Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
26 osób interesuje się tą książką
Marcelina Markiewicz całe życie pisała o emocjach innych, marząc o mianie bestsellerowej autorki. Zamiast sukcesu doczekała się jednak skandalu, który zniszczył jej dobre imię. Oskarżona o plagiat i zmęczona walką z branżą, ucieka tam, gdzie nikt nie zna jej nazwiska – do maleńkiej, malowniczej wsi o nazwie Most Zakochanych.
Jednak sielska okolica szybko przestaje przypominać bezpieczną przystań. Marcelina odkrywa, że pod maską wiejskiego spokoju kryją się tajemnice, których nie wymyśliłby żaden pisarz.
Czy Most Zakochanych to miejsce na nowy początek, czy pułapka, z której nie ma powrotu? Jedno jest pewne: w tej miejscowości nic nie jest takie, jakim się wydaje.
Autorka w pigułce przestawiła proces pisania powieści, który z perspektywy czytelnika może wydawać się łatwy i krótki, ale w rzeczywistości taki nie jest. Dowiecie się, z czym musiała zmagać się główna bohaterka oraz jaką tajemnice odkryła, przebywając na urlopie w małym miasteczku. To książka, od której nie będziecie mogli się oderwać. Gorąco polecam!
Dominika Kucharek, @book_by_dominika
Autorka kolejny raz zaskakuje! Tym razem połączyła historię obyczajową z wątkiem kryminalnym! Ta pozycja gwarantuje Wam dobrze spędzony czas, a jeśli lubicie zakulisowe smaczki, to bohaterka zdradzi Wam, jak wygląda codzienność autora, z czym się musi zmagać i co można mu ukraść! Akcja powieści rozgrywa się w pięknej, małomiasteczkowej scenerii, w miejscu, w którym każdy zna każdego. Sekrety, walka z własnymi demonami i zagadka, którą trzeba rozwiązać, to moim zdaniem przepis na sukces! Gorąco wam Polecam!
Agnieszka Sobczak, @pani.pisarzowa
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 329
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tej autorki w Wydawnictwie WasPos
CYKL Osiedlowy monitoring
Osiedlowy monitoring. Tom 1
Osiedlowy monitoring. Tom 2
CYKL Równe babki
Babcie w sieci miłości. Tom 1
Biuro matrymonialne. Razem aż do setki. Tom 2
KONTYNUACJA CYKLI Osiedlowy monitoring I Równe babki
Emerytki w akcji
POZOSTAŁE POZYCJE
Spotkanie po latach
Podaruj mi uśmiech
Zmowa rodzin
Zeszyt w skórzanej oprawie
Wioska tajemnic
W PRZYGOTOWANIU
Na scenie życia
Wszystkie pozycje dostępne również w formie e-booka
Copyright © by Dagmara RekCopyright © by Wydawnictwo WasPos, 2026 All rights reserved
Wszystkie prawa zastrzeżone, zabrania się kopiowaniaoraz udostępniania publicznie bez zgody Autoraoraz Wydawnictwa pod groźbą odpowiedzialności karnej.
Redakcja: Kinga Szelest
Korekta: Aneta Krajewska
Projekt okładki: Adam Buzek
Zdjęcie na okładce: Gemini AI
Ilustracje wewnątrz książki: pngtree
Skład i łamanie oraz wersja elektroniczna: Adam Buzek/[email protected]
Wydanie I – elektroniczne
Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w Internecie
E-book zgodny z dyrektywą o dostępności cyfrowej WCAG 2.2
ISBN 978-83-8290-981-4
Wydawnictwo WasPosWarszawaWydawca: Agnieszka Przył[email protected]
Wszelkie podobieństwo do prawdziwych pisarek, ich kryzysów twórczych, pracy nad nowymi historiami oraz podejrzanie romantycznych wiosek o nazwie Most Zakochanych jest całkowicie przypadkowe. Przynajmniej tak twierdzi autorka.
Korzystaj ze wszystkiego, co los postawi na twojej drodze… A pamiętaj, że nic nie dzieje się bez przyczyny… każda osoba, każda rzecz, każdy kamień na twojej drodze jest po coś… To wszystko jest jakąś nauczką, jakimś nowym doświadczeniem. Nie zawsze wiesz, dlaczego w życiu stało się tak, a nie inaczej, ale uwierz mi… po czasie zobaczysz, że tak właśnie miało być.
Rozdział 1
Stałam w swoim domowym biurze i patrzyłam na regał z książkami. Zaczynałam odczuwać wewnętrzne ciepło. Lubiłam to. Później zamieniło się w radość, która powodowała uśmiech na ustach. Byłam z siebie dumna. Nigdy nie przypuszczałabym, że moje życie zmieni się aż tak bardzo. W ciągu pięciu lat napisałam dwadzieścia książek. Ktoś powiedziałby, że to niemożliwe. Mój przykład dowodził, że możliwe. W ciągu roku miałam aż cztery premiery.
Książki nie stały się bestsellerami, lecz wniosły coś w życie ludzi. Począwszy od radości i uśmiechu, a skończywszy na głębokich przemyśleniach odnośnie do życia – swojego, ale nie tylko. Patrzyłam na piękne kolorowe okładki i czasami sama nie wierzyłam, że to ja napisałam, że to moje pomysły. Czy jeszcze kiedyś napiszę coś równie ciekawego, jak do tej pory? Bardzo tego chciałam.
Nagle usłyszałam dźwięk przychodzącej wiadomości. Podeszłam do biurka, na którym stał mój wysłużony laptop. Usiadłam na krześle i otworzyłam wiadomość, która była zatytułowana: Propozycja spotkania autorskiego w bibliotece. Kliknęłam dość szybko i zaczęłam czytać. Pytano o wolne terminy i koszt i poinformowano, że moje książki są chętnie wypożyczane.
Ucieszyłam się, że są osoby, które chcą się ze mną spotkać. W końcu autor bez czytelników nie mógł istnieć i odwrotnie. To relacja wymagająca wzajemnego szacunku. Zadaniem autora jest pisać, a czytelnika – czytać. Jeżeli powieść nie przypadnie do gustu, czytelnik nie powinien od razu negować autora, skreślać go po jednej pozycji. Co zatem powinien zrobić? Jak już musi skrytykować, niech będzie to konstruktywna krytyka. Słowa typu: Książka nie podobała mi się, bo nie… nic nie wnoszą. Zupełnie nie rozumiałam takiego podejścia.
Ktoś mógłby się zastanowić, a w sumie być może zdziwić, dlaczego tak mówię. Skoro jestem autorką, to nie powinnam się wypowiadać o recenzjach. Powinnam skupić się na pisaniu książek. Wydaje mi się jednak, że mam prawo do swojego zdania. W szczególności że zanim zaczęłam tworzyć pod swoim nazwiskiem, przez wiele lat byłam recenzentką. To naprawdę świetna praca! Współpracowałam z wieloma wydawnictwami, od których otrzymywałam książki. Musiałam wnikliwie je przeczytać i zwrócić uwagę nie tylko na fabułę, ale również na ukryte przekazy. Szło mi całkiem nieźle – tak przynajmniej twierdzili autorzy, których książki miałam przyjemność przeczytać.
Potrząsnęłam głową, aby wyrzucić niepotrzebne myśli. Teraz musiałam skupić się na propozycji, a nie zastanawiać nad tym, jak inni recenzują książki.
Spotkanie… to brzmiało kusząco. Dawno nie brałam udziału w czymś takim.
Zaczęłam znowu sięgać pamięcią do przeszłości. Ostatni raz spotkałam się z czytelnikami rok temu. Dlaczego tak długo nie jeździłam na spotkania? Zwyczajnie nie pasowały mi terminy, które proponowały biblioteki. Bardzo nie lubiłam odgórnego narzucania terminów. Rozumiałam wspólne ustalanie terminu. Byłam tylko, a może i aż człowiekiem i miałam prawo mieć zaplanowany dzień.
Teraz nie wiedziałam, co zrobić. Z jednej strony chciałam pojechać i spędzić miło czas z osobami, które pragnęły mnie poznać, z drugiej się bałam. Co prawda każde spotkanie to ogrom stresu, ale po takim czasie czułam się, jakbym zaczynała od początku. Niemniej dodatkowa gotówka by mi się przydała. Spotkania autorskie dawały możliwość poznania nowych osób i opowiedzenia o swojej twórczości, a także zarobienia pieniędzy.
Wynagrodzenie z bibliotek trafiało zwykle na moje konto maksymalnie w ciągu dwóch tygodni. Umowy wydawnicze były skonstruowane tak, że na pierwsze wynagrodzenie można było liczyć nawet dopiero po dwóch latach od premiery. I pomyśleć, że autorów uznawano za bogatych ludzi. Oczywiście, byli tacy, którzy mieli znane nazwisko i utrzymywali się z pisania książek, ale ja jeszcze nie dotarłam do tego pułapu. Wciąż musiałam dorabiać na boku, by móc utrzymać siebie i swoje małe mieszkanko. Ale wierzyłam, że kiedyś i ja będę żyła z pisania. Pod warunkiem że odzyskam to, co jakiś czas temu straciłam.
Raz jeszcze przeczytałam mail, który otrzymałam od biblioteki. Naprawdę kusiło mnie, aby odpisać: Tak! Oczywiście! Przyjadę! Ale czy faktycznie tego chciałam? Czy chciałam siedzieć i odpowiadać na pytania, na które być może nie będę znała odpowiedzi? W ciągu pięciu lat byłam na naprawdę wielu takich imprezach, lecz wtedy znałam odpowiedź na każde pytanie. Mój grafik pękał w szwach od zaplanowanych wyjazdów, a głowa była pełna pomysłów. Dziś nie znałam odpowiedzi na wiele pytań albo udawałam, że nie chcę znać.
Stwierdziłam jednak, że zanim podejmę decyzję, powinnam sprawdzić, gdzie ten cały Czaplinek się znajduje. Pierwszy raz słyszałam o takiej miejscowości. Otworzyłam nową zakładkę w przeglądarce i wpisałam nazwę. Dowiedziałam się tylko, że to miasto położone w województwie zachodniopomorskim. Liczba mieszkańców na rok dwa tysiące dwudziesty pierwszy to nieco ponad siedem tysięcy. Nie spodziewałam się zaproszenia od tak małej biblioteki, to znaczy od biblioteki z małej miejscowości. Jeździłam do mniejszych miast i miasteczek, ale one miały co najmniej dziewięć tysięcy mieszkańców. Tu chodziło o małą, kameralną i przytulną wioseczkę. No dobra! Nie wioseczkę, tylko miasteczko.
Czaplinek brzmi intrygująco, prawda?
Przeczytałam, że kilka kilometrów dalej, w Siemczynie, rozpoczął się Potop Szwedzki. To mnie bardzo zaskoczyło, bo szczerze mówiąc, nie miałam o tym zielonego pojęcia. Miejscowość leżała pomiędzy dwoma jeziorami – Drawsko i Czaplino – i dzięki temu była oblegana przez turystów.
To mnie nieco zainteresowało i od razu zapragnęłam się tam znaleźć. Szkoda tylko, że nie będzie mi dane zwiedzić tego miejsca, ale kto wie… może jeszcze kiedyś biblioteka zaprosi mnie do siebie.
Znalazłam też informację, że na dawnym lotnisku Czaplinek-Broczyno właśnie odbywał się Poland Rock Festival, czyli największy festiwal w Europie, i w dodatku darmowy! To było bardzo miłym zaskoczeniem.
Jedyne festiwale, które dotąd znałam, to te w Jarocinie i w Gdyni, a konkretniej na lotnisku w Kosakowie. Mogło wydawać się to dziwne, skoro Poland Rock Festival był taki znany, ale nigdy nie jeździłam na takie imprezy.
Już wiedziałam, że nie mogę odmówić, mimo że czekało mnie ponad trzysta kilometrów drogi. Oczywiście dojazd nie był dla mnie problemem, bo miałam i prawo jazdy, i samochód. Małe autko, ale mnie, samotnej kobiecie, to znaczy singielce, jak to się w dzisiejszych czasach ładnie nazywa, wystarczyło. Ważne, aby było sprawne i dowiozło mnie szczęśliwie do celu.
Nie wiedziałam, co zrobić. Bałam się. Nie ludzi, bo ich uwielbiam, lecz pytań, które mogli zadawać. A w szczególności tego jednego.
Coś jednak odpisać musiałam. Nieodpisanie mogłoby źle o mnie świadczyć. Biblioteka gotowa pomyśleć, że jestem tak zadufana w sobie, iż przyjazd do małej miejscowości to dla mnie jakaś ujma. A wcale tak nie było. Z doświadczenia wiedziałam, że te małe mieściny są najlepsze, jeżeli chodziło o spotkania autorskie. Dlaczego? Ano dlatego, że czytelnicy się znali i nie mieli obaw – udzielali się, zadawali pytania, żartowali. Koleżeńska atmosfera i brak nudy. To dla mnie naprawdę miłe.
W większych miastach na spotkania przychodzili obcy ludzie. Bali się zadać pytanie, bo myśleli, że zostaną wyśmiani bądź ktoś o nich źle pomyśli. Głos wówczas miały dwie osoby – ja oraz prowadzący. Nie twierdziłam, że takie spotkania są złe. One zwyczajnie były inne, mniej swobodne.
Dlatego propozycja biblioteki w Czaplinku bardzo mnie ucieszyła. Czułam, że to może być cudowne spotkanie. Wzięłam dwa większe wdechy i pomyślałam, że niech się dzieje, co chce! Zaczęłam odpisywać. Najpierw podziękowałam za propozycję spotkania, a następnie podałam wolne terminy oraz wysokość honorarium.
Wysłałam.
I wtedy się zaczęło. Myślenie i krytykowanie siebie.
Po co się zgodziłam? Czy ja faktycznie chcę tam jechać? A co, jeżeli wybiorą najwcześniejszy wolny termin, czyli za dwa tygodnie?
Pytania w mojej głowie szalały.
Czy zawsze tak miałam? Nie. Wcześniej jak na skrzydłach leciałam na spotkanie, a teraz… Minęło dziesięć minut od odpisania na wiadomość, a ja miałam ochotę od razu napisać kolejną, że jednak nie pojadę, bo… Tak, musiałabym wymyślić jakiś argument, ale sama nie wiedziałam, czego tak naprawdę chcę! Z jednej strony brakowało mi spotkań z czytelnikami, ale z drugiej bałam się, że nie podołam, że nikt nie przyjdzie na spotkanie. W końcu przez cały rok odmawiałam wizyt w bibliotekach. Miałam wrażenie, że wszyscy o tym wiedzą i teraz nikt się nie zjawi, by zrobić mi na złość.
Moja głowa naprawdę pękała od nadmiaru różnych myśli. W takich momentach byłam sama. Nie miałam mężczyzny u swego boku, nie miałam też przyjaciółki, która pomogłaby uporać się z tymi negatywnymi myślami. Mężczyźni zbyt wiele razy mnie zranili i teraz obawiałam się powtórki z rozrywki.
A koleżanki? Bały się mnie. Może nie mnie, ale tego, co robiłam. Na początku relacje między nami były naprawdę fajne i każda znajomość zapowiadała się na piękną przyjaźń, ale w momencie, gdy dowiadywały się, że piszę książki, nagle przestawały mieć dla mnie czas. Ciągle miały jakieś wymówki odnośnie do tego, że nie mogą się spotkać.
Było mi przykro, i to bardzo. Bo czy ja komuś robiłam krzywdę tym, że piszę? Czy to coś złego, że byłam kreatywna? Przecież one same czytały książki innych autorów i w jakimś stopniu podziwiały ich. Zastanawiałam się, w czym ja jestem gorsza od nich. W tym, że moje książki nie zdobyły statusu bestsellera? Czy może w tym, że moje nazwisko nie było znane w całym kraju, tylko w małej społeczności?
Po czasie rozumiałam, o co tak naprawdę chodziło. Bały się, że to one będą inspiracją do napisania kolejnej historii. Nie chciały, aby ich problemy znalazły się na kartach powieści. Dla mnie było to logiczne, że niczego takiego bym nie zrobiła, ale one najwyraźniej nie potrafiły tego zrozumieć.
Były też takie koleżanki, które zwyczajnie mi zazdrościły, i to ja od nich się odcięłam. Podczas spotkań ciągle mówiły, że ja mam szczęście, bo chyba mam znajomości, skoro moje książki są na półkach w księgarniach. Gdy miałam czas na pisanie, one specjalnie dzwoniły albo przychodziły, by mi przeszkodzić.
Spotkania były męczące i niczego nie wnosiły do mojego życia. A wręcz przeciwnie – zabierały mi ochotę na cokolwiek. Takie osoby to tak zwane wampiry energetyczne. One naprawdę wysysały ze mnie i energię, i pomysły. A ja miałam dość słuchania, że ktoś mi czegoś zazdrości albo że powinnam znaleźć sobie inną pracę, bo przygoda z pisaniem nie trwa wiecznie i być może zaraz skończą mi się pomysły.
Tak! Właśnie takie słowa słyszałam od tych nibykoleżanek. Nie potrafiły wesprzeć, powiedzieć dobrego słowa, już wolałabym, aby nie mówiły nic.
Czy kiedykolwiek przeczytały którąś z moich książek? Oczywiście, że nie! Bo po co? Tłumaczyły się tym, że skoro jestem ich znajomą, to nie mogą oceniać tego, co napisałam. Nie wypadało. Te osoby w żaden sposób nie były dla mnie podporą, dlatego uznałam, że nie potrzebuję ich.
Usłyszałam piknięcie.
Wiadomość.
Spojrzałam na nadawcę.
Biblioteka.
Drżącymi dłońmi kliknęłam i przed moimi oczami ukazała się odpowiedź.
Pani Marcelino,
bardzo dziękujemy za wyrażenie chęci spotkania z czytelnikami. Z podanych przez Panią dat wybraliśmy tę najbliższą, czyli za dwa tygodnie. W następnej wiadomości wyślemy umowę. Podpisze ją Pani na miejscu w naszej bibliotece. Nie możemy się doczekać!
Pozdrawiam
Małgorzata Domańska
Dyrektor Biblioteki w Czaplinku
Jak na złość! Wybrali tę datę, której najbardziej się obawiałam!
Byłam zła na siebie i na to, że w ogóle ją wpisałam. Przecież mogłam napisać, że wolne mam dopiero za miesiąc albo nawet za dwa miesiące. Teraz już nic nie mogłam zrobić. Co prawda żadna umowa mnie nie wiązała, ale rezygnacja postawiłaby mnie w złym świetle.
I znowu zaczęła się wewnętrzna walka emocji – tych złych i tych dobrych. Chciałam tam jechać, ale kolejny raz myślałam o tym, że jednak wolę siedzieć w domu. Tu byłam bezpieczna. Jednak mleko się wylało i musiałam nastawić się na podróż w nieznane. Nie wiedziałam nawet, czy ktokolwiek przyjdzie na spotkanie.
Rozdział 2
Te dwa tygodnie minęły bardzo szybko. Jak na złość. Czasami dni strasznie się dłużyły. W szczególności gdy człowiek na coś czekał. Na coś bardzo ważnego. Na to spotkanie nie czekałam, każdego dnia miałam ochotę napisać wiadomość, że jestem chora i nie przyjadę. Mimo to nie zrobiłam tego. Wolny czas poświęciłam na czytanie książek, zwłaszcza rozwojowych. Musiałam w końcu wyjść do ludzi. Do czytelników.
Rok bez spotkań to dla autora bardzo dużo. Autor nie może dać o sobie zapomnieć. To nie jest tak, że po wydaniu jednej książki można leżeć do góry brzuchem. Jedna książka nie generuje zysków ani nie czyni nazwiska znanym.
Bycie autorem to życie od jednej umowy do drugiej umowy. Od zakończenia jednej książki do rozpoczęcia kolejnej. To trochę jak praca w korporacji, choć nikt nikomu nie stoi nad głową. Można jednego dnia nie napisać nic, a następnego nadrobić. Najważniejsze, aby dotrzymać terminu, w przeciwnym razie trzeba zapłacić karę. Uważam to za bardzo sprawiedliwe.
Całe szczęście mnie nigdy się nie zdarzyło. Zwykle wysyłałam książkę miesiąc przed deadline’em. Mając umowę w dłoni, dostawałam energii i motywacji do pisania. Wtedy pomysły same wpadały mi do głowy. Jeżeli zaś pisałam powieść, a nie miałam jeszcze umowy, szło mi opornie. Brakowało mi mobilizacji, a ponadto nie obawiałam się kary pieniężnej. Mimo iż wiedziałam, że kolejna książka to kolejny procent od sprzedaży, to jakoś chyba lenistwo brało górę. A może to nie lenistwo, tylko brak dyscypliny?
Mając umowę, tak układałam sobie plan dnia, abym wyrobić się przed terminem. Gdy nic mnie nie goniło, mogłam pisać, kiedy i jak długo chciałam. I właśnie to było złe. Przynajmniej dla mnie. Ja jednak wolałam mieć wyznaczony konkretny czas na wykonanie zadania. Nie lubiłam chaosu, a jako autor piszący czasami książki bez podpisanego „cyrografu” z wydawnictwem, czułam się jak w chaosie, zamęcie… To nie dla mnie!
Autor musi pamiętać, aby jego nazwisko ciągle było obecne w czytelniczym świecie. Ludzie muszą je dość często widzieć, aby zapamiętać. Jedna wydana książka to nie wszystko. Chyba że to od razu bestseller, ale tak naprawdę mało komu tak się udaje. Najczęściej trzeba napisać wiele książek, aby w końcu ta jedna zdobyła ten status.
Ja na swoim koncie miałam dwadzieścia książek i wciąż nie mogłam się wybić.
Otrzymywałam sporo pozytywnych recenzji, dużo osób na spotkaniach autorskich mówiło, że jestem ich odkryciem, ale co z tego, skoro cała rzesza czytelników skupiała się tylko na znanych autorach. Debiutanci oraz autorzy mniej znani nie mieli jak się wybić, nawet jeśli piszą świetne książki.
To bardzo przykre. I w sumie nigdy tego nie rozumiałam. Czytałam książki, które mnie zaciekawiły, niezależnie od tego, kto je napisał ani jakie wydawnictwo wydało. Dla mnie liczyła się treść i przekaz płynący z danej historii. Mnóstwo osób, niestety, kategoryzowało książki. A to według autora, a to według wydawnictwa, a to według okładki. Jak się nie podobało, to nie przeczytali.
Najgorsi, według mnie, byli czytelnicy, którzy skreślali autora po jednej książce. Uważali, że skoro jedna książka się nie spodobała, to inne książki również nie będą warte przeczytania. I to był wielki cios dla osoby, która przelała historię na papier. Ona się starała, dała z siebie wszystko, a tu nagle została skreślona przez jedną rzecz.
I tak się zastanawiałam, czy te osoby skreślały innych po jednej porażce? Ktoś zrobił coś źle i nagle zrywały z nim kontakt? Ja uważałam odwrotnie. Zawsze należało dać drugą szansę, porozmawiać. To temat rzeka, można by o nim rozmawiać dniami i nocami.
Siedziałam w samochodzie na stacji paliw i myślałam o tych pięciu latach, w których moje życie kręciło się wokół książek. Nie dość, że sama tworzyłam, to jeszcze czytałam, i to dużo. Czasami odnosiłam wrażenie, że książki zastępują mi ludzi. Jak było mi smutno, to brałam do ręki komedię i zaczynałam czytać tylko po to, aby znaleźć fragmenty, które mnie rozśmieszą. Jak byłam zła, szukałam książki odpowiedniej do mojego nastroju. Było też tak, że na prezent kupowałam właśnie książki albo bony do księgarni.
A mój pokój? Ten, w którym urządziłam sobie biuro? On wyglądał jak mała biblioteczka. Pod oknem stało moje biurko, a obok regały z książkami. Oczywiście jak każda książkoholiczka miałam wygodny fotel, w którym siadałam, gdy chciałam się zanurzyć w lekturze.
Potrząsnęłam głową. Musiałam wyrzucić te myśli. Spojrzałam na mapę i okazało się, że przede mną jeszcze pół godziny jazdy. Jak teraz wyruszę, to będę przed czasem, czyli zdążę zapoznać się z prowadzącym, podpisać umowę i przygotować się psychiczne. Zawsze tak robiłam. Zawsze byłam wcześniej, czasami nawet godzinę. Dla mnie to chwila na oswojenie się, uporanie ze stresem. Chociaż on tak naprawdę nigdy nie mija.
Odpaliłam samochód i ruszyłam w dalszą podróż do Czaplinka.
Nim się obejrzałam, minęło pół godziny, a ja znalazłam się pod budynkiem z czerwonej cegły. Wysiadłam i wzięłam karton z książkami. Drzwi wejściowe oklejone były plakatami z zaproszeniami na spotkanie ze mną. Cudownie było znowu widzieć takie informacje. Mimo wewnętrznych obaw chyba zaczynałam cieszyć się tą chwilą.
Nacisnęłam klamkę i weszłam do budynku. Kolejny raz zobaczyłam plakat ze swoim zdjęciem oraz wielką strzałkę wskazującą miejsce spotkania. Już dobiegały stamtąd głosy. Mój oddech przyspieszał, dłonie zaczynały się pocić, myśli w głowie wariowały. W pewnym momencie miałam ochotę odwrócić się na pięcie i uciec. Ale nie zrobiłam tego. Wiedziałam, że nie mogę. Wiedziałam, że muszę znowu stanąć oko w oko z miłośnikami moich książek.
W końcu weszłam do pomieszczenia, które okazało się wypożyczalnią dla dorosłych.
– Dzień dobry – powiedziałam z nieco wymuszonym uśmiechem.
– Dzień dobry, pani Marcelino.
Panie bibliotekarki podały mi dłoń.
– Proszę sobie postawić tu ten karton – wskazała ręką jedna z nich – a płaszcz może pani tu powiesić.
Starałam się jakoś trzymać, chociaż zdenerwowanie brało górę i co jakiś czas trzęsły mi się ręce.
– Przepraszam, że tak niekulturalnie od samego początku. – Uśmiechnęła się kobieta. – Nazywam się Małgorzata Domańska i jestem dyrektorem tej biblioteki, a to jest – wskazała ręką – Klementyna Dygaś, jedna z pracownic naszej wypożyczalni.
– Cieszymy się, że zgodziła się pani przyjechać do nas. Pani książki są stale w obiegu. Jak to się mówi, w ogóle nie półkują – powiedziała Klementyna.
– Zgadza się. Wciąż są kolejki. A ostatnio to nawet dokupiliśmy po dwa egzemplarze każdej książki, aby ta kolejka była mniejsza – dopowiedziała Małgorzata.
Te słowa dodały mi otuchy. Ludzie mnie czytali. Byłam z siebie dumna.
Oczywiście zdenerwowanie wciąż mi towarzyszyło, ale jakby zmalało. Kobiety były naprawdę sympatyczne. Zaproponowały coś do picia, ale odmówiłam. Poprosiłam jedynie o szklaneczkę wody na spotkanie. Panie rozluźniały atmosferę, za co byłam bardzo wdzięczna. To mnie delikatnie uspokajało. Widziałam, że czytelnicy zaczynają się schodzić.
Po jakichś pięciu minutach pani Małgorzata oznajmiła, że możemy już pójść na salę i rozpocząć spotkanie. Stres znowu przybrał na sile. Ale nie miałam już innego wyjścia – musiałam poddać się temu, co zaraz miało się wydarzyć.
Czytelników przyszło więcej, niż się spodziewałam. Czy byłam z tego faktu zadowolona? Jako autorka tak! Im więcej czytelników, tym większa radość i duma z dotychczasowych osiągnięć. Zawsze byłam zdania, że liczba osób na spotkaniu świadczy o poczytności w danym mieście. W Czaplinku zdecydowanie czytano moje książki i to, co mówiła pani dyrektor o kolejkach, było prawdą.
Naprzeciw czytelników znajdował się stolik, a obok niego dwa fotele. To były miejsca dla nas – dla mnie i pani Małgorzaty, która miała prowadzić to spotkanie. Stanęłam w wyznaczonym przez dyrektorkę miejscu.
– Dzień dobry, witam państwa serdecznie w naszej bibliotece – powiedziała dyrektorka. – Z wielką przyjemnością mamy zaszczyt gościć autorkę poczytnych książek, panią Marcelinę Markiewicz.
Rozległy się brawa, a ja lekko kiwnęłam głową, przy czym uśmiechałam się, jakbym była najszczęśliwsza na świecie. Zawsze mówiłam, że autor książek, tak jak aktor, potrafi wczuć się w rolę.
– Pani Marcelino, proszę usiąść. – Wskazała dłonią na fotel. – Kochani czytelnicy, to dzięki wam pani Marcelina jest tu z nami, tak wiele osób pytało o spotkanie z tą autorką, że nie mogliśmy przejść obok waszych próśb obojętnie.
Znowu rozległy się brawa. Ja siedziałam i nie reagowałam, tylko się uśmiechałam. Wyszłam z wprawy i to musiałam przyznać z ręką na sercu. Jednak rok siedzenia w domu sprawił, że znowu czułam się jak jakiś debiutant.
– Pani Marcelino, z racji tego, że gości pani u nas pierwszy raz, to niestety, ale muszę zacząć od zadawania najłatwiejszych, a być może jednocześnie najnudniejszych pytań. – Uśmiechnęła się. – Jak to się stało, że zaczęła pani pisać książki?
Ucieszyło mnie to pytanie. Dzięki niemu mogłam trochę się uspokoić i w jakiś dziwny sposób włączyć się do tego spotkania.
– Przyznam szczerze, że to zupełny przypadek. Przeglądając różne strony w Internecie, natrafiłam na ogłoszenie dotyczące naboru autorów opowiadań do antologii walentynkowej – odparłam. – Ktoś tak fantastycznie je zredagował, że pomyślałam, że może i ja spróbuję swoich sił.
– Wyjaśnijmy państwu, co to jest ta antologia. – Małgorzata spojrzała na mnie.
– Tak na szybko można powiedzieć, że antologia to zbiór opowiadań kilku autorów.
– I napisała pani to opowiadanie? Można gdzieś przeczytać? – zainteresowała się prowadząca.
– Tak, napisałam o przypadkowej miłości. Dwoje nieznanych ludzi każdego dnia spotyka się w tym samym miejscu, a konkretniej na przystanku autobusowym. Zazwyczaj stoją obok siebie i jako jedyni nie patrzą w telefony. Po kilku dniach mężczyzna rozpoczyna rozmowę i to ona sprawia, że tworzy się między nimi jakaś więź, która po pewnym czasie prowadzi do pięknego uczucia, zwanego miłością. To oczywiście w takim wielkim skrócie. Niestety, to opowiadanie nie jest nigdzie dostępne. Umowa z wydawnictwem wygasła, a nie robiono wznowień tej antologii.
– Ale wracając do konkursu, wysłała pani to opowiadanie i co było dalej? Może pani opowiedzieć?
– Oczywiście. – Uśmiechnęłam się. – Wysłałam opowiadanie, nie licząc na wygraną. Jeszcze nie znałam tego świata, więc w sumie nie wiedziałam, czego mogę się spodziewać. Byłam przekonana, że opowiadania wyślą osoby, które są znane w tym środowisku i ja nie mam żadnych szans.
– Ale się udało…
– I to była wspaniała chwila! Pewnego dnia weszłam na swoją pocztę mailową i odczytałam, że moje opowiadanie zostało wybrane. Gratulowano mi i od razu wysłano umowę do podpisu.
– Jaka była pani pierwsza reakcja na tę wiadomość?
– Na początku nie mogłam uwierzyć. Czytałam ten mail kilka razy. Oczywiście wzruszyłam się, a następnie przeczytałam umowę, podpisałam i odesłałam do wydawnictwa.
– Ale po jakimś czasie ukazała się kolejna antologia z pani opowiadaniem, tym razem w wersji papierowej. Co czuła pani, trzymając ją w rękach?
Małgorzata dalej zadawała pytania z kategorii tych ogólnych, najprostszych.
– Byłam dumna z siebie. Zrozumiałam, że być może potrafię robić coś, o czym nie miałam pojęcia. Ta antologia dała mi do myślenia, ale także zmotywowała mnie do tego, aby spróbować napisać coś swojego, bez narzuconego odgórnie tematu.
– I to właśnie wtedy powstała pani debiutancka książka o przyjaźni, która została wystawiona na próbę? Książka nosi tytuł Stracone lata i… – prowadząca zaczęła szukać jej w stosiku wszystkich moich książek, które mieli – oto ona. Ale z tego, co wiem, to praktycznie wszyscy z państwa ją czytali, prawda?
Czytelnicy zaczęli albo kiwać głowami, albo odpowiadać twierdząco. Ktoś powiedział, że kupił książkę ze względu na okładkę, bo jest wzrokowcem, i że po niej już wiedział, że kolejne książki autorki, czyli moje, będą musiały znaleźć się na jego półce. Było to dla mnie bardzo miłe!
– Ale jak to się stało, że ona została wydana? Pani zaczęła wysyłać ją do wydawnictw?
– Nie. – Uśmiechnęłam się. – Okazało się, że moje opowiadanie z antologii otrzymuje dużo pozytywnych recenzji, więc wydawnictwo zapytało, czy mam jakąś książkę. Oczywiście miałam Stracone lata. Wysłałam im i maszyna ruszyła. – Zaśmiałam się.
– Czyli, jak rozumiem, książka również spodobała się czytelnikom i dlatego pani zaczęła pisać kolejne? Ale widzę, że są one wydawane gdzie indziej, czyżby współpraca z wydawnictwem nie przebiegała, jak należy?
– Tak, Stracone lata spodobały się, i to bardzo. Dzięki nim zyskałam fanów, którzy pytali, czy coś jeszcze piszę, bo z chęcią by przeczytali. I pisałam… Pozytywne recenzje, oceny bardzo mnie motywowały. – Wzięłam do ręki jedną z książek. – Miłość zza kulis to moja druga powieść, ale tak jak pani wspomniała, wydana w innym wydawnictwie. Jeżeli chodzi o współpracę z tym pierwszym, to za dużo mówić nie mogę, ale… zrezygnowano ze mnie.
– Dlaczego? – zdziwiła się pani Małgorzata. – Przecież recenzje były dobre. Przyznam szczerze, że sama sprawdzałam dzisiaj, przed naszym spotkaniem.
– Nie wiem… nie dostałam żadnego wyjaśnienia. Zwyczajnie nie zapytano mnie, czy mam więcej książek. A ja też stałam biernie. Ale cieszę się, że wyszło, jak wyszło… Teraz mam świetne wydawnictwo, z którym się dogaduję i niech tak zostanie – wyjaśniłam.
– To można powiedzieć, że po Miłości zza kulis przyszło pani do głowy więcej pomysłów? Wydaje pani książki od pięciu lat, w tym czasie napisała pani aż dwadzieścia historii. Wychodzi na to, że w ciągu roku ma pani cztery premiery. Według mnie jest to bardzo dużo.
– Z pisaniem jest tak, że im więcej się pisze, tym więcej ma się pomysłów. Nie wiedziałam o tym, dopóki sama nie zaczęłam pisać. Po debiucie coś się we mnie odblokowało, coś sprawiło, że pomysły same zaczęły pojawiać się w mojej głowie. Nie miałam wyjścia i zaczęłam spisywać je do pliku tekstowego. Pozytywne recenzje, wiadomości od czytelników sprawiły, że chciałam pisać więcej i więcej.
– I tak właśnie powstawały kolejne książki, które są dosłownie rozchwytywane przez naszych czytelników… – Uśmiechnęła się. – A może ktoś z państwa ma jakieś pytania? Wyjątkowo nie na końcu spotkania. Proszę, śmiało… – zachęcała.
Jakiś mężczyzna podniósł rękę.
– Proszę bardzo. I oczywiście witamy naszego nowego czytelnika, mam nadzieję – powiedziała dyrektor.
– Ja tylko na spotkanie z panią autorką – odparł mężczyzna. – Napisała pani książkę pod tytułem – spojrzał na egzemplarz, który trzymał w dłoni – Patrz i zauważaj…
Kiwnęłam głową.
– Jak się pani odniesie do tego, że skopiowała pani książkę Grażyny Supeł?
– Proszę pana, ale ta sytuacja została wyjaśniona – wtrąciła się pani Małgorzata.
– Proszę mi nie przerywać… – powiedział mężczyzna. – Ja nie wiem, czy została wyjaśniona, czy nie. Nigdzie w telewizji nie było o tym mówione, w księgarniach stacjonarnych, w których kupuję książki, również nie mówili o tym. Chcę, aby autorka odpowiedziała na to pytanie.
***
I stało się to, czego bardzo się obawiałam… Nagle wróciło do mnie wszystko to, co wydarzyło się jakieś dwa lata temu… Wiedziałam, że teraz muszę panować nad emocjami, w końcu jestem wśród ludzi, ale było to bardzo trudne. Nagle… w jednej chwili przeniosłam się do tamtego roku…
***
Było lato, jakiś miesiąc po premierze książki, o której mówił ten mężczyzna. Zaczytywałam się w recenzjach, odbierałam masę maili z podziękowaniami. Czytelnicy pokochali książkę, ale niestety, nie do tego stopnia, aby stała się bestsellerem. Wciąż zastanawiam się, jakie wymagania trzeba spełnić, by książka zyskała to miano. Naprawdę byłam z siebie dumna, i to bardzo. W szczególności że książka Patrz i zauważaj była obyczajówką, ale poruszającą ważny temat – relacje z pracodawcą i innymi pracownikami. Opisałam w niej kwestię pracy bez umowy, wykorzystywania pracowników, małych płac. Taki codzienny temat wpleciony w życie wymyślonego bohatera. Właśnie takie książki pisze mi się najlepiej… książki ukazujące rzeczywistość pomieszaną z fikcją. Co prawda bałam się wysłać ją do wydawnictwa, bo jednak ludzie wolą czytać zupełnie inne książki, niż ja piszę, i to właśnie tamte się wybijają.
Starszy mężczyzna, młoda kobieta i romans pomiędzy nimi albo fabuła ociekająca erotyką czy też coś związanego z mafią – to przyciągało czytelników. Ale jak ktoś opisał sytuacje z życia, w które czytelnik może się wczuć, to… nie było aż takiego zainteresowania. I tu już nie chodziło o mnie, tylko o innych autorów. Czytałam naprawdę świetne książki, z przekazem, który oczywiście należało znaleźć. One nie wybiły się tak jak inne, które w całości pozostawały fikcją. Ludzie woleli zanurzać się w erotykach czy czytać o niebezpiecznych mężczyznach, którzy mimo wszystko kochają. Takie czytelniczki same miały nudne życie, więc chciały przenieść się do świata, w którym ten bad boy najpierw je bije, a później zjawia się z kwiatami. W końcu łobuz kocha najbardziej, prawda?
I ja przez chwilę myślałam, aby zacząć pisać takie książki, skoro się sprzedają i jest na nie popyt, ale… po wielu rozmowach z wydawnictwem stwierdziłam, że nie powinnam wychodzić poza swoją strefę komfortu, jeżeli chodzi o pisanie. I w sumie to prawda… wolę pisać dla jednej osoby, ale to, co lubię, i to, w czym się dobrze czuję. Dlatego napisałam książkę o tych relacjach w pracy. Nie wiem czemu… tak jakoś czułam… Wiedziałam, że muszę poruszyć ten temat, bo on jest naprawdę ważny dla wielu osób.
Napisałam i wysłałam, wydawnictwo przyjęło. Książka była kupowana i wypożyczana, może nie na taką skalę, aby uzyskać miano bestsellera, ale zdobyła swoich fanów. Ucieszona byłam ja oraz ucieszone było wydawnictwo.
Nagle miesiąc po premierze zadzwonił telefon. Popatrzyłam na wyświetlacz i zobaczyłam numer mi w ogóle nieznany. Odebrałam z przekonaniem, że to bank chce wcisnąć mi kredyt. Gdy usłyszałam nazwisko, byłam zdziwiona. Miałam okazję pierwszy raz porozmawiać z moim wydawcą. Miałam gonitwę myśli… z jednej strony liczyłam, że usłyszę jakieś miłe słowa dotyczące książek, ale z drugiej obawiałam się, że wydawca chce zerwać ze mną umowę, bo na przykład nie rokuję i książki nie sprzedają się tak dobrze, jak on by chciał.
Starałam się skupić na słowach, które wypowiadał mężczyzna. Nie wierzyłam w to, co usłyszałam. Zaczęło mi się kręcić w głowie. Czułam, że chyba zaraz zemdleję. Obawiałam się tego, bo byłam sama w mieszkaniu. Całe szczęście, że pod ręką miałam szklankę z wodą niegazowaną. Upiłam kilka łyków, a mężczyzna wciąż do mnie mówił…
– Panie Adamie, to nie jest możliwe!
– Pani Marcelino, ja naprawdę chcę w to wierzyć. Ale… nie wiem, czy dzisiaj zaglądała pani na portale społecznościowe. Tam aż roi się od wpisów różnych czytelników na ten temat. Nawet ogólnopolska strona, na której można oceniać książki, opublikowała artykuł na ten temat.
– Nie byłam… Od rana piszę, nie chciałam się odrywać, dlatego jeszcze nie miałam okazji, aby sprawdzić, co się dzieje w sieci – odparłam szczerze. – Co ja mam w tej sytuacji zrobić? Jak mam udowodnić, że sama pisałam tę książkę?
– Zadzwonię do naszego prawnika i dowiem się, co dalej. Czy ma pani wszystkie pliki z książką? Chodzi o daty, kiedy pani ją pisała, godziny otwarcia pliku… rozumie pani?
– Tak, mam wszystko. Można sprawdzić w razie potrzeby.
– Dobrze, to jak czegoś się dowiem, to dam pani znać.
Byłam przerażona… Zostałam posądzona o plagiat! Nie wiedziałam, jak mogło do tego dojść! Z tego, co mówił wydawca, ktoś musiał wykraść mój plik z książką. Tylko… jak to zrobił, skoro laptop ciągle leżał w moim mieszkaniu i nikt poza mną nie miał do niego dostępu?
Wiedziałam, że nie powinnam, ale postanowiłam wejść na media społecznościowe. Chciałam wiedzieć, co ludzie o mnie piszą. Po chwili zaczęłam tego żałować. To, co wypisywali, nie mieściło mi się w głowie. Wyzywali mnie od różnych, grozili utratą życia, przerabiali moje zdjęcia, robili memy ze mną, nagrywali filmiki, w których mówili o mnie same złe rzeczy. Byłam przerażona tym wszystkim. W szczególności tym, że oprócz komentarzy na moich profilach miałam masę nieprzeczytanych wiadomości, o skrzynce mailowej nie wspominając. Z jednej strony kusiło mnie, aby przeczytać to, co ludzie napisali, ale z drugiej nie chciałam narażać się na jeszcze większy stres, niż do tej pory miałam.
Nagle zaczęłam przeraźliwie płakać… Psychicznie nie wytrzymywałam tego. A minęły dopiero pierwsze godziny, odkąd dowiedziałam się, co się wydarzyło. Nie wiedziałam, jak to wytrzymam. Wciąż otrzymywałam powiadomienia na telefon, nie miałam siły, aby go wyciszyć. A może nie chciałam? Już sama nie wiedziałam, co mam robić. Tak bardzo chciałam tym wszystkim ludziom odpisać, że się mylą… że nie mają prawa tak o mnie mówić, ale nie mogłam… Pan Adam, mój wydawca, zabronił mi wdawać się w jakiekolwiek dyskusje z tymi anonimowymi ludźmi w sieci.
Mijały sekundy, minuty, godziny, dni… moje życie zmieniło się, i to diametralnie. Nie wychodziłam z domu, mało co jadłam, ciągle leżałam w łóżku, co chwilę odświeżając strony internetowe, by zobaczyć, czy coś nowego napisali o mnie i moich książkach. Było mi cholernie przykro, smutno i… w sumie to nie wiedziałam, jak określić to, co w tamtej chwili czułam.
Wiedziałam natomiast jedno… ludzie mnie zawiedli… Moi czytelnicy, którzy mnie wspierali, którzy pisali wiadomości pełne ciepła i otuchy, dzisiaj mnie hejtowali. Osoby, które cieszyły się razem ze mną z podpisanej umowy, z premiery książki… osoby, które kupowały ode mnie egzemplarze przedpremierowe z podpisem i dedykacją, teraz odwróciły się ode mnie… Patronki moich książek, recenzentki – to one promowały to, co pisałam, to one czasami podrzucały tematy kolejnych książek… to one były… tak zwyczajnie… a teraz ich nie było. Teraz pisały, że żałują współpracy ze mną… że chcą, abym oddała im pieniądze za kupione książki… że uważają, że chciałam się wybić, zdobyć sławę, ale całe szczęście mi się nie udało.
Naprawdę wiele się o sobie naczytałam… byli też tacy, którzy mieli wątpliwości odnośnie do moich poprzednich książek. Sugerowali, że być może i one zostały skopiowane od kogośinnego.
Byłam bezradna… a co najgorsze, nie mogłam w żaden sposób się wytłumaczyć, nie mogłam wydać oświadczenia, bo tego zakazał mi wydawca. Miałam czekać… tylko na co?
Po kilku dniach, a może tygodniach – nie wiedziałam… straciłam rachubę czasu, ja wtedy nie żyłam, ja wegetowałam – zadzwonił do mnie pan Adam. Teraz nie pamiętałam, co konkretnie mówił, ale chodziło o to, że prawnik wydawnictwa namierzył Grażynę Supeł. W jakiś sposób dotarł do niej, nawet rozmawiał z nią, najpierw przez telefon, a później osobiście.
Teraz jak przypomniałam sobie tamte chwile, to… chyba zaproponowano mi, abym pojechała z nimi, czyli z wydawcą i z prawnikiem, do mieszkania tej pani, ale odmówiłam. Byłam w takim stanie, że nie miałam siły dosłownie na nic. Byłam sama… zupełnie sama, bez żadnego wsparcia, bez pomocy psychologa, a jeżeli chodziło o niego – odmówiłam, choć wydawca zaproponował mi wizytę na jego koszt. Widać, że wierzył w moją niewinność. I taka też była prawda. Byłam niewinna!
***
– Przepraszam, pani Marcelino, czy pani się dobrze czuje?
Poczułam czyjąś rękę na ramieniu. Spojrzałam w bok, to była pani Małgorzata.
– Tak, przepraszam… zamyśliłam się… wróciłam wspomnieniami do tamtych chwil… – dukałam.
– Nic nie szkodzi. Wiem, jakie było zakończenie tej sprawy, i to, co pani przeszła podczas tych wszystkich tygodni, zatem zrozumiałe jest dla mnie to, że wciąż siedzi w pani mnóstwo emocji. Niestety, tych złych. Myśli wciąż krążą wokół tamtego oskarżenia… – Zrobiła smutną minę. – Proszę pana – zwróciła się do tego mężczyzny – sprawa z panią Marceliną została wyjaśniona i wydaje mi się, że nie ma co wracać do tamtych chwil, skoro autorka, którą gościmy, jest niewinna.
– A czemu pani odpowiada za panią Markiewicz? Może sprawa jest wyjaśniona, ale gdzie? Pytam jeszcze raz: gdzie? W której gazecie, w której stacji radiowej czy telewizyjnej? – Jego ton nie był zbyt miły. – Niech szanowna autorka odpowie – nalegał.
Pani Małgorzata chciała coś odpowiedzieć, ale powstrzymałam ją ruchem ręki.
– Proszę pana – zaczęłam – sprawa została wyjaśniona i wszystko było opisane w Internecie. Moje nazwisko nie jest tak znane, aby mówić o mnie w telewizji czy pisać w gazetach..........
– Skoro tak, to niech pani powie, jak do tego doszło… do tego, że została wydana książka kropka w kropkę taka jak ta, którą pani napisała. I to została wydana jakoś po dwóch tygodniach od premiery pani książki.
Kilka osób zaczęło uciszać mężczyznę, zrobił się chaos, a ja miałam dość. Znowu w mojej głowie pojawiały się myśli mówiące o tym, że popełniłam błąd, przyjeżdżając tu. Myślałam, że po takim czasie ludzie zapomnieli albo chociaż przestali zwracać uwagę na to, że taki incydent miał miejsce. Myliłam się i co gorsza, nic nie mogłam zrobić. A teraz z wielką przyjemnością bym wstała z fotela, na którym siedziałam, i wyszła z budynku.
– Dobrze, skoro pan sobie tego życzy, to wyjaśnię, jak sprawa się dalej potoczyła… – Wzięłam głęboki oddech. – Zrobię to w wielkim skrócie, bo w końcu nie po to tu jesteśmy. – Delikatnie się uśmiechnęłam. – Mój wydawca wraz ze swoim prawnikiem dotarli do pani Grażyny Supeł. Okazało się, że tak naprawdę ta kobieta nazywa się Laura Kujawska i ja ją znam, co prawda z Internetu, ale…
– Czyli ona wydała książkę pod pseudonimem? – zapytała jakaś kobieta. – Przepraszam, ale ja w ogóle nie jestem w temacie, dlatego pytam… Słyszałam o pani jako o autorce od koleżanek z pracy, bo czytały to, co pani napisała, ale nie mam profili w mediach społecznościowych i nic nie wiem o tej akcji, o której mówi ten pan. – Wskazała głową.
– No dziwne bardzo… – wzburzył się mężczyzna. – Rozumiem, że można nie mieć profili w mediach społecznościowych, bo sam nie mam, ale chyba w jakiś sposób musiało do pani dotrzeć, że pewna autorka dopuściła się plagiatu. Skoro pani koleżanki czytały książki, to chyba musiały coś na ten temat wiedzieć… Gdzie się pani uchowała?
– A gdzie pan był, jak cała sprawa została wyjaśniona w sieci, tak jak tu panie mówią? O plagiacie to pan wiedział, ale wieść o tym, że tak naprawdę go nie było, to już do pana nie dotarła? – zapytała. – Proszę, niech pani kontynuuje…
– Dziękuję… Tak, Laura Kujawska była patronką książki Patrz i zauważaj. Patronka to osoba, która promuje książkę w sieci, logo jej strony bądź nazwisko znajduje się na okładce. – Pokazałam palcem na logo patronek pierwszej książki, która leżała na stoliku. – Te osoby wraz z moją pomocą sprawiają, że książka dociera do większej liczby osób. Sama bym nie mogła sprostać temu zadaniu. Wiadome jest to, że każdy patron ma też swoich znajomych, dodatkowo wykonuje grafiki, kręci krótkie filmy – wyjaśniałam. – I jak to w przypadku patronów bywa, wysłałam jej plik z książką. Patronki zawsze wcześniej otrzymują pliki, by zapoznać się z treścią i zacząć promować ją na swoich profilach. Tak było i w tym przypadku. Laura faktycznie przeczytała książkę, pisała do mnie nawet wiadomości prywatne z miłymi słowami na temat historii. Na początku publikowała różne wpisy związane z książką, ale nagle przestała. Napisała mi wiadomość, że przeprasza mnie, ale z jej zdrowiem jest coś nie tak i musi przerwać promocję, by zająć się sobą. Zrozumiałam to, bo dla mnie logiczne jest to, że zdrowie jest najważniejsze. Od tamtej pory jej profile praktycznie nie istniały. Nic nie wrzucała, choć były aktywne, to znaczy nie wykasowała ich, ale nic się na nich nie działo. Pisałam do niej wiadomości z pytaniami o stan zdrowia, lecz nawet nie odczytała.
– I co pani wtedy zrobiła? – zapytał ktoś z sali.
– Tak naprawdę to nic więcej… Nastał dzień premiery książki, czytelnicy udostępniali zdjęcia ze swoim egzemplarzem w dłoni, aż tu nagle po miesiącu otrzymałam telefon od wydawcy, który poinformował mnie, że dwa tygodnie przed ukazaniem się Patrz i zauważaj, wyszła taka sama książka, z tym że tytuł został zmieniony.
– Ale kto zauważył to podobieństwo? Wydawca czy czytelnicy? I w jaki sposób, skoro Grażyna Supeł nie była znana? Można powiedzieć, że ta skopiowana treść była jej debiutem, chociaż nie wiem, czy tak można to nazwać… – wypowiedział się jakiś mężczyzna.
– Z tego, co pamiętam, to czytelnicy. Tamto wydawnictwo opublikowało w sieci zdjęcie okładki wraz z opisem, po dwóch tygodniach ukazała się moja książka, której opis był taki sam. Ktoś kupił te dwie książki, porównał treść, wrzucił zdjęcia do Internetu i rozpętała się burza… To tak w skrócie.
– To ja mam pytanie, pani Marcelino… – zaczęła mówić prowadząca spotkanie. – Jak pani Laura vel Grażyna to zrobiła? Jak ona w tak szybki sposób znalazła wydawnictwo, które wydało książkę? Przecież z tego, co autorzy mówią, mija wiele miesięcy, zanim książka ukaże się w wersji papierowej.
– Zgadza się. Od podpisania umowy do wydania książki może minąć nawet rok, chociaż zazwyczaj jest to mniej czasu. Jak do tego doszło? Okazało się, że tamto wydawnictwo zostało założone rok wcześniej, na swoim koncie miało około pięciu książek, ta była szósta. Laura miała znajomości, bo to wydawnictwo jej sąsiada.
– Czyli tak po sąsiedzku wydał książkę. Nie sprawdziwszy
nawet, czy ta jego sąsiadka faktycznie coś pisze.
– Właśnie tak, pani Małgorzato. On wziął ten plik, bo Laura powiedziała, że jest już sprawdzony przez korektorkę, grafik stworzył okładkę i… Nie wiem, jak konkretnie przebiega ten proces wydawania książki, ale powieść ukazała się równo dwa tygodnie przed moją premierą.
– No ale co był dalej…? – zapytał mężczyzna najbardziej zainteresowany tematem. – Mówiła pani, że wydawca z prawnikiem dotarli do tamtej kobiety i ona się inaczej nazywała, ale co było później? Bo z tego, co wnioskuję, sprawa nie trafiła do sądu. Załatwiłyście to polubownie czy jak?
– Nie, sprawy nigdzie nie zgłosiłam, wydawnictwo również. Nie wiem… być może to błąd, ale chcieliśmy wszystko szybko załatwić. Najważniejsze dla nas było to, aby pokazać, że to ja jestem niewinna, a wiadomo, że zanim policja by zebrała wszystkie dowody, to… – Machnęłam ręką. – Ludzie z wydawnictwa wraz z prawnikiem pojechali do mieszkania Laury, przeprowadzili rozmowę z nią, prawnik powiedział, co jej grozi za to. Nie wiem, jak konkretnie przebiegała wizyta, bo nie byłam… nie byłam w stanie wstać z łóżka, a co dopiero być tam i patrzeć tej kobiecie w oczy. Już tak kończąc te wyjaśnienia, to ona wreszcie pokazała swój komputer. Znaleźli w nim pliki, które ja wysłałam do promocji. Wtedy przyznała się, że myślała, że skoro jest tyle książek, to nikt nie dopatrzy się plagiatu.
– A co z tamtym wydawnictwem?
– Ta kobieta miała podpisaną umowę, w której widniał zapis o dość wysokiej karze. Laura musiała zapłacić ją w ciągu miesiąca. Prosiła sąsiada o to, aby zmienił zdanie, ale wydawnictwo miało podpisaną umowę z księgową i każda z umów szła prosto do jej biura. Nie było wyjścia, musiała zapłacić. Zresztą przez to, co zrobiła, opinia wydawnictwa również została nieco nadszarpnięta. Co prawda to nie była wina wydawcy, ale… ludzie oceniają i to wystarczyło… Taka to cała historia. Nie mam już nic więcej do dodania.
– Ale czy ta oszustka jakoś odniosła się do sytuacji? Przecież pani opinia w Internecie była niezbyt dobra.
– Tak, oczywiście. Tamto wydawnictwo wydało oświadczenie. Laura również wróciła na swój profil i napisała post odnośnie do kradzieży mojej książki. I jak to w sieci bywa, wieści szybko się rozeszły, bo ludzie przekazywali te oświadczenia dalej.
– I co wtedy zrobili czytelnicy? Zaczęła pani dostawać wiadomości z przeprosinami? – zapytała prowadząca.
