Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
80 osób interesuje się tą książką
Kalina wiedzie życie spełnionej trzydziestolatki. Ma szczęśliwy związek, dobrą pracę, mieszkanie, kredyt. Kocha wszelką stabilizację. Tylko że pewnego dnia facet, z którym wiązała przyszłość, zmienia plany. Do tego jej serce zaczyna bić szybciej w towarzystwie starego przyjaciela, a we wszystko miesza się siostra, zsyłając jej istne bożyszcze z Tindera. Czy da się to jakoś uporządkować? A może lepiej pójść na żywioł?
Wpadnij w wir gorącego romansu Ady Kussowskiej! To pełna pikanterii i humoru historia, dzięki której sama zadasz sobie kilka pytań o to, co naprawdę jest ważne.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 413
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright © Ada Kussowska, 2026
TYSIĄC ZŁYCH DECYZJI
Projekt okładki
Justyna Knapik
Redakcja
Ewa Hoffmann-Skibińska
Korekta
Monika Malita-Bekier, Barbara Sacka
Łamanie i skład
Beata Kostrzewska
Opracowanie wersji elektronicznej
Karol Bociek
ISBN 978-83-68468-54-0
Kraków 2026
Wydawnictwo BOOKEND
www.bookend.pl
Capital Village Sp. z o.o.
ul. Kielecka 4/2, 31-526 Kraków
Tel: 663 041 041
Nie myślcie o tym, że coś spieprzycie. Przez takie myśli zawsze wszystko pieprzycie*.
*Chłopaki z baraków, reż. M. Clattenburg, Kanada, 2001–2018.
Nie zdąży. Nie ma takiej opcji, żeby powstrzymał cholerną katastrofę, największy błąd jego życia. Ich życia. Jak mógł do tego dopuścić?!
Pędził rowerem na łeb na szyję. Nie miał czasu na auto. Jednoślad pieprznie gdzieś w kąt, ryzykując najwyżej, że nazajutrz znajdzie go na OLX. Szukanie parkingu w centrum to jak nic piętnaście minut.
Piętnaście minut! Kwadrans, zamiast godziny w kościele. No tak, bo wyłożyć na dłuższą wersję, płacąc duchownemu co łaska, niemniej niż tysiak, a do tego pewnie drugie tyle muzykantom i florystkom, to już przez myśl jej nie przeszło. Ta wrodzona cebula by tego pewnie nie przeżyła, woląc poświęcić na rzecz Skarbu Państwa osiem dych. I piętnaście minut.
Nie zdąży.
Olał czerwoną falę, troszcząc się jedynie o to, by nie wyskoczyć komuś bezpośrednio przed maskę. Prawie rozjechał dwóch pieszych, ledwo uskoczył na dziurze, został strąbiony pierdyliard razy. Mimo października gotował się w lekkiej bluzie z kapturem, a materiał już dawno przykleił mu się do lędźwi. Na Placu Wolności ledwo zatrzymał się przed tramwajem nadjeżdżającym od strony katowickiego Załęża. Spojrzał naprędce na zegarek. Zaczęli pięć minut temu. Może zdąży. Rzucił się pędem… O ciul, teraz było naprawdę blisko wkomponowania się w maskę Peugeota.
Akompaniament inwektyw ciągle wybrzmiewał mu za plecami, gdy zeskoczył z toczącego się roweru. Rzucił go przed schody urzędu i podniósł wzrok. Przy drzwiach mignęła mu znana postać, mężczyzna równie zaaferowany, co on. Po dwóch sekundach był pewien zarówno jego personaliów, jak i przeświadczenia, że nie da mu wygrać. On też go zauważył. I wtedy zaczął się prawdziwy wyścig.
Wiatrołap, hol, nerwowe przeszukiwanie tablic, palce świerzbiące, by dokonać napaści z uszkodzeniem mienia lub ciała w budynku użyteczności publicznej. Desperackie dopytywanie sekretarki o kierunek.
Bieg!
I to bieg we dwóch, przyozdobiony na ostatniej prostej szarpnięciami za materiał bluzy czy poły marynarki. Jezu, dureń wystroił się jak do ożenku. Otworzyli drzwi z rozmachem w momencie, w którym urzędnik wypowiadał formułkę. Za późno czy nie? Chuj, może za późno, ale akt bez konsumpcji łatwo unieważnić. Już chciał krzyknąć, że ślubu nie będzie, gdy…
– To moje dziecko! Ona nie może za niego wyjść!
Uniósł brwi, otwierając jednocześnie usta ze zdziwienia. No, to gość obok pojechał z grubej rury. Rzucił okiem na jego zdesperowany wyraz twarzy, który mówił: on pragnie jedynie panny młodej. Żeby się nie przeliczył z tej miłości.
– Nie! – Tym razem w auli rozbrzmiał jego głos. – To moje dziecko. Ona jest w ciąży ze mną!
Cisza. Oczy zebranych skierowane na nich. Wszystkie. Łącznie z tą jedną parą, która teraz wodziła wzrokiem po zgromadzonych, skupiając się, co by nie było, na intruzach. Z każdą sekundą jej powieki zdawały się być bardziej zmrużone, a klatka poruszała się intensywniej.
– Proszę państwa, co to za zamieszanie?! – Urzędnik już się powoli pieklił.
– Kalinka, ale jak to? Ale ty w ciąży jesteś? – Jej stojąca w pierwszym rzędzie matka nie wiedziała teraz, czy chwycić się z radości za serce, czy z przerażenia przesłonić usta. – Z nim? Czy z nim? Z którym? A z panem młodym też?
– Jezu, jaki piękny ślub! – Niemalże idealne odwzorowanie Kaliny w formie jej siostry bliźniaczki miało ochotę wybuchnąć gromkim śmiechem. – Będziemy bramki obstawiać!
– Witek, kameruj to!
– Kalinka! Kalinka?
A Kalinka nic. Z biernej postawy przeszła do pozy dziecka, które chce tupnąć nogą i schować się obrażone w pokoju. Walczyła ze sobą, najwyraźniej trzymając się tych samych ram, które wpajano jej od wieków. Szczęście w nieszczęściu – te raczej nie obstawiają trzech kandydatów do ożenku naraz.
Uśmiechnął się pod nosem. Widział to. W końcu miało z niej ujść uczucie, które siedziało wrośnięte cholernie głęboko. Już tracił nadzieję na to, że uda się je kiedykolwiek zobaczyć.
– ALE JA NIE JESTEM W CIĄŻY!
No, to właśnie wytargano je z korzeniami. Ryk, który ich dobiegł, nie przypominał niczego, co słyszał w jakiejkolwiek kłótni. Nigdy, przenigdy tak się nie wkurwiła. Nie aż tak! Ciśnie kwiatkami? Ciśnie?
Nie dość, że cisnęła, to jeszcze kopnęła. Dobra bestyjka.
Wypnie welon? Ach, nie tylko wypięła, ale jeszcze targnęła włosami tak, że połowa jej ślubnej blond fryzury zwisała teraz smętnie na ramiona.
Zbliżała się do nich powolnym krokiem, zaciskając pięści i prawie zgrzytając zębami. Na policzku dojrzał pierwszą wywołaną nerwami łzę. Była tego warta. Nie mógł pozwolić wyjść kobiecie za tego gościa. Nie jej. Nie jego miło…
Nie dokończył myśli, bo zza Kaliny wyłonił się właśnie ów wspomniany błąd jej życia. I tu też coś się zmieniło, bo zobaczył na twarzy tego faceta rzecz, której chyba nie widział nigdy: nienawiść. A krok miał zdecydowanie szybszy niż panna młoda i definitywnie nakierowany w stronę dwóch nieproszonych gości.
No, to teraz dopiero będzie się działo.
– Kochasz go w ogóle?
– No kocham przecież. – Otworzyłam zębami kolejny woreczek. – Kredyt z nim mam.
– Czy ty siebie słyszysz, Kala?
– Teraz potrzebna nam ta krótsza ze śrubek – odpowiedziałam na zupełnie inne pytanie i sięgnęłam ręką do kupki na podłodze. Grzebałam w niej, rozgarniając kołeczki i zaślepki. – Masz. – Podałam. – Kocham go, w tym roku wybiło nam siedem lat. Co ci w ogóle strzeliło do łba, że niby jest inaczej?
– Kuźwa, nie pasuje. Zobacz.
Nachyliłam się, klęcząc. Wzięłam od Jędrka śrubkę, by przymierzyć ją do grubości płyty paździerzowej. Jak nic przewierci ją na wylot, niszcząc wyłożenie i zostawiając paskudny ślad.
– Czekaj – sięgnęłam po instrukcję – to w takim razie musi być jeszcze jedna opcja. O, tu! Zobacz.
Pokazałam palcem mniej więcej dwa milimetry krótsze okucie. Miałam przekonanie graniczące z pewnością, że mój kompan co prawda widział szereg obrazków ukazujących elementy do skręcania, ale zdecydowanie ich nie wczytywał, skupiając się na formowaniu kolejnej zaczepki. Trochę jakby słyszeć, a nie słuchać.
– Mam! – Capnął śrubkę i pokazał mi znaleźne. – No, a co do alternatyw, to mogłaś po prostu kupić meble z montażem, co nie?
– Trzydzieści procent do ceny, błagam cię. Ogarniemy to jeszcze dzisiaj. – Usiadłam na kolanach. – Daniel zaraz wróci, to pomoże…
Spojrzałam po niezliczonych kartonach ułożonych jeden na drugim, których przytaszczenie tu z piwnicznej komórki zajęło nam godzinę z hakiem. Aktualnie skręcaliśmy bok pierwszego regału, a zestawy są cztery, jak na porządną domową biblioteczkę przystało. W tym tempie zakończenie skręcenia oscylowało raczej gdzieś wokół terminu „po weekendzie lub miesiącu”, ale nie traciłam rezonu.
– Pomoże? Daniel? – Śmiał jawnie ze mnie drwić. – Tak jak z malowaniem u mnie? I z naprawą zlewu u Haliny, który, zdaje się, kapie do tej pory? Aaa tak… czekaj… – Aktorsko przyłożył palce do czoła, udając zamyślenie. – Zapomniałem, że on jest z tych, co jak obiecali, tak zrobią. I nie trzeba mu przypominać co pół roku.
– Dobrze, że to ciebie pani bozia stworzyła takiego pracowitego i usłużnego, a ten kran kapie do tej pory, bo twoją misją pozostaje nie skalać się dotykaniem cudzych rur. Jakżeś taki święty, to mogłeś sam naprawić. – Chwyciłam instrukcję i prawie go nią zdzieliłam, ale uciekł. – Chciałabym cię uświadomić, panie Adamczyk, że utknęliśmy na trzecim punkcie z… dwudziestu siedmiu. Głównie przez twoje pierdololo. Prędzej sama se to złożę. Ty będziesz tylko do podnoszenia.
– Chciałbym cię uświadomić, pani Ryszka…
– Panno Ryszka.
– Panno Ryszka, chciałbym cię uświadomić, że lubię moje pierdololo. – Przybrał tak rozkoszny, że niemal niewinny grymas. – Tak samo jak moje lanie wody, przekaz podprogowy, nawijanie makaronu na uszy i ukrywanie niewygodnej prawdy – westchnął, prawie rozczulając się nad sobą. – O czymś zapomniałem?
– Powiedz mi jedno, Jędrek – cmoknęłam, wygrzebując elementy potrzebne do dalszych punktów. – Jak to się mogło stać, że chodziliśmy na te same studia? I jakim cudem nie wylali cię z nich za leserstwo?
– Zdolny byłem. – Zadziorny uśmiech wpłynął na jego twarz. – Cały czas jestem. Zresztą jakbyś wtedy zapytała o to profesor Kasperczak, to mogłaby ci potwierdzić, że co prawda ze mnie leń, ale do głębi obdarzony.
– Profesor Kasperczak to już chyba nie żyje.
– Zapewniam cię, że jej siły witalne nie wskazywały na szybki zgon. Raczej na szybki…
– Obrzydliwy z ciebie osobnik, wiesz? – Skrzywiłam się, mimo że wiedziałam, że rozmija się z prawdą jak niejeden polityk. – Tu wepchnij kołeczek.
– Niby tak się oburzasz, a krążysz wokół tematu. – Jędrek bawił się wyśmienicie. – To co? Może jednak ci czegoś brakuje w tym idealnym związku?
Zawahałam się w połowie ruchu, zastanawiając się, czy przyłożyć okucie do płyty paździerzowej, czy może rzucić nim w znalazcę. Pohamowałam się przed obydwoma. Usiadłam i splatając dłonie na kolanach, gapiłam się na mojego rozmówcę. Ten może i zgrywał głupszego z filmu o głupim, może i swoją aparycją łobuza ściągał każdą dzierlatkę nieodróżniającą słomy od siana w swojej głowie, ale… No, ale ostatecznie był moim przyjacielem.
Jędrek też spoważniał. Odstawił okucia i także klapnął na parkiet. Jego odchylona głowa dotykała ściany tak, że eksponował wąski podbródek. Z pozoru wyglądał na zmęczonego, raczej rozmową niż pracą, bo tej drugiej było tyle, co kot napłakał.
– Przecież wiem, że wam się chrzani. – Ciągnął mnie za język, pozostając w nonszalanckiej pozycji. – Częściej widzę was osobno niż razem. A w czwórkę to chyba wyszliśmy ostatnio ze dwa miechy temu. – Zrobił wymowną pauzę. – Co jest, Kala?
– Ale zdajesz sobie sprawę, że on zostaje dłużej w biurze, żeby mieć czas dłubać ten nowy projekt, co? – mówiłam, patrząc na swoje dłonie. – Pomyśl, co nas czeka, jak to wypali. Jak założy własną firmę, zdobędzie inwestora, ja mu będę pomagała. Ty może nawet też. Spłacimy kredyt, będziemy żyć na luzie.
– Aha, zajebisty scenariusz – kiwnął głową, ale w wyrazie jego twarzy wcale nie znalazłam aprobaty. – Tylko odpowiedź trochę na odpierdol.
Milczałam. Świerzbiło, gryzło, prowokowało, ale nie dałam się.
– Kala, przecież ja pamiętam, jak zaczynaliście być razem. – Nie wytrzymał, pierwszy narwaniec Rzeczypospolitej. – Byłem tam, zapomniałaś?
– Ale miałeś ręce pełne zadań od profesor Kasperczak z tego, co ustaliliśmy – prychnęłam z lekka serdecznie.
– Oficjalnie wtedy akurat chyba chodziłem z Olgą. Albo Olką? Legnicką. A może Litwicką? – Przygryzł policzek. – Nieważne. W każdym razie z jakimś prekursorem Anetek. Ale wracając do tematu. Przecież ja wiem, dlaczego wybrałaś właśnie gościa, który był inteligentny, oczytany, ale z deka zamulony.
– Powściągliwy, erudyto.
– Niech ci już tam będzie. On jako jeden z nielicznych nie udawał Travolty w rui, i tak, kłaniam się nisko. – Pochylił głowę. – Wiem, ja pozostałem taki do dziś i nawet się tego nie wstydzę.
– Coś w tym jest – uśmiechnęłam się do siebie, próbując przywołać już mocno rozmazane wspomnienia. – Daniel był normalny, taki mój.
– No właśnie, a teraz popatrz na siebie, Kala.
– Ale o co ci chodzi? – Uniosłam lekko ręce.
Co prawda te oblekłam rozciągniętym T-shirtem, spod którego wyłaniały się krótkie, dżinsowe spodenki, ale jak miałam się ubrać do składania mebli? Tak samo włosy: kiedyś dosyć często rozpuszczone, teraz spinane w kitkę w momencie, gdy po pracy przekraczałam próg mieszkania. Mimo lekkiego niedopieszczenia nieskromnie przyznawałam, że ciągle wyglądałam najwyżej na dwadzieścia osiem, a nie trzydzieści dwa lata. Jędrek naprawdę nie miał się do czego dopieprzać.
– Dobra, może nie na siebie, a na was – sprostował. – O proste rzeczy, jakie robią normalni ludzie, mi chodzi. O, przykład: kiedy byliście ostatni raz na mieście? Albo kiedy razem coś świętowaliście? Ale w dwójkę, bo grupowo się nie liczy.
– Jędrek… – O ile mogliśmy sobie mówić o wielu tematach, o tyle zaczęło mi się robić nieswojo.
– Okej, ja wiem, wpieprzam się. – Uniósł ręce w obronnym geście i pochylił głowę. – Ja tylko patrzę, nic nie sugeruję. Może mam lekkie zakrzywienie przez Anetki, nie wiem. Ale ty sama, dla własnej satysfakcji bądź nie, możesz sobie zadać pytanie: kiedy powiedział ci, że nie wiem… co się mówi do siebie po tylu latach? Zajebiste masz bambosze? Tak się wtedy podsyca płomień?
– Jędrek, a tobie to może zaczął szkodzić ten kawalerski stan, co? – Wzięłam się na nowo za instrukcję i dopasowywałam wkręty do otworków. Przy okazji nie mogłam wykrzywić ust w uśmiechu. – Nie nudzi ci się za bardzo?
– Widzę, mówię, szczery jestem – wzruszył ramionami. – Już dawno miałem o to zagaić, ale jakoś tak zabrakło okazji…
– Bo Daniel przy mnie był, taaak? – Teraz ja się wyszczerzyłam w satysfakcji, mając plan na odbicie piłeczki. – Słuchaj, a może to ty masz kłopoty w raju? Co, pewnie szyfr miłości nie zadziałał?
– Hę? – Ewidentnie zbiłam go z tropu, przy okazji trafiając dychę w odwracaniu kota ogonem.
– Mówię o świeczce, którą się ostatnio tak chwaliłeś. Co, zapaliłeś ją w oknie jako sygnał, a Anetka mimo to nie skręciła z wieczornego joggingu na szybki numerek? – Sięgnęłam po wkrętarkę. – Błagam, chyba nie myślałeś, że cię nie przejrzę. Jesteś ostatnią osobą, która kupiłaby dekoracyjną świecę po to, by w jej blasku układać peany na cześć białogłowej dziewoi. – Zawahałam się przez chwilę. – Ta wkrętarka nie wykręca czasem? Nie, jednak wkręca. Chodź, jedziemy z koksem.
Oprócz odgłosu mechanicznego tarcia usłyszałam także męskie westchnięcie pełne rezygnacji.
– Kalina, chodzi mi o to, że… Daj mi to w ogóle. Lepiej trzymaj mi prosto wkręty. Chodzi mi o to, że żyjecie jak za studenciaka, zanim jeszcze w ogóle byliście razem. – Teraz już biła od niego mieszanka prośby i irytacji. – Kurwa, przecież wy jesteście lokatorami! Nie widzisz tego?
– Jesteśmy partnerami. Kochamy się. – Układałam kolejne okucia. – Ja wiem, że z twoimi Anetkami to po romantycznej randce i seksie idziecie pewnie na kurs garncarstwa, gdzie śpiewacie razem piosenkę i na koniec rozstajecie się jak w musicalu. Kuźwa, nie ten otwór, wykręć to. – Wyjęłam kolejny detal z paczki i przyłożyłam w dobre miejsce. – Życie tak nie wygląda. Związek to też przyjaźń.
– Marność. – Nachylił się nade mną.
– Co?
– Marność z tymi wkrętami, źle trzymasz. Popatrz. – Chwycił moje palce i ustawił kawałek metalu do pionu. – Tak ma być.
Dobra, to niech sobie już pomajstruje, skoro taki mądry. Usiadłam na podłodze, by obserwować jego fuszerkę. Nawet w tak upalne dni jak dziś nosił się w ciemnych barwach. Czarny T-shirt, granatowe, dżinsowe spodenki. Bose stopy, bo przecież, jak każdy życiowy anarchista, musiał przyjść do remontu w klapkach Kubota. Nawet te krucze włosy miał nastroszone, a oczy stały się jeszcze ciemniejsze niż zwykle, jakby pochłaniały całe światło wokół. Aż dziwne, że na żadnym z całkiem zacnie umięśnionych ramion nie widniał choćby mały tatuaż. Wtedy już w ogóle wyglądałby jak jeden z tych gołoklatowców zdobiących okładki książek dla niegrzecznych gospodyń domowych.
Na karku błysnął mi kawałek złotego łańcuszka. Ktoś by się spodziewał Maryi z Dzieciątkiem albo krzyża? Cóż, ja doskonale wiedziałam, co tam się znajduje, i musiałam przyznać – nie istnieje ozdoba, która by lepiej definiowała Jędrka. Jedyną ozdobę stanowiła belka. Coś, co z pozoru można skojarzyć z literką I, wąskim nieśmiertelnikiem lub krzyżem, którego ktoś nie zdążył zbić. Niekompletny, z pozoru prosty, a jednak wyzywający i intrygujący. Aż chciałoby się go trącić, zaczepić i może nawet pociągnąć, by sprawdzić, co się stanie. Dla Anetek definicja magnetyzmu. Dla mnie coś w stylu ciekawej anomalii pogodowej.
– Może z boku nie wyglądamy jakoś specjalnie romantycznie – zaczęłam, zwracając przy okazji uwagę na ironicznie wykrzywione usta – ale uwierz, dobrze nam ze sobą. Uzupełniamy się. On jest tym cichym, który mnie wysłucha. Ja jestem tą, co narzeka na masło za dychę. Obydwoje planujemy po trzy kroki naprzód. Nie znajdziesz lepszej pary.
– Ehe. Wbijamy półki – odpowiedział, nie słysząc nic z tego, co powiedziałam, i podniósł się, by podejść do kartonu. – Trzymaj.
Wzięłam paździerz i nasuwałam go powoli na kołeczki z przeciwległej strony. Jędrek pochylał się teraz nad następnym ze stosu kartonem, a ja miałam największą ochotę kopnąć go w rzyć. Tak serdecznie, po przyjacielsku.
Nie będzie mi tu taki się szarogęsił i burzył układanki, którą wypełniałam konsekwentnie, według założonego planu, od lat. Studia, miłość, praca, mieszkanie, dzieci. Kredyt i firma wskoczyły gratis, ale takie dewiacje byłam w stanie zaakceptować. Nikt mi nie będzie wmawiał, że to tylko kartonowa wydmuszka. A już na pewno nie gość, który w zeszłym tygodniu udawał kuzyna Michała Żurawskiego, a dwa tygodnie temu brata innego aktora, Marcina Kowalczyka. Jak na złość w obydwu przypadkach ze względów wizualnych to mogła być prawda, ale nią nie była. Kuźwa, dobra wola, szczerość i praworządność. Ze wszystkich kobiet na świecie to akurat mnie zapragnął nimi obdarzyć. No i Halinę. Halinę też.
– Odłożysz tam tę folię? – Podał mi kłębek. – Kala, wiesz, że ja często podpuszczam ludzi, ale nie robię nic przeciwko tobie.
– Nie wiem – rzuciłam trochę zbyt obrażona. – To znaczy dobra, wiem. Szczekasz, a nie gryziesz. Tak to szło?
– Nawet jeśli w jakiejś alternatywnej rzeczywistości chciałbym cię ugryźć, to kodeks nakazywałby mi co najwyżej powarczeć. – Przez jego twarz przemknął wyraz szelmy, którym obdarzał zapewne najczęściej swoje jednonocne przygody. – No dobra, Kalina, żarty na bok. Sprawdź sobie jedną rzecz, tak dla siebie. Nie musisz mi mówić, co z tego wyszło. DLA SIEBIE, Kala.
Znowu przeszedł na ten czuły, ostrożny ton. Powiedziałabym nawet: opiekuńczy. Włożyłam folię do zbiorczego worka. Czułam na plecach jego spojrzenie. Może on naprawdę się martwił?
– Albo nie, zakład.
Chuj, a nie martwił.
– Powiedz, o co chodzi, i kończ waść. – Traciłam cierpliwość. – I karton też daj. Będziesz wychodził, to razem wyniesiemy.
– Przyznaj, że łatwiej namówić ci go na wizytę u urologa niż na numerek.
– Co?!
– Przyznaj to. Przecież wiesz. A jak nie, to sprawdź. – Wystawił karton w moją stronę, ale jakoś odechciało mi się go odbierać. – Będziesz miała dowód na to, że nie bajdurzę – zrobił pauzę. – Kala, no weź… Myślisz, że ja z nim nie gadam?
– Rozmawiacie o naszym seksie?!
– Umiem czytać między wierszami. Zapomniałaś, z kim się zadajesz?
Popatrzyłam na niego tak, jakbym widziała przed sobą przystojnego i sympatycznego faceta o wątpliwej reputacji, który mógłby być królem załęskiej hali targowej, sprzedającym chiński szit jako najnowszą, niemiecką technologię. Czyli jak na Jędrka.
– Z największym wciskaczem kitu w powiecie się zadaję – wzięłam się pod boki – pływakiem i cwanym leniem eksportowanym z Nibylandii.
– Właśnie podsumowałaś moje CV. A z umiejętności miękkich? Coś o analizie?
– Analiza to ci się chyba kojarzy z analem i katalizą, Adamczyk – odbiłam, a nie słysząc żadnej kontry, wolałam się zreflektować: – Może masz tam jakieś zdolności dedukcji, ale w tym przypadku działają nielepiej niż ruska praworządność.
– Sprawdzisz? – Przekrzywił głowę, zaplatając ręce na piersiach.
– Nie.
– Sprawdzisz.
Wiedziałam, że wie. Za długo się znaliśmy. Zacisnęłam zęby, bo miałam ochotę wygarnąć mu, że do flagowych cech mógłby sobie jeszcze dorzucić dupotrucicielstwo i dar leczenia niskociśnieniowców na odległość, więc może pora się przebranżowić. Na komornika albo znachora na przykład.
Otworzyłam usta, ale nie wypłynął z nich żaden dźwięk. Dlaczego? Bo wszystkie moje myśli, nasze myśli, skupiły się teraz na odgłosie klucza przekręcanego w drzwiach wejściowych.
Niby z Jędrkiem znamy się już prawie dziesięć lat, a ciągle nie wiedział, z kim zadziera.
Okładka
Strona tytułowa
Strona redakcyjna
Cytat
PROLOG
65 DNI WCZEŚNIEJ
Kalina
Okładka
Strona tytułowa
Prawa autorskie
