36,90 zł
Czym jest rzeczywistość, jeśli nie mozaiką tego, co zapamiętane i tego, co zapomniane?
Dziesięć opowiadań Kyōko Nakajimy, pochodzących z różnych antologii twórczości japońskiej pisarki, łączy motyw pamięci i jej ulotności. Czytelnik znajdzie tu historie rodzinne i wątek subiektywności ich postrzegania; motyw kultywowania tradycji wbrew zacieraniu się ich sensu w kolejnych pokoleniach; problem demencji i przeżywania żałoby, a także chimeryczności codziennych wspomnień. Bohaterami tych błyskotliwych, a jednocześnie wzruszających i ciepłych opowieści są nie tylko ludzie, ale także przedmioty, zwierzęta i… duchy.
"To, co zapamiętane / to, co zapomniane" to opowiadania, od których trudno się oderwać, a po skończonej lekturze jeszcze długo pozostaną z Czytelnikiem.
Przekład z języka japońskiego: Monika Szyszka
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 293
Rok wydania: 2024
Przekład z języka japońskiego
Monika Szyszka
Original publications:
To, co zapamiętane / to, co zapomniane (おぼえていること、忘れてしまったこと) first published in Granta Japan with 早稲田文学 01, Wasedabungaku, 2014.
GPS (全地球測位システム) first published in Długie pożegnanie (長い別れ), Bungeishunju, 2015.
Papierowy samolocik Kirary (きららの紙飛行機), Historia życia maszyny do szycia (ミシンの履歴) and Dom w Harajuku (原宿の家) first published in Duch (ゴースト), Asahi Shimbun, 2017.
Przyjaciele z dzieciństwa (おさななじみ) and Dzisiaj jest wyjątkowy dzień (今日はなんだか特別な日) first published in Piękny widok (眺望絶佳), Kadokawa Bunko, 2012.
Ostatnie Święto Zmarłych (最後のお盆) first published in Obrzędy przejścia (冠・婚・葬・祭), Chikuma Shobo, 2016.
Kiedy moja żona była grzybem shiitake (妻が椎茸だったころ) and Hodowanie łaskuna (ハクビシンを飼う) first published in Kiedy moja żona była grzybem shiitake (妻が椎茸だったころ), Kodansha, 2013.
Opracowanie graficzne, edycja i korekta:
Krzysztof Wosiński
Ilustracja na okładce:
© Animedigitalart / shutterstock.com
Polish translation rights throughout the world reserved by Wydawnictwo KIRIN under the license granted by NAKAJIMA Kyōko, Japan, arranged with GRANTA JAPAN with 早稲田文学, Bungeishunju Ltd., Asahi Shimbun Publications Inc., KADOKAWA CORPORATION, Chikumashobo Ltd., KODANSHA LTD. through Bungeishunju Ltd.
Wydawnictwo KIRIN dziękuje wydawnictwu SORT OF BOOKS za udzielenie zgody na wykorzystanie pomysłu na niniejszą antologię.
Wydawca, sprzedaż hurtowa i wysyłkowa:
Wydawnictwo Kirin
tel. 51 636-78-55
www.kirin.pl
e-mail: [email protected]
Księgarnia internetowa:
www.ksiegarniajaponska.pl
Wydanie I elektroniczne
Bydgoszcz 2024
ISBN 978-83-66627-52-9
Papierowy samolocik Kirary
Tego dnia Kenta jak zwykle pojawił się bez ostrzeżenia.
Ale kogo też miałby ostrzegać? I jak miałby to zrobić? „Ej, nadchodzę!”?
Zaraz po tym jak umarł, początkowo nie był świadomy, że stał się duchem, więc szukał znajomych z czasów, kiedy żył, ale kiedy do nich podchodził, wyglądało na to, że go nie widzą, a gdy do nich wołał – nie słyszeli. Był dla nich tylko pustką. Z drugiej strony sam także nie dostawał żadnego uprzedniego powiadomienia, że się pojawi. Nikt nie mówił mu czegoś w stylu: „Hej, to dzisiaj!” ani nic. I bez względu na to, ile czasu upłynęło, nie potrafił też zrozumieć, dlaczego się pojawiał. Przede wszystkim jednak dopóki się nie pojawiał, nie był świadom swojego istnienia, a co robił i gdzie był w czasie pomiędzy kolejnymi powrotami – tego nie wiedział. Nawet jeśli założyć, że istnieje świat żywych i świat umarłych, to pomiędzy nim z tego i tamtego świata nie było żadnej łączności. Dawno, dawno temu egzystował na tym świecie jako istota żywa, a teraz, gdy pojawiał się tu po śmierci, był duchem – to rozróżnienie pojmował, lecz poza tym niczego nie rozumiał.
Początkowo pojawiał się dość często, ale ostatnio, miał wrażenie, działo się to coraz rzadziej. Kiedy dostrzegał z zaskoczeniem, jak bardzo zmienił się krajobraz miasta, stwierdzał, że od poprzedniego razu, kiedy tu był, musiało upłynąć sporo czasu. I podczas gdy wcześniej jego wizyty trwały zaledwie chwilę, obecnie stopniowo jego pobyt się wydłużał – nigdy jednak nie przekraczał jednego dnia. W jego pojawianiu się nie było też żadnego wzorca, że na przykład pojawiał się raz do roku, w rocznicę swojej śmierci albo na Święto Zmarłych. Myślał sobie, że być może kiedy w ludzkiej pamięci wspomnienie o nim całkiem się zatrze, to wówczas i on przestanie się pojawiać. Jedyna rzecz, z której doskonale zdawał sobie sprawę, to to, że jego przeznaczeniem było za każdym razem zginąć potrąconym przez samochód na drodze przy stacji Ueno. I choć nie miał nic przeciwko pojawianiu się, to ten moment za każdym razem był dla niego równie przerażający.
Kenta pojawił się nagle w przejściu podziemnym stacji metra, czyli w tym samym miejscu co zawsze. Krajobraz na powierzchni zmieniał się w mgnieniu oka, ale tu, pod ziemią, wszystko wyglądało tak, jak to zapamiętał – choć oczywiście obecnie nie było tu stada tłoczących się ludzi, niesamowitego smrodu, przestępców, alfonsów i dziwek z tamtych czasów, a w każdym razie nie w tej samej formie co wtedy. Tak czy inaczej, Kenta i tak nie miał innego miejsca, gdzie mógłby się pojawić, a ponieważ nie miał po co sterczeć tam w milczeniu, wyszedł na powierzchnię. Był poranek; pociągi jeszcze nie zaczęły kursować i wokół stacji nie było ludzi.
Pierwsze, co zobaczył, to zlatujące się z szelestem skrzydeł wrony i natychmiast poczuł, jak skręca go w pustym brzuchu. Nie potrafił sobie wyobrazić, jak to jest nie być głodnym. Dla niego ten świat i łaknienie było jednym i tym samym. Ruszył przed siebie, trzymając się za pusty brzuch. Na ulicy unosił się zapach resztek jedzenia i Kenta jak zahipnotyzowany kroczył za nim, aż trafił na pasaż restauracyjny. Wałęsał się właśnie po nim, kiedy zza czerwonej zasłonki nad wejściem do jednej z knajpek dobiegły go ożywione głosy.
– Dziękujemy za posiłek! – zawołał ktoś gromko, drzwi lokalu rozsunęły się i wyszła z niego grupka młodych kobiet.
Mocny makijaż na ich twarzach obudził w Kencie wspomnienia. „Dziwki”, pomyślał sobie. Z knajpki doleciał go smakowity zapach sosu sojowego i tłustego mięsa, kiedy w ślad za klientkami z lokalu wyszła starsza, lekko zgarbiona kobieta, która zdjęła zasłonkę z napisem „rāmen” i weszła do środka. Wyglądało na to, że obsłużywszy ostatnich gości na dziś, zamykała bar.
Młode kobiety rozdzieliły się na dwu- czy trzyosobowe grupki i zaczęły łapać taksówki.
Tylko jedna z nich nie wsiadła do samochodu, a zamiast tego ruszyła pieszo. Kenta przez chwilę śledził ją wzrokiem, po czym, gdy skręciła w boczną ulicę, popędził za nią. Zatrzymał się na rogu, gdzie zniknęła i poszukał jej wzrokiem. Kiedy ją dostrzegł, zaczął podążać jej śladem. Miała brązowe włosy do ramion, skręcone w grube loki, jeansową spódnicę z naszytymi cekinami i przykrótki biały żakiet narzucony na ramiona. Na nogach zamiast obcasów nosiła balerinki. Kenta nie miał żadnego konkretnego powodu, żeby ją śledzić, ale odniósł wrażenie, że kogoś mu przypomina.
W taki sposób zazwyczaj upływał mu jego jednodniowy pobyt w świecie żywych.
***
Kobieta wspięła się na wzgórze i skręciła w wąską uliczkę, czujnie rozejrzała się dookoła, po czym weszła po zewnętrznych schodach na piętro dwukondygnacyjnego bloku, zatrzymała się przy środkowych spośród trojga drzwi i wsunęła coś do otworu na listy. Następnie drobnymi kroczkami zeszła po schodach i pospiesznie skierowała się w stronę głównej ulicy.
Kenta obserwował ją zza słupa telefonicznego. Już miał podążyć za nią, kiedy usłyszał ciche skrzypnięcie i spojrzał w górę. Drzwi środkowego mieszkania na piętrze otworzyły się.
Na progu stała mała dziewczynka, przecierając zaspane oczy. Podeszła do szczytu schodów i trzymając się poręczy, stanęła na palcach i wychyliła się, jakby czegoś wypatrywała. Stała tak chwilę, a potem ramiona opadły jej jakby w zrezygnowaniu i wróciła do mieszkania. Kenta porzucił zamiar śledzenia kobiety i stukając drewnianymi sandałami, wspiął się na żelazne schody.
Przekręcił gałkę klamki i pociągnął, a drzwi natychmiast się otworzyły.
– Mama? – spytała dziewczynka, wychodząc do przedpokoju, a zaraz potem na widok Kenty dodała: – A ty to kto?
Kenta uświadomił sobie, że mała go widzi.
– A ty? – odbił pytanie. Dziewczynka przechyliła głowę, lekko zdezorientowana, ale odpowiedziała:
– Kirara.
– Że jak? – prychnął drwiąco Kenta.
– Ki-ra-ra.
– Dziwne imię – stwierdził, podkreślając swoją przewagę nad małą. Dziewczynka znów przekrzywiła głowę. Najwyraźniej taki miała nawyk, gdy czegoś nie rozumiała.
– A ty, braciszku[1]?
Uczucie towarzyszące zostaniu nazwanym braciszkiem przez tę małą nie było takie złe, wręcz przeciwnie – Kenta poczuł się z tym całkiem dobrze. Zrzucił z nóg drewniane sandały, stanął w rozkroku, z ugiętymi kolanami i rozpościerając ukośnie ramiona, jak to podpatrzył niegdyś u ulicznych aktorów, oznajmił:
– Pozwolę sobie się przedstawić! Przed tobą syn tej ziemi, urodzony w samym Tokio! A gdzie w Tokio? W samej dzielnicy Kanda! Ba, pierwszą kąpiel brałem nie gdzie indziej, jak tylko w świątyni Myōjin w Kandzie. Przybywam tu spod boku czcigodnego Saigō[2], z którego słynie Ueno, wprost z zasikanego zaułka Nogami[3]. Racz teraz zwrócić uwagę na moje nazwisko, a brzmi ono Kusunoki. Imię moje Kenta, a ksywka to Doliniarz Kenta. W skrócie Dolek. Do usług szanownej pani! – wyrecytował teatralnym falsetem, ale z jakiegoś powodu dziewczynka przed nim tylko stała jak wryta, patrząc na niego szeroko otwartymi oczyma, a potem, po kilku sekundach ciszy, zaczęła powoli zamykać drzwi.
– Ej, zaczekaj! – krzyknął Kenta. Chwycił drewniany sandał pomiędzy duży a drugi palec u stopy i zdążył wetknąć go w drzwi dokładnie w momencie, gdy już miały się zatrzasnąć. Chodak zadziałał jak klin, blokując je.
Korzystając z zaskoczenia dziewczynki, Kenta spokojnie otworzył drzwi, wsunął palce w paski sandała i cofnął się.
Kirara nie przestawała się gapić w jego sandał. Pod wpływem jej intensywnego spojrzenia zdał sobie sprawę, że jego poszczerbione chodaki z postrzępionymi paskami mogą jej wydawać się dziwne.
Wzięły się stąd, że kiedy Kenta po raz kolejny – tym razem ostatni – uciekł z sierocińca, pomyślał, żeby gdzieś zwędzić porządne skórzane buty lub w najgorszym przypadku tenisówki, ale nie nadarzyła się żadna okazja, więc skończyło się na drewnianych sandałach, które i tak były lepsze niż chodzenie boso.
Kirara była najwyraźniej zafascynowana tym dziwnym obuwiem. W końcu, wpatrując się w nie, wskazała palcem i zapytała:
– A co to takiego?
– A, te? – Do Kenty, zapytanego tak bezceremonialnie o te chodaki, dotarło, że być może nie był to najlepszy wybór. Faktycznie paski drewnianych sandałów były twarde i wrzynały się boleśnie w skórę pomiędzy palcami stóp.
– No bo, kurczę, nie mogłem skołować nic innego – wyjaśnił, lecz jego otwarte postawienie sprawy znów spotkało się z pustym spojrzeniem dziewczynki. Najwyraźniej Kirara kompletnie nie rozumiała, co do niej mówi. Zapadła niewygodna cisza, jednak Kenta nie miał ochoty odchodzić.
Dziewczynka, którą miał przed sobą, przypominała mu jego młodszą siostrę, która zginęła wraz z jego rodzicami wiosną w czasie nalotu bombowego i zaczął się zastanawiać, co robiłaby teraz, gdyby żyła. Poza tym przyciągał go do niej specyficzny zapach brudu i potu, który od niej bił. To był smród charakterystyczny dla ludzi, którzy od dawna się nie kąpali. Bez wątpienia był to znajomy zapach.
– Ta kobieta, która była tu przede mną… Kto to był? – spytał Kenta i opisał dziewczynce jej wygląd: jej włosy, ubrania i torebkę.
Dotychczas tępe spojrzenie Kirary nagle się rozjaśniło.
– To była mama! – wykrzyknęła, otworzyła szeroko drzwi i wyskoczyła boso na korytarz, żeby wyjrzeć na wylot uliczki. Potem biegiem zawróciła do domu, przemknęła przez zagracony pokój na balkon, chwyciła się barierki, odbiła stopami od ziemi i wyprostowała ręce, tak że zawisła z brzuchem przyciśniętym do poręczy, majtając w powietrzu nogami i długo, w zapamiętaniu wypatrywała czegoś w oddali.
W końcu rozczarowana wróciła do mieszkania i usiadła na podłodze. Kenta wszedł do pokoju, bo nie widział powodu, by nadal stać w korytarzu.
– A więc ta lalunia to była twoja mama? – zapytał ze współczuciem.
Jasne, że stracić rodziców, jak w jego przypadku, było strasznym nieszczęściem, ale zdawał sobie sprawę, że mieć rodziców i być przez nich zaniedbywanym było prawie tak samo okropne.
– Dlaczego mama nie wraca? Może się zgubiła? – zastanawiała się głośno Kirara. – Jak się kiedyś zgubiłam, to czekałam na policji i mama po mnie przyszła.
W jej głosie słychać było tęsknotę za tamtym zdarzeniem albo może nostalgię za uczuciem ulgi z powodu zostania uratowaną, lecz na dźwięk słowa „policja” twarz Kenty stężała, a on sam cofnął się o kilka kroków.
– Chyba żartujesz?! Od glin trzeba trzymać się daleko. Tylko z nimi kłopoty.
Jak zwykle kiedy coś mówił, Kirara przyjęła wyraz kompletnego niezrozumienia, ale ponieważ nie miała pojęcia, jak się go pozbyć, siedzieli tak dalej we dwoje w pokoju.
Kenta dokładnie obadał wzrokiem małą, jednopokojową przestrzeń. Był tu metalowy stojący wieszak na ubrania, mała, biała toaletka, a na stercie plastikowych pudeł do przechowywania – pluszaki i kuferek z kosmetykami do makijażu. Po całym pomieszczeniu walały się porozrzucane damskie ubrania, papierki, opakowania po przekąskach i plastikowe butelki. Pokrywały wszystko, nawet rozłożony do spania materac. Kenta zaczął rozglądać się za plastikowymi butelkami; odkręcał nakrętki i przytykał nos, żeby zaciągnąć się zapachem albo wpychał język do środka, żeby zlizać ostatnie krople napoju. Podnosił też opakowania po przekąskach, ślinił sobie palec i wydłubywał nim przyklejone do nich okruszki i resztki chemicznych polepszaczy. Zlizywał wszystko, co tylko był w stanie, a mimo to jego głód nie ustępował. Nie było tu nic, co mogłoby go zaspokoić.
W pewnym momencie spojrzał na Kirarę, która przyglądała mu się jakby z zazdrością.
– Czego? Też chciałaś?
Kenta pomyślał, że przecież mogła sama pozbierać i wylizać, ale pod wpływem jej niewinnych oczu – tak bardzo przypominających oczy jego młodszej siostry – mimo że tak naprawdę nie było czym się dzielić, i tak poczuł wyrzuty sumienia, że tego nie zrobił.
– Daruj, ale od rana mam pusty bebech.
Kirara patrzyła na niego bez słowa.
– Bebech. – Kenta poklepał się po brzuchu. – Pusty. – Splótł na nim ręce i zrobił żałosną minę.
Kirara przez chwilę wpatrywała się w niego w milczeniu, a potem poszła do kuchni i zaczęła otwierać szafki. Widząc, co robi, dołączył do niej i też zaczął zaglądać do różnych pudełek i słoików. Kiedy już przejrzeli wszystko, co było w kuchni, Kenta powiedział:
– Nie ma rady. Wygląda na to, że jedziemy na tym samym wózku.
Jako że nie było sensu pozostawać dłużej w miejscu, gdzie nie ma jedzenia, wsunął stopy w chodaki i wyszedł na zewnątrz. Zszedł po schodach na dół, postukując drewnianymi sandałami. Mała Kirara wyszła w ślad za nim.
Szedł przodem, ale wkrótce go dogoniła i wsunęła swoją rączkę w jego dłoń, jakby było to coś najnaturalniejszego pod słońcem. Kenta odwrócił głowę, żeby na nią spojrzeć. Mała uśmiechnęła się.
Cieszył się, że pojawił się właśnie dzisiaj.
***
Wciąż trzymając Kentę za rękę, Kirara zaciągnęła go do pobliskiego sklepu całodobowego. W drugiej dłoni ściskała kopertę z pieniędzmi. Nie było tego wiele, jakieś dwa tysiące jenów, ale Kirara wiedziała, że musi za to przeżyć albo do czasu, kiedy wróci jej matka, albo do następnej koperty, która zostanie wsunięta przez otwór na listy. I choć była jeszcze zbyt mała, by chodzić do szkoły, to była już na tyle poważna, że przeszła przez sklep, wyszukując colę w promocji, biszkopty o wydłużonym terminie przydatności do spożycia, a z ułożonych w stosy przy kasie paczek przekąsek tuż przed terminem przydatności do spożycia – „każda po 100 jenów” – wybrała tę w największym opakowaniu.
Podeszła do kasy i przekładając sobie zakupy nad głową, umieściła je na taśmie. Młoda kasjerka, która miała przypiętą plakietkę z imieniem „Rei”, wciągnęła głośno powietrze i skrzywiła się. Następnie wzięła z wyciągniętej ręki Kirary banknot tysiącjenowy i położyła resztę i paragon na ladzie, odsuwając je palcem wskazującym jak najdalej od siebie. Nie chcąc jawnie zatykać sobie nosa, podciągnęła sobie wyżej kołnierzyk uniformu i opuściła podbródek, tak by przysłonił jej dolną połowę twarzy.
Kirara już przywykła do tego typu zachowań i nie czuła się dotknięta. Stanęła na palcach, by dosięgnąć reszty i zakupów, a potem rozejrzała się zdziwiona. Kenta, który był z nią cały czas, zniknął. Rozmiar i waga butli z colą sprawiły, że plastikowa torba z zakupami nieomal szurała po ziemi. Kirara musiała chwycić ją obiema rękami i napiąć mięśnie, żeby ją podnieść i wyjść ze sklepu. Na zewnątrz też Kenty nie było.
Rozczarowana, że ją opuścił, ruszyła z powrotem do domu. Kiedy skręciła za róg, tak że zniknęła z pola widzenia obsługi sklepu całodobowego, zza słupa telefonicznego wyszedł Kenta. Białą, mocno przybrudzoną koszulę, którą wcześniej miał na sobie, trzymał teraz przerzuconą przez ramię jak torbę, z rękawami zawiązanymi tak, by tworzyły uchwyt.
– Dawaj, spadamy! – powiedział i wybierając drogę przez wąskie, mało uczęszczane przejście pomiędzy murami, poprowadził Kirarę z powrotem do jej mieszkania.
Dziewczynka uprzątnęła stolik, zrzucając na podłogę wszystko, co na nim było, a zamiast tego stawiając na nim worek z colą, biszkoptami i innymi przekąskami. Kenta zdjął tobołek, który miał przewieszony przez ramię, i zaczął z niego wyjmować jedna po drugiej różne rzeczy. Puszki w wołowiną. Konserwy z makreli w paście miso. Kulki ryżowe w różnych smakach. Kiść bananów. Czekoladę. Karmelki.
Oczy Kirary aż rozbłysły na widok tych różności. Spojrzała na niego z takim podziwem, że aż się zaśmiał, ukazując szczerbę po przednim zębie.
– Skąd to wziąłeś? – Kirara patrzyła łakomie to na kulki ryżowe, to na czekoladę.
Gdy Kenta nie odpowiedział, tylko dalej się szczerzył, Kirara, zdjęta nagłą obawą, wyciągnęła zza paska kopertę od mamy i zaczęła dokładnie liczyć resztę pieniędzy.
„To jest pięćset jenów, to jest sto jenów, to moneta pięćdziesięciojenowa, moneta dziesięciojenowa, to pięć jenów, a to jeden jen. Musisz zapamiętać, bo inaczej nie będziesz miała co jeść” – tak mówiła jej mama. Kirara rozeznawała się teraz w pieniądzach, ale brakowało jej pewności siebie, kiedy przychodziło do liczenia, więc kiedy matka dawała jej pieniądze, zawsze odczuwała niepokój.
– Nie musisz liczyć – powiedział Kenta, którego dobry nastrój prysł, gdy zobaczył, że mała liczy pieniądze, najwyraźniej podejrzewając go o kradzież. – Co ty sobie o mnie myślisz? Przecież mówiłem, że w Nogami wołali na mnie „Doliniarz”!
Prawda jednak była taka, że nikt w Ueno nie wołał na Kentę w ten sposób. Rzecz w tym, że nikt nie wołał go wcale. Nawet ksywką Dolek. Przydomek ten Kenta wymyślił sobie już jako duch i za każdym razem, kiedy wracał do tego świata, wierzył w tę historyjkę coraz bardziej, aż prawie stała się jego wspomnieniem.
– Prawdziwy mężczyzna nie okrada młodszych od siebie kobiet.
Kirara po raz kolejny nie zrozumiała, o co mu chodzi. Kenta otworzył pudełko karmelków, odwinął jeden z papierka i wsadził sobie do ust. Drugiego rzucił w stronę Kirary. Odwinęła go, włożyła do buzi, a jej podejrzenia natychmiast rozwiały się i spojrzała na niego z pełnym zaufania uśmiechem.
– Oczywiście zwędziłem to wszystko ze sklepu – pochwalił się Kenta.
Za życia, gdy nocował na stacji Ueno, kumpel pokazał mu, jak okradać przechodniów. To była specjalność dzieci. W pierwszych latach po wojnie kieszonkowcami były głównie bezdomne dzieciaki, które posługiwały się żyletkami i osiągały mistrzostwo w tym fachu. Nazywano je doliniarzami. Jednak od czasu, kiedy został duchem, Kenta nie potrzebował już specjalistycznych technik. Wchodził do sklepu i pierwsze co, kierował się do kasy, żeby sprawdzić, czy nadal jest niewidzialny – a jeśli kasjer go nie widział, to i nie wyczuwał jego zapachu. Gdy już się o tym upewnił, mógł kraść, ile dusza zapragnie.
– Tak czy inaczej, szamajmy. Mam pusty bebech – powiedział, rozrywając plastikowe opakowanie kulki ryżowej i wgryzając się w nią.
Kirara wydawała się równie głodna jak on; złapała w obie ręce kulkę, którą rzucił jej Kenta, i zaczęła wypychać nią sobie policzki. Kiedy oboje najedli się po uszy, otworzyli kupioną w promocji colę i wypili ją prawie do dna.
– Pychota! Dawno tak dobrze nie żarłem! – krzyknął chrapliwie Kenta, a potem zjadł jeszcze banana.
Zdoławszy choć na chwilę napełnić brzuch, poczuł, jak ogarnia go senność. Padł na rozłożony w kącie pokoju materac.
– Fajnie mieć materac – powiedział. – Ty to masz szczęście, że masz taki luksus na co dzień.
Przypomniał sobie własny kąt, którym było podziemne przejście przy stacji, i skrzywił się. Bez względu na to, czy miejsce to nadal istniało, czy nie, służyło Kencie za sypialnię od wczesnych lat dzieciństwa aż po moment, gdy zginął, potrącony przez samochód, a odkąd stracił dom i rodziców, zaledwie kilka razy zdarzyło mu się leżeć na materacu.
– Zazdroszczę ci… – powtórzył jeszcze do siebie i zamknął oczy.
Poczuł jeszcze tylko, że Kirara wpełzła obok na posłanie i położyła się spać.
***
Kiedy otworzył oczy, słońce było już wysoko na niebie.
Podzielili się resztką ciepłej coli i pożarli jeden po drugim biszkopty, które kupiła Kirara. A potem Kenta sięgnął po pudełko karmelków i wyjął jeden dla siebie, a drugi dla małej.
– Ale wiesz… Lepiej już nie chodź do tego sklepu – ostrzegł ją z powagą na twarzy. – Jak się kapną, że coś im zginęło, to będzie na ciebie. Ta babka przy kasie dziwnie na ciebie patrzyła. Następnym razem idź do innego sklepu, i to w czasie, gdy będzie więcej ludzi.
Kenta pomyślał, że gdyby tylko nie musiał zniknąć po tym dniu, to mógłby zadbać, by ta mała miała co jeść.
Kiedy z rzadka pojawiał się na tym świecie, cały dzień schodził mu na zapełnianiu brzucha i choć jadł i jadł, nigdy nie było mu dość. Duchy są wiecznie głodne. Nawet ta kulka ryżowa, którą dopiero co pochłonął, jakby rozpłynęła się w powietrzu, pozostawiając jego brzuch pustym. Być może fakt, że był duchem, oznaczał, że nigdy nie będzie w stanie zaspokoić swoich pragnień. Kenta pomyślał mętnie, że może gdyby wykorzystał tę niezwykłą przewagę, jaką dawało mu bycie duchem, by napełnić brzuch tej dziewczynki, to spełniłby dobry uczynek prowadzący do zbawienia go od grzechów – choć oczywiście dumając nad tym, nie używał takich trudnych słów.
Tyle że Kenta wiedział, że zniknie po jednym dniu, a gdy o tym pomyślał, nagle zaczął się martwić, że dziewczynka znów pójdzie do tego samego sklepu i zostanie oskarżona o kradzież.
Ilekroć do sklepu przychodzi porzucone dziecko w brudnym ubraniu i woniejące na kilometr, a potem okazuje się, że coś zginęło z półek, to ile razy by nie powtarzało, że nic nie ukradło, wina naturalnie spada na nie. Kenta widział to wiele razy – dzieciaki, które nigdy niczego nie zwędziły, bite i kopane, a potem zaciągane na policję za kradzież, której nie dokonały.
I właśnie wtedy, kiedy poczuł, jak ostatni ślad słodyczy po karmelku opuszcza jego język i spływa mu ze śliną do gardła, wpadł na pewien pomysł.
– Hej, masz nożyczki? – zapytał Kirarę, po czym na widok tego, jak zachłannie patrzy na pudełko, wcisnął jej do ręki jeszcze jednego karmelka.
– Zaraz przyniosę – odparła dziewczynka, odłożyła karmelka do pudełka i poszła do kuchni po nożyczki.
– Obetniemy ci włosy. Jak dziewczynce skrócić włosy, to wygląda całkiem inaczej – powiedział Kenta, biorąc od niej nożyczki.
Kirara wyglądała, jakby nie wiedziała, co się dzieje.
Kenta wziął ją za rękę i poprowadził ponad stosami porozrzucanych ubrań i gór śmieci w stronę białej toaletki, posadził ją przed sobą i położył nożyczki na blacie.
Zebrał obiema rękami tłuste, przypominające algi nori włosy Kirary, podniósł je do góry, rozłożył pod nimi reklamówkę z marketu, a potem włożył je do środka. Następnie lewą ręką trzymając siatkę, prawą chwycił nożyczki i zaczął ciąć.
– Ach!! – krzyknęła Kirara, przestraszona odgłosem nożyczek nad swoją głową.
Kenta poszedł do kuchni, żeby wyrzucić do przepełnionego kosza na śmieci worek z włosami. Kiedy wrócił do pokoju, mała cicho łkała, a po policzkach spływały jej wielkie jak grochy łzy.
– C… Co jest?
Kirara płakała nad utraconymi w ułamku sekundy długimi włosami, które tak bardzo lubiła. Do Kenty, który wiedział, że w świecie dziecięcych włóczęgów w Ueno jednym sposobem dla dziewczynek na unikanie niebezpieczeństwa było obciąć włosy na krótko i ubierać się jak chłopak, dopiero teraz, kiedy zobaczył jej zapłakane oczy, dotarło, że wyrządził jej krzywdę.
Przez dłuższą chwilę łaził wte i wewte po zagraconym pokoju, łamiąc sobie głowę, co zrobić, aż wreszcie wpadł na pomysł.
– Idziemy się wykąpać – oznajmił.
Pomyślał, że po porządnej kąpieli i umyciu głowy mała z pewnością poczuje się lepiej. A do tego jak się umyje i założy czyste ubranie, to w tej nowej fryzurze tamta kasjerka żadną miarą nie skojarzy, że to ta sama śmierdząca dziewczynka.
Tak rozumując, pomógł Kirarze wstać i zaprowadził ją do ciasnej łazienki, która bardziej przypominała schowek i przepełniał ją nieprzyjemny zapach. Poprzekładał do umywalki zalegające w wannie rzeczy i odkręcił kran. Był zaśniedziały od nieużywania i Kenta musiał mocno wysilić swoje dziecięce ręce, żeby go odkręcić.
Z kranu nie poleciała woda.
– Co jest?! – Kenta pokręcił kilka razy kurkiem, a potem zostawiwszy Kirarę samą w łazience, wyszedł, żeby sprawdzić po kolei inne krany, przy umywalce i w kuchni. – Co jest grane? Jak to nie ma wody?
Cmoknął głośno językiem ze złości. Przełożył rzeczy z umywalki z powrotem do wanny i spojrzał na Kirarę. Nie można było powiedzieć, że w długich, tłustych włosach było jej ładnie, ale teraz, gdy nadal były brudne, a dodatkowo jeszcze nierówno obcięte, trudno było się dziwić, że czuła się nieszczęśliwa z powodu swojego wyglądu.
– Nie ma wody… Cóż, trudna rada. Szorujemy do łaźni.
Kenta tego nie mógł wiedzieć, ale tak naprawdę nie tylko wody brakowało; ponieważ matka Kirary nie płaciła rachunków, w mieszkaniu odcięto także gaz i prąd.
Kirara przekrzywiła głowę, nie rozumiejąc.
– Jak tak pójdziesz do sklepu, to cię złapią. Wyszorujesz się i od razu poczujesz się lepiej. Znam takie jedno miejsce – powiedział, wziął Kirarę za rękę i wyszli na miasto.
***
„Ha! To miejsce nic a nic się nie zmieniło”.
Zbiegli ze wzgórza, ominęli większe uliczki, aż doszli do Okaramachi. Kenta przyprowadził Kirarę do tradycyjnej łaźni pobudowanej w 1950 roku, czyli na pięć lat przed jego wypadkiem. Co było niezwykłe w tych czasach, była otwarta od rana.
– Teraz posłuchaj: jak wejdziesz do środka, to przy kontuarze zobaczysz taką kobietę. Daj jej pieniądze i zapłać za siebie. Mną się nie przejmuj; mnie ona nie widzi. A potem się razem wykąpiemy – powiedział Kenta, czując ogarniające go podekscytowanie.
Jako duch nie miał zbyt wiele rzeczy do roboty, więc często chodził do łaźni. Ponieważ był niewidzialny, mógł – gdyby tylko zechciał – wejść też do części kobiecej, choć jeśliby się tam wybrał w porze, kiedy jest więcej gości, to ryzykował, że znajdzie się wśród nich ktoś bardziej wyczulony na niezwykłe zjawiska, kto mógłby zarejestrować jego obecność. Raz już mu się to zdarzyło i musiał wtedy uciekać bez ubrania.
– Wyszorujemy, wyszorujemy! – Powtarzając słowa Kenty bez rozumienia ich znaczenia, po prostu zarażona jego entuzjazmem, Kirara przeszła pod wiszącą u wejścia zasłonką do łaźni.
Siedząca za kontuarem starsza kobieta spojrzała na nią zza zsuniętych na czubek nosa okularów.
– Hm? Jesteś sama?
Kirara już miała energicznie pokręcić głową, ale stojący za nią Kenta wyciągnął rękę, przytrzymał jej czerep i wymusił skinięcie.
– Przyszłaś bez mamy i taty?
Tym razem Kirara przytaknęła sama, bez pomocy Kenty.
– Nieźle śmierdzisz. Jak tak wejdziesz do środka, odstraszysz mi klientów. Hej, Sumi, jesteś tam? – Właścicielka łaźni odwróciła głowę i zawołała za siebie. Z głębi budynku wyszła młodsza kobieta.
– Zabierz tę małą i umyj ją o tam, w kącie, ale tak, żeby ta jedna klientka, co jest w środku, nie widziała. Dobrze ją wyszoruj, a myjkę potem wyrzuć. I dopiero jak będzie czysta, wsadź ją do basenu.
Skończywszy udzielać instrukcji, kobieta znów spojrzała znad okularów na Kirarę.
– Tylko pamiętaj, u nas woda jest naprawdę gorąca! Zanim wejdziesz do basenu, najpierw się dobrze polej gorącą wodą, nie wskakuj od razu! – wyjaśniła, mierząc w nią palcem wskazującym, a potem zwróciła się znów do Sumi tonem pogawędki. – Cóż, nawet jeśli ta mała jest taka brudna, to przecież nie możemy jej wygonić, co? To w końcu łaźnia, a jeżeli czegoś to dziecko potrzebuje, to właśnie kąpieli. – Następnie znów spojrzała na Kirarę znad okularów. – Masz pieniądze? – zapytała.
Kirara wyjęła drobne z koperty. Kobieta wyłuskała z jej dłoni monetę pięćsetjenową i wydała jej czterysta dwadzieścia jenów reszty, a potem, jakby zauważyła coś dziwnego, utkwiła wzrok w przestrzeni za nią.
W obawie przed zostaniem dostrzeżonym Kenta przemknął na palcach do swojej części łaźni.
To była pora dojazdów do pracy, więc w męskiej części nie było nikogo. Kenta namydlił się płynem z dozownika, który był tam zainstalowany, i dokładnie umył sobie ciało i włosy. Potem, korzystając z faktu, że nikogo nie było w pobliżu, wskoczył z pluskiem do basenu.
– Ałałała! – wrzasnął i wyskoczył pod prysznice.
Powtórzył tę czynność kilka razy, aż w końcu był w stanie zanurzyć się po ramiona i zaczął udawać, że pływa w baseniku.
Drzwi do przebieralni otworzyły się i ktoś wszedł do środka, więc Kenta, nie chcąc zostać wykrytym, pospiesznie wyszedł z wody i usiadł na krawędzi basenu, mocząc tylko nogi. A potem, kiedy następny gość odsunął drzwi, skorzystał z okazji i ślizgając się w biegu, ruszył pędem w jego stronę. Przecisnął się przez wyjście i wypadł do przebieralni. Kirary jeszcze nie było.
Czekał na nią, dla zabicia czasu rozciągając i nadymając policzki, tak by wydawać różne pykające odgłosy. Po chwili Kirara pojawiła się w towarzystwie Sumi. Jej grzywka była spięta różową gumką i miała na sobie za duży T-shirt, który sięgał jej aż do kolan. Prawdopodobnie Sumi uznała, że sukienka, w której tu przyszła, była tak brudna, że nie było mowy, aby dziewczynkę z powrotem w nią ubrać. Teraz, kiedy mała miała wyszorowana do czysta twarz, wyglądała tak uroczo, że obie kobiety wyraźnie nie mogły nacieszyć się swoim dziełem.
– Widzisz, jak miło jest wziąć kąpiel? – Właścicielka łaźni wyszła zza kontuaru i odprowadziła Kirarę na zewnątrz, a potem kupiła jej w automacie napój izotoniczny.
– Mamo, policzyłaś jej za kąpiel osiemdziesiąt jenów, a kupujesz jej napój za sto. Coś kiepski interes zrobiłaś… – zaśmiała się Sumi.
– Nie zapomnij o doliczeniu T-shirta! Tak traktujemy tu VIPów – odpowiedziała jej właścicielka, a potem zwróciła się do Kirary: – Przyjdź do nas jeszcze kiedyś. Tylko następnym razem zrób to, zanim się tak bardzo ubrudzisz…
Kirara uśmiechnęła się przyjaźnie i pomachała kobietom na pożegnanie. W oczach Kenty izotonik po kąpieli wydał się czymś fantastycznym.
– Ależ to dobre! Słodkie i słone jednocześnie! – krzyknął, kiedy popijając na zmianę z Kirarą napój, szwendali się po mieście.
– Za moich czasów w tym miejscu kwitł handel czarnorynkowy – powiedział Kenta, kiedy przechodzili przez pasaż handlowy Ameyoko. – Można tu było kupić i sprzedać wszystko. I czuć było zapach gulaszu robionego z resztek zaopatrzenia wojsk amerykańskich. Razem z kumplami okradaliśmy tu przechodzących, sprzedawaliśmy skręty i czyściliśmy buty. A kiedy nadchodziła noc, dekowaliśmy się w metrze. Była nas kupa, więc nawet zimą było nam ciepło.
Nogi jakby same niosły go w stronę metra.
Kiedy tak szli razem i opowiadał Kirarze o tamtych czasach, jego wspomnienia jakby ożyły i stanęły mu przed oczami. Zamilkł na chwilę; oparł się plecami o ścianę i powoli, w zamyśleniu, opuścił się na podłogę. Kirara, idąc za jego przykładem, też usiadła. Ludzie korzystający z podziemnego przejścia mijali ich szybkim krokiem. Mimo że siedziała tam dwójka dzieci – a właściwie samotna mała dziewczynka – nikt nie zwracał na nią uwagi.
Kenta wyciągnął z tylnej kieszeni karmelki, dał jednego Kirarze, a drugiego wrzucił sobie do buzi. W tamtych czasach nie mógł nawet marzyć o takim zbytku, ale odkąd stał się duchem, mógł z łatwością zwędzić pudełko słodyczy, więc nie było powodu, aby jej skąpić. Poza tym tej nocy znów go potrąci samochód…
– Wiesz… Ja dziś umrę – powiedział.
Kirara nie zareagowała.
– Zobaczyłem leżącego na drodze batata; ktoś musiał go zgubić. Wyskoczyłem, żeby go podnieść, zanim ktoś inny go wypatrzy, i walnął mnie nadjeżdżający samochód.
– Bolało? – zapytała Kirara.
– Nie wiem. Nie pamiętam. Ale niedługo umrę znowu.
Kirara z zakłopotaniem przechyliła głowę na swój charakterystyczny sposób.
– Ale ty tak nie rób. Nie wyskakuj pod nadjeżdżające samochody, bo zginiesz.
– Yhm. – Kirara kiwnęła głową.
Kenta złożył z papierka od cukierka samolocik i puścił go w głąb metra. Był malutki, ale zaskakująco długo utrzymywał się w powietrzu.
– Zrób też dla mnie! – poprosiła Kirara, wyciągając do niego kwadratowy papierek od cukierka.
– Sama zrób! Pokażę ci, jak. Zginasz do środka, o, tak, a potem o, tak, robisz trójkąty. I później z obu stron składasz do środka.
Kirara miała niewprawne palce i pozaginała prawo na lewo i odwrotnie.
– Te papierki są za małe. Następnym razem zrobimy z większego – powiedział Kenta, wyjął papierek z ręki Kirary i w mgnieniu oka złożył samolocik. – No, spróbuj go puścić.
Kirara wzięła samolocik w malutką dłoń i puściła go w powietrze. Zanurkował i spadł na ziemię.
– Musisz celować w górę, o, tak, żeby poleciał po łuku, to potem pofrunie prosto – wyjaśnił jej Kenta i puścił samolocik raz i drugi.
Kirara zrezygnowała z samodzielnych prób puszczania samolociku i tylko prosiła Kentę, żeby zrobił to jeszcze raz, i jeszcze raz…
Wyszli razem z metra, wspięli po schodach i skierowali do parku. Kirara szła przodem, ciągnąc Kentę za rękę.
– Ej, tam nie idźmy! Tam są zboczeńcy. Oni wtykają swoje oprzyrządowanie w różne miejsca – zaprotestował, ale kiedy zobaczył gwarny tłum, z miejsca porzucił swoje obawy.
– Co jest? Czy to jakiś odpust? A może targ kwiatowy z okazji Święta Zmarłych?
Akurat w parku odbywał się Festiwal Azalii i miejsce to niczym na świątynnym odpuście było obstawione straganami z donicami z wielobarwnymi krzewami. Kenta i Kirara obeszli wszystkie stoiska, oglądając rośliny.
– Wielgaśne! Nigdy nie widziałem takich dużych donic.
Kirara też się zaśmiała, patrząc na donicę, która była wielka jak ona sama. A potem poszli aż do fontanny, gdzie usiedli, by już za chwilę położyć się na ziemi i gapić w niebo.
– To miejsce jest ogromne – powiedział Kenta.
Bezchmurne niebo wisiało wysoko ponad ich głowami.
Zmęczeni po gorącej kąpieli, wkrótce poczuli senność i ucięli sobie drzemkę.
***
– Od razu wiedziałem, że twoja mama jest z Nogami. Dziwki z Yūrakuchō[4] są inne – skomentował Kento po tym, jak Kirara po trochu opowiedziała mu o swojej matce.
Dawniej mieszkała razem z nią i tylko od czasu do czasu znikała gdzieś na noc, ale w pewnym momencie w ogóle przestała wracać do domu i teraz Kirara nie miała nawet pewności, czy jeszcze kiedyś się pojawi. Jak do tej pory kopertę z pieniędzmi zostawiła jej dwa razy. Czasami za to przychodził jakiś straszny gość i walił w drzwi, drąc się o swoją „dolę”.
Kenta przypomniał sobie, jak wyglądała matka Kirary, kiedy ją widział o poranku. Mimo makijażu wydawała się bardzo młoda i pewnie sama była jeszcze prawie dzieckiem, kiedy urodziła Kirarę. Pomyślał, że w jego czasach też było sporo takich dziewczyn, które choć same wyglądały jak dzieci, to już miały „fasolki w brzuchu”, jak to same określały.
Wyjął ulotkę, którą wziął na festiwalu, i zagiął po skosie, potem zrobił trójkąty, lekko wystające poza brzeg, przejechał po linii złożeń paznokciem, po czym je oderwał. Następnie rozłożył część złożoną na ukos i pokazał Kirarze, jak należy to zrobić.
– Najpierw robisz kwadrat. Potem składasz na pół, jak przedtem, a później robisz dwa trójkąty i zaginasz tu i tu. Następny krok jest bardzo ważny, bo jak nie złożysz dokładnie, nie będzie latał.
W przeciwieństwie do malutkiego samolociku z papierka od karmelka, ten zrobiony z ulotki miał większą powierzchnię, więc złapał wiatr i leciał długo i bez przeszkód przez park.
Kirara była zachwycona.
– Jeszcze! – wołała.
W parku można było robić wiele świetnych rzeczy. Kenta i Kirara grali w berka, wspinali na rzeźby z brązu i bawili się zabawkową pandą, którą Kenta zwędził z kiosku.
Kirara biegała po całym parku, puszczając w powietrze swój pierwszy od początku do końca samodzielnie złożony samolot.
Po raz pierwszy odkąd stał się duchem, Kenta zapragnął zostać tu na dłużej.
Samolot wzbił się w powietrze, przeleciał wokół fontanny i pofrunął dalej w stronę muzeum.
Kirara pobiegła za nim.
Nagle rozległ się pisk hamulców niebieskiego samochodu i ktoś wpadł na nią z impetem, spychając ją na chodnik przed frontem muzeum.
Z niebieskiego samochodu wyskoczył człowiek, podbiegł do niej, pytając, czy jest cała. Dookoła zebrał się tłum.
Kirara odwróciła głowę i wpatrywała się w jakiś punkt na jezdni.
___
[1] W Japonii małe dzieci często zwracają się do starszych osób słowami określającymi członków rodziny: braciszku, siostro, ciotko, wujku, babciu czy dziadku.
[2] Saigō – chodzi o Saigō Takamoriego, wpływowego XIX-wiecznego samuraja i polityka, którego pomnik stoi w parku Ueno w Tokio.
[3] Nogami było potocznym powojennym określeniem na Ueno, używanym głównie przez przedstawicieli półświatka. Jest to nic innego, jak odwrotne odczytanie znaków składających się na nazwę „Ueno”.
[4] Yūrakuchō – obszar w drogiej tokijskiej dzielnicy Chiyoda.
