Tytańscy gracze - Philip K. Dick - ebook + audiobook + książka

Tytańscy gracze ebook

Philip K. Dick

0,0
49,99 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Kiedy Ziemia staje się planszą gry, stawką jest ludzkość.

Po bezwzględnej wojnie międzyplanetarnej ludzkość jest bliska zagłady. Nieliczni mieszkańcy Ziemi mają obsesję na punkcie planszowej Gry, w której stawką są ogromne majątki, a nawet małżonkowie. Pete Garden właśnie stracił ukochaną posiadłość. A także żonę, ale może będzie miał nową, jeśli tylko wykręci w Grze trójkę. Sytuacja jednak dramatycznie się zmienia, a Pete’a czeka rozgrywka z Tytańczykami, którzy potrafią manipulować rzeczywistością i ludzkimi losami.

W Tytańskich graczach najbardziej niepokojące nie jest to, że Tytańczycy dysponują przewagą technologiczną czy telepatią. Niepokój budzi to, że system działa, ponieważ został zaakceptowany. Gra funkcjonuje tylko wtedy, gdy uczestnicy uznają jej zasady. To prowadzi do pytania o naturę władzy. Czy władza jest wyłącznie przemocą czy raczej zdolnością definiowania rzeczywistości? Jeśli jedna strona określa, jakie procedury obowiązują, kontroluje także możliwe wyniki. - z przedmowy Marka Żelkowskiego i Wiktora Żwikiewicza.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 272

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Polecamy:

Ubik

Blade run­ner

Czy andro­idy marzą o elek­trycz­nych owcach?

Czło­wiek z Wyso­kiego Zamku

Valis

Boża inwa­zja

Trans­mi­gra­cja Timo­thy’ego Archera

Dok­tor Blu­th­geld

Wyzna­nia łga­rza

Trzy styg­maty Pal­mera Eldrit­cha

Przez ciemne zwier­cia­dło

Czas poza cza­sem

Płyń­cie łzy moje, rzekł poli­cjant

Świat Jonesa

Wbrew wska­zów­kom zegara

Mar­sjań­ski poślizg w cza­sie

Krótki szczę­śliwy żywot brą­zo­wego oks­forda

Deus Irae

Oko na nie­bie

Wariant drugi

Kopia ojca

Raport mniej­szo­ści

Elek­tryczna mrówka

Labi­rynt śmierci

Inwa­zja z Gani­me­desa

Cudowna broń

Sło­neczna lote­ria

Nasi przy­ja­ciele z Fro­lixa 8

Możemy cię zbu­do­wać

Dru­ciarz Galak­tyki

Radio Wolne Albe­muth

Klany księ­życa Alfy

Prawda pół­osta­teczna

Teraz cze­kaj na zeszły rok

Tytań­scy gra­cze

Polecamy także nagrania audio:

Blade run­ner

Czy andro­idy marzą o elek­trycz­nych owcach?

Ubik

Czło­wiek z Wyso­kiego Zamku

Trzy styg­maty Pal­mera Eldrit­cha

Przez ciemne zwier­cia­dło

Dru­ciarz Galak­tyki

Radio Wolne Albe­muth

Valis

Boża inwa­zja

Płyń­cie łzy moje, rzekł poli­cjant

Trans­mi­gra­cja Timo­thy’ego Archera

Labi­rynt śmierci

Dok­tor Blu­th­geld

Tytań­scy gra­cze

Rozgrywka bez instrukcji

Czy­tel­niku, wła­śnie wyko­na­łeś ruch w grze. Nie prze­su­ną­łeś pionka. Nie rzu­ci­łeś kostką. Zaczą­łeś czy­tać.

W świe­cie Phi­lipa K. Dicka to wystar­cza, by zna­leźć się na plan­szy. U niego nikt nie dostaje instruk­cji obsługi rze­czy­wi­sto­ści: naj­pierw uczest­ni­czysz, dopiero potem pró­bu­jesz zro­zu­mieć reguły. I zwy­kle jest już za późno na cof­nię­cie ruchu.

Wejście do gry

Czy­ta­nie uznaje się za czyn­ność nie­winną. Otwie­rasz książkę, zakła­dasz, że kon­tro­lu­jesz tempo, że możesz prze­rwać, wró­cić, zde­cy­do­wać. A przy­naj­mniej tak się wydaje. Tym­cza­sem struk­tura została przy­go­to­wana wcze­śniej; role roz­pi­sano, stawkę okre­ślono, mecha­nizm uru­cho­miono. Twoja wol­ność polega na wła­ści­wym lub nie — reago­wa­niu.

To jądro pomy­słu Tytań­skich gra­czy. Kon­flikt mię­dzy Zie­mią a przy­by­szami z Tytana nie roz­strzyga się na polu bitwy, lecz przy stole. Stawką są mia­sta, wpływy, rela­cje poli­tyczne, a cza­sem coś bar­dziej kru­chego: poczu­cie sensu i kon­troli. To nie tylko fabu­larny chwyt, lecz model świata przed­sta­wio­nego. Rze­czy­wi­stość działa tu jak sys­tem reguł i kon­se­kwen­cji. Pro­blem w tym, że nikt nie ma pew­no­ści, kto je usta­no­wił i czy są nie­zmienne.

Dick lubił takie pęk­nię­cia. Boha­ter zaczyna od prze­ko­na­nia, że rozu­mie świat, po czym poja­wia się rysa. W Ubiku rze­czy­wi­stość roz­pada się war­stwa po war­stwie. W Czło­wieku z Wyso­kiego Zamku alter­na­tywna histo­ria pod­waża oczy­wi­sto­ści poli­tyczne i moralne. W Blade run­ne­rze. Czy andro­idy marzą o elek­trycz­nych owcach? chwiejne staje się samo kry­te­rium czło­wie­czeń­stwa. W Tytań­skich gra­czach mecha­nizm jest bar­dziej przej­rzy­sty: skoro o losach świata decy­duje roz­grywka, jed­nostka musi usta­lić, czy jest jej pod­mio­tem, czy ele­men­tem.

To powieść o ble­fie i kon­troli infor­ma­cji — o par­tii, w któ­rej prze­ciw­nik czyta twoje myśli. Jak pla­no­wać stra­te­gię, gdy każda inten­cja jest przej­rzy­sta? W takim świe­cie budzi się boha­ter. I w takim świe­cie budzi się czy­tel­nik.

Naj­cie­kaw­sze nie jest jed­nak to, że ist­nieje roz­grywka. Naj­cie­kaw­sze jest to, że część uczest­ni­ków może nie wie­dzieć, iż bie­rze w niej udział. To wła­śnie tu poja­wia się istotne uzu­peł­nie­nie: obok świa­do­mych gra­czy ist­nieją ci, któ­rych życie staje się stawką, mimo że nie zasia­dają przy stole. Ludzie, któ­rych mia­sta wcho­dzą do puli, cho­ciaż to nie oni podej­mują decy­zje — ale pono­szą ich kon­se­kwen­cje. Życie tych osób zależy od cudzych posu­nięć. Dick poka­zuje, że w każ­dym sys­te­mie ist­nieje róż­nica mię­dzy tymi, któ­rzy znają reguły, a tymi, któ­rzy im pod­le­gają.

Wylu­zujmy. To tylko lite­ra­tura.

Czy aby na pewno?

Człowiek, który nie ufał rzeczywistości

W przy­padku Phi­lipa K. Dicka bio­gra­fia nie jest tłem, jest czę­ścią ukła­danki.

Uro­dził się w 1928 roku w Chi­cago. Miał sio­strę bliź­niaczkę Jane, która zmarła kilka tygo­dni po naro­dzi­nach. Echo tej straty powraca w jego książ­kach jako motyw podwój­no­ści, zastę­po­wal­no­ści, dru­giego ja, które mogłoby ist­nieć rów­no­le­gle. Jakby całe życie pisał do kogoś, kim sam mógłby być.

Dora­stał po roz­wo­dzie rodzi­ców, cho­ro­wity, wyco­fany, zanu­rzony w lek­tu­rze. Nie był kimś, kto łatwo ufa światu, raczej kimś, kto podej­rzewa, że pod powierzch­nią kryje się dodat­kowa war­stwa. To podej­rze­nie stało się pali­wem jego pisar­stwa.

Pisał dużo, czę­sto z koniecz­no­ści finan­so­wej. Miał za sobą kilka mał­żeństw, pro­blemy z pie­niędzmi, epi­zody depre­sji i para­noi. W latach sie­dem­dzie­sią­tych prze­żył doświad­cze­nia, które inter­pre­to­wał jako mistyczne obja­wie­nia i kon­takt z wyż­szą inte­li­gen­cją. Można widzieć w tym kry­zys psy­chiczny. Można też dostrze­gać kon­se­kwen­cje życia kogoś, kto z upo­rem pod­wa­żał oczy­wi­stość świata.

Co istotne, Dick nie opi­sy­wał chwiej­nej rze­czy­wi­sto­ści z bez­piecz­nego dystansu. On tę chwiej­ność prze­ży­wał. Gdy w jego powie­ściach struk­tura świata odsła­nia się jako kon­struk­cja, nie jest to czy­sta spe­ku­la­cja, lecz lite­racka trans­po­zy­cja egzy­sten­cjal­nego doświad­cze­nia nie­pew­no­ści.

W Tytań­skich gra­czach przy­biera ona formę gry regu­lu­ją­cej poli­tykę. Pyta­nie brzmi: czy nasze poczu­cie kon­troli nie jest jedy­nie efek­tem przy­ję­cia reguł, któ­rych nie wybie­ra­li­śmy?

Dick obse­syj­nie wra­cał do jed­nego pro­blemu: co jest naprawdę realne? Widzisz stół — wydaje się solidny. Fizyka mówi o cząst­kach i pustej prze­strzeni, psy­cho­lo­gia o inter­pre­to­wa­niu bodź­ców przez mózg. Dick dopo­wiada: a jeśli to tylko war­stwa ope­ra­cyjna sys­temu, który funk­cjo­nuje według innych zasad?

Nie był filo­zo­fem aka­de­mic­kim, lecz jego powie­ści orbi­tują wokół onto­lo­gii i epi­ste­mo­lo­gii. Pytał nie tylko o to, co ist­nieje, lecz także o to, kto i na jakiej pod­sta­wie defi­niuje real­ność.

Stół negocjacyjny

Kiedy w 1963 roku uka­zali się Tytań­scy gra­cze, świat nie był spo­koj­nym miej­scem. Powieść wyro­sła z kon­kret­nego kli­matu epoki — napię­cia, lęku i poczu­cia, że jeden nie­ostrożny ruch może uru­cho­mić reak­cję łań­cu­chową.

To śro­dek zim­nej wojny. Stany Zjed­no­czone i Zwią­zek Radziecki stoją naprze­ciw sie­bie jak prze­ciw­nicy w roz­cią­gnię­tej na dzie­siątki lat par­tii stra­te­gicz­nej. Rok wcze­śniej kry­zys kubań­ski poka­zał, że wojna nukle­arna nie jest abs­trak­cją. To doświad­cze­nie poko­le­nia, które zro­zu­miało, że decy­zje kilku osób mogą prze­są­dzić o losie milio­nów.

W takim kon­tek­ście pomysł, by kon­flikt roz­strzy­gać przy stole, a nie na polu bitwy, nabiera szcze­gól­nej wymowy. W powie­ści Zie­mia jest wynisz­czona, a przy­by­sze z Tytana przej­mują kon­trolę, pro­po­nu­jąc sys­tem roz­gry­wek zamiast otwar­tej wojny. Brzmi to gro­te­skowo, ale jest pre­cy­zyjną meta­forą epoki: zamiast total­nej zagłady — star­cie regu­lo­wane zasa­dami.

Gra w tej książce nie jest meta­forą wszyst­kiego; jest kon­kret­nym narzę­dziem wła­dzy. Ma usta­lone reguły, prze­wi­dziane kon­se­kwen­cje i jasno okre­śloną stawkę. Wygrana lub prze­grana prze­kłada się na realne zmiany poli­tyczne. Mia­sta stają się przed­mio­tem nego­cja­cji. Decy­zje zapa­dają w wąskim gro­nie, lecz skutki odczu­wają ci, któ­rzy nie sie­dzą przy stole.

I tu poja­wia się istotny aspekt, czę­sto pomi­jany: obok świa­do­mych gra­czy funk­cjo­nują nie­świa­domi uczest­nicy sys­temu. Miesz­kańcy miast, któ­rych los zależy od par­tii, nie wybie­rają stra­te­gii, nie znają peł­nego obrazu sytu­acji, a mimo to pono­szą kon­se­kwen­cje. Dick poka­zuje róż­nicę mię­dzy pod­mio­to­wo­ścią a funk­cjo­no­wa­niem w struk­tu­rze. Nie każdy, kto znaj­duje się w obrę­bie sys­temu, jest jego rów­no­praw­nym uczest­ni­kiem.

Lata sześć­dzie­siąte były rów­nież cza­sem gwał­tow­nego roz­woju tech­no­lo­gii i nara­sta­ją­cego lęku przed auto­ma­ty­za­cją. Kom­pu­tery obie­cy­wały racjo­nal­ność i pre­cy­zję, ale rodziły pyta­nie: czy świat zarzą­dzany algo­ryt­micz­nie pozo­sta­wia miej­sce na ludzką spon­ta­nicz­ność? U Dicka tech­no­lo­gia nie daje poczu­cia bez­pie­czeń­stwa — raczej pod­kre­śla kru­chość ludz­kiej kon­troli.

Jed­no­cze­śnie młod­sze poko­le­nie zaczy­nało kwe­stio­no­wać auto­ry­tety i sys­te­mowe reguły. Kto ustala zasady? Kto defi­niuje to, co jest dopusz­czalne? Te pyta­nia rezo­nują w struk­tu­rze powie­ści. Tytań­czycy pro­po­nują cywi­li­zo­wane roz­wią­za­nie, ale to oni defi­niują ramy kon­fliktu. Syme­tria jest pozorna.

Dla­tego książka jest zako­rze­niona w swoim cza­sie, ale nie ogra­ni­cza się do niego. Mecha­nizm wła­dzy opar­tej na regu­łach (akcep­to­wa­nych, bo sku­tecz­nych) pozo­staje aktu­alny także poza realiami zim­nej wojny.

Padło już stwier­dze­nie, że rok 1963 był nie­zbyt spo­koj­nym miej­scem/cza­sem. A kiedy było ina­czej? Lokal­ność Europy i Sta­nów pasła się w dobro­by­cie dzięki mili­tar­nej rów­no­wa­dze mię­dzy Wscho­dem i Zacho­dem. Ale — chcemy czy nie — rów­no­waga to zastój. Tytani z Giełdy dosko­nale zda­wali sobie sprawę, że komer­cja lepiej two­rzy rząd dusz niż rdze­wie­jące czołgi. Było i jest pięk­nie. Tylko tak się składa, że nie bar­dzo wiemy, czy Giełda jest jesz­cze w tym samym miej­scu świata.

Tytani z Tytana mogliby być spo­koj­nie tyta­nami z Wall Street, z Doliny Krze­mo­wej albo z jakie­goś bar­dziej współ­cze­snego forum. Dick nie wymy­ślił pro­chu — zwy­czaj­nie poszedł wła­ści­wym tro­pem. Prze­cież o naszym świe­cie decy­duje Giełda. To też gra — ktoś wygrywa, ktoś musi prze­grać. Bogac­two i nędzę świata można prze­su­wać z miej­sca na miej­sce — dzi­siaj Nowy Jork, jutro… to może być gdzie­kol­wiek.

Kiedy wojna przybiera formę procedury

O czym w isto­cie jest ta powieść?

W naj­więk­szym skró­cie — o kon­flik­cie mię­dzy ludźmi a przy­by­szami z Tytana. Jed­nak trudno nazwać ją kla­syczną opo­wie­ścią o inwa­zji. Tytań­czycy nie nisz­czą miast z orbity, nie pro­wa­dzą otwar­tego pod­boju. Narzu­cają sys­tem, w któ­rym wynik roz­grywki prze­są­dza o real­nym ukła­dzie sił.

W cen­trum znaj­duje się zwy­czajny, zdez­o­rien­to­wany czło­wiek — typowy boha­ter Dicka. Nie jest hero­sem ani genial­nym stra­te­giem. To jed­nostka wcią­gnięta w mecha­nizm więk­szy od sie­bie. Napię­cie budują trzy ele­menty: Tytań­czycy potra­fią czy­tać w myślach, Gra opiera się na ble­fie, a stawką jest świat mate­rialny.

Jak ble­fo­wać wobec tele­paty? Czy moż­liwa jest stra­te­gia, gdy prze­ciw­nik zna twoje inten­cje? Dick poka­zuje, że nawet w tak asy­me­trycz­nej sytu­acji ist­nieje prze­strzeń manewru. Wie­dza o cudzych zamia­rach nie ozna­cza peł­nej kon­troli nad rze­czy­wi­sto­ścią. Zawsze pozo­staje czyn­nik nie­prze­wi­dy­walny — inter­pre­ta­cja, przy­pa­dek, ludzka irra­cjo­nal­ność.

Świat w powie­ści zostaje uprzed­mio­to­wiony: mia­sta stają się ele­men­tami układu. Dla jed­nych to dom, dla innych — zasób. Per­spek­tywa decy­duje o zna­cze­niu. Ludzie postrze­gają sie­bie jako pod­mioty; Tytań­czycy mogą widzieć ich jako ele­menty struk­tury.

Tu poja­wia się pyta­nie o sta­tus jed­nostki. Kto jest gra­czem, a kto jedy­nie figurą w rękach sil­niej­szych? Boha­te­ro­wie pró­bują odzy­skać spraw­czość poprzez zro­zu­mie­nie reguł. Nie zawsze sku­tecz­nie, ale sam akt próby ma zna­cze­nie.

Istotne jest też to, że sys­tem działa tylko dla­tego, iż został zaak­cep­to­wany. Gra nie wymaga sta­łej prze­mocy — wystar­cza uzna­nie jej zasad. To sub­tel­niej­sza forma domi­na­cji niż otwarty ter­ror. Wła­dza polega nie tylko na sile, ale też na defi­nio­wa­niu ram dzia­ła­nia.

Dick nie two­rzy czarno-bia­łego obrazu. Tytań­czycy nie są demo­nami; są racjo­nal­nymi uczest­ni­kami sys­temu, który dla nich ma sens. Pro­blem polega na asy­me­trii: jedna strona ustala warunki, druga musi się do nich dosto­so­wać.

W tym sen­sie powieść mówi mniej o samej roz­grywce, a wię­cej o struk­tu­rze, która ją umoż­li­wia. O pro­ce­du­rze zastę­pu­ją­cej wojnę, ale nie­eli­mi­nu­ją­cej nie­rów­no­ści.

Instrukcja, której nie otrzymaliśmy

Motyw Gry w tej powie­ści pełni funk­cję modelu onto­lo­gicz­nego. Gra ma zasady, okre­ślone cele i ogra­ni­cze­nia. Uczest­nik poznaje je w trak­cie. Podob­nie czło­wiek rodzi się w świe­cie norm, praw i insty­tu­cji, któ­rych nie wybie­rał.

U Dicka roz­grywka regu­luje rze­czy­wi­stość dosłow­nie. Wynik zmie­nia układ poli­tyczny. Plan­sza nie jest meta­forą! Jest mecha­ni­zmem!

To pro­wa­dzi do pyta­nia onto­lo­gicz­nego: czy rze­czy­wi­stość jest sta­bilną sub­stan­cją czy struk­turą zależną od przy­ję­tych reguł? Jeśli świat działa jak sys­tem, to jego real­ność może być efek­tem obo­wią­zu­ją­cych zasad.

Dru­gie pyta­nie doty­czy epi­ste­mo­lo­gii: skąd wiemy, że coś jest praw­dziwe? Tele­pa­tia pod­waża pry­wat­ność myśli i auto­no­mię decy­zji. Jeżeli twoje inten­cje są dostępne dla innych, twoja pod­mio­to­wość ulega ogra­ni­cze­niu. Wol­ność nie znika cał­ko­wi­cie, ale zostaje zawę­żona do prze­strzeni dopusz­czal­nej przez sys­tem.

Dick nie twier­dzi, że czło­wiek jest cał­ko­wi­cie bez­radny. Prze­ciw­nie — poka­zuje, że nawet w sil­nie zde­ter­mi­no­wa­nej struk­tu­rze ist­nieją luki. Wol­ność prze­ja­wia się w spo­so­bie reago­wa­nia, w impro­wi­za­cji, w umie­jęt­no­ści wyko­rzy­sta­nia nie­jed­no­znacz­no­ści reguł.

To istotne roz­róż­nie­nie: świat nie jest cha­otyczny, lecz upo­rząd­ko­wany według zasad. Pro­blem polega na tym, że nie wszy­scy mają do nich równy dostęp. Jedni je inter­pre­tują i wyko­rzy­stują, inni jedy­nie im pod­le­gają.

Wła­śnie ta róż­nica mię­dzy świa­do­mo­ścią a nieświa­do­mo­ścią uczest­nic­twa sta­nie się klu­czowa w dal­szej reflek­sji nad toż­sa­mo­ścią i moż­li­wo­ścią zastą­pie­nia jed­nostki.

Jak się śmiać, gdy stawką jest rzeczywistość?

Gdyby jesz­cze raz spró­bo­wać stre­ścić fabułę — obcy z Tytana kon­tro­lują Zie­mię, kon­flikty roz­strzyga się tele­pa­tyczną Grą, Ble­fem, stawką są mia­sta i ludzie — można by ocze­ki­wać mrocz­nej dys­to­pii o total­nym znie­wo­le­niu. Tym­cza­sem Phi­lip K. Dick opo­wiada tę histo­rię z wyraźną domieszką iro­nii.

Nie jest to kome­dia wprost, lecz gro­te­ska. Stawki są ogromne, a boha­te­ro­wie reagują jak zwy­kli ludzie — z iry­ta­cją, ner­wo­wo­ścią, poczu­ciem absurdu. Ten kon­trast jest celowy. Im bar­dziej zwy­czajny ton roz­mów, tym sil­niej wybrzmiewa fakt, że od kolej­nej par­tii zależy los mia­sta. Humor nie unie­waż­nia zagro­że­nia; prze­ciw­nie — uwy­pu­kla jego nie­do­rzecz­ność.

Gra jako mecha­nizm regu­lu­jący kon­flikt mię­dzy­ga­tun­kowy jest zara­zem racjo­nalna i absur­dalna. Z jed­nej strony zapo­biega woj­nie total­nej, z dru­giej — spro­wa­dza dra­mat ludz­kich wspól­not do wymiaru roz­grywki. Dick poka­zuje, że sys­tem może być logiczny, a jed­no­cze­śnie moral­nie pro­ble­ma­tyczny.

Śmiech staje się tu formą dystansu. Boha­ter, który potrafi iro­nicz­nie spoj­rzeć na sytu­ację, odzy­skuje mini­malną auto­no­mię. To ważne: nawet jeśli nie kon­tro­luje zasad, może kon­tro­lo­wać wła­sną reak­cję. W świe­cie pod­po­rząd­ko­wa­nym pro­ce­du­rze humor jest spo­so­bem na zacho­wa­nie pod­mio­to­wo­ści.

Czy można zostać wymienionym?

Jed­nym z naj­bar­dziej nie­po­ko­ją­cych wąt­ków powie­ści jest moż­li­wość zastą­pie­nia jed­nostki. Czy kon­kretny czło­wiek jest nie­zbędny? Jeśli sys­tem potrze­buje funk­cji, a nie osoby, to czy nie wystar­czy obsa­dzić jej kimś innym?

Motyw podwój­no­ści i zastę­po­wal­no­ści powra­cał w twór­czo­ści Dicka wie­lo­krot­nie. W Blade run­ne­rze. Czy andro­idy marzą o elek­trycz­nych owcach? pyta­nie brzmi: co spra­wia, że jesteś sobą, skoro android może imi­to­wać czło­wieka? W Ubiku real­ność jed­nostki zostaje pod­wa­żona przez chwiej­ność samego świata. W Tytań­skich gra­czach pro­blem jest mniej tech­no­lo­giczny, lecz rów­nie dotkliwy.

Jeżeli o losach świata decy­duje sys­tem roz­gry­wek, czło­wiek łatwo zostaje zre­du­ko­wany do roli wyko­nawcy ruchów. A rolę można obsa­dzić ponow­nie. Funk­cja trwa, osoba jest wymienna.

To pro­wa­dzi do pyta­nia o toż­sa­mość. W codzien­nym życiu peł­nimy role: pra­cow­nika, part­nera, oby­wa­tela. Sys­tem spo­łeczny nie potrze­buje kon­kret­nej osoby — potrze­buje kogoś, kto wypełni okre­ślone zada­nia. Dick prze­nosi tę obser­wa­cję na poziom onto­lo­gii: a jeśli nasze ja jest w dużej mie­rze efek­tem miej­sca, które zaj­mu­jemy w struk­tu­rze?

W tym sen­sie lęk przed byciem wymie­nio­nym jest lękiem przed utratą zna­cze­nia. Jeśli można mnie zastą­pić, to czy jestem kimś nie­po­wta­rzal­nym czy tylko ele­men­tem układu?

Dick nie odbiera boha­te­rom spraw­czo­ści cał­ko­wi­cie. Nawet w sil­nie zde­ter­mi­no­wa­nym sys­te­mie pozo­sta­wia im mini­malną prze­strzeń wyboru. Toż­sa­mość nie jest dana raz na zawsze — kształ­tuje się w odpo­wie­dzi na kolejne zagra­nia. Jed­nostka nie wybiera plan­szy ani reguł, ale wybiera spo­sób, w jaki na nie reaguje.

Kto naprawdę ustala reguły?

W Tytań­skich gra­czach naj­bar­dziej nie­po­ko­jące nie jest to, że Tytań­czycy dys­po­nują prze­wagą tech­no­lo­giczną czy tele­pa­tią. Nie­po­kój budzi to, że sys­tem działa, ponie­waż został zaak­cep­to­wany.

Gra funk­cjo­nuje tylko wtedy, gdy uczest­nicy uznają jej zasady. To pro­wa­dzi do pyta­nia o naturę wła­dzy. Czy wła­dza jest wyłącz­nie prze­mocą czy raczej zdol­no­ścią defi­nio­wa­nia rze­czy­wi­sto­ści? Jeśli jedna strona okre­śla, jakie pro­ce­dury obo­wią­zują, kon­tro­luje także moż­liwe wyniki.

Dick poka­zuje skrajną sytu­ację: obcy narzu­cają for­mułę kon­fliktu, lecz przed­sta­wiają ją jako racjo­nalną alter­na­tywę dla wojny. Roz­wią­za­nie wydaje się cywi­li­zo­wane. Jed­nak fakt, że jedna strona ustala warunki, ozna­cza struk­tu­ralną nie­rów­ność.

Praw­dziwa kon­trola polega więc nie na wygry­wa­niu poje­dyn­czych par­tii, lecz na defi­nio­wa­niu samego mecha­ni­zmu roz­strzy­ga­nia spo­rów. Kto decy­duje o zasa­dach, ten wyzna­cza hory­zont moż­li­wych dzia­łań.

To wła­śnie tutaj powieść wycho­dzi poza fabułę science fic­tion. Każdy sys­tem spo­łeczny — pań­stwo, rynek, insty­tu­cja — opiera się na przy­ję­tych regu­łach. Więk­szość ludzi funk­cjo­nuje w ich obrę­bie, nie mając wpływu na kształt tych ciał (pod­mio­tów?). Są uczest­ni­kami, ale nie pro­jek­tan­tami.

Dick nie pro­po­nuje rewo­lu­cji total­nej. Suge­ruje raczej, że każda struk­tura zawiera luki. Impro­wi­za­cja, rein­ter­pre­ta­cja zasad, drobny bunt — to formy odzy­ski­wa­nia pod­mio­to­wo­ści. Nawet jeśli nie da się zmie­nić całego sys­temu, można pró­bo­wać zmie­nić wła­sną pozy­cję w jego obrę­bie.

Mani­pu­la­cja — brzyd­kie słowo. A niby dla­czego? Wszyst­kim zwie­rzę­tom Pan Bóg dał jakieś mózgi, ale tylko czło­wiek ma parę pie­kiel­nie spraw­nych mani­pu­la­to­rów. I mani­pu­luje od tysięcy lat.

Tylko kto kogo kształ­to­wał i kto zbu­do­wał cywi­li­za­cję? Na pewno duet. Prawdą jest, że co pewien czas łapy biorą głowy za gar­dło. Gdy te odfruną w ide­alizm. I wtedy inte­lek­tu­ali­ści wrzesz­czą, że nimi się mani­pu­luje. Może zleź­liby z obło­ków i zro­bili w życiu coś kon­kret­nego. Ale nie potra­fią, bo w przed­szkolu uznali, iż kloc­kami nie powinno się mani­pu­lo­wać.

Bez mani­pu­lo­wa­nia niczego się nie nauczysz. I niczego nie doro­bisz. Ale mózgi są sprytne. Pod­glą­da­jąc łap­ska, stwier­dziły, że mani­pu­lo­wa­nie to nie­zły patent. Więc pró­bują mani­pu­lo­wać mózgami innych. Czemu nie? Ale dla­czego krzy­czą przy tym, iż ów naj­spryt­niej­szy mani­pu­luje wszyst­kimi? Poli­tyka to czy­sta codzienna mani­pu­la­cja. A jeżeli nam się nie podoba nasz wła­sny wódz, z jego cham­ską poli­tyką, to mamy jak w banku, że ktoś nam zain­sta­luje dozorcę nie­uba­bra­nego mani­pu­la­cją. On będzie wyda­wał pro­ste, jasne roz­kazy: pad­nij, powstań!

Tacy Rosja­nie ścieżkę dostępu do wła­dzy prze­te­sto­wali na wła­snej skó­rze ponad sto lat temu. Też mieli demo­kra­cję — bol­sze­wi­ków i mien­sze­wi­ków. Tota­li­ta­ryzm poja­wił się wtedy, gdy mniej­szość ska­so­wała więk­szość. Ale czy to jedyna droga do tota­li­ta­ry­zmu? W naszych współ­cze­snych demo­kra­cjach po wybo­rach też mamy bol­sze­wi­ków i mien­sze­wi­ków. Pro­blem w tym, że ich pro­gramy prze­waż­nie niczym się od sie­bie nie róż­nią. Tak demo­kra­cja znosi jajo nowego tota­li­ta­ry­zmu.

Mię­dzy sys­te­mami auto­ry­tar­nymi a tota­li­ta­ry­zmem demo­kra­tycz­nym jest jedna tylko róż­nica — w pierw­szym przy­padku wystar­czy roz­kaz, w dru­gim trzeba mani­pu­lo­wać.

Od rozgrywki do egzystencji

Na powierzchni mamy kon­flikt ludzi z obcymi. Głę­biej — ana­lizę wła­dzy i toż­sa­mo­ści. Jesz­cze głę­biej — meta­forę ludz­kiej egzy­sten­cji.

Rodzimy się w okre­ślo­nym świe­cie. Nie wybie­ramy czasu, miej­sca ani obo­wią­zu­ją­cych norm. Uczymy się ich w trak­cie życia jak instruk­cji czy­ta­nej już pod­czas par­tii. Egzy­sten­cja­li­ści twier­dzili, że czło­wiek defi­niuje sie­bie poprzez wybory. Dick poka­zuje coś zbli­żo­nego: nie jeste­śmy wszech­mocni, ale nie jeste­śmy też cał­ko­wi­cie zde­ter­mi­no­wani.

Plan­sza ist­nieje. Reguły obo­wią­zują. Jed­nak decy­zja o tym, jak zare­ago­wać, wciąż należy do jed­nostki.

To zaska­ku­jąco reali­styczny wymiar tej powie­ści. Nie ofe­ruje ilu­zji peł­nej wol­no­ści, ale też nie ska­zuje czło­wieka na abso­lutną bez­rad­ność. Mię­dzy deter­mi­na­cją a cha­osem pozo­staje prze­strzeń manewru.

Nie­stety. W tym miej­scu ujaw­nia się nie­ocze­ki­wany kon­flikt. Mię­dzy Żel­kow­skim i Żwi­kie­wi­czem. Każdy ma inne zda­nie na ten temat, wyta­cza wła­sne działa i ani myśli się roz­broić.

Żel­kow­ski pozo­staje wierny huma­ni­stycz­nej per­spek­ty­wie.

Żwi­kie­wicz tylko wzru­sza ramio­nami: Decy­zje i tak zapadną gdzie indziej — w Wer­salu albo poza nim. Naj­wy­żej zostanę wer­sal­skim bękar­tem — kwi­tuje.

Lekkość, która maskuje ciężar

Dick nie przy­tła­cza czy­tel­nika wykła­dem filo­zo­ficz­nym. Lekka, momen­tami absur­dalna forma maskuje poważne pyta­nia: kim jestem w struk­tu­rze, któ­rej nie pro­jek­to­wa­łem? Czy mam realny wpływ na wła­sny los? Czy rze­czy­wi­stość jest sta­bilna czy raczej zależna od przy­ję­tych reguł?

Te motywy powrócą póź­niej w Czło­wieku z Wyso­kiego Zamku i w Płyń­cie łzy moje, rzekł poli­cjant, gdzie pro­blem toż­sa­mo­ści i wła­dzy zosta­nie roz­wi­nięty jesz­cze moc­niej. Tytań­scy gra­cze są wcze­śniej­szym, bar­dziej przej­rzy­stym warian­tem tych powie­ści.

Na końcu pozo­stają pyta­nia, które nie doty­czą już tylko boha­te­rów.

Czy jesteś wyłącz­nie ele­men­tem sys­temu, który funk­cjo­nuje nie­za­leż­nie od cie­bie? Czy masz realny wpływ na swoją pozy­cję? Czy świa­do­mość reguł zmie­nia cokol­wiek?

Pyta­nia to domena dziecka lub filo­zofa. Doj­rzały czło­wiek, który wie, że jed­nej odpo­wie­dzi nie ma, powi­nien być zado­wo­lony z dobrej lite­ra­tury. I tym spo­so­bem Dick zma­ni­pu­lo­wał czy­tel­ni­ków i ma swój rząd dusz.

Bo naj­waż­niej­sze pyta­nie nie brzmi już: czy świat przy­po­mina roz­grywkę?

Brzmi ina­czej: czy potra­fisz dzia­łać sen­sow­nie, nawet jeśli nie usta­la­łeś zasad?

Marek Żel­kow­ski i Wik­tor Żwi­kie­wicz

1

To był nie­do­bry wie­czór, a kiedy chciał poje­chać do domu, wdał się w kosz­marną sprzeczkę z wła­snym samo­cho­dem.

— Pań­ski stan nie pozwala na pro­wa­dze­nie wozu, panie Gar­den. Pro­szę włą­czyć auto­pi­lota i spo­cząć z tyłu.

Pete Gar­den usiadł za ste­row­nicą i odparł, siląc się na dobit­ność:

— Słu­chaj, wolno mi pro­wa­dzić. Jeden drink, a wła­ści­wie kilka wyostrza refleks. Tak więc dość tych głu­pot. — Wci­snął star­ter, ale bez rezul­tatu. — No, jazda!

— Nie wło­żył pan klu­czyka — ode­zwało się auto.

— Już dobrze — pod­dał się upo­ko­rzony. Może samo­chód miał rację. Bez spe­cjal­nej nadziei wsu­nął klu­czyk w sta­cyjkę. Sil­nik zawar­czał, ale układ ste­ro­wa­nia nie reago­wał. Pod karo­se­rią dzia­łał efekt Rush­more’a; z nim nie można wygrać. — Niech ci będzie, możesz sobie pro­wa­dzić, skoro tak ci na tym zależy — powie­dział z jak naj­więk­szą god­no­ścią. — I tak pew­nie wszystko ci się pochrzani, jak zawsze, kiedy jestem… nie­dy­spo­no­wany.

Prze­czoł­gał się na tył i zwa­lił na sie­dze­nie. Samo­chód ode­rwał się od kra­węż­nika i poszy­bo­wał w noc, mru­ga­jąc świa­tłami pozy­cyj­nymi. Chry­ste, jak nędz­nie Pete się czuł. Ból roz­sa­dzał mu głowę.

Jego myśli jak zwy­kle powę­dro­wały ku Grze.

Czemu poszło mu tak źle? Wszyst­kiemu winien był ten pajac Silva­nus Angst, jego szwa­gier, a raczej były szwa­gier. Prawda, rzekł sobie w duchu Pete; muszę o tym pamię­tać. Freya już nie jest moją żoną. Prze­gra­li­śmy i nasze mał­żeń­stwo zostało roz­wią­zane. Zaczy­namy znów od zera: Freya jest żoną Clema Gainesa, a ja nie jestem żonaty, bo nie udało mi się jesz­cze wykrę­cić trójki.

Jutro wykręcę trójkę, obie­cał sobie. A wtedy będą musieli mi impor­to­wać żonę, bo wyko­rzy­sta­łem już wszyst­kie w gru­pie.

Samo­chód szy­bo­wał z war­ko­tem nad pust­ko­wiem środ­ko­wej Kali­for­nii, jałową kra­iną wokół bez­lud­nych mia­ste­czek.

— Czy wiesz, że w gru­pie nie ma kobiety, która by nie była już moją żoną? — zwró­cił się do samo­chodu. — I jak dotąd nie mia­łem szczę­ścia, więc to na pewno przeze mnie. Prawda?

— Prawda — zgo­dził się samo­chód.

— Ale nawet gdyby tak było, to i tak nie moja wina, tylko czer­wo­nych Chiń­czy­ków. Nie cier­pię ich. — Wycią­gnął się na wznak i popa­trzył na gwiazdy przez prze­zro­czy­sty dach samo­chodu. — Mimo wszystko kocham cię; jesteś mój od tylu lat. Ni­gdy się nie zepsu­jesz. — Łzy napły­nęły mu do oczu. — Mam rację?

— To zależy, czy będzie pan mnie regu­lar­nie odda­wał do prze­glądu.

— Cie­kawe, jaką kobietę dla mnie spro­wa­dzą.

— Cie­kawe — zawtó­ro­wał samo­chód.

Zaraz, z jaką to grupą jego grupa — Błę­kit­nawy Lis — naj­czę­ściej utrzy­my­wała kon­takty? Chyba z Super Cho­cho­łem, który spo­ty­kał się w Las Vegas i zrze­szał Posia­da­czy z Nevady, Utah i Idaho. Przy­mknął oczy, pró­bu­jąc sobie przy­po­mnieć, jak wyglą­dają kobiety z Super Cho­choła.

Gdy tylko wylą­duję w moim miesz­ka­niu w Ber­ke­ley, pomy­ślał Pete, to od razu… Nagle przy­po­mniał sobie o czymś paskud­nym.

Nie miał po co wra­cać do Ber­ke­ley. Bo wła­śnie stra­cił Ber­ke­ley w Grze. Zdo­był je Walt Reming­ton, kiedy przej­rzał jego blef na polu trzy­dzie­stym szó­stym. I wła­śnie z tego powodu to był nie­do­bry wie­czór.

— Zmiana kursu — wychry­piał do obwo­dów auta. Wciąż posia­dał znaczną część okręgu Marin; tam mógł się zatrzy­mać. — Lecimy do San Rafael — oznaj­mił, pro­stu­jąc się na fotelu i trąc czoło.

— Pani Gaines? — ode­zwał się męski głos.

Podobny do głosu tego kosz­mar­nego Billa Calu­mine’a, pomy­ślała nie­zbyt przy­tom­nie Freya. Szczot­ko­wała krót­kie jasne włosy. Nie odwró­ciła się od lustra.

— Odwieźć cię do domu? — zapy­tał głos i wtedy uświa­do­miła sobie, że to jej nowy mąż, Clem Gaines. — Wra­casz chyba do domu? — Clem Gaines, wielki, nalany, z nie­bie­skimi oczami niczym pęk­nięte i skle­jone nie­równo szkła, prze­to­czył się przez pokój Gry w jej kie­runku. Był wyraź­nie zado­wo­lony z tego, że jest jej mężem.

To nie potrwa długo, pocie­szyła się Freya. Chyba że będziemy mieli szczę­ście, pomy­ślała nagle.

Dalej szczot­ko­wała włosy, nie zwra­ca­jąc uwagi na Clema. Jak na stucz­ter­dzie­sto­let­nią kobietę wyglą­dam nie­źle, oce­niła bez­stron­nie. Ale nie mia­łam wyboru… nikt z nas nie miał wyboru.

Wszy­scy bez wyjątku byli zakon­ser­wo­wani nie czymś, lecz bra­kiem cze­goś. Wraz z osią­gnię­ciem doj­rza­ło­ści usu­wano im gru­czoł Hynesa, a po tym wiek nie pozo­sta­wiał na nich śla­dów.

— Lubię cię, Freyo — wyznał Clem. — Dzia­łasz otrzeź­wia­jąco. To oczy­wi­ste, że mnie nie lubisz. — Nie wyda­wał się ura­żony, co było typowe dla pół­głów­ków jego pokroju. — Chodźmy gdzieś i od razu sprawdźmy, czy nam się poszczę­ści, a ja…

Urwał, bo do pokoju wpełzł wug.

— Patrz, jaki pró­buje być miły — rzu­ciła z nie­sma­kiem Jean Blau, nakła­da­jąc płaszcz. — Zawsze tak się zacho­wują. — Cof­nęła się.

Jej mąż Jack Blau odszu­kał wzro­kiem wugo­bij nale­żący do grupy.

— Szturchnę go parę razy, to się zmyje — zapro­po­no­wał.

— Nie — zapro­te­sto­wała Freya. — Jest nie­szko­dliwy.

— Ma rację — poparł ją Silva­nus Angst. Stał przy barku, szy­ku­jąc sobie strze­mien­nego. — Wystar­czy go posy­pać solą. — Zachi­cho­tał.

Wug ewi­dent­nie upa­trzył sobie Clema Gainesa. Lubi go, pomy­ślała Freya. Może z nim by gdzieś poje­chał zamiast ze mną.

Dla Clema byłoby to jed­nak nie do przy­ję­cia, bo nikt nie spo­ufa­lał się z daw­nym wro­giem. Nie wypa­dało i już, mimo sta­rań Tytań­czy­ków, by zabliź­nić wyrwę anty­pa­tii, spu­ści­znę z cza­sów wojny. Byli formą życia opartą na krze­mie, nie na węglu. Ich cykl meta­bo­liczny był długi, a kata­li­za­to­rem nie był tlen, lecz metan. Do tego ten ich bisek­su­alizm… zacho­wa­nie typowe dla P-ujem­nych.

— Dziab­nij go — pora­dził Jac­kowi Blau­owi Bill Calu­mine.

Jack dźgnął wugo­bi­jem gala­re­to­watą cyto­pla­zmę wuga.

— Wynoś się — rzu­cił ostro. Wyszcze­rzył zęby do Billa Calu­mine’a. — A gdyby tak z nim się troszkę zaba­wić? Namó­wić go na roz­mowę? Hej, wuga­sie, może gadu-gadu?

Natych­miast dotarły do nich wyraźne myśli Tytań­czyka, adre­so­wane do wszyst­kich ludzi prze­by­wa­ją­cych w apar­ta­men­cie kon­do­mi­nium.

— Jakieś donie­sie­nia o ciąży? W takich przy­pad­kach pro­simy nie­zwłocz­nie zwró­cić się do naszej służby zdro­wia…

— Posłu­chaj, wuga­sie — ode­zwał się Bill Calu­mine — jeśli przy­trafi nam się szczę­ście, zacho­wamy to dla sie­bie. Powia­do­mie­nie cię o tym przy­nosi pecha, wszy­scy to wiemy. Jak to moż­liwe, że ty o tym nie wiesz?

— Wie, wie — rzekł Silva­nus Angst. — Tylko nie ma ochoty o tym myśleć.

— Cóż, naj­wyż­szy czas, żeby wugo­wie spoj­rzeli praw­dzie w oczy — oświad­czył Jack Blau. — Nie lubimy ich, i tyle. Zbie­raj się — rzu­cił do żony. — Wra­camy do domu. — Nie­cier­pli­wym ruchem dłoni przy­wo­łał Jean.

Człon­ko­wie grupy opu­ścili pokój i fron­to­wymi scho­dami udali się do zapar­ko­wa­nych przed budyn­kiem samo­cho­dów. Freya została sama z wugiem.

— Nie było żad­nej ciąży w naszej gru­pie — oznaj­miła, odpo­wia­da­jąc na jego pyta­nie.

— Tra­ge­dia — pomy­ślał wug w odpo­wie­dzi.

— Ale będzie — zapo­wie­działa Freya. — Wiem, że już wkrótce będziemy mieli szczę­ście.

— Dla­czego wasza grupa jest tak wrogo nasta­wiona do nas? — spy­tał wug.

— Obwi­niamy was o naszą bez­płod­ność, to chyba jasne — odparła Freya. Zwłasz­cza nasz pro­wa­dzący, Bill Calu­mine, dodała w myślach.

— To była wasza broń — zapro­te­sto­wał wug.

— Wcale nie nasza. Czer­wo­nych Chiń­czy­ków.

Wugowi wyda­wało się to nie spra­wiać róż­nicy.

— Tak czy owak, robimy wszystko, co w naszej mocy…

— Czy mogli­by­śmy o tym nie roz­ma­wiać? — prze­rwała mu Freya. — Pro­szę.

— Przyj­mij­cie naszą pomoc — rzekł wug.

— Idź do dia­bła — odparła i szyb­kim kro­kiem zeszła po scho­dach do swo­jego samo­chodu sto­ją­cego na ulicy.

Chłodne powie­trze nocy w Car­mel w Kali­for­nii ją oży­wiło. Zro­biła głę­boki wdech, chło­nąc rześ­kie, dzie­wi­cze zapa­chy, i spoj­rzała w gwiazdy.

— Otwórz, chcę wsiąść — zwró­ciła się do auta.

— Tak jest, pani Gar­den. — Drzwiczki się roz­su­nęły.

— Nie jestem już panią Gar­den, tylko panią Gaines. — Sia­dła za ręczną ste­row­nicą. — Spró­buj to zapa­mię­tać.

— Tak jest, pani Gaines.

Sil­nik zawar­czał, led­wie wsu­nęła klu­czyk w sta­cyjkę.

— Czy Pete Gar­den odje­chał? — Omio­tła wzro­kiem ponurą uliczkę, ale nie zoba­czyła jego wozu. — Pew­nie tak.

Poczuła smu­tek. Byłoby miło usiąść razem o pół­nocy i w bla­sku gwiazd uciąć sobie małą poga­wędkę, jakby nie prze­stali być mał­żeń­stwem… Cho­lerna Gra z tymi swo­imi odmia­nami losu. Cho­lerne szczę­ście, pech; tyle nam tylko pozo­stało. Jako rasa jeste­śmy skoń­czeni.

Przy­tknęła zega­rek do ucha.

— Druga pięt­na­ście, pani Gar­den — ode­zwał się słaby gło­sik.

— Pani Gaines — wark­nęła.

— Druga pięt­na­ście, pani Gaines.

Ilu ludzi żyje w tej chwili na Ziemi? — pomy­ślała. Milion? Dwa? Ile grup bie­rze udział w Grze? Nie wię­cej niż kil­ka­set tysięcy. I gdy docho­dzi do gwał­tow­nej śmierci, liczba lud­no­ści nie­od­wra­cal­nie się zmniej­sza.

Machi­nal­nie się­gnęła do schowka w poszu­ki­wa­niu schlud­nie opa­ko­wa­nego paska tak zwa­nego kró­liczka. Zna­la­zła go — jesz­cze sta­rego, nie nowego typu — roz­pa­ko­wała, wło­żyła do ust i zagry­zła.

W mdłym świe­tle schowka samo­chodu obej­rzała papie­rek. Jeden mar­twy kró­li­czek, pomy­ślała, przy­wo­łu­jąc czasy jesz­cze sprzed swo­ich naro­dzin, kiedy to za usta­le­nie tego faktu odda­wał życie kró­lik. Pasek w świe­tle schowka miał kolor biały, nie zie­lony. Nie była w ciąży. Cisnęła zgnie­ciony papie­rek do śmiet­niczki, gdzie uległ natych­mia­sto­wemu spa­le­niu. Szlag by to tra­fił, pomy­ślała zała­mana. No cóż, czego niby mogłam się spo­dzie­wać?

Samo­chód ode­rwał się od ziemi i pole­ciał ku jej domowi w Los Ange­les.

Jest zbyt wcze­śnie, by mówić o moim szczę­ściu z Cle­mem, uświa­do­miła sobie. Ponad wszelką wąt­pli­wość. To ją roz­po­go­dziło. Jesz­cze tydzień, dwa, a potem kto wie.

Biedny Pete, pomy­ślała. Nawet nie wykrę­cił trójki, na dobrą sprawę nie wró­cił jesz­cze do Gry. Czy powin­nam wpaść do jego posia­dło­ści w okręgu Marin? Spraw­dzić, czy tam jest? Z dru­giej strony był w nocy zalany i nie­zno­śny. Odpy­cha­jący. Nie ma jed­nak prze­pisu ani prawa, które zabra­nia­łoby nam się spo­ty­kać poza Grą. Tylko po co? Nie mie­li­śmy z Pete’em szczę­ścia, mimo że czu­li­śmy coś do sie­bie nawza­jem.

Nagle włą­czyło się radio w samo­cho­dzie. Usły­szała emi­to­wany w pod­nie­ce­niu na wszyst­kich falach biu­le­tyn infor­ma­cyjny grupy z Onta­rio w Kana­dzie.

— Tu Szopa Gru­szok­sięgi — oznaj­mił entu­zja­stycz­nie męż­czy­zna. — Dziś o dzie­sią­tej wie­czór czasu lokal­nego spo­tkało nas szczę­ście! Jedna z naszych kobiet, pani Don Pal­mer, jak zwy­kle bez spe­cjal­nej nadziei ugry­zła kró­liczka i wtedy…

Freya wyłą­czyła radio.

Dotarł­szy do ciem­nego, opu­sto­sza­łego miesz­ka­nia w San Rafael, Pete Gar­den skie­ro­wał pierw­sze kroki do apteczki w łazience, aby spraw­dzić, jakie leki mógłby wziąć. Bez nich nie zaśnie, dobrze to wie­dział. Sno­ozex? Trzeba by trzech table­tek 25 mg, żeby na niego podzia­łały; brał Sno­ozex zbyt czę­sto i zbyt długo. Potrze­bo­wał cze­goś moc­niej­szego. Zawsze może wziąć feno­bar­bi­tal, ale jutro będzie do niczego. Bro­mo­wo­do­rek sko­po­la­miny; tego mógłby spró­bo­wać.

Chyba że, pomy­ślał, spró­bo­wał­bym cze­goś zde­cy­do­wa­nie moc­niej­szego. Emfy­talu.

Trzy naraz — i wię­cej się nie obu­dzę. Nie przy daw­kach, jakie biorę. Tak więc… Zasta­na­wiał się, patrząc na kap­sułki na otwar­tej dłoni. Nikt by mi nie prze­szko­dził, nie pró­bo­wał rato­wać…

— Panie Gar­den, z powodu pana stanu nawią­zuję łącz­ność z dok­to­rem Macym w Salt Lake City — oznaj­miła apteczka.

— Nie jestem w żad­nym sta­nie — żach­nął się Pete. Szybko wsy­pał kap­sułki emfy­talu z powro­tem do bute­leczki. — Kapu­jesz? — Cze­kał. — To była zwy­kła chwi­lowa demon­stra­cja. — Co za kosz­mar — nego­cjuje z efek­tem Rush­more’a wła­snej apteczki. — Już dobrze? — spy­tał z nadzieją.

Apteczka się zatrza­snęła.

Pete wes­tchnął z ulgą.

Zabrzę­czał dzwo­nek u drzwi. Co teraz? — zasta­na­wiał się, wędru­jąc przez miesz­ka­nie, w któ­rym uno­siła się lekka woń stę­chli­zny. Wciąż myślał o tym, co mógłby wziąć na sen, nie alar­mu­jąc efektu Rush­more’a. Otwo­rzył drzwi.

Na progu stała jego jasno­włosa eks­żona, Freya.

— Cześć — rzu­ciła chłodno.

Weszła do miesz­ka­nia, wymi­ja­jąc go, opa­no­wana, jakby jej wizyta w roli żony Clema Gainesa była czymś cał­ko­wi­cie natu­ral­nym.

— Co masz w dłoni? — spy­tała.

— Sie­dem table­tek Sno­ozexu — przy­znał.

— Dam ci coś lep­szego. Na razie w fazie testo­wa­nia. — Pogrze­bała w skó­rza­nej torebce przy­po­mi­na­ją­cej torbę listo­no­sza. — Naj­now­szy śro­dek wypro­du­ko­wany w New Jer­sey przez auto­fab far­ma­ceu­tyczny. — Podała mu dużą nie­bie­ską kaspułkę. — Ner­du­wel — oznaj­miła, a potem się roze­śmiała.

— Ha, ha — odparł ponuro Pete. To miał być dow­cip. Ne’er-do-well. Bierz coraz wię­cej. — Dla­tego przy­szłaś? — Przez ponad trzy mie­siące była jego żoną, part­nerką w Ble­fie, więc oczy­wi­ście wie­działa o jego bez­sen­no­ści. — Mam kaca — poin­for­mo­wał ją. — Poza tym Walt Reming­ton wygrał ode mnie Ber­ke­ley. O czym dobrze wiesz. Więc nie mam nastroju do żar­tów.

— No to zrób mi kawę — powie­działa Freya. Zdjęła kurtkę z futrzaną pod­bitką i prze­rzu­ciła przez poręcz krze­sła. — Albo ja ci zapa­rzę. — Dodała ze współ­czu­ciem: — Wyglą­dasz mar­nie.

— Ber­ke­ley — po co w ogóle wysta­wia­łem akt wła­sno­ści? Nawet nie mogę sobie przy­po­mnieć. Przy tylu innych dzier­ża­wach… musia­łem ulec impul­sowi auto­de­struk­cji. — Zamilkł. — Kiedy tu lecia­łem, zła­pa­łem Onta­rio na wszyst­kich zakre­sach.

— Ja też to sły­sza­łam — powie­działa, kiwa­jąc głową.

— Ich ciąża cię raduje czy przy­gnę­bia?

— Nie wiem — odparła chmur­nie Freya. — Cie­szę się, że im się udało. Ale… — Z zało­żo­nymi rękami krą­żyła po miesz­ka­niu.

— Mnie przy­gnę­bia — wyznał Pete. Posta­wił czaj­nik z wodą na kuchence.

— Dzię­kuję — zasy­czał czaj­nik, a raczej jego efekt Rush­more’a.

— Możemy się spo­ty­kać poza Grą — zapro­po­no­wała Freya. — To się cza­sami zda­rza.

— To byłoby nie­uczciwe wobec Clema. — Soli­dar­ność z Cle­mem Gaine­sem — przy­naj­mniej chwi­lowo — prze­wa­żyła u Pete’a nad uczu­ciem do Frei.

Poza tym był cie­kaw swo­jej przy­szłej żony. Prę­dzej czy póź­niej wykręci trójkę.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Tytuł ory­gi­nału: The Game-Play­ers of Titan

Copy­ri­ght © 1963 by the Estate of Phi­lip K. Dick

Copy­ri­ght rene­wed 1991 by Laura Coehlo, Chri­sto­pher Dick, and Isa Hac­kett

All rights rese­rved

Copy­ri­ght © for the Polish e‑book edi­tion by REBIS Publi­shing House Ltd., Poznań 2026

Infor­ma­cja o zabez­pie­cze­niach

W celu ochrony autor­skich praw mająt­ko­wych przed praw­nie nie­do­zwo­lo­nym utrwa­la­niem, zwie­lo­krot­nia­niem i roz­po­wszech­nia­niem każdy egzem­plarz książki został cyfrowo zabez­pie­czony. Usu­wa­nie lub zmiana zabez­pie­czeń sta­nowi naru­sze­nie prawa.

Redak­tor serii: Rado­sław Kot

Redak­cja tego wyda­nia: Krzysz­tof Tro­piło

Gra­fiki: Woj­ciech Siud­mak

Wyda­nie I e‑book (opra­co­wane na pod­sta­wie wyda­nia książ­ko­wego: Tytań­scy gra­cze, wyd. I, Poznań 2026)

ISBN 978-83-8338-595-2

WYDAWCA

Dom Wydaw­ni­czy REBIS Sp. z o.o.

ul. Żmi­grodzka 41/49, 60-171 Poznań, Pol­ska

tel. +48 61 867 47 08, +48 61 867 81 40

e-mail: [email protected]

www.rebis.com.pl

Kon­wer­sję do wer­sji elek­tro­nicz­nej wyko­nano w sys­te­mie Zecer