Transmigracja Timothy'ego Archera - Philip K. Dick - ebook + audiobook + książka

Transmigracja Timothy'ego Archera ebook i audiobook

Philip K. Dick

4,5
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł

TYLKO U NAS!
Synchrobook® - 2 formaty w cenie 1

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym. Zamów dostęp do 2 formatów, by naprzemiennie czytać i słuchać.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

<!-- /* Font Definitions */ @font-face {font-family:"Cambria Math"; panose-1:2 4 5 3 5 4 6 3 2 4;} /* Style Definitions */ mal, mal, mal {margin:0cm; margin-bottom:.0001pt; font-size:12.0pt; font-family:"Times New Roman","serif";} .MsoPapDefault {margin-bottom:10.0pt; line-height:115%;} @page WordSection1 {size:595.3pt 841.9pt; margin:70.85pt 70.85pt 70.85pt 70.85pt;} ction1 {page:WordSection1;} -->

Trudno o bardziej trafne podsumowanie życia i twórczości Philipa K. Dicka

Transmigracja Timothy’ego Archera jest przepełniona śmiercią – wielce stosownie jak na ostatnią powieść. Problem w tym, że pięćdziesięciotrzyletni Dick nie chorował i nie miał podstaw, żeby się spodziewać rychłej śmierci. Stało się tak, że jego organizm – a to obejmuje również jego nadczułą psychikę – podyktował mu na zakończenie życia powieść o śmierci uwieńczoną znalezieniem świętego Graala. Bo biskup Archer wyrusza na ostatnią wyprawę w poszukiwaniu mądrości, a znajduje śmierć oraz współczucie bodhisattwy, czyli miłość”.

Lech Jęczmyk, Od tłumacza

Philip K. Dick urodził się w 1928 r. w Chicago, lecz większą część życia spędził w Kalifornii. Krótko był studentem Uniwersytetu Kalifornijskiego. Prowadził sklep z płytami i stację radiową. Przeszedł też doświadczenia z narkotykami, które wykorzystywał w swej twórczości. Zmarł w 1982 r. Wydał 36 powieści, z których wiele weszło na stałe do kanonu literatury SF. Był też autorem kilku powieści realistycznych, osadzonych w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych XX wieku. O większości jego rówieśników uhonorowanych nagrodą Pulitzera czy literacką Nagrodą Nobla niewielu już pamięta, on zaś ma coraz liczniejsze grono wielbicieli, a o jego książkach pisze się doktoraty…

Dom Wydawniczy REBIS wydał takie jego powieści jak: Ubik, Blade runner, Valis, Człowiek z Wysokiego Zamku czy Trzy stygmaty Palmera Eldritcha.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 319

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 9 godz. 13 min

Lektor: Paweł Paprocki

Oceny
4,5 (14 ocen)
7
7
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.

Popularność




W sprzedaży:

Ubik

Blade run­ner

Czy andro­idy marzą o elek­trycz­nych owcach?

Czło­wiek z Wyso­kiego Zamku

Valis

Boża inwa­zja

Trans­mi­gra­cja Timo­thy’ego Archera

Dok­tor Blu­th­geld

Wyzna­nia łga­rza

Trzy styg­maty Pal­mera Eldrit­cha

Przez ciemne zwier­cia­dło

Czas poza cza­sem

Płyń­cie łzy moje, rzekł poli­cjant

Świat Jonesa

Wbrew wska­zów­kom zegara

Mar­sjań­ski poślizg w cza­sie

Krótki szczę­śliwy żywot brą­zo­wego oks­forda

Deus Irae

Oko na nie­bie

Wariant drugi

Kopia ojca

Raport mniej­szo­ści

Elek­tryczna mrówka

Labi­rynt śmierci

Inwa­zja z Gani­me­desa

Cudowna broń

Sło­neczna lote­ria

Nasi przy­ja­ciele z Fro­lixa 8

Możemy cię zbu­do­wać

Dru­ciarz Galak­tyki

Radio Wolne Albe­muth

Klany księ­życa Alfy

Prawda pół­osta­teczna

Teraz cze­kaj na zeszły rok

Polecamy także nagrania audio:

Blade run­ner

Czy andro­idy marzą o elek­trycz­nych owcach?

Ubik

Czło­wiek z Wyso­kiego Zamku

Trzy styg­maty Pal­mera Eldrit­cha

Przez ciemne zwier­cia­dło

Dru­ciarz Galak­tyki

Radio Wolne Albe­muth

Valis

Boża inwa­zja

Płyń­cie łzy moje, rzekł poli­cjant

Trans­mi­gra­cja Timo­thy’ego Archera

Zagubiony na pustyni

Trans­mi­gra­cja Timo­thy’ego Archera, ostat­nia książka Dicka wydana za życia pisa­rza, to powieść bar­dzo oso­bi­sta. Nar­ra­torka Angel Archer jest wzo­ro­wana na córce pisa­rza Lau­rze Archer Dick, a prze­my­śle­nia Angel na temat chrze­ści­jań­stwa i lite­ra­tury to odbi­cie roz­my­ślań samego Dicka. Epi­sko­palny biskup Kali­for­nii James Pike, nale­żący do naj­waż­niej­szych przy­ja­ciół autora Ubika, był posta­cią wielce kon­tro­wer­syjną, a naj­waż­niej­sze wyda­rze­nia doty­czące jego gorz­kiego życia, tra­ge­dii rodzin­nej, prze­trą­co­nej wiary i bez­sen­sow­nej śmierci na pustyni powra­cają w fik­cyj­nej bio­gra­fii Timo­thy’ego Archera. Pike, cho­ciaż biskup, stale kwe­stio­no­wał dogmaty wiary, poszu­ki­wał odpo­wie­dzi na teo­lo­giczne pyta­nia, eks­pe­ry­men­to­wał i snuł dzi­waczne teo­rie. Dopro­wa­dziło go to do pro­cesu o here­zję, po któ­rym zwró­cił się w stronę ezo­te­ryki, co zresztą było zna­mienne dla tam­tych cza­sów.

Dick poznał Pike’a na płasz­czyź­nie towa­rzy­skiej w poło­wie lat sześć­dzie­sią­tych. Dys­ku­to­wali o meta­fi­zyce i teo­lo­gii, Dick był nim szcze­rze zafa­scy­no­wany i poznał go ze swą zna­jomą – wzo­rem powie­ścio­wej Kir­sten. Po śmierci Jima juniora (w powie­ści Jeff) Pike popadł w okul­tyzm i wiarę w duchy, co do któ­rych Dick był scep­tyczny, ale na prośbę Pike’a kilka razy, wraz z żoną Nancy, wziął udział w sean­sach spi­ry­ty­stycz­nych jako świa­dek i robił notatki. Z nota­tek tych Pike korzy­stał, pisząc książkę The Other Side (Druga strona) o życiu poza­gro­bo­wym i trau­mie po stra­cie syna. We wstę­pie do niej podzię­ko­wał Dic­kowi i Nancy, któ­rym udzie­lił ślubu, mimo że poprzed­nie mał­żeń­stwo Dicka nie zostało unie­waż­nione. Po uka­za­niu się książki Pike był sądzony za here­zję, zło­żył urząd biskupa i zaczął zgłę­biać zoro­astryzm. Kilka razy jeź­dził na Bli­ski Wschód w poszu­ki­wa­niu śla­dów życia histo­rycz­nego Jezusa Chry­stusa, a we wrze­śniu 1969 roku zagi­nął i zmarł na pustyni.

Już na wiele lat przed powsta­niem Trans­mi­gra­cji Dick był zafa­scy­no­wany Pikiem. Wspo­mi­nał o nim w swej twór­czo­ści kil­ka­krot­nie. Pisząc powieść Labi­rynt śmierci, któ­rej boha­te­ro­wie two­rzą na potrzeby świata wyge­ne­ro­wa­nego przez kom­pu­ter satys­fak­cjo­nu­jącą psy­cho­lo­gicz­nie sztuczną reli­gię, stwier­dził we wstę­pie, że „nie­ży­jący już biskup James A. Pike dostar­czył mi pod­czas naszych roz­mów prze­bo­ga­tego mate­riału teo­lo­gicz­nego”. W powie­ści Wbrew wska­zów­kom zegara Pike wystę­puje oso­bi­ście (podob­nie jak Nancy i szef Dicka z mło­do­ści, kiedy Dick pra­co­wał, jak Angel Archer, w skle­pie muzycz­nym). W powie­ści tej Zie­mia wcho­dzi w „fazę Hobarta” i czas zaczyna pły­nąć do tyłu: ludzie stają się coraz młodsi, a mar­twi wstają z gro­bów, w czym poma­gają im spe­cjalne wiwa­ria, odwrot­ność zakła­dów pogrze­bo­wych. Akcję roz­po­czyna ocze­ki­wa­nie na zmar­twych­wsta­nie Anar­chy Tho­masa Peaka, cha­ry­zma­tycz­nego przy­wódcy reli­gij­nego Murzy­nów. Wła­ści­ciel wiwa­rium przy­go­to­wuje się na to wyda­rze­nie, stu­diu­jąc bio­gra­fię tej dawno zmar­łej oso­bi­sto­ści.

We Wbrew wska­zów­kom biskup Pike wystę­puje w podwój­nej roli: jako czar­no­skóry Anar­cha Peak i biały biskup Pike, cho­ciaż ten ostatni jest ledwo wspo­mniany w retro­spek­cji. Tho­mas Peak za życia wymy­ślił kult udi, oparty na mistycz­nym doświad­cze­niu łącze­nia się wyznaw­ców w jed­ność z Bogiem za pomocą nar­ko­ty­ków. W Trans­mi­gra­cji Archer (jak w rze­czy­wi­sto­ści Pike) badał sektę esseń­czy­ków i ich zapi­sane w zwo­jach z Qum­ran zwy­czaje, w tym mistyczne transy wywo­łane przez nar­ko­tyczny grzyb, i wysnuł wnio­sek, że Chry­stus powta­rzał jego tezy. Qum­ran to wadi – podo­bień­stwo fone­tyczne z kul­tem udi jest chyba zamie­rzone.

Peak z Wbrew wska­zów­kom był Bry­tyj­czy­kiem, stu­dio­wał w Cam­bridge hebraj­ski, grekę, łacinę i san­skryt (jak w rze­czy­wi­sto­ści Pike), ale zre­zy­gno­wał z kariery aka­de­mic­kiej i wyemi­gro­wał do USA, żeby zawo­dowo grać jazz. Tam poznał biskupa Kali­for­nii Jamesa A. Pike’a, który orga­ni­zo­wał msze jaz­zowe. Zaczęli współ­pra­co­wać, Peak został kom­po­zy­to­rem Pike’a, a ten wcią­gnął go w swoją dzia­łal­ność spo­łeczną – był człon­kiem Ame­ry­kań­skiej Unii Praw Oby­wa­tel­skich, wal­czył o prawa Murzy­nów, masze­ru­jąc wraz z Mar­ti­nem Luthe­rem Kin­giem w Sel­mie. Peak pod wpły­wem Pike’a wstą­pił do semi­na­rium, przy­jął świę­ce­nia kapłań­skie, gło­sił rady­kalne dok­tryny, a wresz­cie, oskar­żony o here­zję i wyda­lony z Kościoła epi­sko­pal­nego, zało­żył wła­sny Kościół, oparty na doświad­cze­niu udi. Przed swą przed­wcze­sną śmier­cią napi­sał książkę Bóg w pudełku, w któ­rej roz­wa­żał różne aspekty życia poza­gro­bo­wego.

W Trans­mi­gra­cji bar­dzo podobne ele­menty bio­gra­fii Pike’a prze­two­rzone są w bar­dzo fine­zyjny spo­sób, by stwo­rzyć prze­ko­nu­jący psy­cho­lo­gicz­nie por­tret biskupa Archera. Angel opo­wiada o nim tak, by jed­no­cze­śnie poka­zać nur­tu­jące teścia pro­blemy teo­lo­giczne. Tim (jak nazywa w myślach Archera) był sądzony za here­zję, gdyż zwąt­pił w dogmat Trójcy Świę­tej i tłu­ma­czył z ambony, że gdyby Duch Święty ist­niał, dałby znak swo­jej obec­no­ści przez dwa tysiąc­le­cia, które upły­nęły od cza­sów apo­stol­skich. Uwa­żał, że ter­min „Duch Święty” to trans­po­zy­cja sta­rego hebraj­skiego poję­cia, które dosłow­nie ozna­czało „Duch Boga” i było rodzaju żeń­skiego – Jim inter­pre­to­wał je jako bra­ku­jący ele­ment Boga, jego żeń­ski aspekt czę­ściowo toż­samy z cnotą miło­ści zde­fi­nio­waną przez świę­tego Pawła. Dla Tima taka miłość jest fun­da­men­tem ładu na świe­cie i pod­sta­wo­wym dogma­tem wiary, zgod­nie z któ­rym postę­po­wał w kon­tak­tach z ludźmi. Tłu­ma­czy Angel, że: „jesteś kimś, kogo znam, kocham i na kim mi zależy. Myślę, że miłość jest klu­czo­wym sło­wem dla Paw­ło­wego myśle­nia. Po grecku agape, w tłu­ma­cze­niu na łacinę cari­tas”. Z cari­tas, jak dowo­dził, bie­rze się poję­cie „cha­ry­ta­tyw­no­ści” (czyli tro­ski o dru­giego czło­wieka), jako naj­waż­niej­szej cnoty.

Pod koniec lat sześć­dzie­sią­tych, gdy Tim bory­kał się z pro­ce­sem o here­zję i ukry­wał skan­da­liczny romans z Kir­sten, popro­szono go o pomoc w pra­cach nad tłu­ma­cze­niem zwo­jów z Qum­ran, mogą­cych – jak twier­dzili arche­olo­go­wie – mieć coś wspól­nego z Q, hipo­te­tycz­nym źró­dłem ewan­ge­lii syn­op­tycz­nych. Kil­ku­let­nie bada­nia zachwiały wiarą Tima: odkrył zwoje nie­malże cytu­jące słynne słowa Chry­stusa, a pocho­dzące z II wieku przed jego naro­dzi­nami, w tym zapisy o spo­ży­wa­niu w wadi grzyba ano­khi pod dwoma posta­ciami, stałą i płynną, podobne do opi­sów uczty eucha­ry­stycz­nej.

Jeśli Chry­stus powta­rzał tylko stare sen­ten­cje i rytu­ały, to nie był synem Boga – ta kon­sta­ta­cja była dla Tima począt­kiem upadku. Tra­cąc pew­ność, jaką dawała mu wiara, sta­wiał coraz dziw­niej­sze hipo­tezy. Jedna z nich doty­czyła sza­tana – wedle Tima uko­chał on Boga tak bar­dzo, że by go poznać, posta­no­wił na chwilę stać się Bogu podob­nym, choć wie­dział, jaka spo­tka go za to kara. Poznał i zro­zu­miał Boga, lecz Bóg nie zro­zu­miał jego inten­cji – dla­tego wymie­rzył mu karę, którą sza­tan przy­jął z rado­ścią, gdyż pojął, że pozna­nie Boga jest bez­względ­nie naj­wyż­szym dobrem. W pew­nym sen­sie podobny był Pro­me­te­uszowi, jed­nak heros podzie­lił się z ludźmi ogniem, który wykradł dla nich, a sza­tan wie­dzę o Bogu zacho­wał dla sie­bie, grze­sząc samo­lub­no­ścią, prze­ci­wień­stwem cari­tas.

Utra­ciw­szy swą dawną wiarę, Tim prze­ży­wał katu­sze, udzie­la­jąc komu­nii, którą uzna­wał tylko za pusty rytuał, w poszu­ki­wa­niu trans­cen­den­cji popa­dał w coraz więk­sze here­zje, aż wresz­cie po czę­ściowo przez sie­bie zawi­nio­nej samo­bój­czej śmierci Jeffa zwró­cił się ku okul­ty­zmowi. Wie­rzył, że syn stara się z nim poro­zu­mieć „z dru­giej strony”. To, że Jeff prze­bywa w zaświa­tach i wie, co się tam dzieje, posta­no­wił wyko­rzy­stać do zgłę­bie­nia tajem­nicy histo­rycz­nego Chry­stusa.

Angel w nie­mej bez­sil­no­ści obser­wo­wała powolny upa­dek moralny i inte­lek­tu­alny Tima. Zdru­zgo­tana śmier­cią Jeffa nie potra­fiła zatrzy­mać lawiny kolej­nych nie­szczęść, które w końcu zabiły w niej czło­wie­czeń­stwo. Jak sama przy­znała po latach, czuła się jak auto­mat, pozba­wiony wiary i miło­ści, funk­cjo­nu­jący mecha­nicz­nie. Angel – anima i Mądrość Boża repre­zen­tu­jąca nie­świa­domą siłę dobra – zostaje poko­nana i uci­szona, choć powieść koń­czy nadzieja, że po latach się odro­dzi.

Druga kobieta wystę­pu­jąca w Trans­mi­gra­cji, Kir­sten, popeł­nia samo­bój­stwo, gdy rak, na któ­rego cierpi od lat, oka­zuje się nie­ule­czalny. Kir­sten to zara­zem nie­winna ofiara suro­wego wyroku Boga i żeru­jąca mate­rial­nie i emo­cjo­nal­nie na oto­cze­niu samo­lubna kobieta nisz­czy­cielka. Miłość do niej była jedną z przy­czyn śmierci Jeffa. Kir­sten znisz­czyła też psy­chicz­nie swo­jego syna i przy­czyniła się do upadku Tima. Ta kobieta to zara­zem sym­bo­liczna odwrot­ność Angel.

Klamrą akcji powie­ści jest zabój­stwo Johna Len­nona. To kro­pla prze­peł­nia­jąca czarę gory­czy. Angel mówi wtedy: „Chyba wiem, po co żyjemy na tej ziemi: żeby się dowie­dzieć, że to, co kochamy naj­bar­dziej, zosta­nie nam ode­brane raczej na sku­tek błędu na górze niż w wyniku jakie­goś planu”. Dla Angel Len­non repre­zen­tuje nie tylko typ muzyki popu­lar­nej sprzed lat, ale całą kul­turę miło­ści i buntu lat sześć­dzie­sią­tych. Po jego śmierci wszyst­kie radio­sta­cje grają dawne utwory, słu­cha­jąc ich chro­no­lo­gicz­nie w samo­cho­do­wym radiu, Angel wspo­mina czasy swego związku z Jef­fem i Timem.

Len­non w Trans­mi­gra­cji odgrywa taką samą rolę jak – sądząc z bio­gra­fii pisa­rza – David Bowie w życiu Dicka: jego docho­dzący z radia głos niósł tajne prze­sła­nie doty­czące natury rze­czy­wi­sto­ści. W Trans­mi­gra­cji radio jest jedy­nie tłem i impul­sem do wspo­mnień, a nie prze­kaź­ni­kiem na przy­kład sygnału z sate­lity, ale Angel wspo­mina nastroje sprzed dekady opi­sane także w Vali­sie. „Wiele osób tłu­ma­czyło mi, że około roku 1973 wszyst­kie pro­gramy nada­wane w Stre­fie Zato­ko­wej zawie­rały komu­ni­katy pod­pro­gowe pocho­dzące… od Mar­sjan”.

Kolej­nym moty­wem wią­żą­cym Trans­mi­gra­cję z bio­gra­fią Dicka jest druga oso­bo­wość, która odzywa się w umy­śle boha­tera i ste­ruje nim. Dick wie­rzył w odzy­wa­jące się w jego umy­śle głosy, a Bill – chory psy­chicz­nie syn Kir­sten – przej­muje oso­bo­wość Tima (choć tym razem jest to raczej sku­tek schi­zo­fre­nii niż meta­fi­zyki). Kon­takty z „drugą stroną”, które Tim opi­suje w książce Wszech­władna śmierć, zbli­żają znów Trans­mi­gra­cję do bio­gra­fii Pike’a i sean­sów spi­ry­ty­stycz­nych, w któ­rych Dick brał udział. Angel jest do nich nasta­wiona rów­nie scep­tycz­nie jak Dick, książka jest wielką pomyłką i za jej przy­czyną biskupa i jego bli­skich dotyka wiele zła.

W kon­fron­ta­cji ze śmier­cią, sza­leń­stwem, mil­czą­cym Bogiem, któ­rego nie ma jak uspra­wie­dli­wiać, i złem Angel ucieka do świata filo­zo­fii i lite­ra­tury – głów­nie do angiel­skiej poezji meta­fi­zycz­nej z XVII wieku i Dan­tego, który miał na meta­fi­zy­ków duży wpływ. Jej mło­dość upły­nęła w biblio­te­kach Ber­ke­ley, a naj­pięk­niej­sze wspo­mnie­nia doty­czą lek­tur i prac pisa­nych w stu­denc­kich cza­sach. Śmierć Len­nona przy­wo­łuje w jej pamięci wiersz W. B. Yeatsa Dru­gie przyj­ście, mile­na­ry­styczny w nastroju poetycki obraz bestii, która ma naro­dzić się w Betle­jem, zapo­wia­da­jąc koniec świata. Yeats pre­zen­tuje w nim wizję histo­rii jako spi­rali – ruchu po okręgu, opar­tego na wiecz­nych powro­tach, ale jed­nak linio­wego, posu­wa­ją­cego dzieje naprzód.

Wszystko się powta­rza, ale ina­czej, wciąż gorzej i gorzej: po śmierci Ken­ne­dych, Kinga i Archera rów­nie bez­sen­sow­nie umiera Len­non, a śmierć nie jest wcale miło­sierna – jak w poezji Emily Dic­kin­son, któ­rej wspo­mnie­nie dener­wuje Angel tak samo jak esej o Arche­rze pióra słyn­nej pisarki Jane Marion (w rze­czy­wi­sto­ści o Pike’u pisała w ten spo­sób Joan Didion). Wśród strzęp­ków tek­stów, które przy­cho­dzą jej do głowy, kiedy słu­cha radio­wych donie­sień o Len­nonie, poja­wiają się Par­si­fal, Lear i Ham­let. Angel myśli cyta­tami i zwłasz­cza w chwi­lach traumy tek­sty poprze­dzają rze­czy­wi­stość, lek­tury są klu­czem do poję­cia świata, który je zale­d­wie nie­udol­nie naśla­duje.

Angel zdaje sobie sprawę ze swego men­tal­nego eska­pi­zmu w bez­pieczną prze­strzeń biblio­teki. „Będę zado­wo­lona, kiedy cywi­li­za­cja się roz­pad­nie”, myśli. „Ludzie beł­kocą kawał­kami z ksią­żek”. Jed­no­cze­śnie jed­nak tylko nie­by­wałe oczy­ta­nie pozwa­lało jej zna­leźć przed laty płasz­czy­znę poro­zu­mie­nia z Timem: „Dla Tima Archera świat jest jedną wielką biblio­teką pod­ręczną, po któ­rej jego nie­spo­kojny umysł buszuje w poszu­ki­wa­niu cyta­tów”, stwier­dza. Angel wie­lo­krot­nie okre­śla samą sie­bie mia­nem „nie­chrze­ści­janki, nie­ży­dówki”, po śmierci naj­bliż­szych dystan­suje się od Boga, lecz wciąż myśli o nim jako o „Księ­dze świata” – klu­czu do lite­ra­tury sprzed wie­ków. Za Bogiem tęskni rów­nież Jeff – Angel suge­ruje nawet, że pra­gnął on świę­ceń kapłań­skich – lecz wobec skan­dali wywo­ła­nych przez ojca nie ośmie­lił się wstą­pić do semi­na­rium. Obok kazi­rod­czej miło­ści do Kir­sten i poczu­cia odrzu­ce­nia przez ojca było to jed­nym z powo­dów jego samo­bój­stwa.

Naj­bo­le­śniej za Bogiem tęskni sam Tim Archer – wciąż kwe­stio­nuje wiarę, wciąż wyzywa Boga na poje­dy­nek, wciąż go szuka i pro­wo­kuje, aż w pro­wo­ka­cjach tych dopro­wa­dza do znisz­cze­nia sie­bie samego i tych, któ­rzy go kochali. Do tęsk­noty za Bogiem nie przy­znaje się nato­miast Angel – zde­kla­ro­wana „nie­chrze­ści­janka, nie­ży­dówka” – i sama przed sobą utrzy­muje, że tęskni za Timem, gdyż to jego kochała naj­bar­dziej i to po jego śmierci sama umarła duchowo i emo­cjo­nal­nie. Myśli o Bogu zastę­puje wciąż myślami o poezji reli­gij­nej, powta­rza­niem w pamięci zapi­sów reli­gij­nych roz­te­rek i obja­wień ludzi sprzed stu­leci, jak poeci John Donne, Henry Vau­ghan czy Dante. Jed­nak w finale powie­ści sufi, na któ­rego wykład dociera w dniu śmierci Len­nona, daje jej szansę na duchowe prze­bu­dze­nie wła­śnie poprzez uświa­do­mie­nie jej pustki, w jakiej tkwi od lat, i skło­nie­nie jej do długo tłu­mio­nych roz­my­ślań.

Trans­mi­gra­cja to pod wzglę­dem tech­niki pisa­nia powieść dla Dicka nie­ty­powa. Zamiast zwy­kłej dla niego nar­ra­cji trze­cio­oso­bo­wej, pro­wa­dzo­nej rów­no­le­gle z punktu widze­nia kil­korga boha­te­rów, czy­tamy mono­log – pisane w pierw­szej oso­bie wspo­mnie­nia Angel Archer. Dick cza­sem sto­so­wał i wcze­śniej nar­ra­tora pierw­szo­oso­bo­wego (na przy­kład w nie­któ­rych roz­dzia­łach Wyznań łga­rza), ale tym razem pisze z punktu widze­nia kobiety i rekon­stru­uje jej spo­sób myśle­nia. Angel jest wybit­nie uzdol­nioną i oczy­taną młodą huma­nistką, osobą cie­płą, empa­tyczną – przy­naj­mniej do traumy, jaką prze­żyła we wcze­snych latach sie­dem­dzie­sią­tych. To udana psy­cho­lo­gicz­nie i prze­ko­nu­jąca postać (choć warto wspo­mnieć, że jej wspo­mnie­nia doty­czą wyłącz­nie spraw zwią­za­nych z bisku­pem Arche­rem, któ­rych była bier­nym obser­wa­to­rem, a nie cało­ści jej doświad­czeń życio­wych). Dick prze­ma­wia gło­sem poko­le­nia dora­sta­ją­cego w latach sześć­dzie­sią­tych w Ame­ryce i poka­zuje nastroje wśród rady­kal­nie nasta­wio­nych do świata stu­den­tów Ber­ke­ley. Trans­mi­gra­cja – zwłasz­cza jako powieść z klu­czem – mogłaby się stać dobrą książką oby­cza­jową i doku­men­tem pew­nej epoki.

Kilka mie­sięcy po napi­sa­niu Trans­mi­gra­cji Dick zmarł, a opisy poty­czek z Bogiem uznano za część swo­istego deli­rycz­nego stylu pisa­rza, który w swych utwo­rach SF bar­dziej niż nauką zaj­mo­wał się meta­fi­zyką. Na koniec warto wspo­mnieć o echach, jakie w śro­do­wi­sku fan­ta­stów wywo­łały ostat­nie powie­ści Dicka. Michael Bishop w książce Tajemne wnie­bo­wstą­pie­nie, czyli Phi­lip K. Dick nie­stety prze­stał żyć żar­to­bli­wie roz­waża, co się sta­nie ze świa­tem po śmierci pisa­rza, który będąc już duchem, wal­nie przy­czy­nił się do ura­to­wa­nia Ziemi. Świat powie­ści to twór zło­śli­wego demiurga, a Ame­ryka to złe Impe­rium – czarne żela­zne wię­zie­nie, tota­li­tarne mocar­stwo rzą­dzone przez osza­la­łego Nixona, gdzie ziściły się naj­gor­sze teo­rie spi­skowe snute przez Dicka w ostat­nich trzech powie­ściach (Valis, Boża inwa­zja, Trans­mi­gra­cja), które cza­sem okre­śla się jako „Try­lo­gię Valisa”. Książka Bishopa jest hoł­dem pamięci Dicka, dowo­dem bar­dzo dobrej zna­jo­mo­ści jego pisar­stwa i żar­tem śro­do­wi­sko­wym – w tek­ście pełno odnie­sień do bio­gra­fii i powie­ści Dicka, ale w alter­na­tyw­nej rze­czy­wi­sto­ści wszystko staje się odro­binę odmienne i duża część przy­jem­no­ści czy­ta­nia tej książki polega na odga­dy­wa­niu alu­zji.

Boha­ter książki Bishopa, pisarz „Phi­lip Dick” umiera, a po śmierci jako bez­cie­le­sny duch odwie­dza inne warianty rze­czy­wi­sto­ści i rozu­mie, że prócz kosz­mar­nego USA, w któ­rym żył, ist­nieją lep­sze formy rze­czy­wi­sto­ści końca XX wieku. Posta­na­wia więc przy pomocy kil­korga żywych ludzi, z któ­rymi nawią­zuje kon­takt, zba­wić swój świat, dopro­wa­dza­jąc do trans­for­ma­cji w inny wariant dzie­jów. Grupa boha­te­rów, w tym wzo­ro­wany na Pike’u biskup, autor książki Mar­twe morze, żywa wiara, egzor­cy­zmuje Richarda Nixona, któ­rego opę­tał sam sza­tan. Wtedy złudna demiur­giczna rze­czy­wi­stość roz­wiewa się i wygląda spod niej wariant dzie­jów podobny do naszego świata, lep­szy, choć nie ide­alny.

Zarówno Tajemne wnie­bo­wstą­pie­nie Bishopa, jak i Wbrew wska­zów­kom zegara oraz Trans­mi­gra­cja Timo­thy’ego Archera Dicka są pró­bami lite­rac­kiego uję­cia tej samej auten­tycz­nej histo­rii auten­tycz­nego czło­wieka. We wszyst­kich wystę­puje cha­ry­zma­tyczny biskup bibli­sta, który traci wiarę, pisze książkę o „życiu po życiu” i bez­sen­sow­nie umiera, ale wpływ, jaki wywarł na przy­ja­ciół, jest tak silny, że oży­wiają go raz za razem na kar­tach wła­snych dzieł.

Domi­nika Ora­mus

Oda na cześć tegoż1

Ach, Benie!

Na twe ski­nie­nie

Któż by raz jesz­cze nie siadł

Do któ­rejś z Lirycz­nych Bie­siad

„Pod Słoń­cem”, „Pod Psem” czy w tawer­nie

„Potrójna Beczka”, gdzie wier­nie

Gro­ma­dził się nasz Par­nas cały

Na tęgo zakra­piane, lecz pod­nio­słe szały,

A prze­cież każda Zwrotka sły­szana z ust Mistrza

Była słod­sza niż wino, niż pie­czeń mię­sist­sza.

Mój Benie,

Na ziem­skiej sce­nie

Stań znów, lub z wyżyn nieba

Ześlij choć, czego nam trzeba:

Zmyśl­ność tę, któ­rejś miał w nad­mia­rze;

A spraw też, byśmy – jak mądrzy wło­da­rze –

Umieli rzą­dzić się owym Talen­tem,

Bo gdy sta­niemy nad źró­dłem wyschnię­tem,

Gdy str­wo­nimy bez­cenny Spa­dek, nasz Kapi­tał,

Próżno o Wiel­kie Wier­sze świat się będzie pytał.

Robert Her­rick, 1648

(tłum. Sta­ni­sław Barań­czak)

Tj. Bena John­sona (przyp. red.). [wróć]

1

Bare­foot pro­wa­dzi swoje semi­na­ria na łodzi miesz­kal­nej w Sau­sa­lito. Trzeba zapła­cić sto dola­rów, żeby się dowie­dzieć, po co żyjemy na tej ziemi. Dostaje się też kanapkę, ale tego dnia nie byłam głodna. Wła­śnie zabito Johna Len­nona i chyba wiem, po co żyjemy na tej ziemi. Żeby się dowie­dzieć, że to, co kochamy naj­bar­dziej, zosta­nie nam ode­brane raczej na sku­tek błędu na górze niż w wyniku jakie­goś planu.

Zapar­ko­wa­łam swoją hondę civic przy par­ko­me­trze i sie­dzia­łam, słu­cha­jąc radia. Już na każ­dej czę­sto­tli­wo­ści można było usły­szeć wszyst­kie kie­dy­kol­wiek napi­sane pio­senki Beatle­sów. Cho­lera, pomy­śla­łam. Czuję się, jak­bym była z powro­tem w latach sześć­dzie­sią­tych, a moim mężem był na­dal Jef­fer­son Archer.

– Gdzie jest przy­stań numer pięć? – spy­ta­łam dwóch prze­cho­dzą­cych hipi­sów.

Nie odpo­wie­dzieli. Zasta­na­wia­łam się, czy sły­szeli już o Len­no­nie. Potem pomy­śla­łam, co mnie, u dia­bła, obcho­dzi arab­ski misty­cyzm, sufio­wie i wszystko to, o czym Edgar Bare­foot opo­wiada w swoim pro­gra­mie radio­wym z Ber­ke­ley. Ci sufio­wie to szczę­śliwi ludzie. Dla nich istotą Boga nie jest potęga ani mądrość, ani miłość, ale piękno. To cał­ko­wi­cie nowa idea, nie znana żydom i chrze­ści­ja­nom. Ja nie jestem ani żydówką, ani chrze­ści­janką. Na­dal pra­cuję w skle­pie muzycz­nym przy Tele­graph Ave­nue w Ber­ke­ley i usi­łuję spła­cać raty za dom, który kupi­li­śmy z Jef­fem, kiedy byli­śmy mał­żeń­stwem. Teraz ja mam dom, a Jeff nie ma nic. Takie było całe jego życie.

Dla­czego ktoś przy zdro­wych zmy­słach miałby się przej­mo­wać arab­skim misty­cy­zmem, zada­wa­łam sobie pyta­nie, zamy­ka­jąc hondę i rusza­jąc w stronę łodzi. Zwłasz­cza przy takiej pogo­dzie. Ale co tam, prze­je­cha­łam już przez most Richard­sona, przez tan­detne Rich­mond i obok rafi­ne­rii. Zatoka jest piękna, a na moście Richard­sona każ­dego namie­rza poli­cja. Liczą czas od momentu, kiedy się płaci rogat­kowe i zjeż­dża z mostu po stro­nie Marin. Jak się przy­jeż­dża do Marin za wcze­śnie, płaci się kupę forsy.

Ni­gdy nie prze­pa­da­łam za Beatle­sami. Kiedy Jeff przy­niósł do domu płytę Rub­ber Soul, powie­dzia­łam mu, że to mdłe. Nasze mał­żeń­stwo zaczęło się roz­pa­dać, od kiedy musia­łam miliard razy, dzień po dniu, wysłu­chi­wać Michelle. To było gdzieś około roku sześć­dzie­sią­tego szó­stego. Tu, nad Zatoką, wiele osób datuje wyda­rze­nia według uka­zy­wa­nia się płyt Beatle­sów. Pierw­szy solowy album Paula McCart­neya uka­zał się na rok przed naszą sepa­ra­cją. Kiedy sły­szę Teddy Boy, zaczy­nam pła­kać. To był rok, kiedy miesz­ka­łam w naszym domu sama. Nie rób­cie tego. Ni­gdy nie miesz­kaj­cie same. Jeff do samego końca zaj­mo­wał się swoją dzia­łal­no­ścią pacy­fi­styczną. Ja się wyco­fa­łam i słu­cha­łam przez radio muzyki baro­ko­wej, niech ją licho porwie.

W ten spo­sób po raz pierw­szy usły­sza­łam Edgara Bare­fo­ota, któ­rego począt­kowo uzna­łam za dupka z tym jego cien­kim gło­si­kiem i tonem kogoś, kto zachwyca się wła­sną aktyw­no­ścią umy­słową, cie­sząc się niczym dwu­la­tek każ­dym kolej­nym satori. Są dowody, że byłam nad Zatoką jedyną osobą, która tak myślała. Póź­niej zmie­ni­łam zda­nie. Sta­cja KPFA zaczęła nada­wać późno w nocy nagrane wykłady Bare­fo­ota, któ­rych słu­cha­łam, pró­bu­jąc zasnąć. Kiedy czło­wiek jest na pół przy­tomny, cała ta mono­tonna recy­ta­cja nabiera sensu. Wiele osób tłu­ma­czyło mi, że około roku tysiąc dzie­więć­set sie­dem­dzie­sią­tego trze­ciego wszyst­kie pro­gramy nada­wane w Stre­fie Zato­ko­wej zawie­rały komu­ni­katy pod­pro­gowe pocho­dzące pra­wie na pewno od Mar­sjan. Komu­ni­kat, jaki odbie­ra­łam, słu­cha­jąc Bare­fo­ota, brzmiał mniej wię­cej tak: „Jesteś w isto­cie dobrą osobą i nie powin­naś pozwo­lić, żeby ktoś inny ukła­dał ci życie”. W każ­dym razie, w miarę upływu czasu, sypia­łam coraz lepiej. Zapo­mnia­łam Jeffa i to świa­tło, które zga­sło wraz z jego śmier­cią, tyle że co pewien czas coś mi się przy­po­mi­nało, zwy­kle w związku z jakimś zda­rze­niem w skle­pie spół­dziel­czym na Uni­ver­sity Ave­nue. Jeff zwy­kle wda­wał się tam w awan­tury, a mnie to bawiło.

Wcho­dząc po tra­pie na ele­gancką łódź Edgara Bare­fo­ota, uświa­do­mi­łam sobie, że będę dato­wać mój udział w tym semi­na­rium od zabój­stwa Len­nona i że te dwa wyda­rze­nia są dla mnie nie­roz­łączną cało­ścią. Cóż za spo­sób, żeby zacząć rozu­mieć świat. Lepiej wra­caj do domu i wypal parę skrę­tów. Do licha z drżą­cym gło­sem oświe­ce­nia, to jest czas rewol­we­rów. Oświe­cona czy nie, nie masz tu nic do powie­dze­nia, jesteś sprze­daw­czy­nią płyt po stu­diach huma­ni­stycz­nych. „Naj­lepsi tracą wiarę…”, coś w tym rodzaju. „I cóż to za bestia… peł­znie w stronę Betle­jem, by tam się naro­dzić”1. Istota z wadą postawy, zmora świata. Mie­li­śmy test z Yeatsa. Dosta­łam A minus. Byłam dobra. Potra­fi­łam sie­dzieć przez cały dzień na pod­ło­dze, jedząc ser, popi­ja­jąc kozim mle­kiem i zasta­na­wia­jąc się, która powieść jest naj­dłuż­sza… prze­czy­ta­łam wszyst­kie dłu­gie powie­ści. Ukoń­czy­łam Uni­wer­sy­tet Kali­for­nij­ski. Miesz­ka­łam w Ber­ke­ley. Prze­czy­ta­łam W poszu­ki­wa­niu stra­co­nego czasu i nic nie pamię­tam. Jak to mówią, wyszłam przez te same drzwi, przez które weszłam. Nic mi to nie dało, wszyst­kie te lata w biblio­tece, w ocze­ki­wa­niu aż zapali się mój numer, sygna­li­zu­jąc, że przy­nie­siono dla mnie książkę. Pew­nie to samo może powie­dzieć więk­szość ludzi.

Ale i tak zacho­wuję te lata w pamięci jako dobry czas, w któ­rym byli­śmy mądrzejsi, niż się na ogół uważa. Wie­dzie­li­śmy dokład­nie, co mamy robić: reżim Nixona trzeba oba­lić; to, co robi­li­śmy, robi­li­śmy z pełną świa­do­mo­ścią i nikt z nas tego nie żałuje. Teraz Jeff Archer nie żyje, od dzi­siaj nie żyje John Len­non. Wzdłuż drogi leżą inni nie­żywi ludzie, jakby prze­je­chało tędy coś dużego. Może dzięki sufim z ich prze­ko­na­niem o nie­od­łącz­nym od Boga pięk­nie znajdę szczę­ście. Może to dla­tego idę po tra­pie na tę wytworną łódź miesz­kalną: speł­nia się plan, w któ­rym wszyst­kie te smutne śmierci ku cze­muś pro­wa­dzą, w jakiś spo­sób owo­cują rado­ścią.

– Bilet? – zatrzy­mał mnie prze­raź­li­wie chudy chło­pak podobny do naszego zna­jo­mego Joego Ćpuna.

– Cho­dzi o to? – Wyję­łam z torebki dru­czek, który dosta­łam pocztą od Bare­fo­ota za moje sto dola­rów. W Kali­for­nii kupuje się oświe­ce­nie tak jak gro­szek w super­mar­ke­cie, na wagę i według obję­to­ści. Popro­szę cztery funty oświe­ce­nia, powie­dzia­łam sama do sie­bie. Nie, lepiej wezmę dzie­sięć fun­tów, bo nie mam w domu ani uncji.

– Pro­szę iść na tył łodzi – powie­dział chudy mło­dzie­niec.

– Miłego dnia – odpo­wie­dzia­łam.

Kiedy się po raz pierw­szy widzi Edgara Bare­fo­ota, można go wziąć za mecha­nika samo­cho­do­wego. Ponie­waż jest niski i gruby, robi wra­że­nie kogoś, kto odży­wia się śmie­cio­wym jedze­niem, głów­nie ham­bur­ge­rami. Jest łysy. Jak na to miej­sce świata i ten okres ludz­kiej cywi­li­za­cji ubiera się cał­kiem nie­wła­ści­wie: nosi długą brą­zową mary­narkę, naj­zwy­klej­sze brą­zowe spodnie i nie­bie­ską baweł­nianą koszulę… tylko jego buty wyglą­dają na dro­gie. Nie wiem, czy to, co ma na szyi, można nazwać kra­wa­tem. Może pró­bo­wano go powie­sić i oka­zał się za ciężki. Urwał się z szu­bie­nicy i wró­cił do swo­ich zajęć. Oświe­ce­nie i prze­trwa­nie są prze­mie­szane, powie­dzia­łam sobie, zaj­mu­jąc miej­sce. Tanie skła­dane krze­sła, tu i ówdzie parę osób, prze­waż­nie mło­dych. Mój mąż nie żyje i jego ojciec nie żyje. Kochanka jego ojca połknęła słój bar­bi­tu­ra­nów i leży w gro­bie, śpi snem wie­ku­istym, na czym zresztą jej zale­żało. Dziwne to wszystko: biskup nie żyje, a razem z nim jasno­włosa Nor­weżka, którą utrzy­my­wał z pie­nię­dzy fun­du­szu dys­kre­cjo­nal­nego die­ce­zji, jak twier­dził Jeff. Biskup i szwin­del. Żyjemy w dziw­nych cza­sach, ale tamte były dużo dziw­niej­sze.

Edgar Bare­foot sta­nął przed nami i dał znak, żeby­śmy się prze­sie­dli do przodu. Zasta­na­wia­łam się, co by się stało, gdy­bym zapa­liła papie­rosa. Kie­dyś zapa­liłam papie­rosa w aśra­mie po wykła­dzie o Wedach. Odczu­łam powszechną pogardę plus ostrego kuk­sańca w żebra. Wywo­ła­łam obu­rze­nie wznio­słych. Dziwna rzecz, że ci wznio­śli umie­rają zupeł­nie tak samo jak ci zwy­kli. Biskup Timo­thy Archer miał w sobie mnó­stwo wznio­sło­ści, na wagę i na obję­tość, i nic mu to nie pomo­gło. Leży jak cała reszta pod zie­mią. Tyle, jeżeli cho­dzi o życie duchowe. Tyle, jeżeli cho­dzi o aspi­ra­cje. Szu­kał Jezusa. Wię­cej, szu­kał tego, co kryje się za Jezu­sem, szu­kał osta­tecz­nej prawdy. Gdyby zado­wo­lił się byle czym, żyłby na­dal. To daje do myśle­nia. Ludzie pospo­lici, godzący się na fałsz, żyją i mogą opo­wie­dzieć swoją histo­rię. Oni nie zgi­nęli nad Morzem Mar­twym. Naj­słyn­niej­szy biskup współ­cze­sno­ści wycią­gnął nogi dla­tego, że nie dowie­rzał Jezu­sowi. Jest w tym jakaś nauka. Może więc dozna­łam oświe­ce­nia; wiem, że nie należy wąt­pić. Wiem też, że należy brać wię­cej niż dwie butelki coca-coli, gdy wyru­sza się na pusty­nię dzie­sięć tysięcy mil od domu. Posłu­gu­jąc się mapką ze sta­cji ben­zy­no­wej, jakby na­dal się było w cen­trum San Fran­ci­sco. Można dzięki niej zlo­ka­li­zo­wać Por­ts­mouth Squ­are, ale nie praw­dziwe źró­dło chrze­ści­jań­stwa, ukryte przed świa­tem przez ostat­nie dwa­dzie­ścia dwa stu­le­cia.

Pojadę do domu i zapalę skręta, powie­dzia­łam sobie. To strata czasu. Od śmierci Len­nona wszystko jest stratą czasu, włącz­nie z opła­ki­wa­niem tego faktu. Odkła­dam żałobę na Wielki Post… prze­staję się smu­cić.

Uno­sząc ku nam ręce, Bare­foot zaczął mówić. Nie­wiele zapi­sy­wa­łam z tego, co mówił, i nie­wiele zapa­mię­ta­łam. Byłam ciężką fra­jerką, że dałam sto dola­rów, by tego słu­chać. Ten facet przed nami był mądry, bo to on zgar­niał gotówkę, a my pła­ci­li­śmy. Tak się mie­rzy mądrość: według tego, kto płaci. Tak ja nauczam. Powin­nam pro­wa­dzić wykłady dla sufich, dla chrze­ści­jan też, a szcze­gól­nie dla epi­sko­pal­nych bisku­pów z ich fun­du­szami. Dawaj mi tu sto dolców, Tim. Wyobraź­cie sobie zwra­ca­nie się do biskupa per „Tim”. To jak zwra­cać się do papieża „Jurek” albo „Bill”, niczym do jakie­goś jasz­czurka z Ali­cji. Zdaje się, że wpadł on komi­nem, o ile sobie przy­po­mi­nam, ale to mętna alu­zja lite­racka, nie­zro­zu­miała podob­nie jak to, co mówi Bare­foot, bo nikt nie wie, o co cho­dzi.

– Śmierć w życiu – mówił Bare­foot – i życie w śmierci, dwie postaci jed­nego kon­ti­nuum, jak jin i jang. Dwa obli­cza, „holon”, jak to nazywa Arthur Koestler. Powin­ni­ście prze­czy­tać jego Janusa. Jedno prze­cho­dzi w dru­gie w rado­snym tańcu. To Kryszna tań­czy w nas i przez nas. Każde z nas jest Kryszną, który, jeżeli pamię­ta­cie, wystę­puje w postaci czasu. To jest jego praw­dziwa, uni­wer­salna postać. Osta­teczna forma, nisz­czy­ciel wszyst­kich ludzi… wszyst­kiego, co ist­nieje. – Bare­foot obda­rzył nas wszyst­kich świą­to­bli­wym uśmie­chem.

Tylko tu, nad Zatoką, pomy­śla­łam, podobne bzdury mogą ucho­dzić na sucho. Mówi do nas jakiś dwu­la­tek. Jezu, jakie to wszystko głu­pie! Odczu­wam dobrze znaną odrazę, gniewną nie­chęć, którą upra­wiamy w Ber­ke­ley, a którą tak sobie cenił Jeff. Obu­rza­nie się z powodu każ­dego dro­bia­zgu spra­wiało mu przy­jem­ność. Mój spo­sób to zno­sze­nie głu­pot. Ze stratą finan­sową.

Jestem strasz­nie prze­ra­żona śmier­cią, pomy­śla­łam. Śmierć mnie wykoń­czyła. To nie Śri Kryszna, nisz­czy­ciel wszyst­kich ludzi, to śmierć, nisz­czy­cielka wszyst­kich moich bli­skich. Wybie­rała ich, a całą resztę zosta­wiała w spo­koju. Ty cho­lerna kostu­cho, myśla­łam. Rzu­ca­łaś się na tych, któ­rych kocham. Posłu­ży­łaś się ich głu­potą i wygra­łaś. To bar­dzo brzydko wyko­rzy­sty­wać ludzką sła­bość. Emily Dic­kin­son chrza­niła, kiedy plo­tła coś o „miło­sier­nej śmierci”. To odra­ża­jąca myśl, że śmierć jest miło­sierna. Ni­gdy nie widziała karam­bolu sze­ściu samo­cho­dów na auto­stra­dzie. Lite­ra­tura to oszu­stwo w piguł­kach, podob­nie jak teo­lo­gia. Pię­tro niżej ludzie się mor­dują, a ja szu­kam Boga w ency­klo­pe­dii. Bóg, onto­lo­giczny dowód na ist­nie­nie. Lepiej byłoby: prak­tyczne dowody na nieist­nie­nie. Takiego hasła nie ma. Szkoda, że nie poja­wiły się we wła­ści­wym cza­sie argu­menty prze­ciwko głu­po­cie, onto­lo­gicz­nej i empi­rycz­nej, sta­ro­żyt­nej i współ­cze­snej (zob. Zdrowy roz­są­dek). Pro­blem z wykształ­ce­niem polega na tym, że zaj­muje ono tyle czasu. Czło­wiek poświęca na nie naj­lep­szą część życia, a kiedy docho­dzi do końca, widzi, że lepiej by zro­bił, pra­cu­jąc w banku. Cie­kawe, czy ban­kie­rzy zadają sobie takie pyta­nia. Oni zadają sobie pyta­nie, jaki będzie jutro kurs dolara. Kiedy ban­kier udaje się na pusty­nię nad Morzem Mar­twym, to pew­nie zabiera rakiet­nicę, bańki z wodą, kon­serwy i nóż. A nie kru­cy­fiks, który przy­po­mi­nałby mu wcze­śniej­sze sza­leń­stwo. Nisz­czy­cielu ludzi na auto­stra­dzie i przy oka­zji moich nadziei, Śri Kryszno, zała­twi­łeś nas wszyst­kich. Powo­dze­nia w two­ich pozo­sta­łych przed­się­wzię­ciach. Jeżeli są rów­nie godne popar­cia w oczach innych bogów.

Chyba chrza­nię, pomy­śla­łam. Te pasje to bzdura. Cier­pię na skutki chowu wsob­nego, za długo prze­by­wa­łam w śro­do­wi­sku inte­lek­tu­ali­stów znad Zatoki. Myślę tak, jak mówię: pom­pa­tycz­nie i cały czas zagad­kami. Nie jestem już osobą, tylko samo­kar­cą­cym się gło­sem. Gorzej, mówię tak, jak sły­szę. Śmieci na wej­ściu, śmieci na wyj­ściu, jak mówią kom­pu­te­rowcy. Powin­nam wstać i zadać Bare­fo­otowi bez­sen­sowne pyta­nie, a potem wyjść, kiedy on będzie wygła­szał bez­błędną odpo­wiedź. W ten spo­sób on wygrywa, a ja wycho­dzę. Oboje na tym zysku­jemy. On mnie nie zna, a ja go znam wyłącz­nie jako solenny głos z radia. Który już teraz odbija mi się w gło­wie, pomy­śla­łam, a to dopiero począ­tek, pierw­szy z serii wykła­dów. Solenny glę­doła… dobre nazwi­sko dla słu­żą­cego rodziny Arche­rów w jakimś tele­wi­zyj­nym serialu. „Glę­doła, rusz tu swój tyłek, sły­szysz?!” To, co ten mały bła­zen opo­wiada, jest ważne, on mówi o Krysz­nie i o tym, jak ludzie umie­rają. To temat, który na pod­sta­wie oso­bi­stych doświad­czeń uwa­żam za ważny. Dobrze wiem, bo jest mi bli­ski, poja­wił się w moim życiu przed laty i nie chce odejść.

Kie­dyś miesz­ka­li­śmy w małym wiej­skim domu. Gasło świa­tło, kiedy się włą­czyło toster. W cza­sie desz­czu w kuchni kapała woda z żarówki. Jeff co jakiś czas wyle­wał na dach puszkę jakiejś smo­li­stej mazi, żeby nie prze­cie­kało, bo nie stać nas było na kupie­nie papy. Smoła nie poma­gała. Nasz dom, wśród innych podob­nych, znaj­do­wał się w pła­skiej czę­ści Ber­ke­ley przy San Pablo Ave­nue, bli­sko Dwi­ght Way. Dobrą stroną było to, że Jeff i ja mogli­śmy cho­dzić pie­szo do restau­ra­cji Pech i patrzeć na Freda Hilla, jak twier­dzili nie­któ­rzy agenta KGB, który był wła­ści­cie­lem lokalu, przy­rzą­dzał sałatki i decy­do­wał, czyje obrazy zawi­sną na ścia­nach w ramach bez­płat­nej wystawy. Kiedy Fred poja­wił się przed laty w mie­ście, wszy­scy człon­ko­wie Par­tii nad Zatoką zamarli ze stra­chu, bo roze­szła się wieść, że sowiecki wysłan­nik będzie robił czystkę. Ujaw­niło to, kto należy do Par­tii, a kto nie. Strach padł na wier­nych, a nikt inny się nie przej­mo­wał. Przy­po­mi­nało to podział na owce i kozy na Sądzie Osta­tecz­nym, tylko że w tym przy­padku to owce się trzę­sły.

Marze­nia o nędzy budziły w Ber­ke­ley powszechny entu­zjazm i nadzieję, że sytu­acja poli­tyczna i spo­łeczna ule­gnie pogor­sze­niu, pogrą­ża­jąc kraj w ruinie: taką teo­rię mieli akty­wi­ści. Cze­kali na nie­szczę­ście tak wiel­kie, że dotknę­łoby każ­dego, ścią­ga­jąc klę­skę na win­nych i niewin­nych.

Byli­śmy wtedy i jeste­śmy teraz total­nie sza­leni. To takie modne być sza­lo­nym. Na przy­kład, trzeba być sza­lo­nym, żeby dać córce na imię Gone­ril. Jak nas uczono na zaję­ciach z lite­ra­tury angiel­skiej, sza­leń­stwo śmie­szyło bywal­ców teatru Globe. Teraz to nie jest śmieszne. W kraju jest się wiel­kim arty­stą, a tu jest się tylko auto­rem trud­nej książki. Wielka rzecz, pomy­śla­łam. Z rysun­kiem na mar­gi­ne­sie przed­sta­wia­ją­cym kogoś gra­ją­cego na nosie. I za to, tak jak za ten dzi­siej­szy wykład, pła­ci­li­śmy żywą gotówką. Można by ocze­ki­wać, że długi okres biedy cze­goś mnie nauczył, nie­jako wyostrzył moje zmy­sły. Mój instynkt prze­trwa­nia.

Jestem ostat­nią żyjącą osobą, która znała biskupa Timo­thy’ego Archera z die­ce­zji kali­for­nij­skiej, jego kochankę, jego syna i mojego męża, nomi­nal­nie wła­ści­ciela domu i głowę rodziny. Ktoś powi­nien… cóż, byłoby dobrze, gdyby nikt nie poszedł w ich ślady, dobro­wol­nie wybie­ra­jąc śmierć jak każde z nich, jak Par­si­fal, ten czy­sty głu­piec.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Prze­ło­żył Sta­ni­sław Barań­czak. [wróć]

Tytuł ory­gi­nału: The Trans­mi­gra­tion of Timo­thy Archer

Copy­ri­ght © 1982, The Estate of Phi­lip K. Dick

All rights rese­rved

Copy­ri­ght © for the Polish e‑book edi­tion by REBIS Publi­shing House Ltd., Poznań 2012, 2018, 2025

Copy­ri­ght © for the Polish trans­la­tion by Lech Jęcz­myk

Infor­ma­cja o zabez­pie­cze­niach

W celu ochrony autor­skich praw mająt­ko­wych przed praw­nie nie­do­zwo­lo­nym utrwa­la­niem, zwie­lo­krot­nia­niem i roz­po­wszech­nia­niem każdy egzem­plarz książki został cyfrowo zabez­pie­czony. Usu­wa­nie lub zmiana zabez­pie­czeń sta­nowi naru­sze­nie prawa.

Redak­tor serii: Rado­sław Kot

Redak­tor tego wyda­nia: Grze­gorz Dziam­ski

Gra­fiki: Woj­ciech Siud­mak

Wyda­nie II e‑book (opra­co­wane na pod­sta­wie wyda­nia książ­ko­wego: Trans­mi­gra­cja Timo­thy’ego Archera, wyd. II popra­wione, Poznań 2012)

ISBN 978-83-7818-041-8

WYDAWCA

Dom Wydaw­ni­czy REBIS Sp. z o.o.

ul. Żmi­grodzka 41/49, 60-171 Poznań, Pol­ska

tel. +48 61 867 47 08, +48 61 867 81 40

e-mail: [email protected]

www.rebis.com.pl

Kon­wer­sję do wer­sji elek­tro­nicz­nej wyko­nano w sys­te­mie Zecer