Opowiadania najlepsze - Philip K. Dick - ebook + audiobook + książka

Opowiadania najlepsze ebook i audiobook

Philip K. Dick

4,5
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł

TYLKO U NAS!
Synchrobook® - 2 formaty w cenie 1

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym. Zamów dostęp do 2 formatów, by naprzemiennie czytać i słuchać.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Opowiadania wybrane przez samego Dicka, doskonały przegląd jego wizjonerskich pomysłów i nieposkromionej wyobraźni.

Być może, jeśli znaczna część ludzi przeczyta Dicka, będziemy mieli większe szanse żyć w lepszym świecie. - John Brunner.

Zbiór opowiadań prezentujących niepokojące „dickowskie” światy i przenikającego je, nurtującego wielu z nas podejrzenia, że rzeczywistość skrywa coś znacznie mroczniejszego. Tak, jak cała twórczość Dicka, także jego doskonałe krótkie teksty przenoszą nas w przyszłość, która nie jest naszym celem, ale kluczem do zrozumienia współczesności i nas samych.

Dziewiętnaście tekstów prezentuje przekrój literackiej kariery Dicka, od pierwszego Rooga, przez Elektryczną mrówkę, uznanej przez Lawrenca Sutina za najlepsze z opowiadań Dicka, po jeden z ostatnich, Małe co nieco dla nas, chrononautów. Wstęp napisał John Brunner, a posłowie Dicka przedstawia niezwykle ciekawe tło powstawania każdego z opowiadań.

Opowiadania pomieszczone w tym zbiorze stanowią próbę zrozumienia – wsłuchania się w głosy docierające z jakiegoś innego miejsca, niezwykle odległego, głosy bardzo słabe, ale ważne. Usłyszeć je można tylko późną nocą, gdy milknie bezustanny zgiełk i wrzawa naszego świata... (Sprawdzałem to kiedyś na zegarku, odbiór jest najlepszy między trzecią a czwartą czterdzieści pięć rano.) Rzecz jasna zazwyczaj nie informuję o tym ludzi, którzy pytają: «Skąd bierze pan swoje pomysły?». Po prostu mówię im, że nie wiem. Tak jest znacznie bezpieczniej. - z posłowia Philipa K. Dicka

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 577

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 16 godz. 56 min

Lektor: Paweł Paprocki

Oceny
4,5 (37 ocen)
26
6
4
1
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
polimorfoza

Nie oderwiesz się od lektury

Mistrz krótkiej formy 👍 Phil niezmiennie rozwala mi mózg 💗
00
jakubburdecki

Nie oderwiesz się od lektury

bardzo dobra książka :)
00
Sepinski

Nie oderwiesz się od lektury

autorowi starczyło wyobraźni na dwa scenariusze jego przyszłości, czyli naszej teraźniejszości - apokaliptyczna wizja świata postnukleanego I podróży w czasie. Żadna z nich się nie sprawdziła. Ale opowiedziane historie są ciekawe. Dobrze spędzony czas.
00

Popularność




Rzeczywistość Philipa K. Dicka

Niedawno zapro­szony zosta­łem na spo­tka­nie Sto­wa­rzy­sze­nia Science Fic­tion Uni­wer­sy­tetu Cam­bridge. W końcu przy­szedł czas na pyta­nia publicz­no­ści i – jak zwy­kle – ktoś zapy­tał:

– Kto jest twoim ulu­bio­nym pisa­rzem science fic­tion?

Odpo­wie­dzia­łem tak samo, jak odpo­wia­da­łem – och! – od ilu już lat:

– Phi­lip Dick.

Nie jest to zresztą żadna tajem­nica. Już w 1966 roku, kiedy talent tego pisa­rza w spo­sób iście hań­biący nego­wany był wów­czas w Wiel­kiej Bry­ta­nii, napi­sa­łem o nim pełen nie­cier­pli­wo­ści, jed­no­cze­śnie pod­nio­sły arty­kuł dla „New Worlds”, w owym cza­sie wio­dą­cego angiel­skiego pisma poświę­co­nego fan­ta­styce. Dzi­siaj spra­wia mi przy­jem­ność, gdy wyobra­żam sobie, że przy­czy­nił się on do spo­pu­la­ry­zo­wa­nia nazwi­ska twórcy po tej stro­nie Atlan­tyku.

Jak na god­nego swego tytułu naukowca przy­stało, pyta­jący nie był usa­tys­fak­cjo­no­wany pro­stą odpo­wie­dzią i doma­gał się, bym uza­sad­nił swój wybór. I wtedy przy­szedł mi do głowy argu­ment, któ­rym nie posłu­gi­wa­łem się ni­gdy wcze­śniej, a który jed­nak, jak sobie natych­miast zda­łem sprawę, wła­ści­wie zawsze mia­łem na końcu języka. Odrze­kłem więc:

– Ponie­waż po prze­czy­ta­niu jego książki zawsze mam uczu­cie, jak­bym wła­śnie został wypro­wa­dzony w pole przez mistrza.

Tak. Z pew­no­ścią z tego powodu wła­śnie mam w domu wię­cej ksią­żek Dicka niźli któ­re­go­kol­wiek innego autora. To wła­śnie on jest przy­kła­dem pisa­rza par excel­lence, który potrafi spra­wić, że opi­sy­wane prze­zeń światy wydają się realne. Mogą być absur­dalne, nie­lo­giczne, nie­wia­ry­godne… ale nie spo­sób prze­ko­nać się o tym, póki nie skoń­czy się czy­tać.

A nawet kiedy sam jesteś, tak jak ja, pro­fe­sjo­na­li­stą i kiedy cofasz się pod prąd nar­ra­cji, by zoba­czyć, jak coś zostało opi­sane…

Tego się po pro­stu nie da zro­bić.

Żeby­śmy się dobrze zro­zu­mieli: świat Dicka rzadko kiedy bywa impo­nu­jąco bogaty. Po więk­szej czę­ści jest pusty, spu­sto­szony wła­ści­wie – zawo­łaj, a tylko echo ci odpo­wie. Oczy­wi­ście można w nim zna­leźć różne śliczne rze­czy, ale nikt o nie nie dba, nikt się nimi nie przej­muje; w naj­lep­szym razie spra­wiają wra­że­nie zaku­rzo­nych, czę­sto też nisz­czeją zanie­dbane. Jedze­nie jest tu pozba­wione smaku i nie spo­sób się nim nasy­cić. Znaki dro­gowe wiodą do miejsc, któ­rych nie chcesz wcale odwie­dzać. Ludzie odzie­wają się nie­po­rząd­nie, a ubra­nia ich drą się w naj­bar­dziej kło­po­tli­wych momen­tach. Medy­ka­menty prze­pi­sane przez leka­rza wywo­łują takie skutki uboczne, że są środ­kiem zarad­czym gor­szym niż sama cho­roba. Nie, to nie jest przy­jemny ani pocią­ga­jący świat.

I dalej, czy­tel­nicy Dicka osta­tecz­nie czują się wypro­wa­dzeni z rów­no­wagi, kiedy nagle roz­po­znają, o co w tym wszyst­kim cho­dzi: oto jest świat, w któ­rym żyjemy. Och, detale zostały zmie­nione – boha­te­ro­wie wymie­niają mię­dzy sobą sar­ka­styczne uwagi albo beł­ko­czą coś bez związku, ewen­tu­al­nie kłócą się z pro­wa­dzą­cym pojazd robo­tem – ale to jest tylko wer­balna deko­ra­cja.

A jed­nak, a jed­nak… świat ten jest odmienny. Ponie­waż uka­zuje się go nam z punktu widze­nia wła­ści­wego jedy­nie Phi­li­powi Dic­kowi, któ­rego nie da się pomy­lić z żad­nym innym pisa­rzem.

To, że tak uta­len­to­wany arty­sta naj­le­piej powi­nien być znany w dość ogra­ni­czo­nym śro­do­wi­sku miło­śni­ków science fic­tion, że wraz z publi­ka­cją tej książki jego imię powinno dołą­czyć do listy zdo­mi­no­wa­nej przez auto­rów takich jak Wein­baum i Kut­t­ner, na poły już zapo­mnia­nych (cho­ciaż zupeł­nie nie­chcący) przez innych czy­tel­ni­ków poza fanami s.f., jest rów­no­cze­śnie zasłu­żo­nym zaszczy­tem, jak i woła­jącą o pomstę krzywdą. Nie było zamia­rem Phi­lipa Dicka zostać pisa­rzem s.f. Naj­bar­dziej wyra­fi­no­wane obzna­jo­mie­nie z piro­tech­nicz­nym iście zasię­giem lite­rac­kich tech­nik, jakie przed­sta­wił w swo­jej pro­zie, z łatwo­ścią może prze­ko­nać czy­tel­nika, że wypo­sa­żony był aż nadto dobrze, aby pró­bo­wać sił w dowol­nej dzie­dzi­nie lite­ra­tury. Po pro­stu jakoś się tak stało, iż we wcze­snych latach pięć­dzie­sią­tych, kiedy Phil zaczy­nał radzić sobie jako nie­za­leżny pisarz, na innych ryn­kach odrzu­cono jego opo­wia­da­nia. Jedyna powieść z głów­nego nurtu lite­ra­tury, którą napi­sał w 1959 roku, Wyzna­nia łga­rza, poja­wiła się na rynku długo po napi­sa­niu, i to w ogra­ni­czo­nym nakła­dzie… mia­no­wi­cie w latach sie­dem­dzie­sią­tych. Paul Wil­liams recen­zo­wał ją w maga­zy­nie „Rol­ling Stone”, opa­tru­jąc okre­śle­niami: „zabawna” oraz „strasz­li­wie celna”. W zeszłym mie­siącu opu­bli­ko­wano naprawdę całe mnó­stwo powie­ści, które pró­bują być i takie, i takie, a żadna z tych rze­czy nie udaje im się w pełni. Cóż! Taki już żywot autora.

Jako dłu­go­letni towa­rzysz podróży po kra­inie s.f., muszę przy­znać, iż jestem dumny z tego, że dzieło Phila docze­kało się w niej wresz­cie uzna­nia. Nie ma to oczy­wi­ście nic wspól­nego ze zwy­kłym przy­pad­kiem. Oto, na przy­kład, jak wyglą­dał Phil w oczach Damona Kni­ghta u zara­nia swej kariery1.

Phi­lip Dick jest pisa­rzem, który przez ostat­nie mniej wię­cej pięć lat wciąż eks­plo­duje nowymi pomy­słami – w ciągu jed­nego, 1953 roku opu­bli­ko­wał dwa­dzie­ścia sie­dem opo­wia­dań – z jakimś rodza­jem skrom­nej, zmien­nej jak u kame­le­ona kom­pe­ten­cji. Zacy­tujmy Anthony’ego Bouchera: „W chwili obec­nej jego nazwi­sko poja­wia się nie­malże w każ­dym wydaw­nic­twie poświę­co­nym science fic­tion – a co tym bar­dziej zaska­ku­jące, w każ­dym wypadku pro­po­nuje on opo­wia­da­nia dosto­so­wane do gustu wydaw­ców i potrzeb okre­ślo­nej publi­ka­cji: wydawcy zarówno «Whiz­zing Star Patrol», jak i «Quaint Quality Quar­terly» są cał­ko­wi­cie zgodni, że Dick jest szcze­gól­nie zado­wa­la­ją­cym współ­pra­cow­ni­kiem”.

Wcho­dząc i wycho­dząc, jak to tylko on potrafi uczy­nić, przez tak roz­ma­ite drzwi naraz, Dick wywo­łuje w nas nie­ja­sne wra­że­nie kogoś, u kogo nie­znaczny talent lite­racki sko­ja­rzony jest z krót­ko­wzrocz­nie dosko­nałą zna­jo­mo­ścią potrzeb rynku – pisze on banalne, krót­kie opo­wia­da­nia, które bawią, nie budząc rów­no­cze­śnie głęb­szych uczuć, z miej­sca się sprze­dają i z miej­sca są zapo­mi­nane.

Być może taki był typowy wize­ru­nek, jakiego dopra­co­wał się w oczach wydaw­ców innych niż ci, któ­rzy kupo­wali jego opo­wia­da­nia science fic­tion. Pisa­rzy, któ­rzy tak mocno jak on potra­fią wryć się w pamięć, ze świecą szu­kać.

Lecz powyż­szy cytat z Damona Kni­ghta sta­nowi tylko wstęp do entu­zja­stycz­nej recen­zji dwu pierw­szych powie­ści Dicka: Sło­necz­nej lote­rii oraz Świata Jonesa.

Jeżeli mie­li­by­śmy się doszu­ki­wać powo­dów – a na początku niniej­szego wstępu padło takie pyta­nie – dla­czego dzieło Dicka roz­brzmiewa głę­bo­kim akor­dem w umy­słach czy­tel­ni­ków science fic­tion oraz dla­czego w ciągu ostat­niej dekady czy nawet w jesz­cze krót­szym cza­sie pisarz stał się tym, kim jest – auto­rem zupeł­nie wyjąt­ko­wym, nie­za­leż­nie od ety­kiety, jaką przy­cze­pia mu się w tym wła­śnie tygo­dniu – być może nale­ża­łoby pójść nastę­pu­jącą drogą argu­men­ta­cji.

Ist­nieje w lite­ra­tu­rze cały zestaw tech­nik pisar­skich, które cechuje reduc­tio ad absur­dum: wyol­brzy­mia­nie, skraj­ność, prze­sada oraz nie­spój­ność. Ogól­nie rzecz bio­rąc, wszyst­kie one odpo­wia­dają temu, co w sztuce okre­śla się mia­nem „sur­re­ali­zmu”. I podob­nie jak w wypadku rysunku oraz malar­stwa, środki takie zare­zer­wo­wane są głów­nie dla kary­ka­tury, toteż więk­szość pisa­rzy sto­suje je zasad­ni­czo do celów saty­rycz­nych. Science fic­tion wszakże zoba­czyła w tych tech­ni­kach istotę wła­snego stylu, nie trak­tu­jąc ich jako coś wyjąt­ko­wego, lecz sto­su­jąc w prak­tyce.

Grunt, na któ­rym płodna moc inwen­cji – taka, jaką na przy­kład dys­po­nuje Dick – może roz­kwi­tać, został zaorany i użyź­niony przez takich jego poprzed­ni­ków jak Henry Kut­t­ner2. Ale cóż ja wła­ści­wie przed chwilą powie­dzia­łem? Potęga wyobraźni taka jak u Dicka? Nie ma takiej dru­giej! Miał on wpraw­dzie naśla­dow­ców, jak tego można by ocze­ki­wać. Nie ma jed­nak „szkoły” bądź „kręgu” Dicka, w takim sen­sie tego słowa, jakim możemy okre­ślić grupę pisa­rzy, któ­rych dzieła wyka­zują wza­jemne, okre­ślone podo­bień­stwa. Dick jest nie tylko zupeł­nym samot­ni­kiem, lecz nadto jest samot­ni­kiem wyjąt­ko­wym. Dick, czego potwier­dze­nie łatwo można zna­leźć w zadru­ko­wa­nych stro­ni­cach, napi­sał książkę, którą wielu ludzi uważa za psy­cho­de­liczną powieść par excel­lence – mia­no­wi­cie Trzy styg­maty Pal­mera Eldrit­cha – opie­ra­jąc się wyłącz­nie na arty­kule z cza­so­pi­sma poświę­co­nym LSD, nie zaś w wyniku bez­po­śred­niego kon­taktu z nar­ko­ty­kiem. (Uczy­nił to póź­niej, jak rozu­miem. Ale nie wtedy.)

Spe­ku­lo­wano, że LSD oraz inne podobne nar­ko­tyki tak bar­dzo pocią­gają współ­cze­snych ludzi, otu­lo­nych namna­ża­ją­cymi się war­stwami sztucz­nego kom­fortu, ponie­waż wywo­łują złu­dze­nie wtar­gnię­cia w sfery daw­niej­szych rodza­jów per­cep­cji, które bliż­sze są rze­czy­wi­sto­ści –jaka­kol­wiek by ona była. (Czy podob­nie uwa­żał Cor­dwa­iner Smith, kiedy wymy­ślił Alpha Ral­pha Boule­vard?3)

Lecz prze­cież od nie­pa­mięt­nych cza­sów ludzie pró­bo­wali upo­rząd­ko­wać sobie w gło­wach – wyzwo­lić się, choćby prze­mocą, z tych sche­ma­tów per­cep­cyj­nych, do któ­rych tak się przy­zwy­cza­ili­śmy. One wła­śnie są odpo­wie­dzialne za cie­nie, jakie rzuca prze­szłość, pamięć, na to, co – jak sobie wyobra­żamy – postrze­gamy, a co z kolei nazywa się teraź­niej­szo­ścią.

Prze­czy­ta­nie opo­wia­da­nia Phi­lipa Dicka jest wielce sku­tecz­nym środ­kiem znisz­cze­nia takich przy­ję­tych a priori zesta­wów poję­cio­wych. A to tym bar­dziej winno być zale­cane, że nie pociąga za sobą ewen­tu­al­nego uszko­dze­nia mózgu, jak w wypadku iniek­cji skon­cen­tro­wa­nych środ­ków che­micz­nych. Efekt nadto nie jest wyłącz­nie przej­ściowy i nie­od­wra­calny, jak te prze­lotne wglądy, które zawdzię­czamy wdy­cha­niu okre­ślo­nych sub­stan­cji orga­nicz­nych sze­roko roz­po­wszech­nio­nych w naszym spo­łe­czeń­stwie. Ani też nie wymaga to wydatku ogrom­nych sum pie­nięż­nych, jak na seanse psy­cho­ana­li­tyczne czy psy­cho­te­ra­peu­tyczne. Czy­ta­nie jego…

Cóż, ono potrafi wypra­wiać różne rze­czy z twoim umy­słem. Zupeł­nie mimo­cho­dem Dick każe jed­nej ze swych postaci powie­dzieć do innej: „Bóg umarł”.

I jest to prawda znana. Ciało jakiejś istoty dosta­tecz­nie zaawan­so­wa­nej w roz­woju, by móc stwo­rzyć Zie­mię i nas, zostało zna­le­zione, kiedy orbi­to­wało w prze­strzeni kosmicz­nej.

Ale w ramach tej opo­wie­ści stwier­dze­nie to nie jest czymś, co można by okre­ślić jako ważne.

W tak ogra­ni­czo­nych ramach nie będę pró­bo­wał szcze­gó­łowo uza­sad­nić, dla­czego – moim zda­niem – głów­nym tema­tem prozy Dicka jest tro­pie­nie i ujaw­nia­nie sprzecz­no­ści mię­dzy rze­czy­wi­sto­ścią a naszym jej postrze­ga­niem, tudzież dla­czego publicz­nie twier­dzi­łem, że nikt, nie licząc garstki śre­dnio­wiecz­nych nie­miec­kich i angiel­skich misty­ków, któ­rych nawet w poło­wie nie czyta się tak zabaw­nie, tak dobrze jak on nie wyra­ził tej dycho­to­mii w prze­bra­niu ale­go­rycz­nym. Gdy­bym wdał się w roz­wa­ża­nia pro­wa­dzące tym tro­pem, zapewne z koniecz­no­ści czuł­bym się zobo­wią­zany omó­wić dokład­niej powra­ca­jący motyw prze­wodni jego pisar­stwa – zaan­ga­żo­wa­nie ame­ry­kań­skiej elity wła­dzy w reha­bi­li­ta­cję nazi­stów, któ­rych metody chce ona zasto­so­wać w USA – co z kolei dopro­wa­dzi­łoby mnie do kwe­stii wła­ma­nia do jego domu w Kali­for­nii, kiedy to skra­dziono mu całość pry­wat­nego archi­wum, co w świe­tle afery Water­gate oraz badań Kon­gresu nad dzia­łal­no­ścią FBI i CIA zaowo­co­wa­łoby w kon­se­kwen­cji wszel­kimi rodza­jami alar­mu­ją­cych pytań. (Jakiż „mar­sjań­ski poślizg w cza­sie”4 skło­nił go do uczy­nie­nia elitą wła­dzy w tej powie­ści hydrau­li­ków?)

Swoją wer­sję rze­czy­wi­sto­ści Dick adap­to­wał na nie­zli­czone spo­soby, odpo­wia­da­jące potrze­bom jego prozy. Została też – czego nie wolno nie dostrze­gać – roz­wi­nięta przez innych, któ­rzy sko­rzy­stali z moż­li­wo­ści, jakie daje maska s.f.

Być może wła­śnie dla­tego, że z taką bły­sko­tli­wo­ścią potrafi przed­sta­wić swe powie­ściowe postaci, iż kiedy czy­tasz, wydają ci się rze­czy­wi­ste, rozu­mie pobudki kie­ru­jące tymi, któ­rzy gonią za wła­dzą i wpły­wem na rze­czy­wi­sty (?) świat, zamiesz­kany przez nas – przy­glą­da­jącą się temu pro­ce­de­rowi publicz­ność.

Czy jest to świat demo­kra­tyczny, uczciwy, dający szansę każ­demu prze­cięt­nemu czło­wie­kowi, aby mógł wybrać sobie spo­sób, w jaki będzie rzą­dzony, oraz dający szansę dziecku z chaty drwala, by zostało pre­zy­den­tem?

Panie Simu­la­crum, kiedy ostatni raz wyna­lazł pan aero­zol albo wier­tło?

Cóż, powia­dają tutaj, że wła­śnie pan to zro­bił.

Och.

Rozu­miem. Bar­dzo mi przy­kro. Czy mam prawo do tego, by było mi przy­kro?

Ze wszyst­kich powie­ści, któ­rymi raczy­łem ludzi, aby ich nawró­cić na czy­ta­nie s.f., naj­więk­szy suk­ces odnio­sły dwie: Zie­mia trwa Geo­rge’a R. Ste­warta oraz Czło­wiek z Wyso­kiego Zamku Phi­lipa K. Dicka. Dick jest tak dobry w speł­nia­niu tego zada­nia, że potrafi prze­drzeć się przez ogra­ni­cze­nia wią­żące każdą duszę.

Ale to muszę wam powie­dzieć pro­sto z mostu: nie chcę żyć w świe­cie, jaki z taką zręcz­no­ścią opi­suje Dick.

Chciał­bym – roz­pacz­li­wie chciał­bym – ośmie­lić się wie­rzyć, że nie jest to ten świat.

Być może, jeśli znaczna część ludzi prze­czyta Dicka, będę miał więk­sze szanse żyć w lep­szym świe­cie…

John Brun­ner

Somer­set, Anglia

maj 1976

Prze­ło­żył Jan Kar­łow­ski

In Search of Won­der, Advent Publi­shers 1965. [wróć]

Zob. The Best of Henry Kut­t­ner, ze wstę­pem Raya Brad­bury’ego, Bal­lan­tine Books 1975. [wróć]

Zob. The Best of Cor­dwa­iner Smith, red. J.J. Pierce, Bal­lan­tine Books 1975. [wróć]

Alu­zja do książki Dicka pod takim wła­śnie tytu­łem (Mar­tian Time Slip), wyd. pol. Amber 1994, REBIS 2014 (przyp. red.). [wróć]

Gdzie kryje się wub

Zała­du­nek był już pra­wie ukoń­czony. Optus stał przy statku z rękoma zało­żo­nymi na piersi. Twarz miał zasę­pioną. Kapi­tan Franco powoli zszedł po tra­pie, uśmiech­nął się.

– O co cho­dzi? – zapy­tał. – Za wszystko ci zapła­ci­li­śmy.

Optus nie odpo­wie­dział. Odwró­cił się, zebrał fałdy swej szaty. Kapi­tan jed­nak przy­dep­nął koń­cem buta jej skraj.

– Chwila. Nie odchodź. Jesz­cze nie skoń­czy­łem.

– Tak? – Optus odwró­cił się z god­no­ścią. – Wra­cam do wio­ski. – Spoj­rzał w stronę zwie­rząt i ptac­twa, które zaga­niano bądź wno­szono po tra­pie na sta­tek. – Muszę się zająć orga­ni­za­cją następ­nych polo­wań.

Franco zapa­lił papie­rosa.

– Czemu nie? Twoi ludzie mogą się udać na sawannę i znowu tro­pić zwie­rzynę. Ale dopiero gdy my będziemy już w poło­wie drogi mię­dzy Mar­sem a Zie­mią…

Optus odszedł, nie rze­kł­szy wię­cej ani słowa. Franco pod­szedł do pierw­szego ofi­cera sto­ją­cego przy tra­pie.

– Jak idzie? – zapy­tał. Spoj­rzał na zega­rek. – Udało nam się ubić tutaj nie­zły inte­res.

Pierw­szy spoj­rzał na niego kwa­śno.

– A dla­czego, pana zda­niem, tak się stało?

– O co ci cho­dzi? Potrze­bu­jemy tego bar­dziej niż oni.

– Zoba­czymy się póź­niej, kapi­ta­nie. – Ofi­cer uto­ro­wał sobie drogę po tra­pie, na któ­rym tło­czyły się dłu­go­no­gie mar­sjań­skie bie­gusy, i wszedł na sta­tek.

Franco patrzył, jak w nim znika. Wła­śnie zamie­rzał ruszyć jego śla­dem, kiedy zoba­czył to.

– Mój Boże! – Zatrzy­mał się, zaga­pił, ręce mimo­wol­nie oparł na bio­drach.

Peter­son szedł w stronę statku, z twa­rzą poczer­wie­niałą od wysiłku, i pro­wa­dził to na sznurku.

– Prze­pra­szam, kapi­ta­nie – wystę­kał, szar­piąc za sznu­rek.

Franco ruszył w jego stronę.

– Co to jest?

Wub zatrzy­mał się chwiej­nie, wiel­kie ciel­sko powoli opu­ścił na zie­mię. Naj­wy­raź­niej chciał usiąść, lekko przy­mknął powieki. Mach­nął ogo­nem na kilka much, które bzy­czały u jego boku.

Usiadł. Wokół zapa­no­wała cisza.

– To jest wub – oznaj­mił Peter­son. – Kupi­łem go od tubylca za pięć­dzie­siąt cen­tów. Powie­dział, że to bar­dzo nie­zwy­kłe zwie­rzę. Nie­zwy­kle sza­no­wane.

– To? – Franco szturch­nął wielki, wydęty bok wuba. – To jest świ­nia! Ogromna, brudna świ­nia!

– Tak, pro­szę pana, to jest świ­nia. Tubylcy mówią na nią wub.

– Ogromna świ­nia. Musi ważyć ze czte­ry­sta fun­tów. – Franco zła­pał za kosmyk szorst­kiej sier­ści.

Wub wes­tchnął ciężko. Otwo­rzył wil­gotne oczka. Jego wielki ryj zadrżał. Po policzku spły­nęła mu łza i pla­snęła o zie­mię.

– Może nadaje się do jedze­nia – ner­wowo pod­su­nął Peter­son.

– Wkrótce się prze­ko­namy – odparł Franco.

Wub prze­żył start, przez cały czas śpiąc w ładowni statku. Kiedy już byli w prze­strzeni i wszyst­kie sprawy szły gładko, kapi­tan Franco kazał swoim ludziom zagnać wuba na górę, chcąc się na wła­sne oczy prze­ko­nać, co z niego za stwór.

Wub chrzą­kał i kwi­czał, gdy pędzono go kory­ta­rzem.

– No, chodź – dener­wo­wał się Jones, cią­gnąc za sznur.

Wub zata­czał się, ocie­ra­jąc bokiem o gład­kie, błysz­czące ściany. Wpadł do przed­sionka i zwa­lił się na pod­łogę. Wszy­scy pode­rwali się na równe nogi.

– Dobry Boże – ode­zwał się French. – A cóż to takiego?

– Peter­son mówi, że to wub – odparł Jones. – Jest jego wła­sno­ścią. – Kop­nął wuba w bok.

Wub wstał nie­pew­nie, dysząc ciężko.

– Co się z nim dzieje? – French pod­szedł bli­żej. – Jest chory?

Obser­wo­wali stwora. Wub żało­śnie prze­wró­cił oczami. Rozej­rzał się dokoła, spo­glą­da­jąc na ludzi.

– Myślę, że jest spra­gniony – powie­dział Peter­son. Poszedł po wodę.

French pokrę­cił głową.

– Nic dziw­nego, że mie­li­śmy takie kło­poty ze star­tem. Musia­łem na nowo spraw­dzić wszyst­kie rachunki doty­czące obcią­że­nia.

Peter­son wró­cił z wodą. Wub zaczął ją z wdzięcz­no­ścią chłep­tać, opry­sku­jąc ludzi.

W drzwiach poja­wił się kapi­tan Franco.

– Przyj­rzyjmy mu się. – Pod­szedł do zwie­rzaka, kry­tycz­nie mru­żąc oczy. – Dałeś za niego pięć­dzie­siąt cen­tów?

– Tak jest – odrzekł Peter­son. – Jest wszyst­ko­żerny. Dałem mu psze­nicę i zjadł. A potem ziem­niaki, obierki, odpadki ze stołu i mleko. Zeżarł wszystko, i to chyba z rado­ścią. Gdy skoń­czył, poło­żył się i zasnął.

– Rozu­miem – powie­dział kapi­tan Franco. – Nato­miast co do jego smaku… Oto jest pyta­nie. Wąt­pię, czy jest sens tuczyć go dalej. Dla mnie jest już dość tłu­sty. Gdzie kucharz? Ma się tu zaraz poja­wić. Chcę się dowie­dzieć…

Wub prze­stał chłep­tać wodę i spoj­rzał w górę na kapi­tana.

– Doprawdy, kapi­ta­nie – powie­dział – pro­po­nuję, byśmy zmie­nili temat.

W pomiesz­cze­niu zapa­dła mar­twa cisza.

– Co to było? – zapy­tał Franco. – Przed chwilą?

– To wub, pro­szę pana – odparł Peter­son. – Powie­dział coś.

Wszy­scy spoj­rzeli na wuba.

– Co on powie­dział? Co on powie­dział?

– Zapro­po­no­wał, żeby­śmy zmie­nili temat.

Franco pod­szedł do wuba. Obszedł go dokoła, badaw­czo przy­glą­da­jąc mu się ze wszyst­kich stron. Potem cof­nął się i zatrzy­mał przy grupce ludzi.

– Zasta­na­wiam się, czy przy­pad­kiem w środku nie scho­wał się tuby­lec – oznaj­mił z namy­słem. – Może powin­ni­śmy go roz­kroić i spraw­dzić.

– Na litość boską! – załkał wub. – Czy wy, ludzie, potra­fi­cie myśleć tylko o zabi­ja­niu i kro­je­niu?

Franco zaci­snął pię­ści.

– Wyłaź stam­tąd! – zażą­dał. – Kim­kol­wiek jesteś, wyłaź!

Nic się nie poru­szyło. Ludzie stali razem, twa­rze mieli bez wyrazu, patrzyli w mil­cze­niu na wuba.

Wub zakrę­cił ogon­kiem. Nagle odbiło mu się gło­śno.

– Pro­szę o wyba­cze­nie – powie­dział.

– Nie wydaje mi się, żeby ktoś tam był w środku – stwier­dził Jones stłu­mio­nym gło­sem.

Wszy­scy popa­trzyli po sobie.

Do pomiesz­cze­nia wszedł kucharz.

– Pan mnie wzy­wał, kapi­ta­nie? – spy­tał. – Co to za zwie­rzę?

– To jest wub – oznaj­mił Franco. – Zosta­nie skon­su­mo­wany. Gdy­byś mógł go zwa­żyć i zasta­no­wić się, jak…

– Naprawdę wydaje mi się, że powin­ni­śmy poroz­ma­wiać – powie­dział wub. – Jeśli to moż­liwe, chciał­bym to z panem omó­wić, kapi­ta­nie. Nie­trudno dostrzec, że pan i ja nie zga­dzamy się w pew­nych pod­sta­wo­wych kwe­stiach.

Dłuż­szą chwilę trwało, nim kapi­tan zdo­łał cokol­wiek odrzec. Wub cze­kał dobro­dusz­nie, zli­zu­jąc z ryja kro­ple wody.

– Chodźmy do mojej kajuty – rzekł w końcu kapi­tan. Odwró­cił się i wyszedł z pomiesz­cze­nia.

Wub wstał i potruch­tał za nim. Ludzie stali i patrzyli, jak wycho­dzi. Potem usły­szeli odgłosy nie­zgrab­nego gra­mo­le­nia się po scho­dach.

– Zasta­na­wiam się, jaki będzie wynik tej roz­mowy – ode­zwał się kucharz. – Cóż, jestem w kuchni. Daj­cie mi znać, gdy się coś okaże.

– Jasne – obie­cał Jones. – Z pew­no­ścią.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Tytuł ory­gi­nału: The Best of Phi­lip K. Dick

Copy­ri­ght © 1977 by Phi­lip K. Dick

Wstęp: Rze­czy­wi­stość Phi­lipa K. Dicka © 1977 by Brun­ner Fact and Fic­tion, Ltd.

All rights rese­rved

Copy­ri­ght © for the Polish e‑book edi­tion by REBIS Publi­shing House Ltd., Poznań 2021, 2025

Infor­ma­cja o zabez­pie­cze­niach

W celu ochrony autor­skich praw mająt­ko­wych przed praw­nie nie­do­zwo­lo­nym utrwa­la­niem, zwie­lo­krot­nia­niem i roz­po­wszech­nia­niem każdy egzem­plarz książki został cyfrowo zabez­pie­czony. Usu­wa­nie lub zmiana zabez­pie­czeń sta­nowi naru­sze­nie prawa.

Redak­tor serii: Sła­wo­mir Folk­man

Redak­tor: Mał­go­rzata Chwa­łek

Pro­jekt i opra­co­wa­nie gra­ficzne serii i okładki: Sła­wo­mir Folk­man

Ilu­stra­cja na okładce: Igor Mor­ski

Wyda­nie II e‑book (opra­co­wane na pod­sta­wie wyda­nia książ­ko­wego: Opo­wia­da­nia naj­lep­sze, wyd. II, Poznań 2021)

ISBN 978-83-8188-878-3

WYDAWCA

Dom Wydaw­ni­czy REBIS Sp. z o.o.

ul. Żmi­grodzka 41/49, 60-171 Poznań, Pol­ska

tel. +48 61 867 47 08, +48 61 867 81 40

e-mail: [email protected]

www.rebis.com.pl

Kon­wer­sję do wer­sji elek­tro­nicz­nej wyko­nano w sys­te­mie Zecer