Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
25 osób interesuje się tą książką
Czasem prawdziwy dom znajdujemy nie tam, gdzie ktoś nas zaprasza, lecz przy kimś, kto pojawia się, gdy najbardziej potrzebujemy drugiej szansy.
Po trudnym małżeństwie i rozwodzie Marzena wreszcie zaczyna czuć, że stoi na własnych nogach – prowadzi firmę, kupuje dom i powoli buduje życie, w którym jest miejsce na spokój, ciszę i wiernego towarzysza – wielkiego owczarka niemieckiego.
W jej codzienności jest też Karol. Z dalekich Włoch przysyła opowieści o słońcu, morzu i innym tempie życia.
Kiedy nadchodzi zima, pojawia się Maciej – bezdomny lekarz z przeszłością, o której wolałby nie mówić. Początkowo jest tylko kimś, komu za wszelką cenę trzeba pomóc.
Stopniowo Marzena zaczyna dostrzegać, że najważniejszych wyborów dokonujemy wtedy, gdy się ich najmniej spodziewamy.
To opowieść o powracającym zaufaniu, o odwadze zaczynania od nowa.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 419
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright © Joanna Kruszewska Copyright © 2026 by Lucky
Projekt okładki: Ilona Gostyńska-Rymkiewicz
Źródło obrazu: Sina Blaze, Aspect_Studio (stock.adobe.com)
Skład i łamanie: Michał Bogdański
Redakcja i korekta: Halina Bogusz
Wydawnictwo Lucky ul. Żeromskiego 33 26-600 Radom
Dystrybucja: tel. 501 506 203 48 363 83 54
e-mail: [email protected]
Wydanie I
Radom 2026
ISBN 978-83-68684-42-1
Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.
Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.
Próbowała się skupić na przeglądanych dokumentach. Ale wzrok co chwila wędrował w kierunku ściany. Nad biurkiem wisiała grafika, nic niezwykłego, maźnięty kształt odwróconej plecami kobiety, twarz miała skierowaną w stronę okna, głowę wstydliwie spuszczoną, dłońmi zakrywała piersi. Czarna sylwetka na białym tle. Mogła wisieć w każdym pomieszczeniu, nie tyle jako dekoracja, ile wypełnienie pustej przestrzeni. Zawisła więc tutaj. Pasowała? Owszem. Każdy wchodzący prześlizgiwał się wzrokiem po ścianach, krytycznie przyglądał ustawionym meblom. Próbował oszacować po wyglądzie, chociaż niby nie wypada. Pierwsze wrażenie robi jednak swoje i kształtuje pogląd na wiarygodność firmy. Wreszcie mruknąwszy z aprobatą zapadał się w stojące naprzeciwko biurka wygodne, pokryte miękkim zamszem krzesło.
Tyle tylko, że ta siedząca bokiem cholera, wstydliwie zakrywająca biust, wydawała się żyć swoim życiem. Uparcie przechylała się w jedną stronę. W stronę okna. Jakby chciała, żeby wpadające ukosem promienie słońca oświetlały czubek jej głowy. Tylko to, nic więcej. Broń Boże, żeby cokolwiek co pod głową i szyją.
Początkowo Marzena uśmiechała się lekko i po wejściu do biura odkładała płaszcz na krzesło, po czym palcem poprawiała przekrzywioną ramę. Odsuwała się kilka kroków, sprawdzała, czy na pewno obraz wisi równo, po czym z westchnieniem ulgi, jak ktoś, kto rozprawił się z mało istotnym, a jednak nieco irytującym drobiazgiem, siadała do pracy. Były dni, gdy obraz wisiał jak trzeba. Nic nie zakłócało równych linii. Tu prostopadle, tam równolegle, tak jak miało być. Ale po jakimś czasie znowu dama pochylała się, nieznacznie, ale jednak, w stronę okna.
Rozbawienie zamieniło się w irytację. Któregoś dnia przyciągnęła Klaudynę i wskazała oskarżająco na ścianę.
– Widzisz?
– Widzę.
– Obraz czy widzisz.
– No tak. Krzywo. Klaudyna swoim zwyczajem zmrużyła oczy i przyjrzała się uważnie.
– Ano właśnie. On codziennie albo co drugi dzień, nie odkryłam jeszcze reguły, wisi krzywo. Poprawiam, sprawdzam i nic.
– Może gwóźdź źle wbity.
Gwóźdź. Właśnie. Obraz zdjęto, dokładnie wszystko wymierzono, dziurę po poprzednim gwoździu zaklejono i wyszpachlowano, po czym grafika zawisła ponownie. Dwa dni dama zastanawiała się, czy pochylić się, czy jednak sobie darować. Wreszcie podjęła decyzję i gdy Marzena weszła do biura, czubek głowy znowu oświetlały promienie słońca.
Co za dużo, to niezdrowo. Usiadła przy biurku, palcami zaczęła masować skronie. Powoli, ale wyczuwalnie narastał ból głowy, wracało dobrze znajome napięcie mięśni.
Marzena wyniosła z małżeństwa dość pokaźny kapitał. Po rozwodzie zostały jej też dwa psy, które zostawiła u rodziców na wsi. Tam im będzie zdecydowanie lepiej niż w bloku. Wiadomo, własne podwórko, niczym nieskrępowana radość, bo ani sąsiedzka złość im nie przeszkadzała, ani ograniczenia w załatwianiu potrzeb fizjologicznych. Bez najmniejszych skrupułów wyniosła też z małżeństwa kilka obrazów, drogocenną biżuterię i mocno podkopane poczucie własnej wartości. O ile z kapitałem i psami sobie poradziła, o tyle z całą resztą, którą Mateusz bezlitośnie poniewierał przez długie lata, było nieco trudniej. Przekorny, zupełnie nieistotny obraz, który wystarczyło zdjąć i rzucić w kąt, żeby pokrył się kurzem zapomnienia. Ewentualnie machnąć ze złością na śmietnik, otrzepać ręce i uznać sprawę za zamkniętą.
Nie. Marzena na początku usiłowała sobie przypomnieć, czy poprzedniego dnia rama wisiała jak należy, czy na pewno ją poprawiła, czy może zostawiła w natłoku spraw na później. I powtarzała w myślach kolejno wykonywane ruchy, jeden po drugim, skrupulatnie. W jednej chwili dochodziła do przekonania, że machnęła na obraz ręką, w drugiej zaś gotowa była przysiąc, że delikatnie przesunęła palcem wskazującym prawej ręki po ścianie.
Zostawiłaś na pewno. W szufladzie leżały. Zawsze tam kładziesz.
Jak echem odbijały się w jej głowie słowa Mateusza, jego wykrzywiona pełnym politowania uśmiechem twarz, głowa kręcąca się jak u maskotek w samochodach. Jednostajnie tam i z powrotem.
Książkę oddałaś już przecież do biblioteki.
No jak to. Samochód parkowałaś pod domem, nie w garażu.
Setki, a przez lata tysiące niedopatrzeń. Zapominalstwo, które wytykał z lubością, przyglądając się, jak Marzena miota się z kąta w kąt w poszukiwaniu zaczętej książki, kluczy, otwieracza do wina, zegarka, zdjęcia w ramce, na którym tak ładnie wyszli, bo on ją wtedy obejmował i się uśmiechał do obiektywu. To nic, że między przednimi zębami coś mu na czerwono połyskiwało, ale na innych zdjęciach się nie uśmiechał przecież wcale.
I znikło.
Wiele rzeczy znikało, później pojawiało się w nie do końca wyjaśniony sposób. Chował, a po jakimś czasie wyciągał do niej rękę z rzekomo zaginioną rzeczą, kręcił z politowaniem głową i wmawiał jej, że zapomniała, gdzie odłożyła.
Tak już miał. Sprawiało mu to frajdę, jak psychopacie kopanie bezbronnego kota. Albo psa. Patrzy zwierzę z niezrozumieniem w oczach. Czy to niezrozumienie sprawiało mu najwięcej przyjemności? Marzena nie wiedziała. Zastanawiała się nad tym, i owszem. Coś chciał zyskać czy dokuczał z czystej przyjemności zadawania bólu? Dlatego, że chwilowo pławił się w poczuciu chorej wyższości? Nie wiadomo. W sumie takich rzeczy może lepiej nie wiedzieć. Tłumaczyła sobie, zaczęła już przed rozwodem, bo gdyby nie zaczęła, to kto wie, czy w ogóle do rozwodu by doszło. Tak więc tłumaczyła sobie, że on jest po prostu w pewien sposób skrzywiony, a człowiek czasami po prostej nie nadąża, a co dopiero za skrzywieniami. Tyle że udało mu się zasiać ziarno niepewności. Pielęgnował je wytrwale jak ogrodnik dobierający odpowiedni nawóz do różnych gatunków roślin. I z biegiem lat Marzena nie była w stanie powiedzieć o sobie nic ponad to, że czegoś nie jest pewna.
Zagryzała teraz mocno wargi i nie wiedziała, jak znaleźć ujście dla narastającej złości. Jej źródłem była niepewność, choć nie chciała dopuścić jej do głosu za żadną cenę.
– Przyszłaś po coś konkretnego czy tak po prostu? – burknęła wreszcie do Klaudyny, odwróciwszy się od obrazu. Jednocześnie zawstydziła się tonu głosu, tym bardziej że brwi Klaudyny z dezaprobatą złączyły się u nasady nosa. Marzena odchrząknęła, uśmiechnęła przepraszająco i ponowiła pytanie nieco łagodniej. – No co tam?
– To tak. Dzwoni Karol i przyszła pani Karczek. Mam się nią zająć, a ciebie połączyć?
– Tak. Nie. – Marzena pokręciła głową. Odwróciła się energicznie i podeszła do obrazu.
– Znowu?
– No znowu.
– To ja już nie wiem. Na razie zostawmy, panią Karczek trzeba się zająć, bo zaczyna się całkiem nieźle pieklić.
– A niech się piekli. – Marzena przyłożyła policzek do ściany. Pogładziła ją ręką, jakby szukając niewidocznego śladu, jakiejś wskazówki, którą mogą wyczuć palce. Czegokolwiek. – Piekli się zawsze.
Arleta Karczek była jedną z ich pierwszych klientek. Gięły się wtedy w ukłonach, składały propozycje jedna przez drugą, pokazywały foldery, proponowały kawę, więc w krew jej weszło roszczeniowe i niejako z wyższością traktowanie pracowników nowo otwartej firmy sprzątającej. A one? One uwijały się, bo wpłynęła tu w lśniącym futrze, w kozakach na wysokiej szpilce, przed biurem zaś stał, wbrew wyraźnemu zakazowi parkowania, potężny mercedes. Na pierwszy rzut oka było widać, że mogą złapać okazję, bo przestrzeń życiowa tej kobiety nie mogła się ograniczać do kilkudziesięciu metrów. Dysponowała przynajmniej dwustoma, a Marzena, która w pewnym momencie życia miała do czynienia na co dzień z podobnymi kobietami, szacowała, że może wchodzić w grę nawet kilka lokalizacji. Tak więc trzeba się było giąć, tonąć w nieszczerych uśmiechach i wyłazić ze skóry.
Udało się, bo pani Karczek została jedną z ich pierwszych poważnych klientek. Ale za każdym razem, gdy ktoś sprzątał jej mieszkanie, zgłaszała tysiące pretensji. O wszystko.
– Ta dziunia – takiego słownictwa używała jedna z pierwszych dam miasta – jest cholernie leniwa. Cały dzień sprzątać raptem jedno piętro? To chyba żarty są.
Albo:
– Nie wiem, co za sprzęt macie, ale dywany po praniu są do niczego. DO NICZEGO! Powtarzam. Żądam rekompensaty.
Lub też:
– Stała, oczywiście że stała. Piękna, pozłacana figurka. Do czasu stała – tu wyciągała wskazujący palec zakończony długim, krwistoczerwonym paznokciem pod nos Marzeny – ale nie stoi. Od kiedy nie stoi? Od czasu sprzątania.
I rzecz jasna, żądała rekompensaty.
W pewnym momencie Marzena doszła do wniosku, że gra jest naprawdę niewarta świeczki. Państwo Karczkowie mieli kilka rezydencji. Jedną pod Białymstokiem, więc ekipa jechała tam na cały dzień. W pocie czoła uwijali się zarówno w ogromnej willi, jak i w całym obejściu. Pani domu, gdy zobaczyła kogoś przycupniętego z kanapką w dłoni, krzyczała, że darmozjadom płacić nie będzie. Że na biwak to ona tu nikogo nie zapraszała, nażreć się trzeba było w domu, bo tu przyjechali do pracy. Wracali więc głodni, umęczeni i wściekli. Z prośbą do Marzeny i Klaudyny, żeby ich tam nigdy nie wysyłać, że gdziekolwiek, a choćby i chlew sprzątać, byle nie do Karczków. Gdziekolwiek. Tym bardziej że w niektórych domach mogli liczyć i na ciepły posiłek, i kilka groszy wciśniętych w kieszeń dodatkowo, za dobrze wykonaną robotę.
Klaudynę na widok srebrnego mercedesa parkującego pod oknami biura zalewała krew. Dosłownie. Do niedawna to ona przecież, zaopatrzona w ścierki, szmatki i mopy sprzątała mieszkania. Ale takie sucze, za przeproszeniem, też się trafiały. Wyzyskujące człowieka, wyciskające z ostatnich sił i zdrowia psychicznego. Jakby za cel sobie, jasna ich mać, obrały znęcanie się nad innymi. Co przeszła, to przeszła, łatwa to droga i usiana różami nie była, ale widocznie każdy musi pokonać kawałek wyboistej ścieżki, nogi sobie poranić do krwi, odcisków się nabawić, a czasami to i upaść na twarz i nie mieć najmniejszej ochoty wstawać. Podnosiła się jednak z cichą nadzieją jak biedak sprawdzający kilka razy kupon totolotka. Szła dalej, żeby dotrzeć wreszcie do drogi bardziej przyjaznej. Marzena, jej była pracodawczyni, nieoczekiwanie zaproponowała przeprowadzkę do Białegostoku i wspólne kierowanie firmą sprzątającą. W pierwszej chwili Klaudyna nie chciała w to uwierzyć. Z prostego powodu: przyzwyczaiła się do myśli, że łatwo jej w życiu nie ma prawa być i w inną perspektywę trudno było uwierzyć. Ale przekornie, bo i matka protestowała, i Kasia musiała zmienić szkołę, pożegnać przyjaciółki, a wiadomo, dla dziewczynki rówieśnicy najważniejsi, spakowała niewielki dobytek. W dwa miesiące pozbyła się mieszkania, a oburzoną matkę i pełną nadziei córkę wpakowała do pociągu. O swoich uczuciach nie myślała. Odzwyczaiła się.
W firmie odpowiadała między innymi za zatrudnianie ludzi. Marzena powiedziała, że nikt, ale to absolutnie nikt nie będzie w stanie ukryć prawdziwych myśli przed wnikliwym spojrzeniem Klaudyny. Na chętnych do pracy osiadało czujne wejrzenie ogromnych czarnych oczu. Okolone długimi rzęsami sprawiały wrażenie większych niż były w rzeczywistości. Przeszywały człowieka na wskroś, widziały o wiele więcej, niż chciało się pokazać. Dlatego też niektórzy zaczynali się niepewnie wiercić, poprawiać nerwowym gestem bluzkę, która nagle uwierała mocniej w szyję, przełykać głośno ślinę, ocierać pot z czoła. A przede wszystkim uciekać przed tym spojrzeniem, wpatrując w najdalszy kąt biura, tak jakby stojąca tam okazała donica z diffenbachią stanowiła o wiele ciekawszy obiekt niż siedząca naprzeciwko kobieta. Potencjalny pracodawca. Poza tym Klaudyna po prostu znała się na ludziach, widziała ich takimi, jakimi byli w rzeczywistości, odartych z pozorów i sztuczności. Była w stanie zdjąć tę ich wierzchnią warstwę z taką łatwością, jak się obiera warzywa. Taki miała dar. Dlatego jeśli już komuś udało się zatrudnić w firmie sprzątającej Błysk, znaczyło, że od pracy się nie migał, a do obowiązków podchodził uczciwie. Jeśli zaś tak było, to żadne babsko odziane w panterkę nie miało prawa tego kwestionować i znęcać się nad ludźmi.
Z wizyty na wizytę pani Karczek musiała więc czekać coraz dłużej, siedziała w poczekalni, bębniła z irytacją w poręcz fotela, tupała wysokim obcasem i wpatrywała się spod zmrużonych powiek w pracownicę recepcji. Julia zaś, choć wyraźnie trzęsły jej się ręce przekładające papiery, drżał nieco głos podczas odbieranych połączeń, wydawała się tego w ogóle nie zauważać. Nie mogła już pani Arleta liczyć na filiżankę pysznego włoskiego espresso i migdałowe ciasteczka, których wcześniej pochłaniała nieprzebrane ilości.
Skończyło się.
– To jest naprawdę niepoważne! – Weszła teraz, z rozmachem otwierając drzwi. – Ile czasu można czekać! Czy panie uważają, że ja nic do roboty nie mam? Otóż mam.
– I bardzo dobrze – mruknęła Marzena, nie przerywając obserwacji ściany. Uniosła delikatnie obraz jedną ręką, drugą przesunęła po jego powierzchni.
– Proszę?!! – Kobieta przerzuciła futro przez ramię i potrząsnęła głową. Ufryzowana w misterną falę grzywka ani drgnęła.
Klaudyna skrzyżowała ramiona i spojrzała na Arletę, która pod jej spojrzeniem skrzywiła się lekko i przestąpiła z nogi na nogę.
– Tu się teraz odbywają oględziny. Poprosimy panią, pani Karczek, niezwłocznie, gdy dobiegną końca. A teraz uprzejmie proszę zaczekać na zewnątrz.
– Wyrabiasz się – mruknęła Marzena, uśmiechając się nieznacznie, gdy drzwi za intruzem trzasnęły.
– Nienawidzę baby. No po prostu dostaję gęsiej skórki na widok jej samochodu, dźwięku głosu, a na nią samą wolę nie patrzeć, bo szlag mnie trafia.
– Ona też zdecydowanie nie lubi, gdy na nią patrzysz.
– W nosie mam. A może mi wreszcie powiesz, czego szukasz na tej ścianie.
– Czegokolwiek.
– I co? Znalazłaś?
– Na razie nie.
– To odbierz telefon od Karola.
– Zadzwonię do niego później. Teraz nie ma jak rozmawiać. – Marzena odwiesiła obraz, wyrównała go i odeszła kilka kroków. Przekrzywiła głowę i sprawdzała, czy wisi jak trzeba. Wreszcie westchnęła. – Nie widzę innej możliwości.
– Niż?
– Trzeba zadzwonić do Anety, niech da namiary na swoją teściową.
– Wróżbiarkę? – Klaudyna podrapała się w głowę, podeszła do Marzeny, położyła jej dłoń na ramieniu i spytała cichym głosem: – Co się dzieje?
– Ano nie wiem właśnie. Ale że nie znajduję żadnych racjonalnych powodów, dla których dziadostwo dzień w dzień się przekrzywia, poszukamy powodów nieracjonalnych.
– Ale to szarlatanka! Nabija w butelkę ludzi łatwowiernych i poszkodowanych przez życie. Patrzy w tę szklaną kulkę, kopci jednego papierosa za drugim, to może i od takiej ilości nikotyny, a kto ją tam wie, czy to tylko nikotyna, może i co innego, ma wizje jakieś, czy co. Ja to od takich z daleka, bo tylko desperacja do nich prowadzi, a kto żeruje na zdesperowanych ludziach, ten no wiesz...
– No nie wiem. – Marzena potarła dłonie. – Zimno, trzeba będzie więcej palić w piecu, a jeszcze nie zajrzałam do kotłowni.
– Bo to nie twoja działka. W kotłowni wszystko jest jak trzeba. Jacek sprawdził, piec chodzi jak złoto i musiał być całkiem niedawno wymieniany, bo się tam wszystko kupy trzyma.
– Dobrze.
– To co, wołać już tę jędzę? Bo nie wiem, ile jeszcze Julka z nią wytrzyma.
– Zaraz, najpierw umówimy Rozalię. Chyba, nie wiem, czy dobrze zapamiętałam – Marzena zmarszczyła brwi i sięgnęła po telefon. – Cześć Aneta, przepraszam, że przeszkadzam. No, słyszę, a które to tak krzyczy? Dobrze, jasne, pora karmienia, chciałabym tylko, żebyś mi dała namiary na swoją teściową. Rozalia? A to jednak dobrze zapamiętałam. – Marzena odsunęła słuchawkę od ucha, tym razem to już nie bliźniaki krzyczały, tylko Aneta. – Później zadzwonię. Teraz? No dobrze. Oj po co, potrzebna mi jest. Nie, sobie nie będę wróżyć, dzieją się tu jakieś takie rzeczy, że już nie bardzo wiem, jak je tłumaczyć. Desperacja powiadasz – rzuciła uśmiech Klaudynie, ta zaś triumfalnie uniosła brodę. Wiadomo, miała rację. – Może i tak, ale wolę wykluczyć wszystko, co tylko możliwe... Oczywiście, że racjonalnie. A poznam ją bliżej przy okazji... Oj czego, czego. Przy okazji, dowiesz się innym razem, dobrze? Tobie dzieci płaczą, mnie tu klientka rozwala właśnie poczekalnię... Aneta, jakie egzorcyzmy, nie potrzebuję żadnego księdza. Na razie przynajmniej... Nie no, żartuję. Dasz mi ten telefon, czy mam dzwonić do Baśki? Wiem, że za sobą nie przepadają, jak to teściowe, ale namiary na siebie raczej mają. Dobrze, już notuję... I co, policzy, ile policzy, na nikogo z rodziny się powoływać nie będę. Dzięki, uściskaj ode mnie młode. Pa. – Odłożyła słuchawkę i wyprostowała plecy, po czym machnęła ręką w kierunku drzwi. – Wołaj.
Jakoś tak się czasem dzieje, może dzięki podjętemu działaniu lub świadomości, że robi się nareszcie coś ze sprawą, która nie dawała spokoju. Że nie siedzi się biernie, nie doszukuje własnych ułomności, tylko próbuje wziąć byka za rogi. A choćby to i niepozorny i naprawdę drobny buhajek był, a złapaniem miała się zająć wróżbitka. Jak irracjonalnie to nie brzmi, było działaniem. A działanie z kolei stawało się automatycznie siłą napędową do innych aktywności. Dlatego też, gdy Karczek zasiadła wreszcie w fotelu, Marzena pochyliła się nad biurkiem i powiedziała kategorycznie:
– Nie wiem, z czym pani dzisiaj do nas przychodzi, z jaką skargą, z jakimi roszczeniami. Moment. – Uniosła dłoń, gdy Arleta nabrała powietrza, żeby przedstawić zastrzeżenia. – Najpierw powiem ja. Bo niezależnie od tego, z czym pani się pojawiła, muszę z przykrością poinformować, że raczej zakończymy współpracę. Chwila. – Ponownie nie dała kobiecie dojść do głosu. – Nie mam już pracowników, którzy chcieliby świadczyć usługi w pani, hmm... rezydencjach. Nie mam więcej personelu, a chcąc utrzymać najwyższy poziom usług i biorąc pod uwagę, że nikt inny zastrzeżeń nie wnosi, nie widzę innej możliwości jak zasugerowanie pani korzystania z innej firmy. – Marzena rozłożyła ręce, po czym wstała i wyciągnęła dłoń do kobiety. Ta nieco oszołomiona podała swoją, pozwoliła nią delikatnie potrząsnąć, po czym wysunęła z palców Marzeny. – Jest mi niezmiernie przykro, że nie spełniliśmy pani oczekiwań. Serdecznie dziękuję za współpracę.
Znacząco popatrzyła na drzwi, sygnalizując koniec rozmowy, po czym pochyliła głowę nad leżącymi na biurku papierami.
– Nie pożegnała się, nie trzasnęła obcasami, w ogóle niczym nie trzasnęła. Co ty jej powiedziałaś?
– Już nam dupy, za przeproszeniem, zawracać nie będzie. Jula? Wiem, że środek dnia, wiem, że huk roboty, ale myślę, że nie zaszkodziłby nam łyczek, naprawdę niewielki, szampana. Nie uważacie?
– Lecę! – Julka chwyciła płaszcz i podśpiewując, pognała do sklepu.
– Odważnie.
– Może. Miałam już dość.
– Wiesz, ona wyszła stąd w amoku. Nikt jej chyba nigdy w taki sposób nie potraktował, a w związku z tym kompletnie nie miała pojęcia, jak zareagować.
– Taaak. – Marzena przeciągnęła się, podeszła do okna i wyjrzała na ulicę. Na gałęziach drzew zostały co wytrwalsze liście, opierały się jeszcze październikowym deszczom i wiatrowi, który zacinał dotkliwie nie tylko siłą podmuchu, ale i chłodem. Za chwilę spadną i one. – Trudno. Pojedzie do domu, usiądzie ze szklaneczką czegoś mocniejszego i zacznie analizować.
– A wynik tej analizy odbije nam się czkawką, zobaczysz.
– Myślisz, że warto ją było tolerować?
– Nie wiem. Boję się, że nam nabruździ. – Klaudyna podeszła do szafki i zaczęła wyjmować kubki. Jeden przytrzymała w dłoniach. Był już tutaj, razem z innymi rzeczami poprzednich właścicieli, gdy wynajmowały kamienicę. Pośrednik powiedział, że wszystko tak jak stało, tak zostawili. Jakby uciekali, jakby ich kto gonił. Czyli wszystkie bibeloty należały do wynajmujących. Klaudyna potraktowała to jako pierwsze zadanie, zakasała rękawy i metodycznie, tuż przed wejściem ekipy remontowej, przemeldowała rzeczy poprzednich właścicieli na strych. Nie miała sumienia wyrzucać czyjegoś życia na śmietnik. A zostawili rzeczywiście wszystko. Książki, jakieś zabawki, naczynia, w szufladach natrafiła na kilka sztuk kolorowej sztucznej biżuterii. Brała je po kolei w dłonie, przyglądała się barwnym szkiełkom, farbowanym drewnianym koralikom. Część drobiazgów powędrowała na strych, część, między innymi ten kubek, została w szafkach. Klaudyna zerknęła przez ramię na Marzenę. Nie. Tego jej nie powiedziała i mówić nie miała zamiaru, ale kubek żył własnym życiem, podobnie jak obraz. Ustawiał się skubany zawsze uchem w prawą stronę. Początkowo nie zwracała na to uwagi, wreszcie z premedytacją odstawiała go na suszarkę po to tylko, by rano przekonać się, że z powrotem stoi na pierwszej półce szafki, skierowany uchem w stronę drzwiczek. Wzruszyła ramionami. Stare domy mają swoje tajemnice, a jej to kompletnie nie przeszkadzało. Obiecała sobie jednak, że wybierze się na strych i przejrzy dokładniej pozostawione przez właścicieli rzeczy. Teraz już miała na to czas.
– Tadam! – Julka wpadła z policzkami zaróżowionymi od wiatru. W wysoko uniesionej dłoni trzymała butelkę szampana. – Nawet sobie nie wyobrażacie, jak się cieszę! Koniec Karczycha!
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
