Tytuł dostępny bezpłatnie w ofercie wypożyczalni Depozytu Bibliotecznego.
Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej!
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
Najlepsza książka bestsellerowej Marcii Willett już w Polsce!
Na tę powieść czekały miliony!
Przepięknie skonstruowana historia o miłości, rodzinie i skrywanych sekretach. O tym, jak spontaniczna decyzja może wpłynąć na życie wielu otaczających nas ludzi...
Po śmierci męża Maudie postanawia sprzedać Moorgate – położony w malowniczej i urzekającej Kornwalii dom, który należał do rodziny „od zawsze”. Selina, córka zmarłego, która nigdy nie wybaczyła Maudie, że zajęła miejsce jej matki, nie zamierza do tego dopuścić.
Dodatkowym punktem zapalnym między kobietami jest to, że Posy, córka Seliny, ma z przyszywaną babką znacznie lepszy kontakt, niż z rodzoną matką. Jakby tego było mało, Selina zaczyna podejrzewać, że jej mąż nie jest z nią do końca szczery...
Tymczasem poważnie chorej Melissie wpada w ręce oferta sprzedaży Moorgate. Zauroczona posiadłością dziewczyna postanawia pojechać do Kornwalii i tam zdecydować, czy nie kupić domu. Okazuje się, że na miejscu znajduje nie tylko cudowną okolicę, ale i kogoś, dla kogo warto żyć.
[opis wydawcy]
Książka dostępna w zasobach:
Biblioteka Publiczna Miasta i Gminy w Goleniowie
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 615
Rok wydania: 2001
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tydzień w zimie
TłumaczyłaAgnieszka Podruczna
Replika
Tytuł oryginałuA Week in Winter
Copyright © by Marcia Willett, 2001
Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Replika, 2012Wszelkie prawa zastrzeżone
RedakcjaMałgorzata Tkacz
Skład i łamanieMateusz Czekała
Projekt okładki
Design Partners (www.designpartners.pl)
Wydanie I
ISBN: 978-83-7674-163-5
Wydawnictwo Replikaul. Wierzbowa 8,62-070 Zakrzewotel./faks 061 868 25 37replikat® replika.euwww.replika.eu
Druk i oprawa: WZDZ - Drukarnia „LEGA”
Wspinającego się na wzgórze samotnego mężczyznę przeszedł dreszcz. Słońce już dawno zaczęło zachodzić, kryjąc się powoli pośród puszystych chmur unoszących się nad płonącym czerwienią morzem. Cała okolica skąpana była w jego świetle, a ponure, pokryte wrzosowiskami wzgórza, oświetlone tym złocistym, niemalże niebiańskim blaskiem, wydawały się zupełnie odmienione. W dole, pośród wijących się potajemnie dróg i ścieżek, rozlegały się krzyki i śmiech, odbijające się echem w czystym, rześkim powietrzu. Mężczyzna przystanął na chwilę, by wyciągnąć z kieszeni rękawiczki, przypatrując się jednocześnie niewielkim sylwetkom robotników kończących pracę i zbierających się do domu.
W starym domu trwał właśnie remont. Nawet z tej odległości mężczyzna mógł dostrzec wyraźne tego oznaki - stosy drewna, niewielkie ognisko, z którego wciąż unosił się dym, drabiny i rusztowania. Przez lata wędrował po tych okolicach podczas wakacji i ferii i wciąż pamiętał czas, kiedy gołe, granitowe ściany nie były pokryte warstwą kremowego tynku, a na podwórzu kłębiło się bydło. W powietrzu słychać było wtedy głosy dzieci wspinających się na huśtawkę, która stała nieopodal wysokich krzewów eskalonii, a w chłodne jesienne wieczory z komina unosił się dym.
Teraz o niską kamienną ścianę stojącą przy wąskiej dróżce opierał się biało-zielony znak agencji nieruchomości, a robotnicy zaczynali zbierać się do domu. Na podwórzu stała furgonetka z silnikiem chodzącym na jałowym biegu, a jeden z budowlańców otwierał bramę, pokrzykując na swojego kompana, który po chwili wyszedł ze stodoły i przemierzył podwórze pospiesznym krokiem. Furgonetka wytoczyła się powoli za ogrodzenie, po czym przystanęła, czekając, aż robotnik zamknie bramę i wdrapie się z powrotem do wozu, a następnie odjechała, znikając w końcu za załomem wzgórza.
Obserwujący to ze wzgórza mężczyzna opatulił się szczelniej kołnierzem płaszcza, po czym ruszył dalej żwawym krokiem, kierując się na zachód. Dom, wybudowany u stóp wrzosowiska, stojący w cieniu wzgórz, zawsze przywoływał mu na myśl wiersz, który pamiętał z dzieciństwa, dlatego powtórzył cichym głosem kilka pierwszych wersów:
Z cichych domów i nowych początków,
Aż do nieodkrytych końców...
Od strony wrzosowisk przyszedł nagły podmuch zimnego wiatru, więc wędrowiec pochylił głowę, brnąc naprzód, wciąż próbując przypomnieć sobie następne linijki wiersza. Kiedy lodowaty deszcz zaczął coraz mocniej zacinać, mężczyzna zmrużył oczy i przyspieszył kroku, zapominając o wierszu; myślał teraz tylko i wyłącznie o kolacji, ciepłej kuchni swojej gospodyni, gorącej, mocnej herbacie i pokrzepiającym zapachu gotowanego jedzenia.
Nie dostrzegł przy tym zakrytej od stóp do głów postaci przemierzającej wrzosowisko poniżej domu, czającej się w cieniu kolczastego żywopłotu i wdrapującej się ze zwinnością na kamienny mur.
Ponad nimi zebrały się ciemne chmury i deszcz wzmógł się jeszcze bardziej.
Maudie Todhunter nalała sobie kawy, wprawnym ruchem odcięła wierzch jajka na miękko, po czym usadowiła się wygodnie i sięgnęła po poranną pocztę. Na stole, obok swojego talerza znalazła tego ranka dość obiecujący stosik - pękatą paczkę ze Szkockiego Domu, błękitną, kwadratową kopertę zaadresowaną wyrazistym charakterem pisma jej przybranej wnuczki i bardziej oficjalne pismo z logo agencji nieruchomości, które Maudie umieściła na samym spodzie. Nożem do masła otworzyła kopertę zawierającą list od Posy i oparła kartkę o słoiczek z marmoladą, po czym zanurzyła łyżeczkę w cudownie kremowym, złocistym żółtku jajka na miękko. Czytanie listów od Posy zawsze wymagało skupienia, głównie dlatego, że miała ona manierę przyozdabiania marginesów rysunkami, nadużywania wykrzykników i niepotrzebnego podkreślania wyrazów.
„Nie zapominaj - napisała Posy na marginesie, tak że Maudie musiała odwrócić kartkę, by to przeczytać - że obiecałaś, że pomyślisz o Poloniuszu. Mama mówi, że inaczej będziemy musieli go oddać. Prooooooooszę, Maudie!”
Maudie zadrżała. Na samą myśl, że miałaby się zająć Poloniuszem, nieokiełznanym, ogromnym mastiffem, którego Posy uratowała podczas świąt wielkanocnych, ogarniało ją przerażenie.
Rozsmarowując marmoladę na toście, Maudie uśmiechnęła się z satysfakcją na myśl o tym. Selina robiła, co mogła, by uniemożliwić sojusz między swoją macochą i Posy, ale wreszcie musiała uznać swoją porażkę. Maudie i Posy łączyło zbyt silne uczucie. Kiedy tylko Posy dorosła na tyle, by stać się bardziej niezależna, zaczęła spędzać każdą wolną chwilę z Maudie, nie zwracając uwagi na fochy własnej matki, próbując radzić sobie z jej zarzutami o brak lojalności i starając się jakoś znosić fakt, że matka jest w stanie skutecznie obrzydzić jej życie. Posy była przy tym na tyle bystra, by wiedzieć, że Maudie prawdopodobnie zgodziłaby się zaopiekować Poloniuszem tylko po to, żeby zirytować Selinę, a ona sama była zdecydowana zrobić wszystko, co w jej mocy, by go zatrzymać.
Opierając się tej pokusie, Maudie otworzyła następną kopertę, z której wysypały się na stół skrawki różnokolorowego tartanu. Zapominając zupełnie o śniadaniu i kawie, stygnącej powoli w dużym, biało-niebieskim kubku, Maudie poczęła gładzić z czułością kawałki najlepszej jakości wełny. Przyjrzała im się dokładnie, czytając opisy widniejące na etykietkach przyczepionych do każdego wycinka materiału w rozmaitych odcieniach granatu, zieleni i czerwieni: Muted Blue Douglas, Ancient Campbell, Hunting Fraser, Dress Mackenzie. Każdy z nich przesunęła między palcami i odłożyła na stół, gdzie leżały teraz pośród okruszków chleba. Panna Grey ze Szkockiego Domu jak zwykle się popisała.
- Chcę czegoś innego - poprosiła ją Maudie. - Nie ten stary, opatrzony Black Watch. Ma pani wciąż moje wymiary?
Maudie była wieloletnią klientką Szkockiego Domu, dlatego znano tam jej wymiary. Mimo że minęło już sporo czasu, odkąd ostatni raz zamawiała nowe ubrania, została zapewniona, że wszystko jest na swoim miejscu i jej zamówienie zostanie natychmiastowo zrealizowane, a już w tej chwili wysyłane są do niej próbki materiałów. Maudie - wysoka, obdarzona bujnym biustem i długimi nogami - z nostalgią wspominała stare dobre czasy, kiedy szyte na zamówienie ubrania nie kosztowały fortuny. Uwielbiała bawić się teksturą i kolorem materiału - kochała mięsiste tweedy w kolorach ziemi, grudkowaty surowy jedwab w odcieniu śmietanki, koszule z cienkiego lnianego płótna, szeleszczącą, białą bawełnę, miękką, ciepłą wełnę w kolorze dojrzałych wiśni.
-Jesteś taka... taka subtelna - powiedział kiedyś Hector, urywając na moment w poszukiwaniu odpowiedniego słowa. - Nie tak jak Hilda...
Nie, zupełnie nie jak Hilda, która uwielbiała jaskrawe, kwiatowe wzory i bogate w ozdoby sukienki z ogromnymi kokardami wiązanymi przy szyi; nie jak Hilda, która jak dogmat traktowała stwierdzenie, że kobieta powinna prezentować się jak najlepiej przez cały czas; nie jak Hilda, która uważała za święty kobiecy obowiązek, aby być zawsze łagodną i wyrozumiałą za wszelką cenę. Po jakimś czasie, kiedy Patricia i Selina dały jej boleśnie jasno do zrozumienia, że nigdy nie zastąpi im ich zmarłej matki, Maudie postawiła sobie za punkt honoru, by różnić się od Hildy tak bardzo, jak to tylko było możliwe.
- Cierpliwości - powtarzał jej Hector. - Są jeszcze takie młode. Wciąż się z tym nie pogodziły, wszystko to jest nadal świeże w ich pamięci. A Hilda była taką wspaniałą matką.
Wszyscy chcieli, by Maudie była tego świadoma - mówili o tym przyciszonymi głosami, wypatrując bystrymi oczyma jej reakcji: wspaniała matka, wspaniała kucharka, wspaniała żona, wspaniała przyjaciółka. Nawet teraz Maudie wciąż jeszcze walczyła z tą urazą, która jątrzyła się wewnątrz niej z niewielkimi przerwami przez trzydzieści lat, uparcie zżerając ją od środka, zakłócając jej szczęście i spokój. A teraz nawet i Hector odszedł.
Maudie pozbierała skrawki materiału i włożyła je z powrotem do koperty. Za oknem, na werandzie, wróble zbierały okruszki, które wysypała im wcześniej, podczas gdy dwie sierpówki przycupnęły na krawędzi karmnika. Kobieta upiła łyk letniej kawy, skrzywiła się, po czym sięgnęła po dzbanek i napełniła kubek gorącym, czarnym napojem. Po wczorajszym deszczu, który przygnał wiatr z zachodu, nie było już śladu - chmury popędziły na północ, a ich miejsce zajęło świecące jasno słońce. Z miejsca przy stole, stojącym obok drzwi balkonowych, mogła dostrzec migoczące w świetle pajęczyny, rozpięte na żywopłocie osłaniającym długi, wąski ogród. Na trawniku leżało kilka złotych i rdzawych liści. Choć słońce nie wzeszło jeszcze na tyle wysoko, by przedrzeć się przez gęste gałęzie drzew i dotrzeć do najciemniejszych zakamarków lub spenetrować cieniste wody stojące w stawach, to duży, przestronny salon tonął w jego blasku. Niedługo zrobi się na tyle zimno, że będzie trzeba rozpalić w piecu. Niedługo, ale jeszcze nie teraz.
Maudie podniosła raz jeszcze list od Posy. Zadziwiające, jak bardzo usposobienie tego dziecka przebijało przez stanowcze, ostro zakończone litery, które układały się w wyrazy czułości, ukryte pod płaszczem bystrych obserwacji i żartobliwych uwag. Było to jednocześnie dziwne i pokrzepiające. Posy uparcie odmawiała przyjęcia do wiadomości, że Maudie coraz bardziej się starzeje („Mam siedemdziesiąt dwa lata, dziecko!” - protestowała Maudie. „No i?” - odpowiadała Posy ze zniecierpliwieniem), dlatego też próbowała ją teraz namówić, żeby przyjechała do Winchester zobaczyć, jak się urządziła w nowym mieszkaniu, spotkać jej znajomych ze studiów i aby pójść na piwo do miejscowego pubu.
„Mieszkamy w takim starym, wiktoriańskim domu - pisała. - Jest przecudowny. Na pewno polubisz Jude’a - jesteśmy razem na teatrologii; poza tym mieszkamy jeszcze z Jo, która studiuje sztuki piękne i jest naprawdę spoko. Mam taki wielki pokój na najwyższym piętrze, cały dla siebie. Strasznie się cieszę, że wreszcie wyniosłam się z akademika i jestem niezależna. Po prostu musisz przyjechać, Maudie...”
Odłożyła kartkę na bok i niemal obojętnie obrzuciła wzrokiem ostatni list, wysłany z Truro, sądząc po stemplu. Było przecież zdecydowanie zbyt wcześnie, żeby ktoś zdecydował się na kupno. Po Moorgate wciąż kręcili się budowlańcy, chociaż w samym domu większość napraw była już skończona i teraz tylko po sobie sprzątali. Hector zawsze nalegał, by Maudie zatrzymała dla siebie Moorgate. Ich dom w Londynie miał zostać sprzedany, a zyski podzielone pomiędzy Patricię i Selinę; Maudie miałaby swoją dożywotnią rentę i Moorgate, a oprócz tego, rzecz jasna, Samotnię.
Tutaj, w bungalowie wybudowanym w stylu kolonialnym pod koniec dziewiętnastego wieku, stojącym na skraju lasu, kilka mil na północny zachód od Bovey Tracey, Maudie i Hector spędzali wszystkie wakacje, odkąd mężczyzna odszedł z korpusu dyplomatycznego i przeszedł na emeryturę. Ojciec Maudie, przedwcześnie owdowiały i dość zamknięty w sobie, kupił ten dom z myślą o własnych ucieczkach od biurka w Whitehall i Maudie zawsze powtarzała, że ona również tam zamieszka, w razie gdyby coś się stało z Hectorem. Jej przyjaciele traktowali te deklaracje z niedowierzaniem.
- Niesamowite - powtarzali teraz, jeden do drugiego. - Och, nie słyszałaś? Maudie wróciła na łono natury i mieszka w drewnianym bungalowie gdzieś pośród dziczy w Devon... Wiem, ja też nie mogłam w to uwierzyć. No ale w sumie z nią zawsze było coś lekko nie tak, nie sądzisz? Świetna babka i tak dalej, bez dwóch zdań, absolutnie świetna, ale tak naprawdę... Nie za bardzo nadawała się do roli matki i zastanawiam się, czy przypadkiem nie uprzykrzyła trochę życia Hectorowi. Cóż, my wszyscy wprost uwielbialiśmy Hectora, nieprawdaż? Oczywiście, ty nigdy nie znałaś Hildy, prawda? Och, była naprawdę fantastyczna, moja droga. Absolutnie fantastyczna.
Maudie wiedziała dokładnie, co wszyscy mówili i wprost się tym rozkoszowała. Po tym jak wyszła za Hectora, zyskała sobie nie najlepszą reputację związaną ze swoim brakiem taktu, nawykiem wybuchania śmiechem w najmniej odpowiednich momentach, lekceważeniem jakiejkolwiek hierarchii, a w kwestiach dotyczących prowadzenia domu okazała się niesłychanie naiwna. Organizowanie przyjęć dla dwudziestu dyplomatów z żonami, kiermaszów na cele dobroczynne albo zabaw bożonarodzeniowych dla dzieci przekraczało jej możliwości. Mimo tych wad mężczyźni jednak ją lubili, choć niektórzy się jej trochę obawiali. Lata spędzone w Bletchley Park podczas wojny i późniejsze objęcie stanowiska asystentki znanego naukowca prowadzącego badania z dziedziny fizyki w Ameryce dodały jej na swój sposób niecodziennej atrakcyjności, co z kolei doprowadzało inne żony do furii.
- I właśnie to przyciągnęło do mnie Hectora - wymruczała Maudie, sięgając po podłużną, białą kopertę. - Hilda była chodzącą doskonałością, dlatego Hector nie mógł się oprzeć perspektywie dobrej zabawy. A my rzeczywiście dobrze się ze sobą bawiliśmy, ale tylko wtedy, kiedy nie było obok dziewczynek, które potępiały ojca za to i sprawiały, że czuł się winny.
Obie córki Hectora - a zwłaszcza Selina - protestowały jeszcze bardziej zawzięcie, kiedy okazało się, że Moorgate miało przypaść w spadku Maudie.
- Z tym miejscem wiążą się wszystkie moje wspomnienia z dzieciństwa - oświadczyła Selina dramatycznym tonem. - Zawsze spędzaliśmy tam z mamą wakacje.
- No i co byś z nim zrobiła? - zapytał jej mąż, starając się nie pokazać po sobie, jak bardzo był zażenowany. - Doszliśmy przecież do porozumienia, że Maudie sprzeda dom w Arlington Road. Czego jeszcze byś chciała?
Maudie była wdzięczna, mając go po swojej stronie, ale nie chciała też robić z siebie męczennicy.
- I tak nie chciałabym zostać w Londynie bez Hectora - powiedziała stanowczo. - A ty i Patricia dostaniecie o wiele więcej za ten dom niż za starą wiejską posiadłość na skraju Bodmin Moor. - Uśmiechnęła się posępnie. - Chyba że uważasz, że należą ci się oba domy?
- Oczywiście, że Selina tak nie uważa. - Patrick wyglądał na zbulwersowanego. - Na litość boską! Hector postępuje bardzo uczciwie...
- Względem mnie czy dziewczyn? - Maudie sprawiała pozory niewinnie zainteresowanej.
- Mam na myśli... Biorąc pod uwagę obecne, cóż, okoliczności... - jąkał się Patrick, usiłując zrozumieć, o co jej chodziło, aż wreszcie Maudie ukróciła jego cierpienia.
- Będę mieć dom mojego ojca w Devon i rentę. Moorgate to moja polisa ubezpieczeniowa. Hector wie, że ani Patricia, ani Selina nigdy by tam nie zamieszkały i nie mogłyby go utrzymać bez wynajmowania go. Dlatego jest zdania, że pieniądze, które dostaniecie ze sprzedaży domu w Arlington Road, będą na tyle duże, że będziecie mieli sporo w zapasie w razie nagłej potrzeby. Cóż - wzruszyła ramionami i zaczęła się zbierać do wyjścia - czy mam przekazać twojemu ojcu, że nie podoba ci się jego plan?
Machnęła ręką, nie zwracając uwagi na protesty Patricka, i uśmiechnęła się promiennie do nadąsanej Seliny. Wychodząc, zatrzymała się jeszcze w progu.
- Oczywiście zawsze istnieje szansa, że to ty umrzesz pierwsza i wtedy już nie będziesz musiała się o nic martwić. Decydowanie o tym, jak inni ludzie powinni dysponować swoją własnością jest takie wyczerpujące, nieprawdaż?
Na wspomnienie tej sceny Maudie uśmiechnęła się przelotnie, ale zaraz spoważniała. Co też powiedziałaby Selina, gdyby odkryła, że Moorgate ma zostać wystawione na sprzedaż? Starsi państwo, którzy tam mieszkali, zmarli jakiś czas temu i Maudie długo się zastanawiała, czy powinna ponownie go wynająć, czy też po prostu sprzedać. Względy praktyczne zmusiły ją do podjęcia decyzji. Bungalow potrzebował nowego dachu, a samochód powinna była zmienić już wieki temu. Dlatego zdecydowała się sprzedać Moorgate i odłożyć to, co zostanie, na czarną godzinę - czułaby się o wiele pewniej, mając swoisty bufor pomiędzy sobą i twardą prozą życia.
Otwierając kopertę i wyjmując poskładane kartki, Maudie zastanawiała się, co stało się z tymi lokatami, o których istnieniu Hector powiedział jej lata temu. Wtedy nie zwróciła na tę kwestię większej uwagi, ale Hector był zdecydowany powiedzieć jej wszystko o stanie swoich finansów. Nie był bardzo bogaty, ale Maudie wiedziała, że nawet po odjęciu jej renty, musiały zostać jakieś akcje i lokaty, które nie zostały wspomniane w jego testamencie. Może zmienił zdanie i przekazał je jeszcze przed śmiercią swoim córkom? Natychmiast odrzuciła ten pomysł. Nawet jeśli Hector wymógł na nich milczenie, Selina na pewno nie oparłaby się pokusie udowodnienia swej wyższości nad macochą. Mimo wszystko nie potrafiła sobie wyobrazić, że Hector mógł mieć jakieś problemy finansowe, które przed nią zataił. Odsunęła od siebie te myśli i przystąpiła do czytania listu z agencji nieruchomości w Truro.
„... wnętrze domu jest już prawie całkowicie wykończone i ustawiliśmy już znak informacyjny, który może skusić przechodniów. Jednakże ze względu na to, że Moorgate jest położone w tak odludnej okolicy, będziemy musieli polegać przede wszystkim na ogłoszeniach... Mamy niewielkie problemy z kluczem do pomieszczeń gospodarczych i garderoby. Do tej części domu można dostać się zarówno z kuchni, jak i od strony podwórza i chociaż nie jest to najważniejszy atut posiadłości, potencjalni nabywcy powinni mieć możliwość obejrzenia tych pomieszczeń. Pan Abbot miał zamiar skontaktować się z Panią w tej sprawie, ponieważ uniemożliwia mu to odnowienie tamtej części domu... Gdyby była Pani tak łaskawa i skontaktowała się ze mną”.
Maudie zmarszczyła brwi. Była pewna, że wręczyła Robowi Abbotowi wszystkie klucze, poza jednym dodatkowym od drzwi wejściowych, który zostawiła dla siebie, i drugim, który oddała ludziom z agencji. Rob z pewnością nie był człowiekiem, który miał w zwyczaju gubić klucze. Ten trzydziestopięcioletni mężczyzna, wysoki i silny, z dużym poczuciem humoru, od razu przypadł jej do gustu. Przy ich pierwszym spotkaniu obszedł całe Moorgate, robiąc notatki, sypiąc dowcipami i opowiadając jej jak to porzucił posadę inżyniera w Londynie po tym, jak przy okazji awansu zrobiono z niego bardziej administratora niż inżyniera.
Przysłuchiwała mu się i jednocześnie robiła dla nich dwojga herbatę, mając do dyspozycji tylko stary czajnik i wielką, zupełnie pustą kuchnię. Później przeszli po wszystkich pokojach i Rob pokazał jej, jak można je wyremontować. Miał proste, ale dobre pomysły i Maudie zdecydowała, mając jedynie kilka niewielkich zastrzeżeń, że pozwoli mu zająć się remontem, jeśli tylko jego cena nie będzie zbyt wygórowana. Rob zachęcił ją do odwiedzenia kilku innych posiadłości, które swego czasu odnowił, i Maudie musiała przyznać w głębi duszy, że bardzo jej zaimponował.
- Niech pani tylko poczeka - powiedział, uśmiechając się. - Kiedy skończę, nie będzie pani chciała sprzedać tego domu.
- Wtedy pan nie dostanie ani pensa - odparła Maudie. - Proszę przysłać mi kosztorys, pomyślę o tym.
Wszystko to działo się na początku lata. Być może nadszedł już najwyższy czas, by złożyć wizytę w Moorgate, spotkać się z Robem i sprawdzić, jak idą prace. Dotychczas była tam tylko raz i zamierzała wrócić, ale jak dotąd nie miała ku temu okazji.
Teraz Maudie doszła do wniosku, że to jest właśnie ta okazja, na którą czekała. Pojedzie w takim razie do Kornwalii, odwiedzi Moorgate i Roba, rozwiąże problem z kluczem. Maudie zdjęła okulary, ułożyła listy w jeden stosik, po czym wstała od stołu i poszła zadzwonić.
Słuchając pełnego entuzjazmu głosu młodego agenta nieruchomości z Truro, Maudie nie miała najmniejszych problemów z wyobrażeniem go sobie, mimo że nigdy wcześniej go nie spotkała.
- To jest absolutnie niesamowita posiadłość, lady Todhunter, na pewno jedna z moich ulubionych, proszę mi wierzyć. Nie mogę się doczekać, aż będę mógł ją odpowiednio zareklamować. Tylko ta sprawa z kluczem do pomieszczeń gospodarczych... - mówił na lekkim przydechu, nakręcony jak katarynka, a Maudie oczami wyobraźni widziała jego błyszczące włosy, lekko opadające mu na czoło, i gładko ogoloną, zadbaną twarz; była niemal w stanie zobaczyć jego nieznacznie pochyloną głowę i podniesione pod niewygodnym kątem ramię, którym przytrzymywał telefon, podczas gdy jego ręce zajęte były wertowaniem oprawionego w skórę terminarza, którego szelest kartek Maudie mogła dosłyszeć przez słuchawkę. Wyobraziła sobie jego krawat - jedwabny, rzecz jasna, na którym widniała jakaś postać z kreskówek, na przykład kaczor Daffy. Agent z pewnością dysponuje również własnym telefonem komórkowym, laptopem i kompaktowym hatchbackiem - niezbędnymi dla jego profesji gadżetami.
-Tak, tak, doskonale to rozumiem, panie...? - Rzuciła okiem na imię i nazwisko wypisane drobnym drukiem pod parafką na liście, który trzymała w ręce. - Panie Cruikshank, tak... ? Och, dobrze, w takim razie niech będzie Ned. - Maudie nie mogła ścierpieć tej nowoczesnej bezpośredniości, ale nie była w stanie jej odmawiać młodym ludziom - z tego, co rozumiem, klucze zaginęły. Tyle że ja niestety nie mam zapasowego kompletu od drzwi do pomieszczeń gospodarczych i bocznego wejścia. Co powiedział pan Abbot?
- Widzi pani, w tym cała rzecz. - Głos Neda stał się nagle bardziej poufały, jakby chciał, by Maudie podzieliła jego zmieszanie. - Pan Abbot nie przypomina sobie, żeby kiedykolwiek je miał.
Maudie zmarszczyła brwi, starając się usilnie przywołać oporne wspomnienie.
- Jestem pewna, że dałam mu cały komplet - odparła z pewnością w głosie. - O ile mnie pamięć nie myli, zawsze był tylko jeden pełny zestaw kluczy i myślałam, że najrozsądniej będzie wręczyć je panu Abbotowi na czas remontu. Zostawiłam sobie jeden klucz od głównego wejścia, w razie nagłej potrzeby, a pana agencji oddałam drugi. Doprawdy, co za pech.
- A może jednak - zasugerował nieśmiało - znalazłby się gdzieś jeszcze jeden komplet? Co pani myśli? Może kurzy się gdzieś na spodzie szuflady albo na samym dnie jakiejś wazy, czy coś w tym stylu?
- Niewykluczone. Poprzedni lokatorzy oddali mi ten komplet kluczy, który przekazałam panu Abbotowi. Możliwe, że mój mąż miał gdzieś jeszcze jeden zestaw.
- Może mogłaby pani go o to zapytać? - W głosie Neda pobrzmiewała nutka nadziei.
- Byłoby to raczej problematyczne, biorąc pod uwagę okoliczności - odparła Maudie nieco oschłym tonem. - Mój mąż nie żyje, a ja nie mam żadnych zapędów spirytystycznych... Nie, nie, nie musi pan przepraszać. Skąd miał pan wiedzieć?
Poczuła lekkie wyrzuty sumienia, widząc, w jak wielkie zakłopotanie wprawiła go jej obcesowość i jak bardzo potykał się teraz o własny język, chcąc jak najszybciej przeprosić.
- To moja wina. Proszę mi wybaczyć ten kompletny brak taktu. Poszukam kluczy, ale nie jestem zbyt optymistycznie nastawiona. Widzi pan, wszystko zostało uporządkowane, kiedy wyprowadzałam się z Londynu. Ale jeszcze raz się upewnię, tak na wszelki wypadek. Nie, to żaden kłopot... Proszę się tym nie martwić... Oczywiście będziemy w kontakcie.
Odłożyła słuchawkę i przeszła do salonu, po czym sięgnęła po dużą, drewnianą tacę, by zebrać naczynia ze śniadania, i zanieść je z powrotem do kuchni. Przez moment, kiedy przystanęła, by popatrzeć na kowalika wiszącego głową w dół na zwisającym z karmnika pojemniku z orzechami, była w stanie zapomnieć o wszystkich problemach czekających na nią w Moorgate.
Te dwa przestronne, jasne, pełne słońca pokoje, które wychodziły na werandę, a potem dalej na ogród, zawsze należały do jej ulubionych. Od reszty pomieszczeń dzielił je szeroki korytarz zakończony z jednej strony drzwiami wejściowymi, a z drugiej niewielkim składzikiem. W pozostałej części domu znajdowała się spora kuchnia, bardzo duża łazienka, niewielka garderoba i gościnna sypialnia. Maudie zupełnie to wystarczało. Hector z kolei, za każdym razem, kiedy przyjeżdżali tam odpocząć, narzekał na panującą w domu ciasnotę, utyskując, że nie może z tego powodu podejmować gości ani zapraszać przyjaciół na weekendy.
- Na litość boską - powtarzała Maudie ze zniecierpliwieniem. - Jesteśmy tu tylko przez kilka tygodni w roku. Jesteś chyba w stanie bez nich przeżyć, prawda? Nie sądzisz, że miło jest spędzić trochę czasu tylko we dwoje?
Hector uśmiechał się wtedy ze skruchą.
- Jakbym był na odwyku - mówił. - Daj mi kilka dni...
Mimo wszystko jednak nigdy nie potrafił ukryć swojego podekscytowania i radości, gdy zbliżał się dzień ich powrotu do Londynu.
Maudie zaniosła tacę do kuchni i wyłożyła jej zawartość na suszarkę przy zlewie. Hector zawsze czuł się najlepiej wtedy, kiedy otaczali go ludzie, starannie dobrani ludzie, choć tak naprawdę wołał jakiekolwiek towarzystwo od pozostawania w samotności. Maudie z kolei była szczęśliwsza z daleka od tłumów, dzieląc czas między wszystkich swoich przyjaciół z osobna, tak żeby mogła im poświęcić całkowitą uwagę. Zdecydowanie bardziej wołała kameralne spotkania od dużych, hucznych przyjęć. Mimo to całkiem nieźle sobie z nimi radziła, zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że przed poznaniem Hectora Maudie nigdy nie zaprosiła do siebie naraz więcej niż sześciu osób. Hilda, rzecz jasna, była idealną gospodynią...
Maudie zaklęła głośno, kiedy strumień gorącej wody odbił się niespodziewanie od łyżki i ochlapał przód jej swetra, po czym szybko zakręciła kran. Jakże niemądre i niebywale bezsensowne było chowanie urazy do kobiety, która nie żyła od ponad trzydziestu lat. Najbardziej irytowało ją to, że kiedy ktoś umierał młodo - a czterdzieści cztery lata to w końcu wciąż dość młody wiek - ludzie otaczali tę osobę aurą nietykalności. Ktoś taki zawsze był o krok do przodu, jedną pozycję wyżej, zupełnie nie fair. Maudie z zawziętością tłukła naczyniami w gorącej, pienistej wodzie, w głębokim poważaniu mając ich kondycję. Nawet teraz, kiedy i Hilda, i Hector od dawna już nie żyli, Maudie wciąż czuła frustrację związaną nierozerwalnie z tym, co sama zwykła nazywać syndromem drugiej żony. Być może łatwiej byłoby jej przejść nad tym do porządku dziennego, gdyby Patricia i Selina wykazały choć trochę inicjatywy i woli pojednania. Jeśli miała być ze sobą szczera - pytanie tylko, czy chciała być szczera? - musiała przyznać, że Patricia zawsze ją tolerowała, nawet jeśli była wobec niej zupełnie obojętna i wykazywała kompletny brak zainteresowania. W wieku szesnastu lat była zbyt pochłonięta trudnym procesem dorastania, by chciało jej się czynić jakieś kroki w kierunku przyjęcia Maudie jako nowego członka rodziny. Selina z kolei żądała całkowitego poparcia swojej siostry w tej wojnie pozycyjnej, dlatego też Patricia, czy to ze względu na lojalność, czy obojętność, jeszcze bardziej przyczyniła się do umocnienia oporu Seliny.
Wycierając naczynia i odkładając na miejsce masło i marmoladę, Maudie starała się myśleć racjonalnie. Naturalnie, wrogość córek wywierała zdecydowanie negatywny wpływ na Hectora, który nie był w stanie pozostać niewzruszony. Ataki Patricii były sporadyczne, głównie dlatego, że była zbyt zajęta coraz to nowymi chłopakami i imprezami, ale Selina prowadziła zdecydowaną, bezkompromisową kampanię wojenną. Mając tylko dwanaście lat, tęskniła niebywale za matką i nie miała najmniejszej ochoty dzielić się ojcem z obcą kobietą. Dodatkowo oliwy do ognia dolał z pewnością fakt, że następnej jesieni, zaraz po weselu, została wysłana do szkoły z internatem. Chociaż zaplanowano to o wiele wcześniej, Selina miała jeszcze jeden powód, aby obwiniać Maudie. Zdaniem Seliny to właśnie ona, jak na złą macochę przystało, spakowała jej manatki i wysłała ją do szkoły, z daleka od domu.
- Co za nonsens! - wykrzyknął Hector, doprowadzony do ostateczności przez łzy i oskarżenia Seliny. - Dobrze wiedziałaś, że od następnego semestru pójdziesz do szkoły z internatem. Patricia poszła tam, kiedy miała trzynaście lat i jakoś nigdy ci to nie przeszkadzało. Aż do tej pory. Wiesz, że wysyłają mnie do Genewy i że mama na pewno chciałaby, żebyś znalazła się w dobrej szkole razem z Patricią, nim będę musiał wyjechać. I nie ma to absolutnie nic wspólnego z Maudie.
Po czym zamknął z hukiem drzwi do swojego gabinetu, zostawiając Selinę, zapłakaną i wściekłą, po drugiej stronie.
- Posłuchaj - powiedziała wtedy Maudie, zakłopotana. - Wiem, że ciężko ci to zrozumieć, ale on też to czuje, wiesz?
Selina zwróciła się do niej z kamienną twarzą, jakby została wyrzeźbiona w granicie.
- Nienawidzę cię - powiedziała przyciszonym głosem, jakby bała się, że Hector może ją usłyszeć i wyparować z furią z gabinetu. - Nienawidzę cię i wołałabym, żebyś to ty umarła.
- Domyślam się - odparła Maudie wesoło. - Ale czy nie mogłybyśmy, w oczekiwaniu na to szczęśliwe wydarzenie, spróbować się chociaż trochę zaprzyjaźnić?
Selina nie zaszczyciła jej odpowiedzią; zamiast tego odwróciła się na pięcie i uciekła do swojego pokoju, po czym przekręciła klucz w zamku i odmówiła zejścia na lunch. Ta pełna napięcia i przygnębienia atmosfera utrzymywała się aż do czasu rozpoczęcia roku szkolnego. Później Maudie mogła rozkoszować się towarzystwem Hectora, bez duchów przeszłości i poczucia winy wiszącego nad nią niczym ciemna chmura. Niestety, do czasu. Każde ferie i wakacje przywoływały je z powrotem z monotonną regularnością.
- Musimy się uzbroić w cierpliwość - powtarzał Hector. - Pomyśl, że przynajmniej podczas trwania semestru jesteśmy sami.
Odwieszając ścierkę na miejsce, Maudie uśmiechnęła się do siebie. Spędzili wtedy razem tyle pięknych chwil; tyle beztroskich, samolubnych, przepięknych chwil.
- Muszę przyznać... - powiedział kiedyś Hector, tylko raz czy dwa, kiedy spędzili całe popołudnie w swoich ramionach, albo kiedy wypił trochę więcej brandy po wyjątkowo udanej kolacji. - Muszę przyznać, że miło jest móc nie martwić się o dziewczynki przez cały czas. Jeśli Hilda miała jakąś wadę, to było nią to, że tak bardzo się nad nimi roztkliwiała. Wiesz, o czym mówię, prawda? Miałem wtedy poczucie, jakbym przede wszystkim był ojcem i żywicielem rodziny, a dopiero na drugim miejscu mężem i kochankiem...
Maudie nauczyła się już wtedy, że nie wolno było sobie nawet niewinnie żartować na ten temat.
- Cóż to za herezje? - zapytała pewnego razu ze śmiechem. - Nie wierzę! Czyżby to była prawda? Czyżby Hilda nie była jednak taka idealna?
Jej słowa były tylko niewinnym żartem, ale doprowadziły Hectora po raz kolejny do stanu, w którym robił sobie wyrzuty i odczuwał głębokie poczucie winy. To z kolei przerodziło się w długą przemowę na temat wspaniałych zalet Hildy, pełną pochwał dla jej niezwykłego charakteru, przepełnioną żalem z powodu jej śmierci. Nie, nawet najlżejsze insynuacje, jakoby czuła się choć odrobinę gorsza w porównaniu z taką chodzącą doskonałością, nie wchodziły w rachubę. Zamiast tego Maudie skupiła się na tym, w czym była dobra - sprawiała, że Hector się śmiał, że czuł się młody, pociągający i silny. Kiedy tylko odsuwał od siebie ciążące na nim poczucie odpowiedzialności, żal i niepokój, traktował ją wtedy tak, że jej poczucie własnej wartości gwałtownie wzrastało i Maudie czuła się na powrót potrzebna, pożądana, dowcipna i niezbędna. Porzucenie jej własnej kariery po to, by zostać żoną dyplomaty i macochą dla jego niewdzięcznych, irytujących córek było w końcu z jej strony ogromnym poświęceniem.
Mimo wszystko musiała przyznać, że początkowo wszystko wydawało się aż nazbyt proste. Wracała właśnie do Anglii na dłuższy urlop po tym, jak naukowiec, którego asystentką była przez piętnaście lat, przeszedł wreszcie na emeryturę. Zakończyła pewien rozdział swojego życia. Było akurat Boże Narodzenie, a lotnisko zamknięto z powodu intensywnych opadów śniegu. Niezadowoleni pasażerowie tłoczyli się w jednym miejscu, bezustannie narzekając, podczas gdy Hector...
Wydawało jej się to dziwne - dziwne, a jednocześnie zachwycające - jak szybko ją i Hectora połączyła nić sympatii; spędzili cały ten czas, śmiejąc się, pociągając z jego piersiówki, żartując sobie z niemiłych okoliczności, w jakich się znaleźli. Ten krótki epizod był romantyczny, nierealny, fantastyczny, a kiedy miał się zakończyć, nie wyobrażali sobie, że każde z nich mogłoby pójść w swoją stronę. Dlatego Maudie zrezygnowała z robienia kariery, a Hector zaryzykował dezaprobatę ze strony rodziny i przyjaciół, tylko po to, by on i Maudie mogli się pobrać dokładnie rok po śmierci jego żony.
- Może być ciężko - przyznał z niepokojem, kiedy jechali, by Maudie mogła poznać matkę Hildy i dziewczynki. - Może ich to zszokować. Wszyscy tak kochali Hildę...
Dopiero wtedy Maudie zdała sobie sprawę z tego, że teraz będzie musiała balansować na bardzo cienkiej linie, a całe jej życie stanie się od tej pory jedną wielką emocjonalną huśtawką. Z jednej strony był Hector, którego znała, kochanek i bratnia dusza, a z drugiej - Hector - odpowiedzialny starszy syn, Hector ukochany ojciec, drogi przyjaciel, szanowany kolega.
- Mam wrażenie, że nikt nigdy nie patrzy na mnie jako na żonę Hectora - przyznała kiedyś Maudie w rozmowie z Daphne. - To takie dziwne uczucie, jakbyśmy byli w zakazanym, potajemnym związku, jakby to Hilda była prawowitą żoną, a ja tylko kochanką.
- No i w czym problem? - zapytała w odpowiedzi Daphne. - To znacznie bardziej ekscytujące.
Daphne była jedyną osobą, która serdecznie ją przyjęła i robiła co mogła, żeby Maudie poczuła się jak u siebie w domu, żeby choć trochę ułatwić jej życie; ta sama Daphne, która była najlepszą przyjaciółką Hildy i matką chrzestną Patricii.
- Nie zrażaj się, jeśli Daphne będzie wobec ciebie chłodna - ostrzegł ją Hector, kiedy oczekiwali na przybycie gości zaproszonych na przyjęcie, które wydali w Genewie. - Ona i Hilda chodziły razem do szkoły. Były dla siebie praktycznie jak siostry.
Maudie widziała, jak bardzo się denerwował w czasie tego pierwszego spotkania, jak niezręcznie czuł się podczas powitań, przedstawiając wszystkim swoją nową żonę, jakby jego zwykła ogłada i czar zupełnie się ulotniły. Ale Daphne bez wahania i z uśmiechem na twarzy przyjęła wyciągniętą na powitanie rękę Maudie, chociaż jej wzrok pozostawał bardzo bezpośredni i badawczy.
- Aleś ty sprytny, Hector - powiedziała przyciszonym głosem. - Aleś ty niesamowicie sprytny.
Po czym pochyliła się, żeby pocałować Maudie w policzek.
Nawet teraz, ponad trzydzieści lat później, Maudie doskonale pamiętała, jak serdecznie powitała ją Daphne, obejmując ją na krótką chwilę. Natychmiast nawiązała się między nimi prawdziwa nić sympatii, nietrudna do rozpoznania nawet w tak oficjalnych okolicznościach i pełna ciepła, które było w stanie stopić grubą warstwę rezerwy wewnątrz Maudie.
- Polubiłam Daphne, wiesz... - powiedziała później, kiedy sączyli jeszcze burbona przed snem. Hector odetchnął wtedy głęboko, po czym wstał i przeciągnął się. Na jego twarzy malowała się wyraźna ulga.
- Wszystko poszło gładko, to fakt - przyznał. - Bardzo gładko.
Daphne stała się później jej najlepszą przyjaciółką, sprzymierzeńcem w nieustającej wojnie podjazdowej z Seliną, obrończynią przeciwstawiającą się zwolennikom Hildy.
- Koniec końców - powiedziała pewnego razu Maudie, urażona do żywego - to przecież nie jest tak, że Hector rozwiódł się z tą cholerną kobietą i porzucił ją dla mnie. On był już przecież wtedy wdowcem, na miłość boską!
- Och, kochana. - Daphne wydawała się być przygnębiona całą tą sytuacją. - Nie widzisz, jakim jesteś zagrożeniem dla nas, starych żon? Hector kompletnie zlekceważył zasady rządzące naszą małą grupą społeczną. Znalazł sobie młodszą, atrakcyjną kobietę, która nie umie gotować, nie chce mieć dzieci, nie potrafi rozróżnić arystokraty od ogrodnika, i nic go to nie obchodzi. Wszyscy widzą, że świetnie się z tym czuje. Wygląda, jakby nagle odjęło mu dziesięć lat i zmusza nas do ponownego przeanalizowania wszystkich naszych skostniałych poglądów.
- Ale dlaczego? - zapytała Maudie. - Dlaczego ludzie po prostu nie zostawią nas w spokoju?
- Laboratoria muszą być niesamowicie dziwnymi miejscami. - Daphne potrząsnęła głową. - Dopiero teraz zaczynasz rozumieć, że jeśli ktoś nie podąża za stadem, to zostanie rozerwany na strzępy? Wszystkim nam tak bardzo brak pewności siebie. Jeśli zachowujesz się inaczej ode mnie, to albo muszę zacząć kwestionować własne poglądy, albo udowodnić, że ty nie masz racji. Zagubiona, głupia, źle wychowana, nieważne, jak cię zaszufladkuję, ważne, żeby to dało mi poczucie pewności siebie i bezpieczeństwa. Ty weszłaś w nasze towarzystwo szturmem i wywróciłaś wszystko do góry nogami. Musisz uzbroić się w cierpliwość, Maudie. Kobiety w średnim wieku są bardzo wrażliwe. A mężczyźni w średnim wieku bardzo podatni na wpływy.
- Ale ja nie mam zamiaru być dla nikogo zagrożeniem! - zaprotestowała Maudie gwałtownie. - Chcę tylko, żeby ludzie zostawili mnie w spokoju. Ja nie krytykuję żadnej z was. Nie obchodzi mnie, co i jak robicie.
- W tym tkwi cały problem - powiedziała Daphne z westchnieniem. - Jesteś taka pewna siebie, taka pełna przekonania dla tego, co robisz, taka obojętna. Myślę, że odkryjesz w końcu, że niektórzy ludzie nie są w stanie przejść do porządku dziennego nad takim zachowaniem.
- Mówisz tak, jakby moje życie było usłane różami - odparła Maudie ze złością. - Możesz mi wierzyć, że wcale tak nie jest. Będąc drugą żoną i macochą, przechodzę czasami przez piekło. Wcale nie jestem taka pewna siebie, jak ci się wydaje.
- Tak, tyle że ty nie dajesz tego po sobie poznać. Nie zwierzasz się żadnej z tych żon, które na pewno byłyby chętne ci doradzić...
Daphne wybuchła wtedy śmiechem. Śmiała się tak długo, że Maudie zaczęła się czuć nieco skrępowana.
- Nie mam zamiaru. Ale zgadzam się, to dziwne. Wiesz, naprawdę bardzo kochałam Hildę. Chodziłyśmy razem do szkoły z internatem i wiele razy spędzałam wakacje z jej rodziną, kiedy moi rodzice byli za granicą. To były wspaniałe czasy. Ale Hilda była zawsze bardzo poważna, bardzo pruderyjna i im robiła się starsza, tym bardziej wzmocniło się w niej swego rodzaju samozadowolenie, które, jeśli mam być szczera, bywało chwilami bardzo irytujące. I co? Jak się sprawdziłam jako zdrajca?
- Całkiem nieźle jak na początkującą - odparła Maudie, uśmiechając się. - Ale jestem pewna, że gdybyś się tylko postarała, mogłoby być o wiele lepiej.
Daphne zawahała się przez moment, po czym wybuchła śmiechem.
- Jesteś niesamowita, dziewczyno - przyznała. - Hector to prawdziwy szczęściarz. I wydaje mi się, że jest bardzo... wiesz, szczęśliwy.
Ale czy był szczęśliwy? Maudie zdjęła żakiet wiszący na kołku zamocowanym na drzwiach i zaczęła grzebać w torebce w poszukiwaniu kluczyków od samochodu. A co z tymi niekończącymi się kłótniami z Seliną? Co z tymi zarzutami, które jej stawiał: że była nieżyczliwa, chłodna, samolubna? Co z przypadkami, kiedy sam jeździł w odwiedziny do córki i wnuków, bo Selina narzekała, że Maudie jest taka krytyczna wobec wszystkiego i tak nieczuła, że chłopcy się jej boją? Co z całym tym bólem, który czuła, kiedy zdała sobie sprawę z tego, że Hector coraz częściej wierzył Selinie, a coraz rzadziej jej?
- Koniec - powiedziała Maudie głośno i dobitnie, wychodząc za próg i zatrzaskując za sobą drzwi. - Koniec, koniec, koniec!
Więc dlaczego, zapytał cichy, uporczywy głosik w jej głowie, dlaczego wciąż jesteś taka wściekła?
- Zamknij się - zażądała Maudie. - Nie zamierzam dać się w to wciągnąć. Mam zamiar dobrze się bawić. Wynoś się i zostaw mnie w spokoju.
Otworzyła wrota wiodące do dużej szopy, w której stał samochód, i wyjechała na pokrytą mchem ścieżkę, kierując się na zachód, w kierunku Bodmin Moor.
Dom stał w niewielkim zagłębieniu tuż przy wąskiej drodze. Na końcu ogrodu, przy kamiennym murze, znajdowały się dwa granitowe filary, które stanowiły bramę prowadzącą ku rozciągającemu się za nimi wrzosowisku przeciętemu tylko cienką wstążką stromej ścieżki. Maudie zaparkowała samochód przy bramie wjazdowej na podwórze i wysiadła. Pod wiatą obok otwartej stodoły stała furgonetka, a nieopodal smętnie dymiło ognisko. Dzień był szary, a widniejące w oddali pola uprawne spowijała lekka mgiełka. Nad całą okolicą roztaczała się posępna cisza. Całe to miejsce wydawało się opuszczone, a dom opustoszały i zamknięty na cztery spusty. Z drzew rosnących niedaleko po drugiej stronie drogi, wzbiła się z hałasem w ciężkie od mgły powietrze chmara gawronów, a potem cichy stuk podków przerwał panującą ciszę.
Maudie patrzyła z uznaniem na masywnego, krępego konia, który wyłonił się zza zakrętu. Dosiadający go jeździec dotknął rączką bata ronda kapelusza, po czym pomknął dalej, zatrzymując się po chwili jedynie po to, by otworzyć niewielką bramę znajdującą się u wejścia na wrzosowisko. Koń miarowym krokiem przeszedł przez bramę, po czym przystanął posłusznie, aby poczekać, aż jego jeździec zamknie ją na powrót, a potem ruszyli dalej w górę drogi. Kiedy zniknęli jej z oczu, Maudie zwróciła się z powrotem w stronę domu. W tej krainie granitu i łupku od otynkowanych na kremowo ścian biło ciepło. Dach pokryty był płytkami łupkowymi, a frontowe drzwi wykonano z solidnego dębowego drewna - nadawało to temu staremu domostwu aurę
stabilności i bezpieczeństwa, jak gdyby to miejsce stanowiło schronienie w nieprzyjaznym otoczeniu.
W ciepłe, letnie dni, kiedy wysokie krzewy eskalonii kwitły jak szalone, a nad nimi przelatywały skowronki, miejsce to wyglądało jak z obrazka, ale w zimie, kiedy nad wyżyny nadciągały pełne furii śnieżyce i wył lodowaty wicher przygnany z zachodu, cała okolica stawała się ponura i nieprzyjazna. Z uwagi na to, że dom przez długi czas stał pusty, zaczęła panoszyć się w nim wilgoć, a od ścian ciągnęło nieprzyjemne zimno. Moorgate nie nadawał się zupełnie do zamieszkania. Musiał mieć stałych mieszkańców, którzy dbaliby o to, żeby pozostawał suchy i ciepły - jednym słowem, musiałby być traktowany jako prawdziwy dom, a nie tylko domek letniskowy.
- Mama zawsze kochała Moorgate - powtarzała do znudzenia Selina. - Był własnością jej rodziny, kiedy była małą dziewczynką, i często pomieszkiwała tam z gospodarzem i jego żoną. Potem, kiedy się wyprowadzili, przez długie lata utrzymywaliśmy go jako domek letniskowy. Jeździliśmy tam każdego lata, mama, ja i Patricia. Tata dołączał do nas, kiedy tylko mógł. Nie możemy go sprzedać, wiąże się z nim za dużo wspomnień.
Nawet po tym, jak sprzedano dom w Londynie, Selina miała na niego oko.
- Jest jak pies ogrodnika - powiedziała Maudie ze złością do Daphne po jednej z tych sesji nostalgicznych wspominek w wykonaniu swojej pasierbicy. - Od lat nie postawiła w tym domu nogi. Sentymentalne bzdury. Zauważ, że nie protestowała ani trochę, kiedy przyszło do sprzedania domu w Arlington Road, mimo że spędziła tam z Hildą o wiele więcej czasu niż w Moorgate.
- Cóż, widocznie wakacje z dzieciństwa zawsze okryte są mgiełką niezwykłego czaru - odparła Daphne po chwili namysłu. - Wiesz, o czym mówię, prawda? Ma się wrażenie, że słońce zawsze świeciło jaśniej, nie sądzisz? Morze zawsze było ciepłe, a za każdym zakrętem czekała na ciebie nowa przygoda.
- Wielkie dzięki, Enid Blyton1 - powiedziała Maudie jadowitym tonem. - Może zaśpiewamy jeszcze jedną zwrotkę „Radość tchnij w serce me, bym Cię chwalił”, zanim pójdziesz?
Koniec końców, Maudie wciąż jeszcze nie zdecydowała się powiedzieć Selinie, że Moorgate miało lada dzień zostać wystawione na sprzedaż. Stojąc teraz pośrodku podwórza i patrząc na rozciągający się przed nią widok, poczuła wszechogarniający ją smutek na myśl o tym, że ten stary dom ma być oddany w obce ręce. Posy również kochała to miejsce i Maudie, gdyby tylko mogła, zatrzymałaby Moorgate, choćby tylko ze względu na nią. Ale nawet wtedy zatrzymanie tej posiadłości, z której i tak żadna z nich by nie korzystała, byłoby zbyteczną ekstrawagancją. Gdyby miała zatrzymać Moorgate, musiałaby je wynająć - i jakiż byłby w tym sens? Nie, zdecydowanie lepiej będzie sprzedać i zapewnić Posy finansową stabilność.
Zza węgła domu wyłonił się nagle Rob Abbot, przemierzając podwórze zdecydowanym krokiem. Maudie ze strachu wydała z siebie zduszony okrzyk. Rob również był widocznie zaskoczony. Widząc Maudie, zmarszczył czoło, po czym pokonał kilkoma szybkimi krokami dzielącą ich odległość. Miał uniesione brwi, a na jego ustach błąkał się nieśmiały uśmiech.
- Co to, czyżby inspekcja? - zapytał lekkim tonem.
Maudie uśmiechnęła się szeroko.
- Miałam nadzieję, że przyłapię pana na obijaniu się - odparła. - Pan Cruikshank skontaktował się ze mną w sprawie kluczy, a nie mogłam dodzwonić się do pana na komórkę, więc pomyślałam, że złożę panu wizytę i razem spróbujemy jakoś rozwiązać ten problem.
- Pan Cruikshank też tu przyjechał - poinformował Rob ponurym tonem. - Pokręcił się tu i tam, pomocowa! się z klamkami, pozaglądał przez okna. Powiedziałem mu, że nie mogę wyważyć drzwi bez pozwolenia. Wie pani, ja jestem naprawdę stuprocentowo pewien, że nigdy nie miałem tych kluczy w rękach.
- To jedna wielka zagadka. - Maudie wzruszyła ramionami. - Teraz, szczerze mówiąc, naprawdę nie jestem w stanie sobie przypomnieć, co z nimi zrobiłam. Jeśli nie było ich w tym dużym pęku kluczy, to nie mam pojęcia, gdzie mogą być. Będziemy musieli wyłamać zamki. O ile dobrze pamiętam, w kuchni są drzwi prowadzące do korytarza, którym przechodzi się do pomieszczeń gospodarskich. Wydaje mi się, że jest tam niewielka garderoba i jakiś składzik, do którego można się też dostać od strony podwórza.
- Oba wejścia są zamknięte na cztery spusty - odparł Rob. - A w oknach są zaciągnięte żaluzje albo zasłony. Nie można zajrzeć do środka.
- Ale my jesteśmy niemądrzy! - wykrzyknęła Maudie. - Przecież możemy wybić okno i wejść tamtędy. Dlaczego wcześniej o tym nie pomyśleliśmy?
Rob popatrzył na nią z powątpiewaniem.
- Przyznam, że przeszło mi to przez myśl, ale z tym oknem, które jest tam zamontowane, nie damy rady. Jest za małe, żeby się przez nie przecisnąć. No ale nic to, będziemy się teraz mogli temu we dwójkę bliżej przyjrzeć. - Urwał na chwilę i spojrzał za siebie z wahaniem. - Na pani miejscu nie zostawiałbym tego samochodu na podjeździe. Podjazd jest bardzo wąski, a lada moment powinien przyjechać traktor... Niech pani wjedzie na podwórze.
Otworzywszy przed nią bramę, Rob zniknął we wnętrzu domu, by nastawić wodę na herbatę. Maudie ostrożnie wjechała na wstecznym na posesję i zaparkowała obok furgonetki. Kiedy weszła do kuchni, woda zaczynała się już gotować, a Rob wkładał torebki od herbaty do kubków. Maudie zatrzymała się w progu i rozejrzała po pomieszczeniu. Kuchnia zwrócona była na północny zachód i rozciągała się przez prawie całą długość domu; jej okna wychodziły na wrzosowiska, majaczące w oddali pola uprawne i jeszcze dalej, aż do morza. Poza kilkoma wbudowanymi szafkami, zlewem i dużym, masywnym piecem marki Esse była zupełnie pusta i sprawiała wrażenie ogromnej oraz niesłychanie przestronnej.
- Trzeba by tu wstawić solidne, staromodne rustykalne meble - powiedziała Maudie, biorąc do ręki zaoferowany jej kubek z herbatą. - Duży kredens i wielki, długi stół. Co najdziwniejsze, kuchnia nie sprawia wrażenia tak zimnej, jak się spodziewałam. Panuje tu taka ciepła atmosfera. - Wciągnęła nosem powietrze. - I ten zapach... Co to takiego? Bekon? - Potrząsnęła głową. - Muszę mieć jakieś przywidzenia.
Rob popatrzył na nią ze zdumieniem.
- Zabawne. Raz czy dwa miałem identyczne wrażenie. Chłopcy zwinęli się i pojechali wykonywać następne zlecenie. Tylko ja tu zostałem, by trochę posprzątać. Czasem jednak mam wrażenie, że nie jestem tutaj sam. - Zaśmiał się nieco zażenowany. - Chyba tu nie straszy, prawda?
Maudie przyglądała mu się uważnie, nie spuszczając z niego wzroku nawet wtedy, gdy odwrócił się do niej plecami, z oczami utkwionymi w rozciągającym się za oknem wrzosowisku. Poczuła ukłucie niepewności. Rob Abbot był ostatnią osobą, po której spodziewałaby się takiego zachowania, ale tego dnia wydawał się być dziwnie nieobecny duchem, wręcz obojętny, tak odmienny od tej tryskającej energią, zabawnej osoby, którą Maudie znała.
- Oczywiście, że nie - odparła z werwą. - Cóż za bzdury. Poza tym duchy nie żywią się bekonem. Jest pan absolutnie pewien, że żaden z pana robotników nie zabrał tych kluczy? Wydaje mi się, że kilka z nich wisiało na mniejszych kółkach, przyczepionych do jednego dużego. Może je pan po prostu zdjął i gdzieś odłożył?
Odwrócił się twarzą do niej, marszcząc brwi.
- O tym też już myślałem. To możliwe, rzecz jasna. Przez ręce przechodzi mi naprawdę wiele kluczy i zawsze bardzo ich pilnuję, ale niewykluczone, że je odpiąłem i gdzieś położyłem. Ale dlaczego ktoś miałby je zabrać? Popytałem wśród chłopaków, ale oni wszyscy są tak samo zdziwieni jak ja. Nie wyobrażam sobie, jaki pożytek ktokolwiek mógłby z nich mieć. Dom stoi pusty, nie ma w nim nic, co by można było wynieść, i na pierwszy rzut oka widać, że nie ma tu dzikich lokatorów. A mimo to...
- To dziwne, prawda? - Maudie zrobiła skrzywioną minę. - Dość niepokojące. Może przejdziemy do salonu? Nie widziałam jeszcze, jak wygląda po zakończeniu remontu. Potem podejmiemy decyzję, co zrobić z pomieszczeniami gospodarczymi. Co za irytująca sytuacja. Całe szczęście, że wyremontowanie tamtych pokojów nie zabierze dużo czasu. Mam nadzieję, że nie opuści mnie pan, nim wszystko nie zostanie zrobione.
- Gdzieżbym śmiał. - Odłożył swój kubek na suszarkę przy zlewie. - Zajęcie na zimę zawsze się przyda, poza tym chciałbym skończyć to, co zacząłem.
- I tak zajęło to więcej czasu, niż pan zakładał, prawda? - zapytała Maudie, kiedy weszli do hallu, po czym przystanęła, by przyjrzeć się z aprobatą schodom z dębowego drewna, którym przywrócono ich prosty, naturalny kształt. - Odwalił pan kawał dobrej roboty. Wszystko wygląda tak jak powinno, nie jak jakaś tania podróbka. Dzięki temu dom nie zatracił swojej godności.
Rob rozejrzał się dookoła.
- Ten dom jest jak starsza pani rodem z prowincji - powiedział z wyraźnym uczuciem w głosie. - Silny, przyjazny, oferujący poczucie bezpieczeństwa. To nie przelotna zachcianka dla jakiegoś mieszczucha, który chce udawać, że proste życie na wsi mu odpowiada.
Maudie spojrzała na niego wzruszona.
- Problem w tym, że po tym, jak pozbyliśmy się ziemi, Moorgate nie jest już częścią prawdziwego gospodarstwa. Poza tym leży tam, gdzie diabeł mówi dobranoc. Nie jestem pewna, kto w ogóle byłby chętny go kupić.
- Czyli, jak rozumiem, do tej pory nie było żadnych ofert? - Rob wszedł do salonu. - Pan Cruikshank wydawał się bardzo podekscytowany.
Maudie zaśmiała się.
- Pan Cruikshank jest młody i nieopierzony - powiedziała, machając ręką. - Na pewno będzie miał sporo tego typu potencjalnych nabywców, o którym pan przed chwilą wspomniał. Jednak Moorgate jest za duże, żeby traktować je jako drugi dom, a poza tym daleko stąd do Londynu. Wielu ludzi pracuje w domu w dzisiejszych czasach, więc może zainteresuje się nim jakaś młoda rodzina, którą stać na to, żeby wozić swoje dzieci tam i z powrotem i płacić rachunki za ogrzewanie. Ten ciepły, wilgotny klimat może być nieco szkodliwy. - Urwała na moment. - Rozpalał pan tu może w kominku?
Salon zwrócony był ku południowemu wschodowi, a ściany z surowego kamienia zostały pomalowane na ciepły, kremowy kolor. W niszy na prawo od kominka znajdował się przeszklony kredens; dębowe podłogi zostały dokładnie wyczyszczone i wypolerowane, a stare, drewniane okiennice wciąż wisiały po obu stronach otwieranych pionowo okien. W kominku, pośrodku paleniska, widniały pozostałości zwęglonych gałązek i kilka na wpół wypalonych polan spoczywających na kupce szarego popiołu.
Rob spojrzał na nie przelotnie.
- Przepaliłem w nim raz, po tym, jak przyszedł kominiarz. W drugim pokoju zrobiłem to samo, żeby się upewnić, czy wszystko w porządku. W stodole leży kupa drewna, więc stwierdziłem, że to dobry pomysł. Poza tym lekkie dogrzanie tego domu na pewno nie zaszkodzi. Właściwie to pomyślałem sobie, że można by rozpalić w piecu kuchennym i utrzymywać ciepło na mniej więcej stałym poziomie, w razie gdyby dom miał stać pusty przez kilka miesięcy. Mógłbym zaglądać tu od czasu do czasu i mieć dom na oku, dopóki go pani nie sprzeda. - Urwał i wzruszył ramionami. - To znaczy, jeśli pani chce...
- Byłabym bardzo wdzięczna - odpowiedziała Maudie. - Jeśli tylko nie będzie to dla pana problem. I myślę, że rozpalenie w piecu w kuchni to dobry pomysł. Lepiej zapłacić trochę za olej grzewczy, niż pozwolić, żeby wdała się tu wilgoć. Może powinniśmy byli zainstalować jednak centralne ogrzewanie?
- Teraz już na to za późno - powiedział zdecydowanym tonem Rob. Poza tym rozebranie tych łupkowych posadzek bardzo dużo by kosztowało. Pokoje na parterze można ogrzewać kominkami, a kuchnię piecem, który dodatkowo dostarcza ciepło do dwóch kaloryferów na piętrze. To w zupełności wystarczy, biorąc pod uwagę, że w pozostałych sypialniach są jeszcze elektryczne grzejniki. Nie przesadzajmy...
Maudie uśmiechnęła się do niego szeroko.
- Jest pan żonaty?
- Nie - uciął krótko. - Co to ma wspólnego z centralnym ogrzewaniem?
- Nic - odparła Maudie, kolejny raz czując się dość nieswojo. To było niepodobne do Roba, by zachowywać się w tak - przez chwilę szukała odpowiedniego słowa, by określić jego nastrój - nieobecny sposób, jak gdyby myślami był częściowo zupełnie gdzie indziej. Być może miał jakieś problemy miłosne i jej pytanie uderzyło w czułą strunę. Z pewnością nie zachowywał się dzisiaj na swój zwykły, pełen optymizmu sposób. - Absolutnie nic. Cóż, powinnam chyba wreszcie spojrzeć na te zamknięte drzwi, nie sądzi pan? Rob? Wszystko w porządku? Dużo masz zajęć na głowie?
- Jeśli już, to aż za dużo. - Wstał i skierował kroki z powrotem w stronę kuchni. - Obawiam się, że mamy lekkie opóźnienie. Prawda jest taka, że lato było tego roku niezwykle suche, więc chłopcy jeździli na robotę jeszcze w inne miejsca, podczas gdy ja wykańczałem tutaj wnętrza.
- To żaden problem - wtrąciła szybko Maudie, nie chcąc, by Rob pomyślał, że go krytykuje. - Ludzie mogą tu już przecież przyjeżdżać i oglądać dom. Świetnie się spisałeś. - Obserwowała, jak Rob wskazuje ruchem ręki na zamknięte wejście do pomieszczeń gospodarczych, przekręca klamkę, napiera na drzwi całym ciałem i popycha je z całej siły. - Obawiam się, że to ani drgnie, prawda?
- To takie piękne, stare, dębowe drzwi. Nie chciałbym, żeby się zniszczyły - powiedział Rob. - Wyjdźmy na zewnątrz, po-każę pani to drugie wejście. Tamte drzwi są solidne, ale niespecjalnie bym się przejmował ich stanem. Lepiej spróbować ocalić te. I nie ma sensu wybijać szyb w oknach.
Na zewnątrz, stojąc na ścieżce biegnącej tuż przy bocznej ścianie domu, Maudie przez chwilę mocowała się z drzwiami, które jednak nie chciały ustąpić. Próbowała też zajrzeć do środka przez brudne okno, ale widok uniemożliwiały jej zawieszone w oknie zasłony. Wreszcie potrząsnęła głową z rezygnacją i zrobiła krok w tył, otrzepując ręce z kurzu.
- Jestem zmuszona przyznać panu rację. Co z tym zrobimy?
- Niech pani zostawi to mnie - odparł Rob. - Teraz, za pani zgodą, będę mógł je wreszcie otworzyć. Postaramy się, żeby zniszczenia były jak najmniejsze, ale będę potrzebować trochę czasu, żeby to wszystko w środku ogarnąć.
- Nie ma problemu. Dam znać panu Cruikshankowi. Ach, jeszcze jedno. Jeśli te pomieszczenia były zamknięte od czasu, kiedy wyprowadzili się poprzedni lokatorzy, możliwe, że będzie tam coś do uporządkowania. Może mógłby pan wyważyć te drzwi teraz, kiedy jeszcze tu jestem? Biorąc pod uwagę fakt, że i tak będziemy musieli wstawić nowe, nie ma to chyba większego znaczenia.
Rob zmarszczył czoło, zastanawiając się nad tym przez chwilę.
- Wołałbym nie zostawiać domu z wyważonymi drzwiami - powiedział wreszcie. - Ktoś mógłby się tu przecież dostać. Nie chciałbym przyjechać jutro rano i odkryć, że w domu zagościła banda wyznawców New Age. Słyszałem, że całkiem spora ich grupa plącze się po Davidstow. Niech mi pani da trochę czasu, żeby to dokładnie przemyśleć. Nie chciałbym zostawić tego miejsca bez odpowiedniej ochrony.
Maudie ulżyło, kiedy zobaczyła, że wraca mu humor i powoli znika wcześniejsze napięcie.
Rob zaśmiał się.
Kierując się w stronę Launceston, Maudie zastanawiała się, w jaki sposób mogłaby przekazać Selinie wieści, że wystawiła Moorgate na sprzedaż. Najbardziej obawiała się tego, że w przypływie frywolnej nostalgii Selina będzie upierać się przy tym, że to ona i Patrick powinni go kupić. Mimo pokaźnego zastrzyku gotówki, jaki dostali po sprzedaniu domu w Londynie, Maudie wiedziała, że jej pasierbica nie może pozwolić sobie na taki donkiszotyzm, chyba że zdecydowaliby się sprzedać swój dom i przenieść na stałe do Kornwalii. Wizja Seliny mieszkającej na skraju Bodmin Moor sprawiła, że Maudie parsknęła śmiechem. Wakacje wakacjami, ale prawdziwe życie to w końcu zupełnie co innego. Selina chodziła w drogich szpilkach, które domagały się bruku, a jej skłonność do ciągłego otaczania się towarzystwem i korzystania z życia wymagała istnienia delikatesów, teatrów i restauracji. Nie, Maudie nie sądziła, żeby ona i Patrick byli zdolni do tak wielkiego poświęcenia. Problemem mogłoby być też naleganie Seliny, by utrzymywać Moorgate w charakterze domku letniskowego, na pewno próbowałaby przekonać Patricka, że ich obowiązkiem jest jego ocalenie przed popadnięciem w obce ręce.
Patrząc przed siebie na rozciągający się wokół ponury krajobraz wrzosowisk, na czarne, powykręcane krzewy cierniowe i dożywające powoli końca swoich dni, dotknięte rdzą paprocie, Maudie poczuła, jak ogarnia ją jesienna melancholia. Wiedziała, że po raz kolejny przyjdzie jej grać rolę złej macochy. Patricia i Simon, którzy osiedlili się w Australii, bez wątpienia otrzymają listy i telefony, w których jej najnowsza zbrodnia zostanie opisana w najdrobniejszych szczegółach, a i synowie Seliny - Chris i Paul - będą zmuszeni do okazania swojego niezadowolenia. Zwalniając, by przepuścić zbłąkaną owcę przechodzącą przez drogę, Maudie wzruszyła ramionami. Patricia była zbyt daleko, by jej poparcie przyniosło jakikolwiek realny efekt, a chłopcy mieli Moorgate w głębokim poważaniu, zbyt zajęci byli bowiem własnym życiem, żeby podjąć jakieś działania. Do tego ten jeden, jedyny raz Posy mogła stanąć po stronie matki.
O szyby samochodu zaczął zacinać deszcz, nadchodzący od strony morza w towarzystwie gęstych, lotnych chmur, duszący granitowe skały w wilgotnym uścisku, rozmywający drogę.
- Niech to szlag - zaklęła Maudie pod nosem, włączając światła pozycyjne i wycieraczki. - Niech to szlag jasny z nieba trafi.
Jadąc dalej ze szczególną ostrożnością, Maudie powróciła myślami do tych jaśniejszych, bardziej słonecznych dni lata sprzed dwóch dekad - lata spędzonego wraz z Daphne w Moorgate. Emily, córka Daphne, miała wtedy problemy ze zdrowiem, a Selina, która podjęła się bycia opiekunką podczas szkolnej wycieczki swoich chłopców do Wenecji, została wystawiona do wiatru przez nianię, zajmującą się Posy. To Hector zaproponował wtedy, że Maudie z Posy oraz Daphne z Emily powinny wybrać się do Moorgate. Przekonywał, że morskie powietrze i spacery po wrzosowiskach dobrze im zrobią. Wkrótce okazało się, że wszystko jest już zaplanowane, mimo że Selina była wyraźnie z tego planu niezadowolona. Hector i Philip, mąż Daphne, wpadali od czasu do czasu - ich wizyty stanowiły krótkie przystanki mącące spokój tych długich, powolnych, gorących dni, które mijały niezauważone jeden za drugim. Za dnia cały dom wypełniony był słońcem, a chłód kamiennych posadzek stanowił szok w zetknięciu z ciepłymi, gołymi stopami; w nocy sypialnie wypełniało powietrze znad wrzosowisk i blade światło księżyca.
Zwalniając nieco i próbując dojrzeć cokolwiek w gęstniejącej mgle, Maudie pogrążyła się we wspomnieniach o starej, drewnianej huśtawce ocienionej przez krzewy eskalonii, na której Emily spędzała długie chwile, kołysząc się leniwie i rozmyślając o jej nadchodzącym weselu, podczas gdy Posy chlapała się w brodziku, piszcząc z uciechy. Daphne wylegiwała się wtedy na starym kocu w szkocką kratę, z książką rozłożoną na brzuchu i zamkniętymi oczami, a Maudie nalewała im lemoniady z lodem z wysokiego, oszronionego dzbanka, stojąc w słońcu, które paliło jej odsłonięte ramiona. Później jadały wczesną kolację, chroniąc się przed popołudniowym upałem w ogromnej, chłodnej kuchni, podczas gdy ich kostiumy kąpielowe schły rozłożone nad starym piecem. Posy, świeżo po kąpieli, drzemała w wysokim krzesełku, Emily opisywała z entuzjazmem swoją suknię ślubną, opierając podbródek na rękach, a Daphne poruszała się zwinnie między stołem i piecem, krojąc świeży, ciemny chleb i stawiając miskę słodkich, intensywnie czerwonych malin tuż obok spodeczka z gęstą, złocistą, lekko grudkowatą śmietanką.
Kochana Emily - była taką piękną panną młodą, kiedy u schyłku tamtego magicznego lata szła główną nawą kościoła, tonąc w bieli. Posy dreptała tuż za nią, trzymającą w spoconych, kurczowo zaciśniętych piąstkach jej tren, nie zważając na opadający jej na oczy wianek. Kochana Emily, wydawała się taka wiotka i krucha przy wysokiej, barczystej sylwetce Tima. Następnego lata powrócili do Moorgate. Emily była wtedy w ciąży i Tim zgodził się, że przydałoby się jej pooddychać trochę świeżym, wiejskim powietrzem. Tym razem jednak wypoczywała tam również Selina z chłopcami i Maudie z Daphne obawiały się ewentualnych tarć. Na szczęście, zupełnym zrządzeniem losu, grupa znajomych Seliny wynajęła niewielki domek w Rock i chłopcy oznajmili wszem i wobec, że bawiliby się o wiele lepiej na złotych, piaszczystych plażach razem ze swoimi kumplami niż w towarzystwie dwóch starszych kobiet, jednej, ciężarnej oraz małej, irytującej siostry. Za namową zarówno swoich synów, jak i znajomych, Selina w końcu przystała na ten pomysł, choć nie bez oporów. Cała czwórka mogła więc raz jeszcze cieszyć się spokojem we własnym towarzystwie. Ta tradycja była kultywowana przez całe lata, aż wreszcie Hector zdecydował, że Moorgate trzeba komuś wynająć na stałe.
Posy utrzymuje, że pamięta te wszystkie wakacje, mimo że była wtedy taka mała. Pewnego razu nawet, kiedy odwiedzała akurat swoich znajomych, uparła się, by pojechać razem zobaczyć Moorgate. Obdarzeni iście anielską cierpliwością lokatorzy poczęstowali ich wtedy herbatą i pozwolili Posy oprowadzić znajomych po domu. Jej miłość do Moorgate była bardziej szczera niż Seliny i Maudie obawiała się tej rozmowy, którą musiała z nią przeprowadzić. Miała nadzieję, że Posy będzie zbyt zajęta swoimi przyjaciółmi i studiami, by tak naprawdę się tym przejąć, ale wiedziała, że nie będzie to przyjemna konfrontacja. Posy była jej oczkiem w głowie, dzieckiem, które przedarło się przez wzniesione przez Maudie zapory, pozbawiło ją nadmiernej dumy i sprawiło, że stała się wrażliwszą.
- Wszyscy mamy swoich ulubieńców - powiedziała kiedyś Daphne, patrząc na śpiącą spokojnie Emily. - To zupełnie naturalne, jak sądzę. Sęk w tym, żeby nie dać tego po sobie poznać, szczególnie całej reszcie.
Emily była ulubienicą wszystkich - przyszła na świat bardzo późno, kiedy Daphne i Philip porzucili już nadzieję posiadania dzieci. Niewielki, zgrabny nos odziedziczyła po matce, tak samo jak kwadratowy podbródek, intensywnie niebieskie oczy i blond włosy. Nawet gdyby nie była takim cudownym dzieckiem, wciąż byłaby wyjątkowa. Kochali ją wszyscy, ci starsi i ci młodsi; miała łagodne usposobienie, radosną naturę, była wspaniałomyślna i zabawna.
- Och, jest taka kochana - powtarzali wszyscy. I taka była prawda. Daphne zawsze myślała o niej z mieszaniną zachwytu, ulgi i wdzięczności, która głęboko poruszała Maudie.
Maudie widziała, jak bardzo niespokojna była Daphne za każdym razem, kiedy Emily rodziła, i jak wielką odczuwała ulgę, kiedy było już po wszystkim.
Jej radość i ulga przerodziły się niemal w euforię. Za drugim razem urodziła się kolejna dziewczynka, która również wyglądała jak jej matka, a reakcja Daphne była identyczna. Maudie droczyła się z nią na ten temat, ale Daphne pozostawała niewzruszona.
- Nie masz nawet pojęcia, jak bardzo się cieszę. Najdroższa Emily... - powiedziała, po czym wybuchła płaczem.
Za trzecim razem było zupełnie inaczej - wtedy Tim już nie żył, zginął w wypadku samochodowym, a Emily została z trójką dzieci do wykarmienia. Dziesięć lat wcześniej wyprowadzili się do Kanady, dlatego Daphne poleciała za Atlantyk, żeby być przy córce. Nie planowali tego trzeciego dziecka, dziewczynki były już właściwie nastolatkami. Gdy Daphne zadzwoniła, by oznajmić, że Emily urodziła wcześniaka, w jej głosie nie było radości. Odległość sprawiała, że na linii telefonicznej słychać było ciągłe trzaski i Maudie domyśliła się, że Daphne płacze.
- Daphne. Och, Daphne. Tak mi przykro - krzyczała w słuchawkę. - Och, gdybym tylko była bliżej...
Twarz stojącego przy niej Hectora zdradzała olbrzymi niepokój i Maudie potrząsnęła głową, próbując przekazać mu, że nie jest w stanie wszystkiego usłyszeć. Hector wziął od niej słuchawkę.
- Daphne - powiedział. - Mówi Hector. Nie płacz, kochana. Spróbuj się uspokoić i powiedzieć nam dokładnie, co się dzieje, żebyśmy wiedzieli, jak możemy pomóc.
W tym momencie Maudie odeszła od telefonu, żeby zrobić sobie drinka, nieco uspokojona pełną opanowania siłą męża. Wiedziała, że Daphne też będzie mogła na niej polegać, jakkolwiek straszne nie byłyby te wieści.
Koniec końców, Emily i mały Tim przeżyli, chociaż Maudie nigdy go nie widziała. Nie mieli pieniędzy na przeloty do Anglii, mimo że Daphne i Philip latali do nich w odwiedziny raz do roku.
- Dlaczego po prostu nie wróci do domu? - zapytała kiedyś Maudie, ale Daphne tylko potrząsnęła głową.
Starsze dziewczynki zadomowiły się już w swoich szkołach i Emily bała się narażać je na kolejne zmiany, zwłaszcza tak krótko po śmierci Tima, obawiając się, że mogłoby to być dla nich zbyt ciężkie. Być może za jakiś czas... Kilka lat później, kiedy zmarł Philip, Daphne oznajmiła, że zamierza przeprowadzić się do Kanady i zamieszkać z Emily.
Kiedy wrzosowiska ustąpiły wreszcie miejsca polom uprawnym i niewielkim wioskom, a chmury zaczęły się przerzedzać, Maudie przypomniała sobie, jak bardzo była zrozpaczona, słuchając planów Daphne.
- Wiem, że to samolubne z mojej strony - zwierzyła się potem Hectorowi - ale nie mogę tego znieść. Będę za nią tak bardzo tęsknić. Nie podobało mi się to już wtedy, kiedy wyjechała Emily, a teraz nie wiem, jak sobie poradzę jeszcze bez Daphne. Musimy je koniecznie tam odwiedzić.
Niestety, niedługi czas później Hector zachorował i musieli zrezygnować z planów wyjazdu do Kanady. Daphne przyleciała do domu na pogrzeb i razem z Maudie szlochały nad trumną, plącząc nie tylko za Hectorem, ale też za swoją przeszłością, młodością, przyjaźniami i nadziejami. Powróciły wszystkie dawne wspomnienia i przyjaciółki spędziły długie nocne godziny na rozmowie, rozpamiętując dawne dni.
Potem, kiedy Daphne wróciła do Kanady, Maudie z jednej strony czuła się bardzo samotna, z drugiej w jakiś dziwny sposób odczuwała również ulgę. Podczas długiej, trwającej półtora roku choroby Hector stał się nieprzystępny, trudny do współżycia i posępny. Maudie starała się nie tracić pogody ducha, ale nie było to łatwe. W ostatnich miesiącach życia Hector był coraz bardziej zdezorientowany, a jego wspomnienia coraz bardziej mgliste. Pod sam koniec nie pamiętał już nawet, kim była. Zdawało się, że na nowo przeżywa te lata, kiedy on i Hilda byli jeszcze młodzi, a dziewczyny wciąż były dziećmi. Stał się wtedy zrzędliwy, łatwo się irytował i od czasu do czasu wpadał w histerię. Gdy odwiedziła go Selina, był przekonany, że to Hilda i powtarzał bez ustanku:
- Wybacz mi, skarbie, wybacz mi.
Maudie nie mogła tego wytrzymać; uciekła do kuchni, żeby zaparzyć herbatę.
Kiedy Selina zeszła na dół, na jej twarzy malowała się satysfakcja.
- Biedny tata - powiedziała. - Oczywiście mama była jego jedyną prawdziwą miłością. Wydaje mi się, że trawiło go często poczucie winy, że tak zbezcześcił jej pamięć.
Maudie, doprowadzona na skraj wytrzymałości przez długie bezsenne noce, sfrustrowana i nieszczęśliwa, straciła wreszcie nas sobą panowanie.
- Przestań tak dramatyzować, do cholery! - krzyknęła. Selina uniosła tylko brwi i wyszła, nie czekając na herbatę.
- Nie przejmuj się tym - prosiła ją Daphne, kiedy Maudie jej o tym opowiedziała. - On majaczy. To nie ma żadnego znaczenia. Hector nie ma pojęcia, co się wokół niego dzieje, jest za bardzo chory i wyczerpany. Nie bierz tego do siebie, Maudie. Selina, rzecz jasna, będzie chciała wykorzystać całą tę sytuację. Gdybym tylko mogła teraz być przy tobie...
- Hector cię wspomina - powiedziała Maudie. - Ciebie i Emily. Pamięta wszystkich oprócz mnie.
- Och, skarbie. - Daphne brzmiała, jakby znajdowała się tuż obok niej. - Nie pozwól, żeby stała ci się krzywda. Nie byłabym w stanie tego wytrzymać. Nie teraz, kiedy jestem tak daleko. Proszę.
- Nie, wszystko w porządku, naprawdę. - Maudie próbowała wziąć się w garść. - To tylko ta wstrętna Selina, której sprawia to taką przyjemność. Jakoś się trzymam, naprawdę.
Maudie wiedziała, że w Daphne zawsze znajdzie oparcie, mimo że ta znajdowała się tysiące kilometrów od niej. Ale tak naprawdę trudno było zapomnieć o tych najgorszych miesiącach i pamiętać tylko szczęśliwe lata spędzone z Hectorem.
