To, o czym nie mówimy - Elizabeth Strout - ebook + audiobook

To, o czym nie mówimy ebook

Elizabeth Strout

0,0
45,60 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Nowa, zachwycająca powieść jednej z najlepszych obserwatorek ludzkich emocji

Elizabeth Strout tym razem zabiera nas w całkiem inny świat i przedstawia losy bohaterów, których nie znamy z poprzednich powieści.

Artie Dam skrywa pewien sekret. Na co dzień uczy historii w liceum i jest uwielbiany przez uczniów. Pomaga im zmierzyć się z trudami dorastania i dla każdego ma dobre słowo. Życie dzieli z żoną, w weekendy żegluje po zatoce Massachusetts. Emanuje ciepłem i pogodą ducha, w rzeczywistości jednak zmaga się z narastającym poczuciem osamotnienia, którego nie potrafi zrozumieć. Dlatego planuje coś, co ma na zawsze odmienić jego świat.

Przenikliwa, ale też pełna czułości i humoru opowieść o miłości, stracie, relacjach z drugim człowiekiem i przede wszystkim o cichych tragediach, które nosi w sobie każdy z nas. A także o poczuciu wolności, które pojawia się, gdy zrzucimy z siebie brzemię sekretów.

Przemierzamy życie jakby w ciemnościach i wyciągając rękę, myślimy, że kogoś dotknęliśmy. I może tak się zdarza (…). Zazwyczaj jednak przemierzamy życie na oślep, dostrzegając jedynie drobne szczegóły jaźni, także naszej własnej. A przez cały czas wydaje nam się, że widzimy. *** Po powrocie do domu Artie powiedział do żony coś w rodzaju: „Dlaczego ludzie nigdy nie mówią prawdy?”. I teraz już wiedział dlaczego. Bo mówić coś prawdziwego znaczyło mówić rzeczy, o których ludzie nie chcieli wiedzieć. A nawet gdyby chcieli wiedzieć, nie przejęliby się tym tak, jak powinni. Albo zwyczajnie by tego nie zrozumieli. Życie to sprawa prywatna. Teraz to rozumiał. – fragment książki

Elizabeth Strout– jest autorką bestsellerów „New York Timesa”, takich jakLucy i morze iWilliam, który znalazł się na liście nominowanych do Nagrody Bookera. Napisała także:Mam na imię Lucy,Bracia Burgess,To, co możliwe,Trwaj przy mnie,Amy i Isabelle,Olive powraca,Opowiedz mi wszystko, a jej najpopularniejsza powieść toOlive Kitteridge, uhonorowana Nagrodą Pulitzera. Na podstawie tej książki nakręcono serial HBO z Frances McDormand i Richardem Jenkinsem w rolach głównych. Pisarka była również finalistką amerykańskiej nagrody literackiej im. Faulknera i angielskiej Orange Prize. Jej opowiadania ukazywały się m.in. w „The New Yorker” i „O: The Oprah Magazine”. Mieszka w stanie Maine.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 252

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł oryginałuTHE THINGS WE NEVER SAY

Ilustracja na okładce© Jim Holland

Przygotowanie okładki do drukuKarolina Żelazińska-Sobiech

Redaktor prowadzącaMonika Koch

RedakcjaElżbieta Walter

KorektaTeresa Zielińska, Monika Pruska

Copyright © 2026 by Elizabeth Strout This translation published by arrangement with Random House, An imprint and division of Penguin Random House LLC. All rights reserved. Copyright © for the Polish translation by Kaja Gucio, 2026 Copyright © by Wielka Litera Sp. z o.o., Warszawa 2026

Żaden fragment tej książki nie może być wykorzystywany do szkolenia systemów sztucznej inteligencji.

ISBN 978-83-8360-424-4

Wielka Litera Sp. z o.o. ul. Wiertnicza 36 02-952 Warszawa

Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.

Dla mojego męża Jima Tierneya

oraz dla Molly Friedrich, Lucy Carson

i Kathy Chamberlain

Samotność wcale nie rodzi się wtedy, gdy naokoło nie ma żywego ducha. O wiele bardziej dotkliwie daje się we znaki wówczas, gdy nie można przekazać innym ludziom tego, co nam się wydaje bardzo ważne, lub gdy samemu uważa się za bardzo ważne coś, co innym wydaje się czystym niepodobieństwem1.

Carl Jung

1

Był środek czerwca i słońce przez cały dzień świeciło z nieustępliwą słodyczą.

– Artie, pozostań wesoły, proszę! Tylko to mi obiecaj. Proszę, pozostań tym samym wesołym człowiekiem, jakim zawsze byłeś! – powiedziała, ocierając serwetką zapłakane oczy, Flossie MacDonald do Artiego Dama tego cudownego letniego wieczoru, gdy widziała go po raz ostatni. A on zapewnił ją, że owszem, pozostanie.

Poszli do Spuda, lokalu w pobliżu domu Artiego, nad samą wodą, na wybrzeżu Massachusetts. Widoczna przez okna zatoka była spokojna, na jej powierzchni unosiło się mnóstwo łodzi – żaglówki, kutry rybackie i jachty, na których mogło spać osiem osób. Słońce, jeszcze nie do końca chylące się ku zachodowi, kładło się na tafli złotym blaskiem, a kiedy Artie spojrzał na Flossie, w jej wielkich okularach w czarnych oprawkach zawirowały jasne refleksy.

Przychodzili tu co drugi wtorek, odkąd rok temu zmarł mąż Flossie, emerytowany profesor matematyki, zdaniem Artiego chudy, czepialski typ o dystyngowanej aparycji.

– Co to był za gnojek – mówiła Flossie za każdym razem, kiedy się spotykali, ocierając tusz spływający jej z załzawionych oczu na policzki. – Ale tak mi go brakuje!

Dziś spędzali tu ostatni wieczór. Flossie przeprowadzała się do Ohio, żeby być bliżej córki, Sophie.

– Och, Artie – westchnęła, obejmując go na pożegnanie przy drzwiach. – Kocham cię.

A on powiedział jej to samo.

Gdy wychodzili, Artie zobaczył nieruchome maszty żaglówek daleko w zatoce. Nie pamiętał, żeby woda była kiedykolwiek tak spokojna.

– Niesamowite – zwrócił się do Flossie.

A ona odparła:

– To ty jesteś niesamowity.

Żona Artiego, Evie, nigdy nie przepadała za Flossie, twierdziła, że jest jej „za dużo”. Artie to rozumiał, ale właśnie dlatego kochał Flossie; kochał jej przesadny makijaż, zbyt żółte włosy upięte na czubku głowy, ciągnący się za nią zapach perfum, wdzięk, z jakim siadała mimo tuszy, wcześniej machając do niego entuzjastycznie, gdy wchodziła przez ciężkie drewniane drzwi Spuda. Kochał ją, lecz ani trochę nie był w niej zakochany.

Przy niej mógł być sobą, ale zdał sobie z tego sprawę dopiero dużo później.

– Jak tam biedna stara Flossie? – zapytała Evie tamtego wieczoru. Siedziała w salonie z gazetą i podniosła wzrok, gdy wszedł do pokoju. Evie była jedną z niewielu znanych mu osób, które wciąż czytały papierowe gazety.

– Tęskni za Reginaldem – odparł Artie, siadając naprzeciwko niej. – Mówi to za każdym razem. Rozumiem ją. Byli małżeństwem przez czterdzieści dwa lata. – Umilkł na chwilę. – Woda jest dziś bardzo piękna. Gładka jak lustro.

Evie milczała. Złożyła gazetę i odłożyła ją na stolik.

– Ale stwierdziła, że był gnojkiem. Mówi to za każdym razem. – Artie zaśmiał się i wyciągnął nogi przed siebie.

Evie nadal milczała.

– W każdym razie miał szczęście, że to trwało tak krótko, zawinął się w dwa miesiące – dodał Artie, rozglądając się po pokoju. Przez okna widział światło na końcu małego pomostu ciągnącego się w dół od ich trawnika. Pokój, gdzie siedzieli, miał wysoki sufit z widocznymi krokwiami; ich dom był przestronny, a z niedawno odnowionej kuchni również rozciągał się widok na wodę. W salonie od lat stał fortepian, na którym Artie, mimo że nigdy nie pobierał lekcji gry, komponował krótkie utwory. Mieli też różne tapicerowane fotele i kilka małych stolików, gdzie stały rozmaite zdjęcia w ramkach obok wielu małych – maleńkich – puzderek należących do rodziny Evie.

Choć mieszkał tu od prawie trzydziestu lat, Artie wciąż nie mógł w to uwierzyć. Dom stał przy prywatnej drodze nad samym oceanem, współdzielonej z dwoma sąsiadami. Artie wielokrotnie mówił, że nie podoba mu się tabliczka z napisem „Droga prywatna”, chociaż tę bitwę przegrał już przed laty. Dom należał do jego teściów i Evie odziedziczyła go dawno temu, kiedy jej rodzice przeprowadzili się na Florydę. Oboje nie żyli od ponad dziesięciu lat, a jedyna siostra Evie mieszkała w Kolorado, dokąd wyjechała na studia.

– Reginald MacDonald – powiedział Artie, powoli kręcąc głową. – Biedny geniusz. – Po chwili dodał: – Chociaż za dużo pił.

– Nie miał wyjścia, żyjąc z Flossie – odparła Evie, a Artie pozostawił to bez komentarza. – Ona sama też za dużo pije – dodała Evie, a Artie i tego nie skomentował. Miała rację.

* * *

Był pierwszy tydzień września, piątek, utrzymywała się letnia pogoda. Liście jeszcze właściwie nie zaczęły się przebarwiać i przez okna klasy na drugim piętrze Artie widział boisko do piłki nożnej i drzewa za nim – tylko jedno z nich czerwieniało na samym czubku. Była to ostatnia lekcja tego dnia i Artie rozumiał, że uczniowie rwą się już do wyjścia. Oparł się o biurko i zapytał:

– Chcielibyście dowiedzieć się czegoś o chorobach wenerycznych podczas wojny secesyjnej?

Uczniowie podnieśli głowy, byli wyraźnie zainteresowani.

– O rany, Dam-dam – odezwał się jeden z chłopaków, kędzierzawy brunet o rozczochranych włosach; nazywał się Willoughby.

– Temat na poniedziałek – powiedział Artie. – A teraz zbierzcie się w grupach.

Zaczęli przesuwać krzesła, aż usiedli w czterech oddzielnych zespołach wyznaczonych wcześniej przez Artiego.

Artie uczył historii w jedenastej klasie miejscowego liceum. Przez wiele lat był też asystentem trenera drużyny piłki nożnej chłopców; nie był wysoki, raczej krępy, i choć zawsze dbał o kondycję, zaczął przybierać na wadze w okolicy brzucha, więc kilka lat temu przestał biegać po boisku i został asystentem trenera baseballu. Trener Clark go lubił, podobnie jak obie drużyny, piłkarska i baseballowa, podobnie jak jego uczniowie i inni nauczyciele.

„Dam-dam, wielki pan” – mawiali czasem uczniowie, a ich twarze jaśniały sympatią. Artie śmiał się wtedy, aż trzęsła się jego wielka klatka piersiowa. „Dam-dam” – mówili, a on, machając ręką i chichocząc, odpowiadał: „No dobrze, dobrze, wynoście się już”. Miał pięćdziesiąt siedem lat i wciąż kochał swoich uczniów.

Pandemia jednak mocno ich dotknęła, zauważył to w ciągu tych ponad trzech lat, które minęły od tamtej pory: uczniowie się zmienili. Byli niespokojni i nie kłócili się – ani z nim, ani między sobą – tak jak bywało dawniej, gdy zdarzały się żywe dyskusje. Teraz często było trudno skłonić ich nawet do mówienia.

Pierwszego dnia nowego roku szkolnego Artie rozdawał uczniom kartki w linie i mówił:

– Napiszcie, cokolwiek chcecie. Ale potrzebuję co najmniej dwóch stron. Piszcie o tym, kogo nie możecie znieść, co lubicie, piszcie cokolwiek. Byle pisać.

„Po co?” – pytał czasem jakiś uczeń i Artie odpowiadał zgodnie z prawdą: „Żeby was poznać. I żeby zobaczyć, jak budujecie zdania”. Zawsze go zaskakiwało, z jaką chęcią to robili. Jedni siedzieli przez kilka minut, po czym nagle zaczynali szybko pisać, inni brali się do pisania od razu; przez lata zauważył, że ich charakter pisma coraz bardziej się pogarszał. Często mocno wzruszało go to, co pisali. Wielu ostatnio wspominało o pandemii. Dwoje uczniów zaczęło w tym roku od zdania: „Boję się”. A jednak żadne z nich nie potrafiło stwierdzić, czego się boi.

Tego dnia Artie zebrał uczniów w grupach wyznaczonych zaledwie kilka dni wcześniej podczas pierwszego dnia roku szkolnego. Każde z nich miało się wcielić w rolę żołnierza Unii albo pielęgniarki z Massachusetts z czasów wojny secesyjnej i opowiedzieć o tej postaci reszcie grupy. Rozmawiali cicho między sobą i Artie usłyszał, jak jedna dziewczyna, długowłosa ruda Tamera, mówi:

– Nie, on napisał do dziewczyny, że zaciągnął się do wojska z powodu niewolnictwa. Napisał o tym w liście do domu. Uważał, że jedni ludzie nie powinni kupować innych.

– Brawo. – Artie, przechadzając się między grupami, kiwnął głową do Tamery. Zatrzymał się i stuknął w ławkę. – Bardzo dobrze, właśnie to powinniście robić. Korzystać z ich listów do domu.

Podszedł do okna i znowu zobaczył boisko, a za nim drzewa i czerwieniejący czubek jednego z nich. Coś go głęboko poruszyło, może wspomnienie dzieciństwa w Revere, gdzie ojciec był dozorcą w dwupiętrowym drewnianym domu, w którym mieszkali, i w dwóch podobnych budynkach tuż obok. Artie, jego siostra i rodzice zajmowali suterenę; dziś agent nieruchomości nazwałby ją apartamentem z ogrodem, ale wtedy mieszkanie wyglądało jak suterena – i właśnie nią było. Skąd brało się to wspomnienie czerwonego czubka drzewa? Artie odwrócił się do klasy i wtedy w jego pamięci coś wyskoczyło jak zatrzask: szpital stanowy, do którego dwukrotnie trafiła jego matka, gdy on był mały, i te weekendowe wizyty z ojcem i siostrą, gdy widział matkę, cienki materac, metalową ramę łóżka. Może za oknem jej sali rosło właśnie takie drzewo.

Usiadł za biurkiem.

Co roku Artie dostawał kilka listów – dawniej pisanych ręcznie – od byłych uczniów, którzy zapewniali, że zmienił ich życie, że był ich ulubionym nauczycielem i tak dalej. W ostatnich latach listy częściej przychodziły mailem a Artie drukował je i wkładał razem z pozostałymi do wielkiego pudełka na biżuterię odziedziczonego po matce, które trzymał na strychu. Nigdy nie rozumiał, czemu pudełko jest takie duże; matka nie miała prawie żadnej biżuterii, a te kilka drobiazgów, które posiadała, nie przedstawiało większej wartości.

Poza żoną, Evie, Artie nikomu nie mówił o tych listach.

– Panie Dam?

Wstał i spojrzał na Rhondę Lazarre, która podniosła rękę.

– Słucham?

– Ee, czy mogę wyjść do łazienki?

– Tak. – Przytaknął delikatnym skinieniem głowy.

Biedna dziewczyna była wyjątkowo nieładna. Artie uczył ją w zeszłym roku i od tamtej pory zajmowała szczególne miejsce w jego sercu. Była niska, miała krótką szyję, okulary zawsze przekrzywione – taka po prostu była. Często nie domykała ust, a chodząc, trzymała ręce za daleko od ciała. (W eseju na rozpoczęcie szkoły napisała: „Mało co rozumiem i czasem złoszczę się na Boga”).

Rhonda uśmiechnęła się nieśmiało, spuszczając wzrok i zasłaniając usta dłonią.

– Dziękuję – powiedziała i wyszła z sali.

Gdy wróciła kilka minut później, Danny Marino uniósł się lekko z krzesła i naśladując chód Rhondy, otworzył usta i wymachiwał rękami na boki. Artie wiedział, tak jak wiedzieli pozostali uczniowie, którzy to zobaczyli, że drwi z Rhondy.

Ogarnął go nieoczekiwany gniew. Wstał zza biurka.

– Właśnie zobaczyłem, że ktoś z was uważa się za lepszego od kogoś innego w tej sali – powiedział. Nie patrzył ani na Danny’ego Marina, ani na Rhondę Lazarre. Czuł, że twarz mu czerwienieje, robi się gorąca – gorąca! I dodał: – Nigdy nie czujcie się lepsi od innych. Bo nie jesteście. – Usiadł. Wyciągnął palec w stronę całej klasy i pokiwał nim. – Nikt na tym świecie nie jest lepszy od drugiej osoby.

Rzucił przelotne spojrzenie na Danny’ego Marina i zobaczył, że on – oraz chłopak siedzący obok – rozumieją, że to o nim mowa; Danny spuścił wzrok na podłogę.

Gdy Artie zakończył ostatecznym upomnieniem:

– Nigdy nie myślcie, że jesteście lepsi od kogokolwiek innego na całym bożym świecie! – rzucił szybkie spojrzenie na Rhondę i zobaczył, że dziewczyna nie ma pojęcia, że to właśnie ona wywołała tę jego reakcję. I bardzo dobrze – nie zorientowała się, że ktoś się z niej naśmiewał.

Kilka minut później rozległ się dzwonek. Danny Marino wyszedł natychmiast, reszta uczniów opuściła salę cicho, niemal zawstydzona. Z korytarza dobiegało trzaskanie szafek, a potem nastąpiła cisza. Przez dłuższą chwilę Artie siedział przy biurku, wpatrując się w okno. W końcu otrząsnął się i poszedł korytarzem do pokoju nauczycielskiego, gdzie Carl LeBlanc zapytał go:

– Wybierasz się w ten weekend na żagle?

– Jasne, pogoda ma się utrzymać – odparł Artie.

Wszyscy wiedzieli, że Artie uwielbia żeglowanie; jego skromna łódź stała w centrum małej przystani i często widywano go, jak wysiada z bączka, wchodzi na żaglówkę i odpływa. Evie nie lubiła łodzi, nigdy ich nie lubiła. Ale mimo tego Artie wciąż wypływał w morze przy sprzyjającym wietrze.

* * *

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Przypisy

1 Carl Gustav Jung, Wspomnienia, sny, myśli, przeł. Robert Reszke i Leszek Kolankiewicz, Warszawa 1993, s. 418. ↩