Wariant drugi - Philip K. Dick - ebook + książka

Wariant drugi ebook

Philip K. Dick

4,6
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.



Dowiedz się więcej.
Opis

Drugi tom opowiadań Philipa K. Dicka to utwory z lat 1952–1953!

Niniejszy zbiór zawiera dwadzieścia siedem krótkich utworów opublikowanych w latach 1952-1954. (…) Próżno w nich szukać formuły akcji, kosmicznych epopei, epatowania futurystyczną techniką czy walki Dobra ze Złem. (…) Czytelnik zauważy za to powtarzalność tematów, wizji i metafizycznych niepokojów, które nieraz będą powracać w powieściach Dicka. Zniszczona w wojnie jądrowej Ziemia. Ewoluujące, wrogie człowiekowi roboty. Wolność osobista tłamszona w imię narzuconych ideałów. Przenikające się rzeczywistości. Szarzy ludzie w rolach bohaterów z racji zwykłej chęci przetrwania.

W opowiadaniach pisanych u szczytu zimnej wojny, antykomunistycznej histerii (…) i nuklearnej paranoi tkwi też głębsze przesłanie (…). Dick przemawiał przeciwko militaryzmowi, ksenofobii, obsesji na punkcie zagrożenia i szowinizmowi. - z przedmowy N. Spinrada

Już w tych wczesnych tekstach widać szczyptę szaleństwa i odważne wizjonerstwo, dlatego niedziwne, że niektóre z nich przeniesiono na ekran. Filmowcy czytają Dicka, choć nie każdy obraz, który pisarz zainspirował, sygnowano jego nazwiskiem. (…) [M]amy w nich oryginalną wrażliwość i dzikie „dickowskie sytuacje”, mimo że chodzi o teksty powstałe przed apogeum jego wizji religijnych i narkotykowych odlotów. Widać zarysy twarzy niepokojącego artysty, którym płodny twórca pulpy stanie się za lat dziesięć. - ze wstępu M. Parowskiego <!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 691

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,6 (22 oceny)
16
4
1
1
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
blipinski

Nie oderwiesz się od lektury

Zbiór opowiadań, które zostają na długo w pamięci. Już niedługo będą miały 100 lat ale tematyka wciąż aktualna i nie tylko w sferze science fiction. Dla mnie to dużo rozważań o człowieku, o tym co niszczymy naokoło siebie ale i czasem budujemy, z nadzieją że jednak może być lepiej. Bardzo ciekawe wplecienie klimatu lat 50tych, zimna wojna, lęki przed wojną światów, bronią nuklearną. Bardzo polecam!
10



W sprzedaży:

Ubik

Blade run­ner

Czy andro­idy marzą o elek­trycz­nych owcach?

Czło­wiek z Wyso­kiego Zamku

Valis

Boża inwa­zja

Trans­mi­gra­cja Timo­thy’ego Archera

Dok­tor Blu­th­geld

Wyzna­nia łga­rza

Trzy styg­maty Pal­mera Eldrit­cha

Przez ciemne zwier­cia­dło

Czas poza cza­sem

Płyń­cie łzy moje, rzekł poli­cjant

Świat Jonesa

Wbrew wska­zów­kom zegara

Mar­sjań­ski poślizg w cza­sie

Krótki szczę­śliwy żywot brą­zo­wego oks­forda

Deus Irae

Oko na nie­bie

Wariant drugi

Kopia ojca

Raport mniej­szo­ści

Elek­tryczna mrówka

Labi­rynt śmierci

Inwa­zja z Gani­me­desa

Cudowna broń

Sło­neczna lote­ria

Nasi przy­ja­ciele z Fro­lixa 8

Możemy cię zbu­do­wać

Dru­ciarz Galak­tyki

Radio Wolne Albe­muth

Klany księ­życa Alfy

Prawda pół­osta­teczna

Teraz cze­kaj na zeszły rok

Polecamy także nagrania audio:

Blade run­ner

Czy andro­idy marzą o elek­trycz­nych owcach?

Ubik

Czło­wiek z Wyso­kiego Zamku

Trzy styg­maty Pal­mera Eldrit­cha

Przez ciemne zwier­cia­dło

Dru­ciarz Galak­tyki

Radio Wolne Albe­muth

Valis

Boża inwa­zja

Płyń­cie łzy moje, rzekł poli­cjant

Trans­mi­gra­cja Timo­thy’ego Archera

Niefilmowy pisarz filmowców

1.

Opo­wia­da­nia fan­ta­styczne z lat 1952–1953 pisze młody geniusz, który nie ma pew­no­ści, że nim jest, i nie do końca akcep­tuje swą koronną kon­wen­cję. Science fic­tion w jego ówcze­snym kręgu towa­rzy­skim z Ber­ke­ley trak­to­wano z lek­ce­wa­że­niem, sam Dick też nie­zbyt ją cenił i pona­wiał próby akcesu do głów­nego nurtu. Oglą­dał więc ambitne kino euro­pej­skie, z uwagą czy­tał filo­zo­fów (Hume, Ber­ke­ley, Jung, Maj­mo­ni­des), a także lite­ra­turę wysoką (Joyce, Dosto­jew­ski, Flau­bert, Bal­zac, Tur­gie­niew, Wil­liam Sty­ron, Natha­nael West)1.

Jego wcze­sne utwory są nie­równe, młody autor szuka wła­snego tonu. W pisa­nych po latach komen­ta­rzach jed­nak sam dostrzega, jak wiele real­nych zagad­nień weszło do opo­wia­da­nek ska­za­nych na oso­bliwą egzy­sten­cję w cza­so­pi­smach pul­po­wych. Także pro­blemy z kobie­tami, któ­rych Dick naj­pierw się boi, a potem z żonami i kochan­kami pro­wa­dzi gry miło­sne i neu­ro­tyczne. Naj­waż­niej­sze są dlań kwe­stie publiczne. W Sta­nach wyko­nano wyrok na mał­żeń­stwie Rosen­ber­gów. Za oce­anem Sta­lin naka­zał sądowy mord na krem­low­skich leka­rzach, potem sam odszedł w szem­ra­nych oko­licz­no­ściach, za nim Ław­rien­tij Beria. Na świe­cie eks­pe­ry­men­to­wano z bro­nią ato­mową, która zdą­żyła poka­zać swą strasz­liwą moc w Hiro­szi­mie i Naga­saki. W cie­niu zim­nej wojny sys­te­mów i gorą­cej wojny w Korei, w atmos­fe­rze psy­chozy „polo­wań na cza­row­nice” sena­tora McCar­thy’ego2 młody geniusz odkry­wał swe tematy, obse­sje.

Miał ówcze­sny świat stronę inną, bar­dziej mło­dego pisa­rza pocią­ga­jącą. Coś z atmos­fery tam­tego czasu znaj­dziemy w fil­mach Mia­steczko Ple­asan­tville Gary’ego Rossa, Powrót do przy­szło­ści Roberta Zemec­kisa lub Ato­mowy amant Hugh Wil­sona. Może – w Odmien­nych sta­nach świa­do­mo­ści Kena Rus­sella. Ruszyła rewo­lu­cja naukowo-tech­niczna, nakrę­cona wojną i kon­sump­cyjną gorączką spo­łe­czeń­stwa goto­wego kupo­wać tele­wi­zory, pralki i domowe schrony oraz zaspo­ka­jać pożą­da­nia wydu­mane bądź odkryte przez Alfreda Kin­seya. „Play­boy”, pismo dla męż­czyzn, tra­fia do powszech­nej sprze­daży, a doma­ga­jąca się mod­nych stro­jów lalka Bar­bie – w ręce dziew­czy­nek. W kinie, radiu i tele­wi­zji poja­wiają się nowe formy, nowe jako­ści, ata­kują reklamy – cie­ka­wie ana­li­zuje to Mar­shall McLu­han. Wojenne tech­no­lo­gie rakie­towe otwie­rają przed ludz­ko­ścią kosmiczne per­spek­tywy. W takim kręgu marzeń i lęków, podejrz­li­wo­ści i nadziei uciera się kanon nowo­cze­snej science fic­tion, dla nie­któ­rych obo­wią­zu­jący do dziś. Forma wcze­snych utwo­rów jest jesz­cze chro­pawa, wymiar kame­ralny, fabuły i sytu­acje roz­pi­sane na śred­nia­ków. Aku­rat temu Dick pozo­sta­nie wierny, sta­wia na zwy­kłych ludzi o wiel­kich ser­cach.

Patrząc przez pry­zmat doświad­czeń popkul­tury sze­ściu następ­nych dekad, już we wcze­snych tek­stach widać szczyptę sza­leń­stwa i odważne wizjo­ner­stwo, dla­tego nie­dziwne, że nie­które z nich prze­nie­siono na ekran. Fil­mowcy czy­tają Dicka, choć nie każdy obraz, który pisarz zain­spi­ro­wał, sygno­wano jego nazwi­skiem. Nawet o sfil­mo­wa­nych opo­wia­da­niach nie da się powie­dzieć, że powstały z myślą o fil­mie, że są w oczy­wi­sty spo­sób kino­ge­niczne. Już czę­ściej – publi­cy­styczne. Ale mamy w nich ory­gi­nalną wraż­li­wość i dzi­kie „dic­kow­skie sytu­acje”, mimo że cho­dzi o tek­sty powstałe przed apo­geum jego wizji reli­gij­nych i nar­ko­ty­ko­wych odlo­tów. Widać zarysy twa­rzy nie­po­ko­ją­cego arty­sty, któ­rym płodny twórca pulpy sta­nie się za lat dzie­sięć.

2.

Młody Dick chce redak­tora, a potem czy­tel­ni­ków urzec, zasko­czyć, dostar­czyć im roz­rywki, to zna­czy także kathar­sis. Jak sam zauważa, opo­wia­da­nie przed­sta­wia akcję, powieść – świat, toteż upły­nie tro­chę czasu, nim w dłuż­szych for­mach pokaże pogłę­bio­nych boha­te­rów, zdol­nych upo­mnieć się u pisa­rza o swoje. W tek­stach z lat 1952–1953 podzi­wiamy kon­struk­cję, nie­zwy­kłe sytu­acje i cie­kawe fabuły, za któ­rych sprawą Dick testuje para­no­iczne kon­se­kwen­cje banal­nych zda­rzeń.

Wszyst­kie dzieją się w zaawan­so­wa­nej tech­no­lo­gicz­nie przy­szło­ści. Na Ziemi, zwa­nej tu Terrą, ist­nieją Stany i impe­rium sowiec­kie, a bol­sze­wi­ków ceni autor rów­nie nisko jak jako­bi­nów, nazi­stów i… jajo­gło­wych, co otwar­cie dekla­ruje w opo­wia­da­niu Kap­tur­nik. Nasz glob stoi w obli­czu wewnętrz­nej wojny, obco­pla­ne­tar­nej inwa­zji lub – stało się – oglą­damy ruiny i jest już po wszyst­kim. Czło­wiek oto­czony przez roboty (nic się nie równa z pro­ble­mami psy­chicz­nymi robo­tów – wyzna mecha­niczny tak­sów­karz w opo­wia­da­niu Pre­zent dla Pat), ogar­nięty para­no­iczną podejrz­li­wo­ścią zacho­wał złe cechy: wojow­ni­czość, zabor­czość, pożą­da­nie wła­dzy. Świa­tem rzą­dzą spi­ski, pene­trują go służby wła­sne, wro­gie i obce; poja­wiają się w nim też meta­fi­zyczne szcze­liny. To ostat­nie jako efekt uboczny podróży w cza­sie, w wyniku dzia­łań nie­sa­mo­wi­tej grupy „regu­la­to­rów”, demona lub eks­cen­trycz­nego bóstwa bądź w wyniku kaprysu autora. Rzecz w tym, że Dick napu­szo­nym twórcą science fic­tion w rodzaju Asi­mova nie był, lubił fan­tasy, a wzo­rem van Voghta gatun­ko­wych chwy­tów SF uży­wał do inte­lek­tu­al­nych i lite­rac­kich gier. Zamiast socjo­lo­gicz­nych modeli, któ­rych uży­tecz­ność po latach oka­zuje się wąt­pliwa, budo­wał ale­go­rie trwal­sze, bo arty­styczne.

Opo­wia­da­niom naj­wcze­śniej­szym – umow­nie skla­sy­fi­ko­wa­łem je jako stan­dardy – brak jesz­cze zna­mion geniu­szu. Cia­steczka pani Drew to łagodny hor­ror leżący obok sta­ro­świec­kiego Awa­tara Teo­fila Gau­tiera. Za drzwiami, opo­wia­da­nie o kukułce z zegara, która objawi hip­no­tyczny i mor­der­czy poten­cjał, jest odbi­ciem tego, czego doko­nał Ambros Bierce ze szma­cia­nym wężem. Podobną grozę mamy w noweli Ze zwię­dłego jabłka. Nato­miast opo­wia­da­nie Mar­sja­nie przy­by­wają chma­rami poczęto w tych samych huma­ni­stycz­nych (a nie stricte fan­ta­stycz­nych) kli­ma­tach co Jestem nie­winny, film Fritza Langa ze Spen­ce­rem Tra­cym. Tam histe­ryczny tłum pod­pala dom nie­win­nego czło­wieka, a u Dicka płoną bez­bronni obcy, któ­rych zaka­po­wał zakom­plek­siony szcze­niak.

Jest jesz­cze w tej gru­pie Sta­cja pod­miej­ska, oni­ryczna histo­ria o nie­ist­nie­ją­cym mie­ście, no i Fał­szywy czło­wiek – zdaw­kowy dresz­czo­wiec science fic­tion, który mógłby być roz­dzia­łem powie­ści o czło­wieku zain­fe­ko­wa­nym obcą istotą i bombą. Nie­po­trzeb­nie prze­nie­siono go na ekran, film Impo­stor w reży­se­rii Gary’ego Fle­dera mimo insce­ni­za­cyj­nej wystaw­no­ści oka­zał się klapą, jego suspens jest zbyt pła­ski. Gra o prze­ży­cie, o toż­sa­mość, którą na wielu pozio­mach toczyły świa­dome swej pozy­cji andro­idy w fil­mie Łowca andro­idów Scotta (i powie­ści Czy andro­idy marzą o elek­trycz­nych owcach), miała wymiar sen­sa­cyjny, tra­giczny i meta­fi­zyczny; opo­wia­dała o god­no­ści, bun­cie, pro­ble­ma­ty­zo­wała płynną gra­nicę mię­dzy sztucz­nym i czło­wie­czym. Suspensu Impo­stora – „jestem bombą czy nie?” – wystar­cza na nowelkę.

3.

Ale nawet w tych utwo­rach widać skłon­ność Dicka do udzie­la­nia głosu spie­ra­ją­cym się stro­nom oraz przyj­mo­wa­nia róż­nych punk­tów widze­nia. Lepiej wycho­dzi to w gru­pie opo­wia­dań uka­zu­ją­cych nie­pewny sta­tus rze­czy­wi­sto­ści, co Dicka prze­cież pasjo­no­wało. Wystar­czy przy­po­mnieć jego nowelę o przy­by­szu z Marsa, któ­remu ska­so­wano wspo­mnie­nia, bra­wu­rowo sfil­mo­waną przez Ver­ho­evena ze Schwa­rze­neg­ge­rem3 w roli głów­nej.

W opo­wia­da­niu Jej świat lądu­jemy w płyn­nej rze­czy­wi­sto­ści o nie­pew­nym sta­tu­sie. Poja­wia się tu piękna kobieta, która pró­buje mode­lo­wać boha­tera na kształt swo­ich marzeń, wma­wia mu, że jest jego prze­zna­cze­niem, wspiera korzyst­niej­sze warianty jego losu cudow­nymi sztucz­kami, ale on woli nie­za­leż­ność i odrzuca jej awanse. Ta histo­ria, w któ­rej zaląż­kowo poja­wiają się ele­menty alter­na­tyw­nego świata bez eks­pan­sji Hitlera, służy Dic­kowi do podob­nego sporu z roz­wy­drzoną kobie­co­ścią jak Pusz­ki­nowi Bajka o rybaku i zło­tej rybce. Andrzej Wajda z Janu­szem Gło­wac­kim zro­bili w tym celu film Polo­wa­nie na muchy, przy czym pol­ski męż­czy­zna sam nie rezy­gno­wał, tylko tra­cił szanse na awans, jaki wymy­śliły mu kobiety.

Świat psy­cho­pa­tycz­nych męskich marzeń znaj­dziemy w Mia­steczku. Mściwy nie­dojda kon­stru­uje w piw­nicy makietę/świat i zła­pie w tę pułapkę nie­lu­bia­nych sąsia­dów oraz nie­wierną żonę z kochan­kiem, by stwo­rzyć im opre­syjną rze­czy­wi­stość. Podob­nym potwo­rem, ale wynie­sio­nym na wyż­szy poziom lite­racki i psy­cho­lo­giczny, będzie Jory, zde­ge­ne­ro­wany pół­u­marły chło­pak/umysł z powie­ści Dicka Ubik. On też defor­muje cudzą rze­czy­wi­stość i żywi się duszami ofiar wypadku zamro­żo­nych razem z nim w mora­to­rium.

W Regu­la­to­rach, ostat­nim w tej gru­pie tek­ście, ekipa spe­cja­li­stów kie­ruje losami oby­wa­teli i wpro­wa­dza kolejne wer­sje rze­czy­wi­sto­ści, popie­ląc poprzed­nie. Tak funk­cjo­nu­jący świat musi być dzie­łem ułom­nego boga, któ­rego fuszerki trzeba popra­wiać – ten gno­styczny motyw pisarz mocno potem roz­wi­nie. W opo­wia­da­niu, jak to u niego, prze­cięt­niak, eve­ry­man, dostrzeże rzecz przy­pad­kiem, wygada się żonie, poskarży sze­fowi, a sys­tem przy­ci­śnie go do muru. W doko­na­nej przez Geo­rge’a Nol­fiego adap­ta­cji tego opo­wia­da­nia, pt. Władcy umy­słów, z Emily Blunt i Mat­tem Damo­nem, cho­dzi już o sena­tora, któ­rego trzeba wykre­ować na pre­zy­denta, prze­mocą oddzie­la­jąc go od kobiety, którą poko­chał. Opo­wia­da­nie jest zna­ko­mite, choć skromne, Dick wolał grać kłót­niami mał­żon­ków i pod­cho­dami z sze­fem – film sku­piony na obcych inter­wen­cjach w wielką poli­tykę wyszedł tro­chę nadęty, ale dzięki akto­rom wypada sym­pa­tycz­nie. Nie­sa­mo­wity pomysł na prze­stra­ja­nie rze­czy­wi­sto­ści lepiej udał się w Mrocz­nym mie­ście w reży­se­rii Alexa Proy­asa, gdzie pod dyk­tando obcych zasy­piają miesz­kańcy, prze­kształ­cają się zaś budynki i ulice. Ten obraz jest bar­dzo dic­kow­ski, choć pisa­rza na liście płac nie znaj­dziemy.

4.

W naj­licz­niej­szej gru­pie opo­wia­dań wiesz­czy Dick swo­isty kata­stro­fizm ery kosmicz­nej, to zna­czy igra ostrze­gaw­czymi wizjami. W Świe­cie Jona, Kosmicz­nych sza­brow­ni­kach, Pro­ge­ni­tu­rze, Pew­nych for­mach życia, Wypa­dzie na górę, Śnia­da­niu o zmierz­chu, Mitycz­nej pla­ne­cie, w Jame­sie P. Crow, Pla­ne­cie nie dla ludzi i Gru­pie zwia­dow­czej – mamy lęki zwią­zane z pod­bo­jem kosmosu, utratą pre­ro­ga­tyw na rzecz maszyn, wyczer­py­wa­niem się ziem­skich zaso­bów. Do dziś spra­wiają wra­że­nie pre­kur­sor­skich wobec tego, co się u nas czy­tało i oglą­dało długo potem.

Wypa­loną ziem­ską kolebkę nie nada­jącą się do życia bądź zasie­dloną przez mutan­tów, przed któ­rymi należy ustą­pić, znaj­dziemy w Pew­nych for­mach życia, Mitycz­nej pla­ne­cie, Pla­ne­cie nie dla ludzi, Gru­pie zwia­dow­czej. Czło­wiek nisz­czy pla­nety/kolebki, to samo czy­nią inne rasy. Kosmiczne wycieczki w cza­sie i prze­strzeni koń­czą się odkry­ciem cmen­ta­rzy cywi­li­za­cji. Zupeł­nie jak w nakrę­co­nej dzie­sięć lat póź­niej Mil­czą­cej gwieź­dzie Kurta Maet­ziga – socja­li­stycz­nej kopro­duk­cji luźno opar­tej na Astro­nau­tach Sta­ni­sława Lema.

Groźna okaże się ewo­lu­cja tech­no­lo­giczna wspie­rana ludz­kim sza­leń­stwem. Podróż­nicy w cza­sie w Świe­cie Jona, Pro­ge­ni­tu­rze, Wypa­dzie na górę odnajdą się w prze­strzeni tak znisz­czo­nej i zawo­jo­wa­nej przez roboty jak ta z filmu Ter­mi­na­tor Came­rona. Ćwierć wieku przed fil­mow­cami Dick wpada na pomysł z podróż­ni­kami w cza­sie, któ­rzy sko­ry­gują bieg dzie­jów, to zna­czy zabiją kogo trzeba. Każda z tych trzech wizji przy­szło­ści nawią­zuje do podziału na Mor­lo­ków i Elo­jów z Wehi­kułu czasu H.G. Wel­lsa. W jed­nej nar­ra­to­rzy uwa­ża­jący się za ludzi odkryją, że sami są robo­tami (Gobli­nami). W innej ludzie odda­dzą dzieci na wycho­wa­nie maszy­nom, po czym stracą z nimi więź duchową.

Dick zacho­wuje rezerwę wobec robo­tów i fawo­ry­zu­ją­cych je sys­te­mów, nie pod­daje się eks­ta­zie, w jaką wpa­dał Asi­mov, pisząc Pozy­to­no­wego detek­tywa. Ale u Dicka także ludzie pro­wa­dzą z robo­tami filo­zo­ficzne dys­puty. Albo ogry­wają je – jak w naj­cie­kaw­szym tek­ście tej kata­stro­ficz­nej grupy: James P. Crow. Dick każe czło­wie­kowi uciec się do oszu­stwa i praw­nych tric­ków, by prze­gnać roboty z Ziemi, nad którą udało się im zapa­no­wać. Zabawne, że myślące maszyny gło­szą tu, iż były przed nami i to one stwo­rzyły cywi­li­za­cję. Zupeł­nie jak szym­pansy z filmu Pla­neta małp Fran­klina J. Schaf­f­nera, luź­nej adap­ta­cji fran­cu­skiej powie­ści Pierre’a Boulle’a. A więc Dick i tu byłby pierw­szy?

Cie­kawi są Kosmiczni sza­brow­nicy – pro­sty, ład­nie spu­en­to­wany tekst z pazer­nymi ziem­skimi eks­plo­ra­to­rami. Ludzie nie przy­pusz­czają, że krad­nąc obcym śliczne arte­fakty, pod­bie­rają ich jaja, z któ­rych wylę­gną się im groźne owa­do­po­dobne potwory. Ten krótki tekst leży u początku cyklu arty­stycz­nych prze­mian, od prozy do kina, a ukoń­czony w 1979 roku Obcy Ridleya Scotta, według sce­na­riu­sza Dana O’Ban­nona, wiele mu zawdzię­cza. Potem cykl ten zaowo­cuje czte­rema jesz­cze fil­mami, w reży­se­rii Jamesa Came­rona, Davida Fin­chera, Jeana Pierre’a Jeu­neta i Marca Caro, oraz znowu Scotta, który w 2012 roku pokaże światu róż­nie przyj­mo­wa­nego, choć wystaw­nego i jed­nak ory­gi­nal­nego Pro­me­te­usza.

5.

Jako poli­tyczne ale­go­rie można kwa­li­fi­ko­wać cztery tek­sty: Kap­tur­nik, Pamiątka, Ludzka rzecz, Śnia­da­nie o zmierz­chu. Wszyst­kie one ewo­kują aurę poli­tycz­nej czuj­no­ści i podejrz­li­wo­ści – dużo inten­syw­niej niż omó­wione już opo­wia­da­nie Fał­szywy czło­wiek, więc nie­za­li­czone do grupy.

W Kap­tur­niku trwa polo­wa­nie na ludzi ukry­wa­ją­cych zaka­zane myśli pod nakry­ciem głowy ekra­ni­zu­ją­cym fale mózgowe. Ale kap­tur maskuje i zara­zem wyróż­nia, styg­ma­ty­zuje bun­tow­nika. To obra­sta sub­kul­turą, spo­łecz­nymi prze­bie­ran­kami, pro­wo­ka­cjami i misty­fi­ka­cjami. A także udręką sko­ło­wa­nych jed­no­stek.

W sar­ka­stycz­nym opo­wia­da­niu Ludzka rzecz ta sama pie­kielna wąt­pli­wość – kim jest drugi, czy nie zagraża mojej cywi­li­za­cji i mnie oso­bi­ście? – zostaje roz­sze­rzona na wszech­świat. Wredny mąż, któ­rego żona chciała porzu­cić, wraca z kosmosu odmie­niony. Stał się ser­decz­nym, otwar­tym osob­ni­kiem, wcale nie pra­gnie jej zdo­mi­no­wać – widomy znak, że został zara­żony, zain­fe­ko­wany obcym. Ale kobieta, któ­rej służby zlecą wyko­na­nie testu jego czło­wie­czeń­stwa, nie musi ujaw­niać tej maska­rady. Motyw ten powróci już na poważ­nie pół wieku póź­niej, w fil­mie Żona astro­nauty Randa Ravi­cha, z Char­lize The­ron i John­nym Dep­pem, i na wesoło w mul­ti­pli­ko­wa­nych bez umiaru aktor­skich i ani­mo­wa­nych wer­sjach Face­tów w czerni.

Jak widać Dick, który rewe­la­cji sena­tora McCar­thy’ego nie lek­ce­wa­żył, oglą­dał w tele­wi­zji posie­dze­nia jego komi­sji, a sam poznał agen­tów FBI, a nawet iden­ty­fi­ko­wał w oto­cze­niu komu­ni­stów, aku­rat w opo­wia­da­niu Ludzka rzecz daje wyraz posta­wie otwar­tej. Może bun­tow­ni­czej? W każ­dym razie z dobrym arty­stycz­nie skut­kiem kom­pli­kuje sprawę, pyta­jąc prze­wrot­nie: A może lep­szy ludzki obcy niż nie­ludzki czło­wiek? Powieść Czy andro­idy marzą o elek­trycz­nych owcach i oparty na niej film Łowca andro­idów Ridleya Scotta przy­po­mną to pyta­nie, a obcego zastąpi android.

Jeśli nawet Dick miał tu kło­poty z lojal­no­ścią, to w jed­nej z wcze­śniej­szych powie­ści, Oku na nie­bie, bez­błęd­nie dema­skuje zakon­spi­ro­wa­nego komu­ni­stę, wroga „Ame­ri­can way of life”; naj­wy­raź­niej, jak inni fan­ta­ści, upra­wiał kry­tykę spo­łeczną i spraw­dzał warianty. Pro­ble­mem nad­mier­nej jakoby czuj­no­ści poli­tycz­nej zaj­mo­wał się też w tym cza­sie Arthur Mil­ler, pisząc Cza­row­nice z Salem, dra­mat teo­re­tycz­nie poświę­cony inkwi­zy­cji. O prze­mia­nie pozba­wia­ją­cej ludzi toż­sa­mo­ści i czy­nią­cej ich wro­gami samych sie­bie trak­to­wał w Euro­pie Noso­ro­żec, sztuka Eugène’a Ione­sco (1959), któ­rej nie nazwano wów­czas fan­ta­styczną, bo star­to­wała w kate­go­rii „teatr absurdu” . Naj­bar­dziej sys­te­ma­tycz­nie i dra­ma­tycz­nie kwe­stię obcego (prze­ciw­nika, dywer­santa) badała popkul­tura fan­ta­styczna. Myślę o Inwa­zji pory­wa­czy ciał Jacka Fin­neya oraz fil­mo­wej wer­sji tej ksią­żeczki wyre­ży­se­ro­wa­nej przez Dona Sie­gela. Były ekra­ni­za­cje następne, Phi­lipa Kauf­mana i potem Abla Fer­rary, lecz mniej wstrzą­sa­jące i nie tak magiczne. Pro­ble­mem uza­sad­nio­nej spo­łecz­nej podejrz­li­wo­ści doty­czą­cej wszyst­kich dzie­dzin życia spo­łecz­nego zajął się też John Car­pen­ter we wstrzą­sa­ją­cym obra­zie Oni żyją, krę­co­nym w dzi­siej­szych realiach4. Wszystko oczy­wi­ście po Dicku i zapewne pod wpły­wem Dicka.

Nato­miast na zde­cy­do­waną już kry­tykę „Ame­ri­can way of life” i ame­ry­kań­skiej poli­tyki kano­nie­rek wygląda opo­wia­da­nie Pamiątka. Jest gdzieś w kosmo­sie cywi­li­za­cja odszcze­pień­ców, dobro­wol­nie wyrze­ka­ją­cych się oby­cza­jo­wych bre­we­rii i tech­nicz­nych sza­leństw, którą postę­powe siły zjed­no­czo­nego, dosko­na­łego świata pró­bują zmu­sić do zawró­ce­nia z archa­icz­nej ścieżki byto­wa­nia. Roz­mowa dum­nych oby­wa­teli wol­nej pla­nety z uzbro­jo­nymi po zęby wysłan­ni­kami cywi­li­za­cyj­nej misji przy­po­mina słynny „dia­log melij­ski” (Ateń­czycy kon­tra miesz­kańcy wyspy Melos) spi­sany przez Tuki­dy­desa w Woj­nie pelo­po­ne­skiej. Ten język dyk­tatu – musi­cie ustą­pić dla dobra naszej sta­bil­no­ści, którą zakłóca ist­nie­nie waszej odmien­no­ści – zacho­wuje nie­zmienną aktu­al­ność, jako pod­sta­wowy instru­ment poli­tyki.

Kon­se­kwen­cje takiej stra­te­gii oglą­damy w opo­wia­da­niu Śnia­da­nie o zmierz­chu. Za sprawą wiru cza­so­wego spo­kojna rodzina traci dach nad głową; w kurzu roz­pa­da­ją­cych się ścian sły­chać wrza­ski i trzask drzwi wej­ścio­wych wywa­ża­nych przez żoł­da­ków z kara­bi­nami. Pro­blem, jak uciec do poprzed­niego, przy­ja­znego świata, no i czy ist­nieje spo­sób, by ten straszny przed kata­kli­zmem oca­lić?

6.

Reli­gia, temat u schyłku życia dla Dicka naj­waż­niej­szy, pociąga go i w mło­dzień­czych, mniej wyra­fi­no­wa­nych tek­stach. Ale w latach pięć­dzie­sią­tych są to reli­gijne igraszki, Dick nie ogląda tu maski dia­bła na nie­bie, nie tropi zaka­mu­flo­wa­nego w świe­cie boga-zebry, nie staje twa­rzą w twarz ze Stwórcą i Zba­wi­cie­lem, lecz z pomniej­szymi bogami. Na razie nie ma wobec nich żad­nych życzeń, o nic ich nie oskarża, raczej iro­ni­zuje na ich temat bądź się nimi bawi.

W żar­to­bli­wym Wybit­nym auto­rze Dick doko­nuje inwer­sji i zmiany skali. Bogiem dla lili­pu­ciej spo­łecz­no­ści, żyją­cej w szcze­li­nie windy czasu, będzie podró­żu­jący tym wehi­ku­łem urzęd­nik. Jego spi­sane na maleń­kich kar­te­lusz­kach instruk­cje i odpo­wie­dzi, o które pro­szą lili­puty, staną się w ich świe­cie zaląż­kiem świę­tej księgi. W finale nastę­puje jesz­cze jedna, prze­wrotna, tro­chę solip­sy­styczna zmiana per­spek­tywy.

W opo­wia­da­niach Pro­jekt Zie­mia oraz Kło­pot z bań­kami ludzie też są bogami, ale tym razem rów­nież stwór­cami świa­tów i zamiesz­ku­ją­cych je istot. W pierw­szym podej­rzany sta­ruch trzyma w pudeł­kach kolejne udo­sko­na­lone gene­ra­cje ludzi­ków, które wykrada mu krnąbrny chło­pak. W dru­gim nie­okre­ślona spo­łecz­ność posia­dła umie­jęt­ność pro­du­ko­wa­nia całych kosmo­sów, które są wysta­wiane na kon­kurs, a następ­nie nisz­czone. Ten pro­ce­der usta­nie, kiedy spo­łecz­ność znu­dzo­nych twór­ców i nisz­czy­cieli napo­tka w kosmo­sie wypa­try­waną z utę­sk­nie­niem praw­dziwą rozumną cywi­li­za­cję.

Podobne figury (ale­go­rie?) znaj­dziemy w tym cza­sie w Dzien­ni­kach gwiaz­do­wych Lema, w opo­wia­da­niu o myślą­cych skrzy­niach pro­fe­sora Cor­co­rana. Ćwierć wieku póź­niej u Janu­sza A. Zaj­dla w zain­spi­ro­wa­nym Ewan­ge­liami i cyber­ne­tyką opo­wia­da­niu Rela­cja z pierw­szej ręki. Mamy tam suwe­renne wir­tu­alne istoty żyjące we wnę­trzu kom­pu­tera, za które ich twórca w realu oddaje życie.

Naj­lep­sze z tej kate­go­rii jest tylko pre­tek­stowo reli­gijne opo­wia­da­nie Pre­zent dla Pat5, bodaj naj­zręcz­niej­szy tekst w tomie. Mąż przy­wozi żonie z kosmosu humo­ry­stycz­nie wyglą­da­jącą figurkę bożka, dow­cip­nego, choć małost­ko­wego cudo­twórcę i filo­zofa. Ów bóg, któ­remu jedze­nie wkłada się na wysu­waną z brzu­cha rynienkę, zaraz na wstę­pie ura­żony nie­mą­drymi uwa­gami obda­ro­wa­nej obraża ją, a potem zamie­nia w kamień, póź­niej zaś przy­ja­ciela boha­tera – w żabę. Spro­wo­kuje jesz­cze kon­flikt boha­tera z sze­fem, zakoń­czony ata­kiem sił spe­cjal­nych. Sytu­acja jest egzo­tyczna, bożek, cudowny twór lite­racki, roz­ma­wia z ludźmi ze swadą, jaką w świa­tach Dicka demon­strują lodówki, roboty bądź windy6.

Prze­ło­że­nia na film ta histo­ria na razie nie miała, ale jej echa odnaj­duję w ani­ma­cji Lilo i Stich Chrisa San­dersa i Deana DeBlois, w któ­rej zesłany na Zie­mię zama­sko­wany potwór z kosmosu zaprzy­jaź­nia się z małą dziew­czynką. A w finale odsła­nia dra­pieżne moż­li­wo­ści, tak samo zaska­ku­jące jak boha­ter Pre­zentu… i w dodatku z tego samego powodu.

7.

Dotych­cza­sowe uwagi o fil­mach podług Dicka bądź pod­chwy­tu­ją­cych jego idee miały cha­rak­ter wyprze­dza­jący. Opo­wia­da­nia z tego tomu powstały trzy­dzie­ści lat przed pierw­szą adap­ta­cją. Zaczął Scott Łowcą andro­idów (1982) z Har­ri­so­nem For­dem, ekra­ni­za­cją Czy andro­idy marzą… podobno ide­alną, choć nie tak wierną, jak się wydaje. Osiem lat po tym fil­mie i śmierci pisa­rza była Pamięć abso­lutna.

Ale Dicka jako poten­cjal­nego autora fil­mow­ców odkryto wcze­śniej. Według Sutina to John Len­non, naj­bliż­szy Dic­kowi duchowo, bo naj­bar­dziej psy­cho­de­liczny z czwórki Beatle­sów, marzył o sfil­mo­wa­niu Trzech styg­ma­tów Pal­mera Eldrit­cha. Ta ekra­ni­za­cja musi dojść kie­dyś do skutku, a i po 1990 roku fil­mów według Dicka zaczęło przy­by­wać, bo wyprze­dza­jący cha­rak­ter miała też jego proza. Wno­sił do prze­wi­dy­wal­nej kon­wen­cji nie­spo­kojny umysł i wizję rze­czy­wi­sto­ści jako nie­spo­dzianki, para­doksu, imi­ta­cji, cudu. Albo pola wojny demiur­gicz­nych sił. Przy­goda z kinem mogła się zacząć, kiedy kino do Dicka doro­sło – tech­nicz­nie i duchowo – a jego obse­sje mogło wpi­sać na arty­styczne sztan­dary.

Oto bowiem odmie­nia­jący obli­cze fil­mo­wej fan­ta­styki Łowca andro­idów Scotta, tak jak wcze­śniej Obcy, był czę­ścią więk­szej prze­miany. Zwia­sto­wały ją Ody­seja kosmiczna, Gwiezdne wojny, Bli­skie spo­tka­nia trze­ciego stop­nia, Lśnie­nie, Czas apo­ka­lipsy, Chi­na­town. W rok po pre­mie­rze Łowcy andro­idów papie­życa pol­skiej kry­tyki Maria Kor­na­tow­ska opu­bli­ko­wała w mie­sięcz­niku „Kino” pio­nier­ski esej o fali fil­mów wpro­wa­dza­ją­cych widzów w rodzaj hip­nozy syner­gicz­nym mon­ta­żem wyra­fi­no­wa­nych obra­zów z muzyką trans­ową. Inte­lek­tu­alna sytu­acja tego kina też ryso­wała się w szkicu prze­ło­mowo: „Splą­tały się oso­bliwe ścieżki w ogro­dzie, w któ­rym, jak się zda­wało, wpro­wa­dzono już ład i przą­dek. Meta­fi­zyka i świa­to­po­gląd naukowy zbli­żają się ku sobie. Nauka znaj­duje dowody na potwier­dze­nie kosmo­lo­gicz­nych para­boli. Pla­ton patro­nuje nowo­cze­snej myśli. Nastą­piło coś na kształt wiel­kiego odku­pie­nia tra­dy­cji, sacrum, mitu, obrzę­do­wo­ści; powrót do korzeni, do tego, co było illo tem­pore. Homo ritu­alis usi­łuje oca­lić homo faber od pustki wewnętrz­nej i mar­twoty ducho­wej. Freud ustę­puje pola Jun­gowi. Top­nieją resztki pozy­ty­wi­stycz­nego, ewo­lu­cjo­ni­stycz­nego widze­nia rze­czy. Jałowa sztucz­ność stwo­rzo­nego ręką ludzką śro­do­wi­ska wzbu­dziła roz­pacz­liwą nostal­gię za nie­ska­żoną naturą. Doświad­cze­nie halu­cy­no­ge­nów pozo­sta­wiło doj­mu­jącą potrzebę inten­syw­nych doznań zmy­sło­wych, roz­sze­rzyło sferę wraż­li­wo­ści. Oczy wielu zwra­cają się ku Wscho­dowi w poszu­ki­wa­niu reme­diów na nie­do­mogi i zwy­rod­nie­nia zachod­niej cywi­li­za­cji. Łączą się prze­ci­wień­stwa, mie­szają sprzecz­no­ści we wrzą­cym kotle alche­micz­nej prze­miany (Alche­mia obrazu, „Kino” 7/193/1983).

Odpo­wia­dało to nie­mal dokład­nie temu, co wno­sił do lite­ra­tury Dick. Dla­tego kino się­gało po jego tek­sty. Te dłuż­sze uprasz­czano, eli­mi­nu­jąc z nich postaci i wątki cza­sem dość istotne. Do krót­szych doda­wano różne ingre­dien­cje, z reguły w hała­śli­wym, wido­wi­sko­wym duchu Kina Nowej Przy­gody. I czę­sto zamie­niano jego śred­nia­ków o zło­tych ser­cach na cwa­nia­ków z high life’u, a małych drani na poli­tycz­nych bądź kor­po­ra­cyj­nych demo­nów. Mody­fi­ka­cje nie były wyni­kiem złej woli, kino jest sztuką prost­szą, nie tylko i nie przede wszyst­kim inte­lek­tu­alną, zawsze coś musi zgu­bić z każ­dej prozy, w któ­rej się zako­cha. W dodatku Dick nie pisał fil­mowo, eks­pe­ry­men­to­wał z nar­ra­to­rem, z punk­tami widze­nia, z wie­lo­znacz­nymi zakoń­cze­niami, co się na ekra­nie nie spraw­dza. Ale two­rzył pełne emo­cji, inspi­ru­jące histo­rie nio­sące nową filo­zo­fię, nową podejrz­li­wość, nową magicz­ność i nowych boha­te­rów zaplą­ta­nych w nie­sa­mo­wite światy.

Pamięć abso­lutna Ver­ho­evena, Zapłata Johna Woo z Benem Afflec­kiem, nawet Next7 Lee Tama­ho­riego z Nico­la­sem Cage’em i Władcy umy­słów Geo­rge’a Nol­fiego przy­zwo­icie zno­siły te zabiegi, Raport mniej­szo­ści Spiel­berga – zna­ko­mi­cie. Film ociera się o wybit­ność, choć też zmie­nia i popra­wia Dicka. Pisarz eks­po­no­wał para­doksy pro­gno­zo­wa­nia w ogóle8, kom­pro­mi­to­wał tota­li­tarne rosz­cze­nia inwi­gi­la­cji obej­mu­ją­cej rów­nież przy­szłość, Spiel­berg zaś się­gnął po bar­dziej ograny motyw spi­sku ukry­tego w sys­te­mie pre­wen­cji poli­cjanta-kry­mi­na­li­sty.

Nie­które opo­wia­da­nia, jak wspo­mniany Fał­szywy czło­wiek (Impo­stor w reży­se­rii Gary’ego Fle­dera) czy Wariant drugi (Tajem­nica Syriu­sza w reży­se­rii Chri­stiana Dugu­aya) oka­zy­wały się na fil­mowe nico­wa­nie zbyt krót­kie. W dodatku dopi­sy­wa­czom zabra­kło inwen­cji i wyobraźni. Ogól­nie rzecz bio­rąc, uda­nym adap­ta­cjom także można posta­wić zarzut, że są uboż­sze od prozy. Nawet naj­lep­sze filmy według Dicka to zawsze bryki, choć cza­sem przy­zwo­ite, dla­tego warto naj­pierw oglą­dać filmy, a potem czy­tać prozę, która ofe­ruje więk­sze kom­pli­ka­cje, zaska­ku­jące emo­cje, bar­dziej wie­lo­pię­trowe prze­sła­nia. Kto zacznie od prozy, w kinie może nie poczuć się dobrze.

Nawet wielki Łowca andro­idów, lite­ral­nie rzecz bio­rąc, roz­mija się z Dic­kiem w kwe­stii pod­sta­wo­wej, bo nad­mier­nie huma­ni­zuje roboty, któ­rym Dick nie ufał. Scott wyrzu­cił też z filmu fun­da­men­talną dla książki kwe­stię reli­gii Wil­bura Mer­cera i skrzynki empa­tycz­nej, w któ­rej boha­te­ro­wie doświad­czają kon­taktu z męką swo­istej drogi krzy­żo­wej pro­roka. Groźne, pod­chwy­tliwe roz­mowy zwo­dzą­cych się nawza­jem andro­idów i ludzi z powie­ści w kinie zastę­pują pół­słowa, gesty, język ciała i akcja. Brak świet­nego for­telu andro­idów, któ­rym udaje się prze­nik­nąć do cen­trali poli­cji; znika fina­łowa scena ze sztuczną ropu­chą. Nie ma zmien­nych nastro­jów histe­rycz­nej żony Decarda. Nawia­sem mówiąc, w wytrwa­ło­ści, z jaką kino eli­mi­nuje żony z jego opowie­ści bądź je deza­wu­uje, jest coś intry­gu­ją­cego9. Czyżby kino, samo z natury rze­czy nie­zbyt moralne, posta­no­wiło kon­te­sto­wać wie­lo­żeń­stwo pisa­rza? Rachel nie jest tak słodka jak w fil­mie, pro­wa­dzi z Dec­kar­dem dwu­znaczną grę, prze­cież to ona instru­men­tal­nie uwo­dzi łapa­cza, nie on ją. Ale rze­czywiście Rachel (Sean Young) tak jak w książce wkra­cza u Scotta na scenę w obci­słym kostiu­mie z rękami w kie­sze­niach, co obser­wuje nie­sa­mo­wita sowa. A fina­łowe ewan­ge­liczne wyzna­nie i dobro­wolna ofiara blon­d­wło­sego andro­ida (Rut­ger Hauer), choć nie są wzięte z tej aku­rat powie­ści, to pozo­stają bar­dzo dic­kow­skie.

No i podzi­wiamy tu dosko­nałe zdję­cia Douglasa Trum­bulla, może naj­więk­szego ope­ra­tora w dzie­jach kina science fic­tion, syner­gicz­nie pod­krę­cone muzyką Van­ge­lisa. Twórca cudzych ilu­zji, autor zdjęć do 2001: Ody­sei kosmicz­nej Kubricka, do Bli­skich spo­tkań trze­ciego stop­nia Spiel­berga, reje­stra­tor świa­tów wewnętrz­nych we wła­snym fil­mie Burza mózgów, nie kopio­wał w Łowcy andro­idów sie­bie. Nie­sa­mo­wita wizja toną­cego w desz­czu mrocz­nego i prze­lud­nio­nego Los Ange­les, peł­nego zruj­no­wa­nych domów i zagra­co­nych paka­mer, nad któ­rym szy­bują powietrzne pojazdy i kró­lują natar­czywe reklamy – jest ory­gi­nalna i nie do zapo­mnie­nia. Mimo że zabra­kło w niej miej­sca na przed­sta­wie­nie kultu zwie­rząt (owiec, kóz, kotów), który w powie­ści zna­czy tak wiele.

8.

Jedyna naprawdę wielka i wierna zara­zem ekra­ni­za­cja to ani­mo­wane Przez ciemne zwier­cia­dło Richarda Lin­kla­tera, film u nas nie­do­ce­niony, bo poka­zany tylko na płyt­kach i w kablów­kach. Tej histo­rii o zaćpa­nym i roz­dwo­jo­nym ham­le­tycz­nie agen­cie oraz zako­cha­nym, szpie­gu­ją­cym sie­bie kapu­siu pod­po­rząd­ko­wał reży­ser pla­styczny język opo­wie­ści. Zasto­so­wana w fil­mie roto­sko­pia (ani­ma­cja nało­żona na twa­rze akto­rów) wizu­al­nie łączy real­ność Kali­for­nii lat sześć­dzie­sią­tych z nar­ko­tyczną halu­cy­na­cją, wize­ru­nek twa­rzy z kamu­fla­żami pul­su­ją­cymi na powierzchni kom­bi­ne­zonu masku­ją­cego. Ostały się nawet fan­ta­styczne dia­logi naćpa­nych dzi­wa­ków i kan­cia­rzy, takoż mroczny kli­mat i jed­nak dające nadzieję zakoń­cze­nie powie­ści. Lin­kla­ter miał zadaw­nioną skłon­ność do takiego gada­nego obrazu. Dowo­dem są jego wcze­śniej­sze i póź­niej­sze filmy: Przed wscho­dem słońca, Życie świa­dome (też ani­ma­cja), Przed zacho­dem słońca, Przed pół­nocą. Dla­tego wydaje się dosko­na­łym kan­dy­da­tem na adap­ta­tora trud­niej­szej książki Dicka. Cho­dzi o filo­zo­ficzne, teo­lo­giczne i auto­bio­gra­ficzne wyzna­nie/bada­nie, jakim jest Valis10. W ani­ma­cji mogłoby wybrzmieć i to, co jest w tej książce udręką, auto­iro­nią, szy­der­stwem, i to, co kostiu­mem science fic­tion oraz peł­nym powagi poszu­ki­wa­niem abso­lutu.

Wła­ści­wie takiej samej reko­men­da­cji nale­ża­łoby udzie­lić Ariemu Fol­ma­nowi, izra­el­skiemu twórcy Walca z Baszi­rem, przej­mu­ją­cego wojen­nego rachunku sumie­nia i ana­lizy żoł­nier­skich kosz­ma­rów. Nie­stety jego fil­mowa wer­sja Kon­gresu futu­ro­lo­gicz­nego, naj­bar­dziej dic­kow­skiego dzieła w dorobku Sta­ni­sława Lema, nie była już udana.

I tak doszli­śmy do nie­śmia­łych fil­mo­wych pro­gnoz. Jak wszy­scy cze­kam na zapo­wia­daną przez Scotta ekra­ni­za­cję Czło­wieka z Wyso­kiego Zamku, ale nie w postaci sin­glo­wego filmu, lecz nie­spiesz­nie snu­ją­cego dłuż­szą histo­rię serialu. Cho­dzi o uka­za­nie prze­mian boha­te­rów, o peł­niej­szą wizję świata, o sple­ce­nie wielu wąt­ków i motywu drogi. Pan Tagomi inten­syw­nie prze­żywa swoje ostat­nie dni w dro­dze do fina­ło­wej strze­la­niny i wiel­ko­ści, faszy­ści knują, Frank Frink pucuje srebrne pre­cjoza i psim swę­dem wymyka się Szwa­bom, Juliana zaś prze­mie­rza pod­bite przez Japoń­czy­ków Stany, wspól­nie z uda­ją­cym Wło­cha zama­chow­cem… Ileż tu rze­czy można poka­zać na dru­gim pla­nie, zasy­gna­li­zo­wać rekwi­zy­tem, kli­ma­tem, luna­tycz­nymi prze­bit­kami na inną rze­czywistość z powie­ści Abend­sena. Pew­nie rów­nie dobrym reży­se­rem jak Scott byłby w wypadku takiego filmu David Lynch, pod warun­kiem że zacho­wał formę sprzed dwu­dzie­stu lat, gdy krę­cił Twin Peaks. Według Jacka Dukaja serial w ogóle lepiej nadaje się do fil­mo­wa­nia powie­ści, odpo­wied­ni­kiem sin­glo­wego filmu jest w lite­ra­tu­rze opo­wia­da­nie. Patrząc z takiego punktu widze­nia, powta­rzam, że kino wbrew pury­stom spro­stało jed­nak Zapła­cie i Zło­temu czło­wie­kowi.

A sam Dick? Jak to pisarz, cho­dził do kina, dys­ku­to­wał o nim. Na przy­kład o fil­mie Czło­wiek, który spadł na Zie­mię, mówił z entu­zja­zmem. Nico­las Roeg też ofe­ro­wał nową jakość, bo kino oni­ryczne; nie pozwo­lił, by ogra­ni­czyła go kon­wen­cja science fic­tion, prze­ciw­nie, umoż­li­wiała dzi­kie szar­żo­wa­nie – nie dzi­wota, że się este­tycz­nie spo­tkali. Nie zna­la­złem uwag Dicka o innym obra­zie Roega, Nie oglą­daj się teraz, ale ten hor­ror roze­grany w cza­so­wej pętli Moebiusa, gdzie boha­ter ogląda wła­sny pogrzeb, musiałby mu się spodo­bać.

Inna sprawa, że Dick potra­fił gło­sić o kinie sądy nie­spra­wie­dliwe. Oto po zapo­zna­niu się w 1980 roku z pierw­szą, roz­cza­ro­wu­jącą wer­sją sce­na­riu­sza Blade run­nera napi­saną przez Hamp­tona Fan­chera, roz­go­ry­czony pisarz daje adap­ta­cji sta­now­czy odpór, nie­po­trzeb­nie zara­zem deza­wu­ując poprzed­nie dzieło Scotta i w ogóle fil­mową fan­ta­stykę. „Przy całym swoim osza­ła­mia­ją­cym efek­cie gra­ficz­nym Obcy – ósmy pasa­żer „Nostromo” (żeby wziąć tylko ten jeden przy­kład) nie niósł żad­nych pomy­słów, mogą­cych pobu­dzić umysł, a nie zmy­sły”11. To czy­sty fata­lizm bądź bran­żowa śle­pota, powta­rza­jące się demon­stra­cyjne lek­ce­wa­że­nie pisa­rzy dla zmy­sło­wych aspek­tów kina. W podobny spo­sób Lem zare­ago­wał na pierw­szą ekra­ni­za­cję Sola­ris Tar­kow­skiego: „Nie widzia­łem ani jed­nego filmu fan­ta­stycz­no­nau­ko­wego, który nie byłby mierny (…) pod­czas prze­no­sze­nia na ekran prze­pa­da­łoby to, na czym mi w moich powie­ściach naj­bar­dziej zależy12. Na szczę­ście już do dru­giej wer­sji sce­na­riu­sza, pióra Davida Peoplesa, Dick miał mniej zastrze­żeń, zwłasz­cza że go udo­bru­chano próbną dzie­się­cio­mi­nu­tową sekwen­cją przy­rzą­dzoną przez Trum­bulla.

Krótko jesz­cze o rela­cji pisarz–fil­mo­wiec, ale potrak­to­wa­nej w spo­sób mniej od mojego ide­ali­styczny. Bar­dzo zgryź­li­wie wypo­wiada się o tej sfe­rze Ste­phen King, tele­wi­zję nazy­wa­jąc w Danse maca­bre „szkla­nym cyc­kiem” i podob­nie jak w wypadku kina, stwier­dza­jąc, że sztuka i prawda są w niej zawsze pro­duk­tem ubocz­nym. Kino według niego jest nisz­czone przez pry­mat zysku, tele­wi­zja przez tchórz­liwą ostroż­ność. Potwier­dza­łyby to podane przez Sutina szcze­góły doty­czące Blade run­nera: „David Peoples, który na początku roku 1981 otrzy­mał zada­nie prze­ro­bie­nia sce­na­riu­sza Fan­chera, nie pamięta, żeby na spo­tka­niach kie­row­nic­twa filmu kie­dy­kol­wiek padło nazwi­sko Dicka. Peoples uwa­żał pierw­szy sce­na­riusz Fan­chera za zna­ko­mity i ni­gdy nie czy­tał powie­ści, ani przed, ani po swo­jej prze­róbce”.

Ładne kwiatki: czyli roz­draż­nie­nie Dicka było abso­lut­nie uza­sad­nione! Podob­nie trzeź­wiące uwagi na temat zasad pracy w fabry­kach snów pomie­ścił Arka­diusz Grze­go­rzak w recen­zji z moich Małp Pana Boga. Obrazy: „Nie podzie­la­łem jego [tzn. mojej – dop. M.P.] roman­tycz­nej wizji nada­wa­nia autor­skiego przy­miotu fil­mom będą­cym wyni­kiem mie­le­nia maszynki hol­ly­wo­odz­kiej i przy­padku. Uwa­ża­łem, że wiele kul­to­wych, pomni­ko­wych wręcz pozy­cji wygląda tak a nie ina­czej z przy­czyn, które trudno przy­pi­sy­wać jakie­muś głęb­szemu zamy­słowi, a bar­dziej serii loso­wych zda­rzeń. Przy­kład pierw­szy z brzegu: Obcy – ósmy pasa­żer «Nostromo», stwo­rzony na bazie sce­na­riu­sza o wiele mówią­cym (w sen­sie inte­lek­tu­al­nej próby) tytule Gwiezdna bestia; z H.R. Gige­rem zatrud­nio­nym przez kom­pletny zbieg oko­licz­no­ści; z akto­rami, któ­rzy by­naj­mniej nie byli pierw­szymi wybo­rami Ridleya Scotta. Nie cho­dzi o odbie­ra­nie Scot­towi zasług, ale gdy stu­diuje się jego bio­gra­fię, można odnieść wra­że­nie, że fak­tor szczę­śli­wego przy­padku (zmiany obsa­dowe last minute, współ­pra­cow­nicy narzu­cani przez stu­dio lub inne wyda­rze­nia zewnętrzne) był zna­czący, ile­kroć reży­ser się­gał szczy­tów. Bez far­ciar­skiego trafu Scott krę­cił takie rze­czy, jak Czarny deszcz, Legendę czy Robin Hooda. Tyczy to nie tylko jego. Ta pra­wi­dło­wość odnosi się do więk­szo­ści «dużych» fil­mów (i odpo­wiada na pyta­nie, dla­czego Lucas, mając bez porów­na­nia więk­sze moż­li­wo­ści w 1999 roku niż w 1977, popeł­nił Mroczne widmo, a rze­czony Scott powtó­rzył się dość blado i nie­cie­ka­wie w Pro­me­te­uszu)”13.

Brzmi to jak prze­ra­ża­jący i fascy­nu­jący frag­ment pozba­wio­nej sen­ty­men­tów histo­rii kina SF, którą już nie ja powi­nie­nem napi­sać. Nie potra­fił­bym, a za późno pró­bo­wać się zmie­niać. Ale parę słów w roman­tycz­nym duchu dopo­wiem. Być może kon­flikty, nie­do­ga­da­nia, iskrze­nia są tu nie­uchronne, jed­nak od czasu do czasu koń­czą się dobrymi fil­mami. Wypad­nie też zauwa­żyć, że przy­pa­dek nie pano­szy się wyłącz­nie w stu­diach i na pla­nie u fil­mow­ców, lecz także na biur­kach i w lap­to­pach pisa­rzy oraz w note­sach kry­ty­ków. Dopra­szam się, by przy­pa­dek przy­wró­cić do łask, by go nie lek­ce­wa­żyć. Badacz sztucz­nej inte­li­gen­cji, cyber­ne­tyk Ross Ashby, dowo­dzi, że żaden sys­tem (ani kom­pu­ter, ani orga­nizm) nie może wypro­du­ko­wać nic nowego, jeśli nie zawiera gene­ra­tora przy­pad­ko­wo­ści.

Mógł­bym z wła­snego oraz kole­gów i kole­ża­nek doświad­cze­nia przy­wo­łać dzie­siątki sytu­acji, kiedy przy­pad­kowe impulsy zmie­niały kształt opo­wie­ści i wymowę szki­ców kry­tycz­nych, kiedy po kar­tach tak sce­na­riu­szy, jak prozy i po plan­szach komik­sów tygo­dniami włó­czyły się nie­do­ce­nione postaci, zanim twórcy spo­strze­gli, jak są istotne. Tak samo, to zna­czy tak dziw­nie i wbrew regu­łom, było z Łowcą andro­idów. Wer­sja autor­ska tego filmu, to chyba jedyny przy­pa­dek w dzie­jach, jest krót­sza od pro­du­cenc­kiej, bo wyjąt­kowo to nie pro­du­cent się­gnął po nożyczki, tylko autor. A wymu­szona przez pro­du­centa dokrętka nie zbul­wer­so­wała widowni – tę otwar­cie opty­mi­styczną koń­cówkę, pozwa­la­jącą wybrzmieć emo­cjom, widzo­wie lubią do dziś.

Wła­śnie to wszystko pozwala mi marzyć o wiel­kim fil­mie według Dicka, któ­rego twórcy oka­za­liby pisa­rzowi pie­czo­ło­wi­tość, niech­by nawet na zasa­dzie śle­pego trafu. Uwzględ­ni­liby jego pasje, poszu­ki­wa­nia, odkry­cia, ocze­ki­wa­nia, w spo­sób dający szansę na kino olśnie­wa­ją­cych obra­zów i dra­ma­tycz­nej akcji. A los dosy­pałby do tego swoją por­cję sce­na­riu­szo­wych i reali­za­cyj­nych przy­pad­ków otwie­ra­ją­cych nowe per­spek­tywy. W tych marze­niach naj­czę­ściej się­gam po wiel­kie powie­ści, jak Oko na nie­bie, Boża inwa­zja, Sło­neczna lote­ria, Simu­la­kra, Ubik, Trzy styg­maty Pal­mera Eldrit­cha, Labi­rynt śmierci, Dok­tor Blu­th­geld. I zaraz spo­strze­gam, że prze­cież wiem z grub­sza, jak nie­które z tych fil­mów powinny wyglą­dać. Mają przy­po­mi­nać Gwiezdne wojny albo Celę, albo Incep­cję, albo Prze­ra­ża­czy, może Wyspę tajem­nic, Ducha w pan­ce­rzu, Walc z Baszi­rem, Armię Boga.

Rzecz w tym, że te obrazy i ta proza wpa­dły w szcze­gólny wir cza­sowy i już nie wia­domo, co było pierw­sze, co dopiero powinno zostać sfil­mo­wane, a co zdą­żyło ode­grać rolę inspi­ru­jącą. Gdzieś mię­dzy tymi tytu­łami prze­wi­jają się prze­cież trzy Matriksy braci Wachow­skich (oraz Ani­ma­trix) – zapewne naj­bar­dziej dic­kow­skie filmy, jakie kie­dy­kol­wiek powstały.

Sty­czeń/luty 2014

Maciej Parow­ski

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Ten i inne szcze­góły bio­gra­ficzne zaczerp­ną­łem oczy­wi­ście z nie­oce­nio­nej mono­gra­fii Law­rence’a Sutina Boże inwa­zje. Życie Phi­lipa K. Dicka, Dom Wydaw­ni­czy REBIS, Poznań 2005. [wróć]

Oskar­że­nia o kryp­to­ko­mu­nizm wysu­wane przez sena­tora wobec wielu oso­bi­sto­ści publicz­nych USA długo uzna­wano za fana­be­rie, dopóki w 1995 roku nie odtaj­niono infor­ma­cji uzy­ska­nych z sys­temu nasłu­chu i deszy­fra­cji sowiec­kich depesz, kryp­to­nim „Venona”. Rosen­ber­go­wie, za któ­rymi wsta­wiał się cały tak zwany postę­powy świat, także oka­zali się szpie­gami wykra­da­ją­cymi ato­mowe tajem­nice. Po latach przy­znała to nawet Moskwa. [wróć]

Pamięć abso­lutna na pod­sta­wie opo­wia­da­nia Przy­po­mnimy to panu hur­towo. [wróć]

Sla­voj Žižek w Per­wer­syj­nym prze­wod­niku po ide­olo­giach Sophie Fien­nes swój ponad­dwu­go­dzinny wykład zaczyna od wspo­mnie­nia „jed­nego z zapo­mnia­nych arcy­dzieł hol­ly­wo­odz­kiej lewicy”, czyli sen­sa­cyj­nego dresz­czowca SF Oni żyją w reży­se­rii Johna Car­pen­tera. Sło­weń­ski filo­zof grun­tow­nie ana­li­zuje ide­olo­giczny fun­da­ment dzieła, w któ­rym mistrz kina grozy prze­my­cił wiele cię­tych reflek­sji na temat zachod­niej con­di­tio humana końca lat osiem­dzie­sią­tych ubie­głego wieku. Za Prze­my­sła­wem Pie­niąż­kiem: Andro­meda zna­czy śmie(r)ć, „Czas Fan­ta­styki”, 1/38/2014. [wróć]

Boha­terki nie łączy jesz­cze nic poza imie­niem ze „swa­wolną Pat” ze szcze­gól­nego hap­pe­ningu czy gry RPG (patrz: opo­wia­da­nie w tomie IV), którą wymy­ślił Dick, obser­wu­jąc sub­kul­turę stwo­rzoną przez rynek lalek Bar­bie. Pat odgrywa też zna­czącą rolę w powie­ści Trzy styg­maty Pal­mera Eldrit­cha. [wróć]

I oczy­wi­ście wub z opo­wia­da­nia Gdzie kryje się wub w pierw­szym tomie. [wróć]

Postać nega­tyw­nego, groź­nego „Zło­tego czło­wieka” z opo­wia­da­nia czyni Tama­hori w fil­mie boha­te­rem słu­żą­cym ludz­ko­ści swym darem wni­ka­nia w przy­szłość. Ale jest i wier­ność w tej nie­wier­no­ści – fun­da­men­talny dla Dicka dyle­mat fik­cji bądź alter­na­tyw­nych przy­szło­ści, nie­odróż­nial­nych od rze­czy­wi­sto­ści, dobrze osa­dzono w akcji i tech­nicz­nie zre­ali­zo­wano wzo­rowo. Nato­miast role nie­ludz­kich, nie­em­pa­tycz­nych obcych, któ­rych należy się bać, przyj­mują w fil­mie nie­lo­jalni poli­cjanci. [wróć]

Pro­gnozy wpły­wają na sie­bie i na rze­czy­wi­stość. U Dicka ważna jest idea tytu­ło­wego „raportu mniej­szo­ści”, uwzględ­nia­ją­cego wie­dzę o tym, co prze­wi­działa więk­szość – w kinie to ledwo prze­myka. Jest za to dziew­czyna jasno­widz (Saman­tha Mor­ton), poka­zana bar­dzo dra­ma­tycz­nie, nie­zły Tom Cru­ise w roli osa­czo­nego Ander­tona i akcja utrzy­mana w kon­wen­cji futu­ry­stycz­nych Trzech dni Kon­dora, może Tajem­nic Los Ange­les. [wróć]

Ten brak wyna­gra­dza Jérôme Boivin adap­ta­cją nie­fan­ta­stycz­nej powie­ści Wyzna­nia łga­rza (Con­fes­sion d’un Barjo, 1992). Sza­le­niec, mito­man i bła­zen (Hip­po­lyte Girar­dot) opo­wiada o roz­pa­dzie mał­żeń­stwa per­fid­nej sio­stry (Anne Bro­chet) ze zdo­mi­no­wa­nym przez nią impe­tycz­nym „kró­lem alu­mi­nium” (Richard Boh­rin­ger). Mąż w zło­ści rzuca w żonę tam­pak­sami (epi­zod z życia Dicka), Kali­for­nię zmie­niono na fran­cu­ską pro­win­cję, koń­cowe histe­ryczne zabi­ja­nie zwie­rząt poka­zano, ale i tak… książka jest lep­sza. [wróć]

Pierw­sza wer­sja tej książki, Radio Wolne Albe­muth (napi­sana 1976, wydana 1985), trak­tuje o walce pisa­rza SF Dicka z Impe­rium, które nie umarło. Powieść została nawet w 2010 roku sfil­mo­wana przez Johna Alana Simona (Radio Free Albe­muth) z aktor­skim udzia­łem Ala­nis Mor­ris­sette i Scotta Wil­sona. [wróć]

Maga­zyn sieci kablo­wej Dicka „SelecTV Guide”, numer z lutego/marca 1981. Za Suti­nem, dz. cyt., str. 355. [wróć]

Wywiad Bożeny Janic­kiej ze Sta­ni­sła­wem Lemem, „Kino” 8/1968. [wróć]

Arka­diusz Grze­go­rzak, Master­klucz, „Czas Fan­ta­styki” 4/37/2013. [wróć]

Tytuł ory­gi­nału: The Col­lec­ted Short Sto­ries of Phi­lip K. Dick, volume 2: Second Variety

Copy­ri­ght © 1987, The Estate of Phi­lip K. Dick

All rights rese­rved

Intro­duc­tion © 1987, by Nor­man Spin­rad

Copy­ri­ght © for the Polish e‑book edi­tion by REBIS Publi­shing House Ltd., Poznań 2013, 2020, 2025

Infor­ma­cja o zabez­pie­cze­niach

W celu ochrony autor­skich praw mająt­ko­wych przed praw­nie nie­do­zwo­lo­nym utrwa­la­niem, zwie­lo­krot­nia­niem i roz­po­wszech­nia­niem każdy egzem­plarz książki został cyfrowo zabez­pie­czony. Usu­wa­nie lub zmiana zabez­pie­czeń sta­nowi naru­sze­nie prawa.

Redak­tor serii: Rado­sław Kot

Redak­tor: Mał­go­rzata Chwa­łek

Gra­fiki: Woj­ciech Siud­mak

Wyda­nie III e‑book (opra­co­wane na pod­sta­wie wyda­nia książ­ko­wego: Wariant drugi, wyd. I w nowym tłu­ma­cze­niu, Poznań 2015)

ISBN 978-83-7818-932-9

WYDAWCA

Dom Wydaw­ni­czy REBIS Sp. z o.o.

ul. Żmi­grodzka 41/49, 60-171 Poznań, Pol­ska

tel. +48 61 867 47 08, +48 61 867 81 40

e-mail: [email protected]

www.rebis.com.pl

Kon­wer­sję do wer­sji elek­tro­nicz­nej wyko­nano w sys­te­mie Zecer