The Pucking Wrong Date - C.R. Jane - ebook
NOWOŚĆ

The Pucking Wrong Date ebook

C.R. Jane

4,1

662 osoby interesują się tą książką

Opis

Jedna namiętna noc przeradza się w chroniczną obsesję w tym mrocznym romansie hokejowym bestsellerowej autorki – C.R. Jane.

 

„Jeśli dajesz tylko dzisiejszą noc, lepiej sprawię, żeby była warta zapamiętania”.

 

Olivia jest gwiazdą muzyki pop i zrobiłaby wszystko, żeby wyrwać się spod kontroli matki i choć na chwilę uciec od cyrku, jakim stało się jej życie. Być może właśnie dlatego zgadza się spędzić noc z gorącym hokeistą, który jednym spojrzeniem potrafi przyprawić ją o zawrót głowy.

Walker „Disney” Davis, gwiazda hokejowej bramki, może i jest dla każdej dziewczyny księciem z bajki, ale za przystojną fasadą kryje się mężczyzna, który zrobi wszystko, by dostać to, czego chce — nawet jeśli oznacza to przekroczenie kilku granic…

Obsesja Walkera powinna sprawić, że Olivia ucieknie gdzie pieprz rośnie. Hokeista pojawia się wszędzie tam, gdzie ona, i wciąż powtarza, że jest „tą jedyną”. Choć ich sytuacja jest szalona, po każdym spotkaniu Olivia zakochuje się w nim coraz bardziej. Może nie powinna pragnąć Walkera, ale to uczucie jest niebezpiecznie, cudownie niewłaściwe.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 420

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,1 (14 ocen)
8
3
1
1
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Belladonna79

Nie oderwiesz się od lektury

Polecam ❤️
20
romczibomczi

Dobrze spędzony czas

W tonie poprzednich czesci, tylko dla koneserow DZIWNYCH akcji🐷
10
Katarzyna_O78

Dobrze spędzony czas

Super się bawiłam
10
mater0pocztaonetpl

Nie oderwiesz się od lektury

Rewelacja
00
MarteXa

Nie oderwiesz się od lektury

Jeśli lubicie psycholi to będzie wam się podobało
00



The PuckingWrong Date

C.R. Jane

Przełożyła Olga Kaczmarczyk

Prolog

OLIVIA

9 LAT

Serce waliło mi jak młotem, a rączki się trzęsły, gdy stałam w chłodnej poczekalni. Lampy rzucały ostre światło na beżowe ściany.

Mama zakręciła dzisiaj rano moje włosy. Użyła dużej ilości lakieru, a ciasne loki ciągnęły za skórę głowy. Żałowałam, że nie mogę się podrapać. Wydała resztkę pieniędzy, które miałyśmy, na śliczną, falbaniastą sukienkę. Choć ubranie wyglądało, jakby należało do księżniczki, drapało mnie, a ja byłam tym przerażona.

Nie chciałam tu być.

Śpiewałam tylko w kościele lub w domu, więc mi się to nie podobało.

Stałyśmy w krępującej ciszy, czekając na naszą kolej. W końcu mama odwróciła się w moją stronę. Wwiercała we mnie wzrok, a jej oczy były wypełnione zimną determinacją, która sprawiała, że się denerwowałam. Złapała mnie mocno za ramiona, chwyt był prawie bolesny.

– Olivio – zaczęła niskim, ostrym głosem. – Musisz zrozumieć, jak ważne jest to przesłuchanie. Od tego zależy nasza przyszłość. Nie możesz popełnić żadnego błędu.

Niepewnie kiwnęłam głową, próbując ukryć rodzący się w środku strach. Nie wiedziałam nawet, co miała na myśli. Żebym nie pomyliła słów? Tyle mogłam zrobić. Przynajmniej tak mi się wydawało.

– Rozumiem, mamo – wyszeptałam. Nienawidziłam, gdy wykrzywiała usta w zniesmaczeniu, słysząc mój zdenerwowany głos.

Mama była śliczna. Z ułożonymi włosami i w najlepszej sukience wyglądała jak gwiazda kina.

Jednak jej oczy zawsze płonęły gniewem, natomiast usta zaciskała w wąską linię, jakby musiała się powstrzymywać przed powiedzeniem czegoś. Chciałabym, żeby się kiedyś do mnie uśmiechnęła.

Palce wpiły się w moje ramiona, gdy pochyliła się w moją stronę i powiedziała jeszcze ostrzejszym głosem:

– Masz talent, Olivio, a ja wydawałam wszystkie pieniądze, by cię doprowadzić do tego miejsca. Jeśli to popsujesz, jeśli mnie zawstydzisz przed tymi ludźmi, zniszczysz wszystko, na co tak ciężko pracowałam. Czy twój mały móżdżek to pojmuje?

W oczach zebrały mi się łzy, gdy dotarły do mnie jej słowa. Nienawidziłam jednej rzeczy – zawodzić ją. Zdawało się, że robiłam to za każdym razem.

– Dam z siebie wszystko, obiecuję.

Nie uśmiechnęła się ani nie okazała ciepła. Puściła mnie, następnie powiedziała:

– Oby, Olivio. Jeśli zmarnujesz tę szansę, nie wybaczę ci tego ani nie zapomnę. – Wyprostowała się, wypowiadając to ostrzeżenie.

Okrutne słowa nadal wisiały w powietrzu, gdy rozległo się pukanie do drzwi. Po chwili otworzyła je młoda kobieta z krótkimi, ciemnymi włosami i poważnym wyrazem twarzy, jakby to miejsce skutecznie odbierało jej całą radość.

– Mam na imię Kylie, proszę za mną – powiedziała, odwracając się. Nie sprawdziła, czy idziemy za nią.

Mama pchnęła mnie do przodu, więc ruszyłam za Kylie słabo oświetlonym korytarzem. Na ścianach wisiały oprawione zdjęcia sławnych artystów, którzy kiedyś współpracowali z tą wytwórnią muzyczną. Ich twarze wpatrywały się we mnie, co jeszcze bardziej mnie zdenerwowało.

Nerwowo wygładziłam falbanki gryzącej sukienki. Czułam napięcie promieniujące od mamy. To sprawiło, że cisza między nami była jeszcze cięższa.

W końcu zatrzymałyśmy się przed metalowymi drzwiami, asystentka zerknęła na mnie ze słabym uśmiechem pełnym współczucia. Pochyliła się i wyszeptała:

– Powodzenia.

Chwilę później zostałam wepchnięta do środka, mama szła zaraz za mną. Ściany wielkiego pokoju były tak wysokie, że zdawały się sięgać nieba. Przez gigantyczne okna wpadały promienie słoneczne, ale nawet z całym tym światłem pokój wyglądał mrocznie i przerażająco. Przy długim stole siedzieli mężczyźni w garniturach. Twarze mieli poważne, a głosy – niskie. Wyglądali na ważnych, jakby jedno ich słowo mogło spełnić marzenie. Stojąc przed nimi, czułam się mała i nie na miejscu. Zamknięto drzwi, a ostrzeżenia mamy nadal odbijały się echem w mojej głowie. Mając świadomość, że jest to tak ważne, denerwowałam się jeszcze bardziej.

– Dalej, Olivio – wyszeptała gorączkowo, napiętym i zdesperowanym głosem. Stała za mną, dłonie trzymała na moich ramionach. Były ciężkie, jakby pchały mnie do przodu. – Śpiewaj.

Spojrzałam na mężczyzn w drogich garniturach, na twarze o surowym wyrazie. Czułam się jak mała myszka złapana przez bandę wygłodniałych kotów. Patrzyli bystrymi oczami, jak gdyby próbowali wejrzeć w głąb duszy. Mama mi powiedziała, że byli to ważni ludzie w wytwórni muzycznej. Czy wszyscy bogacze sprawiali takie wrażenie? Onieśmielali? Wydawali się straszniejsi od pana Henry’ego, dyrektora mojej szkoły.

Wzięłam głęboki wdech, starając się znaleźć odwagę, by zacząć. W sali zrobiło się tak cicho, że słyszałam bzyczenie świetlówek nad nami. Zamknęłam oczy i spróbowałam śpiewać, głos mi drżał jak liść na wietrze.

Coś było nie tak. Słowa uwięzły w gardle, a dźwięk się załamał. Nie potrafiłam oddychać, miałam wrażenie, że się krztuszę. Serce waliło jak oszalałe. Uniosłam powieki i zobaczyłam, że oni dalej mnie obserwują. Nie mogłam niczego wyczytać z ich twarzy.

W oczach stanęły mi łzy, chciałam uciec z tego pokoju i się schować. Nie mogłam. Mama powiedziała, że to nasza szansa i mam jej nie zawieść, jak to robiłam niemal zawsze.

Spróbowałam znowu, ale wydobyłam z siebie jedynie miękki, drżący szept. Mężczyźni spojrzeli po sobie, kilku z nich pokręciło głowami. Jeden odchrząknął i wszyscy wstali.

– Myślę, że widzieliśmy już wystarczająco. Jest ślicznym dzieckiem – powiedział jeden z nich, wychodząc z pokoju. Tylko on się odezwał.

Mama wbiła palce w moje ramiona, paznokcie boleśnie mnie ukłuły. Wyczuwałam jej gniew. Byłam przerażona tym, co miało nastąpić, gdy stąd wyjdziemy.

– Jest po prostu zestresowana! – wykrzyczała do nich, kiedy opuszczali pomieszczenie jeden po drugim. – Ona umie śpiewać, zapewniam.

Jednak mężczyźni szli dalej, drogie buty stukały o kafelkową podłogę. Mama puściła moje ramiona i zrobiła parę kroków w ich kierunku. Błagała rozpaczliwym głosem. Stałam tam, czując się mała, bez znaczenia. Jak robak, który został zgnieciony.

Drzwi zatrzasnęły się za nimi.

Nastała cisza.

Mroczna i straszna, zwiastująca koniec.

Mama stała nieruchomo. Zacisnęła usta w cienką linię. Miała zaczerwienioną twarz. Jej całe ciało się trzęsło, oczy były mokre od łez.

Nie spojrzała na mnie i to chyba było najgorsze.

Okazałam się najokropniejszą córką na świecie.

Nic nie mówiła przez kilka długich minut przypominających tortury.

– Wszystko zniszczyłaś, ty mała, głupia dziwko – wyszeptała, jej głos drżał z furii, którą starała się kontrolować. Powstrzymałam płacz drapiący mnie w klatce piersiowej. Nienawidziła, gdy płakałam. To był moment, w którym zazwyczaj na mnie krzyczała. Jednak nie mogła tego zrobić tutaj. – Nasza cała przyszłość zależała od tego dnia, a ty nie mogłaś zaśpiewać jednej, głupiej piosenki. – Ścisnęła grzbiet nosa, wpatrując się w ścianę, pogrążona w myślach. Wzięła głęboki wdech. Poprawiła nadal idealnie ułożone włosy, po czym zerknęła w moją stronę, jakbym była owadem wijącym się u jej stóp. – Naprawię to, lecz jeśli znowu mnie zawiedziesz i coś spieprzysz, kończę z tobą.

Zadrżałam pod jej spojrzeniem. Wyzierała z niego nienawiść, która sączyła mi się przez skórę i wywołała ból brzucha. Mówiła do mnie takie rzeczy cały czas, ale w tej chwili odniosłam wrażenie, że naprawdę miała je na myśli.

Mama poprowadziła nas przez korytarz, obok zabieganych pracowników.

Swoimi rozgorączkowywanymi ruchami przypominali pszczoły rojące się w ulach, które widziałam kiedyś na starej farmie dziadka, gdy byłam mała.

Nie odezwała się ani wtedy, ani kiedy szłyśmy do samochodu, ani kiedy otworzyła drzwi i wrzuciła mnie do środka jak bagaż.

Bez słowa trzasnęła drzwiami, zamknęła zamek i ruszyła z powrotem, stukając szpilkami.

*

Siedziałam sama w aucie i chłód zaczął mi już doskwierać. Minuty zmieniły się w godziny. Oddech był już widoczną mgiełką. Drżąc niekontrolowanie, objęłam się ramionami. W środku zrobiło się przerażająco zimno, czułam się, jakbym już nigdy miała nie zaznać ciepła. Nie śmiałam się jednak poruszyć, czy chociaż pomyśleć o wyjściu na zewnątrz. Mama już i tak była na mnie strasznie rozgniewana, nie mogłam sobie pozwolić na kolejny błąd.

Zapadła noc, ciemność za oknem się pogłębiła. Światła latarni ulicznych rzucały długie, dziwne cienie, tańczące na szybach. Zawsze bałam się ciemności. Każda osoba, która przechodziła obok samochodu, była potencjalnym mordercą lub potworem. Zatkałam usta dłonią, by stłumić kwilenie, nawet jeśli nikt nie mógł mnie tutaj usłyszeć.

Nie miałam pojęcia, ile czasu minęło. Wiedziałam tylko, że bardzo, ale to bardzo muszę siku. Miałam zdrętwiałe ręce i szczękałam zębami, gdy kuliłam się na tylnym siedzeniu.

Wydawało mi się, że minęła wieczność, nim drzwi samochodu się otworzyły. Spojrzałam w górę wystraszona. Stała tam, ubrana w obcisłą, czarną sukienkę, z ustami pomalowanymi na nieprzyjemny czerwony kolor.

Nie umiałam odczytać wyrazu jej twarzy, przez co nie mogłam powstrzymać ukłucia strachu głęboko w klatce piersiowej, które poczułam, gdy na mnie patrzyła.

– Wyłaź – wysyczała.

Wyślizgnęłam się sztywno z samochodu na jeszcze zimniejszą noc. Nie zawracałam sobie głowy zadawaniem pytań. Dawno temu się nauczyłam, że tego nie lubi, bo wyglądało to, jakbym ją przesłuchiwała.

Poprowadziła nas po kiepsko oświetlonej ulicy. Nadal się trzęsłam, bo przemarzłam do szpiku kości. Po paru minutach dotarłyśmy do elegancko wyglądającej restauracji z szyldem, na którym widniały ładnie wyrysowane litery. Wprowadziła mnie do środka, ciężkie drzwi zamknęły się za nami z głuchym łoskotem.

Pozwoliła mi pójść do łazienki, potem posadziła mnie na miękkiej, skórzanej ławce obok wejścia. Surowo spojrzała przez ramię, ostrzegając, żebym się nie ruszyła z miejsca, i znowu zniknęła. Ludzie przechodzący obok rzucali mi ukradkowe spojrzenia, a ja wierciłam się niespokojnie.

Nienawidziłam, gdy inni się na mnie patrzyli.

Kiedy rozejrzałam się wkoło, zauważyłam, że jestem jedynym dzieckiem w tym miejscu. Światła zostały przygaszone, długie cienie tańczyły na ścianach. Dziwna, obco brzmiąca muzyka leciała w tle. Wszyscy dorośli byli elegancko ubrani, w dłoniach trzymali drinki i rozmawiali przyciszonymi głosami.

Spojrzałam na swoje obdrapane buty. Mama próbowała sprawić, by wyglądały lepiej, i pomalowała je markerem, ale to niewiele pomogło.

W tłumie mignęły mi blond włosy i wtedy ją zobaczyłam. Chichotała i uśmiechała się do mężczyzny, który – mogłabym przysiąc – był dzisiejszego ranka na przesłuchaniu. Co ona robiła? Nigdy wcześniej nie widziałam jej tak szczęśliwej. Przy mnie tak się nie zachowywała.

Minuty znów przeszły w godziny. Obserwowałam, jak mama złapała tego mężczyznę za rękę i poprowadziła w głąb restauracji. Burczało mi w brzuchu, strasznie zgłodniałam i chciałam już wyjść. Coś w tym miejscu sprawiało, że robiłam się nerwowa.

Dalej czekałam w zacienionym kącie, czując się jak zapomniany mebel. Wciąż grała nieznana mi muzyka, a ja rozglądałam się ze strachem. Miałam nadzieję, że mama zaraz wróci.

Odniosłam wrażenie, że minęła wieczność, nim znów się pojawili. Włosy mamy były rozczochrane, szminka rozmazana, a na idealnie przypudrowanej skórze widniały czerwone placki.

Jednak najbardziej przeraził mnie jej uśmiech. Było w nim coś niepokojącego, co sprawiło, że stałam się niespokojna, chociaż nie do końca wiedziałam, z jakiego powodu.

Mężczyzna pochylił się i pocałował mamę, łapiąc ją za pupę. Obserwowałam ich, nie rozumiejąc, co się dzieje. Żołądek zacisnął mi się w supeł. Po chwili mama się odsunęła, mrugnęła do tamtego pana i ruszyła w moją stronę.

Zanim się zbliżyła, z jej twarzy zniknął wszelki ślad radości. Złapała za moją rękę, a jej uścisk był mocny oraz bolesny, jak zawsze. Wyciągnęła mnie z restauracji i wsadziła z powrotem do samochodu.

Ruszyłyśmy, po chwili w końcu się odwróciła.

– Jutro dostaniesz kolejną szansę – powiedziała niskim, złowrogim głosem. Słowa cięły powietrze jak ostrze.

Kiwnęłam głową, bo nie wiedziałam, co powiedzieć. Jak jej się to udało? Nie mogłam o to zapytać, bo by się wściekła.

– Spójrz na mnie – warknęła. I bez żadnego ostrzeżenia zostałam uderzona w twarz.

Ból był ostry i piekący, oczy zaszły mi łzami. Już kiedyś krzyczała, wbijała mi paznokcie w skórę, czy potrząsała mną, by podkreślić swoje słowa, ale nigdy wcześniej nie uderzyła.

Szok wywołany tym policzkiem coś we mnie poprzestawiał, pozostawiając dziwne, mrowiące uczucie, które rozeszło się po klatce piersiowej.

Mama wbiła we mnie spojrzenie, gdy odezwała się ponownie, brzmiała zimno i groźnie:

– To dopiero początek, Olivio. Jeśli znowu nie dasz rady, to nie będzie tylko uderzenie. Słyszysz? Sprawię, że będziesz marzyć o śmierci.

Pokiwałam głową. Łzy, tak dzielnie powstrzymywane przez cały dzień, wreszcie popłynęły po policzkach. Mama prychnęła z pogardą na ten widok. Resztę drogi przejechałyśmy w ciszy.

*

Kolejnego poranka znalazłyśmy się w tym samym miejscu. Nie mogłam pozbyć się odrętwienia, które mnie ogarnęło po tym, jak zostałam spoliczkowała. Może było ono lepsze niż to wczorajsze przerażenie. Może…

Tak jak poprzednim razem, zapukałyśmy do drzwi i otworzyła ta sama asystentka. Jej oczy się rozszerzyły na nasz widok.

– Nigdy nie widziałam, by ktoś dostał drugą szansę – skomentowała i wskazała, byśmy weszły na korytarz. Próbowała otrzymać jakąś odpowiedź od mojej matki. – Szczęściara.

Mama tylko nuciła pod nosem, a na ustach miała lekki uśmieszek. Poprowadzono nas do tego samego pokoju, gdzie poprzedniego dnia poniosłam porażkę, ale tym razem… coś się zmieniło. Dzisiaj nie odczuwałam już stresu, który wczoraj mi przeszkadzał. Zastąpiło go jakieś dziwne poczucie odcięcia, jakbym w rzeczywistości tam nie stała, a oni mnie nie obserwowali. Twarze mężczyzn w garniturach niczego nie wyrażały. Znikło wczorajsze oczekiwanie, jakby byli gotowi na moje kolejne niepowodzenie. Pan z poprzedniej nocy siedział po prawej, widziałam, jak puszcza matce oczko.

Obserwowałam to wszystko przez dłuższą chwilę, aż mama zaczęła wiercić się na krześle, a jej twarz przybierała coraz bardziej spanikowany wyraz.

Wtedy otworzyłam usta… i zaśpiewałam.

Dźwięki wybrzmiewały bez wysiłku, wypełniały pokój. Naprawdę potrafiłam to zrobić. Mama zawsze mi powtarzała, że nie byłam mądra i nie nadawałam się do niczego innego, ale umiałam śpiewać.

Zamknęłam oczy, piosenka płynęła. Pozwoliłam ponieść się muzyce. Wyśniłam sen1 to była ulubiona kompozycja babci. Nauczyła mnie tego, kiedy spędzałyśmy wspólnie czas w jej domu. Płakała za każdym razem, kiedy wykonywałam ten utwór.

W końcu otworzyłam oczy i ujrzałam cień aprobaty na twarzach mężczyzn, którzy tak uważnie mi się przyglądali. Ten z wczorajszej nocy kiwnął w stronę mamy, jej całe ciało zdawało się rozluźniać.

Czy to oznaczało, że dobrze sobie poradziłam, że nie będzie już zła?

Mężczyźni wstali i, tak jak poprzednio, ruszyli do wyjścia. Pan z wczoraj zatrzymał się przed nami. Był przystojny z ładnie zaczesanymi, czarnymi włosami. Jego elegancki, schludny garnitur przypominał te noszone w filmach. Jednak coś w nim sprawiało, że miałam wrażenie, jakby robaki pełzały po mojej skórze.

Wszystko w nim wydawało się zbyt dopracowane, zbyt idealne, ale ciemnobrązowe oczy były najgorsze – chłodne, tak jak mamy. Nie podobało mi się to, jak mnie mierzyły i oceniały.

Z lekkim uśmiechem, który nie sięgnął spojrzenia, pochylił się i powiedział:

– Będziesz wielką gwiazdą, kochanie.

Jego słowa były jedwabiście miękkie, a jednocześnie jakby oleiste. Nie podobało mi się, jak się po mnie prześlizgują. Wzdrygnęłam się na to, jak na mnie patrzył. Mama wbiła mi paznokcie w ramię, nakazując cicho, żebym tak nie robiła.

– Nazywam się Marco. Ty i ja będziemy najlepszymi przyjaciółmi. – Wyciągnął dłoń.

Uścisnęłam ją, nie byłam pewna, co powiedzieć.

– Mam na imię Olivia – odparłam głupio. Chyba wszyscy w pokoju wiedzieli, kim jestem, zanim zaczęłam śpiewać, prawda?

Zaśmiał się, ale w tym śmiechu brakowało radości. Miałam wrażenie, że się naśmiewa. Nienawidziłam dorosłych, którzy tak robili.

Po tym, jak puścił moją dłoń, pogłaskał mnie po głowie. Ten dotyk był zbyt stanowczy, zbyt zaborczy. Wierciłam się nieswojo pod jego chwytem, jednak nie puścił. Mama jak zawsze nie zwróciła uwagi na mój dyskomfort albo jej to nie obchodziło. Prawdopodobnie to drugie.

– Co dalej? – wymruczała. Zaplotła dłonie pod brodą, następnie uśmiechnęła się promiennie do Marco, jakby był najwspanialszą osobą, jaką kiedykolwiek spotkała.

Mężczyzna oczarował ją obietnicami, których nie rozumiałam do końca, takimi jak nagranie świątecznego albumu, castingi do programów telewizyjnych czy sesje zdjęciowe. Wspomniał coś o trasie koncertowej, wtedy zamrugałam kilka razy. Nie będę mogła tego zrobić, przecież miałam szkołę i przyjaciół, natomiast wiosną – koncert chóru.

– A co z lekcjami? – zająknęłam się, gdy zaczęli wymieniać jakieś miasta.

Nie licząc wyjazdu tutaj, nigdy nie byłam poza granicami hrabstwa. Miejsca, o których wspomniał Marco, były rozsiane po całym kraju. Spojrzał na mnie bez wyrazu. Z kolei twarz mamy wykrzywiła się w mieszance złości i irytacji – żadna z tych rzeczy nie wróżyła niczego dobrego. Mężczyzna ścisnął moje włosy, by po chwili poklepać mnie po głowie w protekcjonalny sposób.

– To teraz nie ma znaczenia, Olivio – stwierdził lekceważąco, głosem ociekającym poczuciem wyższości. – Czeka nas zdecydowanie wiele fajniejszych rzeczy niż trochę formalnej edukacji. – Zaśmiał się i znowu to niefajne uczucie przeszło mi po plecach. – Poza tym, czy twoi koledzy i koleżanki z klasy nie będą zazdrośni, że jesteś wielką gwiazdą?

Moje oczy się rozszerzyły, bo nie dbałam o to. Nie sądziłam, by Lottie i Meghan obchodziło coś takiego. Nie będę już widywać przyjaciółek?

Dalej rozmawiali o planach, a z każdym ich kolejnym słowem odrętwienie zmieniało się w panikę.

Co się działo?

Kiedy mama mi wyjaśni, o co chodzi? Do wczoraj mówiła samymi ogólnikami o momentach zmieniających życie, bez opisywania, co dokładnie miało się zmienić.

– Będziemy musieli zrobić jej kilka pasemek oraz lepszą fryzurę – ciągnął Marco, co skierowało moją uwagę z wewnętrznego niepokoju na to, że znowu się na mnie gapi. – I te ciuchy… – zawiesił głos, ale szyderczy ton był obecny w każdym słowie, które wypowiadał.

Spojrzałam na sukienkę, zastanawiając się, co jest z nią nie tak. Rzuciłam okiem na mamę i zobaczyłam, że miała czerwone policzki, jakby się zawstydziła.

– Musi też przybrać parę kilo. Nie możemy pozwolić, by wyglądała jak przybłęda z ulicy.

Wygładziłam sukienkę, gdy dalej rozmawiali o wszystkich rzeczach, które chcieli zmienić, jakby w ogóle mnie tam nie było.

Nadal skupiałam na sobie wzrok Marco, a jego oczy wciąż były puste, jak gdyby nie miał w środku nic. Dziadek mawiał, że bardzo dużo można powiedzieć o człowieku na podstawie oczu. Nie rozumiałam tego aż do tego dnia.

Wreszcie mężczyzna skończył, spojrzał na zegarek i przeklął, gdy zobaczył, która jest godzina.

– Muszę lecieć na spotkanie. Marsha wyśle wszystkie dokumenty – rzucił przez ramię, idąc w kierunku drzwi.

– Brzmi cudownie! – zawołała za nim mama, dalej mówiąc tym dziwnym, zbyt podekscytowanym głosem, którego nigdy wcześniej u niej nie słyszałam.

Marco zatrzymał się w przejściu i spojrzał na mnie.

– Olivio, księżniczko, zrobimy z ciebie gwiazdę. Będziesz mieć wszystko, o czym marzyłaś – powiedział wyraźnie zadowolony, zanim wyszedł z sali.

– Staniesz się gwiazdą, mała – stwierdziła mama przez zaciśnięte zęby. Życzliwość i szczęście, którymi jeszcze przed chwilą emanowała, wyparowały. – Nie masz wyboru.

1 Pieśń z musicalu Les Misérables, tłum. D. Wyszogrodzki.

Rozdział 1

OLIVIA

19 lat

Patrzyłam na fotografię stojącą na stole w garderobie. Została zrobiona w dniu, kiedy podpisałam pierwszy kontrakt, gdy sprzedałam swoje życie. Powinnam powiedzieć: „w którym mama sprzedała moje życie”, bo mając dziewięć lat, nie mogłam przecież zrobić tego sama.

Na zdjęciu moja matka – Jolette, jak chciała, żebym teraz do niej mówiła – i ja mamy na twarzach identyczne uśmiechy. W dłoni trzyma pióro. Ona się uśmiechała, bo miała zarobić na córce miliony. Ja się uśmiechałam, bo wydawało mi się, że po raz pierwszy w życiu jest ze mnie zadowolona.

Oddałabym wszystko, by cofnąć czas do momentu zaraz przed podpisaniem tego kontraktu. Podarłabym go i wybiegła z pokoju. Zniknęłabym. Nie obchodziłoby mnie, czy bym umarła, bo to by oznaczało, że byłam wolna. Z obrzydzeniem zrzuciłam ramkę na podłogę, rozkoszując się dźwiękiem tłuczonego szkła. To i tak nie miało żadnego znaczenia.

Gdzieś była lista wymagań dla garderoby, której nigdy nie widziałam, a przez którą to głupie zdjęcie czekało na każdym obiekcie. Potarłam mostek. W wieku dziewiętnastu lat chyba nie powinno się odczuwać bólu w klatce piersiowej, ale ja go czułam.

Dzisiejszą noc spędzaliśmy w Nowym Jorku i zaraz miałam wystąpić na wypełnionej po brzegi arenie Madison Square Garden. Jeśli ucisk w piersi dalej będzie męczył, nie zagram nigdzie. Opadłam na obitą miękkim materiałem ławkę, czułam zmęczenie do szpiku kości. Jak długo byłam w trasie? Miałam wrażenie, że od zawsze. Byłam jak ten szczur w kołowrotku, skazany na śmierć, bo nie mógł przestać biec, dopóki się nie wykończył.

Potarłam nogi dłońmi, próbując odzyskać równowagę. Słyszałam daleki ryk tłumu, już teraz obawiałam się oślepiających świateł. Była to mała hala w porównaniu z tym, gdzie zwykle kazali mi występować, ale nadal mogła pomieścić dwadzieścia tysięcy osób. Jolette i Marco wściekli się z powodu jej rozmiaru.

Kiedy ostatnio jadłam? Kiedy zrobiłam coś, co chociaż przypominało dbanie o siebie? Byłam tak cholernie wykończona.

Drzwi do garderoby otworzyły się gwałtownie i weszła matka. Ubrała się, jak zawsze, w najdroższe, markowe ubrania. Na jej twarzy niezmiennie królował zimny, roszczeniowy wyraz.

– Wstawaj, wychodzisz za pięć minut – wysyczała, patrząc na mnie i marszcząc nos, jakbym była kałużą błota, która jednak kupiła jej ten nieskazitelnie biały płaszcz Chanel. – Jak będziesz się szykować, pomyśl o tym bałaganie. – Jolette rzuciła telefonem z wyświetlonym artykułem w jakimś serwisie informacyjnym. Autor spekulował, czy byłam naćpana podczas ostatniego występu. Nie mylił się. – Jeśli już musisz robić z siebie słabego bachora… – powiedziała złośliwie, rzucając w moją stronę buteleczkę tabletek, które wmuszała we mnie od lat. Teraz brałam je dobrowolnie przed różnymi występami, bo nie dawałam rady przebrnąć przez cały show bez nich. – To musisz się lepiej kontrolować. Tylko tego brakowało, byś miała więcej cholernie złej reklamy.

Poczułam wstyd, jak zawsze, gdy wymieniała wszystkie moje braki. Niezależnie od tego, co zrobiłam, zawsze okrutnie rozczarowywałam.

Rozległo się pukanie do drzwi. Po chwili wszedł Marco, nawet nie poczekał, aż ktoś da mu znać, że może wejść. Zesztywniałam w jego obecności. Nie powinno go tutaj dzisiaj być. Nie powinnam musieć radzić sobie także z nim. Kropla potu spłynęła mi po plecach, dłonie zaczęły się trząść.

Jego wzrok powędrował do buteleczki w moich rękach i wazeliniarski uśmiech się poszerzył.

– Szykujesz się do występu, księżniczko?

Na słowo „księżniczka” zaczęło mi się robić niedobrze. Szeptał je, gdy… wzbierał we mnie płacz, a na skraju pola widzenia pojawiła się ciemność. Przestań, powiedziałam sobie zdecydowanie. Nie mogłam o tym myśleć w tej chwili. Musiałam wyjść na scenę.

Otworzyłam buteleczkę i połknęłam kilka tabletek. Miałam nadzieję, że przyniosą spokój, tak desperacko teraz potrzebny. Problemem było jednak to, że za każdym razem potrzebowałam coraz więcej, by osiągnąć odrętwienie, o którym tak bardzo marzyłam.

Matka patrzyła z małym, zadowolonym uśmieszkiem na twarzy, choć niestety to sprawiało, że miałam ochotę krzyczeć, zniszczyć pokój, zniszczyć… siebie. Jeszcze bardziej niż i tak już mnie zniszczono.

– Shot lub dwa dokończą robotę – powiedział lekko Marco.

Podszedł, następnie złapał za butelkę wódki. Nalał do kieliszków. Liczył, że połączenie alkoholu z tabletkami wprowadzi mnie w stan odrętwienia, ponieważ tego właśnie potrzebowałam, by wystąpić. Pasowało to jednak idealnie do mojego obecnego toku myślenia. Dokończyć robotę…

Specjalnie podał kieliszek w taki sposób, żeby jego palce musnęły moje. Próbowałam zapanować nad obrzydzeniem i strachem, które wywołał ten dotyk. Wypiłam wódkę, nie zważając na palące uczucie w przełyku. A może nie chodziło o to, że go nie dostrzegałam, tylko o to, że polubiłam ten dyskomfort?

Poczułam, jak ogarnia mnie odrętwienie – wymazało ono wszelki stres, mdłości oraz ból. Ten stan zawsze zaczynał się od subtelnego ciepła rozchodzącego się po całym ciele. Było jak pocieszający uścisk odganiający chłód, który trzymał w swoich szponach zaledwie chwilę temu. Dłonie przestały mi się trząść. Ogarnął mnie spokój, ale nie kończyło się wyłącznie na tym. Przechodził on w kojącą euforię, obmywającą delikatną falą. Moje zmysły się wyostrzały, a świat stawał się bardziej kolorowy, jak gdybym patrzyła na niego zupełnie na nowo. Barwy w garderobie wydawały się tętnić życiem, miękki szum świetlówek przeszedł w melodyjną symfonię.

Tętno się uspokoiło, węzeł napięcia w brzuchu poluzował. Czułam się, jakby ktoś zdjął mi ciężar z ramion. Byłam lżejsza, bardziej wolna. Dręczący niepokój stał się odległym wspomnieniem, zastąpionym przez poczucie, że byłam niezwyciężona. Miałam wrażenie, że unoszę się wysoko ponad ciałem. Wszystkie problemy zostały zagłuszone przez euforię, która rozpierała od środka.

– O to chodzi, księżniczko – wymruczał Marco, gdy moja matka poprawiała mi strój.

Patrzyłam się na siebie w lustrze. Podziwiałam, jak dopasowana suknia bez rękawów, wyglądająca jak zrobiona z płynnego srebra, błyszczy w światłach garderoby. Dekolt był misternie wyszywany koralikami, odbijającymi światło, co dawało oszałamiający efekt, mogący konkurować z blaskiem gwiazd.

A może tylko przemawiało przeze mnie moje upojenie?

Matkę w końcu usatysfakcjonowało to, jak wyglądam, więc wyszliśmy z garderoby. Wsiedliśmy do wózka golfowego i zawieziono mnie do wejścia na arenę.

– Spróbuj nas nie zawstydzić – powiedziała uszczypliwie, gdy wysiadałam.

Normalnie wzdrygnęłabym się na jej słowa, ale w tej chwili nic nie mogło mnie dotknąć ani zmusić do odczuwania czegokolwiek. Uśmiechnęłam się do niej, ona prychnęła drwiąco.

– Daliśmy jej za dużo? – wymamrotała do Marco, który patrzył chciwymi, błyszczącymi oczkami.

– Jest dobrze – odpowiedział, podając mi gitarę.

Mruknęłam, gdy moje palce dotknęły strun.

Już czas.

Przeszłam przez tunel i wyszłam na jasno oświetloną halę. Wybuchł ogłuszający ryk tłumu. Krzyki i oklaski uderzały we mnie, gdy się poruszałam. Jednak stan, jaki osiągnęłam, był barierą chroniącą od napadu lęku, który w przeciwnym razie już by mnie ogarnął.

Weszłam na scenę, zostałam pochwycona przez jaskrawy blask reflektora. Pochyliłam się do mikrofonu z pewnym siebie uśmiechem – pojawiał się już naturalnie, automatycznie na twarzy, bo robiłam to po raz milionowy w ciągu ostatnich lat.

– Mam na imię Olivia – powiedziałam, a słowa poniosły się wśród entuzjastycznych okrzyków widowni. – Witajcie na moim koncercie.

Po tym wstępie ruszyłam z pierwszą piosenką, która popłynęła z moich ust bez wysiłku, głos roznosił się po hali, wypełniając każdy kąt. Tłum urzeczony magią chwili śpiewał razem ze mną. Głosy publiczności mieszały się z moim, co tworzyło melodię, którą jednocześnie uwielbiałam i której nienawidziłam.

Czas zwolnił, gdy ja śpiewałam do nich, a oni śpiewali do mnie.

Przez chwilę byłam szczęśliwa.

*

Po występie wróciłam do garderoby. Gdy spojrzałam na siebie w lustrze, nie rozpoznałam dziewczyny w odbiciu.

Niegdyś ciemnokasztanowe włosy zostały brutalnie rozjaśnione do nienaturalnego odcienia blond. Końcówki były kruche i połamane od nieustannego układania i farbowania. Stanowiło to duży kontrast w porównaniu ze zdrowymi, bujnymi puklami, które miałam jako dziewczynka. Orzechowe oczy ze złotymi obwódkami, takie same jak mojej babci, podkreślone ciemną kredką, przygasły pod warstwami makijażu. Policzki miałam zapadnięte, wyglądałam jak szkielet.

Niedoskonałości i przebarwienia na twarzy ukryto pod warstwami podkładu, korektora oraz pudru. Wyglądałam na chorą. Nic dziwnego, że plotkarskie brukowce zawsze się rozpisywały na mój temat. Byłam chora.

Pociągnęłam za pukiel włosów, patrząc się na obcą osobę w lustrze.

Stan ukojenia po lekach prawie minął, z powrotem zaczął się wkradać dyskomfort. Euforyczny przypływ pewności siebie oddawał pola niepokojącej pustce, zdającej się rosnąć z każdą mijającą minutą. Świat stracił swój powab, a jedyne, co mi zostało, to brutalna rzeczywistość.

Subtelna nerwowość podgryzała brzegi mojej świadomości, utrudniając odnalezienie komfortu we własnej skórze. Ręce i nogi robiły się ciężkie, co kontrastowało z wysoką energią i czujnością, którą odczuwałam godziny wcześniej.

Musiałam dotrzeć do domu.

Marco i matki już nie było. Prawdopodobnie zostali wyłącznie po to, by się upewnić, że dotarłam na scenę. Laura, jedna z moich opiekunek, stała za drzwiami garderoby. Miała dopilnować, żebym dotarła do samochodu. Niedaleko znajdował się dom, który należał do mnie, po raz pierwszy od dłuższego czasu nie musiałam spać w hotelu czy w autobusie.

Gdyby tylko ten budynek naprawdę był domem.

Laura nie powiedziała ani słowa podczas czterdziestopięciominutowej jazdy na przedmieścia. Byłam do tego przyzwyczajona. Nigdy bym nie pomyślała, że można czuć się tak samotnym w otoczeniu tylu ludzi. Ale tak właśnie wyglądało moje życie.

Przesunęłam się na siedzeniu, gdy zobaczyłam rezydencję. Rozciągała się przede mną, okazała fasada została podświetlona przez światła. Wyglądała niedorzecznie – za duża, zbyt krzykliwa i przesadna. Kilka lat temu matka zmusiła mnie, żebym ją kupiła, twierdząc, że musi odzwierciedlać mój status gwiazdy.

Tak naprawdę był to ekstrawagancki pokaz jej niezaspokojonego głodu prestiżu. Wszystko w tym domu pokazywało, jaka jest – od ostentacyjnych dekoracji po uniżoną służbę, spełniającą wszystkie zachcianki tej kobiety. Nawet jedzenie w kuchni było przez nią starannie wybierane i sprawdzane. Wśród tych ścian zawsze czułam się jak obca.

Przeszłam przez imponujące, dwuskrzydłowe drzwi, masując skronie. Ból rozsadzał mi głowę. Marzyłam jedynie o tym, by po wielogodzinnym występie położyć się do łóżka. To oczywiście niemożliwe. Jolette zaprosiła tak wielu gości, że rezydencja była ich pełna.

Ostrożnie wyselekcjonowana grupa ludzi, których łączyło jedno – wykorzystali mnie do przyspieszenia realizacji swoich ambicji. Pijawki i pochlebcy. Trzymali się mojej matki, by wspiąć się po drabinie społecznej. Nie interesowali się mną, tylko tym jak może im pomóc moje nazwisko.

Poruszali się po wystawnych pokojach z poczuciem wyższości. Obnosili się ubraniami największych marek i drogimi dodatkami. Śmiali się za głośno, a ich głosy ociekały sztucznym entuzjazmem, gdy prześcigali się w zwróceniu na siebie uwagi.

Byli oportunistami. Jedyne, co ich obchodziło, to możliwość pochwalenia się tym, że uczestniczyli w przyjęciu w mojej rezydencji. To sprawi, że staną się ważniejsi, niż są w rzeczywistości.

Przechodziłam przez pokój, wtedy błysnął flesz. Skrzywiłam się, kiedy zaczęli mi robić zdjęcia. Po występie przebrałam się w szare, wygodne dresy, bo suknia była przepocona.

Uśmiechali się do mnie i machali, żądając mojej uwagi. To takie żmije przebrane w garnitury z ludzkiej skóry. Nienawidziłam każdego z nich.

Kurwa. Głowa pulsowała.

Wyszłam zza rogu i ujrzałam Marco pochylonego nad aspirującą aktorką z trzeciej ligi, starającą się o jego uwagę od tygodni. Wiedziałam to tylko dlatego, że kiedyś była moją asystentką, zanim sprzedała do mediów kłamliwą, ckliwą historyjkę o tym, jakim to okropnym bachorem jestem. Dzięki temu dostała rolę w operze mydlanej.

Oczywiście pozwolono jej wejść do mojego domu.

Górę sukienki miała ściągniętą i Marco ściskał wielką, sztuczną pierś dziewczyny. Skrzywiłam się, a on, gdy mnie zobaczył, stanął wyprostowany i odgonił kobietę. Zanim wyszła z pokoju, rzuciła w moją stronę sztuczny uśmiech i pomachała, jakbyśmy były prawdziwymi przyjaciółkami. Dlaczego miałaby tego nie zrobić?

– Tu jesteś, księżniczko. Wszędzie cię szukałem. Mam kontrakty, które musisz podpisać.

– Muszą poczekać do rana. Boli mnie głowa – wychrypiałam. Czułam pulsowanie w czaszce i odnosiłam wrażenie, że oczy zaraz mi się rozpuszczą i wypłyną z głowy. Złapał za moje ramię i pociągnął w dół korytarza do biura, którego używał w rezydencji.

– Musisz podpisać je teraz ze względu na nagłówki na twój temat, które ostatnio się pojawiają. Trzeba zabezpieczyć te umowy, zanim firma się rozmyśli i wycofa z powodu złej reklamy.

Próbowałam się wyrwać, ale trzymał mocno. Jedyne, co osiągnęłam, to to, że zwolnił kroku.

– Nie podpiszę umowy na kolejną trasę koncertową. Potrzebuję przerwy. Jestem wykończona, a jeśli mam zagrać, to tylko w mniejszych lokalach albo klubach muzycznych. W miejscach z bardziej intymną atmosferą.

– Dlaczego, do kurwy nędzy, chciałabyś czegoś takiego? – Jego twarz wykrzywiła się z obrzydzenia. – Jesteś na szczycie. Musisz przeć dalej. Nie zawsze będą cię chcieli, trzeba to wykorzystać, póki chcą.

Często z moją matką używali tej groźby. Wszystko kręciło się wokół kolejnego objawienia sezonu w muzyce. Teraz byłam to ja, ale za chwilę to może być ktoś inny.

Dlatego muszę przeć, przeć, przeć do przodu, dopóki nie zdetronizuje mnie ta druga osoba.

Ból głowy pulsował, zaczęło mi się robić niedobrze. Kiedy ostatni raz jadłam? Czy tabletki i alkohol to wszystko, co dzisiaj przełknęłam?

Szarpnęłam swoim ramieniem, zmuszając go, by puścił.

– Nie podpiszę kolejnej trasy koncertowej. Jestem zmęczona. – Głos się załamał. – Nie mogę dalej tak pracować.

W jego oczach nie pojawił się cień zrozumienia czy empatii, nie dbał o to, co mówię. Zamiast tego jego spojrzenie stało się twarde i nieprzystępne, poczułam się nieswojo.

– Marco? – powiedziała matka, wychodząc zza rogu i sprawiając, że sytuacja stała się gorsza. – Znowu jest z nią problem?

– Księżniczka mówi, że potrzebuje przerwy. Odmawia wyruszenia w kolejną trasę koncertową, pomimo czasu włożonego w jej zaplanowanie i tego, że tylu ludzi liczy na nią, by móc położyć na stole jedzenie dla swoich rodzin.

Tego argumentu też często używali. Tych wszystkich utraconych stanowisk pracy, jeśli biznes Olivia Darling przestanie się kręcić. Tylko że byłam tak zmęczona i wypruta, że nie mogłam się zmusić, by się tym przejąć.

– Zrozumieją, że jestem człowiekiem i czasami potrzebuję odpocząć.

Czerwone paznokcie matki zatopiły się w mojej skórze.

– Mówisz jak dziewczynka, która nie rozumie, jak bardzo jej się poszczęściło – wypluła.

Wymiociny wypełniły mi usta, ale przełknęłam je. Wyszarpałam ramię z jej uścisku i zaczęłam się cofać przed tą dwójką warczących na mnie dupków.

– Coś nie tak, księżniczko? Potrzebujesz kolejnej dawki? – zapytał Marco przymilnym tonem. Trzymał tabletki, które on i moja matka mieli pod kontrolą, to oni byli jedynym punktem dojścia do nich. Próbowałam zdobyć je sama, ale jakimś cudem zawsze blokowali te starania.

– Idę spać, a ty jako mój agent możesz wszystkim powiedzieć, że robię sobie przerwę. Nie zdecyduję się na kolejną trasę czy nowy album, zanim nie będę gotowa.

Serce waliło mi jak szalone, pot skroplił czoło z wysiłku, jaki wkładałam, by się im postawić. Nie mogłam tak dalej żyć. Coś musiało się zmienić.

Marco poklepał matkę po plecach, jego twarz złagodniała.

– Wiesz, masz rację. Pracowałaś tak ciężko, potrzebujesz przerwy. Zasługujesz na nią.

Zmarszczyłam nos zdezorientowana tą zmianą o sto osiemdziesiąt stopni. Czekałam, aż doda jakieś „ale”.

– Nie powinniśmy rozmawiać o tym, co dalej, tylko oblewać to, co udało ci się osiągnąć! Wyprzedana trasa koncertowa, w tym dziesięć stadionów. Naprawdę wzniosłaś się na nowe wyżyny.

Moja matka rzuciła na niego okiem, a po chwili wzruszyła ramionami.

– To prawda, Olivio. Należą ci się nasze przeprosiny. Pracowałaś tak ciężko.

Czy obcy przejęli kontrolę nad ich ciałami? Dlaczego ona mówiła tak miłym tonem? Zmierzyłam ich podejrzliwie wzrokiem.

– Dziękuję za zrozumienie – powiedziałam powoli, nie ufając ani jednemu słowu wychodzącemu z ich ust. – Pójdę teraz do łóżka.

– Nonsens – stwierdził Marco, zapraszając mnie do biura. – Musimy to uczcić. Mały drink przed snem, pogratulujemy sobie dobrze wykonanej roboty.

Nie było mowy, bym wzięła od niego alkohol. Prawdopodobnie coś by do niego dosypał. Ale to, jak uważnie mi się przyglądali… Mogłam usiąść z nimi na pięć minut. Później przeproszę i wyjdę. Postawiłam im się, zrobiłam to. Mogę dokonać także tego.

Marco wskazał na biuro. Podążyłam za nim do pokoju, który przerobił całkowicie w swoim guście, pomimo iż to nie był jego dom, a ja nie byłam jego jedyną klientką. To nie było normalne, że urzędował tu w taki sposób, ale on i Jolette nalegali, więc tak się stało.

To pomieszczenie nie pasowało do reszty rezydencji, urządzonej w tradycyjnym stylu. Jego biuro zostało zaprojektowane z wykorzystaniem prostych linii i monochromatycznych barw, krzyczących „współczesność”. Na ścianach wisiały abstrakcyjne dzieła sztuki, na których odważne pociągnięcia pędzlem i żywe kolory tworzyły kontrast do przygaszonych odcieni użytych w wystroju. Jego biurko było wielkim kawałkiem ciemnego drewna. Leżało na nim tylko kilka niezbędnych rzeczy – zgrabny komputer, designerska lampa, góra kontraktów i scenariuszy. Na półkach przy ścianie stały nagrody i wyróżnienia, wszystkie zdobyte dzięki mojej pracy. Złote statuetki, lśniące trofea, oprawione w ramki certyfikaty błyszczące w otaczającym je świetle.

Fakt, że stały tutaj, a nie w moim pokoju, wyraźnie pokazywał, komu przypisywał sukces – sobie.

– Brandy? – zapytał, podnosząc karafkę z wózka barowego koło ściany.

Dłonie mi się trzęsły, do ust nabiegła ślina… jednak nie mogłam być głupia. Ignorancję można akceptować, ale jedynie przez pewien czas.

– Tylko butelkę wody – wymamrotałam, obserwując, jak rzuca okiem na moje trzęsące się ręce.

– Jak wolisz, choć to nie pasuje do toastów – powiedziała matka, nalewając sobie brandy do kieliszka. Z nieprzyjemnym uśmiechem żartowała z paranoicznej reakcji na drinka. Marco podał mi zamkniętą butelkę wody z mini lodówki. Otworzyłam ją i wypiłam duży łyk chłodnego płynu. Miałam podrażnione gardło po godzinach śpiewania.

– Za ciebie, księżniczko – wymruczał Marco, unosząc szklankę z alkoholem.

Uśmiechnęłam się słabo, starając się przekonać, by zostać tu jeszcze przez minutę. Przyjęli to zdecydowanie lepiej, niż myślałam. Może w końcu zrozumieli, jak blisko krawędzi się znalazłam.

Prawdopodobnie nie, chociaż może.

– Powiedz mi, Olivio. Co będziesz robić podczas swojej małej… przerwy? – zapytała matka. Głos nadal był szyderczy, ale już bez urazy, którą zazwyczaj ociekał, gdy się do mnie zwracała.

– Zamierzam odpocząć – wychrypiałam, ból głowy się nasilił.

– Jak cudownie – zachichotała. Naprawdę zachichotała. Zazwyczaj rezerwowała to dla ludzi, którym chciała zaimponować.

Chwila… Co się działo z twarzą tej kobiety?

Mrugnęłam parę razy i się pochyliłam, próbując wyostrzyć wzrok na jej głowę, bo coś było z nią nie tak. Oczy spływały po twarzy.

– Co… się… – wyszeptałam, pocierając powieki.

Pokój zaczął się rozmywać i zniekształcać. Abstrakcyjne dzieła sztuki się rozpuszczały i przesuwały w koszmarnym pokazie. Panika ścisnęła mnie za gardło. Zerwałam się z miejsca, pociągając za bluzę i starając się ustać.

– Co się ze mną dzieje? – wybełkotałam. Mój głos był zniekształcony.

Całe ciało stało się ciężkie i nie chciało współpracować, jakby kończyny należały do kogoś innego. Otoczył mnie śmiech, który brzmiał demonicznie. Odnosiłam wrażenie, że dochodzi zewsząd, jakby pokój wypełnił się ludźmi, gdy siedziałam w fotelu.

– Pomocy – wychrypiałam, ale nie mogłam rozróżnić twarzy. Wszystko zdawało się rozpływać jak rozpuszczony wosk i zbierać w kałużę u moich stóp.

Śmiech dalej rozbrzmiewał.

Musiałam się stąd wydostać i wezwać pomoc. Rzuciłam się w stronę czegoś, co przypominało drzwi do pokoju. Moje ruchy były niezdarne i niepewne. W korytarzu trzymałam się zimnych ścian. Oddech mi się rwał. Chwiałam się i odnosiłam wrażenie, że nogi miałam zanurzone w betonie.

Próbowałam krzyknąć, ale dźwięk uwiązł w gardle. Krok po kroku zmuszałam się, by iść do przodu.

Tyle zniekształconych twarzy, wszystkie miały na sobie uśmiechnięte maski. Błyski światła, chaotyczne i oślepiające… Wszędzie.

*

Bip. Bip. Bip.

Odzyskałam świadomość i próbowałam unieść powieki, ale wydawało mi się, że się skleiły. Otwarcie oczu zajęło wieczność. Jeszcze dłużej trwało wyostrzenie wzroku i zobaczenie pokoju, w którym się znajdowałam.

Biel. Na każdej powierzchni. Białe ściany i sufit. Białe kafelki. Biała pościel.

Pościel? Gapiłam się na nią, próbując zrozumieć, gdzie jestem. Hotel? Dziwny. W monochromatycznym kolorze?

Próbowałam poruszyć ręką i coś wbiło mi się w skórę. Wokół nadgarstka zauważyłam jakiś drapiący pas. Zajęło mi chwilę, by się zorientować, że to przytrzymywało moje ciało przy łóżku. W panice pociągnęłam za rękę, próbując ją uwolnić. Po paru minutach zobaczyłam, że kostki też mam związane.

Szarpałam się dalej, gdy do pokoju weszła pielęgniarka w białym stroju. Uzmysłowiłam sobie już, że stało się coś złego. A pełen współczucia wzrok, który na mnie skierowała, nie sprawił, że poczułam się lepiej.

– Czy może mnie pani rozwiązać? – zapytałam w desperacji, przeczuwając jednak, jaka będzie odpowiedź.

– Nie martw się, złotko – powiedziała ciepło. – Zapewnimy ci najlepszą opiekę. Obiecuję. Twoja rodzina bardzo się stara.

Moja rodzina?

– Co…? – wyszeptałam zdezorientowana.

Drzwi do pokoju się otworzyły i do środka pospiesznie weszli moja matka oraz Marco.

– Obudziłaś się. Dzięki bogu! – powiedziała Jolette prawie histerycznym głosem, ściskając ramię Marco, jakby miała upaść bez jego wsparcia.

– Pomożemy ci – powiedział poważnie.

Mrugałam powoli, próbując zrozumieć, co tu się działo. Odnosiłam wrażenie, że byłam puentą żartu, którego nie złapałam.

Przygryzłam wargę, próbując sobie przypomnieć, w jaki sposób się tutaj znalazłam. Występowałam. Potem dotarłam do domu. Świętowaliśmy ostatni koncert, gdy…

– Naćpaliście mnie! – wykrzyknęłam, szarpiąc się w więzach i rzucając po łóżku. Musiałam się stąd wydostać. Musiałam komuś powiedzieć.

– Czy to efekt uboczny narkotyków? – zapłakała matka żałośnie, dalej ściskając Marco.

Kobieta pokiwała głową.

– Mogą się zdarzać halucynacje, gdy ketamina w takich ilościach przestaje działać. Ma dużo szczęścia, że byli państwo w stanie przywieźć ją tak szybko.

– Nigdy nie brałam ketaminy – odwarknęłam, nienawidziłam tego, jak pielęgniarka na mnie patrzy.

– Czy możemy prosić o chwilę sam na sam z moją córką? – Matka pociągnęła nosem.

Pielęgniarka się zawahała, jednak kiwnęła głową.

– Dobrze, ale wrócę za niedługo, by sprawdzić resztę parametrów życiowych.

Marco i matka poczekali, aż pielęgniarka zamknie za sobą drzwi, i wtedy ich maski opadły. Zniknęło zmartwienie, zastąpiło je czyste zło.

– Naprawdę myślałaś, że pozwolimy ci zniszczyć wszystko, na co tak ciężko pracowaliśmy, jednym z twoich napadów histerii? – wysyczała matka.

– Co zrobiliście? – wyszeptałam.

Zdesperowana ponownie szarpnęłam za więzy. Co to był za materiał? Nawet nie drgnie.

– Zaczęliśmy przymusową obserwację psychiatryczną – wyjaśnił Marco z uśmiechem. – Jutro staniemy przed sędzią, aby rozpocząć proces ustanowienia kurateli.

– Nie pozwolę, by uszło wam to na sucho – powiedziałam najostrzej, jak tylko potrafiłam. Byłam w szpitalnej koszuli, przywiązana do łóżka, obdarta z godności.

– Okej – stwierdziła sarkastycznie matka.

Marco otworzył walizkę, którą ze sobą przyniósł. Zaczął wyciągać na łóżko gazety i magazyny, na pierwszych stronach widniały moje zdjęcia z tamtej nocy.

Widniałam na nich w dresach z butelką w ręce. Koszulkę miałam ubrudzoną wymiocinami. Na jednej z fotografii miałam podwinięty rękaw, w dłoni trzymałam strzykawkę, którą przyciskałam do ramienia. Na kolejnej klęczałam przed jakimś kolesiem… i tak dalej, i tak dalej. Jakbym miała osobistego fotografa, dokumentującego mój upadek.

Nagłówki były podobnie paskudne:

Szokujący upadek Olivii, księżniczki pop. Tragiczna opowieść o narkotykowym skandalu i rozpaczy!

Olivia pogrąża się w mroku. Od królowania na szczytach list przebojów do czeluści uzależnienia.

Wzlot i upadek ulubienicy Ameryki. Szczegóły jej spirali napędzanej narkotykami.

Zatopiona w sławie Olivia. Skandal, który wstrząsnął światem muzycznym!

Od słodkich melodii do gorzkich pigułek. Niepokojąca podróż Olivii.

Za kulisami. Sekretna walka Olivii z nałogiem.

Pełna bólu ballada Olivii Darling. Jak sława doprowadziła do jej upadku.

Od sławy do dna. Szokująca prawda o zmaganiach Olivii Darling.

Ostatnia nuta Olivii. Skandal księżniczki pop, który wstrząsnął Hollywood!

Gapiłam się na nie. Dopadło mnie dziwne odrętwienie, tłuste oraz ciężkie.

– To nieprawda – jęknęłam. – Dlaczego to zrobiliście?

– Będziemy mieć absolutną kontrolę nad wszystkim, przejmiemy pieniądze. Bez naszego pozwolenia nic nie będziesz w stanie zrobić.

Głos matki ociekał zadowoleniem, brzmiała jak złoczyńca z bajki.

Leżałam, patrząc na nich, i jedyne, co mi przyszło do głowy, to myśl, że moje życie właśnie się skończyło.

Rozdział 2

WALKER

– Cześć, Disney – usłyszałem w głośniku kpiący głos mojego brata. Pieprzony dupek. – Czy powinienem być konkretny, gdy nazywam cię „Disney”? Czy to jest sytuacja, w której muszę cię poprosić o spuszczenie włosów, bym mógł wejść na wieżę? Jak ta laska miała na imię? – kontynuował Cole.

Roszpunka. Ta laska miała na imię Roszpunka. To było oczywiste.

– Nie mam pojęcia – rzuciłem. Podjąłem decyzję, że Ari pieprzony Lancaster dostanie krążkiem w kutasa, teraz gdy przezwisko Disney przedostało się do powszechnej wiadomości. – Ale jeśli chcesz się dostać na górę, „Walker” będzie jedynym imieniem, którym będziesz się posługiwał.

– Daj spokój, młodszy braciszku. Wpuść mnie – wyśpiewał.

Westchnąłem i wcisnąłem guzik.

Po kilku minutach usłyszałem dźwięk windy. Cole wyłonił się z niej z niewymuszoną nonszalancją, która stała się jego znakiem rozpoznawczym. Nieco dłuższe, blond włosy Cole’a, wyglądające, jak muśnięte przez słońce, opadały mu na ramiona. Ciemnoniebieska bandana utrzymywała je z daleka od twarzy. Koszulę miał rozpiętą do połowy klatki piersiowej, dzięki czemu widziałem naszyjnik z kamieniem w kolorze pasującym do bandany. Niósł kowbojski kapelusz…

Niedorzeczność.

– Wyglądasz jak pieprzony hipis – skomentowałem, na co on parsknął śmiechem.

Ściągnął okulary przeciwsłoneczne, za którymi kryły się ciemnobrązowe oczy tak bardzo przypominające mamę, że aż zabolało serce.

– Też cię kocham, Walkie misiaczku – zagruchał, zarzucając ramię wokół mojej szyi i zamykając w uścisku. Przez ostatnie sześć miesięcy był w trasie koncertowej z zespołem Sounds of Us, więc rzadko się spotykaliśmy. Drażnił mnie, ale naprawdę dobrze było go widzieć.

Puścił mnie i ruszył w kierunku kuchni, jakby wszedł do siebie.

– Jesteś gotowy na wielki mecz dziś wieczorem? – zapytał, otwierając spiżarkę i sprawdzając zawartość.

– Rozgość się – powiedziałem sarkastycznie.

– Jeszcze rosnę, Disney. – Uśmiechnął się szelmowsko. – Potrzebuję czegoś pożywnego po tygodniach życia na whiskey.

Rzuciłem w niego kluczami, w ostatniej chwili uchylił się przed nimi. Podniosłem telefon, by napisać wiadomość.

Ja:

ZNISZCZYŁEŚ MI ŻYCIE.

Ari odpowiedział natychmiast, jakby czekał z zapartym tchem, odkąd dzisiejszego ranka wyszło „Sports Illustrated”.

Ari:

Cudownie, czyli robimy to. Uwielbiam dobre, dramatyczne sceny.

Król Linc:

Jest jakiś problem?

Uśmiechnąłem się pod nosem jak zawsze, kiedy Linc odpisywał na moje wiadomości, bo Lincoln Daniels był bogiem.

– Dlaczego masz zapisanego Lincolna jako „Król Linc”? – zapytał Cole nad moim ramieniem.

Podskoczyłem na dźwięk jego głosu i schowałem telefon. Mój brat przypominał kota.

– Nie masz spiżarki do splądrowania? – warknąłem.

– Trudno nie zauważyć, że jako brat i bóg rocka nie skupiam w tej chwili twojej uwagi. – Cole uśmiechnął się i ułożył ręce na klatce piersiowej.

– Czy ty właśnie nazwałeś się bogiem rocka? – parsknąłem.

– To się nazywa pewność siebie. Nie arogancja, braciszku.

– Czy potargałeś rękawy koszuli tak, by twoje ramiona wyglądały na większe?

Telefon zawibrował, ale na policzku mojego brata wykwitł rumieniec, więc zignorowałem urządzenie. To było zbyt dobre.

– Jeśli coś masz, wal, Walkie misiaczku – powiedział, pociągając nosem, i zniknął ponownie w spiżarce.

Ja:

W tej chwili słowo „Disney” nie będzie istnieć w twoim słowniku.

Ari:

Wydaje mi się, że słowo, którego powinieneś użyć, to OD tej chwili.

King Linc:

Na pewno od tej.

– Zgadzam się, zdecydowanie „od tej” – powiedział Cole, po czym wgryzł się z chrupnięciem w jabłko.

– Kurwa! – krzyknąłem, podskakując. Znowu udało mu się do mnie podkraść. – Nienawidzę was wszystkich – warknąłem.

Mój brat dalej chrupał owoc, zupełnie niewzruszony tym marudzeniem. Zadzwonił alarm w telefonie i moje nerwy wystrzeliły.

– Czas na mecz? – zapytał Cole.

Kiwnąłem głową, pocierając twarz dłonią.

Dzisiejsze spotkanie jest ważne, a nawet powiedziałbym, że będzie jednym z najważniejszych w mojej karierze. Graliśmy o awans do play-offów, ale ja grałem o coś więcej… o szansę na podpisanie kontraktu z Dallas na kolejny sezon. Ari odchodził po tym sezonie, dał to jasno do zrozumienia.

Mogłem brzmieć jak cipa, jednak granie z Arim i Lincolnem stało się jednym z celów w mojej karierze. Byłem dobrze traktowany w LA, niestety potrzebowałem zmiany. Zawsze czułem się tutaj jak ryba wyciągnięta z wody. Dla chłopaka z Tennessee LA stanowiło obcy świat.

Uśmiechnąłem się pod nosem, patrząc, jak Cole bawi się jastrzębim piórkiem tkwiącym w tym pretensjonalnym kapeluszu kowbojskim, który miał więcej wspólnego z gwiazdą rocka niż z ranczem. Może choć jeden z braci Davis czuł się w LA jak w domu.

To nie byłem ja.

– Parker jest zazdrosny jak cholera, że ja będę na tym meczu, a on nie – powiedział Cole, uśmiechając się. Wyglądał na zadowolonego z sytuacji.

Nasz najmłodszy brat w tym tygodniu zaczynał wiosenne treningi. Nawet jeśli była to dla niego strata czasu, bo Parker miał duże szanse na nabór w NFL, próbował zrobić wszystko, by się do tego odpowiednio przygotować.

– To bardzo ciekawe miejsce na trzymanie bielizny, Walkie misiaczku – skomentował Cole, schylił się i za pomocą kawałka suszonej wołowiny podniósł koronkowe majtki. Mrugnąłem na ich widok. – Wiedziałem, że jesteś zawsze taki miły, a w łóżku jesteś dzikusem, ale w spiżarce? Co by powiedziała mama?

Prychnąłem. Policzki mnie paliły, nawet jeśli miałem świadomość, że w jego autobusie po trasie koncertowej trzeba wyszorować z DNA każdą powierzchnię, bo tyle fanek za nim łaziło po występach.

– Kim była ta szczęściara? – zapytał, machając majtkami na czubku paska suszonego mięsa.

– Oddawaj – złapałem za nie i wyrzuciłem do śmieci. – Idę się przygotować! – zawołałem, zmierzając w stronę sypialni. – Proszę cię, nie jedz tego kawałka.

– Chcę nazwisko.

Pokazałem mu środkowy palec i schowałem się w pokoju. Nie miałem zielonego pojęcia, czyja to bielizna. Ostatnio w tych sprawach była u mnie posucha. Obserwowanie najlepszych przyjaciół z ich bratnimi duszami może tak działać na człowieka.

Przygody na jedną noc oraz nietrwałe związki z puck bunnies, które były ze mną z wiadomych powodów, nie dawały mi już tego, co kiedyś.

Poza tym dochodziła jeszcze klątwa rodziny Davis. Parker i Cole zaklinali się, że nie była prawdziwa. Jednak nie mogłem się powstrzymać od myślenia o tym, szczególnie gdy każdy męski krewny, o którym kiedykolwiek słyszałem, tak miał. W momencie, w którym spojrzeli w oczy wyjątkowej kobiecie, natychmiast się zakochiwali.

Telefon zawibrował, ratując mnie od cholernie żałosnych myśli.

Ari:

Blake właśnie mi powiedziała, że mój kutas wygląda na większego niż zwykle, więc na pewno dzisiaj wygramy.

Ja:

Nie chciałem tego wiedzieć.

Król Linc:

Co się stało z niepukaniem przed ważnym meczem?

Ari:

Jakbyś ty nie puknął.

Król Linc:

…

Ari:

…

Ja:

Znowu. Nadal tu jestem.

Parsknąłem i poszedłem wziąć przedmeczowy prysznic, podczas którego zapewne nikogo nie puknę.

Ponieważ dzisiaj był ważny mecz.

*

Cieszyłem się, że Cole mnie teraz nie widzi. Po pierwsze, byłem okropnym tancerzem, po drugie, byłby urażony, że tańczę do Taylor Swift, zamiast do jednej z jego piosenek. One po prostu nie miały tego zaraźliwego rytmu. Taneczny rytuał Ariego wydostał drużynę z dołka, w którym tkwiliśmy przez ostatnią godzinę. Z ostatnim okrzykiem „Cobras!” nadszedł czas meczu.

Ari klepnął mój tyłek, gdy staliśmy w tunelu, przygotowując się do wyjścia na lód. Puściłem mu oczko.

– Myślałem, że dzisiaj nie ma żadnego klepania po tyłku. – Parsknąłem śmiechem.

Ari przewrócił oczami, zgarnął włosy do tyłu i włożył kask.

– Dzisiejszy mecz jest ważniejszy niż to, Disney – odpowiedział, poważniejąc.

Kiwnąłem głową i skupiłem się na tym, co mnie czeka.

Wyszliśmy na lód i rozpoczęliśmy rozgrzewkę. Zacząłem zwyczajowy objazd wokół lodowiska, licząc w głowie do sześćdziesięciu pięciu. Ten dziwny rytuał wykonywałem przed każdym meczem. Wszyscy wiedzieli, żeby mnie nie zagadywać, dopóki nie wrócę do bramki. Później musieli poczekać jeszcze parę minut, aż skończę dwadzieścia powtórzeń wstawania z klęku – wtedy stawałem się gotowy.

To byłoby dziwne, tylko jeśli by nie działało. Rytuał był skuteczny przez siedemdziesiąt pięć procent czasu, przynajmniej w tym sezonie.

– Czy powiedziałem ci kiedyś, że jesteś dziwny jak na disneyowskiego księcia? – skomentował Ari, przejeżdżając obok.

– Właśnie pokazuję ci środkowy palec! – krzyknąłem za nim, bo było to niemożliwe do zrobienia w rękawicach.

Po drugiej stronie lodowiska rozciągał się bramkarz Seattle. Patrzyłem na niego spod byka, wyobrażając sobie, jak przepuszcza milion goli. Jeśli o tym nie pomyślisz, nie możesz tego manifestować. Może byłem trochę dziwny, ale byłem też najlepszy. Tak sobie powtarzałem, kontynuując rozgrzewkę. Pozytywne myślenie to klucz do sukcesu.

– Jesteś ścianą, Disney, pieprzoną ścianą – powiedział Ari, przejeżdżając obok. Rozumiał siłę manifestacji.

Kiwnąłem głową, skupiając uwagę na trenerze Malkovie, który, uzbrojony w kosz krążków, testował mój refleks z każdego kąta.

Rozgrzewka się skończyła. Podjechałem do ławki i złapałem za butelkę wody. Podniosłem kask, by obmyć twarz.

– Dajesz, Disney! – krzyknął Cole gdzieś niedaleko.

Jęknąłem i zrobiłem najbardziej wredną minę, patrząc na niego przez pleksi. Dałem mu wejściówki na mecz, a on nie wiem jak, zapełnił wszystkie trzy jakimiś laskami. Wisiały na nim, jakby był bogiem. Uśmiechnął się i puścił mi oczko. Zadowolony z siebie kutas.

Ari podjechał do mnie i napił się trochę wody.

– To będzie zajebista zabawa! – krzyknął do drużyny, wszyscy podnieśli rękawice w górę i ryknęli razem z nim. Nadszedł czas.

Krążek upadł, rozpoczęła się pierwsza tercja. Seattle było znane ze swojej agresywnej ofensywy, więc przygotowałem się na nawałnicę strzałów. Po lodowisku rozchodziło się echo szumu łyżew sunących po lodzie oraz uderzeń kijów. Już w pierwszej minucie najlepszy napastnik Seattle przeszedł przez naszą obronę, próbując stanąć ze mną jeden na jeden. Śledziłem każdy ruch, ustawiając się przodem do niego. Uderzył szybko z nadgarstka, ale wyciągnąłem rękę i złapałem krążek w powietrzu. Tłum zaryczał z uznaniem.

Ari uderzył w powietrze pięścią. Kiwnąłem w jego kierunku, adrenalina krążyła mi w żyłach.

Chwilę później przed naszą bramką wybuchła walka, w rezultacie której oddano strzał z bliska. Padłem na kolana w pozycji motyla, zasłaniając dolną część siatki. Ryan Taylors, jeden z napastników Seattle, strzelił nisko. Celował między moje nogi, ale zasłoniłem miejsce ochraniaczami i odciąłem mu dostęp do bramki. Ari szybko przejął odbity krążek.

Czas płynął, Seattle zyskało rozpęd, stwarzając mnóstwo szans. Zdradziecki strzał z niebieskiej linii poleciał w stronę górnego rogu siatki. Odczytałem to zagranie, śledząc trajektorię lotu krążka. W desperackim rzucie sięgnąłem i złapałem go w rękawicę, pozbawiając strzelającego gola.

Do kurwy nędzy! Ile goli już obroniłem?

– To jest mój bramkarz! – krzyknął Ari, zanim zabrał krążek Taylorsowi.

Zostało mniej niż pięć minut do końca pierwszej tercji, Seattle uwolniło się od naszych obrońców. Ich napastnik wysforował się do przodu, czułem, jak napięcie rośnie na całej arenie. Uderzył. Zareagowałem instynktownie. Ustawiłem się, by to obronić.

Krążek uderzył mnie prosto w klatkę piersiową. Złapałem go szybko, oczekując gwizdka sędziego. Ale nic takiego się nie wydarzyło. Kontynuowano mecz, a Seattle odzyskało posiadanie.

– Hej, zebra! To jest gwizdek, a nie kutas, możesz go włożyć do gęby – warknął Ari, gdy uderzył zawodnikiem o bandę, walcząc o przejęcie krążka. Parsknąłem śmiechem i pokręciłem głową.

Ale taka była prawda. Co, do kurwy?

Gdy zostały dwie minuty do końca tercji, Sullivan zrobił ostry zwrot w stronę bramki Seattle, próbując przedrzeć się przez ich defensywę. Jeden z obrońców chciał przerwać rozegranie, jednak zamiast tego uderzył łopatką kija w maskę na twarzy Sullivana. Głuchy odgłos rozszedł się po hali. Sędziowie zaczęli gwizdać, sygnalizując karę. Tłum zaryczał. Skandowali raz za razem „wstyd”, gdy hokeista przejechał na ławkę kar.

Kurewsko lubiłem takie ich zachowanie.

To także oznaczało, że będziemy grać w przewadze. Obserwowałem, jak Tommy jechał w stronę bramki, robiąc zgrabnie uniki w lewo i prawo pomimo kontuzji nogi. Strzelił i…

Tak, do kurwy. Jeden – zero!

Stałem w bramce, szykując się na drugą tercję. Rozciągałem plecy i piłem wodę. Byłem podenerwowany od adrenaliny krążącej w moich żyłach.

Żyłem dla takich meczów.

Do tej chwili zatrzymałem każdy krążek, który poleciał w moją stronę.

Napięcie rosło w miarę, jak zbliżaliśmy się do zgarnięcia miejsca w play-offach. Miejmy nadzieję, że Lincoln nam w tym pomoże. Nie żebym śmiał wątpić w niego choć przez chwilę. Ten człowiek był w końcu bogiem.

Ari pokazał kciuki w górę, przejeżdżając obok mnie. Przygotowałem się do rozpoczęcia kolejnej tercji.

– Dobra, pieprzona robota, Disney. Zachowanie godne kręgu zaufania, to na pewno.

Przewróciłem oczami, ale byłem z siebie całkiem dumny. Pewny kandydat do kręgu zaufania. Jeśli w ogóle istniał. Nie rozgryzłem tego jeszcze do końca.

Rozejrzałem się po tłumie, słuchając dopingu i bluzgów. Mama mówiła, że to ważne, by się zatrzymać i chłonąć chwilę. Zawsze żałowała, że sama nie chłonęła więcej tych małych momentów z tatą.

Do ciężkiej cholery, dlaczego teraz o tym myślę?

Skupiłem się ponownie na tłumie. Przez gwar przebijał się jeden przenikliwy głos.

– Jesteś do dupy, Davis!

Słyszałem to już tysiące razy. Kibicie krzyczeli różne rzeczy w moją stronę przez cały pieprzony czas, ale coś zmusiło mnie do odwrócenia głowy.

Oto ona, stała po drugiej stronie pleksi. Nasze spojrzenia się spotkały…

Moja.

Zakręciło mi się w głowie. Patrzyłem na nią, a świat przestawiał się wokół, dopóki jedyne, co widziałem… jedyne, co czułem, to… ona. Nie miałem pojęcia, kim była. Ale na jedno uderzenie serca zapomniałem o meczu, o wyniku, o presji. Zauroczyłem się. Nic innego nie miało znaczenia.

Wpatrywałem się w anielską twarz z czystym zachwytem, aż straciłem głowę i posłałem jej buziaka. Obserwowałem z podziwem, jak ta twarz wykrzywia się z obrzydzeniem, w migoczących złotymi drobinkami oczach nie było świadomości, że właśnie wywróciła mój pieprzony świat do góry nogami.

Wybrzmiała syrena, niechętnie przeniosłem wzrok z dziewczyny na to, co dzieje się po drugiej stronie lodowiska. Wydawało mi się, że zaraz udławię się z nerwów, które nagle zacząłem odczuwać.

Co jeśli wyjdzie? Co jeśli nigdy się nie dowiem, kim jest? Do kurwy nędzy.

Miałem wrażenie, że umarłbym, jeśli tak by się stało. Tak, wiedziałem, że brzmię trochę jak szaleniec.

– Wszystko gra, Walk?! – zawołał Ari, przejeżdżając obok.

Kiwnąłem głową, nie byłem w stanie wydusić z siebie słowa.

– Hej, Davis, czy ktoś ci kiedykolwiek powiedział, że jesteś jak tampon? Nadajesz się tylko na jeden okres! – zawołał Taylors, prześlizgując się obok.

– Słyszałem, że byłeś najgorszym zawodnikiem także w swojej ostatniej drużynie, dupku – rzucił do niego Ari przez zaciśnięte zęby, by po chwili uderzyć nim w bandę i zgarnąć od niego krążek.

Uwielbiałem go.

Kiedy gumka2 wylądowała bezpieczna po drugiej stronie, odważyłem się rzucić okiem na piękną dziewczynę, która właśnie zmieniła układ gwiazd w moim wszechświecie. Nie zwracała na mnie uwagi, była skupiona na tym, co się dzieje po drugiej stronie lodowiska.

Nie miała pojęcia, co właśnie zrobiła. Ale się dowie.

– Walker! – wykrztusił ktoś, zmuszając mnie, bym skupił się znowu na meczu.

Kurwa. Hokeista Seattle przedarł się przez naszą obronę.

Gdy się zbliżał, zrobiłem, co mogłem, by zamknąć mu możliwość strzału z kąta. Spróbował wbić mi krążek między nogami, jednak opadłem w ruchu motyla i zatrzymałem go pod ochraniaczami. Wybuchł aplauz kibiców.

– Blisko było, Dis – skomentował Ari, przejeżdżając obok.

– Teraz mam ksywkę do przezwiska?! – krzyknąłem, rzucając krążek do sędziego.

– Wszystko zależy od tego, jak się w danym momencie czuję! – odkrzyknął i ustawił się obok Tommy’ego, który przygotowywał się do wznowienia gry.

Rzuciłem kolejne, ukradkowe spojrzenie na dziewczynę. Stała z ramionami skrzyżowanymi na wysokości piersi, których nie mogła ukryć luźna koszulka Seattle. Kurwa, nie miałem zamiaru dostać erekcji w trakcie meczu. Ari nigdy nie dałby mi o tym zapomnieć. Nie miałem także w planach zdzierać z niej tej koszulki teraz, bo byłem dżentelmenem.

W tym momencie Soto, nasz drużynowy „twardziel”, uznał, że zrzucenie rękawic i zadanie kilku ciosów to genialny pomysł. Nie mogłem się powstrzymać przed przewróceniem oczami, gdy obserwowałem, jak z gracją słonia próbuje swoich sił. Zgodnie z przewidywaniami został wygnany na ławkę kar, co w praktyce oznaczało, że graliśmy w piątkę.

Seattle, teraz grające w przewadze, podawało krążek precyzyjnie, tkając sieć podań przez naszą obronę. Przygotowałem się na strzał.

I wtedy to się stało. Szybkie podanie, idealnie wymierzone w czasie. Krążek świsnął obok mnie i uderzył w naszą siatkę. Kibice Seattle wybuchli okrzykami, gdy czerwone światełko za mną się zaświeciło.

Kurwa. Kurwa. Kurwa.

– Hej, bramkarz. Masz tak szeroko rozstawione nogi, że moja matka przy tobie wygląda jak święta! – zawołał Taylors, rzucając w moją stronę zadowolony z siebie uśmiech.

– Taylors, twoja matka jest tak obrzydliwa, że kiedyś nazywali ją skoczkolina, dopóki nie odbiła się od jednej, bo wtedy powstała trampolina! – krzyknął Tommy, przejeżdżając obok i kiwając w moją stronę.

Ari parsknął śmiechem.

– Tommy, nie wiedziałem, że jesteś zabawny. – Poklepał mnie po kasku. – Ani jednego więcej, Walkerze „Disneyu” Davisie. Jesteś pieprzoną ścianą.

Przytaknąłem. Czułem, jak oczy tej dziewczyny wywiercają mi dziurę z tyłu kasku. Pomyśli sobie, że naprawdę jestem do dupy. Jestem pieprzoną ścianą, jestem pieprzoną ścianą, powtarzałem w myślach, zdeterminowany, by nie zawalić kolejny raz.

W następnym rozegraniu Seattle wykonało idealnie zaplanowane podanie w poprzek lodowiska, ustawiając grę pod bezpośrednie uderzenie z bulika.

Wyrzuciłem lewą nogę zamaszystym ruchem, odbijając krążek z dala od naszej bramki.

– Świetnie, Disney! – krzyczał Ari. – Co za pieprzony, dobry chłopiec!

Odblokowano fetysz na pochwały. Musiałem się temu później przyjrzeć.

Druga tercja skończyła się bez kolejnej utraty gola. Zdesperowany zjechałem z lodowiska, gdy tylko wybrzmiała syrena. Koledzy z drużyny próbowali ze mną porozmawiać, ale ja miałem misję do wykonania.

– Hej, Fargo! – zawołałem do jednego z ochroniarzy stojących koło ławki. Zmarszczył czoło i spojrzał na mnie. – Tam siedzi dziewczyna – powiedziałem do niego, pokazując na blondynkę. – Drugi rząd, pośrodku.

Zmrużył oczy i w końcu skinął głową.

– Davis, do szatni! – krzyknął trener Gretz, przechodząc obok.

Pomachałem mu. Nie byłem w stanie zejść na przerwę, dopóki się nie upewnię, że ona nie ucieknie.

– Fargo, na wszystko, co święte, znajdź sposób, żeby ją zatrzymać tutaj po meczu. Nie obchodzi mnie jak.

Patrzył, jakbym stracił rozum. Jeśli tak to widział, to byłem pewny, że miał rację.

– Jak mam to zrobić, dzieciaku? Porwać ją? – zapytał zdezorientowany. – I co ty wyprawiasz, rozmyślając o dupie w trakcie meczu? Nie ruchasz wystarczająco dużo?

Przez sekundę się zastanawiałem, czy nie wyrwać mu krtani za to, że nazwał moją dziewczynę „dupą”, ale się powstrzymałem. To by nie sprawiło, że dostanę to, czego potrzebuję.

– Fargo, wymyśl coś. Tysiąc dolarów dla ciebie, jeśli ci się uda.

– Czy ty jaja sobie ze mnie robisz? – Fargo wytrzeszczył oczy.

– Nie, nie robię – warknąłem, czując wzbierającą desperację.

– Davis, co się dzieje, do kurwy nędzy?! – zawołał trener, wychylając głowę z tunelu.

– Fargo – błagałem go, czując, jakby całe moje pieprzone życie wisiało na włosku. Jeśli się nie zgodzi, nie wiem, co zrobię. Wycofam się z meczu? Udam, że odniosłem kontuzję? Kurwa, nie mogłem tak zawieść Ariego i reszty drużyny, ale w tym momencie miałem wrażenie, że trzymam w rękach swoje przeznaczenie.

– Dobra, dzieciaku. Coś wymyślę, jednak wisisz mi tysiąc pieprzonych dolarów.

Kiwnąłem głową. Było mi tylko trochę lepiej, gdy wchodziłem do szatni. Na pewno dostanę zjebę od Gretza za to, że tak długo zeszło.

*

Zostały trzy minuty do końca trzeciej tercji i prowadziliśmy jednym punktem. Rzucałem ukradkowe spojrzenia na dziewczynę, gdy tylko mogłem, ale nie pozwoliłem strzelić przeciwnikom kolejnego gola. Czy była pod wrażeniem?

Podnosiłem maskę parę razy, sprawdzając, czy uda mi się przyciągnąć jej uwagę. Nic z tego. Wyglądało to tak, jakbym dla niej nie istniał, poza tym momentem, kiedy mi powiedziała, że jestem do dupy.

Cole zauważył, że na nią patrzę, i teraz za każdym razem, gdy zerkałem w jej kierunku, poruszał brwiami w sugestywny sposób.

Pieprzony dupek.

Desperacja wisiała w powietrzu, Seattle kontynuowało ofensywny szturm. Byli jak zranione zwierzę zagonione w róg. Ari i ja musieliśmy dawać z siebie wszystko, by ich zatrzymać. Taylors wyprowadził potężny, szybki strzał, zareagowałem instynktownie. Wyrzuciłem w górę rękę i złapałem krążek.

Kurwa, było blisko.

– Co za pierdolony król! – krzyczał Ari, tańcząc na lodzie.

Zasalutowałem mu i udałem, że potrzebuję się napić już któryś raz, tylko po to, by się upewnić, że ona nadal tam siedzi.

Patrzyła się na mnie, do cholery. Podniosła powoli obydwie ręce i pokazała mi środkowe palce. Prawie zemdlałem, bo zwróciłem na siebie uwagę. Ponownie posłałem jej cholernego buziaka, najwyraźniej zapomniałem, jak się wchodzi w interakcję z płcią przeciwną.

Dzięki bogu, Lincolna tutaj nie było, a Ari nie spoglądał w moim kierunku. Byliby bardzo zawstydzeni tym, jak rozegrałem tę sytuację. Ale wtedy dziewczyna zarumieniła się i odwróciła głowę.

O kurwa, czy ja naprawdę zaraz zemdleję?

Mijały sekundy, Seattle ściągnęło swojego bramkarza. Ari odebrał krążek Taylorsowi i puścił go do Tommy’ego.

Gol!!!

Machnąłem pięścią w powietrzu, krzycząc, gdy wybrzmiała syrena oznajmiająca koniec gry. Jednak to zwycięstwo nie miało znaczenia, jeśli Dallas nie wygrało swojego meczu. Zawahałem się, zamarłem w bramce, a cała nasza drużyna jechała do ławek, by zobaczyć końcówkę zmagań Dallas. Dziewczyna wstała i szykowała się do wyjścia, ale Fargo już się tam pojawił i ją powstrzymał. Dzięki ci, panie.

Modliłem się, aby tysiąc dolarów było dla niego wystarczającą motywacją. Pojechałem w stronę ławki. Cole wstał, krzycząc, gdy przejeżdżałem. „Jeden do jednego” – odczytałem z ruchu jego warg. Kiwnąłem głową, czując, że zaczyna mi się robić niedobrze. Dallas i Detroit miały remis.

Kibice świętowali, a cała nasza drużyna oglądała mecz na czyimś iPhonie. Lincoln był bogiem, mógł tego, kurwa, dokonać.

I dokonał. Jeden na jeden z bramkarzem uderzył mocno, krążek trafił między nogi bramkarza prosto do siatki Detroit.

Kurwa. Jakbym nie wielbił go wystarczająco mocno wcześniej.

Lincoln podjechał do kamery, następnie posłał buziaka. Ari go złapał, jakby był dla niego. Zgarnąłem go dla siebie zza jego pleców, udając, że był dla mnie. Bo tak mogło być. Albo przynajmniej mogłem sobie pomarzyć, że tak jest.

Ochrona wpuściła kibiców na lód, umożliwiając im świętowanie tak, jakbyśmy wygrali puchar Stanleya. Nerwowo szukałem dziewczyny. Fargo prowadził ją przez lodowisko. Motylki w brzuchu z nerwów prawie mnie powaliły.

– Disney, dałeś czadu! – krzyczał Cole, pakując się na taflę jak wszyscy. – Upijmy się! – Zarzucił mi ramię na szyję, nie zwracając uwagi na to, że byłem spocony i prawdopodobnie śmierdziałem jak jaja.

Kurwa. Jeśli podejdę do niej, „pachnąc” w ten sposób, całkiem możliwe, że ucieknie.