Druciarz Galaktyki - Philip K. Dick - ebook + audiobook + książka

Druciarz Galaktyki ebook i audiobook

Philip K. Dick

4,2
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł

TYLKO U NAS!
Synchrobook® - 2 formaty w cenie 1

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym. Zamów dostęp do 2 formatów, by naprzemiennie czytać i słuchać.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Słoneczna strona science fiction. - „The Scotsman”

Joe Fernwright, jak jego ojciec, zajmuje się renowacją ceramiki. W skomunizowanym plastikowym świecie nie ma jednak klientów, a jego dzienny zasiłek do wieczora zjada inflacja. Joe jest gotów na wszystko. Nawet na przyjęcie wielce ryzykownej oferty pracy od tajemniczego, obdarzonego nadnaturalnymi mocami kosmity. W dziwnych okolicznościach podpadłszy władzy, Joe dołącza do jego menażerii ekspertów z całej Galaktyki, którzy mają wydobyć starożytną katedrę z dna morza na odległej planecie…

Najzabawniejsza powieść Philipa K. Dicka.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 221

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 5 godz. 50 min

Lektor: Paweł Paprocki

Oceny
4,2 (82 oceny)
40
23
13
6
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
JulitaStrzebecka

Dobrze spędzony czas

Stare dobre ściernice fiction :)
00
damianr

Dobrze spędzony czas

ciężko zrozumieć zamysł książki
00
olivialasocka

Dobrze spędzony czas

Trudna, zawiła i enigmatyczna lektura.
00
waltharius

Całkiem niezła

Nie wiem co o niej myśleć. Niby ciekawa, ale współczesną literatura tego typu jakby lepsza i trafniejsza. Nie jest zła, ale czegoś zabrakło, tego czegoś co sprawia, że książka długo zostaje w głowie.
00



W sprzedaży:

Ubik

Blade run­ner

Czy andro­idy marzą o elek­trycz­nych owcach?

Czło­wiek z Wyso­kiego Zamku

Valis

Boża inwa­zja

Trans­mi­gra­cja Timo­thy’ego Archera

Dok­tor Blu­th­geld

Wyzna­nia łga­rza

Trzy styg­maty Pal­mera Eldrit­cha

Przez ciemne zwier­cia­dło

Czas poza cza­sem

Płyń­cie łzy moje, rzekł poli­cjant

Świat Jonesa

Wbrew wska­zów­kom zegara

Mar­sjań­ski poślizg w cza­sie

Krótki szczę­śliwy żywot brą­zo­wego oks­forda

Deus Irae

Oko na nie­bie

Wariant drugi

Kopia ojca

Raport mniej­szo­ści

Elek­tryczna mrówka

Labi­rynt śmierci

Inwa­zja z Gani­me­desa

Cudowna broń

Sło­neczna lote­ria

Nasi przy­ja­ciele z Fro­lixa 8

Możemy cię zbu­do­wać

Dru­ciarz Galak­tyki

Radio Wolne Albe­muth

Klany księ­życa Alfy

Prawda pół­osta­teczna

Teraz cze­kaj na zeszły rok

Polecamy także nagrania audio:

Blade run­ner

Czy andro­idy marzą o elek­trycz­nych owcach?

Ubik

Czło­wiek z Wyso­kiego Zamku

Trzy styg­maty Pal­mera Eldrit­cha

Przez ciemne zwier­cia­dło

Dru­ciarz Galak­tyki

Radio Wolne Albe­muth

Valis

Boża inwa­zja

Płyń­cie łzy moje, rzekł poli­cjant

Trans­mi­gra­cja Timo­thy’ego Archera

Przypowieść o głodnym pająku

Phi­lip K. Dick to pisarz, o któ­rym każdy fan fan­ta­styki, nawet nie­szcze­gól­nie zain­te­re­so­wany kla­syką gatunku, coś tam wie. Opo­wia­damy aneg­dotkę o Dicku, który wie­rzył, że nazwi­sko Sta­ni­sława Lema to kryp­to­nim komu­ni­stycz­nego komi­tetu pla­nu­ją­cego znisz­czyć ame­ry­kań­ską wol­ność myśli za pomocą odpo­wied­nich publi­ka­cji science fic­tion. Zda­jemy sobie sprawę, że Phi­lip K. Dick miał pro­blemy ze zdro­wiem psy­chicz­nym i nad­uży­wał środ­ków psy­cho­ak­tyw­nych – a jedno łączyło się z dru­gim. I wiemy oczy­wi­ście, że pisał dziwne książki. Z tytu­łów potra­fimy zwy­kle wymie­nić Ubika oraz Czło­wieka z Wyso­kiego Zamku (luźno oparty na książce serial Ama­zonu liczy już cztery sezony, nie­źle więc zdą­żył się wryć widzom w pamięć), Czy andro­idy śnią o elek­trycz­nych owcach (wszy­scy pamię­tamy Łowcę andro­idów z Har­ri­so­nem For­dem), ewen­tu­al­nie jesz­cze Przez ciemne zwier­cia­dło (rów­nież zekra­ni­zo­wane) albo Płyń­cie łzy moje, rzekł poli­cjant (trudno zapo­mnieć tak oso­bliwy tytuł).

A prze­cież doro­bek Phi­lipa K. Dicka jest znacz­nie bogat­szy, jego mniej znane powie­ści zaś także są doce­niane przez znaw­ców. Do dziś pamię­tam wra­że­nie, jakie w buda­pesz­teń­skiej księ­garni zro­bił na mnie widok anglo­ję­zycz­nej kolek­cji „SF Master­works”. Na sie­dem­dzie­siąt trzy książki (nie licząc tych w twar­dej opra­wie) aż czter­na­ście było autor­stwa Phi­lipa K. Dicka. Znaj­dziemy tam nie tylko takie dzieła jak wspo­mniane już Ubik i Czło­wiek z Wyso­kiego Zamku, ale rów­nież zde­cy­do­wa­nie mniej znany Mar­sjań­ski poślizg w cza­sie czy Labi­rynt śmierci. Dla porów­na­nia, inny z kla­sy­ków science fic­tion, Arthur C. Clarke, docze­kał się wyda­nia w tej serii „zale­d­wie” czte­rech powie­ści.

Dru­cia­rza Galak­tyki co prawda wśród „SF Master­works” nie ma, a sam autor nie­szcze­gól­nie tę powieść cenił, ani jed­nym, ani dru­gim jed­nak nie należy się przej­mo­wać. Pisa­rze na wła­sną twór­czość patrzą bar­dzo subiek­tyw­nie i ich gust czę­sto bywa bar­dzo roz­bieżny z gustem odbior­ców. A Dru­ciarz Galak­tyki jest książką inte­re­su­jącą z kilku róż­nych wzglę­dów.

Pierw­szym i naj­prost­szym jest to, że lek­tura tej książki fun­duje czy­tel­ni­kowi swo­istą podróż w prze­szłość. Dzi­siaj tak już się nie pisze, mogli­by­śmy powie­dzieć. Dru­ciarz Galak­tyki w angiel­skim wyda­niu z 1994 roku liczy nie­całe dwie­ście stron, pod­czas gdy prze­ciętna współ­cze­sna powieść science fic­tion ma ich dwa, a nawet trzy razy wię­cej. Ponadto, jeśli nie liczyć osa­dzo­nej w tym samym świe­cie, luźno z Dru­cia­rzem Galak­tyki zwią­za­nej książki dla dzieci Nick and the Glim­mung, jest to też pozy­cja cał­ko­wi­cie samo­dzielna, nie­obro­śnięta żad­nymi sequ­elami czy pre­qu­elami. To lite­ra­tura z cza­sów, gdy w cenie była zwię­złość. W Dru­cia­rzu Galak­tyki nie znaj­dziemy ani roz­bu­do­wa­nych wąt­ków pobocz­nych (zde­cy­do­waną więk­szość wyda­rzeń oglą­damy z per­spek­tywy jed­nej postaci, akcja kon­cen­truje się zaś nie­mal wyłącz­nie wokół wydo­by­cia Held­skalli), ani dłu­gich opi­sów tego czy tam­tego. Spójrzmy choćby na scenę, w któ­rej boha­te­ro­wie nur­kują w głąb oce­anu:

Nad nim znik­nęły świa­tła komory przej­ścio­wej. Joe włą­czył wła­sną latarkę i pozwo­lił się cią­gnąć w dół, coraz niżej i niżej. Woda cał­kiem poczer­niała, z wyjąt­kiem bla­dego, na pół real­nego czwo­ro­kąta świa­tła rzu­ca­nego przez jego latarkę. Latarka Mali lśniła niżej jak fos­fo­ry­zu­jący ognik jakiejś wyjąt­kowo głę­boko żyją­cej ryby mor­skiej.

To opis, w któ­rym nie ma ani jed­nego zbęd­nego słowa, krótki, a zara­zem kli­ma­tyczny. Podob­nie jest z boha­te­rami: o głów­nym, czyli Joem Fernw­ri­gh­cie, wiemy kilka rze­czy, które nie­ko­niecz­nie zwią­zane są z główną osią akcji (na przy­kład to, że jest roz­wod­ni­kiem przy­zwy­cza­jo­nym wciąż pro­sić swą inte­li­gentną byłą żonę o życiowe porady), ale już posta­cie dru­go­pla­nowe spro­wa­dzają się wła­ści­wie do peł­nio­nych w fabule funk­cji. Mamy tu piękną i inte­li­gentną przed­sta­wi­cielkę obcego gatunku, którą nasz boha­ter się zain­te­re­suje, sym­pa­tycz­nego sko­ru­piaka czy tajem­ni­czego pra­co­dawcę o quasi-boskich mocach. Nie chcę tu wyro­ko­wać, czy taki spo­sób pisa­nia jest lep­szy, czy gor­szy niż to, jak pisze się współ­cze­śnie – jest zwy­czaj­nie inny, a dzięki temu inte­re­su­jący.

Dru­ciarz Galak­tyki to także książka z cza­sów, gdy – zwłasz­cza w science fic­tion – bar­dziej niż roz­bu­do­wane tło, piękny styl czy pogłę­bione por­trety psy­cho­lo­giczne liczył się pomysł. A u Phi­lipa K. Dicka pomy­sły – zde­cy­do­wa­nie w licz­bie mno­giej, bo w Dru­cia­rzu Galak­tyki jest ich tyle, że wystar­czy­łoby do obdzie­le­nia co naj­mniej pię­ciu innych ksią­żek. Roboty, które dys­ku­tują z ludźmi o filo­zo­fii i reli­gii, pro­jek­to­wa­nie i śnie­nie wspól­nych snów, pod­wodny świat, w któ­rym można spo­tkać swoje dru­gie, mar­twe „ja” – to tylko część kon­cep­tów prze­wi­ja­ją­cych się przez fabułę. Nie­które z nich mają zna­cze­nie dla cało­ści, nie­które to tylko dodat­kowe, odro­binę sur­re­ali­styczne, zabawne smaczki. Moim zde­cy­do­wa­nym fawo­ry­tem wśród tych dru­gich jest gada­tliwe, łatwo wpa­da­jące w złość łóżko, które wyczuwa, ile osób na nim leży, i odpo­wied­nio do tego się zacho­wuje: jedną osobę natych­miast usy­pia, dwóm pozwala się spo­koj­nie zająć kopu­la­cją.

Phi­lip K. Dick nie przej­muje się przy tym zbyt­nio, jak to wszystko mia­łoby dzia­łać (co swoją drogą też odróż­nia go od współ­cze­snych auto­rów science fic­tion, takich jak Peter Watts czy Ted Chiang, któ­rych kon­cep­cje zawsze są mocno osa­dzone w nauce). Pod tym wzglę­dem Dru­cia­rzowi Galak­tyki, mimo uży­cia rekwi­zy­tów SF, nie­kiedy bli­żej jest do fan­tasy. W tej książce próżno szu­kać odpo­wie­dzi na pyta­nie, dla­czego wła­ści­wie robot publi­kuje (z wła­snej ini­cja­tywy!) bro­szurę na temat miej­sco­wego kultu reli­gij­nego, czemu przed­sta­wi­ciele obcych ras uczą się w szkole na pamięć frag­men­tów Fau­sta Goethego, a o dale­kiej Pla­ne­cie Ora­cza główny boha­ter mówi i myśli tak:

– Czuję się tak, jak­bym cof­nął się w cza­sie o sto pięć­dzie­siąt lat.

Samo­chody naziemne, oświe­tle­nie na łuk węglowy… to mogłaby być Zie­mia za pre­zy­denta Fran­klina Roose­velta…

Wszystko to, rzecz jasna, potrak­to­wane zim­nym ostrzem logiki oka­za­łoby się nie­moż­liwe albo co naj­mniej bar­dzo nie­praw­do­po­dobne, lecz Dick ma to do sie­bie, że potrafi sprze­dać czy­tel­ni­kowi naj­bar­dziej sza­lone wizje.

I tak docho­dzimy do dru­giego powodu, dla któ­rego warto prze­czy­tać tę książkę: Dru­ciarz Galak­tyki to istna karu­zela świe­żych, cza­sem zabaw­nych, a cza­sem prze­ra­ża­ją­cych, zwa­rio­wa­nych pomy­słów, które razem two­rzą zaska­ku­jąco spójną, a przy tym inte­re­su­jącą całość.

Akcja zaczyna się dość nie­win­nie: mamy rok 2046, Stany Zjed­no­czone już jakiś czas temu zostały zmie­nione we Wspól­no­tową Repu­blikę Oby­wa­teli Ame­ryki Pół­noc­nej. W tym quasi-komu­ni­stycz­nym tota­li­tar­nym pań­stwie ludzie są tak zuni­fi­ko­wani, że nawet gdy idą ulicą, nie wolno im zacho­wać wła­snego tempa, lecz muszą dopa­so­wać krok do pozo­sta­łych prze­chod­niów. Bied­niejsi oby­wa­tele żyją tam w cia­snych pod­ziem­nych klit­kach z fał­szy­wymi wido­kami „na góry” albo „na ocean” (jeśli mają nieco wię­cej pie­nię­dzy, mogą wyna­jąć tak zwany psy­cho­najm, czyli ence­fa­liczne urzą­dze­nie, które zmu­sza mózg, by uwie­rzył, że widok jest praw­dziwy). W tej futu­ry­stycz­nej wer­sji USA infla­cja jest tak wysoka, że rzą­dowe kupony han­dlowe należy wydać do dwu­dzie­stu czte­rech godzin po wypła­cie (w ciągu dwóch dni tracą one na war­to­ści mniej wię­cej osiem­dzie­siąt pro­cent), a „praw­dziwe” meta­lowe pie­nią­dze z daw­nych cza­sów są nie­mal dosłow­nie na wagę złota, można bowiem za nie kupić nie­pań­stwowe usługi takich firm jak Pan Praca czy Pan Praw­nik. Jak w pew­nym momen­cie stwier­dza z gory­czą główny boha­ter: „Nasze spo­łe­czeń­stwo ma ide­alną formę rzą­dów. Prę­dzej czy póź­niej wszy­scy zostają wyro­lo­wani”.

W takiej wła­śnie ponu­rej rze­czy­wi­sto­ści w Cle­ve­land żyje Joe Fernw­ri­ght, zaj­mu­jący się skle­ja­niem roz­bi­tej czy też pęk­nię­tej cera­miki. Pro­blem polega na tym, że w świe­cie, w któ­rym więk­szość rze­czy jest pla­sti­kowa, cera­mikę można zna­leźć już tylko w muze­ach albo u boga­tych kolek­cjo­ne­rów. Popyt na usługi Joego ni­gdy więc nie był duży, a od pew­nego czasu nie ma go w ogóle: nasz boha­ter teo­re­tycz­nie ma pracę, w prak­tyce jed­nak całymi dniami prze­sia­duje w biu­rze, cze­ka­jąc na zle­ce­nia, które ni­gdy nie nad­cho­dzą. Żyje z dzien­nego zasiłku (wypła­ca­nego oczy­wi­ście w bły­ska­wicz­nie tra­cą­cych war­tość kupo­nach han­dlo­wych), a nudę zabija, gra­jąc w Grę z podob­nymi do niego nudzą­cymi się pra­cow­ni­kami z całego świata. Warto przy tym zazna­czyć, że choć gra­cze roz­ma­wiają ze sobą tele­fo­nicz­nie, sys­tem ów przy­po­mina w pew­nej mie­rze spo­sób, w jaki funk­cjo­nują inter­ne­towe grupki osób połą­czo­nych wspólną pasją, co cał­kiem nie­źle świad­czy o zdol­no­ściach prze­wi­dy­wa­nia ame­ry­kań­skiego autora. Sama zaś Gra polega na odga­dy­wa­niu ory­gi­nal­nych tytu­łów ksią­żek prze­pusz­czo­nych przez trans­la­tory w róż­nych kra­jach, czyli odpo­wied­niki współ­cze­snego Tłu­ma­cza Google, które z Jądra ciem­no­ści potra­fią zro­bić „Męski organ motyli i resz­tek ryb” (bo jądro „ciem i ości” – w sumie logiczne), a z Wichro­wych wzgórz „Lek­ko­myślne wypu­kło­ści”. Ten motyw wyko­śla­wio­nych tłu­ma­czeń wydaje się ważny dla całego tek­stu – do tego jed­nak wró­cimy na końcu.

Na razie skupmy się na Joem Fernw­ri­gh­cie, żyją­cym samot­nie roz­wod­niku, dla któ­rego praca jest zara­zem pasją i który z utratą zle­ceń stra­cił także sens życia. Teraz z każ­dym dniem coraz bar­dziej popada w apa­tię i zaczyna nawet roz­my­ślać o samo­bój­stwie. Przy­po­mina pająka, który wyko­rzy­stał resztkę sił na roz­pię­cie sieci i nie ma już innego wyj­ścia, jak tylko cze­kać, aż coś w nią wpad­nie (przy­po­wieść o pająku prze­wija się przez książkę dwu­krot­nie: raz w kon­tek­ście sytu­acji boha­tera, a raz – roz­my­śla­nia o zna­cze­niu chrze­ści­jań­skiej cari­tas). Jeśli pają­kowi uda się zło­wić muchę – prze­żyje, jeśli nie – będzie ska­zany na śmierć. Joe Fernw­ri­ght ma szczę­ście: dla niego tą muchą jest nie­spo­dzie­wana pro­po­zy­cja nie­ja­kiego Glim­munga, pół­bo­skiej istoty z Pla­nety Ora­cza, która pro­po­nuje naszemu boha­te­rowi zatrud­nie­nie. Swoją drogą Glim­mung musi mieć oso­bliwe poczu­cie humoru, skoro wia­do­mość dla Joego wrzuca do ubi­ka­cji, a innemu poten­cjal­nemu pra­cow­ni­kowi obja­wia się pod posta­cią… kosza z brudną bie­li­zną. Zazwy­czaj jed­nak poja­wia się jako twarz ludz­kiej nasto­latki oto­czona dwoma krę­gami: ognia i wody, przy czym ta ostat­nia jako natu­ralne śro­do­wi­sko Glim­munga towa­rzy­szy też pierw­szym spo­tka­niom z tą istotą. Tu szcze­gól­nie pole­cam zwró­cić uwagę na scenę, w któ­rej Glim­mung wyciąga Joego z poste­runku poli­cji i nastę­pu­jącą zaraz po niej roz­mowę na ante­nie radia – ta pierw­sza jest wizjo­ner­ska i sur­re­ali­styczna, druga rów­nie sur­re­ali­styczna, a przy tym nie­sa­mo­wi­cie zabawna. Razem dają dobrą próbkę tego, czego – na pozio­mie czy­stej roz­rywki – można się spo­dzie­wać po twór­czo­ści Dicka.

Już na tym eta­pie Joe Fernw­ri­ght wła­ści­wie nie ma wyboru: oferta Glim­munga ozna­cza dla niego nie tylko ucieczkę od sza­rej egzy­sten­cji i odna­le­zie­nie sensu w życiu, ale też moż­li­wość spraw­dze­nia samego sie­bie. Glim­mung nie składa fał­szy­wych obiet­nic, nie twier­dzi, że zwy­cię­stwo jest pewne. Nie jest, ale prze­cież klę­ska w pewien spo­sób rów­nież będzie suk­ce­sem, ponie­waż powie zarówno Glim­mungowi, jak i Joemu tyle samo co ewen­tu­alna wygrana. Ten dualizm pojawi się w książce jesz­cze nie­raz, można bowiem odnieść wra­że­nie, że Dru­ciarz Galak­tyki cały jest oparty na takich opo­zy­cjach. Każdy – także główny boha­ter – ma tu swój ciemny odpo­wied­nik, oce­aniczne głę­biny są lustrza­nym odpo­wied­nikiem świata na ziemi (w jed­nym świe­cie nastę­puje roz­kład, w dru­gim moż­liwe jest jego powstrzy­ma­nie i odbu­dowa), a w odpo­wied­nim momen­cie zostaje przy­wo­łany mit o Ama­li­cie, „dobrym” Bogu, który napę­dzany siłą miło­ści, pożą­da­nia i nie­na­wi­ści, stwo­rzył swoją sio­strę i kochankę – „złą” Borel. To wyraźne odwo­ła­nie do reli­gii zara­tu­striań­skiej albo do uzna­wa­nych w chrze­ści­jań­stwie za here­zję wcze­snych gno­styc­kich ruchów, w któ­rych pier­wia­stek duchowy wiąże się z dobrem, zło zaś z tym, co mate­rialne, ziem­skie i cie­le­sne – w takim uję­ciu czło­wiek powstał na sku­tek uwię­zie­nia w mate­rii ele­mentu ducho­wego. Jed­nak w Dru­cia­rzu Galak­tyki trudno mówić o łatwym prze­ciw­sta­wie­niu mate­rialny–duchowy czy zły–dobry, choćby dla­tego, że opo­zy­cji jest tu znacz­nie wię­cej i są one bar­dziej skom­pli­ko­wane. Mamy więc także opo­zy­cję mar­twy–żywy, męski–żeń­ski (Glim­mung pier­wot­nie był istotą dwu­pł­ciową, a odzy­ska­nie żeń­skiego aspektu jest waż­nym kro­kiem na dro­dze do suk­cesu), wresz­cie wspo­mniane już zwy­cię­stwo kon­tra porażka – przy czym ani boha­te­ro­wie, ani czy­tel­nicy ni­gdy do końca nie zyskają pew­no­ści, co jest jed­nym, a co dru­gim.

Kolej­nym waż­nym tro­pem Dru­cia­rza Galak­tyki jest prze­wi­ja­jący się przez tę książkę motyw Fau­sta, do któ­rego Glim­mung kil­ka­krot­nie jest porów­ny­wany. Przy­po­mnijmy może pokrótce histo­rię tej postaci. Otóż Johann Georg Faust był nie­miec­kim alche­mi­kiem żyją­cym na prze­ło­mie pięt­na­stego i szes­na­stego wieku, uczo­nym, o któ­rym już za jego życia krą­żyły plotki, że para się czarną magią. Współ­cze­śni mu wie­rzyli, że przy­wo­łał z Hadesu ducha Heleny Tro­jań­skiej, osta­tecz­nie zaś zaprze­dał duszę dia­błu. Tyle mówi nam legenda. Dru­gie życie Faust zyskał w sztuce. Pisali o nim mię­dzy innymi Chri­sto­pher Mar­lowe, Tomasz Mann czy wresz­cie Johann Wol­fgang von Goethe. To wła­śnie do jego dra­matu odwo­łuje się bez­po­śred­nio Phi­lip K. Dick. Faust w twór­czo­ści nie­miec­kiego poety to wie­kowy już, mądry alche­mik, który zdaje sobie sprawę z ogra­ni­czeń, jakie wiążą się z byciem czło­wie­kiem, i bun­tuje się prze­ciwko nim, tym samym rzu­ca­jąc wyzwa­nie Bogu. Zawiera pakt z dia­błem nie tylko po to, by uży­wać docze­snych przy­jem­no­ści, lecz rów­nież po to, by posiąść wie­dzę nie­do­stępną dla zwy­kłych śmier­tel­ni­ków i w osta­tecz­nym roz­ra­chunku dzia­łać dla dobra ludz­ko­ści.

Podob­nie działa Glim­mung, który podej­mu­jąc się wydo­by­cia zato­pio­nej w oce­anie kate­dry zwa­nej Held­skallą, pró­buje prze­kro­czyć nie tylko wła­sne ogra­ni­cze­nia, ale też rzuca wyzwa­nie: w tym wypadku nie Bogu, lecz prze­zna­cze­niu. Ono zaś w Dru­cia­rzu Galak­tyki poja­wia się pod posta­cią Księgi Kalen­dów, tajem­ni­czych istot zasie­dla­ją­cych Pla­netę Ora­cza. Księga ta, sprze­da­wana nie­mal w każ­dym zakątku pla­nety i każ­dego dnia zmie­niana, zawiera wszyst­kie wyda­rze­nia, które się zda­rzyły i które jesz­cze się wyda­rzą. Przy tym pyta­nie, czy kalen­dzi tylko prze­wi­dują bieg histo­rii, czy też, zapi­su­jąc ją w Księ­dze, sami two­rzą wyda­rze­nia, pozo­staje otwarte.

Księga Kalen­dów to chyba jeden z naj­lep­szych pomy­słów Dru­cia­rza Galak­tyki. Z jed­nej strony jest w nim pewien poten­cjał kome­diowy: wyobraźmy sobie, że scho­dzimy z naszego mię­dzy­gwiezd­nego statku na obcą pla­netę, po czym pod­biega do nas rude szczu­ro­wate stwo­rze­nie z narę­czem ksią­żek. „W pełni udo­ku­men­to­wane dzieje fascy­nu­ją­cego świata”, zachęca nas, a my kupu­jemy, tro­chę dla świę­tego spo­koju, a tro­chę z cie­ka­wo­ści, bo prze­cież Księga to coś w rodzaju lokal­nej tury­stycz­nej atrak­cji. Potem zaś w wol­nej chwili zaczy­namy czy­tać… opis naszego przy­by­cia. Z takimi szcze­gó­łami jak to, kim jeste­śmy z zawodu i po co przy­le­cie­li­śmy na Pla­netę Ora­cza. To wła­śnie cha­rak­te­ry­styczne dla twór­czo­ści Phi­lipa K. Dicka połą­cze­nie swo­istego sur­re­ali­zmu i czar­nego humoru, a także czy­stej grozy – wyobraź­cie sobie bowiem dal­szy ciąg takiej sceny: oto Księga prze­po­wiada naszą śmierć, roz­pad związku albo to, że sta­niemy się przy­czyną jakiejś wiel­kiej tra­ge­dii… Nie wia­domo, kim są kalen­dzi ani skąd czer­pią swoją wie­dzę, wia­domo tylko, że jak dotąd ich prze­wi­dy­wa­nia zawsze się spraw­dzały. A Księga prze­wi­duje wyda­rze­nia, które nie wyglą­dają pozy­tyw­nie ani dla Glim­munga, ani dla głów­nego boha­tera…

Doty­kamy w tym miej­scu kwe­stii, która w Dru­cia­rzu Galak­tyki nie została jasno wypo­wie­dziana, można jed­nak zna­leźć parę tro­pów na potwier­dze­nie takiej teo­rii: otóż posta­cią z ducha fau­stow­ską jest nie tylko Glim­mung, lecz także Joe Fernw­ri­ght. On rów­nież chce się wyrwać z pęta­ją­cych go ogra­ni­czeń, pra­gnie cze­goś wię­cej, nie tyle wie­dzy, ile prze­żyć nie­do­stęp­nych dla zwy­czaj­nych ludzi. Nie zraża go by­naj­mniej nie­bez­pie­czeń­stwo takiego wyboru: można śmiało spe­ku­lo­wać, że nawet gdyby Joe nie był w swoim świe­cie poszu­ki­wa­nym prze­stępcą, rów­nież zgo­dziłby się przy­jąć pro­po­zy­cję Glim­munga. I Joe rów­nież sprze­ci­wia się prze­zna­cze­niu, jakie zawiera w swo­ich prze­po­wied­niach Księga Kalen­dów – a przy­naj­mniej pró­buje to zro­bić. Tu wypa­da­łoby zadać pyta­nie, czy odnosi zwy­cię­stwo. I czy suk­ce­sem koń­czy się przed­się­wzię­cie Glim­munga. To skom­pli­ko­wana kwe­stia i tak naprawdę, żeby ją roz­strzy­gnąć, trzeba by naj­pierw znać odpo­wiedź na pyta­nie, co kon­kret­nie prze­po­wie­działa Księga Kalen­dów, a to wbrew pozo­rom wcale nie jest takie jasne.

Wra­camy więc do kwe­stii Gry, która na początku Dru­cia­rza Galak­tyki poja­wia się jako czy­sta roz­rywka, głu­piutka zabawa znu­dzo­nych nie­udacz­ni­ków, osta­tecz­nie jed­nak oka­zuje się, że ma głęb­sze zna­cze­nie. Bo każde tłu­ma­cze­nie prze­cież zawsze, choćby mini­mal­nie, zmie­nia sens wypo­wie­dzi, wykrzy­wia go i wypa­cza. A Księga Kalen­dów prze­ma­wia do czy­tel­ni­ków w różny spo­sób, cza­sem wprost po angiel­sku (jak już wspo­mi­na­łam, w świe­cie Phi­lipa K. Dicka wszystko jest moż­liwe), a cza­sem w obcym języku. I tak w pew­nym momen­cie jeden z pra­cow­ni­ków Glim­munga, przed­sta­wia­jący się jako języ­ko­znawca, pro­po­nuje alter­na­tywne tłu­ma­cze­nie tego, co Księga Kalen­dów mówi na temat wydo­by­cia Held­skalli, a to może zupeł­nie zmie­nić spo­sób rozu­mie­nia koń­cówki. Czy przed­się­wzię­cie Glim­munga się powio­dło, czy nie powio­dło i z jakimi kon­se­kwen­cjami? Czy Joemu udało się na końcu coś osią­gnąć, czy prze­ciw­nie: boha­ter zapła­cił zbyt wysoką cenę za próbę wyrwa­nia się z przy­gnę­bia­ją­cej nudy sta­rego życia? Odpo­wiedź na każde z tych pytań zależy od indy­wi­du­al­nych inter­pre­ta­cji, a tych jest tyle, ilu czy­tel­ni­ków.

Dru­cia­rza Galak­tyki można odczy­tać na kilka spo­so­bów: możemy widzieć w tej książce motyw odwiecz­nej walki dobra ze złem, roz­kładu z odbu­dową, sta­gna­cji z dzia­ła­niem. Możemy uznać, że to przede wszyst­kim powieść o zma­ga­niach czło­wieka z Bogiem, prze­zna­cze­niem czy wła­snymi ogra­ni­cze­niami. Możemy wresz­cie (choć byłoby to jed­nak bar­dzo zubo­ża­jące) dojść do wnio­sku, że cała fabuła Dru­cia­rza Galak­tyki to tylko ciąg intry­gu­ją­cych, barw­nych, ale nie­ukła­da­ją­cych się w żadną sen­sowną całość wizji. Nie­za­leż­nie jed­nak od tego, czy osta­tecz­nie odnaj­dziemy się w sza­lo­nym świe­cie Phi­lipa K. Dicka, czy też nie; nie­za­leż­nie od tego, czy polu­bimy głów­nego boha­tera i będziemy mu kibi­co­wać, czy może uznamy, że Joe Fernw­ri­ght sam jest winien sytu­acji, w jakiej się zna­lazł – Dru­ciarz Galak­tyki wart jest prze­czy­ta­nia. A potem zasta­no­wie­nia się nad nim.

Anna Kań­toch

Dedykacja

Dla Cyn­thii Gold­stone

Motto

Bałem się naprawdę i bar­dzo się bałem,Ale i tak tym bar­dziej byłem zaszczy­cony,Że z mej gościn­no­ści korzy­stał,Gdy wyszedł z wrót ciem­nych tajem­ni­czej ziemi.D.H. Law­rence (przeł. Leszek Elek­to­ro­wicz)

1

Przed nim naprawą cera­miki trud­nił się jego ojciec. Dla­tego i on został reno­wa­to­rem cera­miki, wszel­kiego rodzaju naczyń oca­la­łych z Daw­nych Cza­sów, sprzed wojny, kiedy przed­mioty nie zawsze wyko­ny­wano z pla­stiku. Cera­miczne naczy­nia były czymś cudow­nym, a on każde, które skleił, kochał i ni­gdy o nim nie zapo­mi­nał – jego kształt, fak­tura i szkliwo pozo­sta­wały mu w pamięci.

Nie­stety, mało kto potrze­bo­wał jego pracy, jego usług. Oca­lało nie­wiele wyro­bów cera­micz­nych, a ich wła­ści­ciele bar­dzo uwa­żali, żeby się nie tłu­kły.

Nazy­wam się Joe Fernw­ri­ght, pomy­ślał, i jestem naj­lep­szym reno­wa­to­rem cera­miki na Ziemi. Ja, Joe Fernw­ri­ght, nie jestem taki jak inni.

W jego biu­rze leżały sterty pustych pojem­ni­ków. Sta­lo­wych pojem­ni­ków, w któ­rych odsy­łało się nare­pe­ro­wane naczy­nia. Ale w pra­cowni, w tej czę­ści, gdzie Joe trzy­mał cera­mikę do naprawy, nie było nie­mal nic. Warsz­tat od sied­miu mie­sięcy świe­cił pust­kami.

Przez ten czas przy­cho­dziły mu do głowy różne rze­czy. Myślał, że powi­nien zająć się czym innym – pierw­szą lep­szą pracą, tak żeby już nie pobie­rać zasiłku dla kom­ba­tan­tów. Myślał: Z moją pracą już koniec – nie mam prak­tycz­nie żad­nych klien­tów, bo ludzie posy­łają stłu­czone naczy­nia do naprawy w innych fir­mach. Myślał o samo­bój­stwie. Kie­dyś zasta­na­wiał się nad popeł­nie­niem poważ­nego prze­stęp­stwa, zabi­ciem kogoś wysoko posta­wio­nego w hie­rar­chii Poko­jo­wego Mię­dzy­na­ro­do­wego Senatu Świa­to­wego. Ale co by mu z tego przy­szło? Zresztą w osta­tecz­nym rachunku, mimo że wszystko inne go omi­nęło, życie nie było tak cał­kiem bez sensu, pozo­stała bowiem jedna dobra rzecz. Gra.

Joe Fernw­ri­ght stał na dachu swo­jego bloku z menażką w ręku i cze­kał na przy­by­cie eks­pre­so­wego podusz­kowca. Prze­ni­kał go poranny chłód, dygo­tał. Zaraz się pojawi, powie­dział sobie. Tyle że będzie pełny. I nie zatrzyma się na przy­stanku – prze­mknie obok zatło­czony na maksa. Co tam, pomy­ślał, mogę się przejść.

Przy­zwy­cza­jał się do cho­dze­nia. Podob­nie jak we wszyst­kich innych sfe­rach, rząd zawiódł na całej linii w dzie­dzi­nie trans­portu publicz­nego. Niech ich szlag, stwier­dził Joe. A raczej, popra­wił się w myślach, niech nas szlag. Prze­cież Joe też był cząstką pla­ne­tar­nego apa­ratu Par­tii, sieci, któ­rej nici prze­nik­nęły do każ­dego zakątka i spo­wiły ich w obej­mu­ją­cym cały świat miło­snym uści­sku śmierci.

– Ja rezy­gnuję – oznaj­mił sto­jący obok niego męż­czy­zna, któ­remu ner­wowo drgały mię­śnie ogo­lo­nych i wyper­fu­mo­wa­nych policz­ków. – Zjadę szy­bem na zie­mię i pójdę pie­szo. Powo­dze­nia życzę. – Zaczął toro­wać sobie drogę przez ciżbę ludzi cze­ka­ją­cych na podusz­ko­wiec. Gdy się prze­ci­snął, tłum zlał się z powro­tem w jedną masę i męż­czy­zny nie było już widać.

Ja też idę, zde­cy­do­wał Joe. Ruszył do szybu, a za nim jesz­cze kilku ponu­rych ludzi z przy­stanku.

Na ulicy sta­nął na popę­ka­nych, nie napra­wia­nych pły­tach chod­nika, zaczerp­nął ze zło­ścią tchu i, na wła­snych nogach, podą­żył na pół­noc.

Tuż nad głową Joego zawi­sła poli­cyjna patro­lówka.

– Idziesz zbyt wolno – poin­for­mo­wał go funk­cjo­na­riusz i wymie­rzył w niego lase­rowy pisto­let Wal­ters & Jones. – Nabierz szyb­ko­ści, bo cię spi­szę.

– Przy­się­gam na boga – zaczął Joe – że pójdę szybko. Tylko daj­cie mi czas, żebym mógł się roz­pę­dzić. Dopiero co ruszy­łem.

Przy­spie­szył, dopa­so­wał tempo do kroku innych szybko prze­bie­ra­ją­cych nogami prze­chod­niów – podob­nych do niego szczę­ścia­rzy, któ­rzy mieli pracę, mieli dokąd pójść w ten ponury czwart­kowy ranek w pierw­szych tygo­dniach kwiet­nia 2046 roku w mie­ście Cle­ve­land we Wspól­no­to­wej Repu­blice Oby­wa­teli Ame­ryki Pół­noc­nej. Pracę, pomy­ślał, albo przy­naj­mniej coś, co pracę przy­po­mina. Jakieś miej­sce, talent, doświad­cze­nie i, kto wie, może nie­ba­wem jakieś zle­ce­nie od klienta.

W biu­rze i pra­cowni – w zasa­dzie była to jedna odgro­dzona prze­pie­rze­niami klitka – miał warsz­tat, narzę­dzia, sterty pustych meta­lo­wych skrzy­nek, małe biurko i sta­ro­żytny fotel, obity skórą bujak, który nale­żał do dziadka, a potem do ojca. Teraz w fotelu prze­sia­dy­wał on – dzień za dniem, mie­siąc za mie­siącem. Joe miał rów­nież jedną cera­miczną wazę, niską i pękatą, pokrytą mato­wo­błę­kitną gla­zurą, którą naka­pano na biały biskwit; natra­fił na tę wazę przed wielu laty i stwier­dził, że pocho­dzi ona z sie­dem­na­sto­wiecz­nej Japo­nii. Prze­pa­dał za nią. Nie została ani razu uszko­dzona, nawet pod­czas wojny.

Usa­do­wił się w fotelu, czu­jąc, jak ugina się tu i tam pod cię­ża­rem zna­jo­mego ciała. Znali się z tym meblem dosko­nale – fotel dźwi­gał go całe życie. Joe wycią­gnął rękę w stronę przy­ci­sku, któ­rego wdu­sze­nie spra­wi­łoby, że z rury poczty pneu­ma­tycz­nej wysu­nę­łaby się na biurko poranna kore­spon­den­cja – wycią­gnął rękę, ale nagle znie­ru­cho­miał. A jeśli nic nie ma? – pomy­ślał. Prze­cież zazwy­czaj nic nie ma. Ale tym razem mogło być ina­czej, jak z pał­ka­rzem w base­ballu: gdy od dłuż­szego czasu nie dane mu jest ude­rzyć piłki, mówisz: „No, teraz już przyj­dzie jego kolej”, i rze­czy­wi­ście przy­cho­dzi. Joe wdu­sił guzik.

Wypa­dły trzy rachunki.

A razem z nimi przy­gnę­bia­jąca szara paczka rzą­do­wych pie­nię­dzy, dzienny zasi­łek. Rzą­dowe pie­nią­dze w postaci dzi­wacz­nych, ozdob­nych i za sprawą infla­cji nie­mal bez­war­to­ścio­wych kupo­nów han­dlo­wych. Co dzień po otrzy­ma­niu sza­rego pakietu świeżo wydru­ko­wa­nych pie­nię­dzy Joe moż­li­wie jak naj­szyb­ciej jechał do GUB-u, naj­bliż­szego uni­wer­sal­nego super­cen­trum­han­dlo­wo­ko­mi­so­wego, gdzie zawie­rał pospieszne trans­ak­cje: wymie­niał bank­noty, dopóki miały jesz­cze jakąś war­tość, na żyw­ność, prasę, pigułki, nową koszulę – na rze­czy mate­rialne. Wszy­scy tak robili. Nie mieli wyj­ścia: trzy­ma­nie rzą­do­wych bank­no­tów choćby przez dwa­dzie­ścia cztery godziny rów­nało się ścią­gnię­ciu sobie na głowę kata­strofy, wręcz samo­bój­stwu. W ciągu dwóch dni war­tość tych pie­nię­dzy spa­dała mniej wię­cej o osiem­dzie­siąt pro­cent.

Czło­wiek z sąsied­niego boksu zawo­łał do niego:

– Za zdro­wie i dłu­go­wiecz­ność Pre­zy­denta! – Ruty­nowe powi­ta­nie.

– Aha – odru­chowo odpo­wie­dział Joe.

Boksy, mnó­stwo bok­sów, rząd za rzę­dem na kolej­nych kon­dy­gna­cjach… Nagle go to zacie­ka­wiło. Ile takich kli­tek mie­ści się w tym budynku? Tysiąc? Dwa tysiące, dwa i pół? Mogę się tym dzi­siaj zająć, pomy­ślał, popy­tać, ile ich poza moją się tu znaj­duje. Dowiem się, ilu ludzi pra­cuje tu ze mną… jeśli pomi­nąć tych, któ­rzy są na cho­ro­bo­wym, i zmar­łych.

Ale naj­pierw papie­ros. Wyjął paczkę tyto­nio­wych – surowo zaka­za­nych, bo szko­dziły zdro­wiu oraz uza­leż­niały – i tro­chę powe­se­lał.

Jak zwy­kle w takiej chwili jego wzrok padł na czuj­nik dymu na prze­ciw­le­głej ścia­nie. Jeden dymek, dzie­sięć poskre­dów, pomy­ślał. Wło­żył więc papie­rosy do kie­szeni i z całej siły potarł czoło, usi­łu­jąc zgłę­bić tkwiące w nim gdzieś głę­boko pra­gnie­nie, potrzebę, która już kil­ka­krot­nie skło­niła go do zła­ma­nia prawa. Do czego tak naprawdę dążę? – zadał sobie pyta­nie. Czego namiastką jest wzię­cie do ust papie­rosa? Cze­goś prze­past­nego, uznał. Czuł pier­wotny głód, nie­prze­partą chęć roz­war­cia pasz­czy, jakby miał pochło­nąć wszystko dokoła. Wessać całe oto­cze­nie.

Dla­tego grał, stąd w jego życiu poja­wiła się Gra.

Naci­snął czer­wony guzik, pod­niósł słu­chawkę i zacze­kał, aż powolne prze­kaź­niki zgrzy­tli­wie połą­czą go z linią zewnętrzną.

– Pii – ode­zwał się tele­fon.

Na ekra­nie poja­wiły się nie­okre­ślone kolory i bryły. Roz­myty obraz prze­słu­chu na obwo­dach.

Z pamięci wystu­kał numer. Dwa­na­ście cyfr, poczy­na­jąc od trójki, która połą­czyła go z Moskwą.

– Tu biuro zastępcy komi­sa­rza Saxtona Gor­dona – oznaj­mił rosyj­skiemu tele­fo­ni­ście, który prze­szył go groź­nym wzro­kiem z minia­tu­ro­wego ekranu.

– Znowu gramy, co? – burk­nął ope­ra­tor.

– Człe­ko­kształtny dwu­nóg nie może pod­trzy­mać prze­miany mate­rii tylko samą mączką plank­to­nową – powie­dział Joe.

Urzęd­nik posłał mu spoj­rze­nie pełne pury­tań­skiej wzgardy, a potem połą­czył z Gau­kiem. Uka­zała się pocią­gła, znu­dzona twarz niskiego rangą radziec­kiego urzęd­nika. Nuda bły­ska­wicz­nie ustą­piła miej­sca cie­ka­wo­ści.

– O prie­sław­nyj witiaź – zaczął Gauk. – Dostoj­nyj kono­wod tołpy bie­zmo­zgłoj, prie­stup­naja…

– Tylko bez prze­mó­wień – prze­rwał mu znie­cier­pli­wiony Joe. Znie­cier­pli­wiony i gbu­ro­waty. Typowy poranny nastrój.

– Pro­sti­tie – prze­pro­sił Gauk.

– Masz dla mnie jakiś tytuł? – spy­tał Joe, trzy­ma­jąc w pogo­to­wiu pióro.

– Tokij­ski kom­pu­ter trans­la­cyjny był do połu­dnia zajęty – odparł Gauk – więc prze­pu­ści­łem to przez mniej­szy w Kobe. Pod pew­nymi wzglę­dami jest on… jak by to powie­dzieć?… bar­dziej eks­cen­tryczny niż tokij­ski. – Urwał, rzu­ca­jąc okiem na świ­stek papieru. Jego miej­sce pracy, podob­nie jak miej­sce pracy Joego, miało postać klitki, w któ­rej znaj­do­wało się jedy­nie biurko, notat­nik, tele­fon i pla­sti­kowe krze­sło o pro­stym opar­ciu. – Gotowy?

– Gotowy. – Joe na próbę skrob­nął pió­rem po papie­rze.

Gauk odchrząk­nął i prze­biegł wzro­kiem tekst na kartce. Na jego ścią­gnię­tej twa­rzy malo­wał się lekki uśmiech – wyraz dys­tyn­go­wa­nej pew­no­ści sie­bie.

– Źró­dłem był twój język – powie­dział Gauk, potwier­dza­jąc jedną z zasad, które wspól­nie wymy­ślili, grupka roz­pro­szo­nych po całej Ziemi ludzi sie­dzą­cych w mikro­sko­pij­nych biu­rach, zaj­mu­ją­cych nie­istotne sta­no­wi­ska i nie­ma­ją­cych nic do roboty, żad­nych zadań czy trud­nych pro­ble­mów do roz­wią­za­nia. Tra­pio­nych jedy­nie bole­sną pustką kolek­tyw­nego spo­łe­czeń­stwa, wobec któ­rego każdy na swój spo­sób wyra­żał sprze­ciw i które wszy­scy posta­no­wili okpić za pomocą Gry. – Tytuł książki – cią­gnął Gauk. – Tylko tyle mogę ci pod­po­wie­dzieć.

– Znany? – zapy­tał Joe.

Nie odpo­wie­dziaw­szy na jego pyta­nie, Gauk odczy­tał z kartki:

– „Obszerny kro­ko­dyl w towa­rzy­stwie bizmutu”.

– „Koszerny”? – zapy­tał Joe.

– Nie. „Obszerny”.

– „Obszerny” – powtó­rzył Joe z namy­słem. – Prze­stronny, roz­le­gły. „Kro­ko­dyl”. Jasz­czur? – Zadrap­nął się pió­rem, zbity z pan­ta­łyku. – I dosta­łeś to od kom­pu­tera trans­la­cyj­nego w Kobe? Gad – zde­cy­do­wał. – Bizmut, czyli metal, sym­bol „Bi”. Gad wraz z meta­lem. Gad wraz z Bi. – Szybko to zapi­sał. – Gad z Bi. Aaa, Gatsby. A „obszerny” to „wielki”. – Miał już tytuł. – Wielki Gatsby F. Scotta Fit­zge­ralda. – Try­um­fal­nie pod­rzu­cił pióro.

– Dosta­jesz dzie­sięć punk­tów – oświad­czył Gauk. Bły­ska­wicz­nie pod­li­czył. – Zrów­na­łeś się nawet z Hir­sh­mey­erem z Ber­lina i nie­znacz­nie wyprze­dzi­łeś Smi­tha z Nowego Jorku. Jesz­cze raz?

– Ja też coś mam. – Joe wycią­gnął z kie­szeni zło­żoną kartkę, roz­po­starł ją na biurku i odczy­tał: – „Męski organ motyli i resz­tek ryby”. – Spoj­rzał na Gauka pokrze­piony świa­do­mo­ścią, że zabił mu nie­złego klina – tek­stem z dużego kom­pu­tera trans­la­cyj­nego w cen­trum Tokio.

– Fono­nim – rzu­cił od nie­chce­nia Gauk. – Ciem i ości, ciem­no­ści. Jądro ciem­no­ści. Dzie­sięć punk­tów dla mnie. – Zapi­sał to sobie.

– „Asfalt z szychty samo­luba” – wark­nął roz­wście­czony Joe.

– Znów auto­rem jest „Szkapa zado­wo­lona” – stwier­dził Gauk z bło­gim uśmie­chem. – Murzyn z załogi „Nar­cyza”.

– „Szkapa zado­wo­lona”? – powtó­rzył zacie­ka­wiony Joe.

– Con­rad.

– Pod­daję się – oznaj­mił Joe. Miał już dość. Gauk jak zwy­kle bił go na głowę w tej grze, pole­ga­ją­cej na ponow­nym tłu­ma­cze­niu kom­pu­te­ro­wych prze­kła­dów na język ory­gi­nału.

– Może jesz­cze? – przy­mil­nie zapy­tał Gauk z obo­jęt­nym wyra­zem twa­rzy.

– Tylko jeden tytuł – posta­no­wił Joe.

– „Lek­ko­myślne wypu­kło­ści”.

– Chry­ste – wes­tchnął Joe, zdez­o­rien­to­wany i wystra­szony. Nie koja­rzyło mu się to z niczym, abso­lut­nie z niczym. – „Lek­ko­myślne”. Może naiwne, nie­roz­ważne. Albo pło­che, wietrzne. A „wypu­kło­ści”? – Zato­pił się głę­boko w myślach, na modłę sta­ro­żyt­nych Rzy­mian. – Wybrzu­sze­nia. Kształty. – Nie potra­fił zna­leźć roz­wią­za­nia zagadki. – Piersi. Biust. – Przez chwilę medy­to­wał w ciszy niczym jogin. – Nie – stwier­dził wresz­cie. – Nic mi nie wycho­dzi. Pod­daję się.

– Tak szybko? – spy­tał Gauk, uno­sząc brwi.

– Nie będę prze­cież sie­dział tu cały dzień i pocił się nad jedną zagadką.

– Wichrowe wzgó­rza – oznaj­mił Gauk.

Joe jęk­nął.

– Jęczysz? – zdzi­wił się Gauk. – Bo prze­pu­ści­łeś coś, co powi­nie­neś odgad­nąć? Zmę­czony jesteś, Fernw­ri­ght? Nuży cię, jak nas wszyst­kich, wie­lo­go­dzinne wysia­dy­wa­nie w tej klitce z zało­żo­nymi rękami? Wolał­byś sie­dzieć sam w ciszy i nie roz­ma­wiać z nami? Wolał­byś sobie odpu­ścić? – Wyglą­dało na to, że Gauk naprawdę się zde­ner­wo­wał; twarz mu spo­sęp­niała.

– To tylko dla­tego, że zagadka była taka łatwa – mity­go­wał się Joe. Widział jed­nak, że nie prze­ko­nał moskiew­skiego kolegi. – No dobrze. Jestem przy­gnę­biony. Dłu­żej tego nie wytrzy­mam. Wiesz, co mam na myśli? Wiesz. – Cze­kał. Upły­nęła chwila, przez którą nie patrzyli na sie­bie i nie wymie­nili ani słowa. – Roz­łą­czam się – oświad­czył w końcu Joe i odjął słu­chawkę od ucha.

– Zacze­kaj – rzu­cił Gauk. – Jesz­cze jeden tytuł.

– Nie – powie­dział Joe.

Odło­żył słu­chawkę i zapa­trzył się przed sie­bie pustym wzro­kiem. Na kartce miał zapi­sa­nych jesz­cze kilka łami­głó­wek, ale… Opu­ściła mnie ener­gia, pomy­ślał z gory­czą, zdol­ność ode­rwa­nia się od życia bez god­nej pracy i zastą­pie­nia go banal­nymi zaję­ciami, nawet celowo banal­nymi, jak stwo­rzona przez nas Gra. Kon­takt z ludźmi, pomy­ślał – dzięki Grze roz­bi­jamy sko­rupę naszej izo­la­cji. Zer­kamy na zewnątrz, ale co w grun­cie rze­czy widzimy? Zwier­cia­dlane odbi­cia sie­bie samych, zim­no­krwi­ste, wątłe obli­cza, nie zajęte niczym kon­kret­nym, o ile zdo­ła­łem się zorien­to­wać. Śmierć jest bli­sko, gdy tak myślisz. Czuję, uznał Joe, jak bar­dzo bli­sko niej jestem. Nic mnie nie wykań­cza: nie mam wroga, prze­ciw­nika… po pro­stu wyga­sam, jak pre­nu­me­rata cza­so­pi­sma, mie­siąc za mie­siącem. Jestem zbyt wyczer­pany, żeby w cokol­wiek się zaan­ga­żo­wać. Nawet jeśli oni – inni gra­cze – potrze­bują mnie i mojego żało­snego wkładu.

Jed­nak gdy tak spo­glą­dał nie­wi­dzą­cym wzro­kiem na roz­ło­żoną kartkę, poczuł, że zacho­dzi w nim jakiś nie­ja­sny pro­ces, niczym foto­syn­teza. Odru­chowe gro­ma­dze­nie resz­tek sił. Pozo­sta­wione samemu sobie, na ślepo funk­cjo­nu­jące bio­lo­giczne ciało dało o sobie znać. Joe pospiesz­nie zapi­sał kolejny tytuł.

Wystu­kał kie­run­kowy i uzy­skał sate­li­tarne połą­cze­nie z Japo­nią; dotarł do Tokio i podał numer tam­tej­szego kom­pu­tera trans­la­cyj­nego. Ze zdo­bytą pod­czas dłu­giej prak­tyki wprawą omi­nął chmarę kom­pu­te­rów pomoc­ni­czych i skon­tak­to­wał się bez­po­śred­nio z tą wielką, zgrzy­tliwą i dud­niącą maszyną.

– Prze­kaz gło­sowy – oznaj­mił.

Ocię­żały kom­pu­ter GX9 prze­sta­wił się z odbioru wizu­al­nego na gło­sowy.

– Zboże jest zie­lone – rzu­cił Joe, włą­cza­jąc reje­stra­tor tele­fonu.

Kom­pu­ter bły­ska­wicz­nie podał japoń­ski odpo­wied­nik.

– Dzię­kuję, wycho­dzę – powie­dział Joe i się roz­łą­czył. Następ­nie zadzwo­nił do kom­pu­tera trans­la­cyj­nego w Waszyng­to­nie. Prze­wi­nął taśmę reje­stra­tora w tele­fo­nie i odtwo­rzył japoń­skie słowa – ponow­nie w for­mie gło­so­wej – dla seg­mentu kom­pu­tera, który miał je prze­tłu­ma­czyć na angiel­ski.

– Banał jest nie­do­świad­czony – ode­zwał się kom­pu­ter.

– Pro­szę? – Joe par­sk­nął śmie­chem. – Pro­szę powtó­rzyć.

– Banał jest nie­do­świad­czony – powie­dział kom­pu­ter z wręcz boską god­no­ścią i cier­pli­wo­ścią.

– Czy to dokładny prze­kład? – spy­tał Joe.

– Banał jest…

– W porządku – prze­rwał Joe. – Roz­łą­czam się.

Odło­żył słu­chawkę i sze­roko się uśmiech­nął; poczuł ożyw­czy przy­pływ ener­gii roz­bu­dzo­nej ludzką weso­ło­ścią.

Sie­dział przez chwilę nie­pewny i nie­zde­cy­do­wany, aż wresz­cie zadzwo­nił do sta­rego dobrego Smi­tha z Nowego Jorku.

– Biuro Dostaw i Zaopa­trze­nia, skrzy­dło siódme – prze­mó­wił Smith; na nie­wiel­kim sza­rym ekra­nie poja­wiła się jego znę­kana nudą twarz przy­po­mi­na­jąca pysk psa goń­czego. – A, cześć, Fernw­ri­ght. Masz coś dla mnie?

– Coś pro­ściut­kiego. „Banał jest…”

– Posłu­chaj naj­pierw mojego – wszedł mu w słowo Smith. – Ja pierw­szy, pozwól mi, Joe, to bomba. Ni­gdy nie zgad­niesz. – Odczy­tał szybko, co chwila się zaci­na­jąc: – „Bagni­ste upo­rczy­wo­ści”.

– Nie.

– Co nie? – Smith uniósł wzrok, marsz­cząc czoło. – Nawet nie spró­bo­wa­łeś, tylko tam sobie sie­dzisz. Dam ci czas. Zasady mówią o pię­ciu minu­tach, więc masz pięć minut.

– Rezy­gnuję – powie­dział Joe.

– Z czego? Z Gry? Prze­cież zasze­dłeś tak wysoko!

– Rezy­gnuję z pracy. Chcę opu­ścić ten obszar robo­czy i zli­kwi­do­wać tele­fon. Nie będzie mnie tutaj; nie będę mógł grać. – Zaczerp­nął głę­boko tchu i dodał: – Odło­ży­łem sześć­dzie­siąt pięć ćwierć­do­la­ró­wek. Sprzed wojny. Zajęło mi to dwa lata.

– Monety? – Smith wyba­łu­szył oczy. – Meta­lowe pie­nią­dze?

– Trzy­mam je w azbe­sto­wym woreczku pod grzej­ni­kiem w moim pokoju miesz­kal­nym. – Zaj­rzę tam dzi­siaj, dodał Joe w myślach. – Na mojej ulicy, przy skrzy­żo­wa­niu, stoi budka tele­fo­niczna – oznaj­mił Smi­thowi. Cie­kawe, pomy­ślał, czy wystar­czy mi tych monet. Podobno Pan Praca nie­wiele daje; albo, ujmu­jąc to od innej strony, dużo kosz­tuje. Ale sześć­dzie­siąt pięć ćwierć­do­la­ró­wek to aż nadto. Tyle samo co… musiał prze­li­czyć w note­siku. – Dzie­sięć milio­nów dola­rów w kupo­nach han­dlo­wych – poin­for­mo­wał Smi­tha. – Według kursu z dzi­siej­szej gazety poran­nej… czyli kursu urzę­do­wego.

Po chwili męczą­cej ciszy Smith bąk­nął:

– Rozu­miem. Cóż, życzę powo­dze­nia. Za swoje oszczęd­no­ści wydo­bę­dziesz z niego jakieś dwa­dzie­ścia słów. Może dwa zda­nia: „Jedź do Bostonu. Pytaj o…”, a potem się roz­łą­czy i zatrza­śnie wlot. Pojem­nik na monety zagrze­cho­cze; twoje ćwierć­do­la­rówki powę­drują labi­ryn­tem rur, toczone hydrau­licz­nym ciśnie­niem do cen­trali Pana Pracy w Oslo. – Otarł nos niczym uczniak, który aż się posmar­kał od wku­wa­nia na pamięć. – Zazdrosz­czę ci, Fernw­ri­ght. Moż­liwe, że te dwa zda­nia od niego wystar­czą. Kie­dyś popro­si­łem go o pomoc. Dałem mu pięć­dzie­siąt ćwierć­do­la­ró­wek. „Jedź do Bostonu – powie­dział. – Pytaj o…”, i się roz­łą­czył, a ja odnio­słem wra­że­nie, że zro­bił to z rado­ścią, jakby moje monety spra­wiły mu przy­jem­ność, przy­jem­ność, jaką może odczu­wać takie pseu­do­ży­cie. Ale powi­nie­neś spró­bo­wać.

– Tak jest – ze sto­ic­kim spo­ko­jem odparł Joe.

– Gdy wyko­rzy­sta wszyst­kie monety… – zaczął Smith.

– Wiem, o co ci cho­dzi – prze­rwał mu Joe; głos miał chra­pliwy.

– Żadne bła­ga­nia…

– W porządku.

Przez chwilę patrzyli na sie­bie w mil­cze­niu.

– Żadne bła­ga­nia – ode­zwał się w końcu Smith – nic na świe­cie nie zmusi tej prze­klę­tej maszyny, by wykrztu­siła choćby jesz­cze jedno słowo.

– Hmm – mruk­nął Joe. Chciał, by zabrzmiało to bez­tro­sko, ale słowa Smi­tha wywarły na nim wra­że­nie; poczuł, jak gaśnie w nim zapał. Prze­biegł go dreszcz, mroźny powiew stra­chu. Zwia­stun fia­ska, pomy­ślał. Prze­rwana w poło­wie wia­do­mość od Pana Pracy, a potem, jak mówi Smith – krach. Roz­łą­cza­jący się Pan Praca to arche­ty­powe obli­cze z czar­nego żelaza, sta­rego żelaza z przed­po­to­po­wych cza­sów. Arche­ty­powa odprawa. Jeśli moż­liwa jest nad­przy­ro­dzona głu­chota, to mamy z nią do czy­nie­nia, gdy koń­czą się monety, które dajemy Panu Pracy.

– Mogę ci szybko prze­czy­tać – zaczął Smith – jesz­cze jeden tytuł, który przy­go­to­wa­łem? Prze­szedł przez kom­pu­ter z Naman­ganu. Słu­chaj. – Jego kla­syczne smu­kłe palce gorącz­kowo prze­bie­gły po zło­żo­nej kartce papieru. – „Cha­łup­nik urzędu hipo­tecz­nego”. Sławny film z lat…

– Lom­bar­dzi­sta – bez­na­mięt­nie odparł Joe.

– Tak! Tra­fi­łeś w sedno, Fernw­ri­ght, po pro­stu w dzie­siątkę. Jesz­cze jeden? Nie odkła­daj słu­chawki! Mam tu coś naprawdę super.

– Skon­tak­tuj się z Hir­sh­mey­erem z Ber­lina – pora­dził Joe i prze­rwał połą­cze­nie.

Umie­ram, pomy­ślał.

Gdy tak sie­dział na tym sta­ro­świec­kim wytar­tym fotelu, zoba­czył jak przez mgłę, że pali się czer­wone świa­tełko poczty pneu­ma­tycz­nej, które musiało się włą­czyć w ciągu ostat­nich kilku minut. Dziwne, pomy­ślał. Następna pora dorę­cza­nia poczty jest dopiero o pierw­szej pięt­na­ście po połu­dniu. Prze­syłka eks­pre­sowa? – pomy­ślał i naci­snął guzik.

Wyto­czył się jakiś list. Prze­syłka eks­pre­sowa.

Otwo­rzył ją. W środku zna­lazł nie­wielką kartkę. Zapi­sano na niej:

Potrze­buję cię, napra­wia­czu. Zapłacę.

Bez pod­pisu. Bez adresu nadawcy. O boże, pomy­ślał Joe, to coś naprawdę wiel­kiego. Czuję to.

Ostroż­nie prze­su­nął fotel, żeby usiąść twa­rzą do czer­wo­nego świa­tełka poczty. Był gotów cze­kać. Aż nadej­dzie kolejny list, posta­no­wił. Chyba że wcze­śniej umrę z głodu. Ale już nie mam ochoty umie­rać, pomy­ślał z gory­czą. Chcę żyć. I cze­kać. I cze­kać.

Cze­kał.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Tytuł ory­gi­nału: Galac­tic Pot-Healer

Copy­ri­ght © 1969, Phi­lip K. Dick

Copy­ri­ght rene­wed © 1997, Laura Coelho, Chri­sto­pher Dick and Isolde Hac­kett

All rights rese­rved

Copy­ri­ght © for the Polish e‑book edi­tion by REBIS Publi­shing House Ltd., Poznań 2018, 2025

Infor­ma­cja o zabez­pie­cze­niach

W celu ochrony autor­skich praw mająt­ko­wych przed praw­nie nie­do­zwo­lo­nym utrwa­la­niem, zwie­lo­krot­nia­niem i roz­po­wszech­nia­niem każdy egzem­plarz książki został cyfrowo zabez­pie­czony. Usu­wa­nie lub zmiana zabez­pie­czeń sta­nowi naru­sze­nie prawa.

Redak­tor serii: Rado­sław Kot

Redak­tor tego wyda­nia: Grze­gorz Dziam­ski

Gra­fiki: Woj­ciech Siud­mak

Wyda­nie II e‑book (opra­co­wane na pod­sta­wie wyda­nia książ­ko­wego: Dru­ciarz Galak­tyki, wyd. II, Poznań 2020)

ISBN 978-83-8188-747-2

WYDAWCA

Dom Wydaw­ni­czy REBIS Sp. z o.o.

ul. Żmi­grodzka 41/49, 60-171 Poznań, Pol­ska

tel. +48 61 867 47 08, +48 61 867 81 40

e-mail: [email protected]

www.rebis.com.pl

Kon­wer­sję do wer­sji elek­tro­nicz­nej wyko­nano w sys­te­mie Zecer