Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł
Słoneczna strona science fiction. - „The Scotsman”
Joe Fernwright, jak jego ojciec, zajmuje się renowacją ceramiki. W skomunizowanym plastikowym świecie nie ma jednak klientów, a jego dzienny zasiłek do wieczora zjada inflacja. Joe jest gotów na wszystko. Nawet na przyjęcie wielce ryzykownej oferty pracy od tajemniczego, obdarzonego nadnaturalnymi mocami kosmity. W dziwnych okolicznościach podpadłszy władzy, Joe dołącza do jego menażerii ekspertów z całej Galaktyki, którzy mają wydobyć starożytną katedrę z dna morza na odległej planecie…
Najzabawniejsza powieść Philipa K. Dicka.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 221
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Czas: 5 godz. 50 min
Lektor: Paweł Paprocki
Ubik
Blade runner
Czy androidy marzą o elektrycznych owcach?
Człowiek z Wysokiego Zamku
Valis
Boża inwazja
Transmigracja Timothy’ego Archera
Doktor Bluthgeld
Wyznania łgarza
Trzy stygmaty Palmera Eldritcha
Przez ciemne zwierciadło
Czas poza czasem
Płyńcie łzy moje, rzekł policjant
Świat Jonesa
Wbrew wskazówkom zegara
Marsjański poślizg w czasie
Krótki szczęśliwy żywot brązowego oksforda
Deus Irae
Oko na niebie
Wariant drugi
Kopia ojca
Raport mniejszości
Elektryczna mrówka
Labirynt śmierci
Inwazja z Ganimedesa
Cudowna broń
Słoneczna loteria
Nasi przyjaciele z Frolixa 8
Możemy cię zbudować
Druciarz Galaktyki
Radio Wolne Albemuth
Klany księżyca Alfy
Prawda półostateczna
Teraz czekaj na zeszły rok
Blade runner
Czy androidy marzą o elektrycznych owcach?
Ubik
Człowiek z Wysokiego Zamku
Trzy stygmaty Palmera Eldritcha
Przez ciemne zwierciadło
Druciarz Galaktyki
Radio Wolne Albemuth
Valis
Boża inwazja
Płyńcie łzy moje, rzekł policjant
Transmigracja Timothy’ego Archera
Philip K. Dick to pisarz, o którym każdy fan fantastyki, nawet nieszczególnie zainteresowany klasyką gatunku, coś tam wie. Opowiadamy anegdotkę o Dicku, który wierzył, że nazwisko Stanisława Lema to kryptonim komunistycznego komitetu planującego zniszczyć amerykańską wolność myśli za pomocą odpowiednich publikacji science fiction. Zdajemy sobie sprawę, że Philip K. Dick miał problemy ze zdrowiem psychicznym i nadużywał środków psychoaktywnych – a jedno łączyło się z drugim. I wiemy oczywiście, że pisał dziwne książki. Z tytułów potrafimy zwykle wymienić Ubika oraz Człowieka z Wysokiego Zamku (luźno oparty na książce serial Amazonu liczy już cztery sezony, nieźle więc zdążył się wryć widzom w pamięć), Czy androidy śnią o elektrycznych owcach (wszyscy pamiętamy Łowcę androidów z Harrisonem Fordem), ewentualnie jeszcze Przez ciemne zwierciadło (również zekranizowane) albo Płyńcie łzy moje, rzekł policjant (trudno zapomnieć tak osobliwy tytuł).
A przecież dorobek Philipa K. Dicka jest znacznie bogatszy, jego mniej znane powieści zaś także są doceniane przez znawców. Do dziś pamiętam wrażenie, jakie w budapeszteńskiej księgarni zrobił na mnie widok anglojęzycznej kolekcji „SF Masterworks”. Na siedemdziesiąt trzy książki (nie licząc tych w twardej oprawie) aż czternaście było autorstwa Philipa K. Dicka. Znajdziemy tam nie tylko takie dzieła jak wspomniane już Ubik i Człowiek z Wysokiego Zamku, ale również zdecydowanie mniej znany Marsjański poślizg w czasie czy Labirynt śmierci. Dla porównania, inny z klasyków science fiction, Arthur C. Clarke, doczekał się wydania w tej serii „zaledwie” czterech powieści.
Druciarza Galaktyki co prawda wśród „SF Masterworks” nie ma, a sam autor nieszczególnie tę powieść cenił, ani jednym, ani drugim jednak nie należy się przejmować. Pisarze na własną twórczość patrzą bardzo subiektywnie i ich gust często bywa bardzo rozbieżny z gustem odbiorców. A Druciarz Galaktyki jest książką interesującą z kilku różnych względów.
Pierwszym i najprostszym jest to, że lektura tej książki funduje czytelnikowi swoistą podróż w przeszłość. Dzisiaj tak już się nie pisze, moglibyśmy powiedzieć. Druciarz Galaktyki w angielskim wydaniu z 1994 roku liczy niecałe dwieście stron, podczas gdy przeciętna współczesna powieść science fiction ma ich dwa, a nawet trzy razy więcej. Ponadto, jeśli nie liczyć osadzonej w tym samym świecie, luźno z Druciarzem Galaktyki związanej książki dla dzieci Nick and the Glimmung, jest to też pozycja całkowicie samodzielna, nieobrośnięta żadnymi sequelami czy prequelami. To literatura z czasów, gdy w cenie była zwięzłość. W Druciarzu Galaktyki nie znajdziemy ani rozbudowanych wątków pobocznych (zdecydowaną większość wydarzeń oglądamy z perspektywy jednej postaci, akcja koncentruje się zaś niemal wyłącznie wokół wydobycia Heldskalli), ani długich opisów tego czy tamtego. Spójrzmy choćby na scenę, w której bohaterowie nurkują w głąb oceanu:
Nad nim zniknęły światła komory przejściowej. Joe włączył własną latarkę i pozwolił się ciągnąć w dół, coraz niżej i niżej. Woda całkiem poczerniała, z wyjątkiem bladego, na pół realnego czworokąta światła rzucanego przez jego latarkę. Latarka Mali lśniła niżej jak fosforyzujący ognik jakiejś wyjątkowo głęboko żyjącej ryby morskiej.
To opis, w którym nie ma ani jednego zbędnego słowa, krótki, a zarazem klimatyczny. Podobnie jest z bohaterami: o głównym, czyli Joem Fernwrighcie, wiemy kilka rzeczy, które niekoniecznie związane są z główną osią akcji (na przykład to, że jest rozwodnikiem przyzwyczajonym wciąż prosić swą inteligentną byłą żonę o życiowe porady), ale już postacie drugoplanowe sprowadzają się właściwie do pełnionych w fabule funkcji. Mamy tu piękną i inteligentną przedstawicielkę obcego gatunku, którą nasz bohater się zainteresuje, sympatycznego skorupiaka czy tajemniczego pracodawcę o quasi-boskich mocach. Nie chcę tu wyrokować, czy taki sposób pisania jest lepszy, czy gorszy niż to, jak pisze się współcześnie – jest zwyczajnie inny, a dzięki temu interesujący.
Druciarz Galaktyki to także książka z czasów, gdy – zwłaszcza w science fiction – bardziej niż rozbudowane tło, piękny styl czy pogłębione portrety psychologiczne liczył się pomysł. A u Philipa K. Dicka pomysły – zdecydowanie w liczbie mnogiej, bo w Druciarzu Galaktyki jest ich tyle, że wystarczyłoby do obdzielenia co najmniej pięciu innych książek. Roboty, które dyskutują z ludźmi o filozofii i religii, projektowanie i śnienie wspólnych snów, podwodny świat, w którym można spotkać swoje drugie, martwe „ja” – to tylko część konceptów przewijających się przez fabułę. Niektóre z nich mają znaczenie dla całości, niektóre to tylko dodatkowe, odrobinę surrealistyczne, zabawne smaczki. Moim zdecydowanym faworytem wśród tych drugich jest gadatliwe, łatwo wpadające w złość łóżko, które wyczuwa, ile osób na nim leży, i odpowiednio do tego się zachowuje: jedną osobę natychmiast usypia, dwóm pozwala się spokojnie zająć kopulacją.
Philip K. Dick nie przejmuje się przy tym zbytnio, jak to wszystko miałoby działać (co swoją drogą też odróżnia go od współczesnych autorów science fiction, takich jak Peter Watts czy Ted Chiang, których koncepcje zawsze są mocno osadzone w nauce). Pod tym względem Druciarzowi Galaktyki, mimo użycia rekwizytów SF, niekiedy bliżej jest do fantasy. W tej książce próżno szukać odpowiedzi na pytanie, dlaczego właściwie robot publikuje (z własnej inicjatywy!) broszurę na temat miejscowego kultu religijnego, czemu przedstawiciele obcych ras uczą się w szkole na pamięć fragmentów Fausta Goethego, a o dalekiej Planecie Oracza główny bohater mówi i myśli tak:
– Czuję się tak, jakbym cofnął się w czasie o sto pięćdziesiąt lat.
Samochody naziemne, oświetlenie na łuk węglowy… to mogłaby być Ziemia za prezydenta Franklina Roosevelta…
Wszystko to, rzecz jasna, potraktowane zimnym ostrzem logiki okazałoby się niemożliwe albo co najmniej bardzo nieprawdopodobne, lecz Dick ma to do siebie, że potrafi sprzedać czytelnikowi najbardziej szalone wizje.
I tak dochodzimy do drugiego powodu, dla którego warto przeczytać tę książkę: Druciarz Galaktyki to istna karuzela świeżych, czasem zabawnych, a czasem przerażających, zwariowanych pomysłów, które razem tworzą zaskakująco spójną, a przy tym interesującą całość.
Akcja zaczyna się dość niewinnie: mamy rok 2046, Stany Zjednoczone już jakiś czas temu zostały zmienione we Wspólnotową Republikę Obywateli Ameryki Północnej. W tym quasi-komunistycznym totalitarnym państwie ludzie są tak zunifikowani, że nawet gdy idą ulicą, nie wolno im zachować własnego tempa, lecz muszą dopasować krok do pozostałych przechodniów. Biedniejsi obywatele żyją tam w ciasnych podziemnych klitkach z fałszywymi widokami „na góry” albo „na ocean” (jeśli mają nieco więcej pieniędzy, mogą wynająć tak zwany psychonajm, czyli encefaliczne urządzenie, które zmusza mózg, by uwierzył, że widok jest prawdziwy). W tej futurystycznej wersji USA inflacja jest tak wysoka, że rządowe kupony handlowe należy wydać do dwudziestu czterech godzin po wypłacie (w ciągu dwóch dni tracą one na wartości mniej więcej osiemdziesiąt procent), a „prawdziwe” metalowe pieniądze z dawnych czasów są niemal dosłownie na wagę złota, można bowiem za nie kupić niepaństwowe usługi takich firm jak Pan Praca czy Pan Prawnik. Jak w pewnym momencie stwierdza z goryczą główny bohater: „Nasze społeczeństwo ma idealną formę rządów. Prędzej czy później wszyscy zostają wyrolowani”.
W takiej właśnie ponurej rzeczywistości w Cleveland żyje Joe Fernwright, zajmujący się sklejaniem rozbitej czy też pękniętej ceramiki. Problem polega na tym, że w świecie, w którym większość rzeczy jest plastikowa, ceramikę można znaleźć już tylko w muzeach albo u bogatych kolekcjonerów. Popyt na usługi Joego nigdy więc nie był duży, a od pewnego czasu nie ma go w ogóle: nasz bohater teoretycznie ma pracę, w praktyce jednak całymi dniami przesiaduje w biurze, czekając na zlecenia, które nigdy nie nadchodzą. Żyje z dziennego zasiłku (wypłacanego oczywiście w błyskawicznie tracących wartość kuponach handlowych), a nudę zabija, grając w Grę z podobnymi do niego nudzącymi się pracownikami z całego świata. Warto przy tym zaznaczyć, że choć gracze rozmawiają ze sobą telefonicznie, system ów przypomina w pewnej mierze sposób, w jaki funkcjonują internetowe grupki osób połączonych wspólną pasją, co całkiem nieźle świadczy o zdolnościach przewidywania amerykańskiego autora. Sama zaś Gra polega na odgadywaniu oryginalnych tytułów książek przepuszczonych przez translatory w różnych krajach, czyli odpowiedniki współczesnego Tłumacza Google, które z Jądra ciemności potrafią zrobić „Męski organ motyli i resztek ryb” (bo jądro „ciem i ości” – w sumie logiczne), a z Wichrowych wzgórz „Lekkomyślne wypukłości”. Ten motyw wykoślawionych tłumaczeń wydaje się ważny dla całego tekstu – do tego jednak wrócimy na końcu.
Na razie skupmy się na Joem Fernwrighcie, żyjącym samotnie rozwodniku, dla którego praca jest zarazem pasją i który z utratą zleceń stracił także sens życia. Teraz z każdym dniem coraz bardziej popada w apatię i zaczyna nawet rozmyślać o samobójstwie. Przypomina pająka, który wykorzystał resztkę sił na rozpięcie sieci i nie ma już innego wyjścia, jak tylko czekać, aż coś w nią wpadnie (przypowieść o pająku przewija się przez książkę dwukrotnie: raz w kontekście sytuacji bohatera, a raz – rozmyślania o znaczeniu chrześcijańskiej caritas). Jeśli pająkowi uda się złowić muchę – przeżyje, jeśli nie – będzie skazany na śmierć. Joe Fernwright ma szczęście: dla niego tą muchą jest niespodziewana propozycja niejakiego Glimmunga, półboskiej istoty z Planety Oracza, która proponuje naszemu bohaterowi zatrudnienie. Swoją drogą Glimmung musi mieć osobliwe poczucie humoru, skoro wiadomość dla Joego wrzuca do ubikacji, a innemu potencjalnemu pracownikowi objawia się pod postacią… kosza z brudną bielizną. Zazwyczaj jednak pojawia się jako twarz ludzkiej nastolatki otoczona dwoma kręgami: ognia i wody, przy czym ta ostatnia jako naturalne środowisko Glimmunga towarzyszy też pierwszym spotkaniom z tą istotą. Tu szczególnie polecam zwrócić uwagę na scenę, w której Glimmung wyciąga Joego z posterunku policji i następującą zaraz po niej rozmowę na antenie radia – ta pierwsza jest wizjonerska i surrealistyczna, druga równie surrealistyczna, a przy tym niesamowicie zabawna. Razem dają dobrą próbkę tego, czego – na poziomie czystej rozrywki – można się spodziewać po twórczości Dicka.
Już na tym etapie Joe Fernwright właściwie nie ma wyboru: oferta Glimmunga oznacza dla niego nie tylko ucieczkę od szarej egzystencji i odnalezienie sensu w życiu, ale też możliwość sprawdzenia samego siebie. Glimmung nie składa fałszywych obietnic, nie twierdzi, że zwycięstwo jest pewne. Nie jest, ale przecież klęska w pewien sposób również będzie sukcesem, ponieważ powie zarówno Glimmungowi, jak i Joemu tyle samo co ewentualna wygrana. Ten dualizm pojawi się w książce jeszcze nieraz, można bowiem odnieść wrażenie, że Druciarz Galaktyki cały jest oparty na takich opozycjach. Każdy – także główny bohater – ma tu swój ciemny odpowiednik, oceaniczne głębiny są lustrzanym odpowiednikiem świata na ziemi (w jednym świecie następuje rozkład, w drugim możliwe jest jego powstrzymanie i odbudowa), a w odpowiednim momencie zostaje przywołany mit o Amalicie, „dobrym” Bogu, który napędzany siłą miłości, pożądania i nienawiści, stworzył swoją siostrę i kochankę – „złą” Borel. To wyraźne odwołanie do religii zaratustriańskiej albo do uznawanych w chrześcijaństwie za herezję wczesnych gnostyckich ruchów, w których pierwiastek duchowy wiąże się z dobrem, zło zaś z tym, co materialne, ziemskie i cielesne – w takim ujęciu człowiek powstał na skutek uwięzienia w materii elementu duchowego. Jednak w Druciarzu Galaktyki trudno mówić o łatwym przeciwstawieniu materialny–duchowy czy zły–dobry, choćby dlatego, że opozycji jest tu znacznie więcej i są one bardziej skomplikowane. Mamy więc także opozycję martwy–żywy, męski–żeński (Glimmung pierwotnie był istotą dwupłciową, a odzyskanie żeńskiego aspektu jest ważnym krokiem na drodze do sukcesu), wreszcie wspomniane już zwycięstwo kontra porażka – przy czym ani bohaterowie, ani czytelnicy nigdy do końca nie zyskają pewności, co jest jednym, a co drugim.
Kolejnym ważnym tropem Druciarza Galaktyki jest przewijający się przez tę książkę motyw Fausta, do którego Glimmung kilkakrotnie jest porównywany. Przypomnijmy może pokrótce historię tej postaci. Otóż Johann Georg Faust był niemieckim alchemikiem żyjącym na przełomie piętnastego i szesnastego wieku, uczonym, o którym już za jego życia krążyły plotki, że para się czarną magią. Współcześni mu wierzyli, że przywołał z Hadesu ducha Heleny Trojańskiej, ostatecznie zaś zaprzedał duszę diabłu. Tyle mówi nam legenda. Drugie życie Faust zyskał w sztuce. Pisali o nim między innymi Christopher Marlowe, Tomasz Mann czy wreszcie Johann Wolfgang von Goethe. To właśnie do jego dramatu odwołuje się bezpośrednio Philip K. Dick. Faust w twórczości niemieckiego poety to wiekowy już, mądry alchemik, który zdaje sobie sprawę z ograniczeń, jakie wiążą się z byciem człowiekiem, i buntuje się przeciwko nim, tym samym rzucając wyzwanie Bogu. Zawiera pakt z diabłem nie tylko po to, by używać doczesnych przyjemności, lecz również po to, by posiąść wiedzę niedostępną dla zwykłych śmiertelników i w ostatecznym rozrachunku działać dla dobra ludzkości.
Podobnie działa Glimmung, który podejmując się wydobycia zatopionej w oceanie katedry zwanej Heldskallą, próbuje przekroczyć nie tylko własne ograniczenia, ale też rzuca wyzwanie: w tym wypadku nie Bogu, lecz przeznaczeniu. Ono zaś w Druciarzu Galaktyki pojawia się pod postacią Księgi Kalendów, tajemniczych istot zasiedlających Planetę Oracza. Księga ta, sprzedawana niemal w każdym zakątku planety i każdego dnia zmieniana, zawiera wszystkie wydarzenia, które się zdarzyły i które jeszcze się wydarzą. Przy tym pytanie, czy kalendzi tylko przewidują bieg historii, czy też, zapisując ją w Księdze, sami tworzą wydarzenia, pozostaje otwarte.
Księga Kalendów to chyba jeden z najlepszych pomysłów Druciarza Galaktyki. Z jednej strony jest w nim pewien potencjał komediowy: wyobraźmy sobie, że schodzimy z naszego międzygwiezdnego statku na obcą planetę, po czym podbiega do nas rude szczurowate stworzenie z naręczem książek. „W pełni udokumentowane dzieje fascynującego świata”, zachęca nas, a my kupujemy, trochę dla świętego spokoju, a trochę z ciekawości, bo przecież Księga to coś w rodzaju lokalnej turystycznej atrakcji. Potem zaś w wolnej chwili zaczynamy czytać… opis naszego przybycia. Z takimi szczegółami jak to, kim jesteśmy z zawodu i po co przylecieliśmy na Planetę Oracza. To właśnie charakterystyczne dla twórczości Philipa K. Dicka połączenie swoistego surrealizmu i czarnego humoru, a także czystej grozy – wyobraźcie sobie bowiem dalszy ciąg takiej sceny: oto Księga przepowiada naszą śmierć, rozpad związku albo to, że staniemy się przyczyną jakiejś wielkiej tragedii… Nie wiadomo, kim są kalendzi ani skąd czerpią swoją wiedzę, wiadomo tylko, że jak dotąd ich przewidywania zawsze się sprawdzały. A Księga przewiduje wydarzenia, które nie wyglądają pozytywnie ani dla Glimmunga, ani dla głównego bohatera…
Dotykamy w tym miejscu kwestii, która w Druciarzu Galaktyki nie została jasno wypowiedziana, można jednak znaleźć parę tropów na potwierdzenie takiej teorii: otóż postacią z ducha faustowską jest nie tylko Glimmung, lecz także Joe Fernwright. On również chce się wyrwać z pętających go ograniczeń, pragnie czegoś więcej, nie tyle wiedzy, ile przeżyć niedostępnych dla zwyczajnych ludzi. Nie zraża go bynajmniej niebezpieczeństwo takiego wyboru: można śmiało spekulować, że nawet gdyby Joe nie był w swoim świecie poszukiwanym przestępcą, również zgodziłby się przyjąć propozycję Glimmunga. I Joe również sprzeciwia się przeznaczeniu, jakie zawiera w swoich przepowiedniach Księga Kalendów – a przynajmniej próbuje to zrobić. Tu wypadałoby zadać pytanie, czy odnosi zwycięstwo. I czy sukcesem kończy się przedsięwzięcie Glimmunga. To skomplikowana kwestia i tak naprawdę, żeby ją rozstrzygnąć, trzeba by najpierw znać odpowiedź na pytanie, co konkretnie przepowiedziała Księga Kalendów, a to wbrew pozorom wcale nie jest takie jasne.
Wracamy więc do kwestii Gry, która na początku Druciarza Galaktyki pojawia się jako czysta rozrywka, głupiutka zabawa znudzonych nieudaczników, ostatecznie jednak okazuje się, że ma głębsze znaczenie. Bo każde tłumaczenie przecież zawsze, choćby minimalnie, zmienia sens wypowiedzi, wykrzywia go i wypacza. A Księga Kalendów przemawia do czytelników w różny sposób, czasem wprost po angielsku (jak już wspominałam, w świecie Philipa K. Dicka wszystko jest możliwe), a czasem w obcym języku. I tak w pewnym momencie jeden z pracowników Glimmunga, przedstawiający się jako językoznawca, proponuje alternatywne tłumaczenie tego, co Księga Kalendów mówi na temat wydobycia Heldskalli, a to może zupełnie zmienić sposób rozumienia końcówki. Czy przedsięwzięcie Glimmunga się powiodło, czy nie powiodło i z jakimi konsekwencjami? Czy Joemu udało się na końcu coś osiągnąć, czy przeciwnie: bohater zapłacił zbyt wysoką cenę za próbę wyrwania się z przygnębiającej nudy starego życia? Odpowiedź na każde z tych pytań zależy od indywidualnych interpretacji, a tych jest tyle, ilu czytelników.
Druciarza Galaktyki można odczytać na kilka sposobów: możemy widzieć w tej książce motyw odwiecznej walki dobra ze złem, rozkładu z odbudową, stagnacji z działaniem. Możemy uznać, że to przede wszystkim powieść o zmaganiach człowieka z Bogiem, przeznaczeniem czy własnymi ograniczeniami. Możemy wreszcie (choć byłoby to jednak bardzo zubożające) dojść do wniosku, że cała fabuła Druciarza Galaktyki to tylko ciąg intrygujących, barwnych, ale nieukładających się w żadną sensowną całość wizji. Niezależnie jednak od tego, czy ostatecznie odnajdziemy się w szalonym świecie Philipa K. Dicka, czy też nie; niezależnie od tego, czy polubimy głównego bohatera i będziemy mu kibicować, czy może uznamy, że Joe Fernwright sam jest winien sytuacji, w jakiej się znalazł – Druciarz Galaktyki wart jest przeczytania. A potem zastanowienia się nad nim.
Anna Kańtoch
Dla Cynthii Goldstone
Bałem się naprawdę i bardzo się bałem,Ale i tak tym bardziej byłem zaszczycony,Że z mej gościnności korzystał,Gdy wyszedł z wrót ciemnych tajemniczej ziemi.D.H. Lawrence (przeł. Leszek Elektorowicz)
Przed nim naprawą ceramiki trudnił się jego ojciec. Dlatego i on został renowatorem ceramiki, wszelkiego rodzaju naczyń ocalałych z Dawnych Czasów, sprzed wojny, kiedy przedmioty nie zawsze wykonywano z plastiku. Ceramiczne naczynia były czymś cudownym, a on każde, które skleił, kochał i nigdy o nim nie zapominał – jego kształt, faktura i szkliwo pozostawały mu w pamięci.
Niestety, mało kto potrzebował jego pracy, jego usług. Ocalało niewiele wyrobów ceramicznych, a ich właściciele bardzo uważali, żeby się nie tłukły.
Nazywam się Joe Fernwright, pomyślał, i jestem najlepszym renowatorem ceramiki na Ziemi. Ja, Joe Fernwright, nie jestem taki jak inni.
W jego biurze leżały sterty pustych pojemników. Stalowych pojemników, w których odsyłało się nareperowane naczynia. Ale w pracowni, w tej części, gdzie Joe trzymał ceramikę do naprawy, nie było niemal nic. Warsztat od siedmiu miesięcy świecił pustkami.
Przez ten czas przychodziły mu do głowy różne rzeczy. Myślał, że powinien zająć się czym innym – pierwszą lepszą pracą, tak żeby już nie pobierać zasiłku dla kombatantów. Myślał: Z moją pracą już koniec – nie mam praktycznie żadnych klientów, bo ludzie posyłają stłuczone naczynia do naprawy w innych firmach. Myślał o samobójstwie. Kiedyś zastanawiał się nad popełnieniem poważnego przestępstwa, zabiciem kogoś wysoko postawionego w hierarchii Pokojowego Międzynarodowego Senatu Światowego. Ale co by mu z tego przyszło? Zresztą w ostatecznym rachunku, mimo że wszystko inne go ominęło, życie nie było tak całkiem bez sensu, pozostała bowiem jedna dobra rzecz. Gra.
Joe Fernwright stał na dachu swojego bloku z menażką w ręku i czekał na przybycie ekspresowego poduszkowca. Przenikał go poranny chłód, dygotał. Zaraz się pojawi, powiedział sobie. Tyle że będzie pełny. I nie zatrzyma się na przystanku – przemknie obok zatłoczony na maksa. Co tam, pomyślał, mogę się przejść.
Przyzwyczajał się do chodzenia. Podobnie jak we wszystkich innych sferach, rząd zawiódł na całej linii w dziedzinie transportu publicznego. Niech ich szlag, stwierdził Joe. A raczej, poprawił się w myślach, niech nas szlag. Przecież Joe też był cząstką planetarnego aparatu Partii, sieci, której nici przeniknęły do każdego zakątka i spowiły ich w obejmującym cały świat miłosnym uścisku śmierci.
– Ja rezygnuję – oznajmił stojący obok niego mężczyzna, któremu nerwowo drgały mięśnie ogolonych i wyperfumowanych policzków. – Zjadę szybem na ziemię i pójdę pieszo. Powodzenia życzę. – Zaczął torować sobie drogę przez ciżbę ludzi czekających na poduszkowiec. Gdy się przecisnął, tłum zlał się z powrotem w jedną masę i mężczyzny nie było już widać.
Ja też idę, zdecydował Joe. Ruszył do szybu, a za nim jeszcze kilku ponurych ludzi z przystanku.
Na ulicy stanął na popękanych, nie naprawianych płytach chodnika, zaczerpnął ze złością tchu i, na własnych nogach, podążył na północ.
Tuż nad głową Joego zawisła policyjna patrolówka.
– Idziesz zbyt wolno – poinformował go funkcjonariusz i wymierzył w niego laserowy pistolet Walters & Jones. – Nabierz szybkości, bo cię spiszę.
– Przysięgam na boga – zaczął Joe – że pójdę szybko. Tylko dajcie mi czas, żebym mógł się rozpędzić. Dopiero co ruszyłem.
Przyspieszył, dopasował tempo do kroku innych szybko przebierających nogami przechodniów – podobnych do niego szczęściarzy, którzy mieli pracę, mieli dokąd pójść w ten ponury czwartkowy ranek w pierwszych tygodniach kwietnia 2046 roku w mieście Cleveland we Wspólnotowej Republice Obywateli Ameryki Północnej. Pracę, pomyślał, albo przynajmniej coś, co pracę przypomina. Jakieś miejsce, talent, doświadczenie i, kto wie, może niebawem jakieś zlecenie od klienta.
W biurze i pracowni – w zasadzie była to jedna odgrodzona przepierzeniami klitka – miał warsztat, narzędzia, sterty pustych metalowych skrzynek, małe biurko i starożytny fotel, obity skórą bujak, który należał do dziadka, a potem do ojca. Teraz w fotelu przesiadywał on – dzień za dniem, miesiąc za miesiącem. Joe miał również jedną ceramiczną wazę, niską i pękatą, pokrytą matowobłękitną glazurą, którą nakapano na biały biskwit; natrafił na tę wazę przed wielu laty i stwierdził, że pochodzi ona z siedemnastowiecznej Japonii. Przepadał za nią. Nie została ani razu uszkodzona, nawet podczas wojny.
Usadowił się w fotelu, czując, jak ugina się tu i tam pod ciężarem znajomego ciała. Znali się z tym meblem doskonale – fotel dźwigał go całe życie. Joe wyciągnął rękę w stronę przycisku, którego wduszenie sprawiłoby, że z rury poczty pneumatycznej wysunęłaby się na biurko poranna korespondencja – wyciągnął rękę, ale nagle znieruchomiał. A jeśli nic nie ma? – pomyślał. Przecież zazwyczaj nic nie ma. Ale tym razem mogło być inaczej, jak z pałkarzem w baseballu: gdy od dłuższego czasu nie dane mu jest uderzyć piłki, mówisz: „No, teraz już przyjdzie jego kolej”, i rzeczywiście przychodzi. Joe wdusił guzik.
Wypadły trzy rachunki.
A razem z nimi przygnębiająca szara paczka rządowych pieniędzy, dzienny zasiłek. Rządowe pieniądze w postaci dziwacznych, ozdobnych i za sprawą inflacji niemal bezwartościowych kuponów handlowych. Co dzień po otrzymaniu szarego pakietu świeżo wydrukowanych pieniędzy Joe możliwie jak najszybciej jechał do GUB-u, najbliższego uniwersalnego supercentrumhandlowokomisowego, gdzie zawierał pospieszne transakcje: wymieniał banknoty, dopóki miały jeszcze jakąś wartość, na żywność, prasę, pigułki, nową koszulę – na rzeczy materialne. Wszyscy tak robili. Nie mieli wyjścia: trzymanie rządowych banknotów choćby przez dwadzieścia cztery godziny równało się ściągnięciu sobie na głowę katastrofy, wręcz samobójstwu. W ciągu dwóch dni wartość tych pieniędzy spadała mniej więcej o osiemdziesiąt procent.
Człowiek z sąsiedniego boksu zawołał do niego:
– Za zdrowie i długowieczność Prezydenta! – Rutynowe powitanie.
– Aha – odruchowo odpowiedział Joe.
Boksy, mnóstwo boksów, rząd za rzędem na kolejnych kondygnacjach… Nagle go to zaciekawiło. Ile takich klitek mieści się w tym budynku? Tysiąc? Dwa tysiące, dwa i pół? Mogę się tym dzisiaj zająć, pomyślał, popytać, ile ich poza moją się tu znajduje. Dowiem się, ilu ludzi pracuje tu ze mną… jeśli pominąć tych, którzy są na chorobowym, i zmarłych.
Ale najpierw papieros. Wyjął paczkę tytoniowych – surowo zakazanych, bo szkodziły zdrowiu oraz uzależniały – i trochę poweselał.
Jak zwykle w takiej chwili jego wzrok padł na czujnik dymu na przeciwległej ścianie. Jeden dymek, dziesięć poskredów, pomyślał. Włożył więc papierosy do kieszeni i z całej siły potarł czoło, usiłując zgłębić tkwiące w nim gdzieś głęboko pragnienie, potrzebę, która już kilkakrotnie skłoniła go do złamania prawa. Do czego tak naprawdę dążę? – zadał sobie pytanie. Czego namiastką jest wzięcie do ust papierosa? Czegoś przepastnego, uznał. Czuł pierwotny głód, nieprzepartą chęć rozwarcia paszczy, jakby miał pochłonąć wszystko dokoła. Wessać całe otoczenie.
Dlatego grał, stąd w jego życiu pojawiła się Gra.
Nacisnął czerwony guzik, podniósł słuchawkę i zaczekał, aż powolne przekaźniki zgrzytliwie połączą go z linią zewnętrzną.
– Pii – odezwał się telefon.
Na ekranie pojawiły się nieokreślone kolory i bryły. Rozmyty obraz przesłuchu na obwodach.
Z pamięci wystukał numer. Dwanaście cyfr, poczynając od trójki, która połączyła go z Moskwą.
– Tu biuro zastępcy komisarza Saxtona Gordona – oznajmił rosyjskiemu telefoniście, który przeszył go groźnym wzrokiem z miniaturowego ekranu.
– Znowu gramy, co? – burknął operator.
– Człekokształtny dwunóg nie może podtrzymać przemiany materii tylko samą mączką planktonową – powiedział Joe.
Urzędnik posłał mu spojrzenie pełne purytańskiej wzgardy, a potem połączył z Gaukiem. Ukazała się pociągła, znudzona twarz niskiego rangą radzieckiego urzędnika. Nuda błyskawicznie ustąpiła miejsca ciekawości.
– O priesławnyj witiaź – zaczął Gauk. – Dostojnyj konowod tołpy biezmozgłoj, priestupnaja…
– Tylko bez przemówień – przerwał mu zniecierpliwiony Joe. Zniecierpliwiony i gburowaty. Typowy poranny nastrój.
– Prostitie – przeprosił Gauk.
– Masz dla mnie jakiś tytuł? – spytał Joe, trzymając w pogotowiu pióro.
– Tokijski komputer translacyjny był do południa zajęty – odparł Gauk – więc przepuściłem to przez mniejszy w Kobe. Pod pewnymi względami jest on… jak by to powiedzieć?… bardziej ekscentryczny niż tokijski. – Urwał, rzucając okiem na świstek papieru. Jego miejsce pracy, podobnie jak miejsce pracy Joego, miało postać klitki, w której znajdowało się jedynie biurko, notatnik, telefon i plastikowe krzesło o prostym oparciu. – Gotowy?
– Gotowy. – Joe na próbę skrobnął piórem po papierze.
Gauk odchrząknął i przebiegł wzrokiem tekst na kartce. Na jego ściągniętej twarzy malował się lekki uśmiech – wyraz dystyngowanej pewności siebie.
– Źródłem był twój język – powiedział Gauk, potwierdzając jedną z zasad, które wspólnie wymyślili, grupka rozproszonych po całej Ziemi ludzi siedzących w mikroskopijnych biurach, zajmujących nieistotne stanowiska i niemających nic do roboty, żadnych zadań czy trudnych problemów do rozwiązania. Trapionych jedynie bolesną pustką kolektywnego społeczeństwa, wobec którego każdy na swój sposób wyrażał sprzeciw i które wszyscy postanowili okpić za pomocą Gry. – Tytuł książki – ciągnął Gauk. – Tylko tyle mogę ci podpowiedzieć.
– Znany? – zapytał Joe.
Nie odpowiedziawszy na jego pytanie, Gauk odczytał z kartki:
– „Obszerny krokodyl w towarzystwie bizmutu”.
– „Koszerny”? – zapytał Joe.
– Nie. „Obszerny”.
– „Obszerny” – powtórzył Joe z namysłem. – Przestronny, rozległy. „Krokodyl”. Jaszczur? – Zadrapnął się piórem, zbity z pantałyku. – I dostałeś to od komputera translacyjnego w Kobe? Gad – zdecydował. – Bizmut, czyli metal, symbol „Bi”. Gad wraz z metalem. Gad wraz z Bi. – Szybko to zapisał. – Gad z Bi. Aaa, Gatsby. A „obszerny” to „wielki”. – Miał już tytuł. – Wielki Gatsby F. Scotta Fitzgeralda. – Tryumfalnie podrzucił pióro.
– Dostajesz dziesięć punktów – oświadczył Gauk. Błyskawicznie podliczył. – Zrównałeś się nawet z Hirshmeyerem z Berlina i nieznacznie wyprzedziłeś Smitha z Nowego Jorku. Jeszcze raz?
– Ja też coś mam. – Joe wyciągnął z kieszeni złożoną kartkę, rozpostarł ją na biurku i odczytał: – „Męski organ motyli i resztek ryby”. – Spojrzał na Gauka pokrzepiony świadomością, że zabił mu niezłego klina – tekstem z dużego komputera translacyjnego w centrum Tokio.
– Fononim – rzucił od niechcenia Gauk. – Ciem i ości, ciemności. Jądro ciemności. Dziesięć punktów dla mnie. – Zapisał to sobie.
– „Asfalt z szychty samoluba” – warknął rozwścieczony Joe.
– Znów autorem jest „Szkapa zadowolona” – stwierdził Gauk z błogim uśmiechem. – Murzyn z załogi „Narcyza”.
– „Szkapa zadowolona”? – powtórzył zaciekawiony Joe.
– Conrad.
– Poddaję się – oznajmił Joe. Miał już dość. Gauk jak zwykle bił go na głowę w tej grze, polegającej na ponownym tłumaczeniu komputerowych przekładów na język oryginału.
– Może jeszcze? – przymilnie zapytał Gauk z obojętnym wyrazem twarzy.
– Tylko jeden tytuł – postanowił Joe.
– „Lekkomyślne wypukłości”.
– Chryste – westchnął Joe, zdezorientowany i wystraszony. Nie kojarzyło mu się to z niczym, absolutnie z niczym. – „Lekkomyślne”. Może naiwne, nierozważne. Albo płoche, wietrzne. A „wypukłości”? – Zatopił się głęboko w myślach, na modłę starożytnych Rzymian. – Wybrzuszenia. Kształty. – Nie potrafił znaleźć rozwiązania zagadki. – Piersi. Biust. – Przez chwilę medytował w ciszy niczym jogin. – Nie – stwierdził wreszcie. – Nic mi nie wychodzi. Poddaję się.
– Tak szybko? – spytał Gauk, unosząc brwi.
– Nie będę przecież siedział tu cały dzień i pocił się nad jedną zagadką.
– Wichrowe wzgórza – oznajmił Gauk.
Joe jęknął.
– Jęczysz? – zdziwił się Gauk. – Bo przepuściłeś coś, co powinieneś odgadnąć? Zmęczony jesteś, Fernwright? Nuży cię, jak nas wszystkich, wielogodzinne wysiadywanie w tej klitce z założonymi rękami? Wolałbyś siedzieć sam w ciszy i nie rozmawiać z nami? Wolałbyś sobie odpuścić? – Wyglądało na to, że Gauk naprawdę się zdenerwował; twarz mu sposępniała.
– To tylko dlatego, że zagadka była taka łatwa – mitygował się Joe. Widział jednak, że nie przekonał moskiewskiego kolegi. – No dobrze. Jestem przygnębiony. Dłużej tego nie wytrzymam. Wiesz, co mam na myśli? Wiesz. – Czekał. Upłynęła chwila, przez którą nie patrzyli na siebie i nie wymienili ani słowa. – Rozłączam się – oświadczył w końcu Joe i odjął słuchawkę od ucha.
– Zaczekaj – rzucił Gauk. – Jeszcze jeden tytuł.
– Nie – powiedział Joe.
Odłożył słuchawkę i zapatrzył się przed siebie pustym wzrokiem. Na kartce miał zapisanych jeszcze kilka łamigłówek, ale… Opuściła mnie energia, pomyślał z goryczą, zdolność oderwania się od życia bez godnej pracy i zastąpienia go banalnymi zajęciami, nawet celowo banalnymi, jak stworzona przez nas Gra. Kontakt z ludźmi, pomyślał – dzięki Grze rozbijamy skorupę naszej izolacji. Zerkamy na zewnątrz, ale co w gruncie rzeczy widzimy? Zwierciadlane odbicia siebie samych, zimnokrwiste, wątłe oblicza, nie zajęte niczym konkretnym, o ile zdołałem się zorientować. Śmierć jest blisko, gdy tak myślisz. Czuję, uznał Joe, jak bardzo blisko niej jestem. Nic mnie nie wykańcza: nie mam wroga, przeciwnika… po prostu wygasam, jak prenumerata czasopisma, miesiąc za miesiącem. Jestem zbyt wyczerpany, żeby w cokolwiek się zaangażować. Nawet jeśli oni – inni gracze – potrzebują mnie i mojego żałosnego wkładu.
Jednak gdy tak spoglądał niewidzącym wzrokiem na rozłożoną kartkę, poczuł, że zachodzi w nim jakiś niejasny proces, niczym fotosynteza. Odruchowe gromadzenie resztek sił. Pozostawione samemu sobie, na ślepo funkcjonujące biologiczne ciało dało o sobie znać. Joe pospiesznie zapisał kolejny tytuł.
Wystukał kierunkowy i uzyskał satelitarne połączenie z Japonią; dotarł do Tokio i podał numer tamtejszego komputera translacyjnego. Ze zdobytą podczas długiej praktyki wprawą ominął chmarę komputerów pomocniczych i skontaktował się bezpośrednio z tą wielką, zgrzytliwą i dudniącą maszyną.
– Przekaz głosowy – oznajmił.
Ociężały komputer GX9 przestawił się z odbioru wizualnego na głosowy.
– Zboże jest zielone – rzucił Joe, włączając rejestrator telefonu.
Komputer błyskawicznie podał japoński odpowiednik.
– Dziękuję, wychodzę – powiedział Joe i się rozłączył. Następnie zadzwonił do komputera translacyjnego w Waszyngtonie. Przewinął taśmę rejestratora w telefonie i odtworzył japońskie słowa – ponownie w formie głosowej – dla segmentu komputera, który miał je przetłumaczyć na angielski.
– Banał jest niedoświadczony – odezwał się komputer.
– Proszę? – Joe parsknął śmiechem. – Proszę powtórzyć.
– Banał jest niedoświadczony – powiedział komputer z wręcz boską godnością i cierpliwością.
– Czy to dokładny przekład? – spytał Joe.
– Banał jest…
– W porządku – przerwał Joe. – Rozłączam się.
Odłożył słuchawkę i szeroko się uśmiechnął; poczuł ożywczy przypływ energii rozbudzonej ludzką wesołością.
Siedział przez chwilę niepewny i niezdecydowany, aż wreszcie zadzwonił do starego dobrego Smitha z Nowego Jorku.
– Biuro Dostaw i Zaopatrzenia, skrzydło siódme – przemówił Smith; na niewielkim szarym ekranie pojawiła się jego znękana nudą twarz przypominająca pysk psa gończego. – A, cześć, Fernwright. Masz coś dla mnie?
– Coś prościutkiego. „Banał jest…”
– Posłuchaj najpierw mojego – wszedł mu w słowo Smith. – Ja pierwszy, pozwól mi, Joe, to bomba. Nigdy nie zgadniesz. – Odczytał szybko, co chwila się zacinając: – „Bagniste uporczywości”.
– Nie.
– Co nie? – Smith uniósł wzrok, marszcząc czoło. – Nawet nie spróbowałeś, tylko tam sobie siedzisz. Dam ci czas. Zasady mówią o pięciu minutach, więc masz pięć minut.
– Rezygnuję – powiedział Joe.
– Z czego? Z Gry? Przecież zaszedłeś tak wysoko!
– Rezygnuję z pracy. Chcę opuścić ten obszar roboczy i zlikwidować telefon. Nie będzie mnie tutaj; nie będę mógł grać. – Zaczerpnął głęboko tchu i dodał: – Odłożyłem sześćdziesiąt pięć ćwierćdolarówek. Sprzed wojny. Zajęło mi to dwa lata.
– Monety? – Smith wybałuszył oczy. – Metalowe pieniądze?
– Trzymam je w azbestowym woreczku pod grzejnikiem w moim pokoju mieszkalnym. – Zajrzę tam dzisiaj, dodał Joe w myślach. – Na mojej ulicy, przy skrzyżowaniu, stoi budka telefoniczna – oznajmił Smithowi. Ciekawe, pomyślał, czy wystarczy mi tych monet. Podobno Pan Praca niewiele daje; albo, ujmując to od innej strony, dużo kosztuje. Ale sześćdziesiąt pięć ćwierćdolarówek to aż nadto. Tyle samo co… musiał przeliczyć w notesiku. – Dziesięć milionów dolarów w kuponach handlowych – poinformował Smitha. – Według kursu z dzisiejszej gazety porannej… czyli kursu urzędowego.
Po chwili męczącej ciszy Smith bąknął:
– Rozumiem. Cóż, życzę powodzenia. Za swoje oszczędności wydobędziesz z niego jakieś dwadzieścia słów. Może dwa zdania: „Jedź do Bostonu. Pytaj o…”, a potem się rozłączy i zatrzaśnie wlot. Pojemnik na monety zagrzechocze; twoje ćwierćdolarówki powędrują labiryntem rur, toczone hydraulicznym ciśnieniem do centrali Pana Pracy w Oslo. – Otarł nos niczym uczniak, który aż się posmarkał od wkuwania na pamięć. – Zazdroszczę ci, Fernwright. Możliwe, że te dwa zdania od niego wystarczą. Kiedyś poprosiłem go o pomoc. Dałem mu pięćdziesiąt ćwierćdolarówek. „Jedź do Bostonu – powiedział. – Pytaj o…”, i się rozłączył, a ja odniosłem wrażenie, że zrobił to z radością, jakby moje monety sprawiły mu przyjemność, przyjemność, jaką może odczuwać takie pseudożycie. Ale powinieneś spróbować.
– Tak jest – ze stoickim spokojem odparł Joe.
– Gdy wykorzysta wszystkie monety… – zaczął Smith.
– Wiem, o co ci chodzi – przerwał mu Joe; głos miał chrapliwy.
– Żadne błagania…
– W porządku.
Przez chwilę patrzyli na siebie w milczeniu.
– Żadne błagania – odezwał się w końcu Smith – nic na świecie nie zmusi tej przeklętej maszyny, by wykrztusiła choćby jeszcze jedno słowo.
– Hmm – mruknął Joe. Chciał, by zabrzmiało to beztrosko, ale słowa Smitha wywarły na nim wrażenie; poczuł, jak gaśnie w nim zapał. Przebiegł go dreszcz, mroźny powiew strachu. Zwiastun fiaska, pomyślał. Przerwana w połowie wiadomość od Pana Pracy, a potem, jak mówi Smith – krach. Rozłączający się Pan Praca to archetypowe oblicze z czarnego żelaza, starego żelaza z przedpotopowych czasów. Archetypowa odprawa. Jeśli możliwa jest nadprzyrodzona głuchota, to mamy z nią do czynienia, gdy kończą się monety, które dajemy Panu Pracy.
– Mogę ci szybko przeczytać – zaczął Smith – jeszcze jeden tytuł, który przygotowałem? Przeszedł przez komputer z Namanganu. Słuchaj. – Jego klasyczne smukłe palce gorączkowo przebiegły po złożonej kartce papieru. – „Chałupnik urzędu hipotecznego”. Sławny film z lat…
– Lombardzista – beznamiętnie odparł Joe.
– Tak! Trafiłeś w sedno, Fernwright, po prostu w dziesiątkę. Jeszcze jeden? Nie odkładaj słuchawki! Mam tu coś naprawdę super.
– Skontaktuj się z Hirshmeyerem z Berlina – poradził Joe i przerwał połączenie.
Umieram, pomyślał.
Gdy tak siedział na tym staroświeckim wytartym fotelu, zobaczył jak przez mgłę, że pali się czerwone światełko poczty pneumatycznej, które musiało się włączyć w ciągu ostatnich kilku minut. Dziwne, pomyślał. Następna pora doręczania poczty jest dopiero o pierwszej piętnaście po południu. Przesyłka ekspresowa? – pomyślał i nacisnął guzik.
Wytoczył się jakiś list. Przesyłka ekspresowa.
Otworzył ją. W środku znalazł niewielką kartkę. Zapisano na niej:
Potrzebuję cię, naprawiaczu. Zapłacę.
Bez podpisu. Bez adresu nadawcy. O boże, pomyślał Joe, to coś naprawdę wielkiego. Czuję to.
Ostrożnie przesunął fotel, żeby usiąść twarzą do czerwonego światełka poczty. Był gotów czekać. Aż nadejdzie kolejny list, postanowił. Chyba że wcześniej umrę z głodu. Ale już nie mam ochoty umierać, pomyślał z goryczą. Chcę żyć. I czekać. I czekać.
Czekał.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Tytuł oryginału: Galactic Pot-Healer
Copyright © 1969, Philip K. Dick
Copyright renewed © 1997, Laura Coelho, Christopher Dick and Isolde Hackett
All rights reserved
Copyright © for the Polish e‑book edition by REBIS Publishing House Ltd., Poznań 2018, 2025
Informacja o zabezpieczeniach
W celu ochrony autorskich praw majątkowych przed prawnie niedozwolonym utrwalaniem, zwielokrotnianiem i rozpowszechnianiem każdy egzemplarz książki został cyfrowo zabezpieczony. Usuwanie lub zmiana zabezpieczeń stanowi naruszenie prawa.
Redaktor serii: Radosław Kot
Redaktor tego wydania: Grzegorz Dziamski
Grafiki: Wojciech Siudmak
Wydanie II e‑book (opracowane na podstawie wydania książkowego: Druciarz Galaktyki, wyd. II, Poznań 2020)
ISBN 978-83-8188-747-2
WYDAWCA
Dom Wydawniczy REBIS Sp. z o.o.
ul. Żmigrodzka 41/49, 60-171 Poznań, Polska
tel. +48 61 867 47 08, +48 61 867 81 40
e-mail: [email protected]
www.rebis.com.pl
Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer
