Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Dziecko, które uciekło z lasu. Kobieta, która musi do niego wrócić.
Dorastająca z młodszym rodzeństwem w nowozelandzkim buszu Effie sądziła, że rodzice odcięli się od cywilizacji powodowani miłością do natury. Po traumatycznym wydarzeniu uciekła z głuszy, by ułożyć sobie życie na drugim końcu świata.
Lecz teraz, gdy w miasteczku na odludziu pojawia się łudząco do niej podobna dziewczynka, Effie postanawia wrócić do miejsca z przeszłości, gdzie sekrety jej dzieciństwa i zadawnione sprawy powoli wychodzą na światło dzienne. Aby ustalić, co się stało z jej rodziną – i pomóc tajemniczemu dziecku – Effie musi ponownie stawić czoło swoim największym lękom.
Bliscy mogą być groźniejsi niż najbardziej zabójcza głusza.
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Dziecko wówczas o tym nie wiedziało – miało zbyt otępiały z głodu i strachu mózg, by myśleć o czymś więcej niż kolejny krok. Niebawem jednak zostanie drugim najciekawszym zjawiskiem w dziejach Koraha.
Ręce dziewczynki, a w zasadzie same kości obleczone skórą, trzęsły się, gdy pchnęła ciężkie drzwi i wpadła do wypełnionego chłodnym powietrzem sklepu wielobranżowego. Potknęła się i przewróciła, a jej dłonie oparły się o podłogę, zostawiając na powierzchni dwie smugi. Nie sądziła, że podłoże może być tak gładkie i połyskliwe… Ciało runęło, jakby wypełniały je kamienie, lecz kiedy po chwili zauważyła ślady i błysk czerwieni, wykrzesała z siebie zapomnianą siłę.
Później tego dnia, gdy opowieści o jej przybyciu wgryzały się w odosobnione miasteczko, stu jego mieszkańców rozmaicie przedstawiało dalsze postępowanie dziecka, a ich historie rozgrywały się w alejkach jedynego tutaj sklepu.
Światła lodówki zamigały. Dziewczynka szła ciężko w jej stronę, co i raz się potykając. Świadkiem był tylko jeden człowiek, pryszczaty kasjer, który ani drgnął. Po kilku minutach, gdy wreszcie sięgnął po telefon stacjonarny, jąkając się, usiłował opisać scenę jedynemu w miasteczku policjantowi.
Dziewczynka o wyschniętych, obolałych ustach i gardle rzuciła się na wystawione na sprzedaż zimne owoce i gwałtownie zdjęła z półki plastikowe opakowanie truskawek. Zerwała pokrywkę i wbiła palce w soczyste czerwone owoce, by wpychać je do ust po dwa naraz. Sok spływał po spalonej słońcem twarzy i plamił ręcznie uszytą sukienkę. Fala słodkiego płynu sprawiała, że jej ciało zaczęło do niej wracać. Najpierw gardło. Potem usta. I policzki. Zupełnie jak wtedy, gdy wyjadali łyżkami miód prosto z ula.
Jej ulubiona sukienka, prezent na ósme urodziny, była ubłocona, a przy szyi poplamiona czymś kwaśnym. Dziewczynka wytarła ręce w szorstką bawełnę i omijając wzrokiem tyczkowatego kasjera, lustrowała lodówkę z mlekiem. Zmobilizowała nogi, podeszła do niej, szurając stopami, i otworzyła drzwiczki; język jej pulsował. Tam, skąd przybyła, prawdziwe mleko nie było dozwolone – pili tylko wodę z grudkami białego proszku. Tymczasem tutaj stało przed nią wiele litrów. Sięgnęła po butelkę, odkręciła niebieską nakrętkę i przystawiła szyjkę do ust. Mleko wylewało się na nią, mocząc twarz i ubranie. Kiedy nie mogła już wypić więcej, osunęła się na podłogę i oparła głowę o drzwi lodówki; jej małe ciało było wykończone.
Gdy łomoczące serce zwolniło, spojrzała na brudne ręce i nogi, by przekonać się, czy wciąż jest tą samą dziewczynką, którą była przed kilkoma dniami. Czy się zmieniła, odkąd zaczęła iść – a raczej biec. Mózg powoli przystosowywał się do zalewu cukru i kalorii, umysł podsuwał jej obrazy tego, przed czym uciekła. A kiedy wspomnienia nabrały konkretnych kształtów, rozważała, czy nie wyrzucić z siebie ich wszystkich, wsunąwszy palce w gardło.
Osłoniła twarz dłońmi, próbując odciąć się od wspomnień. One jednak w niej osiadły. Nie mogła tego „odzobaczyć”. Odgonić mruganiem. Rzęsy muskały jej dłonie, na których zastygła krew wymieszana z brudem. Zaczęła się trząść. Wieczorem, gdy srebrnowłosa kobieta będzie wycierać ją myjką, dziewczynka zastanowi się, czyja to krew. I czy to krew jednej, dwóch, czy trzech osób.
Podniósłszy wzrok, ujrzała wyciągnięte ku sobie ręce o mocnych, żylastych przedramionach. Rzuciła się do walki. Młóciła powietrze rękami, kopała, lecz mężczyzna trzymał ją spokojnie.
– Nic ci nie grozi, dziecko – powiedział łagodnym głosem. – Jesteś bezpieczna. Jestem przy tobie.
Dziewczynka przestała się opierać i pozwoliła się trzymać – nie wiedziała dlaczego. To było złe, wbrew regułom. Niemniej wtuliła się w niego, w zapach, ciepło i bezpieczeństwo, jakim emanował ten dziwny człowiek, zbyt zmęczona, by rozplątać kłębowisko myśli. A gdy serce policjanta dudniło jej w uchu, wiedziała, że jest źle – że teraz będzie jednym z tych dzieci. Jednym z tych, których twarze trafiają na pierwsze strony gazet. A gazety były groźne.
– Posterunkowy Lewis Weston – przedstawił się policjant. – A ty jak się nazywasz?
– Anya.
Zasłoniła usta dłonią, pragnąc cofnąć wypowiedziane słowo. Wtedy właśnie policjant się wzdrygnął, mięśnie jego ramienia nieco się napięły. Nie wystraszył się krwi, brudu czy stanu jej ubrania. Nie. Przestraszyła go jej twarz.
Coś zapłonęło w jej klatce piersiowej i zapanowawszy nad sobą, przypomniała sobie zasady. Nie pasowała do tego miasteczka. Nie pasowała do tych ludzi. Ci z zewnątrz by nie zrozumieli. I gdyby wyjawiła mu prawdę, odpowiedziała na więcej jego pytań, zostałaby ukarana. Minionym kilku dniom wyrosłyby zębiska i rogi, a prawda by ją pochłonęła; połknęła w całości. Trawiłby ją wieczny ogień.
– Skąd tu przybyłaś, Anyu? – Jego głos brzmiał życzliwie. To fortel. – Jesteś tu z rodziną?
Wypite zimne mleko zabulgotało jej w żołądku. Zamknęła oczy. Zagrzebała się w sobie, w bezpiecznym milczeniu. To nie było trudne. Zdarzało jej się już nie odzywać przez wiele dni.
– Możemy się z kimś skontaktować?
Zacisnęła powieki i usta, żeby nic więcej się jej nie wymsknęło.
– Anyu?
Pójdzie z policjantem, najpierw na mały posterunek, a potem do domu obcej osoby. Pozwoli, żeby ją wykąpano, nakarmiono i ubrano w nowe rzeczy. Ale się nie odezwie. Nie odpowie na pytania o dom. Ani o rodziców. Ani o to, dlaczego znalazła się w Koraha.
I tamtego wieczoru, gdy usłyszy ich szepty, odetnie się od ich słów. Mówili, że jest duchem, czymś niepokojącym i niemożliwym. Anya, mruczeli, wyglądała jak dziewczynka, która zaginęła przed blisko dwudziestoma laty.
Dokładnie taka sama twarz.
Takie same zielone oczy.
LAS ZACHODNIEGO WYBRZEŻA, NOWA ZELANDIA
Czwarte z nich wypadło na ten świat jak burza. Głośno i chaotycznie, niespodziewanie.
Najnowsze dziecko buszu.
Chłopiec z wrzaskiem zjawił się w małej chacie. W tym domu w głuszy. Wokoło – drzewa i paprocie, i jego donośny głos.
Dziecko było niesłychanie małe, wymięte i pomarszczone, a skórę miało jasnofioletową. Niesłychane też, że się pojawiło – jego miniaturowe ciałko leżało otulone wełnianym swetrem Effie – bo przecież mama nie była w ciąży. Pod jej bluzką nie odznaczał się brzuch. Nie nabrzmiały jej piersi. Przed przyjściem na świat Aidena mama miała opuchnięty brzuch poznaczony białymi liniami, ale tym razem zachowywał normalne kształty.
Effie trzymała braciszka w objęciach i próbowała wsunąć czubek palca w jego usteczka.
– Ćśś, maluszku.
Gdy Aiden był mały, mama miała mnóstwo mleka. Zdarzało się, że przesączało się jej przez bluzkę, i wtedy Effie odwracała wzrok zażenowana, bo mokre plamy kojarzyły się jej z krową nietrzymającą mleka.
– Przykro mi, maluchu. Nie mam nic dla ciebie.
Dziecko otwierało i zaciskało pomarszczone fioletowe piąstki i próbowało wtulić twarz w sweter Effie. Blisko dziewięcioletnia dziewczynka miała jeszcze płaską klatkę piersiową, czego noworodek zdawał się nie dostrzegać.
– Przestań.
Szukające usta chłopca napawały ją odrazą i chciała, żeby mama go od niej zabrała. Musiała go przecież nakarmić i wykąpać, jak Aidena. Dzieci trzeba ciągle karmić, lecz mama nie poruszyła się, odkąd dziecko wyskoczyło jej spomiędzy nóg godzinę temu. Tata wcisnął Effie lepkiego od białego śluzu noworodka i zatrzasnął jej drzwi sypialni przed nosem. Miał dziwną twarz, a jego oczy pociemniały w sposób, jakiego Effie nie rozpoznawała.
Wpatrywała się w drzwi. Za nimi znajdowało się jedno z dwóch pomieszczeń ich domu w głuszy. Była jeszcze główna izba, w której gotowali, uczyli się i spali. Effie usadowiła się wygodniej na kanapie, ostrożnie podtrzymując główkę chłopca. Młodsze rodzeństwo posłano na dwór po pikopiko*, które mieli ugotować na parze na kolację. Słychać było tylko płacz dziecka i stukanie zastrzalinów totara w ściany z blachy falistej. Krzyki mamy ucichły wieki temu, gdy krótkie ramię zegara wskazywało trzecią. Effie mocno tuliła chłopca w obawie, że mogłaby go upuścić. Widziała tysiące razy, jak mama trzymała Aidena, ale ten maluch był taki wiotki i delikatny, a do tego umiał chyba wyłącznie płakać.
– Już dobrze, maleństwo. Mamusia niedługo wyjdzie.
Effie starała się nie wyobrażać sobie, co się dzieje po drugiej stronie drzwi. Przeczuwanie złych rzeczy sprawia, że stają się rzeczywiste – takie były zasady maminej gry w „zaklinanie uczuć”. Zimą w chacie robiło się niekiedy tak chłodno, że Effie aż siniały palce u stóp. Wtedy mama robiła na drutach kolorowe skarpety i koce o dziwnych kształtach. Effie nienawidziła chaty w te lodowate dni. Była za zimna. Za mała. Za ohydna. Nie przypominała w ogóle prawdziwych domów, które oglądała w miasteczku. Ale mama twierdziła, że to jest dom. Taki prawdziwy. Dekorowała go donicami paproci i własnej roboty dziełami sztuki zawieszanymi na ścianach. Twierdziła, że dom jest uczuciem, ciepłym żółtym mrowieniem. Dlatego ćwiczyli. Wyobrażali sobie mnóstwo żółtych rzeczy. Słońce. Kwitnące drzewa kōwhai**. Trzmiele. Trznadle. Jaskry. Aż uczucie wypływające z wnętrza stawało się tak realne, że palce przestawały być takie skostniałe.
Tyle że teraz to nie działało. Effie potrzebowała mamy do tego, żeby gra się udała. Pragnęła, żeby mama wyszła z sypialni i przywróciła normalność.
– Ćśś. Proszę. – Effie delikatnie kołysała dziecko. – Nie wiem, co robić.
Zanim Aiden się pojawił, mama pokonała sześciogodzinną drogę przez las do Roaring Billy Falls. Potem przepłynęła małą blaszaną łajbą przez rzekę i pojechała autostopem do Koraha, by znaleźć położną. Ustawiła później przy zlewie małe buteleczki – ważne witaminy dla maleństwa – i przestała polować z tatą. Przed przyjściem na świat dziecka numer cztery nie zrobiła nic z tych rzeczy. Ono po prostu się pojawiło, drąc się wniebogłosy.
Effie sięgnęła po jedną ze starych drewnianych zabawek Aidena leżących na kanapie. Bez pożądanego skutku potrząsała nad głową dziecka grzechotką domowej roboty.
– Proszę, proszę, przestań płakać.
Wtem przez odgłosy zawodzenia przebił się łoskot dobiegający z sypialni – coś trzasnęło – a potem rozległ się zbolały, gniewny okrzyk. Effie chciała podbiec do drzwi sypialni i załomotać w nie z całej siły. Ale tata powiedział wyraźnie: dzieciakom wstęp wzbroniony.
Tuliła maleństwo mocno, jakby to mogło osłonić jego uszka przed odgłosami złości. Potem zamknęła oczy. Po drugim łupnięciu Effie osunęła się na podłogę i przyciągnęła kolana do klatki piersiowej, by podtrzymać noworodka. Musiała uciekać, sprowadzić pomoc. Lecz nie miała dokąd biec. Wokół były tylko drzewa. Nikt im nie pomoże.
Effie kołysała dziecko i szeptała słowa, które czytała w książkach, o mężczyźnie, który mógłby ich wybawić. Wciąż się kołysała i mamrotała, gdy drzwi sypialni skrzypnęły i stanął w nich tata.
Płakał. Ronił paskudne łzy. Effie zamarła, bo nie chciała, by ją spostrzegł. Byłby zażenowany. Nienawidził w ludziach słabości. Nigdy nie widziała go płaczącego, nawet wtedy gdy umarł ich wychudzony pies myśliwski. A teraz tata miał zaczerwienioną od płaczu, zagniewaną twarz i koszulę poznaczoną ciemnoczerwonymi plamami.
– Wstań – bąknął.
Nie mogła. On nie wyglądał jak tata.
– Tato? – zakwiliła.
Nie objął jej. Ominął ich i zerwał kurtkę z wieszaka. Nie oglądając się na nią i dziecko, wypadł z domu.
Chłopczyk wiercił się w objęciach Effie, ona zaś ruszyła naprzód – drewniana podłoga drapała jej kolana. Było za cicho, za spokojnie – chata oklapła jak wypatroszony prosiak. Jakby straciła serce.
– Mamo?
Effie zajrzała do zniszczonego pokoju. Fotel mamy został złamany, okruchy lustra zaściełały jej ulubiony pleciony chodnik. Pościel i podłoga były mokre, poplamione krwią i jakimś przezroczystym płynem. Effie podniosła się chwiejnie, zwalczyła mrowienie w nogach i podeszła bliżej łóżka. Bliżej mamy.
– Mamo?
Potrząsnęła jej ręką.
– Mamo!
Lecz mamy już nie było.
* Zanokcica bulwkowata, Asplenium bulbiferum, gatunek paproci endemiczny dla Nowej Zelandii (przypisy pochodzą od tłumaczki, chyba że zaznaczono inaczej).
**Sophora microphylla, zimozielony gatunek drzewa, które od późnej zimy do lata wytwarza żółte kwiaty z długimi pylnikami.
WYSPA SKYE, SZKOCJA
– To jest niewyobrażalnie upokarzające! – wykrzyknęła Effie, z trudem utrzymując się na nogach w podmuchach wichury. Naciągnęła mocniej kaptur, próbując ochronić twarz, ale deszcz kąsał jej policzki.
– Nie! – odkrzyknęła Blair. Tuliły się. – Upokarzające byłoby umrzeć na stoku tej cholernej góry, bo jesteś zbyt uparta, żeby prosić o pomoc.
– Damy radę zejść same. Możesz się na mnie oprzeć.
– Nie! Absolutnie nie damy rady. – Blair wbiła palce w ramię Effie i przywarła do niej, gdy wiatr prawie je przewrócił. – Mowy nie ma, żebym szła z taką kostką. Skały są śliskie jak lód, za chwilę zrobi się zimno i ciemno.
– Mogę…
– Musimy wezwać ratowników górskich.
– Ja jestem ratowniczką! – wrzasnęła Effie, ale szalejący żywioł przemienił jej słowa w szept.
– W tej chwili… – zaczęła Blair, która wraz z Effie przykucnęła na mokrej ziemi – jesteś upartą idiotką, która będzie patrzyła, jak jej najlepsza przyjaciółka zamarza na śmierć ze skręconą kostką. Albo, co jest całkiem prawdopodobne, zostanie zdmuchnięta z Dubh Slabs i skończy na dole jako plama z mięsa i kości.
– Nigdy bym na to nie pozwoliła…
– To do nich zadzwoń.
Blair machnęła dłonią w rękawiczce i mała plastikowa sprzączka uderzyła Effie w skroń. Odniosła wrażenie, że wrażliwa część wyziębionej skóry aż jęknęła z bólu, ale odgoniła go mruganiem.
– Nie mogę. – Spuściła wzrok. Woda skapywała jej z włosów. – Będzie mnie to prześladować do końca życia. Keith będzie się ze mnie naigrawał, a…
– Chryste Panie, Effie. Tylko siebie posłuchaj. – Blair wściekle rozcierała ramiona. – Możemy tu zginąć. To nie jest zabawa. Stawką jest nasze pieprzone życie.
– Ale to Greg może odebrać – burknęła Effie, nie patrząc przyjaciółce w oczy.
– No i? – Po twarzy Blair zaczęły spływać strużki tuszu do rzęs. – To świetnie.
– Zerwaliśmy wczoraj wieczorem.
Blair objęła Effie mokrym ramieniem.
– Musisz do nich zadzwonić – powtórzyła, ale łagodniejszym głosem.
Effie spojrzała w stronę, gdzie powinno się znajdować Cuillin Ridge. Nie było widać nic oprócz szarości, chmur i ulewnego deszczu. W pogodny dzień potrafiła nazwać każdy punkt od Loch Coruisk aż po koniec pasma – przeszła ten szlak kilka razy. Kiedyś przebiegła pasmo Black Cuillin – pokonała wszystkie dwadzieścia dwa wierzchołki i jedenaście szczytów powyżej tysiąca metrów – w cztery godziny i trzy minuty, zaledwie o godzinę dłużej od rekordu świata.
– Wiem – przyznała.
– Dzięki Bogu. – Blair westchnęła i wtuliła twarz w klatkę piersiową przyjaciółki. – Bo nie mam ani krztyny energii, by cię do tego zmusić.
– Cóż… – Effie zdobyła się na uśmiech. – I tak zamierzam powiedzieć Keithowi, że to zrobiłaś. Uciekłaś się do szantażu i zmusiłaś mnie, żebym sięgnęła po telefon.
– Zgadzam się na wszystko, byle wsiąść do śmigłowca i wyjść z tego z palcami u rąk i stóp.
Effie siedziała przez chwilę, czując na sobie ciężar przyjaciółki, a potem wyciągnęła z kieszeni telefon i wsunęła go między ucho a kaptur.
– To zwyczajny pech. – Blair wzięła ją za rękę. – Pech i gówniana szkocka pogoda.
– Dzięki, Bee.
Effie zamknęła oczy i wcisnęła dwójkę, by wezwać zespół ratowników, do którego należała od ośmiu lat. Modliła się, żeby zgłoszenia nie przyjął Greg. Ostatnie, co do niej wykrzyczał, kiedy wybiegała z jego mieszkania, to że skończy samotnie na zboczu jakiejś góry. Trzaskając drzwiami, wcale nie miała nic przeciwko temu.
– Wiem, że to nie powinno być ani trochę zabawne – powiedziała Blair, nie mogąc ukryć rozbawienia na drżących wargach, kiedy Effie skończyła rozmawiać z Keithem. Obiecał jak najszybciej przysłać ekipę.
– I nie jest. – Effie jęknęła i sięgnęła do plecaka.
– Ale… – Blair się uśmiechnęła. – Daj spokój, to będzie świetna historia.
– Wcale nie.
Śmigłowiec miał dotrzeć tu za jakiś czas, więc przyjemniej byłoby czekać, osłoniwszy się przed żywiołem usiłującym je utopić. Effie wyciągnęła namiot awaryjny i pokonawszy wichurę, ona i Blair stały teraz nos w nos, tułów w tułów, pod fluorescencyjnie pomarańczową płachtą. Wodoodporny materiał sięgał im tylko trochę poniżej pośladków, nogi miały więc wystawione na siekący deszcz.
– Dobra – odezwała się Effie. – Siadamy na „trzy”.
– Dobra. – Blair zachichotała.
– I – kontynuowała Effie – pamiętaj, żeby wciągnąć siedzisko pod siebie. Aby woda nie wpływała do środka.
– Zrozumiano. – Blair stłumiła śmiech, gdy podmuch wiatru ją pchnął i zetknęły się policzkami.
– Jeden… – zaczęła liczyć Effie, ignorując parsknięcia Blair. – Dwa. Trzy.
Kiedy usiadły, były osłonięte materiałem ochronnym, a ich świat zawęził się do łopoczącej pomarańczowej bańki.
– Nieźle… – Blair próbowała przekrzyczeć odgłosy trzepoczącego namiotu. – Wręcz romantycznie.
Effie przewróciła oczami.
– Chryste. – Potarła twarz dłonią. – Serio? Nawet teraz?
– Teraz co?
– Sama nie wiem. – Effie nie potrafiła powstrzymać uśmiechu. – Pomyślałam sobie, że może, tylko może, groźba śmierci mogłaby osłabić nieco twój… twój…
– Co takiego?
– Wkurzająco wytrwały entuzjazm.
– Daj spokój. – Blair szturchnęła nogę Effie stopą. – Uwielbiasz to.
– Toleruję.
– Podobnie jak ja to, że prawie nas wykończyłaś na babskim wypadzie. – Blair uśmiechnęła się kpiąco. – Mamy remis.
Effie odwzajemniła jej uśmiech i przez kolejne kilka minut milczały, podczas gdy pomarańczowy nylon furkotał wokół nich, a deszcz chłostał dwa okrągłe okienka.
Światło dnia zniknęło z wieczornego nieba, połknięte przez październikowy mrok, i kobiety miały do dyspozycji tylko dwie latarki czołowe. Jedna, wyłączona, spoczywała bezpiecznie w kieszeni Effie; drugą miała na głowie. Po pół godzinie jej telefon zawibrował raz za razem – dostała dwa powiadomienia – i wiedziała już, że coś się stało. Zdjęła rękawiczki i odczytała wiadomości. Najpierw tę od Keitha. Potem od Grega.
– O co chodzi? – spytała Blair.
Effie oderwała wzrok od telefonu i spojrzała na przyjaciółkę.
– Śmigłowiec ze Stornoway musiał zawrócić… z powodu silnego wiatru.
– Zatem… – Blair nabrała głęboko powietrza – nie będzie śmigłowca?
Effie pokręciła głową.
– Nie będzie miłego transportu drogą powietrzną?
– Obawiam się, że nie – przyznała Effie.
– To co teraz?
– Keith napisał, że przygotowali już ekipę, która do nas przyjdzie.
Blair szeroko otworzyła oczy.
– W tych warunkach?
– Tak. – Effie zacisnął się żołądek. – Wiedzą, co robią, Bee.
– Kurwa. – Blair zerknęła na mokre podłoże. – Też wiedziałyśmy.
Płachta tłumiła odgłosy ulewy, przez co było upiornie cicho. Po minucie milczenia Blair podniosła wzrok.
– Ile im to zajmie?
– Od pięciu do sześciu godzin – odparła Effie. – Może dłużej. Warunki…
– Nie są bynajmniej idealne – dokończyła Blair.
Effie parsknęła śmiechem.
– Zdecydowanie nie są idealne.
– A ten twój plastikowy worek. – Blair wskazała na ścianę namiotu. – Wytrzyma?
– Moja droga, siedzisz w ważącym dwieście siedemdziesiąt pięć gramów największym skarbie wypraw górskich. Mogę ci osobiście zagwarantować prawie ciepłą, prawie suchą, prawie znośną noc.
– Wybornie. Już to wydaje się lepsze od nocnej zmiany w szpitalu.
– Mniej odurzonych pacjentów. Mniej konieczności pomagania w czynnościach toaletowych.
– Boże, taką mam nadzieję. – Blair się skrzywiła. – Żadna z nas nie zrobi siku, dopóki nie przestanę się bać, że wiatr obryzga mi moczem twarz.
– Przepraszam – bąknęła Effie. – Jeszcze raz. Za to, że wpakowałam nas w tę sytuację.
– Mamy pecha, Effie. Pogoda się zmieniła, a przez to warunki. – Blair westchnęła. – A ja skręciłam cholerną kostkę. Czasem wdepnie się w gówno i nie można nic na to poradzić.
Effie ścisnęła dłoń Blair.
– A co się wydarzyło z Gregiem? – zapytała Blair.
– Nie jestem pewna, czy…
– Ależ to jest właściwy moment. – Blair uśmiechnęła się szeroko. – Nigdzie się nie wybieram. Wal. Jesteś mi winna przynajmniej jakieś ploteczki.
– Jesteś okropna. Wiesz o tym, prawda?
– Owszem.
– Poszło o nic. W każdym razie… o nic nowego. – Effie bawiła się suwakiem. – Ten sam odgrzewany temat.
– Twoja irracjonalna fobia przed zobowiązaniem?
– Taa.
– Nie mogłabyś dorobić biedakowi kompletu kluczy? Przecież i tak połowę czasu spędza u ciebie. I może przy okazji poczułabyś się inaczej.
– Nie. – Zabrzmiało to ostrzej, niż Effie chciała. – Przepraszam. Rzecz w tym… że to wydaje się za trudne. Greg, on… – „Nie jest tym jedynym”, pomyślała. – Nie jestem gotowa. Poza tym całe to zobowiązanie lepiej pasuje do ciebie.
– Dzięki, mnie pasuje nad wyraz dobrze. – Blair położyła dłoń na nodze Effie. – Ale to ciężka harówa. Ewan wymagał poważnego szkolenia przedślubnego.
Effie popatrzyła na przyjaciółkę.
– Powiedziałam różne rzeczy, Bee. Wyszło dość paskudnie. I myślę, że tym razem to naprawdę może być koniec.
– Dlaczego nie zadzwoniłaś?
– Prawie to zrobiłam. – Effie uśmiechnęła się słabo, bo wiedziała, że nie musi mówić nic więcej.
– Okej… Skoro już wiem, na czym stoimy, jutro, kiedy już zejdziemy z tej pieprzonej góry, mam cię zabrać na masaż i do sauny czy na piwo i skrzydełka kurczaka?
– Na piwo. – Effie zmusiła się do uśmiechu. – Mnóstwo piwa.
– W takim razie mogę… – Blair zaklęła, kiedy kamień uderzył w namiot kilka centymetrów od jej głowy. Rzuciła się na bok.
– Nic ci nie jest? – Effie przysunęła się do niej.
– Nic. Cholera. – Blair poklepała się po klatce piersiowej. – Zaskoczyło mnie to. Jezu, ale ten wiatr silny.
Effie wyjrzała przez plastikowe okienko, ale widoczność sięgała kilku metrów, a strugi deszczu sprawiały, że nie było widać wyraźnie nawet najbliższych wrzosów i skał.
– To będzie długa noc – skwitowała Blair.
– Może nie dość długa. – Effie schowała twarz w dłoniach. – Już sobie wyobrażam nagłówki. – Łypnęła zza rozsuniętych palców. – „Policjantka uratowana przez własny zespół ratowniczy”. „Zmarznięta i przemoczona policjantka wdzięczna za to, że żyje”.
– „Niekompetentna policjantka naraziła na szwank życie najlepszej przyjaciółki”.
Effie uniosła brew, a przy jej prawej stopie zebrała się kałuża wody.
– Daj spokój – rzuciła Blair. – Już nikt nie czyta gazet.
– Keith czyta.
– No tak, Keith zdecydowanie czyta – przyznała Blair i udawała zatroskaną. – Pewnie oprawi te artykuły w ramki i zawiesi w komisariacie w jakimś widocznym miejscu.
– Jesteś okropna.
Effie zadrżała, bo jej kurtka już dawno straciła właściwości przeciwdeszczowe. Nachuchała pod nią. Polar też przemókł. Blair miała bladą twarz, oczy podkrążone z powodu rozmazanego makijażu i zmęczenia, a za każdym razem, gdy zakasłała, Effie aż skręcało z poczucia winy. Ludzie wykazywali się głupotą, ufając jej. Myśląc, że ich nie zawiedzie.
Podciągnęła kolana pod brodę, a jej umysł zalała fala wstydu. Bez względu na to, co robiła, przeszłość zawsze ją dopadała, smagała jej piszczele. Czuła się, jakby stała w wodach wielkiego oceanu, który wsysa ją coraz głębiej, podczas gdy ona próbuje wyjść na płyciznę. On zawsze tam był, dryfował tuż pod powierzchnią, chwytał ją za kostki i wciągał w głębiny. Pewnego dnia w końcu ją utopi. A kiedy woda będzie się jej wlewać do gardła, jej ręce i nogi się poddadzą, Effie będzie go wciąż i wciąż błagać o przebaczenie.
Przepraszam.
Przeszył ją jęk wiatru głośniejszy od jej myśli, więc wyprężyła zdezorientowane i zziębnięte ciało.
Blair patrzyła na nią, biała jak prześcieradło, szeroko otwartymi oczami – jej twarz wyrażała trwogę. Effie poczuła ucisk w klatce piersiowej, gdy jej mózg zaskoczył i dotarło do niej, co się dzieje. To nie wiatr, tylko krzyk Blair. Powiodła za jej wzrokiem i zamarła, a krew ścięła się jej w żyłach.
W małym okrągłym okienku widniała twarz.
Nieznajomego. Z lewym okiem nabiegłym krwią.
Effie chwiejnie cofnęła się w stronę drzwi, tuląc dziecko do piersi; nie mogła oderwać wzroku od dziwnej postaci leżącej na łóżku mamy. Miała na sobie ubranie mamy, miała jej twarz, ale to, co ważne, się nie zgadzało.
– Mamo?
Effie mocniej przytuliła malucha. Głos jej drżał, gdy łzy spływały po twarzy, i jeszcze chwila, a dziewczyna wyrzuciłaby z siebie całą zawartość żołądka.
– Mamo? – powtórzyła głośniej.
Mama musiała się obudzić. Musiała przestać się wygłupiać. Przecież to dziecko nie miało się tu znaleźć. Mama nie wspominała, że chce mieć kolejne – twierdziła, że trójka jej wystarczy. W rogu nie stała kołyska. Na sznurkach nie wisiały pieluchy. Przed narodzinami Aidena mama przez wiele tygodni szyła, a teraz na stole nie leżał żaden materiał. Nie było na nim szpulek nici.
Effie pokołysała dziecko, aż jego oczka się zamknęły. Wtedy przysunęła się o krok do łóżka – do tego czegoś, co było mamą i nią nie było. Jakby z daleka Effie nie mogła mieć pewności. Zbliżając się, czuła mrowienie na skórze. Zabezpieczyła dziecko – jego śpiące ciałko zachowywało się jak woda – i wysunęła drżącą rękę, by dotknąć przedramienia mamy. Było ciepłe. Effie westchnęła. Skóra mamy była jeszcze ciepła.
– Tato! – krzyknęła i przycisnąwszy chłopczyka do siebie, wybiegła z pokoju. – Tato!
Tata się pomylił. Popełnił błąd. Zawsze powtarzał, że nie można oskórować oposa, kiedy jest jeszcze ciepły – trzeba poczekać, aż ostygnie i umrze na dobre. A mama była ciepła. Nie umarła na dobre. Effie wybiegła za drzwi i wypadła na werandę.
– Tato! – krzyknęła w stronę gęstego lasu. – Tato! Wracaj.
Przebiegła po deskach werandy i schodkach, dziecko wciąż płakało, i skierowała chude ciało w stronę ściany paproci, drzew rimu* i rātā**. Tata pewnie poszedł nad rzekę. To jedyna droga. Wokół nie było żadnych innych dróg czy szlaków poza sporadycznymi ścieżkami jeleni. Gdy co kilka miesięcy udawali się do miasta, prowadziła ich rzeka. Oprócz rzeki Roaring Billy otaczał ich wyłącznie las – gęsty, zielony, ciągnący się kilometrami, dalej, niż Effie mogłaby zajść.
– Ćśś, maluszku. – Pocałowała główkę. – Musisz iść ze mną.
Odwróciła się. Kiedy rozglądała się po otoczeniu małej chaty, w głowie kłębiły się myśli. Nie widziała Aidena. Ani Tii. Jedynym śladem po jej rodzeństwie był wywrócony do góry dnem kosz i świeże paprocie pikopiko leżące na ziemi. Obok ujrzała grzechotkę deszczownicę należącą do Aidena.
– Nie mogę cię tu zostawić. Musisz iść ze mną.
Buzia dziecka marszczyła się w płaczu. Oczka przypominały dwie szparki otoczone opuchniętym ciałem, usta tworzyły ciemną dziurę. Jego krzyk ranił jej uszy i serce, jakby kochała to maleństwo i nie lubiła go równocześnie. Dziwne małe stworzenie składające się z tego co ona, z krwi i innych elementów, wymachujące rękami i nogami… Próbowała go uspokoić.
– Nie płacz, maluszku. – Nie chciała, żeby było mu smutno. Nie chciała, żeby cierpiał lub płakał. – Ćśś. Ćśś.
Ale też nie chciała go tutaj. Chciała mamy. To nie był sprawiedliwy układ. Nikt nie pytał jej o zdanie. Obecność ich obojga, dziecka i mamy, mogłaby być okej, ale wyłącznie jego – już nie.
– Chodźmy po tatę. – Effie podrzucała malucha w ramionach. – Może pomóc mamie.
Wypatrzyła na werandzie materiał, podniosła go i przytroczyła dziecko do klatki piersiowej, jak kiedyś Aidena. Przyciśnięcie go do siebie trochę pomogło; maluch przycichł. Weszła w las. Rzeka płynęła niedaleko – jeśli Effie nie przeoczy oznakowanych drzew, dotrze tam w piętnaście minut. Kiedy weszła między kahikatea*** i totara, górujące nad nią jak zielone olbrzymy, poczuła pierwsze krople deszczu spływające z górnych gałęzi. Potykała się z powodu dodatkowego ciężaru, gdy pokonywała dywan z paproci i mchu, niemniej uparcie przedzierała się przez gęstą roślinność i głębiej wbijała w nią stopy, gdy robiło się bardziej stromo.
Effie była ulubienicą taty. Nigdy tego nie powiedział i nie zrobił niczego, co wzbudziłoby podejrzenia młodszych dzieci. Effie jednak wiedziała. Tata zawsze dawał jej całusa na koniec dnia przed położeniem się spać i pozwalał jej robić rzeczy, których inni robić nie mogli. Na przykład chodzić z nim do lasu sprawdzać pułapki i czyścić pstrąga. Mama twierdziła, że tata kochał ich wszystkich tak samo. Ale tak nie było. To po nim Effie miała rude włosy i zielone oczy, przez co była do niego tak podobna. A kiedy tata był w lesie przez całą noc i tropił jelenie lub kozy, zawsze zostawiał dla niej na stole garść czubków pnącza supplejack****, a mama smażyła je na oleju. Nawet kiedy tata był zmęczony i mrukliwy, chwilami wręcz straszny, do Effie zawsze się uśmiechał. Lecz nie tego popołudnia. Wyszedł, nie spojrzawszy na nią.
Jak nie tata.
Effie rozgarniała paprocie, drugą ręką osłaniając główkę dziecka przed deszczem. Przez dolinę przetoczył się pierwszy grzmot. Zatrzymała się i spojrzała przez gęstwinę w górę – błękit nieba zniknął prawie zupełnie, zasnuty chmurami. Każdego innego dnia zawróciłaby, czując respekt przed czarnym niebem, i skuliłaby się na bezpiecznym łóżku mamy. Lecz w ten dzień inny od pozostałych jej mama prawie nie żyła.
– Damy radę, maluszku. – Effie dotknęła różowego paska plastiku, który tata zawiązał na drzewie. – Już niedaleko.
Las rzedł bliżej rzeki, teren robił się mniej stromy. Deszcz padał już rzęsiście, a dziecko stało się zbyt ciche. Podtrzymując mu tył główki, Effie przyspieszyła.
– Tato! – próbowała krzyknąć, ale wiatr porwał jej słowa.
Pokonała biegiem jeszcze jakieś pięćdziesiąt metrów i zobaczyła rzekę Roaring Billy – pasmo srebra przecinające las. A potem dostrzegła jego. Tatę. Ubrany w wodoodporne ponczo stał w wodzie zanurzony do pasa i pokonał już jedną trzecią szerokości rzeki. Effie mruganiem chroniła oczy przed deszczem, wynurzywszy się spod baldachimu drzew. Z walącym sercem próbowała krzyczeć, lecz niebo było zbyt ciężkie; zdusiło jej głos. Potykając się, szła po małych białych kamykach. Zbliżała się do rzeki. Tata stał w niewłaściwym miejscu. Nie na płyciźnie. Był za głęboko. Za daleko. Zawsze przeprawiali się wyżej, gdzie rzeka była węższa, przy żwirowej łasze; tata pokazywał im raz po raz, że tamtędy łatwiej przejść w bród. Tam woda sięgała tylko do uda, a prąd był na tyle wolny, że Effie mogła się utrzymać na nogach. Podczas ostatniej wyprawy do miasta tata namówił ją, żeby przeprawiła się sama, a nie na jego plecach. Szła powoli między rodzicami i walczyła z prądem szarpiącym ją za stopy, kuląc się, gdy lodowata woda sięgała jej do pasa. Upadła dwa razy i rzeka chciała ją porwać. I dwa razy tata ją uratował.
– Effie?
Odwróciła się, słysząc, że ktoś szepnął jej imię.
– Tia? – Effie przeszła po kamieniach i uklękła. Dziecko było cicho. – Co ty tu robisz?
Jej siostrzyczka, drobna jak na sześciolatkę, siedziała na kamieniach z kolanami podciągniętymi pod brodę i odganiała moskity. Mokra od deszczu koszulka oblepiała jej ramiona, podobnie jak ociekające wodą bujne włosy.
– Zamarzniesz tu – zauważyła Effie. – Albo coś cię pożre. Gdzie Aiden?
– Tata powiedział… – Tia miała buzię zalaną łzami. – Że jeśli rzeka go porwie… zaopiekujesz się mną. Ale ja nie chcę, żeby rzeka go porwała.
Effie pociągnęła siostrę za ramię w chwili, gdy błyskawica rozdarła niebo. Jednocześnie próbowała chronić noworodka przed deszczem.
– Gdzie Aiden?! – krzyknęła.
– Nie chciał przestać płakać. – Tia pociągnęła nosem. – Krzyczał i krzyczał.
– Gdzie on jest?
Tia uniosła rękę. Jej ciałem wstrząsały potężne dreszcze. Wskazała na rzekę.
– Jest…
Strach ścisnął klatkę piersiową Effie, kiedy się odwróciła i mrużąc oczy, usiłowała dostrzec coś w deszczu. Tata nie był sam. Garbił się pod ciężarem dużego plecaka, w którym siedział Aiden. Mała głowa chłopca wystawała u góry i kołysała się na boki. Woda była za wysoka. Nurt był za szybki.
Effie rzuciła się do przodu i krzyknęła:
– Tato!
Deszcz smagał ją strugami, ciężkimi i groźnymi. Nie można się przeprawiać przez rzekę w deszczu. Tata i Aiden zginą. Nie dotrą na drugi brzeg. Mama też umrze. Dziecko poruszyło się niespokojnie przy jej klatce piersiowej, bo szalone bicie jej serca obudziło je do życia. Pięć małych paluszków zacisnęło się na jej kciuku.
– Chcę do mamy… – załkała Tia.
Effie wpatrywała się w rzekę. Metr za metrem tata brnął dalej, a dno plecaka już się zanurzało. Tata nigdy nie zostawiał Tii samej. Zwłaszcza nad wodą. Latem, gdy słońce nadawało rzece turkusowy kolor, Tia godzinami pluskała się na płyciźnie, ale tata zawsze był blisko. Śmiał się. Zbierał kamienie. Łowił węgorze. Nigdy jej nie zostawiał. Nie zostawiał żadnego z nich.
Effie otarła dłonią oczy. Tata zabrał ze sobą plecak podróżny, ten z zapasowymi kieszeniami, z którego korzystał podczas długich polowań. Effie chciała krzyczeć, kazać mu wrócić, ale jej wola walki osłabła, rozmyta przez deszcz.
– Effie. – Tia pociągnęła ją za rękaw. – Jest mi zimno. – Wzięła siostrę za rękę lodowatymi palcami.
Effie poczuła, że chce się rozpłakać. Zimno jej siostry i ciepło braciszka… tego było za dużo. Było jej za mokro i za zimno. Powinni się znaleźć w domu. Dziecko potrzebowało mleka, ciepła, suchych ubrań. Musiała z nim wrócić do mamy.
Mama.
– Chodź. – Ścisnęła dłoń Tii. – Wracajmy do domu.
– Potrzebujemy taty.
– Tata niedługo przyjdzie – skłamała.
Po raz ostatni spojrzała na rzekę. Pokonali połowę drogi – teraz mogą iść już tylko w jedną stronę. Tata zawsze uśmiechał się do Effie. Nawet jeśli był zajęty lub zmęczony. Za każdym razem, gdy wchodził do lasu, zatrzymywał się w ostatnim miejscu, z którego ją widział, unosił rękę i uśmiechał się do niej siedzącej na schodkach przed chatą. Teraz nie przystanął. Brnął dalej przez wodę, prąd targał jego ciałem i czarny ból zamknął serce Effie. Tata nie odwrócił głowy. Nie spojrzał za siebie.
– Chodźmy.
Effie wprowadziła ich troje pod osłonę drzew.
Gdy sklepienie ze zwartych gałęzi osłabiło ulewę, Effie tonęła w środku.
* *Dacrydium cupressinum, wiecznie zielone drzewo iglaste, endemiczne dla Nowej Zelandii.
**Metrosideros umbellata, wiecznie zielone drzewo z rodziny mirtowatych, także endemiczne dla Nowej Zelandii, występujące na Wyspach Południowej i Stewart, a praktycznie nieobecne na Wyspie Północnej. Jest nazywane nowozelandzkim drzewem bożonarodzeniowym ze względu na piękne czerwone kwiaty.
*** Drzewo iglaste z gatunku Dacrycarpus dacrydioides osiągające nawet 50 metrów wysokości.
****Ripogonum scandens, endemiczne dla Nowej Zelandii pnącze leśne, mające charakterystyczne okrągłe czerwone owoce.
Effie patrzyła na młodego mężczyznę. Ich twarze dzielił mający kilka milimetrów grubości przezroczysty plastik.
Blair wpiła palce w ramię Effie.
– Jasny gwint, chyba jest ranny.
Effie ani drgnęła. Panika malująca się na twarzy nieznajomego sprawiła, że nie mogła się ruszyć. Jego nabiegłe krwią oczy patrzyły dziko z przerażenia. Taki wyraz twarzy nawiedzał ją nocą, budził zlaną zimnym potem. Chłopak, ten sprzed wielu lat, patrzył na nią z takim samym przestrachem w oczach.
Wszystko w Effie kazało jej się podnieść. Pomóc mu. Te głosy zagłuszało dudnienie jej serca i znowu była dzieckiem. Ukrywającym się w lesie, zasłaniającym uszy rękami i słyszącym jego krzyk.
– Effie. – Blair potrząsnęła jej ramieniem. – Effie, musimy mu pomóc.
Głos przyjaciółki wyrwał ją z otępienia. Effie powoli odwróciła głowę, nie do końca rozumiejąc. Nie w pełni obecna. Blair się pochyliła, by zmniejszyć dzielącą je odległość, i przytknęła czoło do czoła Effie.
– Nie jesteś tam – szepnęła Blair. – Jesteś bezpieczna.
Effie zamknęła oczy i pozwoliła, by słowa przyjaciółki sprowadziły ją z powrotem do wyjącego wiatru i ulewnego deszczu. Gdy podniosła powieki, chłopiec i las zniknęły.
– Cóż… – Kąciki ust Blair unosiły się w uśmiechu. – Z tym bezpieczeństwem to może lekka przesada, bo nadal tkwimy na zboczu góry z potencjalnym psycholem obok namiotu… I znowu naginam fakty, bo jest to raczej plastikowy worek.
Effie ścisnęła ją za rękę; Blair dostrzegła jej zmagania i pomogła odłożyć je na bok. I nie wspomni o tym ponownie – właśnie za to Effie ją kochała.
– Pójdę z nim porozmawiać – oznajmiła. – Ty musisz tu zostać, żeby wiatr nie porwał nam schronienia.
Blair ściągnęła brwi.
– Nic mi nie będzie – zapewniła ją Effie.
– Wiem. Martwię się raczej o dzieciaka. – Blair uśmiechnęła się lekko. – Bądź miła.
– Zawsze jestem miła.
– Wiesz, o co mi chodzi. Bądź delikatna.
Effie przewróciła oczami i uniosła boczną ściankę namiotu. Deszcz był bezlitosny. Chłostał zbocze góry strugami, ziemia była mokra i niebezpieczna, niebawem miała zapaść ciemność. Effie otarła oczy, wciąż nie stała stabilnie. I wtedy otrzymała cios. Nagły i nieoczekiwany. Pięść młodego mężczyzny uderzyła ją w bok głowy, przez co wszystkie fizyczne doznania skupiły się w tym jednym miejscu. Zadzwoniło jej w czaszce. Siła uderzenia pchnęła ją na bok, stopy pośliznęły się na mokrych kamieniach i upadła na kolano. Skrzywiła się z bólu, gdy uderzyła kością o skałę, po czym próbowała odzyskać równowagę, chwiejąc się pod naporem wiatru wiejącego jej w plecy.
– Jezu Chryste – wyrzuciła z siebie.
Na moment straciła orientację, potem się odwróciła i spojrzała na chłopaka. Był w rozsypce, ubrany stanowczo za lekko na te warunki, kucał z kolanami przyciągniętymi do klatki piersiowej, kołysał się i coś mamrotał.
– Przepraszam, przepraszam. – Patrzył na nią. Jego młodzieńcza twarz była opuchnięta i zakrwawiona. – Spanikowałem. Przepraszam. Zależało mi na twoim namiocie. Nie chciałem…
Effie przytknęła dłoń do oka. Chłopak chyba uderzył ją zegarkiem w kość policzkową.
– Mogłeś poprosić – powiedziała i przykucnęła obok niego. – Jasna cholera, kto najpierw kogoś bije, zanim wypróbuje zwykłe „proszę”?
Walcząc z wiatrem, Effie wyciągnęła folię NRC z plecaka i otuliła nią drżące ramiona mężczyzny.
– Przepraszam. – Pociągnął nosem. Drżała mu broda. – Przepraszam. Jest mi tak zimno. I uderzyłem się w głowę.
– Idiota z ciebie. Ot co.
Ton jej głosu, pozbawiony łagodności, sprawił, że chłopak na nią spojrzał, co znaczyło, że przynajmniej był przytomny. I na szczęście przez deszcz jego oko wyglądało wcześniej gorzej niż z bliska. Owszem, naczynka w gałce ocznej dzieciaka popękały, ale oko nie krwawiło. Było tylko paskudnie podbite.
– Co ty tu robisz w takich ciuchach? – Podała mu baton Turkish Delight wyjęty z kieszeni. – Z kim idziesz?
– Z nikim. Ja tylko…
Effie musiała się powstrzymać, żeby nie klepnąć w tył tej durnej głowy. Po twarzy chłopaka spływały łzy. Nie mógł rozerwać różowego opakowania.
– Pomyślałem, że fajnie będzie przebiec to pasmo. Zrobił to taki jeden gość z TikToka…
– Jezu. – Effie potarła twarz. – Jak się nazywasz?
– Craig.
– A ile masz lat? – spytała, siląc się na delikatność.
– Osiemnaście.
– Cóż, Craigu, chociaż jesteś kompletnym imbecylem, masz szansę tu dzisiaj nie zginąć.
W jego oczach błysnął strach. Kolejna pokrzepiająca oznaka jego przytomności. Dzieciak był przede wszystkim wychłodzony i przemoczony. No i głupi.
– Wejdziesz do mojego namiotu – poinformowała go Effie – do mojej przyjaciółki Blair. Która, na twoje szczęście, jest pielęgniarką. Do tego o wiele bardziej wyrozumiałą ode mnie. I będziesz czekał na przybycie ekipy ratunkowej.
– A ty?
– A ja tu sobie zostanę, by podziwiać widoki.
– Nie możesz wejść ze mną?
– Za mało miejsca.
– Ale…
– Wchodź. – Wzięła go za rękę i podprowadziła do namiotu. – Zanim zmienię zdanie.
Przemoczona Effie wcisnęła się do śpiwora ratunkowego i usiadła na ziemi, a potem zaciągnęła sznurek tak, że tylko twarz wystawała jej na deszcz. Spakowany próżniowo przedmiot spoczywał na dnie jej plecaka od pięciu lat – na wszelki wypadek. Może i była przesadnie przygotowana i jej plecak zawsze okazywał się najcięższy, ale dorastała z dużym respektem dla przyrody. I nauczyła się, jak w niej przetrwać. Jak przeżyć jego.
Effie wiedziała, jak to jest umierać. Wiedziała, jak to jest dygotać tak gwałtownie, że aż zęby bolą i widzi się białe plamki.
Mrok otulił górę. Rozwodnione światło jej czołówki oświetlało czerwony śpiwór na nogach, a krople deszczu rozjaśniały ciemność białymi smużkami. Keithowi i jego ludziom trudno będzie znaleźć przejście przez wezbrane strumienie, śliskie kamienie znacznie ich spowolnią. To będzie długa noc. Effie zerknęła na namiot, na jego jaśniejącą na pomarańczowo kopułę, objęła kolana i krąg światła sprawił, że poczuła na plecach dawno zapomniany chłód. Przez moment czuła mokry sznur wrzynający się w jej nadgarstki i kostki nóg, przygważdżający jej dziecięce ciało do ziemi. Umrze. Umrze w ciemności, dziecko porzucone na ziemi pośród drzew.
Przez ułamek sekundy widziała pomarańczowy błysk światła.
Nadziei.
Zniknął, zanim mała Effie zdołała krzyknąć.
Głowa opadła jej do przodu, napinając ścięgna szyi i przywracając ją boleśnie do teraźniejszości. Zamrugała i przetarła twarz. Musiała zachować przytomność. Musiała być czujna i dbać o to, żeby być widoczną dla ratowników. Jej ciało zaczęło dygotać. To dobrze. Musiała tak drżeć jeszcze przez kilka godzin, by generować ciepło.
Effie uruchomiła stoper około dziewiątej wieczorem – minęły prawie cztery godziny, odkąd wezwała pomoc. Jeśli dobrze pójdzie, Keith i jego ludzie dotrą do nich około jedenastej, może później, zważywszy na pogarszające się warunki i opóźnienie związane ze śmigłowcem. Zamknęła oczy. W absolutnej ciemności pokonywała w głowie szlak: przekraczała wezbrane strumienie i mijała kamienie. Blair trzeba znieść na noszach, a dzieciak będzie potrzebował opiekunki. Czeka ich długa wędrówka w mroku.
Roztarła nadgarstki wewnątrz śpiwora – jej umysł nigdy w pełni nie uwolnił się od buszu – i czekała.
Pierwsze błyski światła pojawiły się o północy – linia małych białych kropek na horyzoncie. Effie mrugnęła raz. I znowu. Wyciągnęła gwizdek z plecaka i dmuchnęła w niego tak, że aż policzki ją zabolały. Zmusiła nogi do ruchu, wstała chwiejnie i ustawiła czołówkę na pełną moc.
– Tutaj! – Osunęła śpiwór do talii i zamachała. – Jesteśmy tutaj!
Z łomoczącym sercem przyglądała się, jak kropki światła rosną i zaczynają się wspinać ku niej.
– Tutaj!
Woda spływała jej po rękawach, wiatr smagał policzki, ale nie przestawała machać. Ściągnie Blair z tej góry. I dzieciaka też. Za nic nie będzie patrzeć na niczyją śmierć. Krzyczała tak długo, aż zobaczyła znajomy szeroki uśmiech Keitha. Gdy się zbliżał, znowu wróciło do niej wspomnienie z buszu – jego ubłoconych butów, kiedy do niej podszedł i podniósł jej małe ciało z ziemi.
– Rety, dobrze cię widzieć. – Keith uśmiechał się od ucha do ucha, gdy ją objął.
– Dzięki – wydusiła z siebie. – Za to.
– Przecież nie mogłem nie pomóc damie w opałach, czyż nie?
– Nie. – Effie rąbnęła go w ramię. – Nawet nie próbuj.
Uniósł ręce w udawanym geście kapitulacji.
– Żart. Żart.
Effie ściągnęła brwi.
– Poważnie, dzieciaku. – Jego spojrzenie złagodniało. – Słusznie postąpiłaś. Jestem z ciebie dumny.
– Nie będziesz się nabijał?
– Nie będę. – Puścił do niej oko. – Przez co najmniej tydzień.
Effie chciała coś odpowiedzieć, ale dostrzegła w deszczu Grega. I chociaż bardzo się starała nic nie poczuć, w jej klatce piersiowej wezbrało ciepło i musiała odwrócić wzrok.
– Tych dwoje jest w namiocie – poinformowała. – Trzeba będzie okleić Blair kostkę.
– Dwoje? – upewnił się Keith.
– Blair wam wyjaśni. – Westchnęła głęboko. – Sam zobaczysz. Dopilnuj, żeby Blair dostała dobre batony energetyczne.
Keith poklepał się po kieszeni.
– Wyprzedzam cię o krok.
– Dzięki. – Uśmiechnęła się do niego.
– Też coś zjedz – powiedział, po czym się oddalił ze składanymi noszami na plecach.
– Proszę.
Effie odwróciła się, usłyszawszy głos Grega. Podsuwał jej wodoodporne ubrania i leżący na wierzchu batonik Bounty. Jej ulubiony.
– Dobrze się czujesz? – spytał.
– Tak. – Wzięła od niego ciuchy, nie patrząc mu w oczy. – Nie musiałeś przychodzić.
– Keith potrzebował dwunastej osoby. Do noszy.
– Och.
Przez chwilę stali w milczeniu, oddaleni od siebie o niecały metr, a deszcz chłostał górę. Podmuch wiatru szarpnął śpiworem, który nadal otulał nogi Effie, i kobieta zachwiała się do przodu. Greg chwycił ją i przez moment trzymał, gdy przytulała twarz do jego ciepłej klatki piersiowej. Nie potrafiła na niego spojrzeć, więc się odsunęła.
– Powinnam się przebrać – odezwała się. – I zajrzeć do Blair.
– Dziękuję. Że zgłosiłaś się po pomoc. – Jego oczy wyrażały szczerą ulgę. – Wiem, że to nie było łatwe.
Effie zdobyła się na słaby uśmiech. Pod żebrami czuła pulsujący ból. Odwróciła się od Grega.
– Czekaj. – Chwycił ją za ramię.
– Nie. – Effie zamrugała, by wycisnąć z oczu wodę, która nie była wyłącznie kroplami deszczu. – Proszę, nie tutaj.
– Nie o to chodzi… – Wbił wzrok w buty.
Ściągnęła brwi.
– Ktoś próbował się z tobą skontaktować. – W jego głosie pobrzmiewał smutek. – Dzwonił na posterunek z pięć razy. I zostawił kilka wiadomości.
– Czego chciał?
– Nie jestem pewien. – Ton Grega odzyskał oficjalne brzmienie. – Przedstawił się jako Lewis.
Effie zamarła.
– I mówił coś o dziewczynce. – Odwrócił głowę od wiatru. – Sam nie wiem. Brzmiało to dość rozpaczliwie.
Lewis. Jej Lewis. Effie przycisnęła rękę do brzucha.
– Effie. – Greg się zaniepokoił. – Dobrze się czujesz?
– Nie… – Westchnęła. – Nie wiem.
– Dlaczego nie pije?
– Tia, przestań. – Effie odtrąciła rękę siostry. – Jesteś brudna.
– Nie otwiera oczu.
– Jest zmęczony. – Effie przystawiła smoczek butelki na mleko Aidena do ust dziecka, ale ono nic nie zrobiło. Ściągnęła brwi. – Może butelka jest za duża.
Aiden zawsze ściskał butelkę pulchnymi dłońmi i mleko się w niego wlewało.
– Dlaczego mama go nie karmi? – dopytywała Tia. – Aiden może się podzielić. Przecież pije od mamy już niewiele mleka.
– Mama odpoczywa – warknęła Effie ze ściśniętym gardłem.
Jeszcze tego ranka, zanim zaczęły się krzyki i krwawienie, mama podłożyła do ognia i upiekła ciasteczka z rodzynkami w dużym metalowym naczyniu. A potem, promiennie uśmiechnięta, posadziła sobie Tię na biodrze i wirowały, śmiejąc się i śpiewając, gdy pomieszczenie wypełniał ciepły zapach ciasta. Lecz ta mama odeszła. Wciąż leżała w łóżku – Effie zajrzała do niej po powrocie znad rzeki – ale już się nie śmiała ani nie uśmiechała. Effie przykryła ją czystym kocem i zostawiła obok ciasteczko, a następnie wycofała się na palcach – żeby mama mogła odpocząć.
– Może ono nie lubi mleka.
– On – powiedziała Effie. – To chłopiec.
– Skąd wiesz?
Effie próbowała wsunąć smoczek do małych ust.
– Po prostu wiem.
Ten chłopczyk nie robił tego, co trzeba. Dzieci powinny płakać i wymachiwać rączkami. Aiden płakał godzinami, aż jego ciałko robiło się prawie czerwone i jego płacz wypełniał chatę. Effie nawet spróbowała kiedyś zamknąć go na zewnątrz. A kiedy był malutki, krótko po urodzeniu, wymachiwał nóżkami i wyginał ciało, jakby robił mostek. To nowe dziecko przestało płakać przed mniej więcej dwiema godzinami. Nawet gdy Effie szturchała mu brzuszek, milczało. Nie robiło tego, co noworodek robić powinien.
– Proszę, jedz. – Dziobnęła usteczka miękkim smoczkiem.
Zrobiła mleko tak jak sobie na śniadanie – mała filiżanka proszku plus duża wody.
– Skąd się wziął? – spytała Tia.
Effie zmarszczyła czoło.
– Wyszedł z mamy.
– Tata go w nią włożył?
– Tak.
– Kiedy?
Effie przytknęła palec do nieruchomej buzi. Była pomarszczona i żółta, miała dwie kreski w miejscu oczu i jedną tam gdzie usta.
– Nie wiem.
Nawet nie wiedziała, jakiego koloru ma oczy. Pogładziła malucha po policzku i zaczęła się mu przyglądać. Może potrzebował snu. Aiden bardzo dużo spał, kiedy był malutki. Mama nosiła go przy sobie, gdy kopała w warzywniku albo zbierała jagody kōtukutuku* i młode pędy pikopiko. Ale gdy Effie szturchała dziecko, ono się nie ruszało. A przecież dzieci powinny się ruszać. I powinny pić mleko.
– Tia – odezwała się. – Przynieś łyżeczkę.
Tia zerwała się z chodnika, ubrana tylko w majtki, i pobiegła w kąt kuchni, potykając się po drodze na tyczkowatych nogach o mokre ubrania. Jej skóra z trudem oblekała szkielet, jakby kości próbowały przebić się przez nią na biodrach i łokciach.
– Proszę – powiedziała, podając siostrze łyżeczkę.
Effie położyła dziecko na starej kanapie, ładnej tylko dzięki jednemu z koców wydzierganych przez mamę, i wlała kilka kropli mleka na łyżeczkę. Ostrożnie uniosła główkę noworodka, jakby to była kępka delikatnego mchu, i wsunęła łyżeczkę między wargi malca. Tia siedziała przy niej, woda skapywała z jej ciemnych włosów na kanapę i Effie czuła jej łomoczące serce.
– Proszę – powiedziała – otwórz buzię.
Żółta twarzyczka się poruszyła i usta się rozchyliły.
– Pije! – pisnęła Tia. – Spójrz, on pije.
– Ćśś. Przestraszysz go.
W jej klatce piersiowej rozlało się ciepło, gdy mleko wpływało do ust dziecka. Istnienie czegoś tak małego i kruchego wydawało się pozbawione sensu. Łyżeczka została opróżniona, a Effie czuła gulę w gardle. Delikatne, kruche istoty nie przeżywały w buszu.
– Daj mu więcej – poprosiła Tia, podskakując na kanapie. – Spójrz… spójrz…
Dziecko poruszało ustami jak rybka.
– Chce więcej. – Tia wskazywała na chłopca rozpromieniona. – Jest głodny.
Przez kolejne pół godziny wkrapiały mleko w swojego braciszka. Effie nie potrafiła oderwać od niego wzroku. Potem umyły go najlepiej, jak umiały, i zawinęły w jedną z pieluch Aidena. Nie poruszały trudniejszych tematów. Nie rozmawiały o mamie. Ani o tacie lub Aidenie. Ani o zbyt głębokiej rzece i za szybkim prądzie.
Gdy zakradł się zmrok, Effie ułożyła stosik gałęzi i rozpaliła ogień w piecyku. Mama nazywała go sercem chaty. Tata zbudował palenisko ze starej beczki na paliwo. Położył ją na boku, zrobił w niej drzwiczki i komin. Mama wykorzystywała górną część do gotowania – nad otworem można było przesuwać żeliwny prostokąt. Gdy mama go zdejmowała, płomienie wyglądały na zewnątrz i woda w czajniku gotowała się naprawdę szybko.
Effie włożyła rękawicę, otworzyła drzwiczki i dorzuciła kawałek drewna. Nawet latem dzieci musiały być ogrzane. Mama mówiła, że skóra noworodków jest za cienka, by utrzymać ciepło. Gdy ogień się rozpalił, Effie odsunęła stół i cztery domowej roboty stołki na bok, by urządzić legowisko przed kanapą. Nie wiedziała, jak zbudować kołyskę, a ich kącik do spania znajdował się za daleko od ognia, koce zaś były czyste i miękkie.
Otuliwszy malucha, Effie położyła go na małym posłaniu, usiadła na kanapie i patrzyła na niego.
– Co będziemy teraz robiły? – spytała Tia. Wskoczyła na kanapę obok siostry i wtuliła się w nią.
– Poczekamy, aż zapłacze, i damy mu więcej mleka.
Siedziały ramię w ramię, z brudnymi stopami i nagie, obserwując wznoszącą się i opadającą klatkę piersiową maleństwa. Ława w kuchni błyskała i lśniła w świetle ognia, podłoga wokół paleniska połyskiwała. W drugim końcu pokoju na drewnianym pręcie wisiała zasłonka kącika sypialnego urządzonego dla nich przez tatę, a wyposażonego w podwójne łóżko na dole i pojedyncze na górze. Z górnego nikt nie korzystał.
Effie i Tia kuliły się, gdy letnie niebo ciemniało i ciepło ognia rozchodziło się po ścianach. Żołądek Effie skręcał się z głodu, więc objęła się w talii rękami. Tia zrobiła to samo. Żadna się nie ruszyła. To mama zwykle gotowała, chociaż zdarzało się to także tacie i Effie. Mama gotowała jednak najlepiej, a na pewno robiła najpyszniejszy chleb. Piekła go przez wiele godzin w ciężkim czarnym garnku, a jego zapach sprawiał, że Effie ciekła ślinka. W weekendy jadali nawet pastę Vegemite, którą myśliwi zostawiali w chacie nad rzeką Thomas, a tata przynosił ze swoich polowań. Effie podciągnęła kolana, napierając udami na zaciśnięty żołądek. Dziwnie się czuła, myśląc o jedzeniu bez mamy. Chata bez niej wydawała się pusta.
– Muszę zajrzeć do mamy – odezwała się w końcu. – Ty popilnuj dziecka.
Tia skinęła głową.
Effie przypaliła świecę i na paluszkach podeszła do drzwi pokoju rodziców, ostrożnie omijając skrzypiące deski. Wstrzymując oddech, zatrzymała się przed drzwiami. Mama mówiła, że grzecznie jest pukać, na wypadek gdyby ona i tata byli zajęci. Ale taty nie było. Był gdzieś w buszu albo porwała go rzeka i odszedł na dobre. Effie dotknęła drzwi czubkami palców. Mama niebawem w pełni wypocznie. Będzie gotowa, by wstać – nakarmi dziecko i upiecze chleb. I będzie wiedziała, jak sprowadzić tatę z powrotem. Mama i tata byli jednością podzieloną na dwie części i jak mawiała mama, te części nie mogły istnieć oddzielnie. Tata po nią wróci.
– Mamo… – Effie otworzyła drzwi i wemknęła się do środka. – Dałam dziecku mleko. – Podeszła do łóżka, nie patrząc na bałagan, połamany fotel i krew na pościeli. – On śpi – kontynuowała. – Tia go pilnuje.
Postawiła świecę przy nietkniętym ciasteczku na szafce nocnej i odsunęła koc. Potem, jak to robiła w czasie burzy, położyła się obok niej. Gdy ich ramiona się zetknęły, skóra do skóry, Effie zagryzła wargę i zacisnęła powieki; nie godziła się, by to czuć. Nigdy. Przenigdy. Skoro tego nie czuła, to nie działo się to naprawdę. Jeśli nie czuje zimna, to go nie ma.
– Przewinęłyśmy go.
Effie ułożyła się tak, że teraz leżały obok siebie z głowami na jednej wysokości. Zamknęła oczy i dodała brakujące elementy – zapach mydła mamy i ciepło jej oddechu. Ignorowała sztywność jej ciała, to, jak ręce wrosły w łóżko niczym drzewa i jak palce pozostawały mocno zaciśnięte. Mama delikatnie wzięła Effie za rękę i opowiedziała jej szeptem historię w oświetlonym świecą pokoju.
Po jakimś czasie Effie odwróciła się i popatrzyła w stronę drzwi, nasłuchując odgłosu kroków.
– On niedługo wróci, mamo.
Dotknęła ręki mamy. Zimno – które nie istniało – otulało skórę jej mamy jak jeden z dzierganych szali.
Wiem, skarbie.
Mama pocałowała ją w czoło, a Effie się w nią wtuliła. Nie płakała. Bo gdyby zapłakała, gdyby poczuła cokolwiek, mama też by nie wróciła.
Dobranoc, kochanie.
– Dobranoc, mamo.
*Fuchsia excorticata, fuksja drzewiasta.
Przekład: Agnieszka Patrycja Wyszogrodzka-Gaik
Redakcja: Barbara Szymanek
Korekta: Beata Buko, Julia Zając
Projekt okładki: Katrina Duncan
Zdjęcia wykorzystane na okładce: © tobiasjo/iStock, © primeimages/iStock
Skład i łamanie: pagegraph.pl
Konwersja do EPUB/MOBI: InkPad.pl
Wydawnictwo Mięta Sp. z o.o.
03-475 Warszawa, ul. Borowskiego 2 lok. 210
www.wydawnictwomieta.pl
tel. +48 505 636 224
ISBN 978-83-68891-18-8
