Tym razem dziadkowie na scenie życia - Dagmara Rek - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Tym razem dziadkowie na scenie życia ebook i audiobook

Rek Dagmara

0,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

21 osób interesuje się tą książką

Opis

Kiedy przez zupełny przypadek dwóch panów po sześćdziesiątce wpadnie na pomysł życia… nie może być nudy!

Edmund i Bogusław wyjeżdżają do Hotelu Słoneczne Zacisze. Ich dzieci chciały, aby mężczyźni wypoczęli, poznali nowych ludzi oraz przeżyli przygodę.

Czy tak będzie? Poniekąd…

Będą tajemnicze anonimowe listy, casting na narzeczonego dla koleżanki, poszukiwania zaginionych majtek, szukanie sztucznej szczęki w basenie, ale także amatorski konkurs talentów, który być może odmieni ich życie.

Na scenie życia to ciepła powieść komediowa o tym, że nigdy nie jest za późno na realizowanie swoich planów i marzeń. To historia o odwadze, wewnętrznej zmianie i drugiej młodości.

 

 

Na scenie życia to nietuzinkowa komedia pełna zaskakujących sytuacji, okraszona czarnym humorem, sarkazmem i ironią. Taka mieszanka gwarantuje świetną zabawę! Autorka powieści Osiedlowy monitoring i Babcie w sieci miłości tym razem postawiła na mężczyzn jako głównych bohaterów, co sprawia, że książka jest jeszcze bardziej nieprzewidywalna. Dwaj starsi panowie, którzy chcieli odpocząć w Słonecznym Zaciszu, wpadają tam w wir niesamowitych przygód. Niech jednak nie zwiedzie Was duża dawka humoru, bo Dagmara umiejętnie wplotła w fabułę to, co w życiu najważniejsze – przyjaźń. A ta nie ma daty ważności i może nas spotkać niezależnie od wieku. Lekturę zakończyłam z uśmiechem na ustach, ale i z łezką w oku, bo musiałam rozstać się z bohaterami.
Szczerze polecam!

Agnieszka Sobczak, @aga_sobczak_pani.pisarzowa

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 471

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 11 godz. 6 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Jan Pasterski

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Rozdział 1

Bogusław wpadł do mieszkania Edmunda z wielką walizką, która już od samego progu robiła wiele hałasu.

– Cześć, Mundek.

– Czy możesz nie drzeć się w moim mieszkaniu jak to stare prześcieradło?

Mundek lubił ciszę i nieco donośny głos swata mu przeszkadzał.

– Czego się czepiasz? – zdziwił się. – Twoje mieszkanie? Też mi coś. – Zaśmiał się. – W sumie – podrapał się po głowie – póki żyjesz, to twoje, faktycznie, tu przyznam ci rację. Ale już niedługo. Chwilę po tym, jak kopniesz w kalendarz, ono stanie się własnością twojego Błażejka głupio mądrego.

– Tylko przypominam, że ten Błażejek to twój zięć – Edmund ciągle siedział na fotelu, który był przykryty starym kocem w pomarańczową kratę – i jak by nie patrzeć, to mieszkanie będzie należało i do Natalii, i do Błażeja.

– To, że twój syn jest mężem mojej córki, nie oznacza, że mieszkanie będzie jej. Nie ma pewności, że oni ciągle będą razem. – Zaśmiał się i nagle machnął ręką. – Dobra… nie o nich mowa… Gotowy jesteś?

– Nie… to znaczy zależy, na co… jak na śmierć, to tak. – Kiwnął głową. – Kwatera na cmentarzu wykupiona, ubranie do trumny wisi w szafie, trumna wybrana. Zostaje tylko, abyście opłacili mój pogrzeb, ale na to chyba znajdziecie jakieś pieniądze, prawda?

– Co? – zdziwił się. – Kto ma znaleźć pieniądze? Ja? – zapytał. – Oszalałeś?! Masz tego synalka, który odziedziczy mieszkanie, to niech płaci. Ja nie mam z tobą nic wspólnego – oburzył się. – A tak w ogóle to wybierasz się już na tamten świat? Skoro masz już wszystko zaplanowane.

– Jeszcze nie, ale lepiej dmuchać na zimne – odparł Edmund. – Siadaj. – Wskazał ręką drugi fotel. – Niech ci tak nie wisi.

– Edmund, ja nie przyszedłem tu na ploteczki jak jakaś stara baba, ja przyszedłem po ciebie… Zapomniałeś już, że za godzinę przyjeżdża po nas ktoś tam i jedziemy do hotelu?

– Ja ci tyle razy powtarzałem, że nigdzie nie jadę. Dobrze mi jest w domu, ciepło, przyjemnie, a przede wszystkim cicho… i mam telewizor.

– I chcesz zrobić przykrość dzieciom? Doskonale wiesz, że opłaciły nam miesięczny pobyt w hotelu dla ludzi w naszym wieku. Co ci szkodzi jechać? Kasy wydawać nie musisz, zresztą tłumaczyłem ci już wiele razy, one tak samo… a ty dalej uparty jak ten osioł. Przestań już ględzić, wstawaj i się pakuj. Chyba że chcesz pojechać bez gaci na zmianę. – Spojrzał na swata. – A w ogóle… ty jeszcze siedzisz w szlafroku? I w piżamie?

– A co, nie wolno mi? Jestem u siebie.

– Nie no… wolno. Jasne, że wolno, ale… powiedz mi, ile ten szlafrok ma lat? On chyba jest starszy od ciebie – zaśmiał się w głos – i te piżamy ze trzy rozmiary za duże.

– Schudłem, a zresztą nic ci do tego…

– Mnie może nic, ale jak w hotelu jakaś babeczka cię zobaczy w takim stroju, to… padnie ze śmiechu… – Sam nie mógł przestać się śmiać. – Czy ty naprawdę nie możesz wybrać się na zakupy?

– Mogę, ale nie chcę. Po co mam tracić pieniądze, skoro to, co mam na sobie, jeszcze jest dobre? Zobacz – wstał na chwilę z fotela – nie ma żadnych dziur – Ponownie usiadł po prezentacji.

– Nie mam już do ciebie sił. – Machnął ręką. – Najwyżej to ty będziesz się wstydził, a nie ja. – Spojrzał na przyjaciela. – Idź się pakuj, bo jak powiem dzieciom, to będą bardzo niezadowolone, że wydały kasę na darmo, i to przez ciebie, bo nie chce ci się dupy ruszyć z fotela…

– Do grobu mnie wpędzicie kiedyś. Wy i te wasze pomysły. – Edmund powoli zaczął wstawać, widać było, że specjalnie się ociąga.

– Do grobu to później… najpierw przyjemności, później obowiązki. – Zaśmiał się.

Edmund nie miał wyjścia.

Poszedł do drugiego pokoju, wyjął walizkę z szafy i powrzucał do niej byle co, zwyczajnie brał z szuflad to, co miał, nie patrząc, czy dana rzecz mu się przyda, czy też nie. Z łazienki przyniósł kosmetyczkę, którą synowa Natalia przygotowała mu na wszelki wypadek. Jak to mówiła: „Gdyby tata nie daj Boże miał jechać do szpitala, to tu są najpotrzebniejsze kosmetyki”.

– Ja nie wiem, dlaczego oni mnie zmuszają do takich wyjazdów. Natalia dobrze wie, że ja mam swój harmonogram dnia. Cokolwiek by się działo, to przestrzegam go, a ona… pcha mnie do jakiegoś zacisza i po co? – Spojrzał na Bogusława.

– Chcą, abyśmy się rozerwali jakoś, wypoczęli, poznali nowych ludzi – wymieniał.

– To, że ty lubisz ciągle gdzieś jeździć i coś robić, nie znaczy, że każdy jest taki – odburknął.

– A tak w ogóle to jaki ty masz ten harmonogram dnia?

– Wstaję o szóstej, o siódmej zaczynam rozwiązywać krzyżówki, o ósmej jem dwa jajka na twardo i dwie kromki chleba, o dziewiątej idę do sklepu. Chyba że jest niedziela, to do kościoła, ale wtedy wychodzę nieco wcześniej, bo o dziesiątej piję kawę i jem coś słodkiego.

– Dobra, dobra, nie kończ już. A czemu wszystko odbywa się punktualnie?

– Nie wiem. – Wzruszył ramionami. – Lubię tak, od zawsze…

Edmund kręcił się po domu. Minuty mijały, a ten wciąż chodził i marudził. Bogusław miał anielską cierpliwość albo udawał, że ma.

– Kurka wódka! Mundek, ile można się pakować?! – uniósł głos. – Właśnie dostałem wiadomość, że kierowca już podjeżdża pod twój blok.

– A gdzie ci się tak spieszy? Na Sportową? – Usłyszał głos dochodzący z kuchni.

– A co jest na tej Sportowej? – zapytał Boguś.

– Cmentarz komunalny.

– Idziesz? Kierowca już jest.

Bogusław był coraz bardziej zdenerwowany i w tym momencie zaczął żałować, że wraz ze swoim swatem jedzie do Hotelu Słoneczne Zacisze na miesięczny wypoczynek.

Nagle pojawił się w drzwiach od pokoju z walizką w dłoni i kapeluszem na głowie.

– Jestem.

Bogusław spojrzał na przyjaciela i nic nie powiedział. Tak, wiedział, że Edmund jest zupełnie inny niż on. Pod każdym względem.

Kolejny raz przekonał się, że i styl ubierania się mają odmienny.

Bogusław zawsze był modnie ubrany. I nie, nie interesował się modą, ale starał się patrzeć, co jest w sklepach, a potem w fajny sposób łączyć ubrania. Jak na swój wiek był bardzo przystojnym, nieco szpakowatym mężczyzną. Mógł podobać się kobietom. Nawet dzisiaj był ubrany w jasnoniebieską koszulę typu polo, dżinsowe spodnie do kolan i oryginalne sandały. W saszetce, którą zakładał na biodra, miał jeszcze okulary przeciwsłoneczne.

Edmund przy nim wyglądał jak jego… pradziadek albo biedniejszy kolega. Bogusław już sam nie wiedział, jak nazwać to, co zobaczył. Bo ikoną stylu nie mógł nazwać kolegi. Mężczyzna miał na głowie kowbojski kapelusz, koszulę w kratę, ale taką, co to ludzie wkładają, idąc do ogrodu, albo robotnicy, idąc na budowę. A więc czerwona koszula w czarną kratę, brązowe spodnie, chyba od garnituru sprzed trzydziestu lat, i buty sportowe, które wszyscy nazywają adidasami.

– Co się tak patrzysz? Tak mnie poganiałeś, a teraz co? – zapytał. – Ja jestem już gotowy… niestety…

Bogusław wstał z fotela, wziął swoją walizkę i obaj wyszli przed blok. Tam czekał na nich jakiś mężczyzna. Miał to być kolega ich dzieci. To on miał ich zawieźć do Słonecznego Zacisza. Walizki włożyli do bagażnika, a oni sami wsiedli na tył samochodu. Nie wiedzieć czemu, żaden z nich nie chciał usiąść z przodu, tuż obok kierowcy.

– Ile będzie trwała ta podróż? – zainteresował się Edmund.

– To blisko. Godzinka i jesteśmy na miejscu – odpowiedział kierowca.

– Ile? – zdziwił się. – Blisko? Panie, blisko to jest wtedy, gdy mogę wyjść w kapciach po gazetę i wrócić po chwili do domu – wyjaśnił mężczyzna. – To jest, można powiedzieć, wyprawa życia.

Bogusław się nie odzywał. Nie miał na to sił i uważał, że słowa są tu zbędne. Zwyczajnie będzie musiał się przyzwyczaić do obecności Edmunda przez cały miesiąc. Liczył, że ten czas będzie przyjemny, a on naprawdę odpocznie, ale patrząc na to, jak jego swat, a zarazem przyjaciel marudzi i czepia się o wszystko, to… wątpił, że ten wyjazd będzie udany. Ale jak to mówiła jego córka, trzeba wierzyć, że nadejdą lepsze czasy. Więc starał się wierzyć z całych sił, ale nawet teraz tej wiary mu się odechciewało. Siedział przygarbiony, patrząc przed siebie. Dziwiło go to, bo przed oczami miał zagłówek przedniego siedzenia i raczej oprócz niego nic nie widział. Ale ani na moment nie spojrzał w okno.

Bogusław by tak nie mógł. On był z tych mężczyzn, którzy nie lubią marnować życia, bo miał świadomość, że ono jest tylko jedno. On czerpał z niego garściami, a może i wiadrami? Chodził na spotkania klubu seniora, wyjeżdżał na wycieczki organizowane przez bibliotekę albo dom kultury. Raz nawet był na wycieczce z kościoła, ale ta mu się nie podobała. Należał do klubu czytelnika. Każdy jego dzień był tak naprawdę wypełniony po brzegi i jak dzieciaki chciały go odwiedzić, to musiały kilka dni wcześniej go o tym poinformować, by mógł wpisać je w swój grafik. Boguś lubił różne wyzwania, lubił ludzi, a przede wszystkim tak bardzo kochał życie, że energii mógłby mu pozazdrościć niejeden nastolatek. A przecież Bogusław miał sześćdziesiąt siedem lat i już nie musiał działać na pełnych obrotach tak jak kiedyś. Ale chciał.

Ta godzina trwała chyba wieczność. Mundek wyglądał jak posąg albo jakaś mumia. Siedział tak sztywno, że przez chwilę jego kompan myślał, że koniec nastąpił w tym samochodzie, ale nie… W momencie gdy kierowca powiedział, że są na miejscu, Edmund poruszył się, kaszlnął, być może i pierdnął, bo nagle Boguś poczuł jakiś dziwny zapach, i wysiadł z auta.

– Dziękujemy bardzo panu. – Bogusław podał rękę kierowcy i się uśmiechnął.

– Nie ma za co. Przyjemnego pobytu. – Mężczyzna odwzajemnił uśmiech.

Niestety, Mundek nie zachował się, jak należy. Nic nie powiedział, tylko zostawił za sobą ciągnący się smród. Nim Boguś się zorientował, ten już stał przed hotelem i spoglądał na niego z dołu.

Wierzył, naprawdę wierzył, że nie zabije swojego swata w ciągu tego miesiąca. Wierzył, że wciąż będzie miał do niego mnóstwo sił i cierpliwości.

Rozdział 2

– A co ty tak patrzysz? – Boguś podszedł do przyjaciela.

– Zastanawiam się, czy jest możliwość, aby zwiać stąd – odparł bez zastanowienia. – Możemy pójść tam – pokazał palcem na drzwi hotelu – i powiedzieć, że jednak musimy zrezygnować, bo zostawiliśmy kota bez opieki albo nie wiem – wzruszył ramionami – zapomnieliśmy zamknąć drzwi na klucz.

– Mundek, za późno na to. – Spojrzał na niego. – A poza tym nie chcesz chyba robić na złość naszym dzieciom?

– Dzieciom? Jakie to dzieci? Przecież to stare konie mające po czterdzieści lat, a nie dzieci. Opanuj się, Bogusław!

– No wiesz… jesteśmy ich ojcami, więc to zawsze będą dla nas dzieci.

– Może dla ciebie. Dla mnie dziecko to takie z glutem wiszącym po pas, trzeba na nie łożyć i wysyłać je do szkół, aby zdobywało wiedzę, niekoniecznie potrzebną w życiu codziennym – wyjaśnił Edmund.

– Weź przestań pierniczyć. – Bogusław był wzburzony. – Chodź do środka, do recepcji. Musimy się zameldować.

– A co ja u lekarza jestem czy co? – Zrobił dziwną minę. – Meldować się… Pf… nie jestem od nikogo zależny, nie mam nad sobą nikogo… a meldować to mogą się żołnierze przełożonemu… w wojsku… – ciągle marudził.

– Brak mi sił do ciebie. – Machnął ręką. – Ja idę… a ty jak chcesz, to sobie tu stój nawet do jesieni.

– Jesień to u mnie trwa właśnie… jesień mego życia… – powiedział, po czym zaczął iść za swatem.

Weszli do środka i Edmund nieco się zdziwił. Spodziewał się hotelu jak z lat osiemdziesiątych, tak przynajmniej wydawało się Bogusiowi. Pierwszy szok Edmund przeżył przed drzwiami wejściowymi do budynku, gdyż nie trzeba było łapać za klamkę, bo one się same otworzyły. Mundek nie wiedział komu, ale podziękował serdecznie za otwarcie drzwi, po czym dość szybkim krokiem, jakby bał się, że go przytrzasną, wszedł do środka. Tam przeżył drugi szok. Wnętrze hotelu było bardzo nowoczesne. W kolorystyce przeważało złoto.

– To chyba jakaś pomyłka – powiedział, patrząc na Bogusia.

– Dlaczego?

– To ekskluzywny hotel, pewnie ma z dziesięć gwiazdek, jak nie więcej… a my zapewne mieliśmy trafić w zupełnie inne miejsce.

– Mundziu, kochany mój, ale dziś właśnie tak wyglądają hotele. Ja rozumiem, że ostatni raz byłeś w takim miejscu bardzo dawno temu i oczekiwałeś wystroju takiego, jak wtedy widziałeś, ale czasy się zmieniły. Musisz przyzwyczaić się do tego, że mamy dwudziesty pierwszy wiek.

Podeszli do lady, nad którą widniał duży napis „recepcja”. Za nią stała młoda dziewczyna z szerokim uśmiechem na twarzy.

– Dzień dobry. Witam panów serdecznie – powiedziała od razu.

– Dzień dobry. Nazywam się Bogusław Karaś, a to jest mój przyjaciel – pokazał ręką – Edmund Dworniak.

– Już sprawdzam – powiedziała młoda kobieta i zaczęła szukać czegoś w komputerze.

Mundek stał i jej się przyglądał.

Boguś, patrząc na niego, czasami miał wrażenie, że zaznajomił się z kimś z epoki kamienia łupanego. Nie miał pojęcia, jak Edmund przeżył te sześćdziesiąt pięć lat, skoro go wszystko dziwiło, a przecież był tylko dwa lata od niego młodszy.

– Poproszę jeszcze o panów dowody osobiste.

– Nie dam – odezwał się nagle Dworniak.

– Ale niestety bez tego nie możemy panów zameldować. Potrzebujemy numeru dowodu – wyjaśniła kobieta.

– Niech on daje, jak się nie boi. – Wskazał na Karasia. – Ja nie dam, bo nie chcę spłacać pani kredytów, które nabierze pani na mnie. Oj, młoda damo… na wnuczkę mnie nie zrobisz. – Pogroził jej palcem.

– Ale, Mundziu, pani – spojrzał na plakietkę, którą kobieta miała przypiętą do koszuli – Jowita wcale nie chce brać na ciebie żadnych kredytów czy pożyczek. W tych czasach potrzebne są twoje dane, abyś mógł przespać się w hotelu – próbował wyjaśnić jak małemu dziecku. – To normalny proces. – Podał recepcjonistce swój dowód.

– Dobra, ale jak ona nabierze niby na mnie pieniędzy, to ty spłacasz wszystko… okej? – Czekał na odpowiedź.

– Tak. Gwarantuję albo i obiecuję, że jak coś, to biorę wszystko na siebie. – Puścił oczko Jowicie.

Mundek wyjął z saszetki portfel, a z niego dowód osobisty i podał recepcjonistce do spisania potrzebnych danych.

– Super. To już mamy wszystko załatwione. – Spojrzała raz na jednego, raz na drugiego mężczyznę, następnie wyjęła karty do drzwi i światła z szuflady. – Proszę, panów pokój znajduje się na pierwszym piętrze, numer dwieście osiem.

– Dziękuję serdecznie, życzę…

Edmund nie dał dokończyć swatowi.

– Ale co „dziękuję”? My mamy być w jednym pokoju? – zapytał bardzo zdziwiony.

– Tak, pani Natalia i pan Błażej, czyli osoby, które rezerwowały panów pobyt u nas, wyraźnie powiedzieli, że nie ma innej możliwości niż umieszczenie panów w jednym wspólnym pokoju. Stwierdzili, że we dwóch będzie panom raźniej – wyjaśniła.

– Taaa… raźniej… Jak on nawet nie ma harmonogramu dnia. Co ja będę z nim robił? – Edmund wyraźnie posmutniał.

– Wie pan… u nas w hotelu będzie mnóstwo atrakcji zarówno dla panów, jak i dla innych osób, które tu będą. Gwarantuję, że panowie nie będą się nudzić.

– Atrakcje? Pani droga… ja sam potrafię o siebie zadbać, i to wy powinniście dostosować się do mojego rytmu dnia, a nie ja do was.

– Mundziu, uspokój się. Jak nie będziesz chciał korzystać, to nie będziesz musiał. Tu nic nie jest obowiązkowe – próbował go uspokoić Bogusław. – A teraz chodźmy do pokoju, rozpakujemy się i pomyślimy, co dalej…

– Poczekaj… – powiedział i zwrócił się do recepcjonistki. – A gdzie znajdę rozpiskę tego, co można u was robić? Bo gdybym tak chciał… tak w ostateczności, nie z nudów, ale z ciekawości, skorzystać z czegoś, to skąd mogę wiedzieć, że te wasze atrakcje są pomiędzy moimi obowiązkami?

Jowita spojrzała na Bogusława. Widać było, że chyba dawno nie obsługiwała tak dziwnego klienta. Wyglądała tak, jakby z jednej strony chciała się śmiać, a z drugiej opierniczyć go z góry na dół. Ale z racji wykonywanej pracy musiała być miła i uprzejma, niestety.

– Cała rozpiska wisi na ścianie w gablocie – odpowiedziała. – Konkretnie tam. – Pokazała palcem. Ale ona będzie się zmieniała, bo wiem, że opiekunowie co jakiś czas wymyślają nowe atrakcje.

– Przepraszam za niego. – Boguś wskazał głową na przyjaciela. – I dziękujemy bardzo za pomoc. – Uśmiechnął się do młodej dziewczyny.

Ona nic nie odpowiedziała, tylko odwzajemniła uśmiech. Mężczyźni poszli schodami, bo oczywiście Mundek bał się windy. Ostatnio oglądał jakiś film, w którym winda się zacięła, i bał się, że i tu tak się stanie. Boguś nie miał już siły na tłumaczenia, więc bez słowa poszedł za swoim towarzyszem.

Dość szybko odnaleźli swój pokój, dlatego że znajdował się on na wprost schodów, którymi szli na górę.

– Też mi miejsce – burknął pod nosem Edmund, myśląc, że jego kompan go nie słyszy.

– O co ci chodzi?

– O to, że pokój znajduje się w tym miejscu. A przecież mógłby być gdzieś dalej.

– Tobie to wszystko przeszkadza. – Bogusław otworzył drzwi do pokoju i wszedł pierwszy.

Pokój nie był duży, ale dość fajnie wyposażony. Jedna duża szafa, dwa łóżka, które prawdopodobnie były bardzo wygodne, oprócz tego telewizor, który wisiał na środku ściany naprzeciw łóżek.

Dodatkowo okazało się, że panowie mają balkon, a na nim dwa krzesła.

Więc wieczory albo poranki mogli spędzać na świeżym powietrzu i pić na przykład poranną kawę.

– I jak ci się pokój podoba? – zaryzykował pytanie Bogusław Karaś.

– No może cię nieco zaskoczę, ale nawet fajnie tu jest. Tylko ciekawe, co będzie dalej. Widziałem, że kobiety są…

– No są, a co ma ich nie być? – zdziwił się. – Może poznamy jakieś fajne babeczki. – Podniósł kilka razy brwi.

– Boguś, ty już nie układaj mi życia, dobrze? Ja miałem styczność z wieloma kobietami, które koniec końców okazywały się naciągaczkami.

– Coo? – zdziwił się Karaś. – Opowiadaj, bo chyba nie znam tych historii.

– A proszę cię bardzo.

Usiadł na łóżku.

– Była taka Krystyna, mówiła, że mam bardzo piękne oczy, zachwycała się nimi i ich kolorem. Okazało się, że jest optykiem i chce mi wcisnąć okulary za nie wiadomo jak wielkie pieniądze. Była też Rozalia, mówiła, że mężczyzna w moim wieku to musi porządnie się wyspać. Ja już myślałem, że proponuje mi… wiesz co…

Zamrugał.

– Już w myślach kombinowałem, skąd wziąć niebieską tabletkę, a ona do mnie, że sprzedaje materace. A całkiem niedawno, bo jakieś dwa lata temu, w sklepie na dziale z warzywami spotkałem Sonię. Tak, wiem, imię jak dla psa, ale co zrobisz…

Wzruszył ramionami.

– Wybierałem co lepsze pomarańcze, wkładałem do siatki i wtedy ona mnie zaczepiła. Zaczęła coś gadać o zdrowym odżywianiu, że podziwia, i zapytała, czy uprawiam jakiś sport, bo jestem taki szczupły – mówił z dumą, ale za chwilę zmienił ton swojej wypowiedzi. – No już miałem nadzieję na randkę w pobliskiej galerii handlowej, aż tu ona nagle, że jest ambasadorką czy kimś tam od sokowirówek. Widzisz… widzisz, jakie baby są! Dlatego ja powiedziałem, że kończę z kobietami, bo każda najpierw się przymila, a później chce wydoić kasę z faceta.

– Wiesz co… ja mam świetny pomysł! – odezwał się Boguś. – Znajdź sobie swoją ukochaną w kolejce do lekarza. Będziecie mieli wspólne tematy, wspólny harmonogram dnia, a może i takie same lekarstwa będziecie brali. A dodatkowo… w razie czego będzie miał kto zajmować ci kolejkę w poczekalni.

– To nawet nie taki głupi pomysł! – Mundek klasnął.

Bogusław nic nie powiedział, pokręcił tylko głową. Był bardzo ciekawy, co przyniosą mu kolejne dni.

Przez najbliższy kwadrans przyjaciele nic do siebie nie mówili. Starali się rozpakować rzeczy z walizek do szafy stojącej tuż przy drzwiach w ich pokoju.

Nagle do tych drzwi ktoś zapukał. Mundek wyszedł szybko na balkon, jakby bał się gościa. Boguś z uśmiechem na ustach otworzył drzwi. Przed nimi stała kobieta ubrana w sukienkę z dużym dekoltem.

– Dzień dobry, sąsiedzie – powiedziała. – Przyszłam się przywitać, ale i zaprosić na kolację zapoznawczą.

– Dzień dobry. – Bogusław już teraz był oczarowany nową koleżanką. – Proszę, zapraszam do środka. – Odsunął się, robiąc jej miejsce. – Wyciągnął do niej rękę. – Nazywam się Bogusław Karaś. – Pocałował ją w dłoń.

– Danuta Gajda. – Uśmiechnęła się. – Ale z pana dżentelmen.

– Dziękuję. – Zaczął iść w stronę balkonu. – Mieszkam tu z moim przyjacielem Edmundem. Proszę chwilę zaczekać, pójdę po niego.

Wyszedł na balkon i delikatnie zamknął za sobą drzwi. Coś wytłumaczył, a za moment wrócili do pokoju razem.

– Oto mój przyjaciel Edmund Dworniak. – Pokazał ręką.

– Dzień dobry – powiedział dość oschle Mundek. – Miło poznać i takie tam… a teraz wybaczcie, ale idę odpocząć.

I poszedł.

Boguś spojrzał na Danutę. Widać było po niej zakłopotanie, dlatego on sam musiał ratować sytuację, bo ta kobieta naprawdę wpadła mu w oko.

– Przepraszam cię, Danusiu, ale Mundek jest tu… na siłę. Wiesz, nasze dzieci zafundowały nam pobyt tutaj w ramach niespodzianki. On nie chciał i teraz wszystko go złości – próbował wyjaśnić zachowanie przyjaciela.

– Nic nie szkodzi. W końcu będziemy tu miesiąc, więc może zmieni się jego humor. Ja to zawsze się śmieję, że takie osoby są jak mięso w zamrażarce. Dostaną trochę ciepła i się rozmrażają. – Uśmiechnęła się. – To jak, będziecie wieczorem na kolacji?

Bogusław już teraz miał pewność, że z Danutą przetańczą niejedną noc, o ile tu będą jakieś dancingi.

– Jasne, że będziemy! Ale pod warunkiem, że będziemy siedzieli obok siebie. – Puścił do niej oczko.

– Oj… flirciarz się znalazł. – Pokiwała palcem wskazującym. – Lubię takich. – Teraz to ona mrugnęła do niego. – Do zobaczenia! – zawołała i wyszła.

– Co za kobieta – powiedział Boguś, gdy został sam. – Idealna, jak z mojego snu.

Nagle do pokoju wszedł Edmund.

– Poszła ta lampucera? – zapytał wprost.

– Kto?

– No ta damulka… Boże, jaki smród zostawiła za sobą, chyba z pół butelki wody kolońskiej wylała na siebie.

– Smród to ty zostawiłeś w samochodzie facetowi, który nas tu przywiózł, a Danusia faktycznie spryskała się obficie, ale perfumami, nie wodą kolońską. To ładny zapach, delikatny, a jednocześnie uwodzicielski…

– Taaa… chyba duszący jak jakiś wąż dusiciel, do kibla się nadaje ten zapach, nie na ciało…

– O co ci chodzi? Co ty taki agresywny jesteś?

– Bo przychodzi mi tu do pokoju jakaś flądra, zaprasza na kolację, a ty jakby nigdy nic cieszysz się i idziesz. Dodam, że to obca baba jest. – Spojrzał na przyjaciela.

– Mundek… kolacja jest dla osób, które tak jak my będą gościły przez miesiąc w hotelu. To kolacja zapoznawcza, tak można powiedzieć. Więc nie idę z nią sam na sam, tylko z tobą i innymi ludźmi.

– A skąd wiesz, że ja idę?

– Bo nie jesteś na tyle głupi, aby przez trzydzieści dni siedzieć sam w pokoju.

Bogusław nie miał już sił do przyjaciela. Tak bardzo się bał tego czasu z nim w jednym pokoju. Czyżby katastrofa wisiała w powietrzu? Uduszenie poduszką, dosypanie czegoś do wody. Możliwości było wiele.

– Zobaczymy, jak się sytuacja rozwinie. Nasz balkon wychodzi na jakiś ogród. Idziemy zobaczyć? Albo chociaż posiedzieć na ławce, bo akurat jest cień – zaproponował Mundek.

Oczywiście Karaś był bardzo zdziwiony. Nie spodziewał się, że jego swat wyjdzie z inicjatywą jakiegoś spaceru. Bo tak można było nazwać to wyjście z pokoju. Mimo iż wolałby przygotować się na tę wieczorną kolację, to nie odmówił. Należało korzystać z okazji, póki Dworniak był chętny gdziekolwiek wychodzić.

Ogród był naprawdę piękny. Zaraz po wyjściu z hotelu można było zauważyć dużo zieleni. Na samym środku placu stała fontanna, z której leciała woda, a obok niej mieściły się ławki. Na całym terenie znajdowało się dużo różnych ścieżek, które koniec końców prowadziły do fontanny, ale można było sobie pospacerować i w ramach odpoczynku usiąść na jednej z ławek oraz podziwiać piękne gatunki kwiatów.

– I jak ci się podoba ogród? – zapytał Mundek.

– Podoba się, i to bardzo! – odpowiedział bez zastanowienia Bogusław. – Zobacz, tam ktoś siedzi. – Pokazał głową.

– I co z tego? – Wzruszył ramionami. – Niech siedzi, nikt mu nie broni, a od tego przecież jest ławka.

Bogusław machnął ręką, zostawił przyjaciela i podszedł do mężczyzny.

– Dzień dobry – powiedział z uśmiechem. – Przepraszam, że przeszkadzam. – Dopiero zauważył, że mężczyzna trzyma książkę w dłoniach. – Chcę się przywitać, bo z tego, co mi się wydaje, to spędzimy tu razem dość dużo czasu.

– A dzień dobry. – Wstał i wyciągnął rękę. – Nazywam się Janusz Śmiałek.

– Bogusław Karaś, miło mi, i to bardzo. Mogę się dosiąść? – zapytał, zapominając zupełnie o swoim swacie, z którym tu przyjechał.

– Jasne, siadaj. – Janusz nieco się odsunął, by zrobić miejsce nowemu koledze.

Nagle usłyszeli jakieś chrząknięcie. Boguś spojrzał przed siebie i zobaczył stojącego Mundka.

– A tak, zapomniałem przedstawić – odezwał się. – To Edmund Dworniak – pokazał głową – mój przyjaciel, a jednocześnie swat. Wiesz, Janusz, nasze dzieci się pobrały. Jego syn i moja córka.

– Cześć. – Janusz wyciągnął dłoń do Edmunda. – Czyli jak widzę, można liczyć na rodzinną atmosferę.

– No rodzinną… tak jak u teściowej i synowej – odburknął Mundek.

– Siadaj, miejsca na ławce wystarczy – wtrącił się Karaś.

Edmund usiadł, chociaż widać było po nim, że w ogóle tego nie chce. Robił jakieś dziwne miny, mruczał coś pod nosem.

– Lubisz czytać? – zapytał nie wiadomo po co Dworniak.

– Tak, czytam, a właściwie staram się czytać dwie książki dziennie – odparł Śmiałek.

– To kiedy ty masz czas na coś innego? – zdziwił się Mundek.

– Nic innego mi nie jest potrzebne. Raz w tygodniu idę na zakupy, a tak całymi dniami siedzę na kanapie albo ulubionym fotelu i czytam.

– Nie oglądasz telewizji? – zadał pytanie Boguś.

– Nie mam w domu telewizora.

– Cooo? Jak to? – krzyknął ze zdziwienia Mundek. – Ileż można czytać… są przecież ciekawsze rzeczy do roboty.

– Drogi kolego, każdy lubi robić co innego i ważne jest to, aby akceptować i szanować odmienność drugiego człowieka.

Przyjaciele na chwilę zamilkli. Edmund od razu wiedział, że nie dogada się z nowo zapoznanym mężczyzną, natomiast Boguś liczył, że swoimi umiejętnościami odmieni podejście Janusza do życia i otaczającego go świata.

– Będąc tu, też będziesz tyle czytał?

– Tak, Edmundzie, będę. – Spojrzał na niego. – Bo co innego mam robić?

– Jak to co? Mamy tu wypocząć, może poznać jakieś kobitki, pójść na tańce, zaszaleć – zaczął wymieniać Bogusław.

– Oj, panowie, panowie… – Machnął ręką. – Mnie takie rzeczy już nie w głowie, romanse są dobre dla młodych, a nie dla starych.

– Starych? Janusz, ogarnij się, chłopie. – Karaś klepnął kolegę w plecy. – Stara to jest dupa, bo zębów nie ma, a nie my. Oj, ja jeszcze zeswatam cię z jakąś ślicznotką, oj, zeswatam!

– Wątpię w to – odburknął, wziął książkę w dłoń i zaczął czytać.

– Chodź, Boguś, idziemy dalej. Nie przeszkadzajmy koledze. – Mundek wstał z ławki i po chwili zwrócił się do Janusza. – A ty uważaj na niego. – Pokazał głową na swata. – Nim się obejrzysz, upije cię jakąś tanią wódką, wepchnie jakiejś kobiecie do łóżka i nici z czytania dwóch książek dziennie – powiedział i poszedł.

Janusz nagle zaczął się zmieniać. Widać było po nim, że z minuty na minutę zaczyna się bać. Ale czego? Spotkania z kobietą, upicia się czy może jednego i drugiego? Tego chyba nie wiedział nawet on sam.

– Janusz, nie bądź taki nieśmiały, skoro masz takie śmiałe nazwisko. – Bogusław znowu poklepał po plecach kolegę. – Czytaj ładnie, ja już ci nie przeszkadzam. Spotkamy się na kolacji, tak?

Ten nic nie odpowiedział, tylko kiwnął głową i zanurzył się w lekturze.

Karaś dość szybko podszedł do Edmunda.

– Czemu zacząłeś go straszyć? Przecież wiesz, że ja nie piję alkoholu, a i nie wiadomo czy w ogóle można tu wnosić.

– Widziałeś, jak on wygląda? Jak pożal się Boże zbity pies na łańcuchu przy budzie w deszczową noc. No kto to widział, aby chłop czytał dwie książki dziennie. To chyba jakaś popierdółka, a nie chłop.

– Edmund, ale ty nie jesteś lepszy. Ty zamiast korzystać z życia, to może i nie czytasz książek, ale ciągle oglądasz telewizję.

– I co z tego? – Wzruszył ramionami, jak miał to w zwyczaju. – Jestem tu z tobą i nie zaszyłem się gdzieś w kącie.

– Ale jak Danuta przyszła, to uciekłeś na balkon. – Karaś zaśmiał się.

– Bo Danuta to rozpustna kobieta z cyckami na wierzchu… Aż nie wiedziałem, gdzie wzrok podziać, takie miała wielkie – odpowiedział nieco ciszej.

– I co z tego? Przecież jesteś starym doświadczonym mężczyzną i niejedne cycki miałeś przed oczami.

– Kiedy to było… – Machnął ręką. – Teraz to ja nie chcę oglądać. Zostałem zmuszony do przyjazdu tu i poznawania nowych ludzi, ale ubranych, i to w pełni, a nie z takimi dekoltami. – Zaprezentował na sobie.

– A róbta, co chceta… – Teraz Boguś machnął ręką i poszedł do hotelu.

Mundek został sam. Nie wiedział, co ma począć ze sobą i z godziną, która została do tej kolacji zapoznawczej. Z jednej strony najchętniej by uciekł z tego miejsca, ale wiedział, że nie może tego zrobić. Dzieci naprawdę się postarały i wydały dość sporo kasy, aby jemu i Bogusławowi sprawić przyjemność. Nikomu nie chciał sprawiać przykrości, więc cokolwiek by się działo, musiał spędzić miesiąc w tym miejscu, które już od samego początku wydawało mu się dziwne.

***

Nim przyjezdni się obejrzeli, już nastał czas, aby wchodzić do jadalni hotelowej, czy jak nazwać to pomieszczenie, w którym miała odbyć się kolacja powitalna dla nowo przybyłych gości. Wystrój był naprawdę ładny, jak to oceniły kobiety, które Edmund spotkał przy wejściu. Co prawda nie zamienił z nimi żadnego słowa, ale czy tego chciał, czy też nie, to słyszał o czym mówiły.

Czy jemu to się podobało? To znaczy ten wystrój. Niekoniecznie… Ale on był bądź co bądź mężczyzną i tak naprawdę te wszystkie obrusy czy wstążki na krzesłach nie były mu do niczego potrzebne. Dla niego ważne było to, aby krzesło było wygodne, a jedzenie smaczne.

A, i jeszcze jedno… aby cycata Danuta nie usiadła obok niego, tak samo jak nudny Janusz. Tak, Edmund zdążył nadać przezwiska nowym znajomym. Oczywiście nazywał ich tak w myślach, a nie na głos.

O dziwo, Edmund Dworniak przyszedł pierwszy. Nie miał pojęcia, co się dzieje z jego przyjacielem Bogusławem Karasiem. Gdy wrócił z ogrodu, jego nie było w pokoju hotelowym i nie zjawił się aż do tej chwili. Czy Mundka ciekawiło, gdzie jego swat przebywa? Zupełnie nie. Boguś był dorosłym, pełnym pomysłów mężczyzną, dlatego Edmund wolał nie wypytywać o nic, bo znając życie, to, co by usłyszał, bardzo by mu się nie spodobało.

Zajął pierwsze miejsce z brzegu przy długim, suto zastawionym stole. Nagle przy nim pojawił się jego przyjaciel.

– No jesteś! Nareszcie… Gdzie byłeś? – zapytał Mundek.

– Byłem na spacerze.

– Jak to na spacerze? Przecież zaraz po spotkaniu z Januszem poszedłeś do hotelu.

– No tak, to prawda. Następnie wyszedłem głównym wejściem i poszedłem zobaczyć, co znajduje się w okolicy.

– I co tam jest? – Dworniak był szczerze zainteresowany.

– Właśnie nie wiem. Ledwo co wyszedłem za bramę, to zgarnął mnie ochroniarz i chciał ode mnie przepustkę.

– Jaką przepustkę?

– Jak chcemy gdzieś wyjść, to mamy poinformować o tym recepcjonistkę, a ona musi wpisać nas na listę wraz z godziną wyjścia. Da nam właśnie tę przepustkę, którą trzeba pokazać ochroniarzowi. A jak wrócimy już na teren hotelu, to znowu musimy pojawić się w recepcji, by tam odnotowano godzinę powrotu.

– My jesteśmy na wczasach w hotelu czy w więzieniu siedzimy za karę… a właściwie przez nasze dzieci? – zapytał Edmund, ale nie oczekiwał odpowiedzi, bo dalej mówił: – Ja się na takie coś nie zgadzam. I jak na złość nigdzie nie będę się wybierał… a co za tym idzie: nikomu nie będę musiał się tłumaczyć.

Bogusław nie skomentował słów wypowiedzianych przez przyjaciela.

W sumie nawet nie zdążyłby tego zrobić, bo do pomieszczenia wpadła Danuta. Jako że Edmund i Bogusław siedzieli na końcu długiego stołu, tuż przy wejściu do jadalni, zauważyła ich od razu.

– Cześć, moi przystojniacy – powiedziała, patrząc raz na jednego, raz na drugiego. – Pozwolicie, że usiądę obok was.

Oczywiście nie czekała na to pozwolenie, tylko gwałtownym ruchem odsunęła krzesło od stołu i usiadła na nim. Mundek cieszył się, że to nie obok niego ona siedzi. Miał szczęście, że przyszedł tu jako pierwszy i z Danutą będzie rozmawiał jego przyjaciel.

– Ale wy jesteście eleganccy – powiedziała z uśmiechem na twarzy.

– Dziękuję – odpowiedział Dworniak.

– Danusiu, ale to ty jesteś dzisiaj prawdziwą gwiazdą. – Jego swat był bardziej wylewny.

– Ta, chyba ze spalonego teatru – powiedział dość cicho Mundek.

Boguś miał rację, bo Danuta Gajda, jak na elegancką kobietę przystało, olśniewała swoją urodą chyba wszystkich. Długie blond włosy spięła w dość wysoki kucyk, na wciąż piękne ciało włożyła obcisłą, złotą sukienkę, oczywiście z dekoltem. Na prawej ręce miała trzy albo i cztery złote bransoletki, które dźwięczały przy każdym ruchu, zaś na lewej zegarek na delikatnym łańcuszku.

– Ale ty jesteś miły, Bogusiu. – Pocałowała go. – Oj, przepraszam, ale chyba zostawiłam ci pieczątkę na policzku. – Zaśmiała się. – Już ją wycieram.

Bogusław się nie odzywał. Widać było, że podoba mu się nie tylko Danuta, ale i jej gierki.

Kobieta dość szybko wyjęła chusteczkę jednorazową z małej torebki i zaczęła delikatnie wycierać szminkę z policzka kolegi.

– Danusiu, już nie trzeba. – Ujął jej dłoń. – Uznajmy, że zarezerwowałaś sobie mnie dla siebie. – Uśmiechnął się, patrząc jej w oczy.

– Ty kokiecie jeden – pogroziła mu palcem – już byś chciał, abym należała tylko do ciebie. Ja taka łatwa nie jestem. – Puściła do niego oczko.

– Kobieciarzu by bardziej pasowało… – mruczał pod nosem Mundek. – Nie jest łatwa… też mi coś… a cyce na wierzchu… kusicielka jedna… zła kobieta… szatan w kobiecej skórze…

Bogusław być może słyszał to, co jego kolega mówił, ale nie komentował. Chciał skupić się na pięknej kobiecie, która siedziała obok niego i która już kilka godzin po poznaniu się dała mu całusa w policzek. Tak szybkiej akcji to się nie spodziewał, ale podobało mu się to.

Nagle na prowizorycznie zrobioną scenę weszła kobieta.

– Dzień dobry państwu! – krzyknęła do mikrofonu. – Witam wszystkich na miesięcznym odpoczynku w Słonecznym Zaciszu!

Rozległy się brawa.

– Nazywam się Roksana Lato i przez te wszystkie dni będę, można powiedzieć, państwa opiekunką. To znaczy, że jak będą jakieś problemy, uwagi bądź pytania, proszę przychodzić od razu do mnie, wszystko będziemy wyjaśniali i rozwiązywali na bieżąco. – Uśmiechnęła się, obejmując wzrokiem, a przynajmniej starając się to robić, całe towarzystwo siedzące w jadalni.

Kolejny raz wszyscy albo prawie wszyscy, bo pewnie oprócz Edmunda, zaczęli klaskać.

– A teraz… jak państwo się pewnie domyślają… czas na przedstawienie się. Zejdzie nam, mam nadzieję, dość szybko. Bo w tym roku grupa jest wyjątkowo mała.

– Dwadzieścia osób to mało? – zapytał chyba sam siebie Dworniak, ale widocznie zrobił to tak głośno, że Roksana to usłyszała.

– Tak, proszę pana, to mało… – odpowiedziała – są turnusy, że tak to nazwę, na których jest nawet sto osób, czyli maksymalna liczba gości, którą jest w stanie przyjąć hotel.

– To faktycznie jest się z czego cieszyć. Przy większej liczbie chyba bym oszalał – dopowiedział.

– Ale skoro pan się pierwszy odezwał i jak wszyscy widzimy, siedzi pan na samym początku, to zachęcam do przedstawienia się. Wystarczy samo imię i kilka słów o sobie. Wiadomo, że nie wszystko od razu trzeba zdradzać. – Uśmiechnęła się. – Państwo sami będą się lepiej poznawać, teraz robimy tylko krótkie przedstawienie. W końcu spędzimy ze sobą aż trzydzieści dni!

– Edmund, lubię ciszę, spokój, nie tańczę, nie śpiewam, nie czytam… czekam na powrót do domu.

Nastąpiła cisza, widać było po minach innych osób, że się nieco zdziwiły wypowiedzią Mundka, ale Roksana przerwała ją oklaskami, reszta poszła za jej przykładem.

– Cześć. – Boguś wstał. – Jestem Bogusław. Jestem mężczyzną otwartym, wesołym, lubię śpiewać i tańczyć oraz oczywiście nawiązywać nowe znajomości. – Po zakończonej wypowiedzi usiadł i momentalnie usłyszał gromkie brawa.

I tak po kolei przedstawiali się wszyscy mieszkańcy tego hotelu.

Mieli różne zainteresowania i różne charaktery, co można było wywnioskować po ich wypowiedziach, ale też tonie tych wypowiedzi. Co prawda nikt ich nie słuchał i w sumie mogli nic nie mówić, wyszło by na to samo. Tak naprawdę to żaden z obecnych tu mieszkańców nawet nie miał pojęcia, jak wyglądają inni, którzy tu przyjechali. To było dość dziwne, bo przecież mieli spędzić ze sobą sporo dni. Ale właśnie tacy byli ludzie. W ogóle nieskłonni do poznawania nowych osób. Chyba że były one do czegoś potrzebne, to zupełnie co innego.

Gdy ostatnia osoba skończyła mówić, Karaś zaczął się zastanawiać, czy Dworniak pozna tu jakąś kobietę albo chociaż kolegę, z którym będzie mógł spędzać czas. Obawiał się, że on jako jedyny mężczyzna będzie męczył się w gronie tak ciekawych ludzi. Z tym że po jego przyjacielu można było się naprawdę wiele spodziewać. Dlatego liczył, że wkrótce go czymś zaskoczy.

Kolacja zapoznawcza trwała w najlepsze. Na stołach było dużo pysznych potraw. Każdy mógł znaleźć coś dla siebie, nawet najbardziej wybredna osoba.

A takim człowiekiem właśnie był Bogusław Karaś. On mało co lubił, owoców w ogóle nie jadał, warzywa jadł, ale też nie wszystkie, ziemniaki dla niego mogłyby nie istnieć, a z mięsa lubił tylko kurczaki.

Zupełnie przeciwnie do Edmunda, bo ten to jadł wszystko to, co podstawili mu pod nos. Nieważne, czy coś było dobre, czy też nie, nigdy nie krytykował ani nie chwalił, zwyczajnie jadł, bo uważał, że jedzenia nie można marnować. Co prawda wiele razy zatruł się czymś, co było dawno po terminie, i zamiast wyrzucić, to… wrzucił do swojego brzucha. Twierdził, że lepiej zjeść i się zatruć niż zmarnować pieniądze.

Dziwna była jego logika i mimo iż Bogusław tłumaczył mu, że jednak lepiej wyrzucić coś przeterminowanego, bo jak się zatruje, to może wydać o wiele więcej na lekarzy i lekarstwa, ale ten był uparty jak osioł i nic sobie z tego nie robił. Dlatego po jakimś czasie Karaś przestał zwracać uwagę na przyjaciela i nie pouczał go w żadnej z kwestii, a w szczególności gdy chodziło o jedzenie.

Nagle na scenie kolejny raz pojawiła się Roksana Lato.

– Proszę państwa, mam nadzieję, że jedzenie smakowało. Teraz chętnych zapraszam do wspólnej zabawy!

Chwilę po tym, jak skończyła mówić, muzyka zaczęła głośno grać. Jako pierwsi na parkiet wyszli Danuta i Bogusław. No bo kto inny? Tańczyli przytuleni do siebie do przebojów z lat ich młodości.

– Ale ona się do niego klei – powiedział Edmund – jak klej w taśmie klejącej.

Miał pecha, bo usłyszała go kobieta… a może mężczyzna… Sam nie wiedział, jakiej płci był ten człowiek. Co prawda wyglądał na kobietę. Kolczyki w uszach, chociaż bardziej to chyba klipsy były. Sukienka do kostek w czarnym kolorze, siwe, krótkie i kręcone włosy, ale… ten wąs był mylący. I jak na złość ta osoba odezwała się do Dworniaka.

– No ja też zauważyłam, że to będzie para miesiąca – odpowiedziała.

Czyli to kobieta, bo powiedziała, że zauważyła… – pomyślał Mundek. – A to psikusa mi zrobiła z tymi wąsami. Ciekawe, czy prawdziwe, czy doklejone. – Zerkał na nią kątem oka, by ustalić, co jest prawdą, a co nie. – A może mam jakieś zwidy? – Wziął do ręki szklankę z napojem, który miał być sokiem pomarańczowym. – Może mi czegoś dolali? – zadawał sobie pytania. – A może to tylko sen? Bo jak… kobieta, wąs i ten dość gruby głos?

– Nazywam się Franciszka Gładka. – Podała mu rękę na przywitanie. – A ty to Edmund spokojny, prawda?

– Edmund Dworniak, a nie Spokojny – odpowiedział.

– Nieee, chłopie, nie o to mi chodzi… spokojny z charakteru – wyjaśniła. – Spodobałeś mi się, to znaczy to, co mówiłeś o sobie, jak się przedstawiałeś. Lubię takich mężczyzn.

Czy ona mnie podrywa? – zapytał sam siebie. – Oby nie, bo jak to całować się z takim wąsem. – Nagle pokręcił głową, jakby chciał wyrzucić z niej tę myśl.

– Co ty tak kręcisz tą głową? Wpadło ci coś czy może masz zapalenie ucha? – zapytała Franciszka.

– Nie, nie… tak jakoś… – Nie wiedział co odpowiedzieć.

Edmund siedział prosto i z udawanym zainteresowaniem patrzył, jak jego przyjaciel tańczy z cycatą Danką. Chciał, aby pani Gładka poszła jak najszybciej, gdziekolwiek!

W ogóle… Gładka. – Zaśmiał się w duchu. – Jeżeli wszędzie ona jest gładka tak jak na twarzy, to… Brak mi słów… Powinna zmienić nazwisko na Wąsacz… Franciszka Wąsacz brzmi o niebo lepiej.

– Co ty, Edmundziku, taki milczący jesteś? – Szturchnęła go. – Zazdrościsz koledze?

– Ja? – zdziwił się. – Absolutnie… niczego mu nie zazdroszczę – odpowiedział poważnie.

– A mnie się wydaje, że pan jest znakomitym tancerzem – powiedziała do niego szeptem, ale on niestety nie mógł skupić się na słowach, bo skupiał się na ustach i tym wąsie, który poruszał wraz z nimi.

Nie mógł uwierzyć w to, co właśnie tu się dzieje… Siedział z kobietą z wąsami, która ewidentnie go podrywała i chce zaciągnąć na parkiet. W myślach błagał, aby przyszedł do niego ktokolwiek… nawet cycata Danka, byle nie siedział już dłużej z tą Franciszką.

– Edmundziu, co ty taki smutny jesteś? – Przybliżyła się do niego jeszcze bardziej. Bał się, że smyrnie go w policzek tym wąsiskiem.

– Ja smutny? Nie… w ogóle… wydaje się pani… to znaczy… wydaje się tobie, Franciszko…

No nie mógł na nią patrzeć, bał się odwrócić wzrok, bał się, że zamiast spojrzeć jej w oczy, przypadkowo, zupełnie przypadkowo, jego wzrok ucieknie gdzie indziej. Bał się, że zobaczy, jak Franciszka śmieje się… pod wąsem. Bał się wszystkiego, co z tą kobietą może się wydarzyć.

– Edmundzie… ja już zauważyłam cię przy bramie, jak wysiadłeś z auta wraz z tamtym. – Pokazała palcem na Bogusia. – Spodobałeś mi się… jak to się mówi od pierwszego wejrzenia. Wiesz, ja znam się na ludziach – buzia jej się nie zamykała – i oprócz tego, że jesteś przystojny, to jeszcze zabawny, śmieszny, wesoły i masz wielkie marzenia. Tylko wszystko ukrywasz, udając nudnego faceta. Boisz się, że trafisz na nieodpowiednią kobietę, więc wolisz nie pokazywać, jaki jesteś naprawdę.

Tak, przystojny, zabawny, śmieszny, wesoły? – pomyślał. – Chyba to ktoś chce ze mnie takiego zrobić. A może ja biorę udział w jakiejś ukrytej kamerze? Mam marzenia, jasne, że mam. W sumie to jedno. Teleportacja do normalnego świata, gdzie kobiety nie mają wąsów.

– Dziękuję za miłe słowa. – Tylko to mógł z siebie wydobyć.

W końcu nastąpiło to, na co tak bardzo czekał. Przy stole pojawił się Boguś z Danką. On został, a ona poszła na chwilę do toalety.

– Co tam, Mundek? – zapytał. – O czym z panem rozmawiasz? Chyba jakieś poważne tematy co?

– Wypraszam sobie… – Franciszka wstała krzesła. – Jestem kobietą z krwi i kości. Nazywam się Franciszka Gładka. – Podała rękę Bogusławowi i uściskała ją mocno.

– Ale mocny uścisk… jak mężczyzna… – wypalił bez zastanowienia.

– A mocny! Byłam w wojsku… szkoliłam małolatów… Musiałam wyrobić sobie mięśnie i głos… aby mnie wszyscy słyszeli, gdy krzyczałam i wydawałam rozkazy – wyjaśniła.

– To chyba koledzy traktowali cię jak równą sobie. Po kumpelsku? – Mundek w końcu spojrzał na nową koleżankę.

– A jak! Razem chodziliśmy na papierosa, razem na piwo czy nawet i wódkę. Byliśmy dobrymi kolegami.

– O, to dobrze powiedziane!

Boguś nie wytrzymał i zaczął się śmiać, odwracając głowę. Całe szczęście Danka uratowała tych dwoje.

Najpierw spojrzała na Mundka, który znowu siedział prosto i patrzył przed siebie. Następnie na człowieka z wąsami, a na sam koniec na Bogusia, który nie mógł opanować śmiechu.

– Ja przepraszam bardzo – powiedziała – ale muszę ich na chwilę zabrać ze sobą.

Żaden z nich się nie sprzeciwił.

Dość szybko bez słów wyszli z jadalni i poszli za Danką do ogrodu.

– Dziękuję za uratowanie życia. – Widać było, że Dworniak jest naprawdę wdzięczny nowej koleżance. – Nie wiem, jak bym dalej to wytrzymał.

– Ja naprawdę myślałem, że to mężczyzna. Miała taką… męską urodę… i głos… i uścisk dłoni, o wąsach nie wspominając – mówił Boguś.

– Oj, panowie – Danka się zaśmiała – gdyby nie ja, to byście dalej siedzieli i rozmawiali tam z panią.

– Ona mnie podrywała! – zawołał Mundek – wyobrażacie to sobie? Ona ciągle do mnie mówiła… mówiła też, że jej się spodobałem… mówiła tak blisko mojego policzka… boję się jej…

– Jej czy wąsów? – Danka ponownie się zaśmiała.

– Mnie się wydaje, że Mundek nawiąże tu jakiś romans. – Boguś puścił oczko do Danki.

– Chyba ty. Ja nie zamierzam tu z nikim romansować… ja chcę w spokoju przeżyć ten miesiąc.

– Oj, nie wiem, czy będzie ci dane, Edmundzie. Wydaje mi się, że twoja nowa koleżanka ma na ciebie chrapkę. Musisz dać jej jakoś łagodnie do zrozumienia, że nie jesteś zainteresowany – wyjaśniła Gajda.

– Niby jak?

– Tego to nie wiem, ale… poczekajmy. Być może to jednorazowa zaczepka. Może da sobie z tobą spokój.

– Oby było tak, jak mówisz. Wybaczcie, ale ja mam dość tego dnia i wieczorku zapoznawczego. To dla mnie zbyt dużo… – powiedział Dworniak. – Idę na górę do pokoju.

– Nie ma sprawy. W tej sytuacji to cię doskonale rozumiem. – Boguś się uśmiechnął.

Wziął Danutę za rękę i poszli do jadalni, bo właśnie tam puszczali muzykę, do której nogi same się rwały.

Wieczór dla Karasia trwał w najlepsze.

Danuta okazała się świetną tancerką, tak dobrą, że Boguś nie chciał tańczyć z żadną inną kobietą. Miał szczęście, że ją poznał, i wierzył, że ta znajomość będzie się rozwijała każdego dnia.

Po atrakcjach, które Edmund przeżył pierwszego dnia pobytu w Słonecznym Zaciszu, postanowił położyć się do łóżka i, jak miał to w zwyczaju, oglądać telewizję. Wierzył w to, że jutro będzie o wiele lepszy dzień, a przede wszystkim w to, że nie spotka Franciszki Gładkiej.

Rozdział 3

Pokój Edmunda i Bogusława od rana wypełniony był promieniami słońca. Mężczyźni obudzili się chwilę przed szóstą. Najpierw Edmund zajmował łazienkę, chwilę po nim wszedł Boguś.

Byli tak zajęci, że nie mieli nawet okazji ze sobą porozmawiać. A może nie mieli na to ochoty? Pierwsze słowa zamienili w momencie, gdy uznali, że są gotowi do wyjścia z pokoju. A była to godzina siódma, za kilkanaście minut otwierano stołówkę, jadalnię, restaurację, czy jak inaczej nazwać miejsce, w którym będą musieli spożyć swój pierwszy posiłek tego dnia.

– Edmund, a co to wczoraj była za akcja z tą panią… tą, wiesz… nową koleżanką. – Na jego twarzy pojawił się uśmiech.

– A weź nic nie mów. To Franciszka Gładka, tak mi się przedstawiła. Powiedziała, że widziała nas, jak przyjechaliśmy i wysiadaliśmy z auta. Niby jej się spodobałem właśnie w tamtej chwili.

– No ale jak to było, przysiadła się do ciebie i wprost ci to powiedziała? – Bogusław był naprawdę zainteresowany.

– No tak. – Mundek kiwnął głową. – To jeszcze nic, ale… widziałeś jej wąsy? To chyba nawet ja nigdy takich nie miałem.

– Może zmieńmy temat, co? – Zaśmiał się. – Całe szczęście, że Danusia przyszła i nas uratowała.

– Ciebie to później, ale najpierw wy mnie. Ja mam nadzieję, że nie będę już trafiał na tę całą Franciszkę, bo nie interesuje mnie pogłębianie znajomości z nią.

– Z nią czy jej wąsami? – Boguś był dzisiaj w naprawdę dobrym humorze.

– Dobra, skończ te żarty, bo one naprawdę mnie nie bawią. Ja jestem przerażony, bo siedziałem na końcu… to znaczy na początku… wiesz, zależy z której strony patrzeć, i tak właściwie nie widziałem wszystkich, którzy tu przyjechali. Teraz, po poznaniu tej całej pani Gładkiej, mam pewne obawy.

– Jakie?

– Takie, że jeszcze więcej takich kobiet się tu znajduje i że każda będzie chciała mieć ze mną romans.

– Ty już nie rób z siebie takiego przystojniaka, na którego każda baba z tego hotelu leci…

– Jedna już się na mnie uwzięła… więc wybacz, ale mam prawo mieć jakieś tam obawy… – Spojrzał na przyjaciela. – A ty lepiej mów, jak z tą… Danutą… – podkreślił jej imię.

– Ano wiesz… sam nie wiem… jest miła, fajnie mi się z nią rozmawia, ale coś jest nie tak… – Wzruszył ramionami.

– Ale co… nie chce cię? Czy o co chodzi?

– Sam nie wiem… Ona chyba nie dla mnie. Zobacz, jaka ona elegancka, rozrywkowa. Pewnie ma kogoś poza hotelem albo w ciągu tego miesiąca tu sobie kogoś znajdzie.

– Rozrywkowy i przystojny to ty też jesteś, tak przynajmniej mi się wydaje, patrząc na to, jak kobiety zerkają w twoją stronę, gdy gdzieś idziemy razem. A czy kogoś ma, to co cię obchodzi? Sam wiele razy powtarzałeś, że przyjeżdżamy się tu zabawić.

– Taaa… ty i zabawa. – Zaśmiał się. – Mnie to byś popychał w łapy zajętych bab, a sam nie chcesz skorzystać z okazji, jak już się nadarza.

– Mówisz o Franciszce? Jeżeli tak, to pozwól, że to przemilczę. Dodam tylko, że zdecydowanie wolę siedzieć z Januszem na ławce i czytać książki niż tańczyć z Franką na parkiecie.

– Dobra, koniec tych pogaduszek. Trzeba iść na śniadanie.

I wyszli. Ich pokój znajdował się na pierwszym piętrze, więc nie mieli chęci na korzystanie z windy. Wystarczyło im, że zrobili sobie mały spacer po schodach. Im bliżej recepcji byli, tym bardziej nasilał się jakiś hałas.

– Co tam tak głośno? – zapytał Mundek.

– Może przyszykowali jakąś atrakcję dla nas i nasi nowi koledzy i koleżanki się cieszą – odpowiedział Boguś.

– No na radość mi to nie wygląda… – Edmund wskazał głową, będąc już praktycznie w miejscu docelowym.

– Faktycznie… chodźmy bliżej. Zobaczymy, co tam się dzieje.

Przed ladą recepcji stały dwie kobiety, które wykrzykiwały coś jedna przez drugą. Za ladą stał młody recepcjonista, którego wyraz twarzy był jednoznaczny. Mężczyzna zupełnie nie wiedział, co ma zrobić w tej sytuacji.

Boguś wraz z Mundkiem stali i przyglądali się temu wszystkiemu. Próbowali wyłapywać jakieś słowa, które wykrzykiwały te kobiety, ale nie dało się nic zrozumieć. Oczywiście w międzyczasie zapytali o całą akcję kilku osób, które również przyszły popatrzeć na darmowy spektakl, ale niestety, nikt nie miał pojęcia, co się tu wyprawia.

Pierwszą z kobiet była Franciszka Gładka. Ta, która podrywała Edmunda Dworniaka, oczywiście bezskutecznie, ale sądząc po jej zachowaniu poprzedniego dnia, to będzie dalej próbowała to robić.

Drugą kobietą była Małgorzata Toruńska, która przez wiele lat mieszkała za granicą.

– Ty, chłopcze, daj mi go… ja tu byłam pierwsza! – krzyczała Gośka.

– Wcale bo nie… – rozległ się gruby głos Franki – pierwsza to ty byłaś może w kolejce do lekarza, a nie po termofor.

– Ja paniom mówię, że dzisiaj wieczorem albo jutro mogę mieć kolejne termofory. Każdy z naszych gości będzie mógł mieć dla siebie i obiecuję, że dla nikogo nie zabraknie – próbował tłumaczyć młody mężczyzna.

– Panie, jakie jutro? Skąd ja mam mieć pewność, że dożyję? – Franka na niego spojrzała.

– Przecież pani jest jeszcze młoda – wydukał recepcjonista.

– I dobrze… kopnij w kalendarz… wymelduj się z tego świata… idź precz, maro nieczysta wąsata! – krzyczała Gośka, wymachując rękami.

– Odczep się od moich wąsów… zajmij się tymi swoimi kartami czy kadzidełkami… – odpowiedziała pani Gładka. – Myślisz, że przyjechałaś z Cikago czy innej Grecji czy Szwecji, to ci wolno obrażać ludzi? Może u was tam na wsi za granicą tak robią, ale nie u nas. U nas jest pełna kultura.

– Właśnie widać po tobie… ty nie masz za grosz… ani kultury… ani wyglądu – dodała po chwili. – U nas to kobiety dbają o siebie, a ty co sobą reprezentujesz? Chyba biedę…

– Oż ty małpo jedna!

I znowu zaczęły się szarpać i ciągnąć za włosy. Po chwili przestały.

– Ja mam pierwszeństwo do termofora… – powiedziała Gośka, pokazując palcami na recepcjonistę, który trzymał ów przedmiot sporu.

– Niby dlaczego ty? – Franciszka zrobiła dość dziwną minę.

– Bo jestem starsza od ciebie, a co za tym idzie: mam starsze kości. I one mnie teraz bolą…

– A mnie boli wszystko i wiek nie ma nic do rzeczy. Pewnie specjalnie wczoraj stałaś w przeciągu, bo chciałaś, aby cię przewiało. Uknułaś wszystko! Ty wredna małpo! – krzyczała Franciszka Gładka.

Ludzie przyglądali się całej akcji. Z minuty na minutę zbierało się ich coraz więcej i żadna z tych osób nie zamierzała przerwać tej kłótni. Nagle Franciszka spojrzała na zebrane towarzystwo i wypatrzyła w nim Edmunda Dworniaka.

– Edmundziu! – krzyknęła. – Kochany mój, najukochańszy… ratuj swoją niewiastę… ratuj z rąk tej okropnej baby…

Edmund był w szoku.

Zrobił dziwną minę i widać było, że ma ochotę zwiać najdalej, jak się da, ale… się nie dało i to był problem. Lud zaczął szukać owego Edmunda, a gdy już go wypatrzył, czekał na to, co wydarzy się dalej. Było słychać szepty zdziwienia, zaskoczenia, ale też podziwu dla… tego rzekomego związku.

– Mundziu, to ja, twoja Frania! – krzyczała wciąż.

Edmund udawał, że nie słyszy. Całkiem dobrze mu to wychodziło. Do czasu…

– To chyba do pana. – Jeden z mężczyzn szturchnął go, pokazując głową na Franciszkę.

– A tak… zamyśliłem się… – Udawał zaskoczonego i zamyślonego.

– Mundek, ratuj! Ona chce termofor! – krzyczała, szarpiąc Małgorzatę.

– Idź, bo ona nie przestanie – powiedział do niego Boguś.

– Proszę pana, proszę pana! – zaczął wołać recepcjonista. – Pan jest mężem tej pani?

Wszyscy spojrzeli na Dworniaka, w oczach mieli zaskoczenie, niektórzy otworzyli usta, co znaczyło, że są bardzo zdziwieni.

– Nie, absolutnie! – krzyknął. – Ja tę panią poznałem wczoraj… przysiadła się do mnie na wieczorze zapoznawczym, czy jak tam się to nazywało – tłumaczył się.

– To pan nie jest Gładki?

– A jestem… przecież widać, że nie mam zarostu. – Potarł się po brodzie. – Dłonie też są gładkie. – Wyciągnął je przed siebie.

– Nie, nie… chodzi mi o nazwisko… – doprecyzował recepcjonista.

– Nie! – krzyknął nieco głośniej. – Jestem Edmund Dworniak i nie znam tej pani… zamieniłem z nią kilka słów i to byłoby na tyle!

Wszyscy przyglądali się z jeszcze większym zaciekawieniem tej całej sytuacji. Franciszka puściła Małgorzatę i zwróciła się do Mundka.

– Co ty powiedziałeś? – Spojrzała mu w oczy. – Nie znasz mnie? Mnie?

Mundek nie mógł skupić się na słowach, bo ciągle wgapiał się w te poruszające się wąsy. Chyba zaczynał się bać Franciszki. Strasznie krzyczała, tym razem nie na Małgorzatę, ale na niego.

– Narobiłeś mi nadziei… Ty łajdaku jeden… jesteś taki sam jak cała reszta facetów… Ja ci jeszcze pokażę! Jeszcze będziesz mój!

Odeszła od lady recepcji.

– A termofor? – zapytał ktoś z publiczności.

– Niech sobie weźmie ta z zagranicy… ja mam ważniejsze sprawy niż ogrzewanie moich kości.

– A jakie to sprawy? – zapytał ktoś inny.

– Edmund Dworniak – odpowiedziała i weszła do windy, która akurat była otwarta.

Ludzie pomału zaczynali się rozchodzić.

Małgorzata otrzymała termofor i poszła prawdopodobnie do swojego pokoju.

– Mundek, a jaka jest prawda?

Nie wiadomo skąd, tuż obok niego znalazł się Janusz, ten od czytania dwóch książek dziennie.

– Taka, jak przed chwilą usłyszałeś – odpowiedział. – Jak nie wierzysz, to Bogusław Karaś i Danuta Gajda mogą to potwierdzić.

– No ale oni słyszeli, co mówiłeś do tej kobiety? Może jednak dałeś jej jakąś nadzieję…

– Nie dałem! Kilka słów wypowiedziałem i tyle… takich zdawkowych. – Wydawało się, że Mundek się tłumaczy. – Ja nie wiem, co się tej kobiecie uroiło. – Wzruszył ramionami.

– Coś mi się wydaje, że ona nie powiedziała ostatniego słowa – powiedział Janusz i poszedł w stronę ogrodu.

Edmund nadal stał w tym samym miejscu. Nie wiedział, co ma robić ani co o tym wszystkim myśleć. Franciszka naprawdę nie była w jego typie, o ile tak można powiedzieć. A poza tym on nie przyjechał tu na podryw, tylko w ostateczności po odpoczynek, który zafundowały mu dzieci.

– A co ty tak stoisz jak ten słup soli? – Nagle usłyszał głos przyjaciela.

– Ooo… – zdziwiony spojrzał na niego – to ciebie tu nie było?

– Byłem na początku, ale później musiałem iść zająć nam miejsce przy stoliku czteroosobowym.

– Gdzie i czemu na tyle osób? – zapytał.

– Chyba jesteśmy przed śniadaniem, pamiętasz? – Zrobił dziwną minę. – A stolik ma być dla mnie, dla ciebie, Janusza i Danusi.

– A po co nam oni przy stoliku? A poza tym Janusz poszedł do ogrodu – wyjaśnił Edmund.

– Poszedł, ale wróci. I ty też chodź już coś zjeść – powiedział i poszedł do jadalni.

Mundek nie miał wyjścia. Swoje problemy musiał zostawić na boku, bo… w jednej chwili zaczęło mu tak głośno burczeć w brzuchu, że chyba cały hotel to słyszał.

Co prawda nie uśmiechało mu się siedzieć w towarzystwie nudnego i cycatej, ale co zrobić?

Gdyby nie zainteresowała go ta bitwa o termofor, to by pierwszy zajął stolik jednoosobowy albo ostatecznie dwuosobowy, o ile by pomyślał o Bogusiu, a tak to musiał przemęczyć się z tamtymi osobami.

Każda z osób nałożyła sobie na talerz to, na co miała ochotę, i usiadła do zajętego przez Bogusia stolika. Janusz oczywiście przyszedł z książką, chociaż nie wiadomo po co ona mu była do śniadania. Danka jak zawsze włożyła coś, co miało duży dekolt. Boguś z uśmiechem na ustach jadł kanapki z szynką. A Edmund… jak to Edmund – wciąż na coś narzekał…

Nagle ciszę przerwał donośny głos kobiety.

– Dzień dobry.

Wszyscy spojrzeli się w stronę wejścia do jadalni. Zobaczyli tam kobietę, która była ubrana jak jakiś kolorowy ptak. Długa pstrokata sukienka, na nadgarstkach mnóstwo bransoletek, które dzwoniły przy każdym ruchu, na głowie kapelusz z wielkim rondem.

– Co to za papuga? – zapytał Mundek.

– To Pelagia Maj – powiedziała Danuta.

– Wy się znacie? – zdziwił się Boguś.

– Poznałyśmy się wczoraj. Przyjechałyśmy prawie w tym samym momencie – odparła.

– Cicho, bo ona coś mówi, a ja przez was nie słyszę – upomniał całe towarzystwo Janusz.

– Drodzy państwo, nazywam się Pelagia Maj i chcę zorganizować przedstawienie o miłości. Na razie szukam chętnych do wzięcia udziału. Czy są tu takie osoby?

– Mundek, coś dla ciebie. – Janusz spojrzał na niego.

– Przecież ja nigdy nie występowałem publicznie.

– Nie? A opowiadałeś, że jak była komunia twojego syna, to ktoś podstawił ci nogę, gdy szedłeś przed ołtarz, i przewróciłeś się. – Zaczął się śmiać.

Edmund zrobił dziwną minę, spojrzał spode łba na przyjaciela, zrobił się czerwony i powiedział:

– To był zupełny przypadek, a poza tym to rodzinna tajemnica. Może ty zgłoś się, jak jesteś taki chętny.

– Przepraszam. – Boguś nagle wstał z krzesła i uniósł dłoń. – Czy tam będzie trzeba umieć śpiewać albo tańczyć?

– Nie, nie przewidujemy tego. Chyba że ktoś będzie chciał, tak sam z siebie – odpowiedziała mu.

– Dziękuję. – Usiadł.

Mundek odetchnął, Janusz z Danutą przyglądali się całej akcji w milczeniu.

– Jak rozumiem, jest pan chętny? Wraz z koleżanką i kolegami? – zapytała.