pete westchnął z ulgą.
Zabrzęczał dzwonek u drzwi. Co teraz? — zastanawiał się, wędrując przez mieszkanie, w którym unosiła się lekka woń stęchlizny. Wciąż myślał o tym, co mógłby wziąć na sen, nie alarmując efektu Rushmore’a. Otworzył drzwi.
Na progu stała jego jasnowłosa eksżona, Freya.
— Cześć — rzuciła chłodno.
Weszła do mieszkania, wymijając go, opanowana, jakby jej wizyta w roli żony Clema Gainesa była czymś całkowicie naturalnym.
— Co masz w dłoni? — spytała.
— Siedem tabletek Snoozexu — przyznał.
— Dam ci coś lepszego. Na razie w fazie testowania. — Pogrzebała w skórzanej torebce przypominającej torbę listonosza. — Najnowszy środek wyprodukowany w New Jersey przez autofab farmaceutyczny. — Podała mu dużą niebieską kaspułkę. — Nerduwel — oznajmiła, a potem się roześmiała.
— Ha, ha — odparł ponuro Pete. To miał być dowcip. Ne’er-do-well. Bierz coraz więcej. — Dlatego przyszłaś? — Przez ponad trzy miesiące była jego żoną, partnerką w Blefie, więc oczywiście wiedziała o jego bezsenności. — Mam kaca — poinformował ją. — Poza tym Walt Remington wygrał ode mnie Berkeley. O czym dobrze wiesz. Więc nie mam nastroju do żartów.
— No to zrób mi kawę — powiedziała Freya. Zdjęła kurtkę z futrzaną podbitką i przerzuciła przez poręcz krzesła. — Albo ja ci zaparzę. — Dodała ze współczuciem: — Wyglądasz marnie.
— Berkeley — po co w ogóle wystawiałem akt własności? Nawet nie mogę sobie przypomnieć. Przy tylu innych dzierżawach… musiałem ulec impulsowi autodestrukcji. — Zamilkł. — Kiedy tu leciałem, złapałem Ontario na wszystkich zakresach.
— Ja też to słyszałam — powiedziała, kiwając głową.
— Ich ciąża cię raduje czy przygnębia?
— Nie wiem — odparła chmurnie Freya. — Cieszę się, że im się udało. Ale… — Z założonymi rękami krążyła po mieszkaniu.
— Mnie przygnębia — wyznał Pete. Postawił czajnik z wodą na kuchence.
— Dziękuję — zasyczał czajnik, a raczej jego efekt Rushmore’a.
— Możemy się spotykać poza Grą — zaproponowała Freya. — To się czasami zdarza.
— To byłoby nieuczciwe wobec Clema. — Solidarność z Clemem Gainesem — przynajmniej chwilowo — przeważyła u Pete’a nad uczuciem do Frei.
Poza tym był ciekaw swojej przyszłej żony. Prędzej czy później wykręci trójkę.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Tytuł oryginału: The Game-Players of Titan
Copyright © 1963 by the Estate of Philip K. Dick
Copyright renewed 1991 by Laura Coehlo, Christopher Dick, and Isa Hackett
All rights reserved
Copyright © for the Polish e‑book edition by REBIS Publishing House Ltd., Poznań 2026
Informacja o zabezpieczeniach
W celu ochrony autorskich praw majątkowych przed prawnie niedozwolonym utrwalaniem, zwielokrotnianiem i rozpowszechnianiem każdy egzemplarz książki został cyfrowo zabezpieczony. Usuwanie lub zmiana zabezpieczeń stanowi naruszenie prawa.
Redaktor serii: Radosław Kot
Redakcja tego wydania: Krzysztof Tropiło
Grafiki: Wojciech Siudmak
Wydanie I e‑book (opracowane na podstawie wydania książkowego: Tytańscy gracze, wyd. I, Poznań 2026)
ISBN 978-83-8338-595-2
WYDAWCA
Dom Wydawniczy REBIS Sp. z o.o.
ul. Żmigrodzka 41/49, 60-171 Poznań, Polska
tel. +48 61 867 47 08, +48 61 867 81 40
e-mail: [email protected]
www.rebis.com.pl
Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer
